Skrzydlate opowieści - Sofia Samatar

-
Proszę czekać

1. Tajem­nice

1.

Tajem­nice

Wojow­niczka pozna tajem­nice męż­czyzn. Prze­kona się, że męż­czyźni na woj­nie nie są tacy, jak męż­czyźni w cza­sie pokoju. Odkryje nie­prze­wi­dziane kole­żeń­stwo. Ale ostroż­nie: to kole­żeń­stwo jest jak duemań­ska tar­cza. Nie sięga do samej ziemi.

Wojow­niczka pozna swe sekretne poprzed­niczki: Maris Sza­chrajkę, która wal­czyła po stro­nie Kelia­thów w woj­nie języ­ków. Kiedy leżała ranna na sto­sie tru­pów, przed spa­le­niem ura­to­wał ją czło­wiek, który nie­na­wi­dził jej naj­bar­dziej ze wszyst­kich na świe­cie: jej drugi zastępca, Farod.

- Faro­dzie, cóżeś uczy­nił? - zapy­tała go.

- Nie dzię­kuj mi, pani gene­rał - odpo­wie­dział. - Jestem jak czło­wiek, który prze­cho­wał bez­piecz­nie monetę swego wroga. Jak czło­wiek, który, ujrzaw­szy swego wroga oto­czo­nego przez kro­ko­dyle, wypro­wa­dził go bez­piecz­nie spo­mię­dzy nich.

Wojow­niczka dowie się, że miała nie­wiele poprzed­ni­czek. Były wśród nich Maris i Gala­ron z Nainu, a także Fał­szywa Hra­bina z Keste­nyi.

Wojow­niczka usły­szy pogło­ski o innych, ale ich nie odnaj­dzie.

Swą naj­trud­niej­szą bitwę sto­czy z zapo­mnie­niem.

Fere­la­nyi z Bream, Kodeks wojow­niczki

***

Zosta­łam wojow­niczką pod­czas wojny z Bro­gy­arami, wysoko w górach.

Mia­łam pięt­na­ście lat, gdy roz­po­czę­łam naukę w tam­tej­szej szkole. Mia­łam pięt­na­ście lat i ucie­kłam z domu. Stary powóz koły­sał się, a różowe świa­tło jego lampy odbi­jało się od gór­skiego stoku. Sie­dzia­łam w środku, zaci­ska­jąc pię­ści ukryte w ozdo­bio­nych haftami ręka­wi­cach. Futro nie ogrze­wało mnie zbyt­nio. Kaza­łam Ful­mii zatrzy­mać karetę przed kwa­terą dla ofi­ce­rów, by prze­ka­zać im list. Budy­nek był kie­dyś świą­ty­nią Ava­lei, ale teraz pośród pociem­nia­łych od dymu kolumn pło­nęły ogni­ska, a na ganku spo­czy­wały poob­tłu­ki­wane, uło­żone w stos tar­cze.

- Jakie wie­ści przy­no­sisz z Doliny?! - zawo­łał sto­jący w wej­ściu Nirai, prze­krzy­ku­jąc wiatr. Potem przyj­rzał mi się dokład­niej i bły­ska­wicz­nie się pode­rwał.

- Wszystko w porządku - zapew­ni­łam. - Mam list od diuka.

Byli tam wszy­scy - wujek Gishas, książę Ruaf i cała reszta. Poda­wali sobie mój list z rąk do rąk, sie­dząc za wiel­kim kamien­nym sto­łem.

Skry ule­ciały z wia­trem; ordy­nans rzu­cił do ognia sosnową gałąź. Wysoko nad nami pogrą­żone w cie­niu twa­rze spo­glą­dały na nas z fryzu.

- Inne pokoje się zawa­liły. W głąb wzgó­rza - wyja­śnił wujek Gishas i uszczyp­nął mnie w pod­bró­dek zim­nymi koniusz­kami pal­ców wysta­ją­cymi z ręka­wiczki.

- Wybacz sta­remu - rzekł, kiedy przy­nie­śli grzane wino z mali­nami i zaczę­łam jej popi­jać, obser­wu­jąc pło­myki świec tar­gane przez wiatr.

- I co, pani Tavis? - zapy­tał książę Ruaf. - Czu­jesz się usa­tys­fak­cjo­no­wana? Skosz­to­wa­łaś obo­zo­wego wina jako pierw­sza kobieta od cza­sów Fere­la­nyi.

Prze­raź­li­wie zimny wicher, gorąco zawarte w gęstym, słod­kim winie i bijące od ognisk, potężne unie­sie­nie i gorycz, kamienny bez­kres wokół mnie. Uwie­rzyli w mój list, w każde jego słowo. Uzna­łam to za omen. Wresz­cie mogłam się poło­żyć na sto­sie skór i koców przed ołta­rzem.

- Śpij, pani - rzekł Ful­mia.

Poło­żył się przy moich nogach i zaczął chra­pać. Męż­czyźni roz­ma­wiali, pło­mie­nie tań­czyły, ordy­nansi prze­cho­dzili obok. Myśla­łam o szkole, o tym, jak tam będzie, o tym, czy szybko umrę i jak do tego doj­dzie, ale wszyst­kie te myśli tylko mnie eks­cy­to­wały, utrud­nia­jąc zaśnię­cie. Dla­tego zaczę­łam myśleć o koniach. Odkąd opu­ści­łam dom, prze­szło mi to w nawyk i zawsze było naj­lep­szym środ­kiem nasen­nym. Zaczę­łam od Nushy, karego kuca. Ona była pierw­sza. Kar­mi­łam ją w czar­no­gra­na­to­wym wej­ściu, uno­sząc wysoko lampę i bojąc się jej zębów. Działo się to wcze­snym ran­kiem, w porze kwa­śnych jabłek. Po Nushy pomy­śla­łam o Meis, choć ona tylko cią­gnęła karetę. Uświa­do­mi­łam sobie, że zapo­mnia­łam o Felio­sie, i wró­ci­łam do niego. Do piasz­czy­stego gospo­dar­stwa wujka, dymią­cego pieca i namio­tów roz­bi­tych przy dro­dze. A pośrodku tego pozor­nego cha­osu - koń: sko­śno­oki jak lis i pełen wzgardy, z grzywą pełną wstą­żek. Dalej liczy­łam konie, ale nie chcia­łam myśleć o Tuiku, a sta­ra­jąc się nie myśleć o nim, pomy­śla­łem o Aniel­skim Koniu i o tym, jak Nenya opo­wia­dała, że widziała, jak o świ­cie przy­cho­dził napić się z fon­tanny. Mówi­ły­śmy, żeby obu­dziła nas wcze­śnie, i wykra­dły­śmy się na zimny taras, by wyglą­dać zza gałęzi drzewa róża­nego. Siski odgry­zła pączek róży i prze­żuła go, tylko po to, by poka­zać, że potrafi to zro­bić. Kie­dyś w domu babci, na pół­nocy, zja­dła kan­dy­zo­wane płatki róży. Ale ni­gdy nie zoba­czy­ły­śmy Aniel­skiego Konia, podob­nie jak Śnież­nych Koni, które każ­dej zimy przy­by­wały, by paść się na rów­ni­nie. Kiedy odcho­dziły, zosta­wiały za sobą śnieg. Cza­sami stado wpa­dało w panikę i ran­kiem cały świat pokry­wała jego biel. Innymi dniami szły naprzód leni­wie i z gra­cją, trą­ca­jąc drzewa pyskami. Nenya cza­sami gro­ziła, że ode­śle nas i da nam na drogę Konie Pecha. Spójrz, Taviye, przy­były Śnieżne Konie. Szron na oknach, odgłosy słu­żą­cych dorzu­ca­ją­cych drew do wysty­głych pale­nisk, a w sąsied­nich drzwiach Malino w swo­jej szlaf­mycy.

***

Szkoła przy­cup­nęła na górze nad kwa­terą dla ofi­ce­rów - była jak wielki kamienny pla­ster miodu, w któ­rym nie­gdyś znaj­do­wało się nes­senhu, domena kobiet Ava­lei. Można było stam­tąd zoba­czyć sta­ro­żytną świą­ty­nię oraz posąg bogini, który prze­wró­cił się i leżał na dachu w nie­zgrab­nej pozy­cji. Jedna ręka się zła­mała, a w dru­giej, unie­sio­nej ku górze, bogini trzy­mała roz­trza­ska­nego sępa. Spra­wiała wra­że­nie zawsty­dzo­nej, jakby cho­wała się za wła­sną koń­czyną. W pogodny dzień można było zoba­czyć dymy z wio­sek poło­żo­nych daleko w dole i sie­dzieć tam, obgry­za­jąc kostki wła­snych dłoni i marząc o grusz­kach. To było wtedy, gdy roz­po­czę­li­śmy naukę w dru­giej kla­sie, po zarżnię­ciu stada kwi­czą­cych prze­raź­li­wie świń na wewnętrz­nym dzie­dzińcu. W pierw­szej kla­sie ni­gdy nie sie­dzie­li­śmy na dwo­rze, a tylko bie­ga­li­śmy po zewnętrz­nym dzie­dzińcu, pra­li­śmy ubra­nia, goto­wa­li­śmy i szo­ro­wa­li­śmy pod­łogi.

Któ­re­goś dnia Nirai odcią­gnął mnie na bok i powie­dział:

- Przy­je­chała twoja ciotka.

Wsta­łam, trzy­ma­jąc w ręce szmatę ocie­ka­jącą wodą. Uszy wypeł­niał mi gło­śny szum odde­chu.

- Idź do swo­jego pokoju i dopro­wadź się do porządku - pole­cił. - Czeka na cie­bie w kwa­te­rze dla ofi­ce­rów.

Rzecz jasna, przy­je­chała oso­bi­ście. Nie spo­dzie­wa­łam się tego. Myśla­łam, że przy­śle wujka Fenyę, ale gdy tylko się dowie­dzia­łam, uświa­do­mi­łam sobie, że tego wła­śnie nale­żało się spo­dzie­wać. To oczy­wi­ste, że ciotka Mar­dith sama zajęła się tą sprawą. Wyru­szyli z Falu­idhen przed świ­tem i na pewno zmie­nili konie w Noi. Teraz, gdy nad­szedł zmierzch, sie­działa przy ogni­sku w kwa­te­rze dla ofi­ce­rów. Wszy­scy w sali mieli zawsty­dzone miny. Ktoś sprząt­nął ze stołu karty do gry w omi. Gdy weszłam do środka, z kąta dobiegł gło­śny brzęk. To wujek Gishas pośpiesz­nie cho­wał kilka bute­lek.

- Masz bar­dzo czci­god­nego gościa, kuzynko Tavis - poin­for­mo­wał mnie Gishas, pośpiesz­nie kopiąc butelki po raz ostatni. - Napi­jesz się, cio­ciu? - zapy­tał ciotkę Mar­dith. - Nie mamy tu szla­chet­nych trun­ków, do jakich jesteś przy­zwy­cza­jona, ale kie­lich cie­płego wina na koniec podróży...

- Nie - wark­nęła ciotka Mar­dith.

Wujek Fenya sie­dział obok niej z ponurą miną, bawiąc się ręka­wicz­kami, które miał na dło­niach.

- No więc... - zaczął wujek Gishas.

- Gisha­sie - ode­zwała się ciotka Mar­dith swym szcze­gól­nym tonem, zare­zer­wo­wa­nym dla człon­ków niżej posta­wio­nych gałęzi rodu. - Możesz odejść.

Zacze­kała, aż Gishas sobie pój­dzie. W jej oczach poja­wił się błysk. Miała na sobie szary płaszcz obszyty bia­łym futrem wie­wió­rek. Poło­żyła kap­tur, jej fry­zura wyglą­dała nie­na­gan­nie, a ona sama przy­po­mi­nała śnieżną kolumnę.

- Niech Leilin cię prze­klnie i oka­le­czy - rze­kła.

- Och, cio­ciu - żach­nął się wujek Fenya.

Napię­łam mię­śnie nóg, by powstrzy­mać ich drże­nie, i przy­ci­snę­łam do piersi książkę Fere­la­nyi. Kodeks wojow­niczki. Przy­nio­słam go ze sobą, by był dla mnie opar­ciem, i rze­czy­wi­ście nim się stał. Nie cof­nę­łam się ani o krok. Ciotka Mar­dith rów­nież stała nie­ru­chomo.

- Jeśli dobrze rozu­miem, spę­dzi­łaś tylko nie­spełna dwa tygo­dnie w sto­licy, gdzie wysłano cię, nie­ma­łym kosz­tem, byś zamiesz­kała ze swym wuj­kiem, diu­kiem. Miało to na celu wpro­wa­dze­nie cię do dobrego towa­rzy­stwa, choć oso­bi­ście nie uwa­żam, by towa­rzy­stwo w Bainie było szcze­gól­nie dobre. Po przy­by­ciu na miej­sce, popraw mnie, jeśli pomy­li­łam jakiś szcze­gół, sfał­szo­wa­łaś poda­nie o przy­ję­cie do tej szkoły, pod­pi­sa­łaś je imie­niem swego wujka Vedy i ukra­dłaś jego pie­częć, by dokoń­czyć oszu­stwo. Następ­nie okła­ma­łaś lokaja i prze­ko­na­łaś go, by cię tutaj przy­wiózł. Oszu­ka­łaś nie tylko wła­sną rodzinę i sługę, lecz także per­so­nel tej szkoły, a nawet całą olon­dryj­ską armię. Spę­dzi­łaś już trzy tygo­dnie w towa­rzy­stwie żoł­nie­rzy, nie mając żad­nej przy­zwo­itki, a tylko pod­sta­rza­łego sługę. Zga­dza się?

- Tak.

- Słu­cham?

- Tak - powtó­rzy­łam gło­śniej.

- Fenya, uderz ją.

- Och, cio­ciu, doprawdy! - zawo­łał wujek Fenya, otwie­ra­jąc sze­roko oczy.

- Zrób, co ci kaza­łam.

- Będę się bro­niła - ostrze­głam.

- Na miłość pokoju! - zawo­łał. - Chyba nie zaczniemy się bić?

Wstał i powlókł się ku mnie, szu­ra­jąc nogami. Kiedy wycią­gnął rękę w stronę mojego ramie­nia, wzdry­gnę­łam się, ale on tylko mnie pokle­pał.

- Spo­koj­nie - powie­dział. Cuch­nął ous, a jego oczy były łza­wiące i pod­krą­żone. - Spo­koj­nie - powtó­rzył. - Wszystko będzie dobrze. Chcemy tylko zabrać cię do domu.

Spoj­rzał na ciotkę Mar­dith.

- Mam rację, cio­ciu? Zabie­rzemy ją do domu i zapo­mnimy o wszyst­kim, prawda? To wcale nie jest gor­sze niż wyskoki Firvaud. Pamię­tasz, jak ukra­dła wszyst­kie ołówki, cio­ciu? - Spoj­rzał na mnie. - Naprawdę to kie­dyś zro­biła. Nasza guwer­nantka zalała się łzami!

- Fenya, jeśli nie zamie­rzasz mi w niczym pomóc, to usiądź.

- Chcia­łem tylko powie­dzieć, że zabie­rzemy ją do domu i zapo­mnimy o wszyst­kim. Sam kupię jej suk­nię. Chcia­ła­byś dostać nową suk­nię, prawda, Tavis? W naj­mod­niej­szym kolo­rze. Chyba nazy­wają go ser­cem motyla. Mogłaby być nawet wyszy­wana w tar­cze, co ty na to? - Zachi­cho­tał. Z kąci­ków ust ska­py­wały mu kro­ple śliny. - Tak wła­śnie two­rzy się nowe mody. Będziesz naszą małą wojow­niczką z tar­czami na sukni. Czer­wo­nej sukni! Ład­nej jak wschód słońca!

- Nie wrócę - odpar­łam.

- Och, nie gadaj...

- Nie? - prze­rwała mu ciotka Mar­dith. Jej oczy były nie­ska­zi­tel­nymi lustrami z czar­nego lodu. - Spójrz na swoją sio­strze­nicę, Fenya - cią­gnęła. - Na­dal się bun­tuje. Nie doce­nia dobroci, jaką jej oka­zu­jemy, zga­dza­jąc się przy­jąć ją z powro­tem.

- Nazy­wasz to dobro­cią?

- Cicho - odparła. Ani razu nie pod­nio­sła głosu. - Jeśli ze mną poje­dziesz, Tavis, nie możesz liczyć na nowe suk­nie. Musisz się liczyć z rokiem odosob­nie­nia. To być może wystar­czy, by świat zapo­mniał, że miesz­ka­łaś z żoł­nie­rzami i jesteś nie­od­wra­cal­nie skom­pro­mi­to­wana.

- Och - ode­zwał się wujek Fenya. - Nie...

- Nie jestem skom­pro­mi­to­wana - sprze­ci­wi­łam się. - Jestem jak Fere­la­nyi.

Pod­su­nę­łam jej książkę, nie­na­wi­dząc się za to, że drża­łam. Wstała i wzięła ją z moich rąk. Pomimo wieku trzy­mała się bar­dzo pro­sto i była wyż­sza ode mnie. Zer­k­nęła na eks­li­bris.

- Ach. Ukra­dziona z biblio­teki two­jego wujka.

- Tak, ale...

- "Wojow­niczka pozna tajem­nice męż­czyzn" - zaczęła czy­tać.

Unio­sła wzrok i przez zapie­ra­jącą dech w pier­siach chwilę patrzyła mi pro­sto w oczy. Przez moment wyda­wało mi się, że widzę w jej oczach wszystko - wojnę i pasję, Falu­idhen i śnieg. Potem cisnęła książkę w naj­go­ręt­szą część pale­ni­ska.

- Nie!

Posi­nia­czy­łam sobie kolana o kamienną posadzkę, popa­rzy­łam dło­nie w pło­mie­niach. Wujek Fenya odcią­gnął mnie od ognia. Ciotka Mar­dith stała nad nami, wycie­ra­jąc palce o płaszcz. Zawo­ła­łam do niej, że nie wrócę do domu, a ona odpo­wie­działa, że już wię­cej nie powtó­rzy tej oferty. Przy­je­chała się ze mną zoba­czyć tylko ze względu na moją matkę. Jeśli odmó­wię, będę musiała trzy­mać się ścieżki, którą wybra­łam. Ukoń­czę szkołę i wstą­pię do armii jak inni ucznio­wie.

- Tego wła­śnie chcę! - wrza­snę­łam.

Leża­łam na ple­cach, a wujek Fenya pró­bo­wał tulić moją głowę, roz­pacz­li­wie bez­radny. Postać ciotki Mar­dith maja­czyła nad nami. Długi płaszcz podróżny skry­wał jej nogi niczym ławica mgły. Posuwa się naprzód siłą swego cię­żaru, pomy­śla­łam. Jak lodo­wiec.

Powie­działa, że dostanę to, czego chcia­łam. Że matka będzie cier­piała z mojego powodu. Miała nadzieję, że umrę w górach. Dla niej już byłam mar­twa.

- Jeśli już jestem mar­twa, to po co spa­li­łaś moją książkę?

Uklę­kłam i zala­łam się łzami. Książka zmie­niła się w czarny szkie­let pośród pło­mieni.

Wtedy nie wie­dzia­łam jesz­cze tego, co sobie wkrótce uświa­do­mi­łam. Zdą­ży­łam się już nauczyć na pamięć całego Kodeksu. Każ­dego słowa. Siski zwała tę moją zdol­ność "cudowną pamię­cią do głupstw". Myślę, że obec­nie mogła­bym wyrwać po kartce z książki Fere­la­nyi i umie­ścić je w nagłów­kach wszyst­kich roz­dzia­łów mojego życia. Dla gór tajem­nice. Dla Siski lojal­ność jak naszyj­nik z umar­łych gwiazd. Dla pustyni krew. Dla Seren pieśń.

Ciotka Mar­dith zakryła się kap­tu­rem. Potem wło­żyła ręka­wiczki, popra­wia­jąc każdy palec.

- Chodź, Fenya. Jeśli wyru­szymy natych­miast, zjemy śnia­da­nie w Falu­idhen.

***

Następ­nego dnia instruk­tor Gobries ude­rzył mnie, bo poło­ży­łam się spać w butach. Wsta­łam, odwró­ci­łam się do niego ple­cami i pochy­li­łam głowę ku pozo­sta­łym. W lodo­wa­tym powie­trzu efekt ude­rze­nia w kark był nie­mal jak miło­sne dotknię­cie, roz­prze­strze­niał się niczym pożar, ogrze­wa­jąc mnie aż po korze­nie wło­sów. To jest ból, pomy­śla­łam. Był cie­pły i przy­po­mi­nał mi wra­że­nie na języku i war­gach, kiedy zja­dłam paprykę z Evmeni. Gdzie jest jego reszta? Wsta­łam i dołą­czy­łam do swo­jego szyku. Było mi cie­plej niż pozo­sta­łym i czu­łam się lepiej od nich.

- Wyglą­da­łaś jak demo­nica - rzekł mi póź­niej z podzi­wem Vars. - Jak­byś mogła udu­sić go zasłoną.

To mnie zdu­miało. Nie pra­gnę­łam go zabić. Czu­łam się tylko zdzi­wiona i roz­cza­ro­wana bra­kiem bólu.

Nocą urzą­dzono uro­czy­stość na cześć tych, któ­rzy wyru­szali do Bra­ithu, i zapro­szono nas do pokoju instruk­to­rów. Na kominku palił się ogień. Dano nam teivę i honi­tha, a także pozwo­lono na dys­ku­sję oraz grę w piłkę na dzie­dzińcu. Za szybko zja­dłam swo­jego honi­tha i ser popa­rzył mi pod­nie­bie­nie. Sta­łam pod ścianą i przy­glą­da­łam się gru­pom tych, któ­rzy mieli się udać do Bra­ithu. Nosili szkar­łatne szarfy i stali w nie­dba­łych pozy­cjach, wspie­ra­jąc stopę na osło­nie kominka albo macha­jąc ręką, w któ­rej trzy­mali fajkę. Jeden z nich przy­glą­dał mi się dziw­nie i podejrz­li­wie, aż wresz­cie uświa­do­mił sobie, kim jestem, i jego twarz się roz­po­go­dziła. Uśmiech­nę­łam się do niego. Rzecz jasna, jeśli ciotka Mar­dith tu przy­je­chała, o wszyst­kim napi­sano w gaze­tach. Wszę­dzie już o mnie sły­szeli. Męż­czy­zna odwró­cił ode mnie wzrok i roz­pro­sto­wał nogi. Z uwagi na moją wysoką rangę nie będzie krzy­czał. Nie wsta­nie i nie zapyta: "Kobieta? Tutaj?". Nie będzie się nawet gapił na młodą żoł­nierkę, w któ­rej nagle roz­po­znał Tavis z Ashenlo, bra­ta­nicę tel­kana.

Na dwo­rze pano­wał chłód. Sły­chać było krzyki chło­pa­ków bie­ga­ją­cych w ciem­no­ści z pochod­niami, odgłos piłki śli­zga­ją­cej się po kamie­niach. Weszłam na górę i ruszy­łam mrocz­nym kory­ta­rzem, licząc drzwi, aż dotar­łam do swo­jego pokoju. W jego ciem­nym wnę­trzu uno­sił się zapach butów. Nie było tu nikogo. Uklę­kłam na łóżku i otwo­rzy­łam okien­nicę. Okno było tak małe, że led­wie mogłam oprzeć oba łok­cie na para­pe­cie. Dął zimny wicher, noc była otchłanna i cicha, ośnie­żone szczyty lśniły w bla­sku księ­życa jasno jak kwa­śne mleko.

Droga Siski - napi­sa­łam kie­dyś. Chcia­ła­bym zgi­nąć w Bra­ithu. Pisa­łam to wewnątrz skrzynki na miecz, bo w pokoju nie mie­li­śmy papieru. Myśla­łam, że wyko­rzy­stam kie­dyś te słowa, ale gdy prze­szli­śmy do dru­giej klasy i wresz­cie pozwo­lili nam pisać listy do domu, nie chcia­łam już umie­rać. Nie byłam też już w sta­nie pisać do Siski, nie potra­fi­łam wymy­ślić żad­nej odpo­wie­dzi na jej listy opo­wia­da­jące o przy­ję­ciach i flir­tach. Wie­dzia­łam też, że gdy­bym napi­sała do matki, roz­pła­ka­łaby się. Dla­tego pisa­łam do Dasyi. Powi­nie­neś wstą­pić do armii. Tu można się nie­źle zaba­wić.

***

Zimą w górach szczyty nik­nęły w powie­trzu, tak ogromne i białe, że sta­wały się czę­ścią nieba. Łak­nę­li­śmy cie­pła jak chleba, toczy­li­śmy z pokry­tymi lodem drze­wami bitwy o opał i nocami wzgó­rza roz­bły­ski­wały małymi, czer­wo­nymi świa­teł­kami. To był głupi pomysł, żeby obo­zo­wać w ten spo­sób. Gdy Bro­gy­arzy zsu­nęli się z góry po śniegu, wrzesz­cząc gło­śno i ciska­jąc swymi cięż­kimi topo­rami w stronę naszych ognisk, rzu­ci­li­śmy się do ucieczki. Prze­wra­ca­li­śmy się, a potem ucie­ka­li­śmy znowu, aż wresz­cie odwró­ci­li­śmy się i sta­nę­li­śmy do walki. Nagle ujrza­łam fon­tannę zębów, niby deszcz spa­da­ją­cych gwiazd. Posy­pały się na śnieg. Obok mnie leżał topór i męż­czy­zna bez twa­rzy. Drzewa się kur­czyły, nad śnie­giem migo­tało nie­bie­skie świa­tło. Bro­gyar był ogromną, zama­zaną syl­wetką zło­żoną z wło­sów i cieni. Wyłącz­nie jego cię­żar pozwo­lił mojemu mie­czowi prze­bić okry­wa­jącą go skó­rzaną zbroję. Zwa­lił się gwał­tow­nie na zie­mię, wykrę­ca­jąc mi rękę w nad­garstku. Jego chra­pliwy oddech stał się moim odde­chem, kiedy pró­bo­wa­łam odwró­cić go na drugą stronę i uwol­nić miecz. Widzia­łam czarne i czer­wone syl­wetki. Usły­sza­łam nagły krzyk. Wil­goć prze­sią­kała przez moje spodnie na wyso­ko­ści kolan. Wszy­scy pobie­gli­śmy w stronę wąwozu. Na śnieg sypały się skry, ucie­ka­li­śmy jak zwie­rzęta w stronę rzad­kiego lasu. Kestau odwró­cił się, się­ga­jąc po miecz, i topór uciął mu rękę. To było jak scena w przed­sta­wie­niu - biały prze­stwór śniegu, blask jed­nego z ognisk, try­snęła czarna krew i Kestau upadł. W wąwo­zie ktoś krzy­czał. Bro­gyar pod­biegł do Kestau i uklęk­nął, by pode­rżnąć mu gar­dło, pochy­lony i spo­wity w sza­liki jak stara praczka. Chyba widzia­łam błysk mie­cza. Dopiero gdy nie­przy­ja­ciele się wyco­fali, zna­leź­li­śmy Varsa, który leżał w wąwo­zie ze zła­maną nogą.

Potem sobie uświa­do­mi­łam, że wresz­cie jest mi cie­pło. Cią­gnę­li­śmy ciała po śniegu, by zło­żyć je w stertę. Zosta­wia­li­śmy za sobą dłu­gie, ciemne ślady. Potem, kiedy ich grze­ba­li­śmy, wze­szło słońce i w jego pro­mie­niach poja­wiła się scena zasadzki - popiół i krew na śniegu. Vars zemdlał, kiedy nasta­wiali mu nogę. Nirai stał przy nim, spi­su­jąc w Bia­łej Księ­dze listę pole­głych i ran­nych. Odra uści­snął mój bark, mru­żąc powieki w jasnym bla­sku.

- Pozna­łaś smak żelaza.

To był świat gór, brnę­li­śmy w nim bez końca przez śnieg, wlo­kąc za sobą ran­nych na saniach z drewna i nie­wy­pra­wio­nych skór. Cały czas sta­ra­li­śmy się odna­leźć inną grupę żoł­nie­rzy, która ni­gdy się nie zja­wiała, albo cze­ka­li­śmy na nią w zimo­wych lasach, nie­bie­skich od lodu. Zawsze przy­by­wa­li­śmy za późno albo za wcze­śnie. Gdy wresz­cie się spo­ty­ka­li­śmy, kapi­ta­no­wie krzy­czeli do sie­bie i ciskali czapki w śnieg. Reszta z nas sie­działa bez słowa, obser­wu­jąc czuj­nie, co dzieje się wokół. Nocami wci­ska­łam się do swo­jego śpi­wora i myśla­łam o koniach. Konie szły po fir­ma­men­cie i widzia­łam, że tak wła­śnie wygląda życie wojow­niczki - brud, głód, zimno i cią­gle nowe wzgó­rza. Kiedy nie mogłam zasnąć, wsta­wa­łam i pro­po­no­wa­łam, że wezmę za kogoś służbę, albo pali­łam z Odrą, który rów­nież miał kło­poty ze snem i czę­sto sie­dział i patrzył w gwiazdy.

- Stra­ci­łem talent do snu - mawiał i pomimo zimna zdej­mo­wał sza­lik, by poka­zać mi ślady na szyi, prze­su­wa­jąc pal­cem wzdłuż zagłę­bień.

Wyraź­nie widzia­łam bli­zny w bla­sku księ­życa odbi­ja­ją­cym się od śniegu. Wtedy opo­wia­dał mi o tym, jak się obu­dził i zoba­czył Bro­gy­ara z nożem u swego gar­dła.

- Sarma oca­liła mi życie, ale nie za darmo - doda­wał, ponow­nie owi­ja­jąc szyję sza­li­kiem. - Kapłanka powie­działa, że bogini ode­brała mi sen. Nie wiem, co zamie­rza z nim zro­bić, ale rze­czy­wi­ście go utra­ci­łem. Ale to mi nie prze­szka­dza. Dzięki temu będę żył dwa razy dłu­żej niż ludzie, któ­rzy muszą spać.

Gdy padał śnieg, byli­śmy zmu­szeni masze­ro­wać przez cały czas, by do rana nas nie zasy­pało. Brnę­li­śmy przez pełną płat­ków ciem­ność. We dwoje z Odrą wkła­da­li­śmy sobie pasy na ramiona i cią­gnę­li­śmy za sobą Varsa na saniach. Gdy tylko zatrzy­my­wa­li­śmy się, żeby zapa­lić, Odra opo­wia­dał o sobie. Miał dwie córki w Balin­feil, obie nie­za­mężne. Star­sza opusz­czała poń­czo­chy do kostek, bo szczy­pały ją w kolana. Odra lito­wał się nad nią, ponie­waż była moik, co po nainij­sku zna­czy "głu­pia" albo "dziwna".

- Moje życie, moja biedna moiky­alen - mówił.

Śmia­łam się i jego spoj­rze­nie nabie­rało głęb­szego wyrazu w sła­bym bla­sku naszych fajek. Pytał mnie, czy dobrze się czuję, a ja kiwa­łam głową i prze­sta­wa­łam się śmiać. Za skałą, za którą się kry­li­śmy, pano­wała ciem­ność wypeł­niona krzy­kami. Krą­żyli tam na swo­bo­dzie wszy­scy nie­znani nam bogo­wie. A my wkrótce wyru­szymy w ten mrok i będą nas ści­gały czarne wichry, będziemy brnęli po uda albo po pachy w śniegu, zanu­rza­jąc się weń, by po chwili znowu się z niego wygra­mo­lić, a potem zawo­łać pozo­sta­łych i wró­cić po tych, któ­rzy nie usły­szeli roz­kazu. "Taniec gór" - jak nazy­wał to potem z szy­der­czym uśmiesz­kiem Dasya. Rze­czy­wi­ście czu­łam się wtedy, jak­bym uczest­ni­czyła w tańcu. Tańcu we śnie, w któ­rym mia­łam jakąś rolę do ode­gra­nia, ale nie wie­dzia­łam, na czym ona polega; tańcu nie­zwy­kłych, prze­ra­ża­ją­cych postaci. Kiedy wra­ca­łam do zdro­wia, przy­śnił mi się wspa­niały bal w nie­zna­nym mi domu. Moją part­nerką była kobieta z wysoko upiętą fry­zurą i oczami oto­czo­nymi wiel­kim krę­gami czar­nej szminki. Po kolej­nej figu­rze tańca ukło­niła się z gra­cją, zła­pała się za szczyt wło­sów i zdjęła sobie głowę z karku. To był sen o górach, o życiu w nich, o moim nowym życiu. Nie­kiedy znie­nacka ogar­niało nas unie­sie­nie i czu­li­śmy się abso­lut­nie szczę­śliwi. Naj­czę­ściej zda­rzało się to wtedy, gdy udało nam się ode­przeć atak. Wyli­śmy wtedy i ćwiar­to­wa­li­śmy ciała, dła­wiąc się z rado­ści.

Rado­wa­li­śmy się rów­nież wtedy, gdy ujrze­li­śmy w wąwo­zach wio­ski - chaty ukryte pośród śniegu i sosen, a nie­kiedy rów­nież świa­tła prze­są­cza­jące się przez szcze­liny sta­rych okien­nic albo bijące z lampy zbli­ża­ją­cej się krętą drogą do ciem­nej sto­doły z nie­wy­pa­la­nej cegły. Scho­dzi­li­śmy wtedy na dół z gło­śnym krzy­kiem. To były zapo­mniane wio­ski, opusz­czone przez kapła­nów. Nosiły nazwy takie, jak Wal­divo, Unisk albo Bar-Hathien. Śnie­życe odda­liły je od sie­bie i miesz­kańcy wciąż myśleli, że są czę­ścią cze­goś więk­szego, zapo­mi­na­jąc o tym, że w każ­dej osa­dzie mieszka tylko dzie­sięć, góra dwa­na­ście rodzin. Był więc Górny Unisk i - wiele mil dalej - Dolny Unisk. Pogrą­żone w mroku wio­ski, w któ­rych pozy­ski­wano wodę z topio­nego śniegu, bo wszyst­kie stud­nie zamar­zły. Chłopi byli bla­dzi, poru­szali się z wysił­kiem i nosili amu­lety ze słomy. Nie­któ­rzy led­wie umieli mówić w języku powszech­nym. Kobiety sie­działy w kątach i pła­kały albo czu­wały nad swym nie­licz­nym dobyt­kiem i mam­ro­tały pod nosem, strze­gąc sta­rych cyno­wych dzba­nów oraz jabłek z kolo­ro­wego wosku. Męż­czyźni sie­dzieli na kle­pi­skach, ponuro zwi­ja­jąc i rozwi­ja­jąc liczne płó­cienne pasy, które nosili na nogach. Cza­sami widzie­li­śmy nie­mow­lęta leżące w koły­skach z wierz­bo­wych witek. Sie­dzie­li­śmy przy ogni­skach, zuży­wa­li­śmy zimowe zapasy tyto­niu zgro­ma­dzone przez wie­śnia­ków, pili­śmy ich gaisk, aż w pło­mie­niach zaro­iło się od tajem­nych zna­ków. Kaza­li­śmy im zarzy­nać ich zwie­rzęta oraz odda­wać nam mąkę i ziem­niaki.

W kolej­nej wio­sce mieli tylko jed­nego osła i wszy­scy zebrali się, by nad nim pła­kać.

- Jeśli dalej będą zwle­kać, sam zamor­duję to bydlę - ode­zwał się wresz­cie Vars.

Noga na­dal go wtedy bolała. Leżał oparty o ścianę i zale­wał go pot. Twarz miał wynędz­niałą i znu­żoną. Wie­dzia­łam, że potrze­buje mięsa. W izbie tło­czyło się wielu ludzi i było tu cie­pło, mimo że drzwi były otwarte, a jesz­cze więk­szy tłum zebrał się na dwo­rze, wokół osła. Śmier­dzący sta­ru­szek w czapce z owczego pęche­rza, być może wójt wio­ski, odmó­wił pry­mi­tywne modli­twy do bogów wzgórz. Prze­pchnę­łam się do Odry i zapy­ta­łam go, o co się modlą. Odwró­cił się do mnie gwał­tow­nie ze łzami w kąci­kach oczu i zaklął, pyta­jąc, co sobie myślę. To było ostat­nie zwie­rzę w wio­sce, a my je zabi­ja­li­śmy. Kobiety osła­niały głowy chu­s­tami ze zgrzeb­nej wełny. Blask ognia padał na drew­niane okien­nice uszczel­nione szma­tami wetknię­tymi w szcze­liny i na pęk­niętą lampę wiszącą na ścia­nie. Przez odór brud­nych ciał i wło­sów, źle wygar­bo­wa­nej skóry oraz spa­lo­nych ziem­nia­ków prze­bi­jała się roz­koszna woń mar­chewki. To były wio­ski z naszych pra­gnień, gdzie wresz­cie mogli­śmy zasnąć i zna­leźć przy­jem­ność nawet w wymio­to­wa­niu gaiskiem i ośliną. Jakże czy­ste było powie­trze, kiedy rzy­ga­łam za drzwiami na pokryty zmar­z­liną śnieg i widzia­łam na nim - wyglą­da­jące jak pismo - ślady kilku pta­ków.

***

Kiedy mia­no­wali mnie kapi­ta­nem, dosta­łam konia, brą­zową klacz imie­niem Loma. Była spo­kojna i silna, przy­po­mi­nała mi Meis. Siski powie­działa kie­dyś, że szyja Meis zawsze pach­nie tru­skaw­kami i można ją po tym poznać nawet w ciem­nej stajni. Nocami nie­kiedy wsta­wa­łam i wtu­la­łam twarz w szyję Lomy, zamy­ka­jąc oczy, by odciąć się od nie­zwy­kłej łuny biją­cej od wzgórz. Cza­sami jakiś inny żoł­nierz, który rów­nież nie spał, zaczy­nał recy­to­wać żałob­nym gło­sem sein z Val­la­farsi, na przy­kład "Kró­le­stwa". Balinu, skąd pocho­dzą owoce. Ta fraza jak zwy­kle przy­po­mi­nała mi pier­ścio­nek, który matka nosiła na łań­cuszku na szyi. Przy­tra­fiło mi się coś złego, może się prze­wró­ci­łam albo zbesz­tał mnie Malino i pocie­szała mnie, poka­zu­jąc mi swój pier­ścio­nek. Odpi­nała łań­cu­szek i poka­zy­wała mi, że na wewnętrz­nej powierzchni pier­ścionka wyryto począt­kową frazę seinu po olon­dryj­sku i po nainij­sku. Jej mięk­kie dło­nie, dotyk sukni, stary nóż z ukru­szoną ręko­je­ścią leżący na stole. Na dwo­rze owoce spa­dały z drzew.

Trzy­ma­łam się szyi Lomy pod­czas śnie­życy, która omal nas nie zasy­pała w mie­siącu lamp. Krzy­cza­łam na swo­ich ludzi, bo w dole była wio­ska pogrą­żona w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. Zosta­wi­li­śmy cho­rych i ran­nych na szczy­cie wzgó­rza, popę­dzi­li­śmy do chat, wywa­ży­li­śmy drzwi i roz­wa­li­li­śmy ręko­je­ściami mie­czy okien­nice. Były zbu­twiałe, podob­nie jak pościel na łóż­kach w środku. Wpa­dli­śmy do pustych, cichych izb, chwie­jąc się na nogach. Nawet piw­nice były opu­sto­szałe. W końcu zebra­li­śmy się razem i popa­trzy­li­śmy na sie­bie. Szty­chy naszych nie­zbru­ka­nych mie­czy zosta­wiały ślady w śniegu.

- Wio­ska jest opu­sto­szała - oznaj­mił ochry­ple Vars.

Nagle uświa­do­mi­łam sobie, że sły­szę jego głos. Zna­leź­li­śmy osłonę przed wichrem w pięk­nej, śpią­cej wio­sce. Śnieg lśnił błę­kit­nym bla­skiem pośród nocy. Gwiazdy roz­pra­szały ciem­ność jedna po dru­giej. Wszy­scy patrzyli na mnie, aż wresz­cie ode­zwa­łam się cicho. Po raz pierw­szy od sied­miu dni sły­sza­łam wła­sny głos, nie musząc krzy­czeć.

- Spro­wadź­cie resztę - roz­ka­za­łam. Pośród ciszy mój głos wyda­wał się piękny, pro­sty i pełen roz­sądku. - Zabij­cie konia - dodał po chwili ten sam głos, cicho i kla­row­nie.

Była ostat­nia, nie musia­łam wymie­niać jej imie­nia. To ona oduczyła mnie nawyku myśle­nia o koniach. Tuik nie zdo­łał poło­żyć mu kresu, ale zakoń­czył się on owej nocy razem z życiem Lomy. Kiedy się naje­dli­śmy, pomy­śla­łam, że będę musiała zna­leźć sobie coś innego, o czym będę myślała w nocy. Nie prze­ję­łam się tym jed­nak zbyt­nio. Byłam pewna, że coś przyj­dzie mi do głowy. Wszy­scy zatrzy­ma­li­śmy się w tym samym domu i wresz­cie było nam cie­pło. Na pale­ni­sku pło­nęły poła­mane meble.

Śnieg padał powoli i rów­nie powoli umie­rali ludzie. Wycią­ga­li­śmy ich na dwór i cho­wa­li­śmy w śniegu, bo zie­mia była zamar­z­nięta. Umie­rali pod ścia­nami chaty w pozy­cji śpią­cych. Policzki mieli zapad­nięte, a włosy kru­che od szronu. Ci z nas, któ­rzy mieli jesz­cze tro­chę sił, wycho­dzili chwiej­nie w świa­tło i szu­kali drewna na opał, szar­piąc słabo za drzwi i okien­nice. Pew­nego dnia wyszli­śmy we dwoje z Var­sem, a Odra, który leżał pod ścianą i oczy błysz­czały mu mocno, powie­dział coś o morzu i tysią­cach jego anio­łów.

- Nic nie mów, wujku - rzekł do niego Vars. - Oszczę­dzaj siły.

Oddy­cha­jący cicho Odra uśmiech­nął się do niego, rado­śnie i tajem­ni­czo. Jego uśmiech wisiał tak nie­ru­chomo na bez­kr­wi­stej twa­rzy, że pomy­śla­łam, iż umarł z nim. Pochy­li­łam się, zła­pa­łam go za bark i potrzą­snę­łam mocno. Żył. Umarł znacz­nie póź­niej, a przed­tem kazał nam słu­chać go i wyko­ny­wać jego roz­kazy, prze­kli­nał nas, ponie­waż koc uwiązł mu pod pachą albo dla­tego, że nie mógł już znieść diety zło­żo­nej ze śniegu i koniny.

- Wynie­ście mnie na dwór - wark­nął. - Na powie­trze. Tu nie da się oddy­chać. Spójrz­cie. - Ude­rzył się otwartą dło­nią w kark i zła­pał wesz kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym. - Spójrz­cie, cóż za plu­ga­stwo. To już nie są żoł­nie­rze. To zwie­rzęta.

Wynie­śli­śmy go z chaty i roz­pa­li­li­śmy dla niego ogni­sko pod sosnami.

Słabe, czer­wone pło­mie­nie, czerń ziemi pod sto­pio­nym śnie­giem. Przy­gnę­biony Vars przy­kuc­nął obok ognia odziany w brudną kurtkę. Owi­nię­tego w koce Odrę opar­li­śmy o drzewo. Zaci­skał pogar­dli­wie usta, gapiąc się na wzgó­rza i na śnieg, który nas uwię­ził. Opo­wia­dał ochry­płym gło­sem o sie­dem­na­stu latach spę­dzo­nych w górach. Zdjął sza­lik, by poka­zać bli­zny na szyi.

- Z reguły nikt nie prze­żywa tu wię­cej niż trzy lata - mówił. - Ale ja prze­ży­łem pra­wie dwa­dzie­ścia i zabi­łem wię­cej ludzi niż gorączka. Sześć lat temu zabrali mnie do Ama­fe­inu i przy­znali mi Order Niedź­wie­dzia. Córka ma go w koszyku w domu. Wrę­czył mi go sam diuk. Za sto­łem sie­działo nas sześć­dzie­się­ciu ośmiu, a za wszystko pła­ciło Impe­rium Olon­dryj­skie.

Wessał nagle powie­trze przez zęby i zer­k­nął na mnie pośpiesz­nie.

- Tak, pamię­tam, że jesteś bra­ta­nicą tel­kana. Jesteś z nim spo­krew­niona po mie­czu i po kądzieli, ale nikt ni­gdy o tym nie wspo­mina. Więk­szość ludzi boi się roz­ma­wiać z tobą jak równy z równą. Nawet ty... - Wska­zał na Varsa pod­bród­kiem pokry­tym posi­wia­łym zaro­stem. - Mimo że jesteś jakimś tam szlach­ci­cem, boisz się zbli­żyć do wiel­moż­nej pani, naprawdę się do niej zbli­żyć. Tylko ja się nie boję, bo znam swoją war­tość i zade­mon­stro­wa­łem ją dzie­sięć razy, zanim ty nauczy­łeś się cho­dzić.

Prze­rwał nagle i oparł się o drzewo. Coś prze­le­ciało nad nami, być może orzeł. Jego nie­bie­skawy cień prze­mknął po śniegu. Odra znowu zaczął mówić, prze­kli­na­jąc z gory­czą tel­kana i tę wojnę, która nawet nie była wojną. Prze­kli­nał nas przez wiele dni, aż nagle prze­stał, popadł w apa­tię i nie doma­gał się już wię­cej, by wyno­szono go na dwór. Ale i tak to robi­li­śmy, bo Vars zapew­niał, że świeże powie­trze mu służy. Dla­tego roz­pa­la­li­śmy ogni­sko i wszy­scy troje sie­dzie­li­śmy przy nim w mil­cze­niu.

Oddy­cha­łam wtedy przez zimne ręka­wice, sta­ra­jąc się odna­leźć jakiś tok myśli, który pozwo­liłby mi zasnąć w nocy. Wypró­bo­wa­łam bar­dzo wiele spo­so­bów, aż wresz­cie doszłam do wnio­sku, że czę­sto naj­szyb­ciej dotrę w ciem­ność, jeśli pozwolę swemu umy­słowi dry­fo­wać bez­ład­nie. Przy­po­mnia­łam sobie, jak Siski śpie­wała "Jaskółkę w zimie". Sta­wiała wąskie stopy na dywa­nie i spla­tała dło­nie. Wtedy roz­le­gał się stu­kot. To wujek Veda opróż­niał fajkę. Obser­wo­wa­łam, jak usta sio­stry otwie­rają się i zamy­kają. Biedny, zagu­biony ptaku, latasz z miej­sca na miej­sce, ale nie możesz zna­leźć domu. Zie­lone zasłony w salo­nie pach­niały namio­tami. Tak jest, a pod krze­słem zna­la­zły­śmy szty­let i grze­bień z kości sło­nio­wej. Na pochwie szty­letu nary­so­wano Tevlas wio­sną.

Nagle uświa­do­mi­łam sobie, że Odra coś mówi.

- Nie, zostańmy jesz­cze chwilę.

Była noc i nad krę­giem turni świe­ciły kro­cie gwiazd, pul­su­ją­cych w ciem­no­ści, jakby pró­bo­wały się wyrwać na zewnątrz.

- Piękne niebo - cią­gnął roz­ma­rzo­nym gło­sem. - Przy­po­mina mi to pio­senkę "Zostańmy jesz­cze chwilę, wie­czór jest taki piękny".

- Widzę, że czu­jesz się już lepiej wujku - ucie­szył się Vars. Dzwo­nił zębami, a twarz lśniła mu dziw­nie w bla­sku ognia.

Kiedy wypo­wie­dział te słowa, Odra się roz­pła­kał. Leżał na boku i łzy spły­wały mu po wynędz­nia­łej, poora­nej bruz­dami twa­rzy.

- Moja biedna moiky­alen - łkał.

Nie prze­sta­wał pła­kać przez długi czas. Vars przy­gry­zał wargi. On rów­nież miał łzy na policz­kach. Po chwili Odra uspo­koił się i uśmiech­nął. Wycią­gnął drżącą rękę. Vars ujął dłoń przy­ja­ciela, zdjął z niej ręka­wicę i uniósł jego stward­niałą rękę do ust.

- Dobry z cie­bie chło­pak - ode­zwał się Odra. Potem uniósł z wysił­kiem głowę i spoj­rzał na mnie, wycią­ga­jąc drugą rękę. - Ty też jesteś dobrą dziew­czyną. Ale dla­czego jesteś taka nie­śmiała? - zapy­tał z uśmie­chem.

Uję­łam jego dłoń i uklę­kłam przy nim w śniegu. Vars już nie krył się z pła­czem. Spoj­rza­łam na twarz Odry w bla­sku ognia, szu­ka­jąc jego oczu, które wyglą­dały jak dwie monety.

- Nie żyje - stwier­dzi­łam.

Vars łkał. Pochy­lał się nad tru­pem, cało­wał jego zapad­nięte policzki, wci­skał swe żywe czoło w czoło umar­łego. Wresz­cie zerwał się i popę­dził mię­dzy zaspy. Wyma­chi­wał rękami, łapiąc śnieg w dło­nie i ciska­jąc go w ciem­ność. Kiedy on pod­ska­ki­wał i krzy­czał, zamknę­łam umar­łemu powieki i roze­bra­łam ciało. Uło­ży­łam w stos buty oraz ubra­nie, by ode­słać je potem jego cór­kom na połu­dniu. Odra wyda­wał się bar­dzo mały i biedny, gdy tak leżał nagi w śniegu. Zosta­wi­li­śmy go tam w gro­bowcu z lodu.

- Mogła­byś, gdy­byś chciała - wyszep­tał do mnie potem Vars. - Mogła­byś zała­twić, żeby zwol­niono nas wszyst­kich ze służby z hono­rem. Mogła­byś wysłać do kogoś list, może nie do samego tel­kana, ale do kogoś waż­nego.

- Nie - zaprze­czy­łam. - To nie­prawda. Nie ma już nikogo.

- Musi ktoś być - upie­rał się łamią­cym się gło­sem.

Przy­ła­pa­łam się na tym, że uśmie­cham się do sufitu.

- To dziwne - przy­zna­łam. - Cza­sami mnie rów­nież trudno w to uwie­rzyć, ale rze­czy­wi­ście nie ma nikogo.

Zwró­cił się twa­rzą ku ścia­nie i zaczął jęczeć. Leża­łam, sta­ra­jąc się upo­rząd­ko­wać myśli. Ktoś się poru­szył i zaszu­rał nogami, a ktoś inny kop­nął Varsa, doma­ga­jąc się płacz­li­wie ciszy. Podzie­li­łam myśli na kate­go­rie, takie jak gry i histo­ria, sta­ra­jąc się odna­leźć jakiś temat do roz­my­ślań. Kusiło mnie wspo­mnie­nie o Dasyi pośród kolumn - czarne oczy i roz­pro­mie­niona twarz. Ale nie, ta myśl była zbyt silna i nie pozwo­li­łaby mi zasnąć. Posta­no­wi­łam, że będę myślała o Ethen­ma­nyi i o wizy­cie w wiel­kim domu babci, nie­opo­dal Lele­vai. Odle­głość nie była wielka, ale było tam zupeł­nie ina­czej! Pamię­ta­łam, jak poje­cha­ły­śmy tam wio­sną z matką i Siski. Zała­do­wa­ły­śmy do kufrów wszyst­kie swoje naj­lep­sze ubra­nia, wdzia­łam nowy, zie­lony płaszcz podróżny i pomknę­ły­śmy gór­skim trak­tem. Blask słońca wpa­dał do środka przez okna powozu. Pośród wzgórz zawsze można było zna­leźć cie­kawe widoki - wąskie wąwozy, kwit­nące drzewa more­lowe mię­dzy ska­łami, zabawne paster­skie chaty z ich strze­chami się­ga­ją­cymi pra­wie do ziemi, dzieci sprze­da­jące mleko z wia­der. Zatrzy­ma­li­śmy się w Miro­vie, a potem w Noi. Gdy droga zaczęła pro­wa­dzić w dół i poni­żej mgieł otwo­rzyła się przed nami ogromna dolina, matka nagle pogrą­żyła się w myślach. Ozdo­biony klej­no­tami modli­tew­nik wysu­nął jej się z rąk i spadł na kolana. Wpa­try­wała się w mijaną sce­ne­rię. Jestem prze­ko­nana, że nie ma kra­iny pięk­niej­szej niż Balin­feil wio­sną. Roz­le­głe łąki drze­mały spo­wite deli­katną, różową mgiełką drzew owo­co­wych. Wkrótce znowu ujrzymy pro­ste linie bia­łych domów z ich stoż­ko­wa­tymi dachami oraz tłu­ste, oswo­jone piż­mowce przy­wią­zane do pło­tów. Piękne, upo­rząd­ko­wane pola roz­dzie­lały sze­regi sło­necz­ni­ków, a domy wie­śnia­ków nie­mal zawsze gęsto ota­czały ciem­no­ró­żowe krzaki aimili. A do tego zapach, oso­bliwy i świeży, przy­no­szony przez gór­skie wia­try oraz dziwna, wszech­obecna cisza.

To wła­śnie, bar­dziej niż cokol­wiek innego, było dowo­dem na to, że jeste­śmy na miej­scu. Budząc się nocą w obcym łóżku w przy­droż­nej gospo­dzie, uświa­da­mia­łam sobie, że choć okno jest otwarte, świat śpi tak mocno, że nie sły­chać nawet naj­cich­szych dźwię­ków. Ni­gdzie nie szcze­kały psy, żaden pobrzę­ku­jący uprzężą goniec, który wyko­ny­wał pilne zada­nie, nie pędził trak­tem. Nawet mate­rac, mocno wypchany gęsim pie­rzem, nie chrzę­ścił pode mną, jak pełne liści i słomy mate­race w Keste­nyi. Na ganku nie było też noc­nych straż­ni­ków gra­ją­cych w kiba. Jestem w Balin­feil, pomy­śla­łam. Przez długi czas była to przy­jemna myśl, jak myśl o przy­go­dzie. Ozna­czała, że będę się bawiła z kuzy­nami, jadła honi­tha, oglą­dała przed­sta­wie­nia kukieł­kowe i śmiała się, patrząc na wuj­ków tań­czą­cych klu­gha. A także jeź­dziła na głu­piej, tłu­stej Mer­cie, którą lubi­łam trak­to­wać z pogardą, zapew­nia­jąc sta­jen­nych, że nie można jej nawet porów­ny­wać z Nushą. I będę pozwa­lała, by Hauth, pomoc­nik kucha­rza, stra­szył mnie opo­wie­ściami o Bil­bilu, który wyła­ził nocą z kominka, żeby pso­cić. Ale spę­dzi­łam tu już nie­jedno lato i kiedy nocą budziła mnie cisza, nie czu­łam się pod­eks­cy­to­wana, lecz przy­gnę­biona. Aha, jestem w Balin­feil, myśla­łam przy­tło­czona ciszą panu­jącą w gospo­dzie, na dro­gach oraz w pogrą­żo­nej w mroku oko­licy.

Nawet w gospo­dach, gdzie wcze­snym ran­kiem budziło nas ostre, dźwięczne bicie w dzwony, a pościel oraz obrusy lśniły zdu­mie­wa­jącą bielą, nawet w nich wyczu­wa­łam aurę czuj­no­ści i dez­apro­baty, typową dla domu naszej babci, dla naszego domu, Falu­idhen. W rezy­den­cji były osiem­dzie­siąt dwa pokoje, a naj­waż­niej­sze z nich na nainij­ską modłę nosiły nazwy kolo­rów. Pokój srebrny, liliowy i szary. I pokój nie­bie­ski, w któ­rym umarł wujek Brola, na­dal poro­zu­mie­wa­jący się z żyją­cymi w ten spo­sób, że zamy­kał gwał­tow­nie okien­nice, gdy tylko padał deszcz. Jeśli było to moż­liwe, okna poko­jów wycho­dziły na połu­dnie. Pół­nocną stronę zamknięto, by zapew­nić osłonę przed let­nim pyłem oraz okrut­nymi zimo­wymi wichrami. Prze­trwała tam posępna altana z brzóz, cypry­sów oraz śliw zimo­wych. Było tam też stare, żela­zne krze­sło, na któ­rym zwykł sia­dać dzia­dek. Ufor­mo­wano je na podo­bień­stwo smo­ków, psów, kró­li­ków oraz dziw­niej­szych stwo­rzeń - lwów z kozimi gło­wami oraz skrzy­dla­tych del­fi­nów. Stało samot­nie pod drze­wami, w nie­wiel­kiej odle­gło­ści od domu, pokryte kurzem i zeschłymi liśćmi. Siski prze­cie­rała je rąb­kiem spód­nicy. Obok stał stary pie­cyk kok­sowy, przy któ­rym dzia­dek grzał się w zimo­wych mie­sią­cach. Kie­dyś roz­pa­li­li­śmy tam ogni­sko, żeby piec orze­chy. Dasya opa­rzył się w ramię i Siski dmu­chała na bolące miej­sce, by je ostu­dzić. Nasz kuzyn nic nikomu nie powie­dział, ale przez całą kola­cję był bar­dzo blady, sie­dział sztywno i nie odzy­wał się ani sło­wem, jedząc lewą ręką. Następ­nego dnia stary pie­cyk był czar­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek przed­tem, jakby ni­gdy dotąd go nie uży­wano.

- Na pewno jest prze­klęty - stwier­dziła Siski.

Dasya dodał, że jeśli to prawda, to tym lepiej, i poszli­śmy w to dziwne miej­sce w pół­noc­nej czę­ści posia­dło­ści, by bawić się w Dre­vedi. Wie­dzie­li­śmy, że nikt nie będzie nas szu­kał w alta­nie dziadka po pecho­wej stro­nie domu. Siski sie­działa na krze­śle, była Oline, Dre­vedą z Dolo­messe. Dasya zawsze był Dre­ve­dem z Ama­fe­inu. Ze mnie zwy­kle robił żoł­nie­rza, chłopa albo nie­for­tun­nego króla, by móc raz po raz pod­da­wać mnie egze­ku­cji mię­dzy drze­wami.

Potem wra­ca­li­śmy do domu i szli­śmy do pokoju srebr­nego, gdzie sie­dzieli doro­śli, pro­wa­dzący ciche roz­mowy w gru­pach. Ich krze­sła i kanapy wyda­wały się nam bar­dzo odle­głe w bla­sku lamp.

- Dzieci są okrop­nie nie­spo­kojne - skar­żyła się bab­cia.

Cza­sami wszy­scy czuli się nie­spo­kojni albo pogoda była upalna i wszy­scy wybie­ra­li­śmy się na wie­czorny spa­cer po posia­dło­ści. Cho­dzi­li­śmy wzdłuż rząd­ków kwia­tów albo pod ścia­nami poro­śnię­tymi ciem­nym blusz­czem o gorz­kim zapa­chu bądź ale­jami drzew limon­ko­wych. Wszy­scy dotrzy­my­wali kroku babci. W wie­czor­nej ciszy uno­siły się głosy.

- Dla­czego nie masz tu psów? - pytał odwie­dza­jący ją sąsiad.

- Dla­tego że nikt nas nie oblega, mój drogi chłop­cze - odpo­wia­dała bab­cia.

Potem odwra­ca­li­śmy się i dostrze­ga­li­śmy w mroku świa­tła Falu­idhen. Kie­ru­jąc się węchem, znaj­do­wa­łam suk­nię matki, doty­ka­łam baweł­nia­nej tka­niny i wyszu­ki­wa­łam jej dłoń.

- Czy to ty, kocha­nie? - szep­tała, ści­ska­jąc moje palce. - Chodź razem z mamą.

***

Potem pomy­śla­łam o Dasyi, gdy już wyda­wało się, że ni­gdy nie będę w sta­nie pomy­śleć o niczym innym. Moja pierw­sza myśl brzmiała: jak bar­dzo zmę­czone mam ramiona! Ucie­szy­łam się, że miecz wysu­nął mi się z dłoni i spo­czywa gdzieś daleko w śniegu. Tak jest, przy­jem­nie było leżeć w ośle­pia­ją­cej bieli, z rękami spo­czywającymi bez­wład­nie wzdłuż boków. Moi towa­rzy­sze uspo­ko­ili się nagle, roz­ma­wiali ze sobą cicho, jakby nie chcieli mi prze­szka­dzać. Mie­cze ude­rzały o sie­bie z meta­licz­nym brzę­kiem, jakby na sąsied­nim podwórku dzieci grały w daka­vei. Rześ­kie powie­trze roz­pie­rało moje płuca. Nagle poja­wił się przede mną Bro­gyar, zasła­nia­jąc jasne słońce. Po chwili, gdy jego twarz stała się wyraź­niej­sza, pozna­łam jego opa­da­jącą powiekę i usta pełne zepsu­tych zębów. A jed­nak go nie zabi­łam. Oddy­chał ochry­ple, a ten dźwięk mnie eks­cy­to­wał. Był już bli­sko, bar­dzo bli­sko. Włosy wysu­wa­jące mu się spod czapki były zupeł­nie bez­barwne, poza koniusz­kami lśnią­cymi w pro­mie­niach słońca. Gdy roz­chy­lił płaszcz, zauwa­ży­łam żela­zne ćwieki na skó­rza­nej kami­zeli, a kiedy uniósł ręce - rów­nież pozła­cany pas. Potem opu­ścił ręce i nad­szedł ból. To był ból, o któ­rym sły­sza­łam. W końcu nad­szedł. To była reszta bólu, na który cze­ka­łam po tym, jak już spa­dłam z konia albo ude­rzył mnie któ­ryś z instruk­to­rów. Po pro­stu cze­kał na mnie, a teraz wyszedł zza zasłony, spo­wity w maje­stat niczym ciało boga. Gdy znowu mogłam oddy­chać, otwo­rzy­łam oczy i zoba­czy­łam Bro­gyara za zasłoną świa­tła. Uśmie­chał się do mnie i wie­dzia­łam, że jego uśmiech jest uśmie­chem gór. W jego oczach poja­wił się błysk. Przy­gry­zał wargę onie­miały z rado­ści.

Wkrótce się roze­śmieje, jak śmia­li­śmy się, gdy byli­śmy dziećmi, na wewnętrz­nym dzie­dzińcu szkoły, kiedy unie­siono drzwi i poja­wiły się świ­nie o gład­kich grzbie­tach i pod­ska­ku­ją­cych uszach. Mijały nas w bla­sku pochodni, a my drże­li­śmy z napię­cia, ści­ska­jąc w dło­niach nagie mie­cze.

- Świ­nia krzy­czy tak samo jak czło­wiek - poin­for­mo­wał nas po połu­dniu instruk­tor Gobries. - A jej ciało rów­nież jest podobne do ludz­kiego.

Cię­li­śmy je nie­zgrab­nie w oczy i w kości­ste głowy. Świ­nie zakwi­czały prze­raź­li­wie i popły­nęła krew. Po chwili zaczę­li­śmy się śmiać. Jakiś wysoki chło­pak pośli­znął się na krwi i upadł. Vars miał na policzku ślad czar­nej posoki. Spoj­rze­li­śmy sobie w oczy i aż przy­kuc­nę­li­śmy z nie­wia­ry­god­nego śmie­chu, pod­czas gdy nie­ziem­ski wrzask cier­pie­nia wzbi­jał się pod nie­bo­skłon. Poty­ka­li­śmy się o ciała, śli­zga­li­śmy się, ści­ga­li­śmy ostat­nie nie­do­bitki. Wtedy wła­śnie pomy­śla­łam: radość jest jedną z tajem­nic wojny. A teraz, gdy zoba­czy­łam unie­sie­nie na twa­rzy Bro­gy­ara, myśl, która prze­mknęła mi przez głowę, brzmiała: zabije mnie. To śmierć.

A jeśli to była śmierć, czemu nie mia­ła­bym pomy­śleć o tań­cze­niu w avli, o pier­ścionku matki, o mleku, o wujku Vedzie? Ale przy­cho­dziło mi do głowy tylko jedno i to nie była myśl pełna rado­ści, lecz żalu; żalu tak doj­mu­ją­cego, że oczy znie­nacka zaszły mi łzami. Przy­po­mnia­łam sobie obóz nad Firdą, pod koniec jesieni, gdy gęsi czarne kre­śliły dłu­gie łuki na nie­bie. Z pół­nocy przy­był wiatr, przy­no­sząc ze sobą wcze­sny śnieg, a powierzch­nię rzeki pokryły suche liście. Wybra­łam się sama mię­dzy wzgó­rza. Jadąc kamie­ni­stymi ścież­kami, sły­sza­łam, jak wiatr śpiewa w suchych tra­wach i tak koły­sze małymi dębami, że żołę­dzie sypią się na zie­mię. Na gra­niach ster­czało kilka uschnię­tych jastrzę­bich jabłoni. Samotna i szczę­śliwa dotar­łam aż do miej­sca, gdzie trawę pokry­wał śnieg. Prze­pro­wa­dzi­łam konia ska­li­stymi przej­ściami, roz­bi­łam obóz pod drze­wami i roz­pa­li­łam ogni­sko, na któ­rym goto­wa­łam fasolę. Popi­łam ją gorz­kim gaiskiem z bukłaka. Sie­dząc przy ogniu, wyję­łam list z kie­szeni płasz­cza i zaczę­łam go czy­tać, pod­czas gdy sosny skrzy­piały na wie­trze. Pośpiesz się, jeśli to tylko moż­liwe, bo muszę ci opo­wie­dzieć o wielu spra­wach, o któ­rych nie mogę pisać ani roz­ma­wiać tam, gdzie usły­szą mnie inni... Syl­wetki gór­skich szczy­tów ostro ryso­wały się na tle ciem­no­nie­bie­skiego nieba. Ponury zmierzch zapo­wia­dał, że z pół­nocy nad­ciąga gwał­towna śnie­życa. Jecha­łam pod górę, owi­nięta płasz­czem, gdy ujrza­łam pierw­szą ze zła­ma­nych kolumn, szarą syl­wetkę w pół­mroku.

Noz­drza wypeł­niła mi woń kamien­nych murów prze­siąk­nię­tych desz­czem. Usły­sza­łam gło­śny syk i woda lunęła mi na kap­tur i na twarz. Nie widzia­łam Dasyi od czte­rech lat. W szkole nie paliły się świa­tła. Doszłam do wnio­sku, że z pew­no­ścią roz­bili obóz dalej w wąwo­zie. Jed­nakże sta­rych kolumn świą­tyni doty­kała czer­wona łuna. Wje­cha­łam do środka przez łuko­watą bramę, poło­ży­łam kap­tur, kopyta zastu­kały o kamie­nie, klacz par­sk­nęła, zsu­nę­łam się z jej grzbietu. Dasya tam był.

Przy­wi­ta­li­śmy się szep­tem i uści­ska­li­śmy, a potem odsu­nę­li­śmy się i wle­pi­li­śmy w sie­bie wzrok. Wresz­cie się roze­śmiał i potrzą­snął mną. Ja rów­nież się śmia­łam.

- Tav - powie­dział. Na pod­ło­dze świą­tyni pło­nęło ogni­sko, a na kamien­nym stole stała butelka nainij­skiego wina.

- Vai, moje życie - dodał.

Wydo­ro­ślał i nabrał ciała. Poru­szał się z wielką ener­gią, jak atleta, jak żoł­nierz. Usiadł na stole, opie­ra­jąc nogi o ławkę, ści­snął butelkę mię­dzy kola­nami, by ją otwo­rzyć, a potem mi ją podał. Pocią­gnę­łam łyk.

- A więc żyjesz - zwró­cił się do mnie.

Nie prze­sta­wał się śmiać i pomy­śla­łam, że wygląda bar­dzo dum­nie i rado­śnie w swej szkar­łat­nej blu­zie obszy­tej zło­tem. Zawsze swo­bod­nie nosił piękne stroje, nie dba­jąc o wino ska­pu­jące na cenny, feiriń­ski aksa­mit. Ponow­nie podał mi butelkę. Od ognia pły­nęło cie­pło, a z mojego płasz­cza buchała para. Roz­ma­wia­li­śmy o woj­nie, o naszych puł­kach i o ponie­sio­nych stra­tach. Wtedy wła­śnie z szy­der­czym uśmiesz­kiem opo­wie­dział mi o tańcu gór. Jego śmiech nabrał bru­tal­nych tonów, nio­sąc się echem po mrocz­nej kom­na­cie. Był w Genie, gdy cały pułk świe­żych rekru­tów zgi­nął w śnież­nej zamieci pod Prze­łę­czą Miveri.

- Połknęli śnieg - stwier­dził, macha­jąc ręką. - Po pro­stu się poło­żyli i pozwo­lili, żeby ich zasy­pał. Leżeli w rzę­dach jak kuku­ry­dza...

Wymie­nia­li­śmy się gory­czą nagro­ma­dzoną w ciągu lat spę­dzo­nych w Lele­vai. Dasya wyli­czał błędy popeł­nione przez wujka Gishasa i księ­cia Ruafa.

- Durni starcy - mówił. - Chcą prze­cią­gnąć wojnę, bo znu­dziło ich życie w domu i mają mnó­stwo dłu­gów.

Nie roz­ma­wia­li­śmy o prze­szło­ści, która wyda­wała się teraz bar­dzo odle­gła, a jedy­nie o przy­szło­ści. W bla­sku ognia widzia­łam jego dziwną bla­dość, głę­boko zamy­ślone oczy.

- Tyle śmierci - wyszep­tał. - To było tak, jak­by­śmy ich poże­rali. Tych ludzi. Jakby Olon­dria nie mogła prze­stać żreć.

Sie­dzie­li­śmy oparci o ścianę. Butelka poto­czyła się po pła­skich kamie­niach. Się­gnę­łam pod kurtkę po skó­rzany bukłak i napi­łam się. Gaisk był mocny, miał posmak zdep­ta­nej trawy i uwol­nił mnie od aury nie­pew­no­ści. Popa­trzy­łam na pło­mie­nie ogni­ska, two­rzące w powie­trzu dłu­gie, gład­kie fale, pomy­śla­łam o tańcu gór, o tym, jak trwa od cza­sów, gdy czczono mleko, i raz po raz powta­rzają się w nim te same kroki. Całe poko­le­nia leżące w rzę­dach jak kuku­ry­dza. Z nagłym ukłu­ciem w sercu po raz pierw­szy pomy­śla­łam o Olon­drii. Pomy­śla­łam o niej jak o żywym stwo­rze­niu, nie o miej­scu, które można odwie­dzić bądź w nim zamiesz­kać, lecz o ogrom­nym jeste­stwie, które rośnie, oddy­cha i je. O Falu­idhen w lecie, wszyst­kich tych poko­jach peł­nych próż­nych luk­su­sów, a potem o Keste­nyi, o namio­tach fere­dhai, roz­bi­tych na zie­miach wujka Vedy. O spo­co­nym z furii wujku Vedzie, który krzy­czał:

- Nazwij­cie mnie zdrajcą Olon­drii, jeśli chce­cie, ale ci ludzie nie mają dokąd pójść. Po pro­stu nie mają. Wygna­li­śmy ich na bez­wodne pust­ko­wia. To zbrod­nia i Olon­dria musi za nią odpo­wie­dzieć.

- Olon­dria musi odpo­wie­dzieć - powtó­rzy­łam za nim.

Pod­eks­cy­to­wany Dasya zwró­cił się w moją stronę.

- Tak. Rozu­miesz to i nie boisz się.

Bałam się. Nie prze­sta­wa­łam się śmiać i ręce mi drżały, bo zna­łam moż­li­wo­ści jego umy­słu i wie­dzia­łam, że gdy dotknie go ogień, zaczyna się palić jak smo­cze trze­wia, usły­sza­łam swój głos, na wpół prze­ra­żona wła­snymi sło­wami:

- Dla­czego mie­li­by­śmy umie­rać za te wzgó­rza, kiedy mogli­by­śmy zgi­nąć za nie­pod­le­głą Keste­nyę?

Wypo­wie­dzia­łam te słowa po keste­nij­sku: Keste­nya Rukeb­nar. Zaka­zane słowa. Dasya pobladł, a potem się zaru­mie­nił. Uścisk jego dłoni na moim ramie­niu parzył niczym ogień. Leżąc w zaspie, gdy topór ponow­nie roz­bły­snął w bla­sku słońca, zapła­ka­łam, ponie­waż utra­ci­łam szansę takiej śmierci. Oka­zało się, że jed­nak zginę w górach, poćwiar­to­wana w śniegu. Zginę śmier­cią świni. Uświa­do­mi­łam sobie, że wio­sną zamie­rza­łam opu­ścić armię, ale nie wie­dzia­łam o tym, dopóki nie zawisł nade mną topór. Plan stwo­rzył się sam w mroku mojego umy­słu i dopiero teraz ujrzał świa­tło dzienne. Dostrze­głam go i zapła­ka­łam. Chcia­łam wró­cić do Ashenlo, a potem poje­chać na rów­niny. A teraz wykrwa­wię się w śniegu. Cała Keste­nya roz­ja­rzyła się przed moimi oczami, pokry­wa­jąc nie­bie­sko­szare niebo. Pusty­nia była jak pro­mie­nie słońca roz­bły­sku­jące mię­dzy chmu­rami. Topór wbił się w moje udo w tej samej chwili, gdy Bro­gyar padł na zie­mię, prze­szyty strza­łami, ale ból nie zama­zał pro­mien­nego widoku. Na­dal mam go przed oczami - świe­tli­ste góry w innej kra­inie i inną wojnę.

2. Lojal­ność jak naszyj­nik z umar­łych gwiazd

2.

Lojal­ność jak naszyj­nik z umar­łych gwiazd

Wojow­niczka będzie się co dzień budziła z wie­dzą o cze­ka­ją­cej ją śmierci. Ta śmierć jest uczciwą monetą, za którą trzeba nabyć coś war­to­ścio­wego.

Powia­dają, że miecz jest uczciw­szy niż strzała, bo sta­nowi prze­dłu­że­nie ciała i walka z jego uży­ciem przy­po­mina taniec. Powia­dają, że miecz staje się duszą tego, kto nim włada. Thul Here­tyk wie­rzył tylko w swoje ciało, ponie­waż widział je odbite we wła­snym mie­czu. W świą­tyni Tola znają powie­dze­nie: "O Nazna­czony Bli­znami Boże, który na wieki odsze­dłeś na łowy, zosta­wi­łeś mi szpilkę ze swych wło­sów".

Według kapła­nów owa szpilka jest mie­czem.

Podobne wyobra­że­nia to poezja, a nie histo­ria. Miecz kale­czy i zabija. Jego esen­cją jest zło.

Wojow­niczka będzie trzy­mała zło w jed­nej ręce, a jeśli wal­czy nainij­skim mie­czem - w obu dło­niach. Roz­waż­cie zatem cel każ­dego ciosu. Maris Sza­chrajkę zapy­tano na łożu śmierci: "Co cię skło­niło do wystą­pie­nia prze­ciwko twemu kró­lowi?". Jej odpo­wiedź brzmiała: "Zapy­taj­cie kobiet Oulu­le­nów". To był lud znisz­czony przez armie króla Thula. Napi­sano, że "nawet ich imiona obró­ciły się w pył". Gdy wszy­scy męż­czyźni Oulu­le­nów pole­gli, za broń chwy­ciły kobiety. Ostat­nia z nich zgi­nęła, wal­cząc broną.

Wojow­niczka nosi jej lojal­ność jak naszyj­nik z umar­łych gwiazd. Ich war­tość jest wieczna, mimo że już nie świecą.

Maris była zdra­dziec­kim gene­ra­łem, Gala­ron - bun­tow­niczką, Fał­szywa Hra­bina - roz­bój­niczką. Która z nich spo­czywa teraz na leżance świa­tła?

***

Kiedy owej desz­czo­wej wio­sny wró­ci­łam ze wzgórz ze zła­maną kością udową, ode­słali już więk­szość słu­żą­cych. Wschod­nie i pół­nocne skrzy­dło domu było zamknięte, a nie­uży­wane klu­cze wisiały w sze­regu w szafce matki. Nawet widziane przez okno karety, dom i jego oto­cze­nie spra­wiały wra­że­nie wyjąt­kowo samot­nych, jakby nie przy­był wycze­ki­wany gość. Wów­czas sądzi­łam, że ta ponura aura zro­dziła się z nie­zwy­kłego o tej porze roku desz­czu, ska­pu­ją­cego z gon­tów i nada­ją­cego pia­skowi na dzie­dzińcu ciem­niej­szą barwę.

Matka wyszła mnie przy­wi­tać. Miała chu­stę na gło­wie i śli­zgała się po bło­cie w fil­co­wych pan­to­fel­kach.

- Och, Ful­mio! - zawo­łała. - Przy­wio­złeś ją?

- Tak, suda­idi - odpo­wie­dział sługa. - Możemy ją pod­nieść we dwoje. Waży nie wię­cej niż kur­czątko.

- Nie bądź głupi - skar­ci­łam go. - Zawo­łaj Fodoka i Gastina.

Matka weszła do powozu, uklę­kła przy mnie i uca­ło­wała mnie w policzki oraz w czoło. Włosy miała roz­czo­chrane, a twarz mokrą od desz­czu albo od łez. Chciała mnie uści­skać, ale ponie­waż leża­łam, mogła tylko objąć moje ramiona.

- Tro­chę bli­żej! - zawo­łał Ful­mia.

Chu­sta matki zsu­nęła się jej z głowy i spa­dła mi na piersi. Kareta się prze­su­nęła, zbli­ża­jąc się do drzwi.

- Nie pró­buj­cie pod­no­sić mnie sami - ostrze­głam ich.

Włosy matki zasła­niały świa­tło, a gdy unio­sła dłoń do oczu, bla­dość, która była jej twa­rzą, poru­szyła się.

- Sły­sza­łeś, Ful­mio? - załkała. - Powie­działa, że nie możemy zro­bić tego sami. Musimy spro­wa­dzić Gastina. Zawo­łaj go, Ful­mio. Zawo­łaj Gastina.

Powóz się zatrzy­mał, drzwi się otwo­rzyły, a gdy wynie­śli mnie na zewnątrz, na moją twarz spa­dły kro­ple desz­czu. Zamru­ga­łam w zim­nym świe­tle dżdży­stego dnia.

Służba zgro­ma­dziła się przy drzwiach. Gdy nie­siono mnie przez dzie­dzi­niec, dzieci gapiły się na mnie, ssąc palce.

- Tylko mnie nie upuść­cie w błoto - zanie­po­ko­iłam się i wszy­scy się roze­śmiali.

Wnie­śli mnie przez nad­proże do cie­płego ama­de­shu. Jak zwy­kle wypeł­niał go deli­katny żółty blask, a powie­trze prze­sy­cała woń pie­czo­nych jabłek. Zamknę­łam oczy i pozwo­li­łam, by głowa opa­dła mi na koszulę Gastina, Sły­sza­łam jego oddech i czu­łam, jak opusz­cza mnie ostroż­nie. Poło­żyli mnie w kory­ta­rzu, gdzie było mniej świa­tła. Otwo­rzy­łam oczy.

- Nie tak szybko - ostrze­gła ich matka.

- Popatrz na swoje pan­to­felki! - zawo­łała Nenya. - I na wszyst­kie dywany.

Na końcu kory­ta­rza zoba­czy­łam ojca. Trzy­mał się bar­dzo pro­sto. Przy­sta­nął u pod­stawy scho­dów, w miej­scu, gdzie kory­tarz prze­cho­dził w oszklony ganek. Spo­glą­dał na mnie surowo z góry, trzy­ma­jąc w ręce fajkę. Gdy prze­cho­dzi­li­śmy obok, odwró­cił głowę i wymam­ro­tał coś pod nosem. Kiedy ruszy­li­śmy w górę po scho­dach, wycią­gnę­łam szyję i zoba­czy­łam jego lekko przy­gar­bione plecy oraz sza­lik na ramio­nach. Ojciec wra­cał już w szare świa­tło ganka.

***

Prze­le­ża­łam w tym pokoju całą wio­snę. Przy­no­sili mi posiłki na tacy. Na dwo­rze z drzew sypała się mleczna piana kwia­tów - różo­wych, a potem bia­łych. Sie­dzia­łam wsparta na podusz­kach i obser­wo­wa­łam zmiany zacho­dzące w widocz­nej przez okno czę­ści sadu. Kiedy padał deszcz, matka przy­cho­dziła, by czy­tać mi książki. Jej głos powstrzy­my­wał huk pio­ru­nów. Prze­czy­ta­ły­śmy Hodisa Samot­nika, Opo­wie­ści z bia­łej gałęzi i cały Romans o Doli­nie, a także sporo podob­nych histo­rii, wszyst­kie opo­wie­ści, któ­rych uwiel­bia­łam słu­chać w dzie­ciń­stwie. Matka szu­kała wciąż nowych ksią­żek w sta­rej biblio­tece Malino i od czasu do czasu wpa­dała do pokoju z rado­snym okrzy­kiem i wło­sami peł­nymi paję­czyn oraz kurzu, wyma­chu­jąc jakimś wolu­mi­nem, któ­rego skó­rzana oprawa pękła i zwi­sała w strzę­pach.

- Popatrz, kocha­łaś tę książkę!

W podob­nych chwi­lach tak bar­dzo przy­po­mi­nała mi Siski, że omal nie zry­wa­łam się z łóżka. Zaglą­dała ze śmie­chem do sypialni, wycie­ra­jąc wolu­min o spód­nicę. Pew­nego razu ojciec zawo­łał do niej z dołu:

- Fir­heio!

Kiedy odkrzyk­nęła, obie­cu­jąc, że będzie cicho, w jej oczach poja­wiły się bły­ski, takie same jak w oczach mojej sio­stry.

Pode­szła do łóżka i usia­dła przy mnie. Jej pan­to­felki stą­pały bez­gło­śnie po dywa­nie.

- Popatrz, pamię­tasz ją, prawda?

Książka otwo­rzyła się na obrazku przed­sta­wia­ją­cym mło­dego chło­paka imie­niem Isti­win, obser­wu­ją­cego Kró­lową Niedź­wie­dzi wycho­dzącą z wnę­trza wzgó­rza. Oczy miał zupeł­nie okrą­głe, a ręce uno­sił nad głowę z prze­ra­że­nia. U jego stóp przy­cup­nął dłu­go­uchy zając o złach­ma­nio­nej sier­ści - w dzie­ciń­stwie nazy­wa­li­śmy go Atsi.

- Nie czu­jesz się dobrze - stwier­dziła matka. Jej chłodna dłoń doty­kała mojego policzka, a twarz odbi­jała się w klo­szu lampy.

- Nic mi nie jest - zapew­ni­łam.

Popra­wiła spód­nicę - tę samą, którą nosiła sie­dem lat temu, uszytą z brą­zo­wego aksa­mitu. Złoty wzór na niej wyblakł już i tań­czące liście można było dostrzec tylko w bla­sku lampy pada­ją­cym na jej kolano.

- Co się stało z lasami? - zapy­ta­łam.

Zmarsz­czyła brwi i odwró­ciła stro­nicę, przy­gry­za­jąc wargę.

- Nie mówmy teraz o tym.

- Wiem, że je sprze­dał - nie ustę­po­wa­łam. - Wuj­kowi Fenyi.

Odwró­ciła kolejną kartę.

- Pro­szę, nie teraz. Lekarz mówił, że potrze­bu­jesz odpo­czynku.

Odwró­ci­łam głowę na poduszce i popa­trzy­łam na matkę. Na jej sze­roko otwarte, smutne oczy i na deli­katną skórę wokół nich, nazna­czoną nie­bie­ska­wymi cie­niami. Spró­bo­wała się uśmiech­nąć. Nie była już podobna do Siski. Tylko do sie­bie. Ponow­nie spoj­rzała na książkę, sta­ra­jąc się odna­leźć miej­sce, w któ­rym skoń­czyła czy­tać. Myśla­łam o niej przez wszyst­kie te lata, wyobra­ża­łam sobie, jak sie­dzi za sto­łem w swoim pokoju, skrzęt­nie pro­wa­dząc rachunki, ale wszystko prze­cieka jej mię­dzy pal­cami niczym pia­sek. Myśla­łam, że musi cza­sami opusz­czać w roz­pa­czy głowę, wspie­ra­jąc czoło o szkło na biurku, pod­czas gdy ja brnę­łam konno przez śnieg i raz po raz zabi­ja­łam, przy­glą­da­jąc się, jak ludzie giną dla chwały Olon­drii. Wyda­wało mi się spra­wie­dliwe, że dom popadł w ruinę, a avlę zamknięto. Przy­po­mnia­łam sobie daw­niej­sze czasy, które zwa­li­śmy "nie­po­ko­jami", kiedy jecha­li­śmy przez most na Ounie, sły­sząc bun­tow­ni­czą pio­senkę: Znisz­czyć dom, pożar, pożar, pożar! Nie sądzę, byśmy wie­dzieli, że mają na myśli nasz dom. Śpie­wali po keste­nij­sku, a my byli­śmy Keste­nij­czy­kami. Dasya, Siski i ja. Sły­sząc głos matki, pomy­śla­łam jed­nak, iż by być Keste­nij­czy­kiem, nie wystar­czy odzie­dzi­czyć krew. Trzeba ją rów­nież prze­lać.

Zło­żyć ją w ofie­rze. Ale nie wuj­kowi Fenyi, który dzia­łał w imie­niu ciotki Mar­dith i wyko­ny­wał jej roz­kazy, zmie­nia­jąc nasze cenne lasy w zawar­tość jej skarbca. Mia­łam ochotę krzy­czeć: "Nie widzisz, że zmie­niamy panów? Latho­wie wła­dali Keste­nyą dzięki mie­czom, a wła­dza Nainij­czy­ków będzie się opie­rała na zło­cie". Nie mogłam jed­nak tego powie­dzieć. Ashenlo było całym życiem dla mojej matki. To była jej praca - zna­leźć pie­nią­dze na zapłatę dla pastusz­ków i naprawę karety, zdo­być porządne ubra­nia dla Siski, dla mnie i dla ojca, sprze­dać wszystko, by zapła­cić za bolmę, którą spro­wa­dzał z połu­dnia. A on przez cały czas sie­dział sobie jak król na swym oszklo­nym ganku. Był praw­dzi­wym synem zdrajcy, dzie­dzi­cem mojego dziadka, który pod­pi­sał trak­tat tevla­ski. Gdy o tym myśla­łam, ogar­niała mnie wście­kłość. Mia­łam ochotę wyczoł­gać się z łóżka, zesko­czyć ze scho­dów i rzu­cić mu oskar­że­nie pro­sto w oczy. "To ty! Ty popar­łeś zdradę, któ­rej dopu­ścił się mój dzia­dek, ten obmier­zły trak­tat, pozba­wia­jący Keste­nyę wszel­kich szans na nie­pod­le­głość. A teraz sprze­da­jesz Ashenlo Nainij­czy­kom, żeby móc napy­chać się bolmą". Obró­ci­łam się w łóżku i matka dotknęła mojego czoła.

- Jesteś cie­pła - stwier­dziła.

Jej dłoń była deli­katna jak gaza. Zamknę­łam oczy, przy­po­mnia­łam sobie, jak dawno temu poje­cha­ły­śmy zimą do lasu. Matka skar­żyła się, że służba musiała bar­dzo się napra­co­wać, żeby oczy­ścić drogę.

- Och, nie trzeba było tego robić! - zawo­łała.

- Naj­pierw narze­kasz, że nic nie robię dla dzieci, a kiedy już coś zro­bię, też jesteś nie­za­do­wo­lona - skwi­to­wał ojciec.

- Nie cho­dzi mi o to, żeby narze­kać.

Poło­żyła rękę na jego ramie­niu, ale on ją strą­cił i odwró­cił się nagle.

- Kto widzi Śnieżne Konie?! - zawo­łał. - Kto już je zoba­czył?

Tło­czy­li­śmy się przy oknach wozu, by gapić się na nie­ru­chomy, pokryty śnie­giem las. Cie­nie drzew prze­su­wały się po nas, jak­by­śmy mijali kraty, a same drzewa two­rzyły łuki nad drogą bądź nik­nęły w głę­bo­kich, ciem­no­nie­bie­skich kory­ta­rzach nocy niczym war­tow­nicy. Koń­skie kopyta wzbi­jały w górę śnieżny pył, a pojazd pod­ska­ki­wał na dro­dze. W wozie jadą­cym za nami męż­czyźni śpie­wali, a mała, czer­wona lampa koły­sała się w mroku.

- Jedź­cie dalej! - zawo­łał ojciec. Nie­które dzieci bawiły się w sło­mie i mun Kara­lei bała się, że opa­rzą się o roz­grzane cegły.

- Ona syczy jak gąsior - poskar­żyła się Siski.

Sta­li­śmy bli­sko sie­bie, oto­czeni wonią swych płasz­czy, i wypa­try­wa­li­śmy w bla­sku księ­życa śla­dów nie­zwy­kłych kopyt. Kiedy zaprzęg zawró­cił, wóz ugrzązł i wszy­scy musieli wysiąść. Wujek Veda niósł Siski na barana.

- No dalej, Meisye, cią­gnij! - wołała, wyma­chu­jąc z eks­cy­ta­cją chu­dymi nogami poły­sku­ją­cymi w sno­pie księ­ży­co­wego bla­sku.

- Pro­szę, nie sta­wiaj jej na ziemi - ode­zwała się matka. - Poń­czo­chy jej prze­mokną i się prze­ziębi.

- Wcze­piła się we mnie jak krab, moja droga - uspo­koił ją wujek Veda.

Gdy służba szar­pała się z wozem, ja siło­wa­łam się z Dasyą w śniegu, ude­rzy­łam się w twarz i zaczę­łam krwa­wić. Pod­czas podróży powrot­nej do domu zasnę­łam i śnieg, z któ­rego zro­bili okład, spły­nął mi po policzku i wsiąk­nął w koł­nie­rzyk. Obu­dzi­łam się pół­przy­tomna, gdy dotar­li­śmy do domu. Mia­łam wra­że­nie, że świa­tła domu są tak wysoko, jakby okna otwie­rały się na gwiazdy.

- Popatrz w górę - ode­zwa­łam się.

- Tak, kocha­nie - odparła matka, ale to ojciec wziął mnie na ręce i zaniósł na pię­tro.

- Uwa­żaj, jak się z nią bawisz - powie­dział do Dasyi. - To tylko dziew­czynka.

- Całe akry drzew - stwier­dził wujek Fenya. - To mil­cząca for­tuna. Gra­tu­luję ci.

Lustra lśniły w bla­sku ognia.

***

Póź­nym latem obu­dziły mnie nocą nagły łoskot i brzęk dobie­ga­jące od strony scho­dów. Mogło to ozna­czać tylko jedno. Wró­ciła Siski.

- Nie śpię! - zawo­ła­łam.

- Zoba­czysz! - odkrzyk­nęła.

Wpa­dła do pokoju i cisnęła walizkę w kąt. Potem uklę­kła przy łóżku, poło­żyła głowę na moich pier­siach i zarzu­ciła mi ręce na szyję, nie zdjąw­szy czar­nego, obci­słego płasz­cza.

- Och, to ja, to ja - zapew­niała. - Nie spo­dzie­wa­łaś się, że przy­jadę, ale przy­je­cha­łam. Na pewno dotar­łam tu szyb­ciej niż list. Przy­je­cha­łam aż z Nauve bez jed­nego postoju. Spa­li­śmy w kare­cie.

Nenya przy­nio­sła świecę i zapa­liła lampę.

- Nie powin­naś zakłó­cać spo­koju cho­rej - poskar­żyła się.

Świa­tło się zapa­liło, odsła­nia­jąc pobla­dłe, wyostrzone rysy mojej sio­stry.

- Nie patrz na mnie. Wyglą­dam jak śmierć - powie­działa Siski, odgar­nia­jąc włosy za ucho. Płaszcz miała zaku­rzony, jeden z guzi­ków zwi­sał luźno na nitce. - Przy­je­cha­łam tak szybko, że mam zupeł­nie nie­od­po­wied­nie ubra­nia. Tu jest cie­pło, prawda? Och, Taviye, znowu jeste­śmy w domu. To będzie cudowne!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki