Skurczbyk za mostem - Maria Steen

Kup ebooka

19.90 zł
14.93 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

To dziwne. Je­śli się leży, wi­dać bi­cie serca - na brzu­chu. Kari wy­ciąga się w ha­maku na tyle, na ile może, sta­wia małą szklankę ouzo pod pier­siami i ob­ser­wuje, jak szkło ryt­micz­nie wznosi się i opada. Ha­mak to pre­zent sprzed czter­dzie­stu lat, który długo le­żał scho­wany, ale te­raz, gdy Erik się wy­pro­wa­dził, me­bel zo­stał jed­nym z sym­boli jej no­wego ży­cia. Sa­motne le­że­nie w ha­maku może z pew­no­ścią zre­kom­pen­so­wać ko­la­cję we dwoje. Sta­tus sin­gla ozna­czał na­tych­mia­stową dys­kwa­li­fi­ka­cję, nie może już przejść po tra­pie do Arki No­ego jak inne pary, chyba że znaj­dzie so­bie no­wego samca.

Do wi­dze­nia drinki, świeczki i ser­wetki, wzdy­cha i po­ciąga ze szklanki, po czym od­sta­wia ją i znowu śle­dzi rytm serca.

W za­sa­dzie uważa, że ouzo sma­kuje okrop­nie, je­śli pa­lą­cemu w prze­łyku pły­nowi nie to­wa­rzy­szą plusk Mo­rza Egej­skiego i dźwięki bo­uzo­uki z od­dali, ale skoro przy­wieźli już flaszkę z ostat­niej po­dróży do Gre­cji, to trudno. Wszystko z czasu spę­dzo­nego z Eri­kiem musi zo­stać po­woli usu­nięte z domu, wli­cza­jąc w to litr ouzo, trzy pary dłu­gich skar­pet w pi­łeczki gol­fowe i ben­zynę w baku. Skar­pety ma za­miar no­sić, do­póki się nie ze­drą, a sa­mo­chód opchnąć. Zo­sta­nie sprze­dany za go­tówkę pierw­szej chęt­nej oso­bie, która na­wi­nie się tam, gdzie aku­rat skoń­czy się Kari ben­zyna.

Nie cho­dzi o to, by dra­ma­tycz­nie po­rzu­cić du­cha Erika w wy­na­ję­tym śmiet­niku, po­zbyć się wszyst­kiego, co było Erika, pach­niało Eri­kiem, przy­po­mi­nało o Eriku. Nie, dum­nie wchło­nie każdy ka­wa­łe­czek z tego, co kie­dyś było ich. Roz­stali się bez awan­tury. Wła­ści­wie ni­gdy się nie kłó­cili. We wszyst­kim się zga­dzali, na­wet w tym, że nie mają już so­bie wię­cej nic do za­pro­po­no­wa­nia. Oczy­wi­ście, te­raz jest pu­sto, ale pi­szą do sie­bie pra­wie co­dzien­nie, żeby spraw­dzić, czy wszystko w po­rządku. Przy­zwy­czają się, za­czną nowe ży­cia.

W każ­dym ra­zie wy­daje się, że Eri­kowi po­szło szyb­ciej. We wczo­raj­szym ese­me­sie po­dzię­ko­wał Kari za przed­sta­wie­nie go Ca­ri­nie, ko­le­żance z pracy, która po­trze­bo­wała sta­bil­nego fa­ceta. Po­wo­dze­nia!

Ko­mórka głu­cho bu­czy. Wy­łą­czony dźwięk. Gdzie ją znowu zo­sta­wiła? Lek­kie wi­bra­cje pod le­wym po­ślad­kiem sy­gna­li­zują, że się na niej po­ło­żyła. Dzwoni Re­beka, jej sio­stra.

- Tu sło­neczna Kari.

- Znowu tam le­żysz!

- Ej. Prze­cież nie le­ża­łam tu cały dzień. Przed po­łu­dniem po­zby­łam się reszty ży­wo­płotu od strony są­siada. Po­win­naś zo­ba­czyć moje przed­ra­miona! Gdy­bym była trzy­dzie­ści pięć lat młod­sza, szkolna pie­lę­gniarka zro­bi­łaby mi po­ga­dankę o sa­mo­oka­le­cza­niu.

- A co mó­wią są­sie­dzi? Nie trzeba naj­pierw usta­lić ta­kich rze­czy?

- Nie mam po­ję­cia. Wy­pro­wa­dzili się, a ja za­bra­łam się szybko do pracy, za­nim nowy są­siad za­cząłby wy­ra­żać na ten te­mat ja­kieś po­glądy.

- Ktoś miły?

- Nie wiem. Ale je­śli jest rów­nie miły, jak przy­stojny, to nie bę­dzie żad­nych pro­ble­mów.

- Już my­ślisz o sek­sie?!

- Już? Nie je­stem wdową. Je­stem sin­gielką. Czy ża­łoba nie po­winna wtedy trwać kró­cej? Nie, nie mam te­raz na to czasu. Zo­stało jesz­cze tro­chę do zro­bie­nia, za­nim będę go­towa.

Kari zerka na po­zo­sta­łość bu­telki le­żą­cej obok niej na tra­wie.

Męż­czy­zna, który wpro­wa­dził się do domu obok, jest trudny do skla­sy­fi­ko­wa­nia. Pies czy wy­dra? Oby nic po­mię­dzy. Są­siad pró­buje wła­śnie uru­cho­mić ko­siarkę, a Kari cie­szy się no­wym wi­do­kiem.

Po­zwala spoj­rze­niu wę­dro­wać po jego ciele. Tak in­ten­syw­nie, że ma na­dzieję, że tego nie czuje. Od­wróć się. Ty­łek może być de­cy­du­jący. Ob­wi­sły czy jędrny jak u li­sto­no­sza? Nogi roz­cho­dzące się na ze­wnątrz jak u wio­lon­cze­li­sty, ale w su­mie to słod­kie.

Męż­czy­zna na­gle pod­nosi się i idzie w stronę wło­ści Kari, prze­kra­cza­jąc gra­nicę działki z ła­two­ścią, jakby o to jej wła­śnie cho­dziło, gdy bez­li­to­śnie za­ata­ko­wała ży­wo­płot. Nie­na­wi­dziła krze­wów tui od czasu, gdy Erik prze­niósł ją przez próg domu, który ku­pili tro­chę za drogo. I niósł, i niósł. Aż do­stał na­głego bólu ple­ców w środku wy­cieczki i zwi­nął się jak scy­zo­ryk na so­fie, którą wsta­wili do domu uprzejmi są­sie­dzi, je­den o imie­niu Jimmy, a drugi miesz­ka­jący w domu zbyt od­da­lo­nym od nich, żeby za­pa­mię­tać jego imię. To taki ro­dzaj są­siada, do któ­rego ma­cha się lekko, prze­jeż­dża­jąc obok. Nie taki, obok któ­rego za­trzy­muje się i opusz­cza szybę.

- Czuję, że wy­pa­da­łoby się przed­sta­wić?

Głos. Był do­kład­nie umiar­ko­wa­nie głę­boki, z de­li­kat­nie me­lo­dyj­nym dia­lek­tem, na zi­den­ty­fi­ko­wa­nie któ­rego wy­po­wie­dziana próbka była zbyt krótka. Co się od­po­wiada?

Kari szybko od­sta­wia szklankę na trawę i le­dwo udaje się jej wy­lą­do­wać na no­gach, gdy na wpół wy­pada z ha­maka. Przy­tyła parę kilo, co może po­wo­do­wać nie­spo­dzianki, je­śli w grę wcho­dzi bu­ja­nie.

Za­kłada włosy za uszy, prze­suwa oku­lary prze­ciw­sło­neczne na czu­bek głowy i w du­chu gra­tu­luje so­bie, że za­ło­żyła so­czewki.

- Kari. - Wy­ciąga rękę i roz­po­czy­nają zna­jo­mość zde­cy­do­wa­nym uści­skiem dłoni. To przy­po­mina coś z ne­kro­logu jej dziadka w lo­kal­nej ga­ze­cie: "Był bar­dzo do­brym czło­wie­kiem z moc­nym uści­skiem dłoni".

- Rob­ban. Wła­ści­wie Karl Ro­bert, ale brzmi jak imię dla ko­goś, kto cho­dził do pry­wat­nej szkoły. Jeż­dżę ko­parką - do­daje, nie­mal prze­pra­sza­jąco.

- Kari brzmi może, jak­bym słu­chała mu­zyki kla­sycz­nej, ale słoń na­dep­nął mi na ucho - od­po­wiada rów­nie prze­pra­sza­jąco.

- Cóż, spró­buję jesz­cze raz od­pa­lić tego grata. Czło­wiek, który sprze­dał mi dom, mó­wił, że ko­siarka jest w ce­nie, ale ni­gdy nie do­dał, że jest ze­psuta.

- A ja wra­cam do mo­ich... - Kari czeka, aż od­wróci się do niej ple­cami, za­nim znowu za­ry­zy­kuje ży­cie, wspi­na­jąc się na ha­mak. Na ra­zie jest za­do­wo­lona. Krótko i na te­mat. Nie wy­daje się, żeby miał za­ga­dać ją na śmierć.

Ob­ser­wuje walkę Rob­bana z cu­dem tech­niki. Wi­dzi błysk potu na jego ple­cach. Pra­cuje po­woli i spo­koj­nie.

Po upły­wie do­brej chwili pod­nosi się, rzuca klucz fran­cu­ski na zie­mię, ociera kro­ple z czoła i wrzesz­czy do niej:

- Jak nie od­palę tego złomu w prze­ciągu dzie­się­ciu mi­nut, we­zmę ko­parkę i zro­bię z tego gówna tor do buli!

Kari ana­li­zuje nową próbkę głosu. Może być z Da­larny.

2

Jest ci­sza na mo­rzu. Ani jed­nej zmarszczki. Z bazy ma­ry­narki wo­jen­nej pły­nie spo­koj­nie mała łódka, zo­sta­wia­jąc na ta­fli wody wy­raźny ślad. Pe­wien göthe­bor­czyk, któ­remu we­wnętrzny ar­chi­pe­lag Karls­krony nie­zbyt im­po­no­wał, z prych­nię­ciem na­zwał go raz "za­to­pio­nym ogro­dem" i mógł mieć tro­chę ra­cji - gdy słońce chyli się ku za­cho­dowi, wy­sepki pra­wie w ogóle nie rzu­cają cie­nia.

Kiedy czyn­sze przy Chap­man­splan, bli­sko mia­sta, po­szły w górę, Ca­rina Arons­son ob­li­czyła, że wcale nie by­łoby dużo dro­żej ku­pić miesz­ka­nie i pła­cić za swoje, niż da­lej miesz­kać w wy­naj­mo­wa­nym. Tak, oczy­wi­ście, było kosz­tow­niej, ale było warto. Wy­po­wie­działa więc lo­kal i ku­piła wła­sny, nie­całe pół ki­lo­me­tra da­lej, na wy­spie Saltö. Nie je­den z tych więk­szych, droż­szych, na wyż­szych pię­trach, ale na­dal na tyle wy­soko, że miała cał­kiem do­bry wi­dok na cie­śninę Saltö. A pie­szo do mia­sta tylko dzie­sięć mi­nut dłu­żej niż wcze­śniej.

Miesz­ka­nie było tro­chę mniej­sze niż to, które wy­naj­mo­wała, ale wy­star­cza­jące dla jed­nej osoby. Po sy­tu­acji z Mat­sem Carl­ber­giem zde­cy­do­wała, że naj­lep­szy spo­sób, by znowu w ta­kiej nie wy­lą­do­wać, to po pro­stu mieć miej­sce tylko dla sie­bie. Mats wnik­nął do jej ży­cia tak ła­two jak w bajce, ale na końcu nie żyli długo i szczę­śli­wie. Jego żona miała na ten te­mat wła­sną opi­nię i osta­tecz­nie do niej wró­cił. Krzyż na drogę.

Ale to było kie­dyś. Obec­nie od ja­kie­goś czasu Ca­rina mieszka sama, ale w za­sa­dzie nie czuje się sa­motna. Tylko od czasu do czasu od­nosi wra­że­nie pustki.

Mo­głaby po­spać jesz­cze kilka go­dzin, bo ma wolne, ale za­miast tego pod­nosi ga­zetę z przed­po­koju i wyj­muje ulu­biony ku­bek. W holu w lu­strze zo­ba­czyła swoje od­bi­cie, mi­gnęła jej po­woli gi­nąca ta­lia. Nad­szedł czas, by spo­wol­nić ten za­nik. Za­sta­na­wia się, czy znowu nie ob­ciąć swo­ich krę­co­nych wło­sów na krótko, ale gdy zro­biła to ostat­nio, wy­szła od fry­zjera, wy­glą­da­jąc jak świnka skar­bonka. Wró­ciła tam i za­re­kla­mo­wała usługę, skró­cili więc jesz­cze tro­chę i wtedy przy­po­mi­nała już owcę sze­tlandzką.

Tak, tak. Na wszystko przyj­dzie czas. Ale nie dziś.

Ca­rina ziewa tak mocno, aż szczęka jej trzesz­czy, wiąże nie­po­słuszne włosy na karku i na­sta­wia kawę. Nie wi­działy się już od ja­kie­goś czasu. Agneta znaj­do­wała się po­mię­dzy dwoma okre­sami by­cia sin­gielką, a wtedy naj­le­piej zo­sta­wić ją w spo­koju.

Ale te­raz dzwoni:

- Hej, to twoja je­dyna przy­ja­ciółka!

- O, wy­la­złaś więc z ja­skini lwa?

- Nie lwa, miał na imię Len­nart. Sama przy­jem­ność, na­prawdę, ale zbyt wy­ma­ga­jący.

- Aha, chciał, że­by­ście cho­dzili na spa­cery?

- Go­rzej. Chciał mnie za­pro­sić na ko­la­cję nie­spo­dziankę do Utki­ken. Parę ład­nych ki­lo­me­trów od domu. Czy do­jeż­dża tam au­to­bus? Nie.

- Mo­gli­by­ście po­je­chać ro­we­rem.

- Aż do wieży ci­śnień?! Wiesz, ist­nieje po­wód, dla któ­rego nie zgło­si­łam się na Tour de France - etapy gór­skie! To jak pły­nąć pod prąd cho­ler­nej Nia­gary. Przy­po­mnij mi, że­bym ku­piła nowy strój ką­pie­lowy.

- A po co, nie pły­wa­łaś od pięt­na­stu lat.

- Może trzeba bę­dzie się po­ka­zać.

- W ta­kim ra­zie kup bi­kini.

- Tak, dla­czego nie. Pod­cią­gnę majtki, a góra bę­dzie zwi­sać, w ten spo­sób i tak nie bę­dzie wi­dać brzu­cha. Raz mia­łam ko­stium ką­pie­lowy wy­cięty przy kro­czu tak wy­soko, że za jed­nym za­ma­chem można było ogo­lić pa­chę i bi­kini. Ale to było kie­dyś. W każ­dym ra­zie ku­pi­łam do­bre wino bal­ko­nowe.

- Prze­cież nie masz bal­konu?

- Nie, ale słu­chaj. Je­steś wie­czo­rem w domu?

- Je­stem w domu i te­raz, i póź­niej, mam urlop do wy­ko­rzy­sta­nia.

- To wpadnę po po­łu­dniu. Je­steś pewna, że nie masz ko­goś in­nego, kto też chciałby przyjść?

- Nie, ni­kogo ta­kiego. Po­zna­łam jed­nego, który może bę­dzie chciał wpaść, ale to tro­chę po­trwa.

- Kogo?!

- Wi­dzimy się po po­łu­dniu.

- Ca­sil­lero del Dia­blo Ca­ber­net Sau­vi­gnon, rocz­nik 2014, nu­mer 2962 w mo­no­po­lo­wym. Sie­dem­dzie­siąt dzie­więć ko­ron.

Agneta za­pi­sała radę Carla-Jansa na kar­to­nie w ma­ga­zy­nie. Mo­gli mieć włą­czone ra­dio pod­czas pracy i dzięki temu dni mi­jały szyb­ciej. Ten sam pro­gram co­dzien­nie, wie­dzieli więc do­kład­nie, która go­dzina. Lunch wy­pa­dał równo z P4 Extra, a kiedy anon­so­wali Echo Dnia za kwa­drans piąta, wia­domo było, że czas po­woli zbie­rać się do domu.

Agneta sta­wia wino na pod­ło­dze w holu u Ca­riny, zdej­muje san­dały i upew­nia się, że drzwi są za­mknięte na klucz. Ni­gdy nie wia­domo, kiedy zja­wią się świad­ko­wie Je­howy. Pew­nie wy­łu­dzili kod do klatki od spół­dzielni.

- Po­doba ci się tu? - Agneta, która sama od wielu lat mieszka na wy­spie Saltö, uważa, że jest tu cał­kiem w po­rządku, ale ma kosz­mary o tym, co się sta­nie, je­śli ktoś wy­sa­dzi most. Od­cięta od cy­wi­li­za­cji, bę­dzie uwię­ziona wśród hi­ste­rycz­nych tłu­mów, w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści go­ści kem­pin­gów, któ­rzy do­tarli tu kam­pe­rami z Dragsö i nie mieli po­ję­cia, jak wró­cić do domu.

Jesz­cze gor­sze wy­da­wało się, że w ma­łym skle­piku mogą skoń­czyć się pa­pie­rosy, za­nim ka­wa­le­ria zbu­duje most tym­cza­sowy łą­czący wy­sepkę z lą­dem. Za­wsze ma w domu kilka za­pa­so­wych pa­czek w ra­zie czego.

- Bar­dzo mi się tu po­doba. Nie wiem, dla­czego nie zro­bi­łam tego wcze­śniej. - Ca­rina wyj­muje kie­liszki i pró­buje chru­pek se­ro­wych, które zo­stały jej z week­endu. Jesz­cze się na­dają. Wil­got­ność po­wie­trza prze­cież wcale nie była taka wy­soka. Kto po­trze­buje hi­gro­me­tru, je­śli ma chrupki se­rowe.

Agneta otwiera okno na za­bu­do­wa­nym bal­ko­nie i wy­sta­wia głowę na ze­wnątrz. Oczy łza­wią jej za oku­la­rami, a włosy stają dęba od prze­ciągu.

- Nie zwiewa cię, kiedy na­prawdę za­czyna wiać w li­sto­pa­dzie?

- Nie, po pro­stu nie można wtedy otwie­rać okien.

Sia­dają na ra­ta­no­wych fo­te­lach i Agneta za­uważa, że przy­ja­ciółka przy­go­to­wała dla niej po­piel­niczkę. I za­mknęła drzwi do miesz­ka­nia, ale zo­sta­wiła uchy­lone okno.

- To jak sie­dzieć w szkla­nej ko­mo­rze w szpi­talu - kon­sta­tuje za­do­wo­lona Agneta i wy­ciąga pa­pie­rosy z to­rebki. - No da­lej, kim on jest?

- Tak wła­ści­wie, nie wiem do­kład­nie, czy już je­ste­śmy ra­zem... Był mę­żem mo­jej ko­le­żanki z pracy i to ona nas przed­sta­wiła.

- Co?!

- Wiem, że brzmi to tro­chę dziw­nie, ale, jak wi­dać, na­dal są do­brymi przy­ja­ciółmi mimo roz­wodu.

- Jak bar­dzo do­brymi?

- Bar­dzo. I to wła­śnie mi prze­szka­dza. Są w cią­głym kon­tak­cie. Dzwo­nią do sie­bie, pi­szą, ćwier­kają, jakby na­dal byli parą. Nie wiem, które z nich nie umie opu­ścić gniazda.

- Je­śli po­sta­wisz go mię­dzy swo­imi eks, to wtedy jest jak pe­łen se­kre­tów Mats, czy jak bez­piecz­niutki Lil­le­bror? - Agneta uważa, że brzmi to świet­nie, ale w tym sa­mym cza­sie rów­nież tro­chę nie­po­ko­jąco. U Ca­riny zdol­ność oceny męż­czyzn po­zo­sta­wia wiele do ży­cze­nia.

- Gdzieś po­mię­dzy, tak mi się wy­daje. Te­raz chce, że­by­śmy ra­zem od­wie­dzili jego byłą żonę w Ron­neby. Jak okropne by to nie było, mieszka na tej sa­mej ulicy, na któ­rej miesz­kali Mats i Eva-Lis. A na­wet w tym sa­mym domu, je­śli mam być do­kładna...

Agneta pro­stuje się w fo­telu.

- Po­wiedz, że też mogę je­chać!

- Osza­la­łaś.

3

Na ze­wnątrz jest jesz­cze ciemno, gdy Eva-Lis bu­dzi się w ho­telu w Sztok­hol­mie. Mo­głaby wró­cić póź­niej­szym po­cią­giem, ale chciała wy­je­chać naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Usta­wiła bu­dzik na zde­cy­do­wa­nie zbyt wcze­sną go­dzinę i te­raz wy­daje jej się, że le­dwo zdą­żyła zmru­żyć oczy, za­nim alarm za­czął wy­gry­wać dźwięki harfy, co­raz bar­dziej agre­sywne z każdą mi­ja­jącą se­kundą. Zmieni dzwo­nek, jak tylko do­wie się, jak to zro­bić.

Zbiera ubra­nia, za­myka wa­lizkę i za­ma­wia tak­sówkę na dwo­rzec. Rand­ko­wa­nie przez in­ter­net to naj­głup­sza rzecz, jaką zro­biła w ży­ciu. Pra­wie. A wy­da­wało się, że bę­dzie ide­alny. Ich pro­file pa­so­wały do sie­bie w nie­mal nie­po­ko­jący spo­sób. Nie chciała za­pra­szać go do sie­bie, do domu na wy­spie, więc za­ofe­ro­wała, że przy­je­dzie do Sztok­holmu. Męż­czy­zna, który ode­brał ją na sta­cji, mógłby być jej oj­cem.

Eva-Lis nie miała ni­gdy pro­ble­mów ze swoim ro­dzi­cie­lem, więc fakt, że z po­dob­nym do niego męż­czy­zną do­brała się w in­ter­ne­cie, nie zbył zbyt za­ska­ku­jący, ale fa­cet na­cią­gnął swój wiek o ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć, trzy­dzie­ści lat.

To była ra­czej szybka ko­la­cja w Pizza Hut nad Dwor­cem Cen­tral­nym, wy­mó­wiła się mi­greną i obie­cała za­dzwo­nić, je­śli po­czuje się le­piej. Po­wi­nien był zwró­cić uwagę, że nie spy­tała go przy tym o nu­mer.

Nie, rand­ko­wa­nie przez in­ter­net to nie jej bajka. Musi spró­bo­wać za­po­mnieć o Mat­sie w ja­kiś inny spo­sób.

Ko­ły­sa­nie po­ciągu jest usy­pia­jące. Eva-Lis ma na­dzieję, że nad­robi nie­prze­spane go­dziny, żeby mieć siłę na dal­szą po­dróż. Przy­sy­pia przed Fle­mings­berg, a przed przy­stan­kiem w Söder­tälje śpi już z otwar­tymi ustami.

- Kopę lat!!!

Męż­czy­zna, który stoi przed nią, ko­ły­sze się w takt ru­chu po­ciągu, wy­glą­da­jąc na bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lo­nego.

Ma co prawda to­wa­rzy­sza po­dróży kilka wa­go­nów da­lej, ale chęt­niej spę­dzi ją z dawną są­siadką niż z ko­legą Bör­jem, który za­raz wy­cią­gnie ka­napki z jaj­kiem z zie­lo­nym żółt­kiem i kle­ją­cym się ka­wio­rem. Kum­pel wy­pra­co­wał so­bie wła­sny sys­tem, żeby do­stać od ho­telu gra­ti­sowy po­si­łek. Wrzuca jajko, oczy­wi­ście ugo­to­wane na twardo, do jed­nej kie­szeni, a do dru­giej prze­kro­joną, wy­sma­ro­waną ka­wio­rem i z po­wro­tem zło­żoną bułkę. Za­ofe­ro­wał Jimmy'emu po­łowę, ale sam za­pach wy­do­by­wa­jący się z ma­ry­narki Bör­jego wy­wo­łuje w Jim­mym uczu­cie prze­sytu gra­ni­czące z mdło­ściami.

Eva-Lis uważ­nie wy­ciera kro­plę śliny, która pod­czas snu ze­brała jej się w ką­ciku ust. Przez chwilę roz­waża po­zo­sta­wie­nie oczu na wpół otwar­tych, by spró­bo­wać uda­wać, że umarła albo że znaj­duje się w sta­nie, w któ­rym nie ma z nią kon­taktu. Albo po­zwo­lić gło­wie opaść, żeby wy­glą­dać, jakby ktoś wła­śnie sprze­dał jej pra­wego sier­po­wego. To­wa­rzy­stwo to ostat­nie, na co ma ochotę.

Ko­bieta pod­nosi lekko wzrok i jej spoj­rze­nie pada na oko­lice pępka na­le­żą­cego do ciała, które zbyt długo nie było z psem na spa­ce­rze. Brzuch bawi się w cho­wa­nego z pa­skiem od spodni. Pa­sek jest wi­doczny, kiedy męż­czy­zna się prze­ciąga, ale kiedy wraca do nor­mal­nej po­zy­cji, znowu przy­krywa go tłusz­czyk.

- Jimmy...? - pyta, prze­cią­ga­jąc słowo jak Greta Garbo, żeby utrzy­mać od­po­wiedni dy­stans w roz­mo­wie.

Jimmy i jego żona byli są­sia­dami jej i Matsa. Eko­wie ku­pili dom obok, gdy star­sza para, która do tej pory w nim miesz­kała, po­sta­no­wiła do­żyć swo­ich dni w miesz­ka­niu w Sväng­sta. Mieli wnucz­ków w Kal­linge, bar­dzo bli­sko sta­rego domu, wy­ko­rzy­stali więc pie­nią­dze ze sprze­daży i tro­chę wła­snych oszczęd­no­ści, by prze­nieść się do in­nej, od­da­lo­nej gminy, li­cząc na wię­cej czasu dla sie­bie, za­nim oste­opo­roza ude­rzy na do­bre.

Jimmy chciał im­prez w ogród­kach, są­siedz­kiej współ­pracy, dzie­lo­nych ko­sia­rek/no­życ do ży­wo­płotu i so­cja­li­zo­wa­nia się. Eva-Lis i Mats ku­pili dom wła­śnie po to, by być od są­sia­dów da­lej niż na wy­cią­gnię­cie ręki. Tam, do­kąd się prze­pro­wa­dzili, ręka Jimmy'ego była zde­cy­do­wa­nie zbyt bli­sko.

Je­śli usią­dzie obok mnie, za­cią­gnę ręczny, my­śli Eva-Lis i le­d­wie za­uwa­żal­nie kła­dzie ga­zetę na sie­dze­niu obok.

Jimmy na­dal stoi na­prze­ciw niej, trzy­ma­jąc się opar­cia fo­tela, by nie upaść.

- Ten sam! Kopę lat się nie wi­dzie­li­śmy!

- Ostatni raz, za­nim wy­pro­wa­dzi­li­śmy się z Mat­sem.

- Tak, my­ślę, że by­ście po­ża­ło­wali, gdy­by­ście zo­ba­czyli, jak to te­raz wy­gląda. Ci nowi wy­bu­do­wali so­bie ta­ras. Nie jest już tak swo­bod­nie i przy­jem­nie jak wtedy, gdy wy tam miesz­ka­li­ście. Nie­któ­rzy nie mają w ogóle po­czu­cia wspól­noty, a tego wła­śnie po­trze­bu­jemy w tym kraju.

- W Szwe­cji?

- Tak, do­kład­nie - od­po­wiada Jimmy, nie­czuły na nutkę iro­nii. - Czyli je­steś w po­dróży? Czy nie?

Eva-Lis ma na­dzieję, że za­raz będą mi­jać Ka­tri­ne­holm. Tam po­ciąg bie­rze taki za­kręt, że Jimmy wy­lą­do­wałby naj­pew­niej na ko­la­nach stu­dentki po dru­giej stro­nie przej­ścia, która pi­sze pracę, hi­ste­rycz­nie stu­ka­jąc w kla­wia­turę. Ale nie­stety była pani Carl­berg prze­spała ten mo­ment, po­ciąg mi­nął wła­śnie Lin­köping. Raz na wo­zie, raz pod wo­zem.

- Tak, a ty? - Cho­lera. Złe py­ta­nie.

Jimmy pod­nosi ga­zetę.

- My­ślę, że się przy­siądę, nie można tak prze­cież stać i blo­ko­wać przej­ścia.

Przez na­stępne pół go­dziny Eva-Lis wy­biera się w we­wnętrzną po­dróż, którą we­dług re­klamy ko­lej ofe­ruje w ce­nie bi­letu. To nie do końca nie­prawda, w tej we­wnętrz­nej po­dróży ko­bieta trzyma się roz­kładu jazdy le­piej niż sam po­ciąg. Tym­cza­sem Jimmy opo­wiada o wszyst­kim, co ostat­nimi czasy wy­da­rzyło się na ich daw­nej ulicy. Eva-Lis wtrąca cza­sem "Aha", "No pro­szę!", "Na­prawdę?" i "Jak miło", kiedy wy­daje jej się, że po­winna ja­koś za­re­ago­wać.

- A wy? - pyta Jimmy. - Je­ste­ście te­raz we wspól­no­cie miesz­ka­nio­wej? - do­daje i kle­pie Evę-Lis żar­to­bli­wie w ra­mię.

- Mats może jest. Ja nie.

- Aha. A nie jest się au­to­ma­tycz­nie we dwójkę, mam na my­śli jako go­spo­dar­stwo do­mowe?

- Mamy od­dzielne go­spo­dar­stwa do­mowe.

- Oj, oj. Więc je­ste­ście roz­wie­dzeni... A może znowu się po­bra­li­ście? - in­da­guje Jimmy. Praw­do­po­dob­nie po to, by mieć co opo­wie­dzieć na na­stęp­nym spo­tka­niu są­siedz­kim.

- Nie, nie ze sobą, w każ­dym ra­zie - rzuca Eva-Lis lekko i śmieje się w spo­sób, który ma na­dzieję brzmi od­py­cha­jąco. Je­śli taki śmiech w ogóle ist­nieje. W każ­dym ra­zie Jimmy milk­nie na wy­star­cza­jąco długo, by mo­gła zmie­nić te­mat.

Dawny są­siad na­wet nie wie, jak był bli­sko prawdy. Od kiedy Mats za­dzwo­nił do niej do pracy i chciał spo­tkać się na lunch, czuła się, jakby jej ży­cie prze­pusz­czono przez nisz­czarkę. Ich zwią­zek był jak prze­jażdżka ko­lejką gór­ską, ale wła­śnie wtedy, kiedy wy­da­wało jej się, że zje­chali z górki na spo­koj­niej­szy te­ren, i kiedy wy­ba­czyła mu wszyst­kie wy­skoki, on po­sta­no­wił opu­ścić ich wa­go­nik. Oczy­wi­ście, cza­sami mógł być praw­dzi­wym dup­kiem, ale był jej dup­kiem. By­wał po­pę­dliwy, ale za­wsze wra­cał do domu.

Aż do pew­nego zwy­czaj­nego, ża­ło­snego wtorku. Wtedy prze­pro­sił ją za wszystko jesz­cze raz i przy­rzekł, że już ni­gdy nie bę­dzie nie­wierny. Wszystko dla­tego, że ku­pił sze­re­go­wiec na Ter­ras­svägen w Karl­shamn. Spo­kojna dziel­nica, mały ogró­dek, li­cy­ta­cja nie była taka zła.

Szok spo­wo­do­wał, że naj­pierw za­nie­mó­wiła z wra­że­nia. Po­tem spy­tała, skąd wziął pie­nią­dze na jesz­cze je­den dom. Wy­mam­ro­tał coś o tym, że jest ła­twiej, jak się jest we dwójkę.

- Tak, ale my je­ste­śmy we dwójkę?! - rzu­ciła Eva-Lis.

- Tak, jest nas dwoje na dom, że tak po­wiem.

A więc spo­tkał ko­goś in­nego. Znowu. Cho­ciaż tym ra­zem wy­da­wało się to po­ważne. To był ko­niec.

Ale Mats Carl­berg nie był czło­wie­kiem, który pod­daje się tak ła­two. Z Evą-Lis za­wsze czuł się bez­piecz­nie. Tak bar­dzo, że mógł upra­wiać swoje hobby, wie­dząc, że za­wsze bę­dzie miał dom, do któ­rego może wró­cić. Nie ro­zu­miał, czemu re­ago­wała tak gwał­tow­nie na jego małe wy­bryki. Gdyby nie ko­chał jej naj­bar­dziej ze wszyst­kich, to prze­cież by się roz­wiódł? Była naj­lep­sza - po­wi­nien to wie­dzieć, skoro wy­pró­bo­wał tyle in­nych opcji. Głę­boko w środku po­winno jej to, do cho­lery, po­chle­biać - mó­wił do sie­bie pod­czas tych krót­kich chwil in­tro­spek­cji, które na­cho­dziły go od czasu do czasu.

Po praw­dzi­wej ka­ta­stro­fie z Ca­riną i Agnetą po­sta­no­wił jak naj­szyb­ciej wró­cić do łask żony.

Pierw­sza próba oka­zała się fia­skiem. Zde­cy­do­wa­nie nie był u szczytu swo­ich moż­li­wo­ści. Eva-Lis była zbyt opa­no­wana i było jed­nak tro­chę za wcze­śnie.

- Na­prawdę je­steś chory na umy­śle! - Była spo­kojna i zimna jak lód, czego się nie spo­dzie­wał.

- Po­cze­kaj, prze­cież każdy może po­peł­nić błąd!

- Oczy­wi­ście. Ale nie cztery, pięć ta­kich sa­mych.

- Żadna z nich nie zna­czyła dla mnie nic spe­cjal­nego. To tylko... To się po pro­stu stało.

- Bar­dzo ład­nie w sto­sunku do nich. Im też to po­wie­dzia­łeś? "Nie zna­czysz dla mnie nic spe­cjal­nego"? Na pewno by­łeś uprzejmy, kiedy to mó­wi­łeś? I opo­wie­dzia­łeś oczy­wi­ście, że je­steś żo­naty, a żona sie­dzi w domu i czeka?

Evie-Lis za­czy­nały pusz­czać nerwy, co dało Mat­sowi tro­chę na­dziei. Je­śli tylko jej emo­cje we­zmą górę, bę­dzie umiał za­grać na nich tak, by do­pa­so­wały się do jego wła­snych.

- Nie je­stem z sie­bie dumny.

- Aha. Jak nie dumny, to jaki je­steś?

- Więc, tak na­prawdę, to nie wiem... - Mats zni­żył głos pra­wie do szeptu i utkwił spoj­rze­nie w pod­ło­dze. Ale Eva-Lis nie dała się tak ła­two na to zła­pać.

- Aha, nie dumny, tylko bu­dzący li­tość. Jak jesz­cze prze­krzy­wisz głowę, to wy­buchnę śmie­chem. A dawno nie mia­łam oka­zji. - Jej ton znowu przy­po­mi­nał lód. Spró­bo­wał za wcze­śnie. Wy­pro­sto­wał się szybko i spoj­rzał jej w oczy.

- Okej, prze­cież wiesz, że do kłótni za­wsze trzeba dwojga. Może mo­gła­byś mi po­móc? Je­stem tylko czło­wie­kiem.

- Je­steś dup­kiem.

- A więc my­ślisz, że nie ma w tym w ogóle two­jej winy? Ciężko pra­co­wa­łem, mia­łem dom na gło­wie i to wcale nie ta­kie dziwne, że czło­wiek robi się sfru­stro­wany i...

- Sfru­stro­wany?! To ja­kieś nowe okre­śle­nie na na­pa­lony? I tak, oczy­wi­ście, to nic nie­zwy­kłego. Wszy­scy wła­ści­ciele willi z peł­no­wy­mia­rową pracą bie­gają jak kró­liki...

- Mo­żemy przejść do rze­czy?

- Wła­śnie to po­wie­dzia­łeś. Do rze­czy. Nie mamy już o czym roz­ma­wiać.

Eva-Lis od­wró­ciła się i się­gnęła po kurtkę, którą wcze­śniej po­wie­siła na opar­ciu krze­sła. Spo­tkali się w cu­kierni Con­ti­nen­tal w Ron­neby. W miej­scu, w któ­rym można było po­roz­ma­wiać w spo­koju. Cy­na­monka była do­bra, ale Eva-Lis zo­sta­wiła swoją na wpół nie­do­je­dzoną. Z ja­kie­goś po­wodu stra­ciła ape­tyt. Mats na­dal sie­dział przy sto­liku, gdy od­sta­wiła pu­sty ku­bek i ta­le­rzyk na tacę. Spoj­rzała na ze­ga­rek. Dzie­sięć po dru­giej w so­botę. Po­winna jesz­cze zdą­żyć ku­pić wino, za­nim za­mkną sklepy.

- Masz za­miar za­trzy­mać dom? - Mats pró­bo­wał ją za­trzy­mać.

- Mam prawo coś za­trzy­mać.

- Je­śli szu­kasz lo­ka­tora, wiesz, gdzie mnie zna­leźć. - Uśmiech­nął się ostroż­nie.

- Wy­bra­ła­bym ko­goś, kto na pewno pła­ciłby czynsz.

- W ta­kim ra­zie może mu­szę ci przy­po­mnieć, że po­łowa domu na­leży do mnie!

Kilku go­ści od­wró­ciło się w ich kie­runku, gdy Mats na­gle pod­niósł głos. Eva-Lis uśmiech­nęła się do nich uprzej­mie i pu­blika tak­tow­nie wró­ciła do wła­snych spraw.

- Skon­tak­to­wa­łam się z ad­wo­ka­tem. My­ślę, że też po­wi­nie­neś.

- Ale. Chwila. Nie by­łoby le­piej, gdy­bym wpro­wa­dził się z po­wro­tem, że­by­śmy mo­gli to roz­wią­zać w spo­koju. Będę spał w ga­bi­ne­cie.

- A więc je­steś przed ko­lej­nym związ­kiem. Nie masz do­kąd pójść? I my­ślisz, że mo­żesz wró­cić do domu, jakby nic się nie zda­rzyło? Do domu, aku­rat. Uży­wa­łeś ad­resu ?ga­tan czter­na­ście tylko jako bazy wy­pa­do­wej do na­stęp­nych pod­bo­jów. Może i je­stem głu­pia, ale nie je­stem skoń­czoną kre­tynką!

- Po­myśl, mu­simy się skon­cen­tro­wać, żeby roz­wią­zać to jak do­ro­śli. Wiesz, że mam pro­blem ze sku­pie­niem się na dwóch rze­czach na­raz.

- Wręcz prze­ciw­nie. - Eva-Lis nie mo­gła się po­wstrzy­mać. - Je­śli po­tra­fisz pro­wa­dzić po­dwójne ży­cie z żoną i ko­chanką tak długo, jak to ro­bi­łeś, tak że ani ona, ani ja tego nie za­uwa­ży­ły­śmy, to rów­nie do­brze można na­zwać cię wie­lo­za­da­nio­wym. Nie uwa­żasz?

Mats za­ci­snął szczęki tak mocno, że jego ósemki pra­wie się do­tknęły. Ale nic nie po­wie­dział.

- Nie spy­ta­łeś Ca­riny, czy mo­żesz wró­cić do "domu? Albo Agnety?

Eva-Lis za­ło­żyła kurtkę i prze­wie­siła to­rebkę przez ra­mię. To z Ca­riną nie­świa­do­mie dzie­liła Matsa przez tak długi czas. A Ca­rina nie­świa­do­mie z nią. Obie tak samo oszu­kane, obie tak samo łak­nące ze­msty. Która wy­szła na­prawdę do­brze.

Ale tak było wtedy, a gdy sprawa tro­chę prze­brzmiała, Mats spró­bo­wał jesz­cze raz i w końcu z po­wro­tem do­stał klu­cze na ?ga­tan czter­na­ście. Po­zwa­lał so­bie na mały po­za­mał­żeń­ski flirt od czasu do czasu, ale ni­gdy nie trwało to zbyt długo.

Aż po­znał An­ne­lie i za­po­mniał o mo­no­ga­mii. W An­ne­lie było coś ma­gicz­nego. Ale tym ra­zem grał w otwarte karty. Po­wie­dział jej, że jest żo­naty, i za­nim zo­sta­wił w jej ła­zience szczo­teczkę do zę­bów, wziął roz­wód z Evą-Lis.

Do cho­lery, jak mógł być tak głupi! Ma­giczna otoczka An­ne­lie od­pły­nęła w takt kłótni o obo­wiązki do­mowe, pie­nią­dze i gu­sta mu­zyczne. Myć okna to jedna rzecz, ale być przy tym zmu­szo­nym do słu­cha­nia Franka Si­na­try, to pra­wie wojna psy­cho­lo­giczna. Wy­ja­śniał jej już, że je­śli cho­dzi o mu­zykę, jest wszyst­ko­żerny - z wy­jąt­kiem Si­na­try.

Po tym, jak czę­sto za­częła pusz­czać Rat Pack, do­tarło do niego, że An­ne­lie chce, żeby się wy­pro­wa­dził.

Te­raz, po kilku mie­sią­cach spę­dzo­nych w ma­łej dziu­rze nad re­stau­ra­cją Jo­sie, znowu w Karls­kro­nie, zde­cy­do­wał się na ko­lejne po­dej­ście do Evy-Lis. My­ślał też o Jo­sie, ale jego byłe po­sta­rały się o znaki ostrze­gaw­cze, no i Jo­sie ni­gdy nie była za­in­te­re­so­wana. Tym ra­zem za­żą­dała też czyn­szu z góry.

Jego za­rost był za krótki, by wy­glą­dał na za­nie­dba­nego z tę­sk­noty za byłą żoną. Pró­bo­wał też brzmieć, jakby miał za­tkany nos, ale było to bar­dzo trudne do ćwi­cze­nia. Stwier­dził, że po­czeka kilka dni, za­nim za­puka do jej drzwi. Dla­czego nie? Do trzech razy sztuka.

Po­ciąg to­czy się po­woli. Tro­chę zbyt po­woli, we­dług Evy-Lis.

- Masz urlop czy to po­dróż służ­bowa?

Jimmy wy­gląda na roz­cza­ro­wa­nego zmianą te­matu i od­po­wiada, pra­wie wzdy­cha­jąc:

-Tak, ja i ko­lega od­wie­dza­li­śmy biuro w Up­psali. Wiesz, tro­chę wspar­cia.

Eva-Lis nie wie, ale kiwa głową.

- Ko­lega na pewno za­sta­na­wia się, gdzie się po­dzia­łeś - mówi lekko. - Mo­żesz za­brać ga­zetę. Zdą­ży­łam rano prze­czy­tać - kła­mie. Usa­da­wia się wy­god­niej w fo­telu i pa­trzy przez okno. - My­ślę, że tro­chę się zdrzemnę.

- Też by­łaś na ja­kimś spo­tka­niu? - pró­buje Jimmy, który nie chce się ru­szyć.

- Można tak po­wie­dzieć. Po­zdrów ode mnie ko­legę i Lin­neę.

- Lenę. I też po­zdrów. Miło się ga­wę­dziło. To chyba naj­lep­sze w po­cią­gach.

- Tak, czyż nie?

Jimmy mógł nie je­chać na spo­tka­nie do Up­psali. Fak­tem jest, że mógłby także zo­stać bez pracy, gdyby Börja nie ro­bił jesz­cze gor­szych błę­dów niż on. Kryli się na­wza­jem i przez to stali się nie­roz­łączni. Więź, w któ­rej je­den trzy­mał dru­giego mocno jak do­ber­mana na smy­czy, Jimmy od­biera jak pę­tlę na szyi.

Cen­trala przy­kłada wagę do tego, by wszyst­kie za­soby były wy­ko­rzy­sty­wane, i uważa, że je­śli pra­cow­nicy jeż­dżą i się po­znają, to po­zy­tyw­nie wpływa na at­mos­ferę w fir­mie. W prak­tyce ozna­cza to, że me­na­ge­ro­wie śred­niego szcze­bla od­wie­dzają mniej­sze od­działy i mó­wią im, jak wy­ko­ny­wać ich pracę. Że­nu­jące dla obu stron, a je­dyni, któ­rzy coś na tym zy­skują, to osoby do­sta­jące dietę.

To była dwu­dniowa po­dróż, przez co do­stał wię­cej pie­nię­dzy, ale jed­no­cze­śnie przy­pra­wiła ona Jimmy'ego o ból brzu­cha. Lena nie po­winna zo­sta­wać sama w domu, nie słu­żyło jej to. Tak, na miej­scu był ich syn, Lu­cas, ale żeby dom funk­cjo­no­wał po­praw­nie, musi być w nim cała ro­dzina. Sły­szał o zde­cy­do­wa­nie zbyt wielu związ­kach, które się roz­pa­dły tylko dla­tego, że lu­dzie nie umieli do­ce­nić tego, co mieli. A Lena zbyt ła­two ufa lu­dziom. Kiedy to on jest od­po­wie­dzialny za dom i ro­dzinę, może mieć to gdzieś. W do­datku jest tyle osób, któ­rym nie można ufać, które wdzie­rają się i nisz­czą ro­dziny. Ko­cha Lenę i nie chce, żeby pa­dła ofiarą ja­kie­goś szwin­dla. To się może ła­two stać, więc chroni ją, jak tylko może. Po­winna tylko oka­zać tro­chę wię­cej wdzięcz­no­ści. To by­łoby do­bre także dla Lu­casa, na­uczyć się sza­cunku.

Po­ciąg staje w Alve­sta z szarp­nię­ciem, które bu­dzi Evę-Lis. "...i da­lej w kie­runku Växjö-Ho­vman­torp-Les­sebo-Em­ma­boda-Kal­mar od­jeż­dża z toru 4B".

Jesz­cze jedna prze­siadka, w Em­ma­boda. Wspa­niale bę­dzie do­trzeć do domu, za­nim mi­nie cały dzień. Jimmy musi wy­siąść w Häs­sle­holm, żeby do­trzeć do Ron­neby.

Eva-Lis otrzy­mała swoją część pie­nię­dzy za sprze­daż willi i ku­piła do­mek w Karls­kro­nie, na wy­spie Sturkö, od strony wschod­niego szkieru. Zo­stało jej jesz­cze pie­nię­dzy na mały sa­mo­chód, ale tram­waj wodny mię­dzy wy­spą a mia­stem spra­wiał, że nie mu­siała spę­dzać w au­cie do­dat­ko­wych pół go­dziny rano i wie­czo­rem. Na wy­spie było spo­koj­nie i pięk­nie. Sturkö zde­cy­do­wa­nie nie było bez­ludne, ale Eva-Lis do­ce­niała od­se­pa­ro­wa­nie od mia­sta.

4

Jimmy Ek prze­czu­wał to już od dłuż­szego czasu. Jak zwy­kle za­dzwo­nił z ho­telu kilka razy, a Lena brzmiała na za­do­wo­loną i oży­wioną. Tro­chę dziwne, bio­rąc pod uwagę fakt, że była sama w domu. Za trze­cim albo czwar­tym te­le­fo­nem, a może na­wet pią­tym, za­py­tał na­wet, co ją tak ucie­szyło.

- Nic - od­po­wie­działa. - Je­stem taka sama jak zwy­kle.

A to już w ogóle go zi­ry­to­wało. Jak mo­gła być taka jak zwy­kle, kiedy w domu nie było jak zwy­kle? Nie chciała mu cze­goś po­wie­dzieć, a tak nie mo­gło być. Bar­dzo iry­tu­jące, my­ślał, że ją tego na­uczył.

Jimmy czuje, że to coś, za co musi się za­brać od razu po po­wro­cie. My­ślał nad tym i te­raz już wie. Nie ma po­ję­cia tylko, z czym i z kim.

Nie wita się z Leną, która czeka na niego na pod­jeź­dzie. Zde­cy­do­wany za­czyna cho­dzić po ogro­dzie, spraw­dza w ga­rażu, roz­gląda się po ca­łym domu.

- Czego szu­kasz? - pyta Lena.

- Jak­byś mi po­wie­działa, to nie mu­siał­bym szu­kać - od­po­wiada i za­trzy­muje się na­gle na środku kuchni. - Czemu ta mi­kro­fa­lówka tu stoi?

- Na­sza się po­psuła. A Ken­neth i Mia mieli jedną w domku let­ni­sko­wym, więc mo­gli­śmy ją po­ży­czyć. Ken­neth zna ko­goś, kto może na­pra­wić na­szą.

- Jak, do cięż­kiej cho­lery, mo­żesz zro­bić coś ta­kiego bez py­ta­nia mnie o zgodę?! - W Jim­mym się go­tuje. - My­ślisz, że je­stem upo­śle­dzony? Że nie umiał­bym na­pra­wić za­sra­nej mi­kro­fa­lówki? Czy je­steś taka na­pa­lona, że ko­rzy­stasz z pierw­szej oka­zji, żeby spro­wa­dzić fa­ceta do domu?!

Serce Leny bije szybko. Dzięki Bogu, że Lu­casa tym ra­zem nie ma w domu. Kie­ruje się ostroż­nie w stronę drzwi. Jimmy wy­rywa ka­bel, pod­nosi mi­kro­fa­lówkę wy­soko i pusz­cza. Ka­wałki szkła i pla­stiku roz­pry­skują się po pod­ło­dze.

- Niech tę też skur­wy­syn na­prawi!

Jest przed nią w dwóch kro­kach, ła­pie ją za nad­gar­stek i wy­kręca rękę na plecy.

- Masz pro­blemy ze zro­zu­mie­niem? Od­po­wiedz. Masz pro­blemy ze zro­zu­mie­niem?!

- Puść mnie. Od­biło ci. Pusz­czaj!!!

- A więc masz pro­blemy ze zro­zu­mie­niem. Co mam z tobą zro­bić, że­byś się na­uczyła. Po­wiedz!

Lena pła­cze z bólu.

- Puść mnie... Lu­cas nie­długo wróci.

- Nie bę­dziesz się za­sła­niać moim sy­nem! Je­śli jest mój. Jest? Sły­szysz, co mó­wię?! Jest? - Wy­kręca jej rękę jesz­cze bar­dziej. Lena krzy­czy.

- I prze­stań krzy­czeć, do kurwy nę­dzy. Co po­my­ślą są­sie­dzi?!

Trza­skają drzwi wej­ściowe i Jimmy de­kon­cen­truje się na se­kundę. Lena wy­rywa się i wbiega do ła­zienki.

- Mamo, co się dzieje? - pyta Lu­cas, który ją za­uwa­żył.

- Nic - od­po­wiada mu wo­jow­ni­czy głos z ła­zienki. Chło­pak ściąga buty i rzuca ple­cak na pierw­szy sto­pień scho­dów.

W kuchni gapi się na znisz­cze­nia.

- Wow. Ze­psuło się - kon­sta­tuje z pew­no­ścią czter­na­sto­latka.

- Tak - mówi Jimmy. - Ze­psuło się. - Za­czyna wrzu­cać ka­wałki do ko­sza.

- Znowu kłó­ci­li­ście się z mamą?

- Nie. Rze­czy mogą się psuć i bez tego. Nie zbi­łeś nie­dawno szklanki, swoją drogą?

- Tak, ale kran prze­szka­dzał i to ty ka­za­łeś mi po­zmy­wać.

- TY stłu­kłeś szklankę i ni­gdy nie po­wi­nie­neś zrzu­cać winy na in­nych. Ni­gdy. Zro­zu­miano?

Lu­cas nie od­po­wiada. Te­raz jego ko­lej?

Jimmy na­dal ciężko od­dy­cha. Wska­zuje na chło­paka i ge­stem każe mu do sie­bie po­dejść.

- Chodź tu, to po­każę ci, jak się myje szklankę.

Lu­cas od­wraca się, wkłada stopy w te­ni­sówki i wy­biega. Przy­dep­tał tył buta - nie miał czasu, żeby je za­wią­zać - i na ze­wnętrz­nych scho­dach po­tyka się na ostat­nim stop­niu, lą­du­jąc z trza­skiem na ka­mien­nym bruku po­ni­żej.

Rob­ban wła­śnie wró­cił z pracy i miał za­miar obej­rzeć przy­sy­cha­jącą ja­błonkę, kiedy za­uwa­żył, jak Lu­cas się prze­wraca.

- Nic ci nie jest? - krzy­czy.

Chło­pak nie od­po­wiada, tylko pod­nosi się i kuś­tyka w stronę chod­nika. Jedną rękę przy­ci­ska sztywno do ciała.

Rob­ban od­wraca się i do­ga­nia go.

- Ude­rzy­łeś do­syć mocno, co? Daj, zo­ba­czę. Jak ręka. Nie zła­ma­łeś cze­goś? Po­ru­szaj pal­cami.

Lu­cas ję­czy i de­li­kat­nie za­ci­ska dłoń.

- Jest w po­rządku. Nic mi nie jest.

- Nie wra­casz do domu? Wy­gląda na to, że ko­lano też ci krwawi.

- Nie, dam so­bie radę.

- Jak to, dasz so­bie radę? Pod­wieźć cię gdzieś?

- Nie, ja po pro­stu... wy­cho­dzę.

- Mo­żesz wpaść do mnie, jak chcesz. Mam pla­ster.

- Nie, jest w po­rządku.

Lu­cas chciał wziąć ro­wer i gdzieś po­je­chać. Gdzieś, gdzie jest tro­chę spo­koju. Może do Ariamy. U niej w domu ni­gdy się nie kłócą. Za­wsze jest dużo lu­dzi i jej wuj­ko­wie dys­ku­tują za­wzię­cie, ale kiedy się wy­daje, że za­raz doj­dzie do rę­ko­czy­nów, za­czy­nają się śmiać i ści­skać. Nie jak u niego w domu. Te­raz chce tylko uciec od są­siada, który za­czął być tro­chę zbyt cie­kaw­ski, ale ko­lano boli tak bar­dzo, że nie ma mowy o ro­we­rze. Kuś­tyka po­woli w dół ulicy i li­czy, że wpad­nie na coś po dro­dze. Za­zwy­czaj mija kilka go­dzin, za­nim w domu się uspo­koi.

Rob­ban spo­gląda za Lu­ca­sem. Dziwny dzie­ciak. Czemu nie wróci do domu, skoro go boli. Rob­ban wzru­sza ra­mio­nami. Na­sto­latki. Mu­sieli się po­kłó­cić.

Rzuca spoj­rze­nie na ja­błonkę, którą tylko włos dzieli od wy­cię­cia. Na­dal jest cał­kiem cie­pło, a na po­czątku ulicy stoi znak z na­pi­sem "Są­siedzka współ­praca". Są­siedzka współ­praca ma gwa­ran­to­wać, że nie bę­dzie się na­cho­dzo­nym przez ni­kogo in­nego oprócz są­sia­dów, więc wcho­dzi do środka i zo­sta­wia drzwi uchy­lone.

Otwiera lo­dówkę i wy­ciąga piwo. Chwila od­po­czynku na we­ran­dzie by nie za­szko­dziła. Późne let­nie słońce świeci tro­chę z boku i Rob­ban mruży jedno oko, pa­trząc na ulicę. Chło­pak może jesz­cze wróci do domu. Albo i nie? Może trzeba po­wie­dzieć ro­dzi­com, że zro­bił so­bie krzywdę? Męż­czy­zna nie zdą­żył jesz­cze za do­brze po­znać są­sia­dów. Lena, tak ma na imię, wy­daje się miła. Może tro­chę ner­wowa. Ni­gdy nie wi­dział, by sie­działa spo­koj­nie w ogro­dzie, za­wsze coś robi. Może dla­tego jest taka szczu­pła? Jimmy wy­gląda na okrop­nie po­rząd­nego. Taki typ, który prę­dzej umrze, niż pój­dzie spać bez nit­ko­wa­nia zę­bów. Kiedy Rob­ban się wpro­wa­dził, po­wi­talny uścisk dłoni Jimmy'ego był tak silny i długi, że Rob­ban ża­ło­wał, że sprze­dał ra­zem z mo­to­cy­klem osła­nia­jący przed sil­nymi wstrzą­sami ochra­niacz na nerki.

Rob­ban po­ciąga łyk z bu­telki. Cie­kawe, do­kąd po­szedł chło­pak?

Lena sły­szy, jak walą drzwi, i ma na­dzieję, że to Jimmy wy­szedł z domu. Ale to Lu­cas je za­trza­snął, gdy wy­bie­gał. Kiedy Lena wkra­cza do kuchni, mąż stoi na środku z za­ło­żo­nymi rę­kami i unie­sio­nymi brwiami.

- No pro­szę, kto się tu zja­wił? Zde­cy­do­wa­łaś się w końcu opo­wie­dzieć?

- Ale, co mam ci opo­wie­dzieć... - Lena wzdy­cha i pa­trzy na niego bła­gal­nie.

- Mo­żesz za­cząć od Ken­ne­tha. Na przy­kład, co tu robi, gdy mnie nie ma.

Lena pró­buje utrzy­mać spo­kojny ton głosu. Tylko nie to.

- Po­mo­głeś mu przy tra­wie, gdy bo­lały go plecy, chciał się po pro­stu od­wdzię­czyć.

- Ale wtedy po­mógłby mi, a nie to­bie, PSIA­KREW! Jak do­brze go tak wła­ści­wie znamy?! A może znasz go le­piej niż ja? Jak do­brze go znasz? Od­po­wia­daj! Do cho­lery, skąd mam wie­dzieć, co was łą­czy, je­śli mi nie od­po­wia­dasz?

- Nic nas nie łą­czy.

Ude­rza ją szybko otwartą dło­nią w prawy po­li­czek.

- Nie to­le­ruję kłam­stwa. - I w lewy po­li­czek. - Do­brze wiesz.

Rob­ban od­sta­wia piwo i idzie do są­sia­dów. Chło­pak mógł zro­bić so­bie więk­szą krzywdę, niż wy­glą­dało to na pierw­szy rzut oka. Rów­nie do­brze może po­wie­dzieć ro­dzi­com, żeby po­je­chali go ode­brać. Po­winni wie­dzieć, gdzie po­szedł.

Kiedy ktoś dzwoni do drzwi, Lena wy­ko­rzy­stuje oka­zję i ucieka do skła­dziku. Stam­tąd może przejść na tyły domu, ale do­póki nie wie, jak wy­gląda jej twarz, czeka. Je­śli szczę­ście do­pi­sze, ja­kiś są­siad bę­dzie po­trze­bo­wał po­mocy i Jimmy wyj­dzie z domu. W ła­zience ma od kilku mie­sięcy spe­cjalną ko­sme­tyczkę na ta­kie oka­zje. Wy­bu­chy męża na­uczyły ją na­kła­dać ma­ki­jaż, dzięki któ­remu unika py­tań w pracy. Wy­star­cza­jąco dużo pod­kładu i pu­dru i trzeba jesz­cze mi­mo­cho­dem wspo­mnieć o aler­gii.

Dwa dzwonki do drzwi i Jimmy otwiera z nie­mal zbyt gło­śnym przy­wi­ta­niem.

- Wi­tam, wi­tam są­siada! Hej! Jak leci?!

Rob­ban za­sta­na­wia się, czy Jimmy już za­po­mniał, jak on się na­zywa.

Pot na czole Jimmy'ego mógł wziąć się z wy­siłku, żeby do­trzeć do drzwi wej­ścio­wych. Ma kilka kilo za dużo do dźwi­ga­nia, kiedy sta­wia jedną stopę za drugą. Albo jest wzbu­rzony. Rob­ban zwraca uwagę, jak Jimmy za­ci­ska wargi po­mię­dzy zda­niami, i do­cho­dzi do wnio­sku, że nie­ła­two mieć w domu doj­rze­wa­ją­cego na­sto­latka.

- Hej, w po­rządku. Słu­chaj, roz­ma­wia­łem chwilę z wa­szym chło­pa­kiem, spadł ze scho­dów i my­ślę, że nie­źle się obił. Po­my­śla­łem, że chcie­li­by­ście wie­dzieć. Je­śli chce­cie spraw­dzić, co z nim.

- Lu­cas! Nie, nie bój się o niego. Ten chło­pak nie na­rzeka bez po­trzeby. Za­wsze daje so­bie radę...

- Na­prawdę, bo­lała go ręka. I krwa­wił z ko­lana... - pró­buje wtrą­cić Rob­ban.

- ...a tro­chę krwi mu nie za­szko­dzi. Wiesz, kie­dyś ist­niało coś ta­kiego jak upusz­czane krwi. Jak stra­cisz tro­chę sta­rej krwi, two­rzy się nowa. Wie­rzę w to. Tak jak na­ro­dowa re­pre­zen­ta­cja Fin­lan­dii w sko­kach nar­ciar­skich!

Jimmy wy­bu­cha grom­kim śmie­chem, a Rob­ban za­czyna mar­twić się, że wy­ga­zuje mu się piwo, które zo­sta­wił na schod­kach. To z chło­pa­kiem to nie jego sprawa, sami ro­dzice nie wy­dają się dzwo­nić do Fun­da­cji Itaka.

Jed­no­cze­śnie w ja­kiś spo­sób jest mu szkoda Jimmy'ego. Za­gi­niony syn to może nie­ko­niecz­nie to, czego po­trze­bo­wał, je­śli jego ob­raz jako ide­al­nego ojca ro­dziny był praw­dziwy.

- Wła­śnie otwo­rzy­łem piwo na we­ran­dzie. Mam jesz­cze jedno, je­śli masz ochotę.

Jimmy unosi kciuk do góry, za­kłada buty, za­myka drzwi i prze­kręca klucz.

- Leny nie ma w domu?

- Za­wsze za­my­kamy. Ni­gdy nie wia­domo, kto na­gle po­jawi się za pro­giem.

5

Póź­nemu latu na­dal to­wa­rzy­szy słońce, a Mats Carl­berg czeka na nową pracę. Po cza­sie przy­mu­so­wego wy­gna­nia wró­cił z po­wro­tem do Ble­kinge. Te­raz szuka cze­go­kol­wiek, naj­chęt­niej w Karls­kro­nie. Może nowe za­ję­cie nie bę­dzie tak do­brze płatne jak wcze­śniej­sze, ale nie czułby się do­brze w głębi kraju. Jak lu­dzie mogą żyć bez mo­rza?

Mats idzie w dół do mo­stu Kungs­bron i siada na chwilę przed re­zy­den­cją, na ka­mien­nych stop­niach, które pro­wa­dzą pro­sto do wody. Nie ką­pał się zbyt czę­sto tego lata. Kiedy słońce stało wy­soko na nie­bie, szu­kał pracy tak długo, jak zdo­łał, ale zna­le­zie­nie cze­goś było nie­moż­liwe.

Wi­dzi rufę promu sa­mo­cho­do­wego zbli­ża­ją­cego się do Aspö ze szczę­śliw­cami, któ­rzy się za­brali. Drugi prom znowu jest w na­pra­wie, więc mię­dzy tymi, któ­rzy zo­stali na przy­stani Han­dl­se­ham­nen, nie pa­nuje pew­nie zbyt we­soła at­mos­fera.

Te­le­fon wi­bruje w kie­szeni, ale Mats go igno­ruje. Albo ktoś chce wy­cią­gnąć od niego pie­nią­dze, albo coś mu sprze­dać, a nie ma te­raz na to ochoty. A może to ese­mes od ga­zety, że znowu za­strze­lili ko­goś w Malmö.

Mats pod­nosi się i idzie wzdłuż na­brzeża, mija lo­kal prze­zna­czony dla chóru ma­ry­narki wo­jen­nej. Albo ma wolne, albo daje wy­stęp przed zna­ko­mitą pu­blicz­no­ścią gdzieś w Sztok­hol­mie, bo nic nie sły­chać. Na lewo ma re­stau­ra­cję Öster­sjösko­lan, któ­rej kuch­nia pew­nie lśni czy­sto­ścią. Do­ciera do mo­stu Stum­holms­bron i za­sta­na­wia się, czy nie pójść i nie po­pa­trzeć na halę ło­dzi pod­wod­nych. Ale nie, to może po­cze­kać na inny dzień, z gor­szą po­godą. I, szcze­rze mó­wiąc, śred­nio go to in­te­re­suje. Ca­rina kie­dyś glę­dziła, żeby zro­bili so­bie dzień mu­zeów, ale udało mu się od­wieść ją od tego po­my­słu. Po pierw­sze, chyba umarłby z nu­dów, po dru­gie, ist­niało ry­zyko, że wpa­dliby na ko­goś, kto za­sta­na­wiałby się, czemu Mats był tam z inną ko­bietą. Mu­zeum Ma­ry­narki Wo­jen­nej od­wie­dzali lu­dzie z ca­łego świata, więc praw­do­po­do­bień­stwo, że tra­fiłby się ktoś z Ron­neby, było nie­za­prze­czalne.

Ron­neby... Mi­nęło już tro­chę czasu, od­kąd był tam ostat­nio.

Tro­chę da­lej, za biu­rem kon­troli cel­nej, ze­brała się już spora grupka cze­ka­ją­cych na prom. Mats idzie da­lej i li­czy kam­pery, któ­rym po­zwo­lono par­ko­wać w por­cie. Nie­zwy­kle po­pu­lar­nym i na­gra­dza­nym, ale on nie ro­zu­miał, z ja­kiego po­wodu. Okej, bo roz­ciąga się stąd naj­ład­niej­szy wi­dok w Szwe­cji, na wodę i wy­spy. Ale żeby sie­dzieć na skła­da­nym krze­sełku, na be­to­nie, z Urzę­dem Po­wia­to­wym od pół­nocy i starą fa­bryką Erics­sona od wschodu, i gril­lo­wać kar­kówkę na ce­men­to­wej ru­rze? Cóż, je­śli tylko ko­muś to pa­suje...

Za za­krę­tem wi­dzi nowe biuro por­towe, któ­rego fa­sada ma ko­lor rdzy. Bu­dy­nek mu­siał za­pro­jek­to­wać ja­kiś ra­cjo­nalny czło­wiek, który naj­pierw wy­my­ślił sta­lową fa­sadę, a po­tem wpadł na to, że i tak bę­dzie rdze­wieć, więc czemu od po­czątku nie mia­łaby być rdzawa. Pro­jek­tanci no­wych je­an­sów od po­czątku wy­glą­da­ją­cych, jakby miały się roz­paść, mu­sieli my­śleć w ten sam spo­sób: "Z cza­sem i tak się po­psują, więc rów­nie do­brze od po­czątku mogą być dziu­rawe. W ten spo­sób można je no­sić dwa razy dłu­żej". I to za nie­małe pie­nią­dze. Ale rdzawe biuro to już bez­czel­ność.

Przy przej­ściu dla pie­szych przy sta­rym wię­zie­niu Mats od­wraca się i pa­rzy w stronę mia­sta, a kiedy wła­śnie ma przejść przez plac au­to­bu­sowy, bus do Ron­neby za­czyna od­jeż­dżać. W przy­pły­wie chwili ma­cha do kie­rowcy. Ten się za­trzy­muje i otwiera drzwi.

Mats pod­biega i wska­kuje do środka, dzię­kuje kie­rowcy, płaci i opada na sie­dze­nie przy tyl­nym wyj­ściu. Nie ma zbyt wielu lu­dzi i wy­cieczka au­to­bu­sem oka­zuje się cał­kiem przy­jemna. Dawno tak nie po­dró­żo­wał. Może zjeść coś na mie­ście i prze­spa­ce­ro­wać się po swo­jej sta­rej oko­licy. Ra­zem z Evą-Lis sprze­dali dom po ostat­nim - albo, jak miał na­dzieję, naj­now­szym - roz­wo­dzie, ale by­łoby miło zo­ba­czyć, jak to te­raz wy­gląda. Nie spie­szy mu się do domu. Nikt na niego nie czeka.

6

Ca­rina my­ślała o proś­bie Agnety, czy ta może pójść ra­zem z nią w od­wie­dziny do Kari. Po dłuż­szym za­sta­no­wie­niu stwier­dziła, że może nie był to wcale taki zły po­mysł. Ca­rina na­prawdę nie uważa, że wi­zyta u by­łej Erika jest do końca w po­rządku. A je­śli ko­muś od­bije i bę­dzie chciał się bić. Albo się roz­pła­cze. Albo, co gor­sze, za­czną wy­mie­niać się ro­dzin­nymi żar­ci­kami i w ten spo­sób cał­ko­wi­cie wy­klu­czą Ca­rinę.

To Kari go­rąco re­ko­men­do­wała Erika, mimo że w pracy nie miały ze sobą za bar­dzo do czy­nie­nia. Ale pew­nego razu Kari pod­kra­dła się do niej przy eks­pre­sie do kawy.

- Sły­sza­łam, że obec­nie też nie masz z kim dzie­lić ła­zienki?

A co cię to ob­cho­dzi, po­my­ślała Ca­rina, ale od­po­wie­działa:

- Tak, mam tam te­raz sporo wol­nego miej­sca.

- A nie uwa­żasz, że wspa­niale jest sa­memu o sie­bie dbać? Chyba ni­gdy nie było mi tak do­brze. - Kari wy­jęła swój ku­bek i zro­biła Ca­ri­nie miej­sce przy eks­pre­sie. Czas pla­sti­ko­wych kub­ków prze­mi­nął, każdy za­trud­niony do­stał wła­sny por­ce­la­nowy ku­bek z re­klamą i na­pi­sem "Li­czę na cie­bie". W punkt, je­śli cho­dzi o biuro ra­chun­kowe. Klienci od­bie­rali slo­gan w bar­dziej po­zy­tywny spo­sób niż pra­cow­nicy. Firma li­czyła na to, że każdy bę­dzie pra­co­wał w po­cie czoła bez słowa skargi.

Ca­rina cze­kała, aż eks­pres przy­go­tuje jej po­ranną dawkę moc­nej, pra­wie nie­na­da­ją­cej się do pi­cia kawy. Uży­wano mod­nych, eko­lo­gicz­nych zia­ren, które za­la­ty­wały pa­loną trawą, ale przy­naj­mniej można było na chwilę odejść od biurka.

- Pew­nie, pod uwagę biorę tylko sie­bie, ale cza­sami bywa sa­mot­nie. Szcze­gól­nie pod­czas po­sił­ków.

Kari spoj­rzała na Ca­rinę z bły­skiem w oku i po­kle­pała ją po ra­mie­niu.

- Ja cza­sami w ogóle nie na­kry­wam do stołu. Jem pro­sto z pa­telni.

Mi­nęło kilka se­kund, za­nim Ca­rina od­po­wie­działa na to uśmie­chem. Pić ze szkla­nej bu­telki, nie. Jeść pro­sto z garnka, nie. Tak robi się tylko wtedy, gdy jest się poza do­mem, gdzieś na bi­waku, i pod ręką nie ma aku­rat zmy­warki.

- Hmm, tak też można.

To było wtedy, kiedy ktoś za­pro­po­no­wał wspólny obiad po pracy i kino. Wtedy Ca­rina spo­tkała Erika pierw­szy raz. Nie był z nimi w re­stau­ra­cji, do­łą­czył do­piero na film. Nie wi­dział go wcze­śniej i Kari spy­tała, czy by­łoby w po­rządku, gdyby do nich do­szedł. Było. Pra­wie nikt nie spo­tkał go wcze­śniej i więk­szość lu­dzi była nie­mal nie­zdrowo za­in­te­re­so­wana tym, z kim Kari była w se­pa­ra­cji.

Se­pa­ra­cja przy­wo­łuje na myśl se­pa­ra­tor, który od­wi­ro­wuje mleko w obo­rze, i każdy chciał prze­ko­nać się na wła­sne oczy, czy to Kari była śmie­taną, a on ser­watką na­da­jącą się już tylko do na­le­śni­ków, czy jed­nak było na od­wrót.

Dla Ca­riny był śmie­taną. Może nie od razu bitą. Ra­czej zwy­kłą śmie­taną spo­żyw­czą, ale z po­czu­ciem hu­moru, które mo­gła znieść.

Je­śli Kari wzię­łaby za to pie­nią­dze, mo­głaby na­zwać się al­fon­sem. To ona upew­niła się, żeby Ca­rina i Erik usie­dli obok sie­bie w ki­nie, i to ona za­pro­po­no­wała, żeby po fil­mie po­szli jesz­cze we trójkę na kie­li­szek wina. A kiedy do­piero co usie­dli, to ona otrzy­mała te­le­fon, po któ­rym nie­stety mu­siała wyjść.

- Coś się stało? - zmar­twił się Erik.

- Och, nie, po pro­stu za­po­mnia­łam, że coś ko­muś obie­ca­łam. Wszystko w po­rządku. Na­stęp­nym ra­zem.

Ca­rina za­częła się za­sta­na­wiać, czy w ta­kim ra­zie też nie wró­cić już do domu, ale Erik zdą­żył za­mó­wić, za­nim się zde­cy­do­wała. Okej, po jed­nym kie­liszku znaj­dzie so­bie wy­mówkę i wyj­dzie. Ale gdy na­stęp­nego dnia brała apap, zo­rien­to­wała się, że ten plan nie wy­pa­lił. Rów­nie do­brze mo­gli od razu za­mó­wić całą bu­telkę. Przy­naj­mniej do­brze się ba­wili. I da­lej się spo­ty­kali, od czasu do czasu. Także u Ca­riny w domu.

Nie­długo po­tem za­uwa­żyła, że Kari za­cho­wuje się tro­chę dziw­nie, jest spięta, może na­wet za­zdro­sna? Nie roz­ma­wiała z nią za dużo, a o Eriku wcale. Za to z tego, co zro­zu­miała, on roz­ma­wiał z Kari cał­kiem czę­sto. Cho­lera wie, czy na­wet nie co­dzien­nie.

A te­raz chciał, żeby spo­tkali się we trójkę, by Ca­rina zo­ba­czyła dom, w któ­rym kie­dyś miesz­kał z Kari. Ca­rina też mo­gła tam za­miesz­kać, gdyby nie fakt, że jej part­ner miał już żonę, a ta tam re­zy­do­wała.

Ca­rina nie jest pewna, co po­czuje, gdy prze­kro­czy próg. Pró­buje otrzą­snąć się z tej my­śli. Może fak­tycz­nie bę­dzie le­piej, je­śli Agneta po­je­dzie ra­zem z nią. Mała grupa lu­dzi, która przy­je­chała na wy­cieczkę, jak do mu­zeum. Prze­wod­nik bę­dzie po­ka­zy­wał i opo­wia­dał, tu­taj pra­co­wała żona, tu­taj wy­ko­ny­wali po­ranną to­a­letę, tu­taj mieli sy­pial­nię... Psia­krew, tego nie chce oglą­dać.

Po­sta­no­wione. Agneta też je­dzie. Ta ko­bieta po­trafi trzy­mać nie­przy­jem­no­ści na dy­stans tylko przez spy­ta­nie o po­piel­niczkę w od­po­wied­nim mo­men­cie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

7

Grupka lu­dzi zbliża się do domu Kari. Wieje w plecy, więc Agneta idzie pierw­sza. Erik nie­zbyt do­brze to­le­ruje dym pa­pie­ro­sowy. Po­sta­no­wił zo­sta­wić sa­mo­chód tro­chę da­lej, bo Äng­svägen, ulica, na któ­rej miesz­kał z byłą żoną, koń­czy się pla­cem do za­wra­ca­nia. Agneta uważa, że to ide­alne miej­sce, by za­par­ko­wać, ale stróż prawa, czyli Erik, wy­ja­śnia, że tak się nie robi.

Ca­rina jest tego sa­mego zda­nia. Po roz­sta­niu z Mat­sem w końcu zro­biła prawo jazdy. Z małą pla­sti­kową kartą w port­felu wiąże się po­czu­cie wol­no­ści i czuła, że to do­kład­nie to, czego po­trze­bo­wała. Nie­ważne, że droga do wol­no­ści, którą da­wało prawo jazdy, była za­mknięta z po­wodu braku sa­mo­chodu.

Nie­istotne. W trud­nych chwi­lach zda­rza jej się wy­cią­gać prawo jazdy, chu­chać na nie, po czym po­le­ro­wać je rę­ka­wem. Pa­trzy na swoje zdję­cie i rzadko po­znaje to, co wi­dzi. Grzywka w złą stronę i brak oku­la­rów. Cho­lera, jaka to by­łaby wy­prawa, gdyby pro­wa­dziła bez oku­la­rów!

To tak, jakby ni­gdy ni­komu nie po­do­bało się wła­sne zdję­cie. Za­wsze źle wy­cho­dzi. Tak samo jest, gdy zrobi się fotkę ze­gara. Kiedy pa­trzy się na zdję­cie, wi­dzi się, że wska­zówki wska­zują złą go­dzinę, stale, oprócz tego jed­nego razu w ciągu dnia. Od pew­nego czasu Ca­rina tak wła­śnie się czuje.

Erik ma sa­mo­chód, który Ca­rina może bez pro­blemu po­ży­czyć. Ale jesz­cze tego nie ro­biła, po­nie­waż nie jest do końca pewna, jak się go uru­cha­mia. Naj­wy­raź­niej nie po­trzeba klu­cza, tylko wci­ska się przy­cisk. Je­den z pięć­dzie­się­ciu przy­ci­sków na de­sce roz­dziel­czej wy­glą­da­ją­cej jak pa­nel ste­ro­wa­nia w Apollo 4.

Za­miast tego ku­piła ro­wer, skoro mieszka tro­chę da­lej od mia­sta. Droga do pracy wy­daje się te­raz dużo dłuż­sza, głów­nie przez most trzy­ma­jący mia­sto na wy­cią­gnię­cie ręki. Most może być cza­sami trudny do prze­kro­cze­nia, ale przy­naj­mniej omija wie­trzy­sko na Han­tver­ka­re­ga­tan. Nie ma zna­cze­nia, jak mocno wieje w oko­licy, na końcu Han­tver­ka­re­ga­tan, na ostat­nim od­cinku w stronę Chap­man­splan, za­wsze idzie się pod wiatr, nie­za­leż­nie od kie­runku.

- Prze­pro­wa­dzi­łaś się ja­kieś sie­dem­set me­trów da­lej, a my­ślisz, że zmie­ni­łaś kon­ty­nent! - Agneta nie uważa już wy­spy Saltö za eg­zo­tyczną. W prze­ci­wień­stwie do wła­ści­cieli willi, któ­rzy przy­byli całą piel­grzymką z krań­ców kraju i za­jęli nowe kwa­tery na Uto­vägen. Wy­so­kie żółte domy two­rzą nową pa­no­ramę mia­sta, wi­doczną już z drogi E22 przy Ro­sen­holm.

Grupa kon­ty­nu­uje wę­drówkę. Tego dnia ulica Äng­svägen jest sto­sun­kowo pu­sta. Je­dy­nymi ludźmi na ho­ry­zon­cie są trzy osoby ma­sze­ru­jące w stronę domu z nu­me­rem czter­na­ście. Nikt się nie od­zywa. Agneta za­trzy­muje się, przy­dep­tuje nie­do­pa­łek i ko­pie go w stronę stu­dzienki ka­na­li­za­cyj­nej. Od­wraca się i za­trzy­muje wy­cieczkę ge­stem.

- No, to co ro­bimy? Za­śpie­wamy coś czy bę­dziemy wy­glą­dać, jak­by­śmy byli z mopsu i przy­szli spraw­dzić, czy dom na­daje się do ży­cia?

Ca­rina pa­trzy na Erika, który spo­gląda na nią z unie­sio­nymi brwiami. Wzru­sza ra­mio­nami.

- Tak, cóż, my­śla­łem, że po pro­stu wpad­niemy z od­wie­dzi­nami. Po­sie­dzimy chwilę, po­ga­damy, wy­pi­jemy kawę.

- Kawę? Jest so­bota! - Agneta za­czyna wąt­pić, czy ta wy­prawa to do­bry spo­sób na spę­dze­nie chwili ze swo­jego krót­kiego ży­cia na tym ziem­skim pa­dole. - Za­pro­po­nuje chyba kie­li­szek wina, co? - Agneta wy­ciąga przed sie­bie bu­telkę, którą za­brali ze sobą jako po­dzię­ko­wa­nie za za­pro­sze­nie. Pod­trzy­my­wa­nie zwy­cza­jów jest ważne. Pój­ście do ko­goś po raz pierw­szy w od­wie­dziny jest, w szer­szym kon­tek­ście, jak spo­tka­nie dwóch dru­żyn pił­kar­skich. Będą uści­ski dłoni i wy­miana znacz­ków z logo klubu. Agne­cie wcale nie jest przy­kro, że po­zbywa się bu­telki - kiedy to Kari przyj­dzie do niej pierw­szy raz, też jedną przy­nie­sie.

Erik ją uspo­kaja.

- Tak, tak, za­wsze mamy wino, w szafce w sa­lo­nie, przy te­le­wi­zo­rze.

Te­raz z ko­lei Ca­rina za­częła się za­sta­na­wiać, czy jed­nak mimo wszystko nie spró­bo­wać od­pa­lić sa­mo­chodu Erika. Od­wró­cić się na pię­cie i spró­bo­wać od razu, ry­zy­ku­jąc, że naj­pierw otwo­rzy ba­gaż­nik, włą­czy świa­tła awa­ryjne albo alarm, za­miast uru­cho­mić sa­mo­chód.

Robi wdech. Nie bę­dzie dzi­siaj pić. Chce mieć pełną kon­trolę nad tym przed­sta­wie­niem.

- Chodź­cie, wejdźmy już.

Kari otwiera, ubrana w ko­lo­rową tu­nikę i leg­ginsy. Wy­gląda na bez­czel­nie zre­lak­so­waną.

- Hej, za­pra­szam!

Ści­ska prze­lot­nie Erika, wy­ciąga rękę do Agnety i się przed­sta­wia. Ca­rina prze­jęła dar przy­jaźni i te­raz wy­ciąga bu­telkę z uśmie­chem, który, ma na­dzieję, wy­gląda na ra­do­sny.

- Wzię­li­śmy ze sobą za­pasy. Mogą się przy­dać.

- Oczy­wi­ście! - Kari szybko rzuca okiem na ety­kietę. - Nie mu­sie­li­ście...

Ca­rina ma wra­że­nie, że w holu robi się cia­sno. Czy ten za­po­znaw­czy ry­tuał nie może się już skoń­czyć. To jak wy­pu­ścić psy i mieć na­dzieję, że nie po­za­gry­zają się na­wza­jem, bo wtedy at­mos­fera mię­dzy są­sia­dami zrobi się kiep­ska. Skoro po­wą­cha­li­śmy już swoje tyłki, mo­żemy kon­ty­nu­ować.

Erik na­dal ma­cha ogo­nem...

- Wciąż jest w miarę cie­pło, może usią­dziemy w ogro­dzie? - Kari wska­zuje na sa­lon i otwarte drzwi bal­ko­nowe, przez które wi­dać ta­ras.

- Po­piel­niczka? - Agneta od razu zaj­muje twarde sta­no­wi­sko. Nie chce sie­dzieć i cier­pieć go­dzi­nami, by w końcu za­sy­mu­lo­wać pilną roz­mowę te­le­fo­niczną.

- Przy­niosę.

Ca­rina szybko ogar­nia wzro­kiem to, co zdąży za­uwa­żyć po dro­dze na pa­tio. A więc tu miesz­kał. Mats. Ze swoją żoną. Męż­czy­zna, któ­rego przez parę lat uwa­żała za swo­jego. I Erik też tu miesz­kał. Fa­cet, któ­rego może ak­tu­al­nie uwa­żać za swo­jego, je­śli do­brze ro­zu­mie sy­tu­ację. To, ła­god­nie mó­wiąc, po­gma­twane.

Z kuchni sły­chać brzęki i po chwili po­ja­wia się Kari z tacą z kie­lisz­kami. Roz­sta­wiają je, gdy go­spo­dyni przy­nosi z kuchni kilka bu­te­lek wina. At­mos­fera jest spo­kojna, ale na­pię­cie w po­wie­trzu za­czyna być tak wy­czu­walne, że Kari bę­dzie za­raz mu­siała wy­cią­gać ka­ble z gniaz­dek.

8

Rob­ban lubi ży­cie, albo przy­naj­mniej tę część, która go do­ty­czy. Nie ma pro­ble­mów, żeby się zre­lak­so­wać, a w pracy ma sa­mych do­brych kum­pli. Co prawda, ko­bieta w ze­spole by nie za­szko­dziła, ale jego je­dyna ko­le­żanka mieszka w Sma­lan­dii i jest za­rę­czona z dzien­ni­ka­rzem, jed­nym z naj­dziw­niej­szych lu­dzi na świe­cie.

W końcu ku­pił dom, o któ­rym ma­rzył, i te­raz bra­kuje mu tylko part­nerki. Tłu­ma­czy so­bie, że to przyj­dzie ra­zem z do­mem. No i wcale mu się nie spie­szy, gdyby nie fakt, że ogrom­nie chciałby mieć dzieci. Ale dziecko po­trze­buje od­po­wied­nich wa­run­ków, więc te­raz za­daje so­bie py­ta­nie, czy ta dziel­nica jest wy­star­cza­jąco spo­kojna.

Rob­ban czuje się tro­chę nie­kom­for­towo. Na­wet je­śli się nie chce, ma się pe­wien wgląd w ży­cie są­sia­dów, kiedy mieszka się tak jak on. Za­sta­na­wia się. Py­ta­nie brzmi, czy są­siad Jimmy nie jest aż na­zbyt ko­cha­jący wzglę­dem swo­jej żony i chło­paka. Czy można coś zro­bić, ale co kon­kret­nie? No i za­wsze można się po­my­lić.

Kuca i wy­rywa tro­chę naci pie­truszki. Kari jed­nak wy­daje się roz­sądna. Przy­naj­mniej kiedy jest trzeźwa. Nie żeby za­ta­czała się po ra­bat­kach, ale wy­daje mu się, że wy­czuł od niej al­ko­hol, gdy się so­bie przed­sta­wiali. Rów­nie do­brze to mo­gły być per­fumy.

Męż­czy­zna za­biera pie­truszkę do kuchni, opłu­kuje ją i kła­dzie na ręcz­niku pa­pie­ro­wym. Jest do­syć wcze­śnie, a on nie jest spe­cjal­nie głodny, więc rzuca szyb­kie spoj­rze­nie w lu­stro i ru­sza do Kari. Jest już pra­wie przy tym, co wcze­śniej było ży­wo­pło­tem, kiedy przy­staje. Są­siadka ma go­ści, więc może zaj­rzy in­nym ra­zem.

- Niee, chodź, chodź! Dla cie­bie też jest kie­li­szek! - Kari ma­cha do niego.

- To jest mój nowy są­siad, Rob­ban. A to jest Ca­rina, ko­le­żanka z pracy, Agneta, jej przy­ja­ciółka, i Erik, któ­rego byś znał, gdy­byś prze­pro­wa­dził się kilka mie­sięcy wcze­śniej, ha, ha!

Rob­ban wy­ko­nuje dłońmi po­wi­talny gest w bli­żej nie­okre­ślo­nym kie­runku. Nie na­dą­żył za bar­dzo za przed­sta­wie­niem, ale już za późno, by wy­co­fać się do domu, do pie­truszki.

Kari wcho­dzi do środka, żeby przy­nieść kie­li­szek, a on idzie za nią.

- Nie wie­dzia­łem, że masz go­ści. Chcia­łem tylko po­ga­dać o jed­nej rze­czy.

- Nie ma pro­blemu. Erik to mój były, a Ca­rina, ta blon­dynka, to jego nowa dziew­czyna. Bru­netkę, Agnetę, pierw­szy raz wi­dzę na oczy. Nie wiem, co ona tu­taj robi, ale to nie ma zna­cze­nia. O czym chcia­łeś po­ga­dać?

- Mo­żemy po­roz­ma­wiać in­nym ra­zem.

- A do tego czasu mam sie­dzieć i się za­sta­na­wiać... O co cho­dzi?

- O Jimmy'ego Eka.

- To jed­nak brzmi jak coś, co może po­cze­kać.

- Albo bar­dziej o Lenę i Lu­casa. Je­stem pra­wie pe­wien, że zda­rza mu się przy­ło­żyć im czasu do czasu.

Kari od­sta­wia kie­li­szek na zlew.

- Jak to "przy­ło­żyć"?

Rob­ban ża­łuje, że w ogóle co­kol­wiek po­wie­dział.

- No, więc nie­raz sły­szę różne rze­czy, a cza­sami, kiedy Lena wy­myka się do ogrodu, zda­rza mi się też wi­dzieć pewne rze­czy. Jej twarz nie wy­gląda wtedy zbyt do­brze...

Kari po­chyla się nad zle­wem i pa­trzy na czter­dzie­sto­let­niego męż­czy­znę wy­glą­da­ją­cego, jakby zgu­bił mamę w su­per­mar­ke­cie. Cał­ko­wi­cie bez­rad­nie.

- Je­śli to, co mó­wisz, to prawda, to czas na są­siedzką in­ter­wen­cję. Nie uwa­żasz? Gdyby Erik da­lej tu miesz­kał, na pewno by na coś wpadł.

- Na ra­zie nie róbmy z tego wiel­kiej afery. Może da się to wy­tłu­ma­czyć.

- Cóż, te­raz pój­dziemy - za­bierz ze sobą kie­li­szek - to omó­wić. Naj­pierw wznie­siemy to­ast. Za­po­mnia­łam mi­ski z chip­sami, jest na stole.

Rob­ban za­myka oczy i za­czyna ża­ło­wać, że w ogóle się uro­dził. Co, do cho­lery, za­czął? On, który po pro­stu chciał, żeby wszystko było w po­rządku. Na spo­koj­nym osie­dlu z jego snów nie było miej­sca na pu­bliczny lincz wsz­częty przez obu­rzo­nych człon­ków dziel­nicy wil­lo­wej. Je­zu­sie. Po­mocy!

Męż­czy­zna z mi­ską chip­sów i kie­lisz­kiem w dłoni. Agneta pró­buje ukryć apro­batę ma­lu­jącą się na twa­rzy. Czuje, że mo­gliby się za­przy­jaź­nić.

Wyj­muje mi­skę z jego ręki i wy­ciąga do niego swoją.

- Agneta. - Uścisk jest tro­chę dłuż­szy, niż się spo­dzie­wał. Pra­wie jakby się skle­ili.

W końcu go pu­ściła i unio­sła paczkę marl­boro tak zmy­słowo, jak mo­gła.

- Mo­żemy za­mie­nić się miej­scami? - Erik pod­niósł się i prze­rwał ma­giczny mo­ment. - Wie­cie, nie mogę wy­trzy­mać dymu pa­pie­ro­so­wego.

- Je­steś ast­ma­ty­kiem?!

- Nie, po pro­stu uwa­żam, że strasz­nie śmier­dzi.

- Zga­dzam się. - Rob­ban także nie chce sie­dzieć od za­wietrz­nej.

Po tym stwier­dze­niu pa­pie­ros w ustach Agnety po­trze­bo­wałby via­gry, by się pod­nieść. Wyj­muje go i stuka w paczkę marl­boro.

- Mogę iść do kąta. - Chwyta za krze­sło i prze­ciąga je przez we­randę aż do rogu ma­łego ogródka, gdzie się usa­da­wia. Jest wście­kła, czuje się ura­żona i strząsa po­piół bez­po­śred­nio na traw­nik. Co do nie­do­pałka, to ma kilka po­my­słów, gdzie po­winna go zga­sić.

9

Kari przed­sta­wia Rob­bana tro­chę do­kład­niej i roz­mowa o tym, kto, gdzie, z kim mieszka bądź miesz­kał, przy­pra­wia go o za­wroty głowy. Co za cyrk na kół­kach. Gdyby był bar­dziej za­an­ga­żo­wany, mu­siałby co ja­kiś czas wy­cho­dzić i czy­tać imię na drzwiach swo­jego domu, żeby upew­nić się, kim jest.

- A więc ty ni­gdy tu nie miesz­ka­łaś? - Od­wraca się do Agnety, która zbliża się do grupy. Pod­cho­dzi z nie­do­pał­kiem de­mon­stra­cyj­nie ści­śnię­tym mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, trzy­ma­jąc go przed sobą, jakby wła­śnie zna­la­zła pro­gram wy­bor­czy naj­więk­szej par­tii po­li­tycz­nej w ory­gi­nale.

- Nie, jak wi­dzisz, nie ma żad­nych sta­rych nie­do­pał­ków na traw­niku. Gdzie mogę wy­rzu­cić tego za­ka­żo­nego peta?

- Po pro­stu do po­piel­niczki - mówi Kari, uda­jąc, że nie sły­szy sar­ka­zmu Agnety.

Ja­kiś czas póź­niej dzwoni dzwo­nek do drzwi. Kari wzdy­cha. Ku­piła ostat­nio skar­petki, kulki ko­ko­sowe i sa­lami. Czy dzie­ciaki z są­siedz­twa nie mogą dać jej ode­tchnąć?

- Chwilkę, spraw­dzę tylko, kto to.

Trudno po­wie­dzieć, że wśród go­ści pa­nuje przy­jemny gwar, jest to ra­czej śmier­telna ci­sza, kiedy go­spo­dyni po­ja­wia się w drzwiach do ogrodu wraz z no­wym go­ściem. Pa­trzy na niego, pa­trzy na nich i z po­wro­tem na niego. - Zna­cie się?

Po zbyt dłu­giej chwili ci­szy, która nie po­pra­wiła at­mos­fery pa­nu­ją­cej w ogro­dzie, Ca­rina od­po­wiada:

- Nie­wy­star­cza­jąco do­brze, jak się oka­zuje.

Zde­cy­do­wała się nie być zgorzk­niała, ale, jak wi­dać, nie po­go­dziła się jesz­cze z prze­szło­ścią, szcze­gól­nie gdy ta spo­gląda jej na­gle pro­sto w twarz.

Agneta gapi się tylko na paczkę pa­pie­ro­sów, którą ści­ska tak mocno, że od­pa­dają fil­try.

Rob­ban wy­ciąga rękę i mówi:

- Rob­ban.

Kari zdaje so­bie sprawę, że za­raz coś się sta­nie, ale jed­no­cze­śnie wie, że jest je­dyną osobą, która nie może stąd uciec.

- Przy­niosę jesz­cze je­den kie­li­szek.

Nowy gość wy­ciąga rękę w stronę Rob­bana:

- Mats Carl­berg. Więc mia­łem po pro­stu tro­chę czasu, dla­tego zro­bi­łem so­bie tu­taj wy­cieczkę. - Wy­ciąga ręce w obron­nym ge­ście. - Na­wet nie chcia­łem dzwo­nić do drzwi, ale po­my­śla­łem: "a co mi tam, by­łoby faj­nie zo­ba­czyć, jak to wszystko te­raz wy­gląda". Miesz­ka­li­śmy tu prze­cież ład­nych kilka lat. Nie mam za­miaru zo­sta­wać.

- Tak, to nie jest twoja mocna strona. - Agneta od­zy­skała re­zon. - Chyba że znowu tu miesz­kasz?! My­śla­łam, że zsze­dłeś się z Evą-Lis.

- Nie, je­ste­śmy w se­pa­ra­cji. Ona mieszka te­raz na wy­spie Sturkö.

Rob­ban wzdy­cha i do­daje w gło­wie jesz­cze je­den puz­zel do ukła­danki, któ­rej i tak ni­gdy nie zro­zu­mie.

Mats chce wyjść stam­tąd naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Od­ma­wia krze­sła i kiedy Kari opro­wa­dza go po domu, po­dąża za nią z kie­lisz­kiem w ręku. Kiedy znowu wy­cho­dzą do ogrodu, od­sta­wia wino na stół, wy­ma­wia się uprzej­mie i ru­sza w stronę drzwi wej­ścio­wych. Ma­cha lekko do po­zo­sta­łych.

- Baw­cie się do­brze! - mówi, za­myka drzwi i zo­sta­wia za sobą to, co wy­gląda jak naj­gor­szy z jego kosz­ma­rów. Mo­gło pójść na­prawdę źle. Ca­rina ORAZ Agneta. Ale kim byli wszy­scy po­zo­stali?

Rob­ban roz­ma­wiał przez te­le­fon i od­szedł tro­chę na bok, kiedy Mats wy­cho­dził. Te­raz wy­gląda na zmar­twio­nego, ob­raca kie­li­szek w dłoni. Kari wstaje.

- Przy­niosę wię­cej wina. Zo­stało mi już tylko czer­wone, ale może bę­dzie okej. - Znika, za­nim ktoś zdąży za­pro­te­sto­wać.

Rob­ban po­maga jej wy­jąć resztę wina z pu­dełka, Kari prze­cina kar­ton i wy­ciąga pla­sti­kowy wo­re­czek, żeby wy­ci­snąć po­zo­stały płyn. Pra­wie zdą­żyła za­nieść je na ta­ras, kiedy znowu roz­lega się dzwo­nek do drzwi.

- Cho­lera, mam tylko sześć kie­lisz­ków. Oby tym ra­zem to byli do­mo­krążcy. - Kari czuje, że po­woli traci kon­trolę nad tym spo­tka­niem.

Na scho­dach stoi Jimmy, są­siad, z któ­rym nie do­ga­duje się za do­brze.

- Cześć, są­siadko! - woła Jimmy gło­śno. - Nie chcę prze­szka­dzać, ale może jest u cie­bie Lena? - Jimmy wy­ciąga szyję, żeby zo­ba­czyć, kto sie­dzi w ogro­dzie.

- Nie, mam paru go­ści, ale Leny tu nie ma.

- Nie czuła się za do­brze, więc miała iść się przejść i zła­pać tro­chę po­wie­trza, ale to było już ja­kiś czas temu. Czło­wiek za­czyna się tro­chę nie­po­koić. - Na­dal za­gląda jej przez ra­mię.

- Nie. Jak mó­wi­łam, nie wi­dzia­łam jej dzi­siaj. Nie ma jej tu.

- Aha, okej, dzię­kuję. Na pewno nie­długo wróci. Już nie prze­szka­dzam w im­pre­zie. Ale po­win­ni­śmy nie­długo zor­ga­ni­zo­wać ja­kąś są­siedzką po­sia­dówkę, nie? Na tej ulicy mu­simy się trzy­mać ra­zem! Ode­zwij się, pro­szę, je­śli zo­ba­czysz Lenę.

Kari za­myka drzwi i przez chwilę stoi nie­ru­chomo. Może po­winna była po­móc mu szu­kać. Czy nie? Może Le­nie coś się stało i leży gdzieś w ro­wie. Albo prze­pro­wa­dziła się do schro­ni­ska dla ko­biet do­tknię­tych prze­mocą? Kari otrząsa się i po­sta­na­wia, że jej wła­sne su­mie­nie nie wy­star­czy na wię­cej niż ten stłu­miony kon­flikt, który wy­daje się wła­śnie roz­gry­wać w domu.

Agneta za­częła już wy­ba­czać Rob­ba­nowi jego awer­sję do pa­le­nia, a te­raz za­sta­na­wia się, czy fa­cet nie do­stał na­gle afa­zji. Nie wy­du­sił z sie­bie słowa, od kiedy przy­szedł Mats. Ta dwójka przy­wi­tała się ra­czej sztywno. Nie mów­cie, że on TEŻ był kie­dyś w związku z Mat­sem! Wła­śnie, dla­czego nie? Agneta po­sta­no­wiła mieć bar­dziej otwartą głowę, od kiedy obej­rzała film Ta­jem­nica Bro­ke­back Mo­un­tain o dwóch ho­mo­sek­su­al­nych kow­bo­jach. Ale Mats i Rob­ban? Nie, no nie­moż­liwe...

Składa ręce przy ustach jak trąbkę:

- Zie­mia do Ro­berta. Chodź. - Wska­zuje na jego kie­li­szek.

Rob­ban się wzdryga.

- Oj, prze­pra­szam, za­my­śli­łem się. Wię­cej wina? Pew­nie, dla­czego nie. Nie będę już dzi­siaj pro­wa­dzić. Mogę sam przy­nieść.

Męż­czy­zna wstaje, prze­ciąga się i wy­cho­dzi na traw­nik. Zwal­nia tro­chę przy drzwiach na pa­tio i Agneta, która śle­dzi każdy jego ruch, wi­dzi, jak Rob­ban na­wią­zuje kon­takt wzro­kowy z Kari i kiwa de­li­kat­nie głową w stronę kuchni. Aha, czyli jed­nak tro­chę za­jęty.

Ro­bert po­chyla się nad zle­wem i ści­sza głos:

- Chyba po­wi­nie­nem iść do domu, cho­ciaż, psia­krew, tak na­prawdę nie wiem, co zro­bić.

Kari wy­gląda jak je­den wielki znak za­py­ta­nia.

- Tak, je­śli chcesz, to oczy­wi­ście, idź do domu.

- To Lena dzwo­niła. Z mo­jego domu. Jimmy ją po­tur­bo­wał, wy­mknęła się. Mia­łem otwarte drzwi, więc we­szła do mnie. - Pa­trzy z wa­ha­niem na Kari.

- A więc jest u cie­bie w domu. Okej, Jimmy jej szuka. Był tu wcze­śniej, kiedy z nią roz­ma­wia­łeś. Chciał wie­dzieć, czy jej tu nie ma.

- Mu­szę iść do domu, ale co mam, do cho­lery, zro­bić?

- To ona może coś zro­bić. Zgło­sić go. Po­je­chać na po­go­to­wie. Dać so­bie sfo­to­gra­fo­wać ob­ra­że­nia. Ty mo­żesz iść do Jimmy'ego i po­wie­dzieć mu, żeby spie­przał! Je­steś silny. Mo­żesz go na­wet za­ła­twić ko­parką. Idź do domu, Lena pew­nie tam sie­dzi i trzę­sie się ze stra­chu. Przyjdę, jak tylko moi go­ście so­bie pójdą.

Rob­ban wy­cho­dzi do ogródka i ma­cha do reszty.

- Mu­szę się zbie­rać, ale było bar­dzo miło! Baw­cie się do­brze!

Ru­sza tak szybko, jak to moż­liwe, bez spra­wia­nia wra­że­nia, że do­pa­dła go bie­gunka albo nie­na­wi­dzi reszty to­wa­rzy­stwa. Agneta, która wła­śnie szła do to­a­lety, sły­szała jego roz­mowę z Kari i stała w holu, do­póki Rob­ban nie znik­nął z pola wi­dze­nia. Po­winna uda­wać, że nic nie sły­szała, czy jed­nak coś po­wie­dzieć? Za­gląda do kuchni. Kari tkwi nie­ru­chomo i pa­trzy nie­wi­dzą­cym spoj­rze­niem przed sie­bie. Agneta po­dej­muje de­cy­zję.

- Bę­dziemy się nie­długo zbie­rać. Nie tylko dla­tego, że wy­pi­li­śmy już całe wino. Przy­pad­kowo usły­sza­łam ka­wa­łek wa­szej roz­mowy z Rob­ba­nem. Co za pie­kło!

Agneta wy­ciąga zgnie­ciony kar­ton po wi­nie z pu­dełka na bla­cie. Może jest tam jesz­cze ja­kaś resztka czer­wo­nego trunku, któ­rej Kari nie udało się wy­ci­snąć.

Pod­nosi pla­sti­kowy wo­re­czek.

- My­ślisz, że można li­czyć na coś ta­kiego w kro­plówce, kiedy do­żywa się swo­ich ostat­nich dni?

Kari nie jest w na­stroju do żar­tów. Na­prawdę wstrzą­snęło nią to, co opo­wie­dział przed chwilą nowy są­siad. By­łoby ła­twiej, gdyby znała Lenę, albo na­wet Jimmy'ego, ale tak nie było.

- Na­prawdę nie wiem, czy po­win­ni­śmy się w to mie­szać. Rob­ban może się my­lić. Skąd wiemy, że Lena nie gra w ja­kąś grę? Nie wiem...

- Naj­prost­szy spo­sób, żeby się do­wie­dzieć, to pójść do Rob­bana do domu i zo­ba­czyć, czy nie po­trze­buje po­mocy? Mogę to zro­bić.

- Może. Po­roz­ma­wiam z Eri­kiem, na pewno na coś wpad­nie. W końcu je­ste­śmy są­sia­dami. W każ­dym ra­zie dzięki.

- Erik? - Agneta pod­ska­kuje. - Erik prze­cież już nie jest są­sia­dem? My­śla­łam, że na­prawdę je­ste­ście w se­pa­ra­cji. - Agne­cie wy­rywa się jęk: - Nie mów, że Ca­rina znowu zna­la­zła so­bie bi­ga­mi­stę!

Kari krzy­żuje ręce na piersi i mie­rzy Agnetę tro­chę zbyt twar­dym spoj­rze­niem.

- Tak, oczy­wi­ście, ale nie trzeba prze­stać spę­dzać ze sobą czasu tylko dla­tego, że już się ra­zem nie mieszka.

A więc TO ze sobą ro­bili. Spę­dzali ze sobą czas. Agneta pod­nosi ręce w uspo­ka­ja­ją­cym ge­ście.

- Pew­nie, pew­nie.

Tym ra­zem musi ostrzec Ca­rinę na czas. Czy może sama się zo­rien­to­wała?

Rob­ban spie­szy się do domu. Lena stoi w jego kuchni po­chy­lona nad zle­wem.

- Nie wiem, czy wła­śnie nie zro­bi­łam cze­goś głu­piego. Prze­pra­szam, że za­wra­cam ci głowę.

- Nie, w po­rządku. - Męż­czy­zna wy­ciąga krze­sło i siada, ale Lena na­dal stoi.

- Je­śli chcesz, mogę za­dzwo­nić na po­li­cję. Twoje po­liczki są zbyt czer­wone, żeby to mo­gła być opa­le­ni­zna.

- Chyba bę­dzie le­piej, je­śli za­dzwo­nisz do Jimmy'ego. My­ślę, że już dam radę. Za­zwy­czaj uspo­kaja się po ja­kimś cza­sie. Po­wiedz, że za­trza­snę­łam drzwi i nie mo­głam wejść.

Kari puka chwilę przed tym, za­nim po­ja­wia się Jimmy. Wszedł, jak stwier­dziła Kari, jak wy­strze­lony z procy, i ga­dał bez prze­rwy, jak zwy­kle.

- Cho­lera, Lena, to cu­dow­nie, że mamy ta­kich do­brych są­sia­dów. I ja­kie szczę­ście, że by­łem w domu! Co byś zro­biła, gdy­bym był w pracy?

Rob­ban prze­szywa go spoj­rze­niem i pró­buje wy­obra­zić so­bie, że sie­dzi w ka­bi­nie ła­do­warki i ma wła­śnie prze­wa­lić kilka ton gówna.

- Może chce­cie zo­sta­wić za­pa­sowy klucz u mnie? Mam na my­śli to, że dużo po­dró­żu­jesz.

Lena ści­ska swój klucz w kie­szeni i już ma na końcu ję­zyka "Mo­żesz wziąć mój", ale się po­wstrzy­muje.

- Ła­two może się zda­rzyć, że drzwi znowu się za­trza­sną - kon­ty­nu­uje Rob­ban - i chło­pak też czę­sto wy­cho­dzi z domu. Jak tam jego ko­lano?

- W po­rządku. Tylko kilka za­dra­pań. Pój­dziemy już. Mo­żemy po­my­śleć nad tym klu­czem, Lena. - Jimmy chce zła­pać ją za dłoń, ale ta krzy­żuje ręce na piersi i prze­cho­dzi obok niego.

Kiedy wy­cho­dzą, Lena po­syła Rob­ba­nowi dłu­gie spoj­rze­nie.

- Dzięki za po­moc.

Rob­ban po­syła Jimmy'emu co naj­mniej rów­nie dłu­gie spoj­rze­nie.

- Nie ma pro­blemu. Je­śli po­trze­bu­je­cie po­mocy, wy­star­czy za­pu­kać. Moje drzwi są za­wsze otwarte.

- Ha, ha! Praw­dziwy azyl! - Kiedy wy­cho­dzi, Jimmy lekko kle­pie Rob­bana pię­ścią w plecy.

10

Na­gle z ta­rasu Kari do­biega głu­chy od­głos i zdu­szony okrzyk. Erik leży na pod­ło­dze, ję­cząc, pod­czas gdy Ca­rina pró­buje ścią­gnąć mu prawy but.

- Co się stało?! - Kari rzuca się na ko­lana i ła­pie Erika za rękę.

Ca­rina na chwilę prze­staje ścią­gać męż­czyź­nie skar­petkę.

- Co się stało?! - pyta jesz­cze raz Kari.

- Chciał po pro­stu na­uczyć się la­tać. Na­czy­tał się Au­to­sto­pem przez ga­lak­tykę, gdzie trzeba rzu­cić się na zie­mię i nie tra­fić. Ale Erik tra­fił... - Ca­rina prze­krzy­wia głowę.

Kari nie uważa, żeby była to sy­tu­acja do żar­tów, więc Ca­rina chrząka i mówi prawdę:

- Nie za­uwa­żył schodka mię­dzy sa­lo­nem a ta­ra­sem. Praw­do­po­dob­nie to tylko zwich­nię­cie, nic po­waż­nego.

- Od po­czątku mó­wi­łam, że po­win­ni­śmy zro­bić tu rampę. - Kari pa­trzy oskar­ży­ciel­sko na drzwi bal­ko­nowe, jakby chciała, żeby się za­wsty­dziły.

- Rob­ban na pewno może wam po­móc, wy­gląda na złotą rączkę - mówi Agneta.

- Nie cho­dzi o to, że Erik by nie po­tra­fił, po pro­stu nie zdą­ży­li­śmy ze wszyst­kim!

- Mogę to póź­niej dla cie­bie na­pra­wić - ję­czy Erik i bez prze­ko­na­nia pró­buje wstać.

Ca­rina i Kari ru­szają w jego stronę i w za­pale nie­sie­nia po­mocy zde­rzają się ze sobą. Obie pusz­czają go w tym sa­mym mo­men­cie i Erik znowu upada na pod­łogę. Z ko­lej­nym jęk­nię­ciem. Tym ra­zem ude­rza się w głowę.

Wszystko dzieje się bar­dzo szybko, przez chwilę sy­tu­acja jest do­syć cha­otyczna, a at­mos­fera opada z cał­kiem zno­śnej do ja­kichś mi­nus czte­rech stopni.

Agneta, która jako je­dyna stoi, pro­po­nuje, że przy­nie­sie leki prze­ciw­bó­lowe i tro­chę lodu, co spra­wia, że Kari się otrząsa. Od­rywa się nie­chęt­nie od ofiary wy­padku i idzie do kuchni. Sam po­szko­do­wany wraca do sie­bie po pierw­szym szoku i przy­gląda się ko­stce, która za­częła puch­nąć.

- Cho­lera. Nie po­my­śla­łem.

Kari wraca ze szklanką wody, dwiema ta­blet­kami i lo­dem za­wi­nię­tym w ście­reczkę ku­chenną. Prze­szła w pracy kurs pierw­szej po­mocy.

- Mu­simy cię ja­koś po­sta­wić. To ważne, żeby kostka jak naj­szyb­ciej zna­la­zła się na pod­wyż­sze­niu.

Idzie do sa­lonu i za­czyna pię­trzyć po­duszki na ka­na­pie.

- Je­śli wszy­scy po­mo­żemy, to damy radę.

- Ale prze­cież... - Ca­rina pod­nosi się z trza­skiem w ko­la­nach. - To na pewno tylko zwich­nię­cie. Mo­gli­by­śmy już iść. Może wes­przeć się na mnie i Agne­cie w dro­dze do sa­mo­chodu.

- Klu­czyki są w kurtce. - Erik wska­zuje na przed­po­kój.

Ca­rina sztyw­nieje. To oczy­wi­ste, że Erik nie może pro­wa­dzić. A Agneta wlała w sie­bie tyle wina, że zde­cy­do­wa­nie prze­kro­czyła do­zwo­lone dwie dzie­siąte pro­mila. Je­dyną osobą, która może te­raz pro­wa­dzić, jest ona sama.

- Chodź, po­móż mi. - Kari zde­cy­do­wa­nie ła­pie Erika za ra­mię, Ca­rina chwyta z dru­giej strony, a Agneta ase­ku­ruje z tyłu. Wspól­nymi si­łami umiesz­czają go na ka­na­pie, a Kari okłada mu kostkę lo­dem.

- Psia­krew! Wcze­śniej tak nie bo­lało!

- Nie na­rze­kaj, po­prawi ci się, je­śli przez parę go­dzin bę­dziesz le­żał spo­koj­nie. - Kari po­pra­wia mu po­duszki.

Kilka go­dzin?! Ca­rina nie na­dąża. Mu tu zo­sta­wić Erika z byłą żoną?

Kari zbiera się w so­bie i od­wraca do Ca­riny.

- Jest okej, mogę go ju­tro pod­rzu­cić do domu.

- Ju­tro?!

- Tak, mo­żesz po niego przy­je­chać, je­śli chcesz. W su­mie do­brze się składa, że jesz­cze tu tro­chę zo­sta­nie. Mu­szę z nim o czymś po­roz­ma­wiać. Żeby nie było, to w ogóle nie do­ty­czy jego i mnie. Po pro­stu po­trze­buję do­brej rady. Skom­pli­ko­wana sprawa. Także spo­koj­nie.

Agneta już ma za­cząć bić brawo, ale się po­wstrzy­muje. Ma wła­sną sprawę, którą chciała po­ru­szyć z przy­ja­ciółką, więc gdyby Erik tu zo­stał, by­łoby ide­al­nie.

Na­stę­puje nie­ja­sne tłu­ma­cze­nie Erika, któ­rym gu­zi­kiem Ca­rina ma uru­cho­mić sa­mo­chód. Jest bar­dzo za­nie­po­ko­jony tym, gdzie Ca­rina za­par­kuje. I jak.

Droga z Ron­neby do Karls­krony prze­biega cał­kiem spraw­nie i Ca­rina dzię­kuje Bogu za ronda. Je­śli tylko wje­dzie się na rondo, jest się bez­piecz­nym. Na­uczyła się tego na kur­sie. Je­śli jest się na we­wnętrz­nym pa­sie ronda, wszy­scy inni mu­szą ci ustą­pić. Za­wsze. Robi do­dat­ko­wych kilka kó­łek, żeby uspo­koić nerwy. Agneta sie­dzi obok jak sfinks i cho­ciaż raz się nie od­zywa. Przy­naj­mniej nie przez pierw­szy ki­lo­metr. Do­brze, że Ca­rina nie wi­dzi za­ci­śnię­tych rąk przy­ja­ciółki. I jej za­mknię­tych oczu.

W po­ło­wie drogi, już na au­to­stra­dzie, prosi Ca­rinę, by ta wrzu­ciła przy­naj­mniej czwarty bieg. Na­wet je­śli je­dzie tylko sie­dem­dzie­siąt. W za­sa­dzie mo­głaby też troszkę przy­spie­szyć - Agneta czuje, że przed wyj­ściem po­winna była pójść jesz­cze raz do to­a­lety.

- Wiesz, że po pra­wej masz pe­dał gazu?

- Nie mów do mnie!

- Psia­krew, za zbyt wolną jazdę też można do­stać man­dat!

- Jadę do­kład­nie tak szybko, jak uwa­żam, że po­trze­buję.

- Jak tro­chę nie przy­spie­szysz, to mo­żesz się za­trzy­mać przy skle­pie, spraw­dzę, czy nie mają cze­goś na nie­trzy­ma­nie mo­czu. Zsi­kać się w sa­mo­cho­dzie Erika to jak zsi­kać się na flagę Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Ca­rina przy­spie­sza do sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu.

Kiedy do­cie­rają do domu, mija chwila, za­nim Ca­rina znaj­dzie od­po­wied­nie miej­sce par­kin­gowe, wy­star­cza­jąco duże, by po dro­dze nie za­ry­so­wać ko­muś zde­rzaka. W końcu może za­cią­gnąć ręczny i głę­boko ode­tchnąć.

- Ob­ga­dajmy to! - Agneta kle­pie ją w udo. - Strze­piemy kurz po­dróży u mnie. Tylko chwilę.

- Co my­ślisz o Mat­sie? - Ca­rina kła­dzie nogi na krze­śle przed fo­te­lem. - Je­śli chce mieć brodę, to po­wi­nien za­pu­ścić całą. A nie ta­kie kłaki gdzie­nie­gdzie. We­dług mnie to mu nie pa­suje. Wąsy, które cią­gną się w dół wzdłuż brody. Kiedy mówi, jego usta wy­glą­dają jak ani­mo­wana dziurka od klu­cza.

Agneta się śmieje.

- My­śla­łam, że zde­cy­do­wa­ły­śmy się o nim nie mó­wić. Ale się zga­dzam.

Oma­wiają dzień ze szcze­gó­łami, ale po swo­jej jeź­dzie Ca­rina jest wy­czer­pana, więc szybko wraca do sie­bie.

Agneta Bro­berg:

Naj­lep­sza przy­ja­ciółka Ca­riny. Za­go­rzała pa­laczka, za­do­wo­lona z ży­cia, do­póki ma pie­nią­dze z wy­płaty. Roz­wią­zuje pro­blemy z róż­nym skut­kiem. Pra­cuje w ma­ga­zy­nie, mieszka w Karls­kro­nie.

Ca­rina Arons­son:

Przez wiele lat wierna Mat­sowi Carl­ber­gowi, do­póki to on nie oka­zał się nie­wierny. Ale w końcu do­stał za swoje.

Księ­gowa, nie­dawno ku­piła miesz­ka­nie z wi­do­kiem na wschod­nią pa­no­ramę Karls­krony.

Mats Carl­berg:

Dar od Boga dla ko­biet, ra­czej wielu, je­śli to Mats mógłby wy­bie­rać. Wcze­śniej żo­naty z Evą-Lis, miesz­kał z nią w willi w Ron­neby, jed­no­cze­śnie miesz­ka­jąc z Ca­riną w Karls­kro­nie.

Bez­ro­botny.

Eva-Lis Carl­berg:

Przy­jęła swo­jego po­żal się Boże męża z po­wro­tem, ale po kilku po­dob­nych sy­tu­acjach stwier­dziła, że ma już dość. Sprze­dali dom i ku­piła wła­sny, po­ło­żony na jed­nej z więk­szych wysp Karls­krony.

Eko­no­mistka w fir­mie zaj­mu­ją­cej się sprze­dażą hur­tową.

Erik Me­lin:

Ra­zem ze swoją wtedy-jesz­cze-żoną, Kari, ku­pił willę w Ron­neby od Matsa i Evy-Lis, kiedy zwią­zek Carl­ber­gów roz­padł się na atomy i prze­stał ist­nieć.

Na­uczy­ciel w li­ceum.

Kari An­ders­son:

Nie przy­jęła na­zwi­ska męża po ślu­bie, i do­brze się stało. Roz­wie­dli się, ale na­dal po­zo­stają nie­przy­zwo­icie do­brymi przy­ja­ciółmi. Za­trzy­mała dom w Ron­neby.

Księ­gowa w tej sa­mej fir­mie co Ca­rina.

Jimmy Ek:

Są­siad Kari. To nie tak, że we­dług niego miej­sce ko­biety jest w kuchni, a jej za­da­nie to ro­dzić dzieci, ale Jimmy bar­dzo do­brze wie, kto jest pa­nem domu. Me­na­dżer pro­duk­cji w jed­nej z więk­szych firm w Ron­neby.

Lena Ek:

Je­śli w ro­dzi­nie Jimmy jest dy­ry­gen­tem, to ona jest sto­ja­kiem na nuty. Cho­ciaż wcale nie jest pewna, czy chcia­łaby pod­trzy­my­wać mu­zykę mo­gącą skło­nić Jimmy'ego do wy­bu­chu. Przy­zwy­cza­iła się już do prze­wra­ca­nia stron.

Urzęd­niczka w domu opieki.

Lu­cas Ek:

Syn Jimmy'ego i Leny.

Rob­ban:

Albo Karl Ro­bert En­glund we­dług prawa jazdy. Są­sia­duje z Kari z jed­nej strony i z ro­dziną Eków z dru­giej. Ope­ra­tor ko­parki.

Chło­pak:

Bez­i­mienny kol­por­ter ulo­tek.