Skrzynia władcy piorunów. Detektywi na kółkach - Marcin Kozioł


Reflow text when sidebars are open.
Kiedy Julia i Spike zbliżali się do bramy swojego domu, stał już pod nią Tom. Mieszkał niedaleko, więc pokonanie kilku przecznic nie stanowiło dla niego wielkiego problemu.
Był smutny. Nie, to za mało powiedziane. Był roztrzęsiony.
- Wejdźmy, Tom, do domu.
- Nie, zostańmy, proszę, tutaj. Nie chcę, by twoja mama wiedziała.
- Nie ma jej. Ale o czym ma nie wiedzieć? - Już na całego zaniepokoiła się Julia.
- Mój tata...
- No, powiedz, Tom, proszę.
- Mój tata chyba odszedł od mamy.
- Odszedł? Co ty mówisz, Tom!?
- No właśnie. Przecież oni tak się kochają. I on kocha mnie. A tu coś takiego. Kilka dni temu wyszedł do pracy jak co dzień. W pracy już się jednak nie pojawił. W domu też.
- Nie zadzwonił? Nie rozmawiał z mamą? - zapytała Julka zdziwiona, bo znała ojca Toma i nie przypuszczała, by mógł odejść bez słowa.
- Mama twierdzi, że wszystko układało się świetnie i trudno jej zrozumieć, co się stało. Ja też nie pojmuję, zupełnie. I nie wierzę, by mógł po prostu nas zostawić. Tylko ten list...
- Jaki list?
- Kiedy wróciliśmy wieczorem do domu, zobaczyliśmy, że na podłodze leży wsunięty przez szczelinę w drzwiach wejściowych list od taty.
Tom wyjął z kieszeni pożółkłą kartkę złożoną na pół. Bardzo dziwną, wykonaną z grubego papieru, wyraźnie starą, ze zbrązowiałym brzegiem, jakby ktoś kiedyś wylał na nią kawę. Położył ją Julii na kolanach, by mogła przeczytać.
- Widzisz, tata pisze, że musi odejść. Że inaczej nie może. Żebyśmy się nie martwili i go nie szukali. Ale nie tłumaczy, o co właściwie chodzi. Dalsza część brzmi dziwnie. Nic z tego nie rozumiem. Ani ja, ani mama. Jest zrozpaczona. Od kilku dni płacze.
- Szukaliście go?
- Mama wezwała policję. Przyjęli zgłoszenie zaginięcia, ale zbagatelizowali sprawę. Widzieli list, jednak nawet go nie zabezpieczyli jako dowodu w sprawie. Chyba myślą, że w zasadzie sprawy nie ma. Że tata odszedł, że się pokłócili i pewnie wkrótce sam wróci. Zobacz! To jego charakter pisma, ale kiedy pisał, drżała mu ręka. Te litery całe się chwieją. On to napisał, bo... bo się bał.
Chłopiec także dygotał, pokazując dziewczynce list.
- Masz rację, Tom. Coś tu nie gra.
Nawet Spike rzucił okiem na leżący na kolanach Julii list.
I wtedy doznał olśnienia.
- Na dziką kaczkę! Tu trzeba by grafologa, ale ja chyba na tym też trochę się znam - pomyślał.
Do łebka psa wróciło wspomnienie, że przecież w którymś, nie tak dawnym życiu nosił imię Buddy i mieszkał w Waszyngtonie. W Białym Domu. Tylko że sierść miał wtedy czekoladową, a nie tak piękną, biszkoptową, złocącą się w słońcu jak dzisiaj. Zdecydowanie wolał swój obecny wygląd. I obecną właścicielkę.
Zdał sobie sprawę, że jest psem z koneksjami na najwyższym szczeblu. Tylko co z tego, jeśli nikt go nie rozpozna. No i dogadać się w takich kwestiach też byłoby trudno. Uznał zatem, że grafologa z Waszyngtonu do tej sprawy pewnie nie załatwi.
Ale jeszcze nic straconego. Uczestniczył w wielu tajnych spotkaniach swojego pana z ludźmi noszącymi czarne garnitury i nieskazitelnie białe, idealnie wyprasowane koszule, którzy zwracali się do jego ówczesnego właściciela z wielkim szacunkiem, a niekiedy wręcz ze strachem w oczach: "panie prezydencie". Wśród tych ludzi bywali grafolodzy. Nieraz przyglądał się ich mądrym prezentacjom i przysłuchiwał niekiedy przydługim wywodom.
Wystarczył rzut wielkim psim okiem, by Spike nie miał wątpliwości. Ten człowiek działał pod wpływem wielkiego napięcia. Coś lub ktoś skłoniło go do napisania słów, których wcale nie chciał napisać. W kilku miejscach być może ktoś nawet kierował jego ręką. Spike był już pewien - ojciec Toma nie odszedł z własnej woli. Sprawa śmierdziała jak psia... No, w tym momencie Spike'owi tak podskoczyło ciśnienie ze wzburzenia, że nie zdołał dokończył swojej myśli.
Co prawda, mimo tylu żyć nie radził sobie jeszcze za dobrze z czytaniem, ale słyszał, jak na głos czytała list Julia. Druga jego część była zagmatwana, niezrozumiała, brzmiała jak słowa szaleńca. W tym mogło się coś kryć. Tylko jak to powiedzieć dzieciakom? I jak nakłonić je, by strzegli tej kartki jak oka w głowie?
Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu, że musi chronić ten dokument. Za wszelką cenę. I to już. Teraz! Natychmiast!
Spike chwycił list w zęby i ku wielkiemu zaskoczeniu Toma i jeszcze większemu Julii pobiegł z nim na tył domu. Położył go na podłodze w salonie i przykrył swoim kojcem, chroniąc przed wzrokiem niepowołanych osób.
Julia próbowała zawołać Spike'a zupełnie zaskoczona niezwykłym zachowaniem psa. Tom był tak roztrzęsiony, że nie zdobył się jednak na pogoń za Biszkoptem.
Oparł głowę na kolanach Julii i mało brakowało, by ten całkiem dojrzały i postawny młodzieniec rozpłakał się jak dziecko. Pewnie doszłoby do tego, gdyby nie kolejne nieoczekiwane zajście.
Kto powiedział, że tylko ludzie mogą mieć zdolności nadprzyrodzone? Spike od zawsze wiedział, że jest wyjątkowy. Nie dlatego, że powtarzała mu to matka, Etna Horand. Jak każda matka mogła przesadzać. Ale jeśli nawet ojciec, dumny Kipling z Poolstead, czempion nad czempiony, raczył zauważyć: "Co za szczeniak!", musiało być coś na rzeczy.
Spike ledwo nauczył się mówić albo - jak kto woli - szczekać, zdał sobie sprawę, że to, czego doświadcza na co dzień, jest zupełnie nieznane innym labradorom. Ba, także owczarkom, spanielom, a nawet Rodowi, staremu, mądremu dogowi kanaryjskiemu zamieszkującemu prawdziwy pałac na podwórku sąsiadów.
Rod swoje już przeżył, widział i słyszał. Na okrągło chwalił się, że przed kilkoma laty zabrał swoich gospodarzy na Wyspy Kanaryjskie, z których podobno pochodzili jego prapradziadkowie. Z tym "zabieraniem" trochę chyba przesadzał, bo nawet szczeniak wie, że zwykle to ludzie zabierają psy w dalekie podróże, nie odwrotnie.
Nawet jeśli stary dog dokonał czegoś tak niezwykłego, ani on, ani żaden inny pies, którego Spike dotąd poznał, nie mógł zaszczekać, a tym bardziej powiedzieć o sobie jednego: "Pamiętam swoje poprzednie życie i wcześniejsze także, i jeszcze wcześniejsze". A Spike, nazywany również Biszkoptem, pamiętał. Przynajmniej co nieco. To znaczy, tak mu się wydawało, bo niczego przecież pewny być nie mógł.
Ale jeśli byłaby to jedynie psia fantazja, skąd ten biszkoptowy psotnik o wielkich orzechowych oczach miałby wiedzieć, jak przenosić sieci rybackie po ściętej lekkim lodem wodzie. I to, że rybacy zwykli naśmiewać się z jego rasy: "Tak kochają wodę, że to nie mogą być psy. W takim razie co? Wydropsy?". Mogło to rozwścieczyć każdego z natury przyjaznego, ale i dumnego labradora. Spike nie przepadał zatem za wydrami na wyrost, tak dla zasady, bo na przedmieściach raczej trudno jakąś spotkać.
Czym, jeśli nie nadnaturalnymi zdolnościami, można by było wytłumaczyć to, że Spike w najdrobniejszych szczegółach znał układ pokoi w posiadłości hrabiego Malmesbury'ego nieżyjącego już od prawie dwóch wieków.
Nie mieściło się też w głowie, dlaczego był przekonany, iż podziwiał bohaterskie czyny swojego praprzodka, niewysokiego, ale bardzo odważnego nowofundlanda George'a The Great, w którego żyłach płynęła krew pierwotnych psów Indian i wikingów.
Spike'owi również nie mieściło się to wszystko w łebku. Po prostu wiedział dużo, o wiele za dużo jak na swój wiek. Nawet zbyt dużo jak na możliwości jakiegokolwiek psiego umysłu. Kiedy wspomniał o George'u i wikingach staremu Rodowi, ten wyśmiał młokosa i orzekł, że zbytnio fantazjuje. Uznał, że psiak nasłuchał się awanturniczych opowieści czytanych wieczorami na głos z wypiekami na twarzy przez jego przyjaciółkę Julię.
Julia. Piękna czternastolatka o jasnych włosach, niebieskich oczach i cudownym uśmiechu malującym się nie tylko na jej drobnych ustach, ale na całej śnieżnobiałej buzi. Jej niezwykła delikatność i dobroć szła w parze z odwagą i ciekawością świata. Pochłaniała książki jedną za drugą, a w jej biblioteczce piętrzyły się już przeczytane lektury, czasami zajmując nawet kawałek posłania, na którym nocą wypoczywał labrador.
Wespół z psią mamą Etną Horand Julia wychowywała Spike'a od pierwszych dni jego życia. Przynajmniej tego obecnego, jeśli dać wiarę temu, co o dziwnych wspomnieniach Biszkopt szczekał sam do siebie, zwykle po cichu, pod nosem, by nie narazić się na wyśmianie przez inne psy.
Etna odeszła już z tego świata, choć nie jest to zbyt precyzyjne określenie. Spike wierzył, że jeszcze kiedyś ją spotka. Bo skoro tak wiele wskazywało na to, że sam miał już niejedno życie, to pewnie i jego mama cieszy się gdzieś odkrywaniem świata na nowo jako szczenię. Żałował tylko, że nie wie, gdzie.
Zamiast niej miał teraz przyjaciółkę, której nie opuszczał na krok - biszkoptowowłosą Julię. Spike lubił podkreślać, i to z nieukrywaną dumą, podobieństwo barwy włosów dziewczynki do koloru swojej sierści. W jego oczach zdawała się być boginią. I to jeszcze jaką! Nie taką zwykłą jak w mitach czy fantastycznych opowieściach. Boginią na czterech kółkach!
- Spike, proszę, otwórz drzwi do ogrodu - zawołała cicho Julia.
Na delikatny dźwięk jej głosu Biszkopt poderwał się ze swojego ulubionego miejsca nieopodal wygaszonego o tej porze roku kominka. Podbiegł do przeszklonych drzwi, stanął na tylnych łapach, by przednimi zawisnąć na klamce. Dopilnował, aby drzwi otworzyły się na pełną szerokość. Wziął w pysk książkę leżącą na podłodze i delikatnie położył ją na kolanach Julii.
Bogini na czterech kółkach niemal bezszelestnie wyjechała na taras swoim lśniącym w słońcu aluminiowym czterokołowcem - avantgarde model CLT wiking. A za nią, radośnie merdając ogonem, wybiegł Spike, w którego żyłach naprawdę płynęła krew dzielnych psów nowofundlandzkich Indian Beothuk i czworonożnych towarzyszy wikingów. No, przynajmniej odrobina!
Kółka czterokołowca podskakiwały na nierównej powierzchni eleganckiego chodnika wyłożonego piękną granitową kostką.
- Pan architekt na pewno nie jeździ na wózku - warknął pod nosem Spike, widząc, ile wysiłku Julia musi wkładać w pokonanie tego dość długiego odcinka.
Aleja była piękna. Obu jej krawędzi strzegły potężne kasztany przyozdobione niczym szykowną biżuterią kiściami białych kwiatów z drobnymi czerwonymi plamkami u nasady. Kostka brukowa po jednej stronie alei też wyglądała elegancko. Z upływem lat coraz to nowe kosteczki, niesforne granitowe maluchy, chciały wyróżnić się z grona niemal identycznych sióstr i braci, wyskakując żwawo ponad pozostałe. Tak sobie przynajmniej tłumaczyła ich zachowanie dziewczyna obdarzona bujną wyobraźnią i dobrym sercem, które nie pozwoliłoby jej obarczać winą za nierówny chodnik drogowców ani architektów.
W ten sposób wózek CLT wiking co chwila podskakiwał, a Julia musiała bardzo uważnie manewrować, by nie wpaść w zagłębienia czy na wybrzuszenia, niczym czujny kapitan statku wikingów walczący z falami na niespokojnym oceanie.
Spike nie mógł w tym miejscu zbytnio pomóc swojej pani kapitan. Nie musiał nikogo prosić o ustąpienie jej miejsca, niczego nie musiał jej podawać. Czasami zdarzało się tylko, że jakaś gałązka lub kamyk zabłąkały się na drodze. Wystarczyło nieco wyprzedzić Julkę i uprzątnąć niewielką przeszkodę.
Na spacery zawsze wychodził w przewiewnej kamizelce z dużym napisem: "Pies w pracy". Z dopiskiem dla niedomyślnych: "Nie przeszkadzaj". Kiedy Spike rozpoczął asystowanie dziewczynce, zwykle wzbudzał wielkie zainteresowanie: w szkole, w sklepikach, w kościele czy w drodze do domu. Towarzyszył jej wszędzie. Byli nierozłączni, odkąd Spike przeszedł szkolenia i z wyróżnieniem pierwszego stopnia zdobył dyplom psa asystującego. Miał nawet odpowiednią legitymację będącą najlepszym dowodem na to, że jest profesjonalistą.
Z czasem ludzie w okolicy przyzwyczaili się do jego obecności, a przede wszystkim w końcu zrozumieli, że choć to przyjazny wszystkim psotnik, kiedy towarzyszy Julce w codziennych czynnościach, jest w pracy i nie można odwracać jego uwagi.
Spike lubił bawić się z dziećmi, radosnymi młodzieńcami, a czasami nawet dorosłymi, choć ci wydawali mu się trochę "przerośnięci", co w jego pojęciu nie było bynajmniej komplementem. Takie samo zdanie miał zresztą także o Rodzie, dogu z sąsiedztwa.
- Czy oni wszyscy nie mogliby być trochę bardziej kompaktowi? Ot, tacy duzi jak Julia. To by im w zupełności wystarczyło - zastanawiał się Spike.
I od razu łapał się na tym, że nie bardzo wie, skąd u licha przychodzą mu do głowy takie słowa jak "kompaktowy". Tłumaczył sobie, że albo za dużo czyta mu Julka, albo zbyt wiele ogląda telewizji. Zwykle kiedy dziewczynka już smacznie spała, jej mama zmęczona po całym dniu pracy, siedząc na kanapie w salonie, próbowała zmusić się do oglądnięcia czegoś w telewizji. Odbiornik brzęczał, pies oglądał, mama spała. Biszkopt bacznie ją obserwował i kiedy upewniał się, że czas najwyższy położyć się do łóżka, przynosił w pysku pilota od telewizora i delikatnie wsuwał w rękę drzemiącej kobiety.
Na Spike'a można było liczyć.
Kiedy przed siedmioma laty nieuważny kierowca samochodu potrącił Julkę na przejściu dla pieszych, jej świat przewrócił się do góry nogami. Potrącił nie tylko ją, ale i towarzyszącego jej w drodze do szkoły tatę. Zbyt wcześnie Julia musiała zmierzyć się ze stratą bliskiej osoby. Śmierć ukochanego ojca przeżyła zdecydowanie bardziej niż wyrok lekarzy. Nie przesądzili co prawda, że już nigdy nie będzie chodzić, ale też nie dali jej wielkich szans na powrót do pełni sił. Szybko musiała nauczyć się żyć od nowa. Choć miała zaledwie siedem lat, była nad swój wiek dojrzała. Przysięgła sobie, że nie podda się i będzie żyć pełnią tego, co przynosi jej życie, z żadnego wyzwania nie zrezygnuje.
Do swojego pierwszego czterokołowca szybko się przyzwyczaiła. Przeczytała gdzieś, że już pięćset lat przed naszą erą na ilustracjach przedstawiano krzesła z kołami. A w szesnastym wieku na wózku poruszał się Filip II, król Hiszpanii. Julia - kiedy była jeszcze małą dziewczynką - wymyśliła sobie, że będzie zatem pierwszą królową na wózku.
Wspaniała labradorka Etna Horand, która mieszkała z nimi od lat, opiekowała się dziewczynką, swoją małą władczynią. Nie była jednak w pełni wyszkolona i przygotowana do roli opiekunki dziecka. Mimo to robiła wszystko, by być dla dziewczynki przyjaciółką oddaną i pomocną na miarę swoich umiejętności. Kiedy na świat przyszedł syn labradorki, Spike, mama Julki postanowiła oddać go na szkolenie i przygotować do roli najwierniejszego towarzysza i asystenta. Oczywiście, przeczuwała, że jest to pies do tej roli odpowiedni, ale nie wiedziała, że aż tak wyjątkowy - odwagę i inteligencję odziedziczył po swoich przodkach. Mama Julki na pewno nie mogła też wiedzieć, że szczególną mądrość posiadł również za sprawą doświadczeń, które gromadził przez kto wie ile wcieleń, a wiedza ta z każdym dniem stopniowo do niego wracała niczym wyrzucony w czasoprzestrzeń bumerang. Może dlatego tak dobrze rozumiał ludzki język i ludzkie sprawy. I może z czasem przyjdzie mu jeszcze odkryć inne umiejętności, o które trudno byłoby podejrzewać psa z przedmieścia, ba, jakiegokolwiek zwyczajnego psa.
***
Kiedy dotarli do końca kasztanowej alei, jak zwykle zatrzymali się przy zbyt wysokim krawężniku jezdni, którą musieli przeciąć. Dziewczynka dość sprawnie, choć nie bez wysiłku, uniosła przednie koła i pokonała podwyższenie. Zawsze trudniej było wrócić do domu, pokonać krawężnik w tę stronę i wjechać na granitowy chodnik. Jeśli ktoś był w pobliżu, Spike próbował zwrócić na siebie uwagę i zwykle wystarczyło to, by zamyślony i spieszący się gdzieś przechodzień pomógł dziewczynce. Jeśli jednak byli sami, zdarzało się, że Spike'owi udawało się znaleźć kawałek deski i podłożyć pod koła, by dziewczynce łatwiej było pokonać przeszkodę.
Jechali brzegiem drogi w kierunku szkoły muzycznej, w której co sobotę rano Julia uczyła się gry na fortepianie. Kiedyś w telewizji widziała chłopca z Chin, nastolatka Liu Wei, który zachwycał, grając stopami kompozycję Richarda Claydermana. Pomyślała, że naprawdę nic nie jest niemożliwe, a ona i tak jest szczęściarą, że ma dwie sprawne ręce.
Pilnie uczyła się gry. Dla przyjemności. Nie dla sławy. Nie marzyła o tym, by być pianistką. Raczej odkrywcą tajemnic, wielkim podróżnikiem lub prywatnym detektywem. Mama niespecjalnie kibicowała takim pomysłom na życie, obawiając się o Julkę, ale dziewczyna wierzyła, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych i to, że musi poruszać się na wózku, wcale nie oznacza, że ma rezygnować z marzeń. Co więcej, była przekonana, że mając za towarzysza kogoś takiego jak Spike, w realizacji swoich pragnień ma pewną przewagę nad rówieśnikami. I w sumie się nie myliła. Szkoda tylko, że niektóre marzenia spełniają się zbyt szybko i w najmniej odpowiednim czasie.
W kieszeni Julki zabrzęczał telefon.
Dziewczynka zjechała na bok chodnika i zatrzymała wózek. Spike rozejrzał się uważnie, czy jest bezpieczna i czy wózek nie będzie przeszkadzał przechodniom. Nikogo jednak w pobliżu nie było. Julia mogła spokojnie odebrać telefon.
- Halo! Halo! To ty, Julka? - zabrzmiał w słuchawce znajomy głos.
- Część, Tom! - rozpromieniła się dziewczynka, usłyszawszy swojego przyjaciela, którego niewinny pocałunek sprzed kilku dni nadal pachniał na jej policzku. Wyobrażała sobie nawet, że tamtego popołudnia została obdarowana pocałunkiem nie tylko w policzek, ale że przez ułamek sekundy spotkały się też ze sobą ich usta, a niebo zapłonęło.
Po chwili jednak zrozumiała, że rozważanie tego, czy wyobraźnia nie płata jej w tej sprawie figla, może teraz nie być najważniejsze. W głosie chłopca, w tych kilku słowach krył się jakiś niezwykły niepokój zupełnie niepodobny do Toma.
- Czy wszystko w porządku? - zapytała.
Chłopiec milczał. Słychać było, że głęboko oddycha, jakby zastanawiał się, czy dobrze robi, dzwoniąc do Julki i włączając ją w tę historię.
- Tom, powiedz wreszcie, o co chodzi! Proszę, powiedz, co się dzieje. Martwię się o ciebie.
Wiedział, że nie ma już wyjścia. I tak Julka będzie się po tym telefonie niepokoiła.
- Julka. Tak, stało się coś. Muszę ci coś powiedzieć. Muszę. Jesteś w domu? Mogę do ciebie przyjść?
Tom uśmiechnął się, próbując nieco złagodzić zakłopotanie Julii.
- Tak nie można dodawać ułamków, Julko - cierpliwie tłumaczył, siedząc z nią w ogrodzie i ciesząc się ciepłem wiosennego popołudnia.
Wziął kartkę i zaznaczył, gdzie popełniła błąd. Dziewczynka wzdrygnęła się i ze złością, ale nie na Toma, tylko na siebie, odsunęła ją na drugi koniec stolika. Odwróciła głowę i wpatrywała się przez chwilę w kwitnącą jabłoń. Nie lubiła się mylić i choć nie przepadała za matematyką - zdecydowanie wolała historię i naukę języków - drażniło ją, że nie dała sobie rady z tak prostym zadaniem.
- Pamiętaj, że najmniejszy możliwy wspólny mianownik czasami jest równy iloczynowi mianowników.
Wiedziała o tym dobrze. Obecność chłopca przy wspólnym odrabianiu zadań onieśmielała ją jednak tak bardzo, że równie dobrze mogłaby popełnić błąd ortograficzny w swoim imieniu. Wcale nie chciała jednak rezygnować z pomocy starszego o rok Toma. Co więcej, zdarzało się - choć nie tym razem - że celowo popełniała błędy, zapewniając chłopcu dobry powód, by spędził z nią jeszcze chwilę.
Biszkopt już dawno wyniuchał, co się święci. Wprawdzie był nieco zazdrosny o uczucia swojej Julii, ale też nie miał złudzeń - w tej konkurencji skazany był na porażkę. Coś podpowiadało mu, że tak musi być i prędzej czy później jakiś dwunóg oczaruje Julkę. Dla Spike'a w wielkim sercu dziewczynki nadal powinno wystarczyć miejsca - co do tego nie miał wątpliwości. A że Tom był wyjątkowo miłym i dobrze wychowanym chłopcem - a o dobrym wychowaniu według Spike'a świadczyły przynoszone mu w prezencie chrupkostki o smaku wędzonego boczku - postanowił nie tylko nie rywalizować z nim o względy Julii, ale nawet nieco pomóc w tej skomplikowanej sprawie.
- Spike, chodź tutaj, przyjacielu. Pociesz Julkę.
Pies podszedł do dziewczynki, ale tak niezdarnie - no, przynajmniej tak to wyglądało - że potrącił głową ogrodowy stolik. Oparty na jednej nodze blat zachwiał się i ręka chłopca notującego coś na kartce papieru zsunęła się, trafiając wprost w opartą na kolanach dłoń Julii.
Dłonie splotły się mimowolnie w delikatnym uścisku. Dziewczyna zadrżała. Jej wielkie niebieskie oczy zwróciły się w stronę chłopca.
Tom zaniepokoił się, że zupełnie przypadkowo zrobił coś bardzo, bardzo niestosownego. W pierwszym odruchu chciał cofnąć rękę. Coś jednak podpowiadało mu, by tego nie robić. Serce chłopca biło szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.
Wkrótce zorientował się, że nie tylko jego serce galopowało. Chociaż śpiew ptaków skutecznie zagłuszał dudnienie w klatkach piersiowych, uczucia zdradzały oczy - lekko spłoszone, ale szeroko otwarte, by niczego nie stracić z tej wyjątkowej chwili.
- Julka? - wykrztusił, jakby chciał się przekonać, czy dziewczynka nadal jest z nim w ogrodzie, czy też swoją przypadkową śmiałością wypłoszył jej duszyczkę.
Dziewczyna nie odzywała się. Od dawna myślała o tym, by powiedzieć Tomowi, jak bardzo lubi jego cierpliwość, delikatność i burzę ciemnych kręconych włosów niedających się porządnie ułożyć. Jak bardzo podziwia jego wiedzę i uwielbia słuchać jego gry na gitarze klasycznej. Ta sytuacja zaskoczyła ją jednak. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Dopiero gdy zdezorientowany brakiem odpowiedzi Tom zaczął się powoli wycofywać, zdobyła się na to, by pokonać onieśmielenie. Zacisnęła mocniej swoją drobną dłoń na ręce chłopca.
Tom się rozpromienił.
- Bardzo cię lubię, Julio - wyszeptał zachęcony. - Bardzo. Bardziej niż... - zatrzymał się, by wybrać najwłaściwsze określenie, takie, które nie zabrzmi ani zbyt pompatycznie, ani banalnie. W końcu jednak zdecydował się na to najbardziej banalne i pompatyczne, jakie przyszło mu do głowy. - Bardziej niż wszystkie inne dziewczyny razem wzięte - dokończył.
- W szkole? Czy w ogóle? - odzyskawszy oddech i dziewczęcą przekorność, zapytała Julia. Uśmiechnęła się przy tym i mrugnęła okiem, zdradzając, że wcale nie oczekuje odpowiedzi.
- W ogóle - śmiertelnie poważnie odpowiedział chłopiec.
- Ja też cię lubię...
I już chciała otworzyć swoje serce i wyłożyć wszystko, co czuje, kawa na ławę, gdy na swojej drugiej dłoni poczuła mokry nos Spike'a.
Spike przytulił się do chłopca. Leżeli na podłodze w przestrzeni bagażowej furgonetki, nie wiedząc, dokąd zmierzają. Okna były zasłonięte nieprzezroczystą grubą folią, w pojeździe panował półmrok. Niewielkie promienie światła docierały z oddzielonej przyciemnianą szybą części samochodu przeznaczonej dla kierowcy i co najwyżej dwóch pasażerów. Napastnicy siedzieli blisko przesuwanych drzwi, uniemożliwiając chłopcu i psu oswobodzenie się.
W zamkniętej małej przestrzeni Spike nie chciał atakować. Wiedział, że w takich warunkach skazany jest na porażkę, a agresywne zachowanie może sprowadzić nieszczęście nie tylko na niego, ale przede wszystkim na chłopca. Lepiej było poczekać i wykorzystać chwilę nieuwagi mężczyzn, by spróbować oswobodzić Toma.
- Nie możemy jechać tam z psem. Jeśli ucieknie, może trafić do nas i kogoś ze sobą przyprowadzić. Nie potrzebujemy nieproszonych gości - zauważył Mikrus.
- Chyba że go wcześniej... - nie dokończył Wielkolud, czując na sobie wzrok labradora.
- Jasne. O ile wcześniej to on nie zabawi się z tobą. Patrzy na ciebie, jakby dobrze rozumiał, jakie masz wobec niego plany.
- Otwórz drzwi! Od razu to załatwimy.
Zamek został poluzowany, drzwi rozsunęły się, ale samochód nie zwolnił. Zamaskowani bandyci podnieśli się z miejsc i chyboczącym się krokiem zaczęli zbliżać się do Toma i wtulonego w niego psa, który dodając chłopcu otuchy, równocześnie bacznie obserwował bieg wydarzeń.
Spike poderwał się i odsłonił kły. Chyba pierwszy raz w tym życiu zrobił to zupełnie na serio. I faktycznie udało mu się to znakomicie. Budził respekt nawet w oczach potężnie zbudowanego mężczyzny. Ten był jednak nieustraszony i zdecydowany pozbyć się czworonoga na dobre.
- Ja go złapię za pysk, a ty go wtedy chwyć za nogi!
- Dobra - odpowiedział Mikrus, ale bez wielkiego przekonania, że da sobie radę. Wyraźnie lepiej czuł się jako ten, który planuje i rozkazuje, niż wykonawca czyjegoś planu. Na dodatek niezbyt misternego, jak się okazało.
Wielkolud był zbyt wysoki, by wyprostować się w niskiej furgonetce. Zgięty wpół zrobił odważnie krok w stronę psa. Wtem samochód podskoczył i zaraz potem lekko przyhamował, by ominąć zapewne jakąś dziurę w otoczonej lasem asfaltowej, ale zaniedbanej podmiejskiej drodze. Mężczyzna zachwiał się, tracąc na chwilę równowagę. Spike tylko na coś takiego czekał. Rzucił się na napastnika. Zanim ten zdążył odzyskać utraconą przed sekundą równowagę, runął do tyłu.
Przez otwarte drzwi Wielkolud po prostu wyleciał.
- Pierwszy raz w życiu był lekki jak piórko. - Spike zdobył się na żart, choć i tak nikt go nie mógł przecież zrozumieć.
- Zatrzymaj auto! Zatrzymaj! - wrzeszczał do kierowcy Mikrus.
Nie tak szybko z tą wylewnością, maleńka. Niech się jeszcze trochę chłopak postara! - po psiemu wyszeptał Biszkopt.
Żałował, że wachlarz jego nadprzyrodzonych zdolności kończy się na posiadaniu dziwnych wspomnień z zamierzchłych czasów. Nie musiał jednak wcale mówić językiem Szekspira, Moliera, Dostojewskiego czy Mickiewicza, by być dobrze zrozumianym.
Julia trafnie odczytała sygnał i pozwoliła się wygadać ośmielonemu Tomowi.
- Julka, znamy się już rok, a ja nigdy nie powiedziałem ci, jaki kolor ma twoje imię.
Uśmiechnęła się, sądząc, że chłopiec próbuje być romantyczny.
- Goździkowy, czasami nawet lekko lawendowy. Ale pachnie inaczej. Jak świeża mandarynka.
Spike spojrzał zdziwiony na chłopaka swoimi wielkimi orzechowymi oczami i zmarszczył kąciki pyska, co ludziom mogło przypominać uśmiech, choć niewiele z nim miało wspólnego.
Julia też była zaskoczona, ale nie chciała dać tego po sobie poznać i nie przerywała chłopcu.
- Muszę ci coś powiedzieć, Julko. Ja, ja widzę kolory.
- No, ja też, Tom - wtrąciła, uśmiechając się serdecznie.
- No i ja też, bracie! - wyrwało się Biszkoptowi. Zaszczekał, rzecz jasna, niezrozumiale dla ludzi, ale skutecznie zwrócił na siebie uwagę.
- Tylko wiesz co?! - już po cichu mamrotał pies. - Jak Julka mówi o czymś, że jest fioletowe, zielone albo różowe, to mnie się wydaje, że jest niebieskie. Pozostałe jej wydumane kolorki to dla mnie żółty albo szary. A jak ubierze czerwoną sukienkę, to mnie się wydaje, że jest prawie tak czarna jak węgiel. Tylko co do koloru biszkoptowego, barwy jej włosów i mojego futerka, jesteśmy z Julką zgodni. Czy z wami wszystkimi coś jest nie tak, kiedy mówicie o kolorach, czy to mnie się w łebku coś pokręciło? - retorycznie zapytał z pewną zgryźliwością, bo w ogóle nie dopuszczał do siebie myśli, że to z nim mogło być coś nie w porządku. Mimo niezwykłej inteligencji nie wpadł też na to, że psy i ludzie nieco inaczej postrzegają barwy.
- Julka. Ja jestem... - wyszeptał Tom.
- No, powiedz, proszę.
- Jestem synestetykiem.
Dziewczyna pisnęła! Gdyby nie to, że nie jest w stanie poderwać się ze swojego czterokołowca, pewnie by podskoczyła. Przyklasnęła więc tylko, po czym z powrotem położyła swoją dłoń na dłoni chłopca, by nie psuć tej chwili.
- To nie choroba, Julko!
- Wiem, Tom. Wiem. - Uśmiechnęła się. - Może nie znam się na ułamkach, ale czytam jak szalona, niemal bez przerwy. Rok temu czytałam o synestezji. Nawet pozazdrościłam synestetykom bogactwa doznań. Wyobrażałam sobie, jak może smakować muzyka albo że dźwięki mogą mieć kolor, bo właśnie o takiej formie synestezji wówczas czytałam. Wiem, że jest ich wiele.
Biszkoptowi opadła szczęka. Nie żeby od razu uderzyła z trzaskiem o podłogę, ale bez wątpienia opadła. Wcale jednak nie na myśl o tym, że muzyka może smakować jak jego ulubione chrupkostki.
Przypominał sobie bowiem co nieco z czasów świetności hrabiego Malmesbury'ego, u którego w jednym ze swoich żyć musiał mieszkać, a przynajmniej bywać.
Do posiadłości w angielskim hrabstwie Wiltshire w odwiedziny przyjeżdżał od czasu do czasu pewien artysta z Paryża. Zazwyczaj hrabia gościł u siebie statecznych panów z dubeltówkami wybierających się na polowania. Równie często odwiedzali go ornitolodzy, którzy podzielali pasję hrabiego do obserwacji latających stworzeń. Trochę dziwne, że gospodarz z jednymi gośćmi strzelał do dzikich kaczek, a z drugimi przesiadywał w krzakach, wypatrując ptaków. Dziwniejsze od tego było jednak zachowanie artysty zdecydowanie wyróżniającego się wśród pozostałych odwiedzających hrabiego.
Artysta mawiał: "Mon Dieu, powinien pan zmienić nazwisko, bo to M jest takie oziębłe, a Y wulgarne". Albo: "Ależ ten D-dur był żółty". Wszyscy myśleli, że to taki twórczy ekscentryzm, aż do czasu pewnej kolacji u hrabiego, podczas której ów artysta spotkał się z myśliwym i jednocześnie słynnym naukowcem, sir Francisem Galtonem - czy jakoś podobnie, bo przecież psia pamięć mogła być zawodna. Mężczyźni zaczęli się później widywać na londyńskich bankietach i po kilku tygodniach Galton uświadomił zdziwionemu artyście, że zapewne ma on trochę "nadprogramowych" połączeń w mózgu, które czynią go nieprzeciętnym w postrzeganiu świata. Francuz zawsze był przekonany, że jest wyjątkowy, głównie ze względu na swoje talenty, ale nie przypuszczał dotąd, że inni nie widzą barwy dźwięków i nie dostrzegają temperamentu liter. Od tej pory obrósł jeszcze bardziej w piórka, mając naukowy dowód na swoją niezwykłość.
Wyznanie Toma przywołało wspomnienie o hrabim Malmesburym i jego francuskim znajomym ukryte głęboko w łebku Spike'a. Aż zakręciła mu się łza w oku.
- Spike, chyba nie płaczesz? - Pogłaskała go po głowie zatroskana Julia. Nie przerywała jednak Tomowi.
- Julio. Mówię ci o tym, bo czuję coś wyjątkowego do ciebie. Nie wiem jeszcze, jak nazwać to, co czuję, ale wiem, że pięknie pachnie i ma cudowną barwę, zupełnie jak twoje imię. I chcę, byś wszystko o mnie wiedziała. Wszystko. O synestezji prawie nikomu dotąd nie mówiłem. Wiedzą o tym tylko moi rodzice. Tata też tak ma...
- Twój tata? Twój tata też jest synestetykiem??? - zdziwiła się Julia i przez moment zrobiło się jej nawet przykro, bo już zaczynała przyzwyczajać się do myśli, że jej Tom jest jedyny, wyjątkowy jak nikt, kogo zna, może nawet "najwyjątkowszy" na całym świecie. Szybko jednak ta nuta melancholii ustąpiła.
- Tak. I to na dodatek postrzegamy świat tak samo. Ja i tata. Dokładnie tak samo. Nuta w nutę, kolor w kolor!
- Łata w łatę - doszczekał sobie ciąg dalszy labrador.
- Czyli jak? - dopytywała się Julia. - Opowiedz dokładnie, proszę.
- Widzę litery i liczby tak, jakby odpowiadały im pewne kolory. Kiedy dodawaliśmy przed chwilą ułamki, kolory nakładały się na siebie, tworząc nowe barwy. Czasami też całe wyrazy nabierają barw, zwłaszcza imiona. Zdarza mi się również wyobrażać sobie, że niektóre słowa pachną. Ale nie takie zwykłe, jak "cebula" czy "czekolada". Na przykład "sprawiedliwość" ma zapach fiołków, a "diagnostyka" pachnie jak przypalony olej. - Julia roześmiała się głośno. - A co najdziwniejsze, czas w moim umyśle ma kształt. Narysuję ci go. - Tom zaczął kreślić na odwrocie kartki, na której wcześniej dodawali ułamki.
- Tak widzę tydzień. Kręci się w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara, a poszczególne dni mają różne barwy. Miesiąc z podziałem na dni i tygodnie nie przedstawia mi się w żaden szczególny sposób. Za to widzę rok podzielony na miesiące. - Znowu zaczął niezgrabnie rysować.
- Miesiące krążą, nie wiadomo czemu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Od czerwca do grudnia zajmują w przestrzeni znacznie więcej miejsca, jakby były dłuższe. Najkrótszy jest kwiecień, choć przecież to luty jest najkrótszym miesiącem roku. Nie pytaj mnie, Julko, dlaczego. Nie wiem... Dziwny jestem, prawda?
- Nie! - odpowiedziała bez namysłu. - Fascynujący! - kontynuowała, rzeczywiście zaintrygowana relacją chłopca i szczęśliwa z powodu zaufania, którym ją obdarzył.
- Ktoś inny na pewno pomyślałby, że oszalałem. Zależy mi na tobie i nie chcę mieć przed tobą żadnych tajemnic. Dlatego ci o tym wszystkim mówię.
Wtem Spike, który schronił się przed słońcem pod ratanowym fotelem zajmowanym przez Toma, poderwał się gwałtownie z miejsca uszczypnięty przez jakiegoś robala. Grzmotnął przy tym głową o siedzisko i niemal przewrócił krzesło z siedzącym na nim chłopcem. Tom zachwiał się i zbliżył, oj, zbliżył tak bardzo jak nigdy wcześniej do śnieżnobiałej buzi Julii.
Jego usta, czy tego chciał, czy nie, musnęły policzek dziewczynki. Spike spekulował później, że na pewno chłopak wykorzystał nadarzającą się okazję. Biszkopt nie mógł przecież za bieg wypadków winić siebie ani nawet robaka, który wybrał najmniej odpowiednią porę na gryzienie go w zadek. W ostatecznym rozrachunku nie było powodu, by szukać winnych. Stało się to, co prędzej czy później i tak by się pewnie wydarzyło.
Julia zaróżowiła się, zawstydziła, ale w serduszku dziękowała swojemu Biszkoptowi za niezdarność.
- Julka, czy przynieść wam owoców? - z głębi domu usłyszeli głos.
Spike pobiegł czym prędzej do budynku, by odwrócić uwagę mamy dziewczynki i zatrzymać ją jeszcze na moment. Przerażeni tym, co mama mogłaby sobie pomyśleć, wyprostowali się w swoich ogrodowych krzesłach i oddalili od siebie. Ich dłonie rozplotły się.
W pamięci na zawsze pozostał jednak zapach pierwszego niewinnego pocałunku, dźwięk splecionych rąk i smak wyjątkowego wyznania. Tego wiosennego popołudnia wszystkie zmysły wirowały i krzyżowały się ze sobą w magiczny sposób!
Zbocznej ulicy nieopodal domu Julii wyłoniła się czarna furgonetka. Jechała powoli, po czym gwałtownie przyspieszyła, jakby kierowca nagle spostrzegł cel swojej podróży. Chwilę później samochód z piskiem opon zatrzymał się tuż obok Toma i dziewczynki rozmawiających przed jej domem.
Boczne drzwi rozsunęły się gwałtownie z trzaskiem. Ze środka pojazdu wyskoczyło dwóch mężczyzn w czarnych kominiarkach. Jeden z nich, wielki i krępy, chwycił Toma.
- Gdzie jest skrzynia?! - wrzasnął. - Gdzie jest skrzynia twojego ojca!?
- Jaka skrzynia?
- Nie udawaj, smarkaczu, że nie wiesz. Nie pomożesz tatuśkowi, jeżeli nie będziesz gadał!
- Nie wiem, naprawdę nie wiem - wydusił z siebie przerażony Tom, którego Wielkolud chwycił gwałtownie za koszulę i próbował unieść do góry.
Spike z wnętrza domu usłyszał zamieszanie na podwórzu. W kilku susach przeskoczył taras, obiegł dom i dopadł zamaskowanych mężczyzn. Złapał zębami nogawkę spodni Wielkoluda i zaczął odciągać go od chłopca. Drugi napastnik, znacznie drobniejszej postury, do tej pory tylko przyglądający się zajściu, schylił się i próbował odepchnąć Spike'a. Bezskutecznie. Ten wbił się na tyle mocno w nogawkę Wielkoluda i nie dawał za wygraną, że starania Mikrusa niewiele mogły pomóc drugiemu opryszkowi.
Nawet Julia włączyła się do obrony chłopca. Swoimi drobnymi rękami z całych sił okładała plecy wielkiego bandziora i krzyczała. Jej razy może nie były silne, ale na pewno nie ułatwiały Wielkoludowi obrony przed dzielnym Biszkoptem.
- Bierzemy ich i znikamy! - zakomenderował Mikrus.
Wielkolud, próbujący dotąd uwolnić się od psa, zmienił taktykę. Z całych sił wepchnął Toma do części bagażowej furgonetki. Mikrus zwinnie wskoczył za nim, a potężniejszy z opryszków dopiero po chwili zdołał wtoczył swoje cielsko do środka pojazdu, zostawiając na zewnątrz tylko kawałek nogi z przyklejonym do nogawki labradorem.
Samochód powoli ruszył. Spike próbował biec, nadal nie wypuszczając z zębów zdobyczy. Kiedy auto nieco się rozpędziło, musiał zwolnić uścisk.
Wcale się jednak nie poddał. Ani na moment nie przestając biec za samochodem, w ułamku sekundy upewnił się, że Julia stoi na chodniku bezpieczna w swoim czterokołowcu. Odbił się wówczas od ziemi i wskoczył do wnętrza pojazdu.
Dziewczynka z oddali obserwowała, jak zamykają się za nim drzwi furgonetki, a jej dwóch najlepszych przyjaciół zostaje uwięzionych w środku. Samochód przyspieszył i zniknął za zakrętem.