Rozdział 1
Abigail
Dzwonek nad drzwiami kawiarni oznaczał nadejście pierwszego klienta i mogłam z zamkniętymi oczami odgadnąć, że był to szeryf Alan Clancy, który codziennie jadał u nas śniadania.
W naszym niewielkim miasteczku niemalże wszyscy się znali. Życie płynęło spokojnie, żeby nie powiedzieć nudno, a przyzwyczajenia innych ludzi często stawały się również moimi przyzwyczajeniami i dzięki nim mogłam regulować zegarek.
- Niech zgadnę - zagaiłam wesoło - to, co zawsze?
- Nudny jestem, prawda? - Szeryf zaśmiał się, kiedy stawiałam przed nim kanapkę z polędwicą, czarną jak smoła kawę i szarlotkę mojego wypieku.
- Musisz obiecać, a najlepiej podpisać jakiś cyrograf, że nigdy nie przestaniesz piec tych swoich niebiańskich ciast - zachwycał się, patrząc na słodkość, jakby była z najdroższej restauracji świata. - Przyznaj się, dosypujesz tam czegoś uzależniającego.
- Skąd pan wiedział? - Zrobiłam zdziwioną minę, zakryłam usta dłonią i pochyliłam się nad nim konspiracyjnie. - Zdradzę panu tajny składnik, ale jeśli komukolwiek pan wygada, będę zmuszona pana zabić - wyszeptałam. - Jest pan gotowy? Otóż... dodaję tam szczyptę miłości.
Roześmiał się w głos i pokręcił głową.
- Jesteś niemożliwa, Abby, ale za to cię wszyscy kochamy.
Wielu mieszkańców Rosamond przychodziło tu głównie dla moich wypieków. Dodatkowo dwa razy w tygodniu zaopatrywałam kawiarnię w Los Angeles, której właściciel osobiście odbierał zamówienia.
Jak byłam młodsza, bardzo chciałam stąd wyjechać. Uciec jak najdalej. Marzyłam o życiu w wielkim mieście, do którego - teraz już to wiem - kompletnie nie pasowałam.
- Słyszałaś, że niedługo zjadą się tu najlepsi piloci na całym kontynencie? - zagadała do mnie jedna z kelnerek, Samantha. - Już nie mogę się doczekać.
- Czego niby? Tego hałasu? Pijanych cwaniaczków, którzy myślą, że są bogami nieba i ziemi? - prychnęłam z pogardą.
Co jakiś czas organizowali szkolenia i pokazy lotnicze na pobliskim lotnisku. Tym razem wypadało jakieś ważne święto, a ćwiczenia do pokazów miały trwać aż pół roku.
Przewróciłam teatralnie oczami na samą myśl, jak bardzo zaburzy to nasz lokalny spokój, który tak kochałam.
Owszem, tutejsze dziewczyny przebierały nogami w nadziei, że poznają jakiegoś przystojniaka, który wyrwie je z tej dziury zabitej dechami. Ja dawno przestałam już na to czekać. Zapuściłam tu korzenie, pokochałam Rosamond całym sercem. Miałam tak naprawdę wszystko.
Po przedwczesnej śmierci rodziców zaopiekowali się mną dziadkowie. Dość surowi, stanowczy i wymagający, ale jednocześnie otoczyli mnie tak ogromną miłością, że wybaczałam im te wszystkie zakazy i nakazy. Chcieli dobrze, a dzięki swojemu uporowi wychowali mnie na odważną, pewną siebie kobietę, która śmiało przejęła po nich interes.
Babcia zresztą zastrzegła, że jeśli nie spróbuję chociaż przez jakiś czas prowadzić tej knajpy, to będzie mnie straszyć nocami.
Po roku byłam tak zauroczona prowadzeniem kawiarni, że nie wyobrażałam sobie życia bez niej.
- Myślisz, że spotkam miłość swojego życia? - paplała dalej Samantha, wyrywając mnie z kolorowych wspomnień. - Mundury, skórzane kurtki, okulary...
- Tak, na pewno wejdzie tutaj Tom Cruise, padnie przed tobą na kolana i porywając cię swoim motocyklem, odjedzie w siną dal. - Zatoczyłam w powietrzu półkole ręką i parsknęłam śmiechem.
- Jesteś okropna! - oburzyła się Sam, wydęła usta i skrzyżowała ręce na piersiach. - Zostaniesz starą panną.
- Trudno. - Wzruszyłam ramionami. - Babcia zawsze powtarzała, żebym nie oddawała serca byle komu, bo przemieli je na tatara. A ja nie chcę zostać czyimś przysmakiem.
- Kto tu mówi o miłości? Ona jest passé.
- Miłość jest passé - powtórzyłam, kręcąc głową z dezaprobatą. - Idź lepiej obsłuż stolik numer pięć, miłośniczko mundurów. A raczej tego, co jest pod nimi. - Szturchnęłam ją łokciem i wzięłam się do wkładania brudnych naczyń do zmywarki.
Dzięki temu, że moja kawiarnia położona była bardzo blisko głównej drogi wiodącej wprost do Los Angeles, ruch nie malał, a obroty pozwalały mi na naprawdę godne życie.
Nie spędzałam całego dnia w pracy. Moi ludzie świetnie sobie radzili beze mnie, ale zawsze witałam pierwszych i żegnałam ostatnich gości. Rozliczałam utargi, dzieliłam napiwki i osobiście sprzątałam, żeby mieć pewność, że wszystko będzie gotowe na następny dzień.
To miejsce, było moją wizytówką. Zapraszając ludzi do środka, czułam się, jakby wchodzili wprost do mojego domu.
- Będę u siebie - oznajmiłam po jakimś czasie i przeniosłam się na górę, by obmyślić, jakie ciasta zaserwuję klientom.
Uchyliłam drzwi balkonowe, wpuszczając ciepłe, suche powietrze. Delikatny wiatr wprawił cienkie, białe firanki w chaotyczny taniec.
Włączyłam ulubioną muzykę, zrobiłam sobie kawę i przysiadłam na niewielkim, drewnianym tarasie z książką kucharską mojej babci. Miałam w niej zapisane jej odręcznym pismem tajne przepisy na najpyszniejsze ciasta, ciasteczka i desery. To była niemalże księga z zaklęciami, dzięki której czułam się niczym wróżka i przenosiłam się do dawnych czasów, kiedy wraz z babcią wypiekałyśmy przeróżne słodkości.
Rozmarzyłam się, zapominając o całym świecie. Na ziemię sprowadziły mnie głośne rozmowy mężczyzn. Śmiali się, popychali i dokuczali sobie nawzajem.
Czyli to był ten czas.
Zaczynali się zjeżdżać piloci, którzy zamienią nasze małe miasteczko w atrakcję turystyczną.
Westchnęłam smutno, bo z jednej strony oznaczało to większy ruch, a co za tym szło - lepsze zarobki. Już kilka miesięcy temu wiedziałam o pojawieniu się pilotów. Przygotowałam się na to, dokupując więcej składników.
Lokalne władze wykupiły bowiem dla nich abonament na śniadania w naszej kawiarni.
Oczywiście, że byłam jedną z dziewczyn, które z zapartym tchem oglądały Pearl Harbor czy Top Gun i niejednokrotnie wzdychały do głównych bohaterów. Tylko że ci rozdarci chłopcy na dole, idący wzdłuż ulicy w niczym nie przypominali tych idoli z dawnych lat.
Zarozumiali, zadufani w sobie, mający lokalne kobiety za idealne zdobycze na jedną noc. Zresztą, Samantha była doskonałym przykładem, dlaczego mieli prawo tak myśleć.
Włożyłam strój sportowy i adidasy, a do uszu wsunęłam słuchawki i ruszyłam na mój codzienny jogging. Było jeszcze wcześnie, a słońce prażyło niemiłosiernie, ale wieczór spędzę jak zawsze przy piekarniku, więc musiałam poruszać się teraz.
Wiadomość na telefonie potwierdziła, że mój przyjaciel czekał już na dole.
Kiedy byliśmy w niewielkiej odległości od lotniska, usłyszeliśmy wzbijający się w powietrze odrzutowiec, który przecinał niebo z taką prędkością, że dosłownie zapierało dech w piersiach.
Rozpoczął swoje ewolucje, a my przystanęliśmy, żeby popatrzeć. Nie piloci, ale ich umiejętności zawsze mnie fascynowały.
- Szybko zaczęli - odezwałam się, zadzierając głowę. - Nie mieli zjawić się w przyszłym tygodniu?
- Tak, ale pierwsi śmiałkowie chyba nie mogli się doczekać i przyjechali wcześniej - odpowiedział Leo.
- Wyrywni.
- Jak widać. - Zaśmiał się, kiedy samolot zaczął kręcić bączki w powietrzu, zostawiając za sobą białą smugę. - To musi być wolność - dodał filozoficznie.
- Lub kompletna nieodpowiedzialność. Taniec ze śmiercią.
- To, że my się czegoś boimy, nie musi oznaczać szaleństwa - stwierdził i po części musiałam przyznać mu rację. - Dla nich to pewnie jak jazda na rowerze.
- Popatrzmy chwilę - zaproponowałam i położyłam się w trawie, obserwując magiczny taniec.
Leo miał rację, bałam się tak ekstremalnych rzeczy. Do tego miałam lęk wysokości, więc to, co wyprawiał aktualnie pilot, było kompletnie poza moją strefą komfortu, i to do tego stopnia, że bałam się o tego obcego człowieka.
Jego taniec był jednak tak fascynujący, że pomimo lęku patrzyłam jak zahipnotyzowana.
- Ruszajmy - odezwałam się po dłuższej chwili. - Mam naprawdę dużo pracy dzisiaj, a z tego, co widzę, jutro na śniadaniu zjawią się pierwsi zdobywcy przestworzy.
Kiedy biegliśmy drogą powrotną, minął nas kolejny samochód wojskowy i czułam na sobie przeszywające spojrzenie pasażera.
Nie dostrzegłam niczego poza twarzą skrytą za dużymi okularami przeciwsłonecznymi.
- Za kilka dni będziemy tu mieli więcej mundurowych niż mieszkańców - prychnęłam i przyspieszyłam, zostawiając kumpla z tyłu.
Po moim powrocie lokal był już praktycznie opustoszały. Ostatnie osoby jadły obiad, bo o piątej zamykaliśmy.
Weszłam pod zimny prysznic, aby zmyć z siebie zmęczenie, i po dwudziestu minutach byłam gotowa, żeby zamykać.
Kelnerki chichotały za ladą, wycierając szklanki do sucha, by nie zostały żadne smugi.
- Byli tu - rzuciła Samantha.
- Kto? - zapytałam, unosząc brew z zaciekawieniem.
- No, piloci! - pisnęła podekscytowana. - Chyba się zakochałam.
- W którym? - Oparłam się łokciami o wysoką ladę i spoglądałam na nią z nieskrywanym rozbawieniem.
Miała dziewiętnaście lat i tak naprawdę jeszcze zerowe pojęcie o życiu.
- We wszystkich!
- To ilu ich tu było?
- Pięciu. - Westchnęła, a na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech. - Zamówili lemoniadę i piwo. Zostawili spory napiwek. Chyba wpadłam im w oko.
- Tak, raczej w rozporek - mruknęłam pod nosem.
- Co?
- Mówiłam, że pewnie tak. - Zaśmiałam się i otworzyłam kasę, by rozliczyć utarg.
Czułam, że to będzie naprawdę gorące lato pełne przygód. Od bardzo dawna nic się nie działo w tym mieście, więc mieszkańcy chodzili podekscytowani, jakby co najmniej niedaleko wylądowało UFO.
Cóż, i mnie nie pozostało nic innego, niż zarazić się ich euforią i cieszyć się tym pokręconym czasem.
Przekręciłam tabliczkę na drzwiach, informując, że lokal jest już zamknięty, i zabrałam się do sprzątania. Uwielbiałam tę część dnia.