ROZDZIAŁ 3
Maria
Wiktor poszedł wziąć prysznic, ja natomiast zabrałam się za przygotowywanie kawy oraz śniadania. Serce waliło mi jak potłuczone, a radość mieszała się z panicznym strachem. Chciałam znać przeszłość męża, naprawdę chciałam wiedzieć, co go spotkało, jednak bałam się, że to wszystko, ta cała historia za bardzo mnie przytłoczy. Dodatkowo ja także skrywałam tajemnicę, której chyba nigdy nie będę w stanie mu wyjawić.
Zalałam kawę wrzątkiem, po czym zaczęłam smarować masłem kawałek chleba. W mojej głowie toczyła się istna bitwa myśli. Nadal nie byłam pewna, czy dobrze zrobiłam, zmuszając Wiktora do przyjazdu. Powiedziałam mu, że mi zależy, i to była prawda. Czy jednak była jeszcze szansa na to, by stworzyć coś w miarę normalnego i trwałego? Czy mogliśmy żyć razem, w zgodzie, bez krzywdzenia siebie nawzajem? I czy Wiktor potrafiłby poczuć do mnie coś, co byłoby chociaż namiastką miłości, jaką darzy Zuzannę?
Naprawdę się bałam. Z każdą mijającą minutą moje serce ogarniał przeogromny strach. Nie miałam żadnej pewności, że gdy w końcu poznam przeszłość hrabiego, zrozumiem, iż on nigdy mnie nie pokocha, bo swoje serce oddał byłej narzeczonej. Jeżeli moje obawy się sprawdzą, będę zdana na życie u boku faceta, który nigdy nie spojrzy na mnie jak na swoją żonę.
Dłonie mi się zatrzęsły tak bardzo, że prawie upuściłam talerze. Brzdęk odstawianych w pośpiechu naczyń rozniósł się po całym mieszkaniu, a ja zmuszona byłam oprzeć wyprostowane ręce o blat, by jakoś uspokoić skołatane nerwy.
- Zostaw to, Mario - usłyszałam za plecami i drgnęłam nerwowo.
Zerknęłam do tyłu. Wiktor, wykąpany, odświeżony i przebrany, stał w progu kuchni, obserwując mnie badawczo. Spojrzał znacząco na talerze, potem znów na mnie, a z jego miny wywnioskowałam, że stał tam znacznie dłużej, niż przypuszczałam.
- Powinieneś coś zjeść - odpowiedziałam, chwytając w dłoń nóż. - Przebyłeś długą drogę.
Nie musiałam zerkać za siebie, by wiedzieć, że się do mnie zbliżył. Najpierw poczułam zapach żelu pod prysznic, wymieszany z wonią perfum, a następnie jego dłoń delikatnie wyjęła mi z ręki nóż. Odłożył go na blat i odsunął deskę do krojenia, na której nadal spoczywały trzy kromki chleba.
- Chodź - powiedział, pociągając mnie lekko za łokieć.
- Dokąd idziemy? - zapytałam, gdy zaciągnął mnie do przedpokoju i rzucił w moją stronę kurtkę.
- Gdzieś, gdzie nie ma ścian - mruknął. - Ściany mają uszy.
Zrozumiałam. Nie chodziło o żadne ściany, tylko o Lusię, która mogła w każdej chwili wyjść z pokoju i usłyszeć, o czym rozmawiamy. Wiktor nadal nie chciał, by jego przeszłość ujrzała światło dzienne, jednak mimo to zdecydował się mi o niej opowiedzieć. Czy to mogło oznaczać, że on również pragnął czegoś na kształt normalności? Czy gdybym była mu całkowicie obojętna, wychodzilibyśmy z bloku na chłodny poranek i szukalibyśmy odpowiedniego miejsca do porozmawiania? Nie znałam odpowiedzi na te pytania. Wiedziałam jedynie, że jeżeli naprawdę usłyszę zaraz historię hrabiego, cała nasza relacja zmieni się już na zawsze. Nie byłam jedynie pewna tego, czy nasze kontakty zaczną biec dobrymi torami, czy wręcz przeciwnie, zniszczą nas doszczętnie.
Chłodny wiatr uderzył w nasze twarze, gdy tylko wyszliśmy z klatki. Dochodziła godzina szósta i całe miasto budziło się do życia. Ludzie wychodzili z domów, wsiadali do aut i jechali do pracy lub po świeże pieczywo. Nieliczni spacerowali ze swoimi pupilami, szczelnie opatuleni płaszczami, kurtkami oraz szalami, a niektóre matki szybko pędziły do swoich samochodów, z dziećmi na rękach, by jak najszybciej zawieźć pociechy do niani lub do przedszkola.
Wiktor szedł obok mnie, z rękoma ukrytymi w kieszeniach czarnej bluzy, i rozglądał się z obojętnością. Minęliśmy parking oraz samochód mojego męża, przeszliśmy przez ulicę, a następnie skręciliśmy w lewo, w drogę prowadzącą nad pobliskie jezioro. O tej porze dnia oraz roku nad wodą bywało niewielu ludzi. Od czasu do czasu mijały nas jakieś osoby, które poranki uwielbiają spędzać na joggingu, raz minęliśmy staruszkę z dużym owczarkiem niemieckim na smyczy, a później jakiś bezpański kot prychnął złowrogo zza krzaków. Im dalej szliśmy, tym mniej spotykaliśmy osób, aż w końcu zostaliśmy tylko my dwoje, wąska leśna dróżka, drzewa i zapach jeziora znajdującego się nieopodal.
- Co chciałabyś wiedzieć? - odezwał się Wiktor.
Nadal szedł, zapatrzony przed siebie, jakby w głowie układał sobie wszystko, co zaraz powinno wypłynąć z jego ust.
- Wszystko - odpowiedziałam cicho.
Wziął głębszy oddech. Milczał przez chwilę, widocznie zastanawiając się, jak ubrać swoją historię w słowa, a potem powiedział:
- Zuzanna i ja mieliśmy się pobrać latem. Moja mama była podekscytowana, ojciec również wyglądał na zadowolonego.
Zacisnęłam dłonie w pięści i ukryłam je w kieszeniach kurtki. Nie sądziłam, że zacznie opowieść akurat od Zuzanny, ale przecież kiedyś i tak musiałam poznać tę historię.
- Do ślubu nie doszło, prawda? - odważyłam się zapytać, a potem spojrzałam na Wiktora.
Wydawał się przygnębiony. Wspominanie tamtych chwil było trudne, a opowiadanie o tym jeszcze cięższe. Milczał tyle lat, tyle długich dni dusił w sobie cały ból, że teraz, wygłaszając to wszystko na głos, ranił siebie do żywego.
- Na kilka tygodni przed ślubem Zuza powiedziała, że ma innego. Wyznała mi, że nigdy nie chciała ślubu, nie zamierzała ze mną zostać. Byłem czymś na kształt niezobowiązującej zabawy. Rzuciła mi pierścionek pod nogi i po prostu odeszła. Do niego.
Poczułam łzy w oczach, jednak nie pozwoliłam im wypłynąć. Nigdy nie sądziłam, że Zuza mogła zranić Wiktora. Wszelkie wersje, jakie słyszałam, mówiły o ich wzajemnej miłości.
- Poszedłem wtedy za nią - kontynuował. - Nie mogłem sobie na to pozwolić, kochałem ją, a ona potraktowała mnie jak śmiecia. Chciałem z nią porozmawiać, przekonać, że jakoś możemy to ułożyć.
- I coś poszło nie tak - dopowiedziałam sama sobie. - Wasza rozmowa nie potoczyła się tak, jak tego oczekiwałeś?
Pokręcił głową. Zatrzymał się pod jednym z większych drzew i oparł się o nie plecami. Spojrzał na ziemię, jakby szukał tam jakiegoś wsparcia, a na jego twarzy widoczne było udręczenie.
- Nie rozmawiałem z nią. Nie poszła do domu, spotkała się z nim w lesie. Kiedy dotarłem na miejsce, kłócili się i to naprawdę ostro. W tamtej chwili tak bardzo jej nienawidziłem, że nawet nie zareagowałem, gdy ten skurwiel zaczął się do niej dobierać.
Przeszył mnie nieprzyjemny prąd.
- Co?!
Wiktor podniósł głowę i spojrzał wprost w moje oczy.
- Zuza miała jedną zasadę, chciała utrzymać dziewictwo do ślubu. A ja znałem jej kochanka, bardzo dobrze go znałem. Wiedziałem, że się nie powstrzyma, i widziałem, co z nią robi, jak ją gwałci. Nic z tym nie zrobiłem. Chciałem, by cierpiała tak bardzo jak ja, by zrozumiała, co mi zrobiła.
Cofnęłam się o krok z sercem bijącym jak oszalałe. Patrzyłam przerażona na Wiktora i modliłam się w duchu, żeby powiedział, że wymyślił tę historię, by mnie przerazić.
- Boże, Wiktor - jęknęłam. - Jak mogłeś?
- Jestem potworem, Mario. Bestią. Tak mnie nazywają, zapomniałaś?
- Przecież ją kochałeś! - zawołałam. - Jak mogłeś na to patrzeć?! Jak mogłeś nie zareagować?!
Nie odpowiedział, jednak z jego twarzy wyczytałam, że do dziś Wiktor wyrzyguje sobie swoją bierność. Nie mógł się pogodzić z tym, że przed laty nie zareagował, nie pomógł Zuzie i nie wyciągnął jej z rąk oprawcy.
- Po wszystkim on odszedł, a ja zaniosłem ją nieprzytomną do domu. Kiedy się ocknęła, oskarżyła o wszystko mnie. Jej miłość do tego sukinsyna była tak wielka, że była w stanie mu wybaczyć gwałt. On został z czystą kartą, mnie przypięto łatkę gwałciciela i sadysty.
Zasłoniłam uszy rękoma, nie mogąc znieść tej okrutnej prawdy. Z moich oczu płynęły łzy, a ścisk w żołądku był tak duży, że żółć podeszła mi do gardła. Miałam ochotę zwymiotować i to wprost pod nogi Wiktora.
- Nie mogę tego słuchać! - zawołałam. - Przestań! Przestań cokolwiek mówić!
Wiktor z prędkością światła znalazł się przy mnie i stanowczo chwycił moje nadgarstki. Odciągnął dłonie od moich uszu, a następnie chwycił twarz w ręce i zmusił, bym patrzyła wprost w jego przepełnione bólem oczy.
- Chciałaś prawdy, Mario - rzekł ostro. - Więc wysłuchasz mnie do końca.
- Nie chcę, rozumiesz?! Nie chcę!
Potrząsnął mną delikatnie.
- Czyżbyś się przeraziła, droga żono? - zapytał z dość upiornym uśmiechem. - Wysłuchasz mnie do końca, a potem mi powiesz, czy nadal chcesz ode mnie czułości.
- Zostaw mnie!
Spróbowałam się wyrwać, jednak trzymał mnie zbyt mocno. Przeniósł dłonie na moje ramiona i ścisnął boleśnie.
- Słuchaj mnie! - zagrzmiał. - Zuza miała siostrę bliźniaczkę, która mieszkała z jej matką za granicą. Nigdy jej nie widziałem. Mama Zuzy po narodzinach córek zabrała jedną z nich i uciekła do kochanka. Nie miałem o tym pojęcia, Zuza nigdy mi o tym nie wspominała. O wszystkim dowiedziałem się później, gdy dziewczyna przyszła do mnie.
Zamrugałam kilka razy. W oczach Wiktora pojawiły się łzy i dopiero teraz zrozumiałam, że najgorsze jeszcze przede mną. Ponownie spróbowałam się wyrwać, jednak mąż mi nie pozwolił. Kurczowo ściskał moje ramiona, żądając tym samym, bym wysłuchała tych potworności do końca.
- Kobieta, z którą miałem wziąć ślub, tak naprawdę nazywała się Marlena Pękaw. Od urodzenia mieszkała z ojcem, a gdy zacząłem się nią interesować, podała się za swoją siostrę, bo nigdy nie zamierzała traktować mnie poważnie. Miałem być przygodą i tyle. Marlena sądziła, że Zuza nigdy nie wróci do ojca, ale dziewczyna się pojawiła na kilka tygodni przed naszym ślubem. Była idealną kopią siostry, nie było między nimi żadnych różnic. Dlatego ani ja, ani kochanek Marleny nie rozpoznaliśmy, że dziewczyna w lesie nie jest tą, z którą obaj się spotykaliśmy.
Stałam nieruchomo, czując zimny pot na plecach. W mojej głowie samoistnie tworzyły się przeróżne okropne obrazy, a każdy kolejny był jeszcze gorszy od poprzedniego. Chciałam krzyczeć i wymiotować jednocześnie. Miałam ochotę odsunąć się od Wiktora tak daleko, jak to tylko możliwe.
- W lesie zgwałcono prawdziwą Zuzannę Pękaw. Siostrę bliźniaczkę mojej narzeczonej.
Z oczu Wiktora spłynęły łzy. Zwolnił uścisk, a następnie kucnął u moich stóp. Wsunął sobie palce we włosy, a szloch, jaki wydarł się z jego gardła, był jak najgorsze zło świata.
- Zuzanna przyszła do mnie i wszystko mi opowiedziała. O Marlenie i jej ojcu, który razem z nią odgrywał szopkę. Opowiedziała o lesie, o gwałcie oraz o tym, że widziała, jak się temu przyglądałem. Powiedziała, że zniszczyłem jej życie, wyrwałem serce i duszę. Wykrzyczała mi to wszystko prosto w twarz, a potem wyciągnęła broń i strzeliła sobie w głowę. W moim domu, na moich oczach. Popełniła samobójstwo.
Upadłam na kolana. Płakałam tak głośno, że nie słyszałam nawet śpiewu ptaków. Nie mogłam oddychać, a wymiociny dosłownie dusiły moje gardło. Ta historia była tak straszna, tak obrzydliwa, że nie mogłam tego znieść. Patrzyłam na męża, który płakał jak małe dziecko, i dopiero teraz zrozumiałam, jak bardzo musiał cierpieć przez te wszystkie lata. Trzymał w sobie tak straszną tajemnicę, tyle bólu, nienawiści, poczucia winy. Dźwigał to wszystko zupełnie sam, osamotniony i pozostawiony na pastwę własnych wyrzutów sumienia. Popadł w alkoholizm, stał się sadystą, tyranem i bezuczuciową Bestią. Dokonał strasznego czynu, pozwolił, by niewinna dziewczyna zapłaciła za grzechy zupełnie innej osoby. Dopuścił się bestialstwa na tak wielką skalę, że ludzie musieli go nazwać Bestią.
Wiktor usiadł na zimnej ziemi i po raz pierwszy od wielu lat pozwalał sobie na płacz w obecności innej osoby. Jego dłonie bezwładnie opadły na uda. Dawał upust wszystkim negatywnym emocjom, jakie siedziały w nim od lat. Wyrzucił z siebie demony, pozwolił, by opuściły jego ciało.
Trzęsłam się tak bardzo, że moje zęby głośno zgrzytały.
- Jesteś po-potworem - wyjąkałam przez płacz. - Potworem.
- Jestem - potwierdził. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak wielkim.
Zakręciło mi się w głowie. Chaos, jaki panował w moich myślach, był wręcz nie do opisania. Chciałam nienawidzić Wiktora, chciałam czuć, że wszystko, co go spotkało, spotkało go zasłużenie. Pragnęłam czuć do niego odrazę, obrzydzenie. Chciałam, by był jak robak, jak karaluch, którego brzydziłabym się na każdym kroku i w każdej sekundzie mojego życia. Zamiast tego nienawidziłam siebie.
Nienawidziłam siebie, bo mu współczułam.
Nie mogłam pojąć, dlaczego ja, zgwałcona kobieta, nie potrafię czuć odrazy do tego człowieka. Dlaczego nie mogę go nienawidzić, wyrzygać mu jego okropności prosto w twarz, dlaczego nie potrafię zażądać, by odszedł, by zniknął, by przestał istnieć? Żałowałam Zuzanny, byłam przerażona tym, co usłyszałam, ale mimo wszystko nie potrafiłam powiedzieć, że nie współczuję Wiktorowi. Dotychczas sądziłam, że jego sposób bycia wynika z samotności. Teraz wiem, że przez cały czas obwiniał się za to, co zrobił, a raczej czego nie zrobił. Nie pomógł Zuzannie, nie zareagował, stając się współwinnym gwałtu. Doprowadził do zniszczenia biednej dziewczyny, odebrał jej życie, zamordował, mimo tego, że to nie on pociągnął za spust. Był najgorszym z najgorszych, Bestią w ludzkiej skórze, a mimo to nie potrafiłam go nienawidzić.
Patrzyłam na męża, a on pierwszy raz unikał mojego wzroku. Nie mógł na mnie spojrzeć, pewnie bał się tego, co dostrzeże na mojej twarzy. Był sam tyle lat, tak długo trzymał to wszystko w sobie, że teraz, kiedy w końcu pozwolił sobie na zwierzenia, ogarnął go strach, że straci jedyną osobę, która mu pozostała. Bo nie miał już nikogo. Nie miał rodziców, nie miał przyjaciół, nie miał rodziny. Ja byłam ostatnią osobą, która jeszcze coś znaczyła w jego życiu. Niewiele, ale jednak.
Powoli przesunęłam się na kolanach w stronę Wiktora, a on nieznacznie drgnął. Tak bardzo chciałam go nienawidzić. Tak ogromnie. Ale nie umiałam. Drżącą ręką dotknęłam dłoni mężczyzny, lecz w ogóle nie zareagował. Po jego policzkach nadal płynęły łzy, a spojrzenie utkwił w ziemi, targany niewyobrażalnymi wyrzutami sumienia.
- Wiktor, spójrz na mnie - poprosiłam zachrypniętym głosem.
Nie zareagował. Przysunęłam się jeszcze bliżej i chwyciłam jego twarz w dłonie. Tym razem to ja zmusiłam męża, by patrzył mi prosto w oczy. Jego spojrzenie wypełnione bólem było jak noże wbijane w sam środek mojego serca. Przez chwilę wpatrywałam się w jego twarz, która wyrażała miliony uczuć jednocześnie, a potem wzięłam głębszy oddech.
- Wybaczam ci, Wiktorze - powiedziałam w końcu. - Wybaczam ci wszystko, co zrobiłeś lub czego nie zrobiłeś dla tej biednej dziewczyny. Uwalniam cię od tego bólu i tej tajemnicy, pozwalam ci wyrzucić to wszystko w przeszłość.
Pokręcił głową.
- Nie możesz - rzekł. - Nie możesz, rozumiesz? Muszę za to pokutować.
- Nie musisz. Już odpokutowałeś. Koniec z tym. Jesteś Bestią, Wiktor. Bestią, która mimo wszystko ma serce. Możesz zaprzeczać, możesz się ze mną spierać, ale nie pozwolę, byś zatracił siebie i zniszczył nasze małżeństwo.
Przesunęłam dłonie z twarzy męża na jego szyję, a następnie na kark. Mężczyzna patrzył na mnie wyraźnie zaskoczony. W niebieskich oczach czaiło się tyle strachu, że choćby nie wiem, jak się starał, nie byłby w stanie ukryć go za maską obojętności.
- Spróbuj mi zaufać, Wiktor - szepnęłam, przysuwając się tak blisko, jak to tylko było możliwe. Siedziałam teraz okrakiem na udach męża, a on niepewnie położył dłonie na moich biodrach. - Nie zostawię cię dlatego, że masz tak straszną przeszłość.
- Czasami się zastanawiam, czy jesteś aż tak odważna, czy aż tak głupia - odpowiedział prosto w moje usta. - Nie potrafię cię rozgryźć. Powinnaś uciekać.
- Nie chcę uciekać.
- Więc czego chcesz, Mario?
Patrzyłam w jego oczy pełne dziwnego zagubienia oraz czegoś, czego nie mogłam do końca określić. Łzy już nie płynęły ani z moich oczu, ani z Wiktora.
- Chcę ciebie - odparłam. - Tylko ciebie.