Skrzynia władcy piorunów. Detektywi na kółkach - Marcin Kozioł

-
Proszę czekać

5

Kiedy Ju­lia i Spi­ke zbliżali się do bra­my swo­je­go domu, stał już pod nią Tom. Miesz­kał nie­da­le­ko, więc po­ko­na­nie kil­ku prze­cznic nie sta­no­wiło dla nie­go wiel­kie­go pro­ble­mu.

Był smut­ny. Nie, to za mało po­wie­dzia­ne. Był roztrzęsio­ny.

- Wejdźmy, Tom, do domu.

- Nie, zo­stańmy, proszę, tu­taj. Nie chcę, by two­ja mama wie­działa.

- Nie ma jej. Ale o czym ma nie wie­dzieć? - Już na całego za­nie­po­koiła się Ju­lia.

- Mój tata...

- No, po­wiedz, Tom, proszę.

- Mój tata chy­ba od­szedł od mamy.

- Od­szedł? Co ty mówisz, Tom!?

- No właśnie. Prze­cież oni tak się ko­chają. I on ko­cha mnie. A tu coś ta­kie­go. Kil­ka dni temu wy­szedł do pra­cy jak co dzień. W pra­cy już się jed­nak nie po­ja­wił. W domu też.

- Nie za­dzwo­nił? Nie roz­ma­wiał z mamą? - za­py­tała Jul­ka zdzi­wio­na, bo znała ojca Toma i nie przy­pusz­czała, by mógł odejść bez słowa.

- Mama twier­dzi, że wszyst­ko układało się świet­nie i trud­no jej zro­zu­mieć, co się stało. Ja też nie poj­muję, zupełnie. I nie wierzę, by mógł po pro­stu nas zo­sta­wić. Tyl­ko ten list...

- Jaki list?

- Kie­dy wróciliśmy wie­czo­rem do domu, zo­ba­czy­liśmy, że na podłodze leży wsu­nięty przez szcze­linę w drzwiach wejścio­wych list od taty.

Tom wyjął z kie­sze­ni pożółkłą kartkę złożoną na pół. Bar­dzo dziwną, wy­ko­naną z gru­be­go pa­pie­ru, wyraźnie starą, ze zbrązo­wiałym brze­giem, jak­by ktoś kie­dyś wylał na nią kawę. Położył ją Ju­lii na ko­la­nach, by mogła prze­czy­tać.

- Wi­dzisz, tata pi­sze, że musi odejść. Że in­a­czej nie może. Żebyśmy się nie mar­twi­li i go nie szu­ka­li. Ale nie tłuma­czy, o co właści­wie cho­dzi. Dal­sza część brzmi dziw­nie. Nic z tego nie ro­zu­miem. Ani ja, ani mama. Jest zroz­pa­czo­na. Od kil­ku dni płacze.

- Szu­ka­liście go?

- Mama we­zwała po­licję. Przyjęli zgłosze­nie za­gi­nięcia, ale zba­ga­te­li­zo­wa­li sprawę. Wi­dzie­li list, jed­nak na­wet go nie za­bez­pie­czy­li jako do­wo­du w spra­wie. Chy­ba myślą, że w za­sa­dzie spra­wy nie ma. Że tata od­szedł, że się pokłócili i pew­nie wkrótce sam wróci. Zo­bacz! To jego cha­rak­ter pi­sma, ale kie­dy pisał, drżała mu ręka. Te li­te­ry całe się chwieją. On to na­pi­sał, bo... bo się bał.

Chłopiec także dy­go­tał, po­ka­zując dziew­czyn­ce list.

- Masz rację, Tom. Coś tu nie gra.

Na­wet Spi­ke rzu­cił okiem na leżący na ko­la­nach Ju­lii list.

I wte­dy do­znał olśnie­nia.

- Na dziką kaczkę! Tu trze­ba by gra­fo­lo­ga, ale ja chy­ba na tym też trochę się znam - pomyślał.

Do łebka psa wróciło wspo­mnie­nie, że prze­cież w którymś, nie tak daw­nym życiu nosił imię Bud­dy i miesz­kał w Wa­szyng­to­nie. W Białym Domu. Tyl­ko że sierść miał wte­dy cze­ko­la­dową, a nie tak piękną, bisz­kop­tową, złocącą się w słońcu jak dzi­siaj. Zde­cy­do­wa­nie wolał swój obec­ny wygląd. I obecną właści­cielkę.

Zdał so­bie sprawę, że jest psem z ko­nek­sja­mi na naj­wyższym szcze­blu. Tyl­ko co z tego, jeśli nikt go nie roz­po­zna. No i do­ga­dać się w ta­kich kwe­stiach też byłoby trud­no. Uznał za­tem, że gra­fo­lo­ga z Wa­szyng­to­nu do tej spra­wy pew­nie nie załatwi.

Ale jesz­cze nic stra­co­ne­go. Uczest­ni­czył w wie­lu taj­nych spo­tka­niach swo­je­go pana z ludźmi noszącymi czar­ne gar­ni­tu­ry i nie­ska­zi­tel­nie białe, ide­al­nie wy­pra­so­wa­ne ko­szu­le, którzy zwra­ca­li się do jego ówcze­sne­go właści­cie­la z wiel­kim sza­cun­kiem, a nie­kie­dy wręcz ze stra­chem w oczach: "pa­nie pre­zy­den­cie". Wśród tych lu­dzi by­wa­li gra­fo­lo­dzy. Nie­raz przyglądał się ich mądrym pre­zen­ta­cjom i przysłuchi­wał nie­kie­dy przydługim wy­wo­dom.

Wy­star­czył rzut wiel­kim psim okiem, by Spi­ke nie miał wątpli­wości. Ten człowiek działał pod wpływem wiel­kie­go napięcia. Coś lub ktoś skłoniło go do na­pi­sa­nia słów, których wca­le nie chciał na­pi­sać. W kil­ku miej­scach być może ktoś na­wet kie­ro­wał jego ręką. Spi­ke był już pe­wien - oj­ciec Toma nie od­szedł z własnej woli. Spra­wa śmier­działa jak psia... No, w tym mo­men­cie Spi­ke'owi tak pod­sko­czyło ciśnie­nie ze wzbu­rze­nia, że nie zdołał dokończył swo­jej myśli.

Co praw­da, mimo tylu żyć nie ra­dził so­bie jesz­cze za do­brze z czy­ta­niem, ale słyszał, jak na głos czy­tała list Ju­lia. Dru­ga jego część była za­gma­twa­na, nie­zro­zu­miała, brzmiała jak słowa sza­leńca. W tym mogło się coś kryć. Tyl­ko jak to po­wie­dzieć dzie­cia­kom? I jak nakłonić je, by strze­gli tej kart­ki jak oka w głowie?

Jakiś wewnętrzny głos pod­po­wia­dał mu, że musi chro­nić ten do­ku­ment. Za wszelką cenę. I to już. Te­raz! Na­tych­miast!

Spi­ke chwy­cił list w zęby i ku wiel­kie­mu za­sko­cze­niu Toma i jesz­cze większe­mu Ju­lii po­biegł z nim na tył domu. Położył go na podłodze w sa­lo­nie i przy­krył swo­im koj­cem, chro­niąc przed wzro­kiem nie­po­wołanych osób.

Ju­lia próbowała zawołać Spi­ke'a zupełnie za­sko­czo­na nie­zwykłym za­cho­wa­niem psa. Tom był tak roztrzęsio­ny, że nie zdo­był się jed­nak na pogoń za Bisz­kop­tem.

Oparł głowę na ko­la­nach Ju­lii i mało bra­ko­wało, by ten całkiem doj­rzały i po­staw­ny młodzie­niec rozpłakał się jak dziec­ko. Pew­nie doszłoby do tego, gdy­by nie ko­lej­ne nie­ocze­ki­wa­ne zajście.

1

Kto po­wie­dział, że tyl­ko lu­dzie mogą mieć zdol­ności nad­przy­ro­dzo­ne? Spi­ke od za­wsze wie­dział, że jest wyjątko­wy. Nie dla­te­go, że po­wta­rzała mu to mat­ka, Etna Ho­rand. Jak każda mat­ka mogła prze­sa­dzać. Ale jeśli na­wet oj­ciec, dum­ny Ki­pling z Po­ol­ste­ad, czem­pion nad czem­piony, ra­czył za­uważyć: "Co za szcze­niak!", mu­siało być coś na rze­czy.

Spi­ke le­d­wo na­uczył się mówić albo - jak kto woli - szcze­kać, zdał so­bie sprawę, że to, cze­go doświad­cza na co dzień, jest zupełnie nie­zna­ne in­nym la­bra­do­rom. Ba, także owczar­kom, spa­nie­lom, a na­wet Ro­do­wi, sta­re­mu, mądre­mu do­go­wi ka­na­ryj­skie­mu za­miesz­kującemu praw­dzi­wy pałac na podwórku sąsiadów.

Rod swo­je już przeżył, wi­dział i słyszał. Na okrągło chwa­lił się, że przed kil­ko­ma laty za­brał swo­ich go­spo­da­rzy na Wy­spy Ka­na­ryj­skie, z których po­dob­no po­cho­dzi­li jego pra­pra­dziad­ko­wie. Z tym "za­bie­ra­niem" trochę chy­ba prze­sa­dzał, bo na­wet szcze­niak wie, że zwy­kle to lu­dzie za­bie­rają psy w da­le­kie podróże, nie od­wrot­nie.

Na­wet jeśli sta­ry dog do­ko­nał cze­goś tak nie­zwykłego, ani on, ani żaden inny pies, którego Spi­ke dotąd po­znał, nie mógł za­szcze­kać, a tym bar­dziej po­wie­dzieć o so­bie jed­ne­go: "Pamiętam swo­je po­przed­nie życie i wcześniej­sze także, i jesz­cze wcześniej­sze". A Spi­ke, na­zy­wa­ny również Bisz­kop­tem, pamiętał. Przy­najm­niej co nie­co. To zna­czy, tak mu się wy­da­wało, bo nicze­go prze­cież pew­ny być nie mógł.

Ale jeśli byłaby to je­dy­nie psia fan­ta­zja, skąd ten bisz­kop­to­wy psot­nik o wiel­kich orze­cho­wych oczach miałby wie­dzieć, jak prze­no­sić sie­ci ry­bac­kie po ściętej lek­kim lo­dem wo­dzie. I to, że ry­ba­cy zwy­kli naśmie­wać się z jego rasy: "Tak ko­chają wodę, że to nie mogą być psy. W ta­kim ra­zie co? Wy­drop­sy?". Mogło to rozwście­czyć każdego z na­tu­ry przy­ja­zne­go, ale i dum­ne­go la­bra­do­ra. Spi­ke nie prze­pa­dał za­tem za wy­dra­mi na wy­rost, tak dla za­sa­dy, bo na przed­mieściach ra­czej trud­no jakąś spo­tkać.

Czym, jeśli nie nad­na­tu­ral­ny­mi zdol­nościa­mi, można by było wytłuma­czyć to, że Spi­ke w naj­drob­niej­szych szczegółach znał układ po­koi w po­siadłości hra­bie­go Mal­mes­bu­ry'ego nieżyjącego już od pra­wie dwóch wieków.

Nie mieściło się też w głowie, dla­cze­go był prze­ko­na­ny, iż po­dzi­wiał bo­ha­ter­skie czy­ny swo­je­go pra­przod­ka, nie­wy­so­kie­go, ale bar­dzo odważnego no­wo­fun­dlan­da Geo­r­ge'a The Gre­at, w którego żyłach płynęła krew pier­wot­nych psów In­dian i wi­kingów.

Spi­ke'owi również nie mieściło się to wszyst­ko w łebku. Po pro­stu wie­dział dużo, o wie­le za dużo jak na swój wiek. Na­wet zbyt dużo jak na możliwości ja­kie­go­kol­wiek psie­go umysłu. Kie­dy wspo­mniał o Geo­r­ge'u i wi­kin­gach sta­re­mu Ro­do­wi, ten wyśmiał młoko­sa i orzekł, że zbyt­nio fan­ta­zju­je. Uznał, że psiak nasłuchał się awan­tur­ni­czych opo­wieści czy­ta­nych wie­czo­ra­mi na głos z wy­pie­ka­mi na twa­rzy przez jego przy­ja­ciółkę Julię.

Ju­lia. Piękna czter­na­sto­lat­ka o ja­snych włosach, nie­bie­skich oczach i cu­dow­nym uśmie­chu ma­lującym się nie tyl­ko na jej drob­nych ustach, ale na całej śnieżno­białej buzi. Jej nie­zwykła de­li­kat­ność i do­broć szła w pa­rze z od­wagą i cie­ka­wością świa­ta. Pochłaniała książki jedną za drugą, a w jej bi­blio­tecz­ce piętrzyły się już prze­czy­ta­ne lek­tu­ry, cza­sa­mi zaj­mując na­wet kawałek posłania, na którym nocą wy­po­czy­wał la­bra­dor.

Wespół z psią mamą Etną Ho­rand Ju­lia wy­cho­wy­wała Spi­ke'a od pierw­szych dni jego życia. Przy­najm­niej tego obec­ne­go, jeśli dać wiarę temu, co o dziw­nych wspo­mnie­niach Bisz­kopt szcze­kał sam do sie­bie, zwy­kle po ci­chu, pod no­sem, by nie na­ra­zić się na wyśmia­nie przez inne psy.

Etna odeszła już z tego świa­ta, choć nie jest to zbyt pre­cy­zyj­ne określe­nie. Spi­ke wie­rzył, że jesz­cze kie­dyś ją spo­tka. Bo sko­ro tak wie­le wska­zy­wało na to, że sam miał już nie­jed­no życie, to pew­nie i jego mama cie­szy się gdzieś od­kry­wa­niem świa­ta na nowo jako szcze­nię. Żałował tyl­ko, że nie wie, gdzie.

Za­miast niej miał te­raz przy­ja­ciółkę, której nie opusz­czał na krok - bisz­kop­to­wowłosą Julię. Spi­ke lubił pod­kreślać, i to z nie­ukry­waną dumą, po­do­bieństwo bar­wy włosów dziew­czyn­ki do ko­lo­ru swo­jej sierści. W jego oczach zda­wała się być bo­gi­nią. I to jesz­cze jaką! Nie taką zwykłą jak w mi­tach czy fan­ta­stycz­nych opo­wieściach. Bo­gi­nią na czte­rech kółkach!

- Spi­ke, proszę, otwórz drzwi do ogro­du - zawołała ci­cho Ju­lia.

Na de­li­kat­ny dźwięk jej głosu Bisz­kopt po­de­rwał się ze swo­je­go ulu­bio­ne­go miej­sca nie­opo­dal wy­ga­szo­ne­go o tej po­rze roku ko­min­ka. Pod­biegł do prze­szklo­nych drzwi, stanął na tyl­nych łapach, by przed­ni­mi za­wisnąć na klam­ce. Do­pil­no­wał, aby drzwi otwo­rzyły się na pełną sze­ro­kość. Wziął w pysk książkę leżącą na podłodze i de­li­kat­nie położył ją na ko­la­nach Ju­lii.

Bo­gi­ni na czte­rech kółkach nie­mal bez­sze­lest­nie wy­je­chała na ta­ras swo­im lśniącym w słońcu alu­mi­nio­wym czte­ro­kołowcem - avant­gar­de mo­del CLT wi­king. A za nią, radośnie mer­dając ogo­nem, wy­biegł Spi­ke, w którego żyłach na­prawdę płynęła krew dziel­nych psów no­wo­fun­dlandz­kich In­dian Be­othuk i czwo­ro­nożnych to­wa­rzy­szy wi­kingów. No, przy­najm­niej odro­bi­na!

4

Kółka czte­ro­kołowca pod­ska­ki­wały na nierównej po­wierzch­ni ele­ganc­kie­go chod­ni­ka wyłożone­go piękną gra­ni­tową kostką.

- Pan ar­chi­tekt na pew­no nie jeździ na wózku - warknął pod no­sem Spi­ke, widząc, ile wysiłku Ju­lia musi wkładać w po­ko­na­nie tego dość długie­go od­cin­ka.

Ale­ja była piękna. Obu jej krawędzi strzegły potężne kasz­ta­ny przy­ozdo­bio­ne ni­czym szy­kowną biżute­rią kiścia­mi białych kwiatów z drob­ny­mi czer­wo­ny­mi plam­ka­mi u na­sa­dy. Kost­ka bru­ko­wa po jed­nej stro­nie alei też wyglądała ele­ganc­ko. Z upływem lat co­raz to nowe ko­stecz­ki, nie­sfor­ne gra­ni­to­we ma­lu­chy, chciały wyróżnić się z gro­na nie­mal iden­tycz­nych sióstr i bra­ci, wy­ska­kując żwawo po­nad po­zo­stałe. Tak so­bie przy­najm­niej tłuma­czyła ich za­cho­wa­nie dziew­czy­na ob­da­rzo­na bujną wy­obraźnią i do­brym ser­cem, które nie po­zwo­liłoby jej obar­czać winą za nierówny chod­nik dro­gowców ani ar­chi­tektów.

W ten sposób wózek CLT wi­king co chwi­la pod­ska­ki­wał, a Ju­lia mu­siała bar­dzo uważnie ma­new­ro­wać, by nie wpaść w zagłębie­nia czy na wy­brzu­sze­nia, ni­czym czuj­ny ka­pi­tan stat­ku wi­kingów walczący z fa­la­mi na nie­spo­koj­nym oce­anie.

Spi­ke nie mógł w tym miej­scu zbyt­nio pomóc swo­jej pani ka­pi­tan. Nie mu­siał ni­ko­go pro­sić o ustąpie­nie jej miej­sca, ni­cze­go nie mu­siał jej po­da­wać. Cza­sa­mi zda­rzało się tyl­ko, że jakaś gałązka lub ka­myk zabłąkały się na dro­dze. Wy­star­czyło nie­co wy­prze­dzić Julkę i uprzątnąć nie­wielką prze­szkodę.

Na spa­ce­ry za­wsze wy­cho­dził w prze­wiew­nej ka­mi­zel­ce z dużym na­pi­sem: "Pies w pra­cy". Z do­pi­skiem dla nie­do­myślnych: "Nie prze­szka­dzaj". Kie­dy Spi­ke roz­począł asy­sto­wa­nie dziew­czyn­ce, zwy­kle wzbu­dzał wiel­kie za­in­te­re­so­wa­nie: w szko­le, w skle­pi­kach, w koście­le czy w dro­dze do domu. To­wa­rzy­szył jej wszędzie. Byli nie­rozłączni, odkąd Spi­ke prze­szedł szko­lenia i z wyróżnie­niem pierw­sze­go stop­nia zdo­był dy­plom psa asy­stującego. Miał na­wet od­po­wied­nią le­gi­ty­mację będącą naj­lep­szym do­wo­dem na to, że jest pro­fe­sjo­na­listą.

Z cza­sem lu­dzie w oko­li­cy przy­zwy­cza­ili się do jego obec­ności, a przede wszyst­kim w końcu zro­zu­mie­li, że choć to przy­ja­zny wszyst­kim psot­nik, kie­dy to­wa­rzy­szy Jul­ce w co­dzien­nych czyn­nościach, jest w pra­cy i nie można od­wra­cać jego uwa­gi.

Spi­ke lubił bawić się z dziećmi, ra­do­sny­mi młodzieńcami, a cza­sa­mi na­wet do­rosłymi, choć ci wy­da­wa­li mu się trochę "prze­rośnięci", co w jego pojęciu nie było by­najm­niej kom­ple­men­tem. Ta­kie samo zda­nie miał zresztą także o Ro­dzie, dogu z sąsiedz­twa.

- Czy oni wszy­scy nie mo­gli­by być trochę bar­dziej kom­pak­to­wi? Ot, tacy duzi jak Ju­lia. To by im w zupełności wy­star­czyło - za­sta­na­wiał się Spi­ke.

I od razu łapał się na tym, że nie bar­dzo wie, skąd u li­cha przy­chodzą mu do głowy ta­kie słowa jak "kom­pak­to­wy". Tłuma­czył so­bie, że albo za dużo czy­ta mu Jul­ka, albo zbyt wie­le ogląda te­le­wi­zji. Zwy­kle kie­dy dziew­czyn­ka już smacz­nie spała, jej mama zmęczo­na po całym dniu pra­cy, siedząc na ka­na­pie w sa­lo­nie, próbowała zmu­sić się do oglądnięcia cze­goś w te­le­wi­zji. Od­bior­nik brzęczał, pies oglądał, mama spała. Bisz­kopt bacz­nie ją ob­ser­wo­wał i kie­dy upew­niał się, że czas naj­wyższy położyć się do łóżka, przy­no­sił w py­sku pi­lo­ta od te­le­wi­zo­ra i de­li­kat­nie wsu­wał w rękę drze­miącej ko­bie­ty.

Na Spi­ke'a można było li­czyć.

Kie­dy przed sied­mio­ma laty nie­uważny kie­row­ca sa­mo­cho­du potrącił Julkę na przejściu dla pie­szych, jej świat przewrócił się do góry no­ga­mi. Potrącił nie tyl­ko ją, ale i to­wa­rzyszącego jej w dro­dze do szkoły tatę. Zbyt wcześnie Ju­lia mu­siała zmie­rzyć się ze stratą bli­skiej oso­by. Śmierć uko­cha­ne­go ojca przeżyła zde­cy­do­wa­nie bar­dziej niż wy­rok le­ka­rzy. Nie przesądzi­li co praw­da, że już nig­dy nie będzie cho­dzić, ale też nie dali jej wiel­kich szans na powrót do pełni sił. Szyb­ko mu­siała na­uczyć się żyć od nowa. Choć miała za­le­d­wie sie­dem lat, była nad swój wiek doj­rzała. Przy­sięgła so­bie, że nie pod­da się i będzie żyć pełnią tego, co przy­no­si jej życie, z żad­ne­go wy­zwa­nia nie zre­zy­gnu­je.

Do swo­je­go pierw­sze­go czte­ro­kołowca szyb­ko się przy­zwy­czaiła. Prze­czy­tała gdzieś, że już pięćset lat przed naszą erą na ilu­stra­cjach przed­sta­wia­no krzesła z kołami. A w szes­na­stym wie­ku na wózku po­ru­szał się Fi­lip II, król Hisz­pa­nii. Ju­lia - kie­dy była jesz­cze małą dziew­czynką - wymyśliła so­bie, że będzie za­tem pierwszą królową na wózku.

Wspa­niała la­bra­dor­ka Etna Ho­rand, która miesz­kała z nimi od lat, opie­ko­wała się dziew­czynką, swoją małą wład­czy­nią. Nie była jed­nak w pełni wy­szko­lo­na i przy­go­to­wa­na do roli opie­kun­ki dziec­ka. Mimo to robiła wszyst­ko, by być dla dziew­czynki przy­ja­ciółką od­daną i po­mocną na miarę swo­ich umiejętności. Kie­dy na świat przy­szedł syn la­bra­dor­ki, Spi­ke, mama Jul­ki po­sta­no­wiła oddać go na szko­le­nie i przy­go­to­wać do roli naj­wier­niej­sze­go to­wa­rzy­sza i asy­sten­ta. Oczy­wiście, prze­czu­wała, że jest to pies do tej roli od­po­wied­ni, ale nie wie­działa, że aż tak wyjątko­wy - od­wagę i in­te­li­gencję odzie­dzi­czył po swo­ich przod­kach. Mama Jul­ki na pew­no nie mogła też wie­dzieć, że szczególną mądrość po­siadł również za sprawą doświad­czeń, które gro­ma­dził przez kto wie ile wcie­leń, a wie­dza ta z każdym dniem stop­nio­wo do nie­go wra­cała ni­czym wy­rzu­co­ny w cza­so­prze­strzeń bu­me­rang. Może dla­te­go tak do­brze ro­zu­miał ludz­ki język i ludz­kie spra­wy. I może z cza­sem przyj­dzie mu jesz­cze od­kryć inne umiejętności, o które trud­no byłoby po­dej­rze­wać psa z przed­mieścia, ba, ja­kie­go­kol­wiek zwy­czaj­ne­go psa.

***

Kie­dy do­tar­li do końca kasz­ta­no­wej alei, jak zwy­kle za­trzy­ma­li się przy zbyt wy­so­kim krawężniku jezd­ni, którą mu­sie­li prze­ciąć. Dziew­czyn­ka dość spraw­nie, choć nie bez wysiłku, uniosła przed­nie koła i po­ko­nała pod­wyższe­nie. Za­wsze trud­niej było wrócić do domu, po­ko­nać krawężnik w tę stronę i wje­chać na gra­ni­to­wy chod­nik. Jeśli ktoś był w po­bliżu, Spi­ke próbował zwrócić na sie­bie uwagę i zwy­kle wy­star­czyło to, by zamyślony i spieszący się gdzieś prze­cho­dzień pomógł dziew­czyn­ce. Jeśli jed­nak byli sami, zda­rzało się, że Spi­ke'owi uda­wało się zna­leźć kawałek de­ski i podłożyć pod koła, by dziew­czyn­ce łatwiej było po­ko­nać prze­szkodę.

Je­cha­li brze­giem dro­gi w kie­run­ku szkoły mu­zycz­nej, w której co so­botę rano Ju­lia uczyła się gry na for­te­pia­nie. Kie­dyś w te­le­wi­zji wi­działa chłopca z Chin, na­sto­lat­ka Liu Wei, który za­chwy­cał, grając sto­pa­mi kom­po­zycję Ri­char­da Clay­der­ma­na. Pomyślała, że na­prawdę nic nie jest nie­możliwe, a ona i tak jest szczęściarą, że ma dwie spraw­ne ręce.

Pil­nie uczyła się gry. Dla przy­jem­ności. Nie dla sławy. Nie ma­rzyła o tym, by być pia­nistką. Ra­czej od­krywcą ta­jem­nic, wiel­kim podróżni­kiem lub pry­wat­nym de­tek­ty­wem. Mama nie­spe­cjal­nie ki­bi­co­wała ta­kim po­mysłom na życie, oba­wiając się o Julkę, ale dziew­czy­na wie­rzyła, że nie ma dla niej rze­czy nie­możli­wych i to, że musi po­ru­szać się na wózku, wca­le nie ozna­cza, że ma re­zy­gno­wać z ma­rzeń. Co więcej, była prze­ko­na­na, że mając za to­wa­rzy­sza kogoś ta­kie­go jak Spi­ke, w re­ali­za­cji swo­ich pra­gnień ma pewną prze­wagę nad rówieśni­ka­mi. I w su­mie się nie myliła. Szko­da tyl­ko, że niektóre ma­rzenia spełniają się zbyt szyb­ko i w naj­mniej od­po­wied­nim cza­sie.

W kie­sze­ni Jul­ki zabrzęczał te­le­fon.

Dziew­czyn­ka zje­chała na bok chod­ni­ka i za­trzy­mała wózek. Spi­ke ro­zej­rzał się uważnie, czy jest bez­piecz­na i czy wózek nie będzie prze­szka­dzał prze­chod­niom. Ni­ko­go jed­nak w po­bliżu nie było. Ju­lia mogła spo­koj­nie ode­brać te­le­fon.

- Halo! Halo! To ty, Jul­ka? - za­brzmiał w słuchaw­ce zna­jo­my głos.

- Część, Tom! - roz­pro­mie­niła się dziew­czyn­ka, usłyszaw­szy swo­je­go przy­ja­cie­la, którego nie­win­ny pocałunek sprzed kil­ku dni nadal pach­niał na jej po­licz­ku. Wy­obrażała so­bie na­wet, że tam­te­go popołudnia zo­stała ob­da­ro­wa­na pocałunkiem nie tyl­ko w po­li­czek, ale że przez ułamek se­kun­dy spo­tkały się też ze sobą ich usta, a nie­bo zapłonęło.

Po chwi­li jed­nak zro­zu­miała, że roz­ważanie tego, czy wy­obraźnia nie płata jej w tej spra­wie fi­gla, może te­raz nie być naj­ważniej­sze. W głosie chłopca, w tych kil­ku słowach krył się jakiś nie­zwykły nie­pokój zupełnie nie­po­dob­ny do Toma.

- Czy wszyst­ko w porządku? - za­py­tała.

Chłopiec mil­czał. Słychać było, że głęboko od­dy­cha, jak­by za­sta­na­wiał się, czy do­brze robi, dzwo­niąc do Jul­ki i włączając ją w tę hi­sto­rię.

- Tom, po­wiedz wresz­cie, o co cho­dzi! Proszę, po­wiedz, co się dzie­je. Mar­twię się o cie­bie.

Wie­dział, że nie ma już wyjścia. I tak Jul­ka będzie się po tym te­le­fo­nie nie­po­koiła.

- Jul­ka. Tak, stało się coś. Muszę ci coś po­wie­dzieć. Muszę. Je­steś w domu? Mogę do cie­bie przyjść?

2

Tom uśmiechnął się, próbując nie­co złago­dzić zakłopo­ta­nie Ju­lii.

- Tak nie można do­da­wać ułamków, Jul­ko - cier­pli­wie tłuma­czył, siedząc z nią w ogro­dzie i ciesząc się ciepłem wio­sen­ne­go popołudnia.

Wziął kartkę i za­zna­czył, gdzie popełniła błąd. Dziew­czyn­ka wzdrygnęła się i ze złością, ale nie na Toma, tyl­ko na sie­bie, od­sunęła ją na dru­gi ko­niec sto­li­ka. Odwróciła głowę i wpa­try­wała się przez chwilę w kwitnącą jabłoń. Nie lubiła się mylić i choć nie prze­pa­dała za ma­te­ma­tyką - zde­cy­do­wa­nie wolała hi­sto­rię i naukę języków - drażniło ją, że nie dała so­bie rady z tak pro­stym za­da­niem.

- Pamiętaj, że naj­mniej­szy możliwy wspólny mia­now­nik cza­sa­mi jest równy ilo­czy­no­wi mia­now­ników.

Wie­działa o tym do­brze. Obec­ność chłopca przy wspólnym od­ra­bia­niu zadań onieśmie­lała ją jed­nak tak bar­dzo, że równie do­brze mogłaby popełnić błąd or­to­gra­ficz­ny w swo­im imie­niu. Wca­le nie chciała jed­nak re­zy­gno­wać z po­mo­cy star­sze­go o rok Toma. Co więcej, zda­rzało się - choć nie tym ra­zem - że ce­lo­wo popełniała błędy, za­pew­niając chłopcu do­bry powód, by spędził z nią jesz­cze chwilę.

Bisz­kopt już daw­no wy­niu­chał, co się święci. Wpraw­dzie był nie­co za­zdro­sny o uczu­cia swo­jej Ju­lii, ale też nie miał złudzeń - w tej kon­ku­ren­cji ska­za­ny był na porażkę. Coś pod­po­wia­dało mu, że tak musi być i prędzej czy później jakiś dwunóg ocza­ru­je Julkę. Dla Spi­ke'a w wiel­kim ser­cu dziew­czyn­ki nadal po­win­no wy­star­czyć miej­sca - co do tego nie miał wątpli­wości. A że Tom był wyjątko­wo miłym i do­brze wy­cho­wa­nym chłopcem - a o do­brym wy­cho­wa­niu według Spi­ke'a świad­czyły przy­no­szo­ne mu w pre­zen­cie chrup­kost­ki o sma­ku wędzo­ne­go bocz­ku - po­sta­no­wił nie tyl­ko nie ry­wa­li­zo­wać z nim o względy Ju­lii, ale na­wet nie­co pomóc w tej skom­pli­ko­wa­nej spra­wie.

- Spi­ke, chodź tu­taj, przy­ja­cie­lu. Po­ciesz Julkę.

Pies pod­szedł do dziew­czyn­ki, ale tak nie­zdar­nie - no, przy­najm­niej tak to wyglądało - że potrącił głową ogro­do­wy sto­lik. Opar­ty na jed­nej no­dze blat za­chwiał się i ręka chłopca no­tującego coś na kart­ce pa­pie­ru zsunęła się, tra­fiając wprost w opartą na ko­la­nach dłoń Ju­lii.

Dłonie splotły się mi­mo­wol­nie w de­li­kat­nym uści­sku. Dziew­czy­na zadrżała. Jej wiel­kie nie­bie­skie oczy zwróciły się w stronę chłopca.

Tom za­nie­po­koił się, że zupełnie przy­pad­ko­wo zro­bił coś bar­dzo, bar­dzo nie­sto­sow­ne­go. W pierw­szym od­ru­chu chciał cofnąć rękę. Coś jed­nak pod­po­wia­dało mu, by tego nie robić. Ser­ce chłopca biło szyb­ciej niż kie­dy­kol­wiek wcześniej.

Wkrótce zo­rien­to­wał się, że nie tyl­ko jego ser­ce ga­lo­po­wało. Cho­ciaż śpiew ptaków sku­tecz­nie zagłuszał dud­nie­nie w klat­kach pier­sio­wych, uczu­cia zdra­dzały oczy - lek­ko spłoszo­ne, ale sze­ro­ko otwar­te, by ni­cze­go nie stra­cić z tej wyjątko­wej chwi­li.

- Jul­ka? - wy­krztu­sił, jak­by chciał się prze­ko­nać, czy dziew­czyn­ka nadal jest z nim w ogro­dzie, czy też swoją przy­pad­kową śmiałością wypłoszył jej du­szyczkę.

Dziew­czy­na nie od­zy­wała się. Od daw­na myślała o tym, by po­wie­dzieć To­mo­wi, jak bar­dzo lubi jego cier­pli­wość, de­li­kat­ność i burzę ciem­nych kręco­nych włosów nie­dających się porządnie ułożyć. Jak bar­dzo po­dzi­wia jego wiedzę i uwiel­bia słuchać jego gry na gi­ta­rze kla­sycz­nej. Ta sy­tu­acja za­sko­czyła ją jed­nak. Nie była w sta­nie wy­du­sić z sie­bie słowa. Do­pie­ro gdy zdez­o­rien­to­wa­ny bra­kiem od­po­wie­dzi Tom zaczął się po­wo­li wy­co­fy­wać, zdo­była się na to, by po­ko­nać onieśmie­le­nie. Za­cisnęła moc­niej swoją drobną dłoń na ręce chłopca.

Tom się roz­pro­mie­nił.

- Bar­dzo cię lubię, Ju­lio - wy­szep­tał zachęcony. - Bar­dzo. Bar­dziej niż... - za­trzy­mał się, by wy­brać najwłaściw­sze określe­nie, ta­kie, które nie za­brzmi ani zbyt pom­pa­tycz­nie, ani ba­nal­nie. W końcu jed­nak zde­cy­do­wał się na to naj­bar­dziej ba­nal­ne i pom­pa­tycz­ne, ja­kie przyszło mu do głowy. - Bar­dziej niż wszyst­kie inne dziew­czy­ny ra­zem wzięte - dokończył.

- W szko­le? Czy w ogóle? - od­zy­skaw­szy od­dech i dziewczęcą prze­kor­ność, za­py­tała Ju­lia. Uśmiechnęła się przy tym i mrugnęła okiem, zdra­dzając, że wca­le nie ocze­ku­je od­po­wie­dzi.

- W ogóle - śmier­tel­nie poważnie od­po­wie­dział chłopiec.

- Ja też cię lubię...

I już chciała otwo­rzyć swo­je ser­ce i wyłożyć wszyst­ko, co czu­je, kawa na ławę, gdy na swo­jej dru­giej dłoni po­czuła mo­kry nos Spi­ke'a.

7

Spike przy­tu­lił się do chłopca. Leżeli na podłodze w prze­strze­ni bagażowej fur­go­net­ki, nie wiedząc, dokąd zmie­rzają. Okna były zasłonięte nie­prze­zro­czystą grubą folią, w pojeździe pa­no­wał półmrok. Nie­wiel­kie pro­mie­nie światła do­cie­rały z od­dzie­lo­nej przy­ciem­nianą szybą części sa­mo­cho­du prze­zna­czo­nej dla kie­row­cy i co naj­wyżej dwóch pasażerów. Na­past­ni­cy sie­dzie­li bli­sko prze­su­wa­nych drzwi, unie­możli­wiając chłopcu i psu oswo­bo­dze­nie się.

W za­mkniętej małej prze­strze­ni Spi­ke nie chciał ata­ko­wać. Wie­dział, że w ta­kich wa­run­kach ska­za­ny jest na porażkę, a agre­syw­ne za­cho­wa­nie może spro­wa­dzić nieszczęście nie tyl­ko na nie­go, ale przede wszyst­kim na chłopca. Le­piej było po­cze­kać i wy­ko­rzy­stać chwilę nie­uwa­gi mężczyzn, by spróbować oswo­bo­dzić Toma.

- Nie możemy je­chać tam z psem. Jeśli uciek­nie, może tra­fić do nas i kogoś ze sobą przy­pro­wa­dzić. Nie po­trze­bu­je­my nie­pro­szo­nych gości - za­uważył Mi­krus.

- Chy­ba że go wcześniej... - nie dokończył Wiel­ko­lud, czując na so­bie wzrok la­bra­do­ra.

- Ja­sne. O ile wcześniej to on nie za­ba­wi się z tobą. Pa­trzy na cie­bie, jak­by do­brze ro­zu­miał, ja­kie masz wo­bec nie­go pla­ny.

- Otwórz drzwi! Od razu to załatwi­my.

Za­mek zo­stał po­lu­zo­wa­ny, drzwi roz­sunęły się, ale sa­mochód nie zwol­nił. Za­ma­sko­wa­ni ban­dy­ci pod­nieśli się z miejsc i chy­boczącym się kro­kiem zaczęli zbliżać się do Toma i wtu­lo­ne­go w nie­go psa, który do­dając chłopcu otu­chy, równo­cześnie bacz­nie ob­ser­wo­wał bieg wy­da­rzeń.

Spi­ke po­de­rwał się i odsłonił kły. Chy­ba pierw­szy raz w tym życiu zro­bił to zupełnie na se­rio. I fak­tycz­nie udało mu się to zna­ko­mi­cie. Bu­dził re­spekt na­wet w oczach potężnie zbu­do­wa­ne­go mężczy­zny. Ten był jed­nak nie­ustra­szo­ny i zde­cy­do­wa­ny po­zbyć się czwo­ro­no­ga na do­bre.

- Ja go złapię za pysk, a ty go wte­dy chwyć za nogi!

- Do­bra - od­po­wie­dział Mi­krus, ale bez wiel­kie­go prze­ko­na­nia, że da so­bie radę. Wyraźnie le­piej czuł się jako ten, który pla­nu­je i roz­ka­zu­je, niż wy­ko­naw­ca czy­je­goś pla­nu. Na do­da­tek nie­zbyt mi­ster­ne­go, jak się oka­zało.

Wiel­ko­lud był zbyt wy­so­ki, by wy­pro­sto­wać się w ni­skiej fur­go­net­ce. Zgięty wpół zro­bił odważnie krok w stronę psa. Wtem sa­mochód pod­sko­czył i za­raz po­tem lek­ko przy­ha­mo­wał, by ominąć za­pew­ne jakąś dziurę w oto­czo­nej la­sem as­fal­to­wej, ale za­nie­dba­nej pod­miej­skiej dro­dze. Mężczy­zna za­chwiał się, tracąc na chwilę równo­wagę. Spi­ke tyl­ko na coś ta­kie­go cze­kał. Rzu­cił się na na­past­ni­ka. Za­nim ten zdążył od­zy­skać utra­coną przed se­kundą równo­wagę, runął do tyłu.

Przez otwar­te drzwi Wiel­ko­lud po pro­stu wy­le­ciał.

- Pierw­szy raz w życiu był lek­ki jak piórko. - Spi­ke zdo­był się na żart, choć i tak nikt go nie mógł prze­cież zro­zu­mieć.

- Za­trzy­maj auto! Za­trzy­maj! - wrzesz­czał do kie­row­cy Mi­krus.

3

Nie tak szyb­ko z tą wy­lew­nością, maleńka. Niech się jesz­cze trochę chłopak po­sta­ra! - po psie­mu wy­szep­tał Bisz­kopt.

Żałował, że wa­chlarz jego nad­przy­ro­dzo­nych zdol­ności kończy się na po­sia­da­niu dziw­nych wspo­mnień z za­mierzchłych czasów. Nie mu­siał jed­nak wca­le mówić języ­kiem Szek­spi­ra, Mo­lie­ra, Do­sto­jew­skie­go czy Mic­kie­wi­cza, by być do­brze zro­zu­mia­nym.

Ju­lia traf­nie od­czy­tała sy­gnał i po­zwo­liła się wy­ga­dać ośmie­lo­ne­mu To­mo­wi.

- Jul­ka, zna­my się już rok, a ja nig­dy nie po­wie­działem ci, jaki ko­lor ma two­je imię.

Uśmiechnęła się, sądząc, że chłopiec próbuje być ro­man­tycz­ny.

- Goździ­ko­wy, cza­sa­mi na­wet lek­ko la­wen­do­wy. Ale pach­nie in­a­czej. Jak świeża man­da­ryn­ka.

Spi­ke spoj­rzał zdzi­wio­ny na chłopa­ka swo­imi wiel­ki­mi orze­cho­wy­mi ocza­mi i zmarsz­czył kąciki py­ska, co lu­dziom mogło przy­po­mi­nać uśmiech, choć nie­wie­le z nim miało wspólne­go.

Ju­lia też była za­sko­czo­na, ale nie chciała dać tego po so­bie po­znać i nie prze­ry­wała chłopcu.

- Muszę ci coś po­wie­dzieć, Jul­ko. Ja, ja widzę ko­lo­ry.

- No, ja też, Tom - wtrąciła, uśmie­chając się ser­decz­nie.

- No i ja też, bra­cie! - wy­rwało się Bisz­kop­to­wi. Za­szcze­kał, rzecz ja­sna, nie­zro­zu­mia­le dla lu­dzi, ale sku­tecz­nie zwrócił na sie­bie uwagę.

- Tyl­ko wiesz co?! - już po ci­chu mam­ro­tał pies. - Jak Jul­ka mówi o czymś, że jest fio­le­to­we, zie­lo­ne albo różowe, to mnie się wy­da­je, że jest nie­bie­skie. Po­zo­stałe jej wy­du­ma­ne ko­lor­ki to dla mnie żółty albo sza­ry. A jak ubie­rze czer­woną su­kienkę, to mnie się wy­da­je, że jest pra­wie tak czar­na jak węgiel. Tyl­ko co do ko­lo­ru bisz­kop­to­we­go, bar­wy jej włosów i mo­je­go fu­ter­ka, je­steśmy z Julką zgod­ni. Czy z wami wszyst­ki­mi coś jest nie tak, kie­dy mówi­cie o ko­lo­rach, czy to mnie się w łebku coś pokręciło? - re­to­rycz­nie za­py­tał z pewną zgryźliwością, bo w ogóle nie do­pusz­czał do sie­bie myśli, że to z nim mogło być coś nie w porządku. Mimo nie­zwykłej in­te­li­gen­cji nie wpadł też na to, że psy i lu­dzie nie­co in­a­czej po­strze­gają bar­wy.

- Jul­ka. Ja je­stem... - wy­szep­tał Tom.

- No, po­wiedz, proszę.

- Je­stem sy­ne­ste­ty­kiem.

Dziew­czy­na pisnęła! Gdy­by nie to, że nie jest w sta­nie po­de­rwać się ze swo­je­go czte­ro­kołowca, pew­nie by pod­sko­czyła. Przy­klasnęła więc tyl­ko, po czym z po­wro­tem położyła swoją dłoń na dłoni chłopca, by nie psuć tej chwi­li.

- To nie cho­ro­ba, Jul­ko!

- Wiem, Tom. Wiem. - Uśmiechnęła się. - Może nie znam się na ułam­kach, ale czy­tam jak sza­lo­na, nie­mal bez prze­rwy. Rok temu czy­tałam o sy­ne­ste­zji. Na­wet po­zaz­drościłam sy­ne­ste­ty­kom bo­gac­twa do­znań. Wy­obrażałam so­bie, jak może sma­ko­wać mu­zy­ka albo że dźwięki mogą mieć ko­lor, bo właśnie o ta­kiej for­mie sy­ne­ste­zji wówczas czy­tałam. Wiem, że jest ich wie­le.

Bisz­kop­to­wi opadła szczęka. Nie żeby od razu ude­rzyła z trza­skiem o podłogę, ale bez wątpie­nia opadła. Wca­le jed­nak nie na myśl o tym, że mu­zy­ka może sma­ko­wać jak jego ulu­bio­ne chrup­kost­ki.

Przy­po­mi­nał so­bie bo­wiem co nie­co z czasów świet­ności hra­bie­go Mal­mes­bu­ry'ego, u którego w jed­nym ze swo­ich żyć mu­siał miesz­kać, a przy­najm­niej bywać.

Do po­siadłości w an­giel­skim hrab­stwie Wilt­shi­re w od­wie­dzi­ny przy­jeżdżał od cza­su do cza­su pe­wien ar­ty­sta z Paryża. Za­zwy­czaj hra­bia gościł u sie­bie sta­tecz­nych panów z du­beltówka­mi wy­bie­rających się na po­lo­wa­nia. Równie często od­wie­dza­li go or­ni­to­lo­dzy, którzy po­dzie­la­li pasję hra­bie­go do ob­ser­wa­cji la­tających stwo­rzeń. Trochę dziw­ne, że go­spo­darz z jed­ny­mi gośćmi strze­lał do dzi­kich ka­czek, a z dru­gi­mi prze­sia­dy­wał w krza­kach, wy­pa­trując ptaków. Dziw­niej­sze od tego było jed­nak za­cho­wa­nie ar­ty­sty zde­cy­do­wa­nie wyróżniającego się wśród po­zo­stałych od­wie­dzających hra­bie­go.

Ar­ty­sta ma­wiał: "Mon Dieu, po­wi­nien pan zmie­nić na­zwi­sko, bo to M jest ta­kie oziębłe, a Y wul­gar­ne". Albo: "Ależ ten D-dur był żółty". Wszy­scy myśleli, że to taki twórczy eks­cen­tryzm, aż do cza­su pew­nej ko­la­cji u hra­bie­go, pod­czas której ów ar­ty­sta spo­tkał się z myśli­wym i jed­no­cześnie słyn­nym na­ukow­cem, sir Fran­ci­sem Gal­to­nem - czy jakoś po­dob­nie, bo prze­cież psia pamięć mogła być za­wod­na. Mężczyźni zaczęli się później wi­dy­wać na lon­dyńskich ban­kie­tach i po kil­ku ty­go­dniach Gal­ton uświa­do­mił zdzi­wio­ne­mu artyście, że za­pew­ne ma on trochę "nad­pro­gra­mo­wych" połączeń w mózgu, które czy­nią go nie­prze­ciętnym w po­strze­ga­niu świa­ta. Fran­cuz za­wsze był prze­ko­na­ny, że jest wyjątko­wy, głównie ze względu na swo­je ta­len­ty, ale nie przy­pusz­czał dotąd, że inni nie widzą bar­wy dźwięków i nie do­strze­gają tem­pe­ra­men­tu li­ter. Od tej pory obrósł jesz­cze bar­dziej w piórka, mając na­uko­wy dowód na swoją nie­zwykłość.

Wy­zna­nie Toma przy­wołało wspo­mnie­nie o hra­bim Mal­mes­bu­rym i jego fran­cu­skim zna­jo­mym ukry­te głęboko w łebku Spi­ke'a. Aż zakręciła mu się łza w oku.

- Spi­ke, chy­ba nie płaczesz? - Pogłaskała go po głowie za­tro­ska­na Ju­lia. Nie prze­ry­wała jed­nak To­mo­wi.

- Ju­lio. Mówię ci o tym, bo czuję coś wyjątko­we­go do cie­bie. Nie wiem jesz­cze, jak na­zwać to, co czuję, ale wiem, że pięknie pach­nie i ma cu­downą barwę, zupełnie jak two­je imię. I chcę, byś wszyst­ko o mnie wie­działa. Wszyst­ko. O sy­ne­ste­zji pra­wie ni­ko­mu dotąd nie mówiłem. Wiedzą o tym tyl­ko moi ro­dzi­ce. Tata też tak ma...

- Twój tata? Twój tata też jest sy­ne­ste­ty­kiem??? - zdzi­wiła się Ju­lia i przez mo­ment zro­biło się jej na­wet przy­kro, bo już za­czy­nała przy­zwy­cza­jać się do myśli, że jej Tom jest je­dy­ny, wyjątko­wy jak nikt, kogo zna, może na­wet "naj­wyjątkow­szy" na całym świe­cie. Szyb­ko jed­nak ta nuta me­lan­cho­lii ustąpiła.

- Tak. I to na do­da­tek po­strze­ga­my świat tak samo. Ja i tata. Dokład­nie tak samo. Nuta w nutę, ko­lor w ko­lor!

- Łata w łatę - do­szcze­kał so­bie ciąg dal­szy la­bra­dor.

- Czy­li jak? - do­py­ty­wała się Ju­lia. - Opo­wiedz dokład­nie, proszę.

- Widzę li­te­ry i licz­by tak, jak­by od­po­wia­dały im pew­ne ko­lo­ry. Kie­dy do­da­wa­liśmy przed chwilą ułamki, ko­lo­ry nakładały się na sie­bie, tworząc nowe bar­wy. Cza­sa­mi też całe wy­ra­zy na­bie­rają barw, zwłasz­cza imio­na. Zda­rza mi się również wy­obrażać so­bie, że niektóre słowa pachną. Ale nie ta­kie zwykłe, jak "ce­bu­la" czy "cze­ko­la­da". Na przykład "spra­wie­dli­wość" ma za­pach fiołków, a "dia­gno­sty­ka" pach­nie jak przy­pa­lo­ny olej. - Ju­lia roześmiała się głośno. - A co naj­dziw­niej­sze, czas w moim umyśle ma kształt. Na­ry­suję ci go. - Tom zaczął kreślić na od­wro­cie kart­ki, na której wcześniej do­da­wa­li ułamki.

- Tak widzę ty­dzień. Kręci się w stronę prze­ciwną do ru­chu wskazówek ze­ga­ra, a po­szczególne dni mają różne bar­wy. Mie­siąc z po­działem na dni i ty­go­dnie nie przed­sta­wia mi się w żaden szczególny sposób. Za to widzę rok po­dzie­lo­ny na mie­siące. - Zno­wu zaczął nie­zgrab­nie ry­so­wać.

- Mie­siące krążą, nie wia­do­mo cze­mu, zgod­nie z ru­chem wskazówek ze­ga­ra. Od czerw­ca do grud­nia zaj­mują w prze­strze­ni znacz­nie więcej miej­sca, jak­by były dłuższe. Najkrótszy jest kwie­cień, choć prze­cież to luty jest najkrótszym mie­siącem roku. Nie py­taj mnie, Jul­ko, dla­cze­go. Nie wiem... Dziw­ny je­stem, praw­da?

- Nie! - od­po­wie­działa bez na­mysłu. - Fa­scy­nujący! - kon­ty­nu­owała, rze­czy­wiście za­in­try­go­wa­na re­lacją chłopca i szczęśliwa z po­wo­du za­ufa­nia, którym ją ob­da­rzył.

- Ktoś inny na pew­no pomyślałby, że osza­lałem. Zależy mi na to­bie i nie chcę mieć przed tobą żad­nych ta­jem­nic. Dla­te­go ci o tym wszyst­kim mówię.

Wtem Spi­ke, który schro­nił się przed słońcem pod ra­ta­no­wym fo­te­lem zaj­mo­wa­nym przez Toma, po­de­rwał się gwałtow­nie z miej­sca uszczyp­nięty przez ja­kie­goś ro­ba­la. Grzmotnął przy tym głową o sie­dzi­sko i nie­mal przewrócił krzesło z siedzącym na nim chłopcem. Tom za­chwiał się i zbliżył, oj, zbliżył tak bar­dzo jak nig­dy wcześniej do śnieżno­białej buzi Ju­lii.

Jego usta, czy tego chciał, czy nie, musnęły po­li­czek dziew­czyn­ki. Spi­ke spe­ku­lo­wał później, że na pew­no chłopak wy­ko­rzy­stał nada­rzającą się okazję. Bisz­kopt nie mógł prze­cież za bieg wy­padków winić sie­bie ani na­wet ro­ba­ka, który wy­brał naj­mniej od­po­wied­nią porę na gry­zie­nie go w za­dek. W osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku nie było po­wo­du, by szu­kać win­nych. Stało się to, co prędzej czy później i tak by się pew­nie wy­da­rzyło.

Ju­lia zaróżowiła się, za­wsty­dziła, ale w ser­dusz­ku dziękowała swo­je­mu Bisz­kop­to­wi za nie­zdar­ność.

- Jul­ka, czy przy­nieść wam owoców? - z głębi domu usłysze­li głos.

Spi­ke po­biegł czym prędzej do bu­dyn­ku, by odwrócić uwagę mamy dziew­czyn­ki i za­trzy­mać ją jesz­cze na mo­ment. Prze­rażeni tym, co mama mogłaby so­bie pomyśleć, wy­pro­sto­wa­li się w swo­ich ogro­do­wych krzesłach i od­da­li­li od sie­bie. Ich dłonie roz­plotły się.

W pamięci na za­wsze po­zo­stał jed­nak za­pach pierw­sze­go nie­win­ne­go pocałunku, dźwięk sple­cio­nych rąk i smak wyjątko­we­go wy­zna­nia. Tego wio­sen­ne­go popołudnia wszyst­kie zmysły wi­ro­wały i krzyżowały się ze sobą w ma­gicz­ny sposób!

6

Zbocz­nej uli­cy nie­opo­dal domu Ju­lii wyłoniła się czar­na fur­go­net­ka. Je­chała po­wo­li, po czym gwałtow­nie przy­spie­szyła, jak­by kie­row­ca na­gle spo­strzegł cel swo­jej podróży. Chwilę później sa­mochód z pi­skiem opon za­trzy­mał się tuż obok Toma i dziew­czyn­ki roz­ma­wiających przed jej do­mem.

Bocz­ne drzwi roz­sunęły się gwałtow­nie z trza­skiem. Ze środ­ka po­jaz­du wy­sko­czyło dwóch mężczyzn w czar­nych ko­mi­niar­kach. Je­den z nich, wiel­ki i krępy, chwy­cił Toma.

- Gdzie jest skrzy­nia?! - wrzasnął. - Gdzie jest skrzy­nia two­je­go ojca!?

- Jaka skrzy­nia?

- Nie uda­waj, smar­ka­czu, że nie wiesz. Nie pomożesz tatuśkowi, jeżeli nie będziesz gadał!

- Nie wiem, na­prawdę nie wiem - wy­du­sił z sie­bie prze­rażony Tom, którego Wiel­ko­lud chwy­cił gwałtow­nie za ko­szulę i próbował unieść do góry.

Spi­ke z wnętrza domu usłyszał za­mie­sza­nie na podwórzu. W kil­ku su­sach prze­sko­czył ta­ras, obiegł dom i do­padł za­ma­sko­wa­nych mężczyzn. Złapał zębami no­gawkę spodni Wiel­ko­lu­da i zaczął odciągać go od chłopca. Dru­gi na­past­nik, znacz­nie drob­niej­szej po­stu­ry, do tej pory tyl­ko przyglądający się zajściu, schy­lił się i próbował ode­pchnąć Spi­ke'a. Bez­sku­tecz­nie. Ten wbił się na tyle moc­no w no­gawkę Wiel­ko­lu­da i nie dawał za wy­graną, że sta­ra­nia Mi­kru­sa nie­wie­le mogły pomóc dru­gie­mu oprysz­ko­wi.

Na­wet Ju­lia włączyła się do obro­ny chłopca. Swo­imi drob­ny­mi rękami z całych sił okładała ple­cy wiel­kie­go ban­dzio­ra i krzy­czała. Jej razy może nie były sil­ne, ale na pew­no nie ułatwiały Wiel­ko­lu­do­wi obro­ny przed dziel­nym Bisz­kop­tem.

- Bie­rze­my ich i zni­ka­my! - za­ko­men­de­ro­wał Mi­krus.

Wiel­ko­lud, próbujący dotąd uwol­nić się od psa, zmie­nił tak­tykę. Z całych sił we­pchnął Toma do części bagażowej fur­go­net­ki. Mi­krus zwin­nie wsko­czył za nim, a potężniej­szy z opryszków do­pie­ro po chwi­li zdołał wto­czył swo­je ciel­sko do środ­ka po­jaz­du, zo­sta­wiając na zewnątrz tyl­ko kawałek nogi z przy­kle­jo­nym do no­gaw­ki la­bra­do­rem.

Sa­mochód po­wo­li ru­szył. Spi­ke próbował biec, nadal nie wy­pusz­czając z zębów zdo­by­czy. Kie­dy auto nie­co się rozpędziło, mu­siał zwol­nić uścisk.

Wca­le się jed­nak nie pod­dał. Ani na mo­ment nie prze­stając biec za sa­mo­cho­dem, w ułamku se­kun­dy upew­nił się, że Ju­lia stoi na chod­ni­ku bez­piecz­na w swo­im czte­ro­kołowcu. Odbił się wówczas od zie­mi i wsko­czył do wnętrza po­jaz­du.

Dziew­czyn­ka z od­da­li ob­ser­wo­wała, jak za­my­kają się za nim drzwi fur­go­net­ki, a jej dwóch naj­lep­szych przy­ja­ciół zo­sta­je uwięzio­nych w środ­ku. Sa­mochód przy­spie­szył i zniknął za zakrętem.