Prolog
Arktyka
- Książę Arktyko?
Srebrzystobiała smoczyca wyjrzała zza drzwi, delikatnie pukając w lodową
ścianę. Arktyka nie pamiętał, jak miała na imię, co było tego rodzaju
faux pas, o które jego matka zawsze miała do niego pretensje. Był
księciem - jego obowiązkiem było pamiętać imiona wszystkich szlachetnych
smoków oraz ich stanowiska, by mógł je traktować odpowiednio do ich
hierarchii.
To było głupie i frustrujące, i jeśli jego matka z tego powodu nakrzyczy
na niego choć jeszcze jeden raz, poważnie rzuci na coś zaklęcie, by na
zawsze zamrozić jej pysk.
Oooo. Cóż to za piękny obraz. Królowa Diament z łańcuchem srebrnych
ogniw otaczających jej pysk i przymrożonych do łusek. Zamknął oczy i wyobraził sobie tę błogą ciszę.
Smoczyca przy drzwiach poruszyła się i delikatnie zazgrzytała szponami o lód, przypominając o sobie. Na co czekała? Na pozwolenie, by przekazać
mu wiadomość? Czy może czekała, by wypowiedział jej imię... A gdyby tego
nie zrobił, czy pośpieszyłaby do królowej i zgłosiła, że ponownie mu się
nie udało?
Być może powinien zakląć jakiś talizman, który szeptałby mu do ucha za
każdym razem, kiedy potrzebowałby coś wiedzieć. To kolejny kuszący
pomysł, ale rażąco naruszający reguły magii animusów Lodoskrzydłych.
Animusy są tak rzadkie; bądź wdzięczny za swój dar i szanuj
ograniczenia, jakie nałożyło plemię. Nigdy nie używaj swojej mocy
lekkomyślnie. Nigdy nie używaj jej dla własnych celów. Ta moc jest
niezwykle niebezpieczna. Zasady plemienia istnieją po to, by cię
chronić. Tylko Lodoskrzydłe dowiedziały się, jak bezpiecznie korzystać z magii.
Zachowaj ją na swoją ceremonię obdarowania. Użyj jej tylko raz w życiu,
by stworzyć wspaniały prezent, który przysłuży się całemu plemieniu, a później już nigdy więcej. Tylko ten sposób zapewnia bezpieczeństwo.
Arktyka poruszył ramionami. Miał wrażenie, że jest uwięziony we własnych
łuskach. Zasady, zasady i jeszcze więcej zasad: taki właśnie był styl
życia Lodoskrzydłych. Każdą stronę, w którą by się zwrócił, każdą myśl,
która przyszła mu do głowy, strzegły zasady, ograniczenia i osądzające
oblicza, w szczególności jego matki. Reguły dotyczące magii animusów
były tylko kolejnym sposobem na uwięzienie go pod jej szponem.
- O co chodzi? - burknął do nieznajomej.
Przybrał zirytowaną minę, jakby był bardzo zajęty, a ona mu przerwała i właśnie dlatego nie stosował zwyczajowych rozważnych rytuałów. Właściwie
to był naprawdę zajęty. Ceremonia obdarowania miała się odbyć już za
trzy tygodnie. Było już wystarczająco źle, że matka sprowadziła go
tutaj, do ich położonego najbardziej na południe pałacu, niedaleko
oceanu i granicy z Królestwem Piasku. Obiecała, że zostawi go samego, by
mógł pracować, podczas gdy ona zajmie się ważnymi sprawami, które będą
wymagały jej królewskiej obecności. Wszyscy powinni być mądrzejsi i mu
nie przeszkadzać.
Posłanka wyglądała na rozczarowaną. Być może rzeczywiście powinien
wiedzieć, kim była.
- Twoja matka przysłała mnie z wiadomością, że przybyła delegacja
Nocoskrzydłych.
Aaachhhh. Tylko nie kolejne nudne dyplomatyczne spotkanie.
- Chyba nie oczekuje się ode mnie, że wezmę w nim udział - powiedział,
wskazując przejrzyste ściany komnaty. - Mam zaledwie trzy tygodnie, by
się przygotować.
- Cóż - odparła Lodoskrzydła. - Wspomniała, że...
- Że jej to nie obchodzi - dokończył.
Biedna smoczyca wyglądała na ogromnie skrępowaną, utknąwszy między
księciem, który w hierarchii zajmował wyższą od niej pozycję, i królową,
która stała najwyżej ze wszystkich.
Arktyka westchnął.
- Dobrze więc - powiedział, zmiatając ogonem fragment lodu. - Już idę.
Cofnęła się z ulgą i wtedy zdał sobie sprawę, że srebrny łańcuch na jej
szyi miał tylko jeden pierścień. O-o. To znaczyło, że należała do
Pierwszego Kręgu... Jak mógł zapomnieć imię Lodoskrzydłej z Pierwszego
Kręgu? Smoki z Pierwszego i Drugiego Kręgu zazwyczaj mieszkały wraz z rodziną królewską w lodowym pałacu i był pewien, że zapamiętał imiona
ich wszystkich.
Poza szlachcicami zajmującymi trzy zewnętrzne pałace...
- Śnieżynko - rzucił.
Naprawdę był idiotą. To właśnie ją jego matka wybrała mu na żonę. Z szanowanej rodziny, lojalna, prawdopodobnie da mu córkę, a ta pewnego
dnia zastąpi królową Diament, jako że nie miał sióstr ani ciotek, które
mogłyby ubiegać się o tron. Prawdopodobnie to ona była prawdziwym
powodem, dla którego matka zabrała go w tę podróż.
- Tak? - odpowiedziała, skłaniając głowę.
Była ładna na ten nudny, szklisty sposób, jaki lubiła jego matka, lecz
podczas ich wcześniejszego spotkania nie wyczuł, jaką miała osobowość.
Odrobinę się obawiał, że może nie mieć żadnej.
- Uhm... - mruknął, podążając za nią korytarzem. Musi być coś, o czym
moglibyśmy porozmawiać, pomyślał. - Widziałaś już Nocoskrzydłego?
- Tylko tego, który kilka miesięcy temu zjawił się pod murem, zabiegając
o to spotkanie.
- Wiesz, po co tutaj przybyli?
Pokręciła głową. No tak. To zapewne koniec rozmowy.
Ooo, a może zakląć jakiś przedmiot, który sprawiałby, że wszystkie smoki
byłyby interesujące. Na nieba, to by było przydatne.
Nie marnuj swojego daru! - zabrzmiał mu w głowie głos matki. Bla, bla,
bla! Poważne rozważania! Wiele miesięcy planowania!
Czasami miał wrażenie, że żałowała własnego daru animusa dla plemienia:
daru uzdrawiania zaklętym w zestawie kłów narwali, które goiły rany
spowodowane lodowym oddechem. Pomagały, kiedy młode Lodoskrzydłe bawiły
się zbyt brutalnie lub kiedy w plemieniu wybuchały walki... lecz o wiele
lepszym podarunkiem byłyby kły, które leczyłyby wszelkie obrażenia.
Mógłby się założyć, że królowa Diament chciałaby cofnąć się w czasie i naprawić ten błąd.
- Co ty podarowałabyś plemieniu? - zapytał Śnieżynkę. - To znaczy...
gdybyś była animusem i musiała wymyślić jakiś prezent?
- Och - rzuciła, poruszając niespokojnie skrzydłami. - Nie wiem.
- Cóż, pomyśl - powiedział. - Naprawdę chciałbym to wiedzieć.
- Dobrze - odparła.
Szli korytarzami pałacu, o wiele mniejszymi i o wiele ciaśniejszymi niż
te w domu. Na ścianach widniały dziwne i niepasujące do siebie
rzeźbienia - tutaj niedźwiedź polarny, tam wilk, w innym miejscu
krzyczący wyskrobek, a w jeszcze innym chropowata sowa. Nie było w tym
żadnej spójności, żadnego poczucia artystycznej wizji i wszystko było
tak blisko niego. Sprawiało to, że Arktyka miał ochotę przebić się przez
ściany, byle tylko móc spojrzeć w niebo.
Jakąś minutę później Śnieżynka powiedziała:
- Przykro mi, ale nic nie przychodzi mi na myśl.
Arktyka nie zdołał ukryć rozdrażnienia.
- Naprawdę, zastanów się nad tym - powiedział. - Powiedz mi jutro albo
kiedykolwiek, gdy już coś wymyślisz.
Rzuciła mu spojrzenie, które - ku jego zaskoczeniu - było równie
zirytowane jak jego własne.
- Wydaje mi się, że to strata mojego czasu - powiedziała. - Chyba że
masz problem z wymyśleniem, jaki ma być twój własny dar.
- Nie, nie - odparł szybko. - Oczywiście, że już mam plan. - Cóż, raczej
to matka go ma. I właśnie dlatego próbuję wymyślić lepszy.
Nie dopytywała się o szczegóły. Zamiast tego zatrzymała się przy jednym
z otworów do lotu i kiwnęła głową w stronę położonej niżej kopuły. W zapadającym zmierzchu lśniła od wewnątrz jak rozświetlony marmur,
zajmując większość równiny między pałacem i oceanem. Dookoła niej ziemię
pokrywała warstwa śniegu, którego kryształowe płatki miękko opadały z nieba.
Sam ocean migotał odcieniami pomarańczy i złota, gdy słońce chyliło się
za horyzont. Smocze skrzydła przecinały powietrze niczym nietoperze, gdy
myśliwi nurkowali, by schwytać w morzu kolację na powitalny bankiet tego
wieczoru.
Arktyka i Śnieżynka zlecieli do wejścia do gościnnej kopuły. Wiedział,
że wewnątrz będzie o wiele cieplej, niż lubił, z powodu obecności
ziejących ogniem Nocoskrzydłych, jak i przez dar dyplomacji (Stworzony
jakieś pięćdziesiąt lat wcześniej przez animusa o imieniu Pingwin,
podpowiedział jego przepełniony myślami mózg. Dokładnie przestudiował
dar każdego animusa, starając się wymyślić coś nowego i oryginalnego. I być może właśnie dlatego nie miał już w głowie miejsca na imiona smoków,
które ledwie znał).
Sama kopuła jednak nie była darem animusa - jej lodowe bloki zostały
wycięte szponami zwykłych Lodoskrzydłych. To musiało zająć całe wieki, a nie miał pewności, czy pewnego dnia nie stopią się one od oddechu
zionących ogniem smoków.
Może w ramach prezentu mógłbym ją udoskonalić. Stworzyć niezniszczalną
kopułę powitalną dla wszystkich sojuszników i gości z innych plemion.
Odrzucił tę myśl natychmiast po tym, jak przyszła mu do głowy. Taka
kopuła byłaby zaledwie pochodną innej i nawet nie w połowie tak
imponująca, jak by chciał. Pragnął, by Lodoskrzydłe podziwiały jego
podarunek jeszcze wieleset lat po tym, jak jego już nie będzie... coś w stylu daru światła Szadzi.
Wylądowali na śniegu, lecz kiedy już mieli wejść do prowadzącego do
kopuły tunelu, wypadła z niego smoczyca.
- Przepraszam! - zawołała, ledwie unikając zderzenia z nimi. - Po prostu
musiałam na chwilę stamtąd wyjść. Spójrzcie na ten zachód słońca! Na
wielkie królestwa, ależ tu zimno! Naprawdę mogłabym umrzeć! Ale
oczywiście nie mogę wrócić do środka i przegapić tego zachodu. Dam radę
znieść odrobinę zimna, prawda? Jeśli... tylko... będę... się... ruszać... -
Zaczęła mocno tupać nogami wokół nich, bijąc o siebie skrzydłami.
Była Nocoskrzydłą - pierwszą, jaką Arktyka kiedykolwiek widział.
Wiedział, że smoki z tego plemienia są czarne, lecz nie spodziewał się
zobaczyć ciemnozielonych łusek na jej piersi czy srebrnych, które
pobłyskiwały tu i tam na spodniej stronie jej skrzydeł. Jej oczy również
wydawały się bardziej ciemnozielone niż czarne i teraz wpatrywały się w niego bez strachu. Z energią uderzała skrzydłami i nagle poczuł, jak
jego własne odpowiadają na jej ruch i unoszą się, jakby miał zaraz wzbić
się w powietrze i dotknąć księżyców.
- Spotkamy się w środku - powiedział do Śnieżynki.
Smoczyca zatrzymała się i spojrzała na niego z dezaprobatą.
- Możesz przekazać mojej matce, że już idę - zasugerował. - Lepiej się
pośpiesz. Nie lubi czekać.
Śnieżynka ponownie zmarszczyła z irytacją czoło, po czym odwróciła się
gwałtownie i zniknęła w tunelu bez zwyczajowego pożegnania.
Zdaje się, że sobie na to zasłużyłem, pomyślał, skoro nie przywitałem
jej należnie do hierarchii.
Przez moment patrzył za nią i zastanawiał się, jak by to było mieć ją za
żonę.
Być może ma osobowość: tłumioną furię. A może jest równie niechętnie
nastawiona do tego związku, jak ja. Nie jestem pewien, jak poprawić tę
sytuację. To znaczy jestem księciem; jeśli za mnie wyjdzie, może zostać
matką kolejnej królowej. Czego więcej mogłaby chcieć?
- Kto wsadził jej sopel w nos? - zapytała Nocoskrzydła. Zaczęła
podskakiwać w miejscu i uśmiechnęła się do niego.
- Obawiam się, że to byłem ja - odpowiedział. - Zbyt długo zajęło mi
przypominanie sobie jej imienia.
- No i co z tego? - zapytała znów. - Ja cały czas zapominam imion.
- Cóż, ja nie powinienem zapominać imienia żadnego smoka - odparł. -
Poza tym jesteśmy tak jakby zaręczeni.
Nocoskrzydła wybuchnęła tak gromkim śmiechem, że musiała na chwilę
przysiąść. Wtedy z krzykiem natychmiast znów się poderwała i zaczęła
otrzepywać śnieg z ogona.
- Nic ci nie jest? - zapytał.
- P-po prostu mi zimno - powiedziała, ponownie tupiąc. - W porządku,
jestem po jej stronie. To okropne. Jesteś do bani.
- Wcale nie jestem! - zawołał. - Spotkaliśmy się wcześniej tylko raz!
Ledwie ją znam! Poza tym jest ekstremalnie niezapamiętywalna!
- Poważnie, do bani! - zawołała, znów wybuchając śmiechem. - Biedna
smoczyca! Na pewno powiem jej, żeby za ciebie nie wychodziła. Współczuję
każdemu, kogo w to wplączą. Będziesz w stylu... "Szczęśliwej czterdziestej
rocznicy ślubu... Jeszcze raz, jak masz na imię?", na co odpowiedziałaby
"To PIĘĆDZIESIĄTA rocznica, ty oślizgła gnido, a nazywam się "Śpisz dziś
na lodowcu"!".
- Zapewniam, że to imię bym zapamiętał - powiedział. - Zapada w pamięć o wiele lepiej niż Śnieżynka.
- A jak się nazywasz? - zapytała. - Czy może nadal mam cię nazywać
oślizgłą gnidą? Chociaż, jak podejrzewam, zostałabym przez to wyrzucona
z komitetu pokojowego.
- Nazywam się Arktyka. Książę Arktyka.
- Och, wytwornie - odparła. - Zdaje się, że nie ma sensu, bym wyjawiła
ci swoje imię, skoro i tak zapewne zapomnisz je za kilka minut.
- Obiecuję, że nie - rzucił szybko.
- Och, zapominasz jedynie imiona swoich dziewczyn? - zażartowała. - Lub
przyszłych członków rodziny?
- Pamiętam każdego smoka, który prawdopodobnie zmieni moje życie -
powiedział.
- To nie ja! - zawołała szczerze przestraszona. - Mam ścisły zakaz
dokonywania jakichkolwiek szkód, uszkadzania któregokolwiek z lodowych
pałaców, deprawowania Lodoskrzydłych i zmieniania życia kogokolwiek. Z drugiej strony jestem pewna, że nigdy nie przestrzegałam w życiu
jakiegokolwiek nakazu, więc... no wiesz, strzeżcie się, pałace.
Nigdy nie przestrzegała nakazów! Arktyka zamrugał, przyglądając się jej
zauroczony. Jak to możliwe? Życie nie było niczym innym, jak tylko serią
rozkazów; jeśli ktoś się do nich nie stosował, to czy nie zagubiłby się
lub nie został zdegradowany do najniższej rangi, a nawet wykluczony z plemienia? Gdybym miał wyobrazić sobie złamanie nakazu... jakiegokolwiek
nakazu... Od którego miałbym w ogóle zacząć?
- AAAAAAACH, dlaczego jest tu TAK ZIMNO? - Nocoskrzydła wyskoczyła w powietrze i zaczęła wywijać salta.
- Bo to Królestwo Lodu - odpowiedział, cofając jej się z drogi. - Jednak
to prawda, że nasz klimat jest jednym z najbardziej strzeżonych
sekretów.
- Och, jest też mądry - powiedziała, prostując się i ponownie lądując. -
Posiadasz może jakiekolwiek użyteczne umiejętności lub może jakąś
dodatkową magiczną bransoletę, dzięki której goście nie marzną?
- To dar dyplomacji - odparł. - Zapewnia naszym gościom ciepło i pozwala
bezpiecznie pokonywać Wielkie Lodowe Urwisko. Plemię posiada tylko trzy
takie bransolety. Czy jest was więcej niż troje? - zapytał zaskoczony.
- Jestem czwarta - odpowiedziała. - Dzielę swoją bransoletę z matką.
Było jakieś bezsensowne zamieszanie z przekroczeniem tego waszego
Urwiska. Zapewne powinnam była poprosić o jedną z nich, nim wyszłam na
zewnątrz.
- Możemy wejść do środka - zaproponował niechętnie. Wewnątrz będą inne
smoki, o wiele bardziej nudne, nie wspominając o jego matce, i prawdopodobnie kilka zestawów zasad mówiących o tym, jak uspokoić
Śnieżynkę, trzymać się z dala od Nocoskrzydłych i generalnie zachowywać
się jak posłuszny pudel. - Albo możemy tu zostać, by pooglądać zachód
słońca.
- Zachód słońca jest wspaniały - powiedziała. - Ale, szczerze mówiąc,
musiałam tu wyjść, bo matka doprowadza mnie do szaleństwa.
Nie zdołał powstrzymać uśmiechu, który niczym pęknięcie w lodzie
pojawiło się na jego pysku. Istniała możliwość, że nigdy nie będzie w stanie przestać się do niej uśmiechać. Nigdy nie słyszał, by jakiś
Lodoskrzydły mówił w ten sposób o którymkolwiek ze swoich rodziców -
jakiekolwiek narzekanie, zwracanie się bez szacunku lub krytykowanie
starszych było więcej niż zakazane.
- Opowiedz mi o tym - poprosił.
- Och, ciągle poucza mnie, jak to zawsze wszystko psuję. Wrogobójczyni,
dlaczego zwoje znów są ułożone w złym miejscu? Wrogobójczyni, dziś rano
uśmiechałaś się do nieodpowiednich smoków! Wrogobójczyni, królowa nigdy
nie zechce mieć cię w swojej radzie, jeśli cały czas będziesz uparcie
przedstawiać swoje opinie. Wrogobójczyni, zabieram cię na tę misję,
ponieważ nie ufam ci na tyle, by zostawić cię w domu. Ale jeśli tylko
zamienisz choć słowo z jakimkolwiek Lodoskrzydłym, nabiję twoją głowę na
włócznię i postawię w sali tronowej. - Raptownie zamknęła pysk, jakby
dopiero dotarł do niej ten ostatni nakaz, po czym żałośnie spojrzała na
Arktykę. - Uhm... upss.
- Aha - rzucił podekscytowany tak samo, jak wtedy, gdy po raz pierwszy
dotknął ognia. - Sprytnie wydedukowałem, że na imię masz Wrogobójczyni.
- Och nie - powiedziała. - To tylko sposób, w jaki moja matka zawsze
zaczyna zdanie.
Roześmiał się, na co odpowiedziała mu uśmiechem. Pomyślał, że dopóki
będzie przy niej, nic już nigdy nie będzie nudne ani frustrujące.
- Czyli naprawdę nie masz żadnych dodatkowych tajemniczych bransolet?
Ani koca czy czegoś podobnego? - zapytała.
- Przykro mi - powiedział Arktyka, żałując, że nie może jej osłonić
nawet własnymi skrzydłami. Niestety jego łuski były równie zimne, jak
śnieg pod ich stopami, i tylko by pogorszył sprawę.
Westchnęła.
- W takim razie chyba rzeczywiście muszę wrócić do środka.
- Poczekaj - rzucił.
Nie mógł przestać o tym myśleć. To było złe, a nawet gorzej niż złe:
złamanie zasad, zdrada wobec całego plemienia... ale stojąc obok tej
lśniącej smoczycy, nie dbał o to. Zrobiłby wszystko, byle tylko spędzić
z nią jeszcze kilka minut.
Zdjął z ucha diamentowy kolczyk, przytrzymał w szponach i powiedział
cicho:
- Zaklinam ten kolczyk, by smokowi, który będzie go nosił, zawsze
zapewniał ciepło, bez względu na temperaturę, i bezpieczeństwo,
nieważne, w jak wielkim znalazłby się zagrożeniu.
Jej ciemnozielone oczy były szeroko otwarte i pełne niedowierzania, gdy
pochylił się l i zapiął kolczyk na jej uchu. Nie cofnął od razu szponów,
lecz lekko musnął nimi długą, gładką i ciepłą szyję smoczycy. W jednej
chwili przestała drżeć i ostrożnie rozłożyła skrzydła na zimnym
powietrzu.
- Wow. To... to naprawdę podziałało - powiedziała. - Czyli wszystkie
plotki są prawdziwe... twoje plemię dysponuje magią.
- Tylko kilkoro z nas - odparł. - Ale wy też ją macie, prawda?
- Tylko kilkoro z nas - powtórzyła za nim. - I nie taką. Ja na przykład
nie władam żadną magią. A ty... potrafisz zakląć dosłownie wszystko? Żeby
zrobić wszystko?
- To magia animusa - wyjaśnił, robiąc krok w jej stronę. - Tak to
działa.
- W takim razie dlaczego Lodoskrzydłe nie panują na całym kontynencie? -
zapytała, nerwowo poruszając ogonem na pokrytej śniegiem ziemi. -
Przecież nawet nie potrzebujecie tego sojuszu. Moglibyście z łatwością
pokonać Nieboskrzydłe, prawda?
Pokręcił głową.
- Nasze plemię ma wyraźne zasady. Wolno nam użyć naszej mocy tylko raz w życiu.
Wrogobójczyni sięgnęła do kolczyka i spojrzała na Arktykę zszokowana.
- Cóż - powiedział i wzruszył ramionami. - Być może ja również nie
bardzo przestrzegam nakazów.
Poczuł kolejny dreszcz na myśl o byciu takim smokiem i o tym, by tak
właśnie widziała go stojąca przed nim smoczyca. Ostrożnie rozłożył
skrzydło i musnął nim jej własne. Nie odsunęła się.
- Dlaczego? - zapytała szeptem.
- Chodzi o nasze legendy - powiedział. - Ostrzegają nas przed
korzystaniem z mocy animusa... Używaj jej zbyt dużo, a stracisz duszę -
takie tam mistyczne bzdury, które zapewne nie są nawet prawdziwe. Ale
kiedy w Królestwie Lodu zostanie ustanowione jakieś prawo, lepiej, żeby
wszyscy go przestrzegali i nie zadawali żadnych pytań. - Postanowił nie
wspominać o dawnych opowieściach o smokach-animusach, które popadły w obłęd.
- Nie - powiedziała Wrogobójczyni. - Dlaczego to zrobiłeś... dla mnie? -
Zmarszczyła nos, na wpół poważnie, na wpół żartobliwie. - Nie martwisz
się o swoją duszę?
- Już nie - odparł. - Należy teraz do ciebie... jeśli ją zechcesz.
Skrzące się płatki śniegu opadały miękko na jej skrzydła, topiąc się w ich cieple. Wrogobójczyni zawahała się, po czym ujęła jego szpony w swoje.
To zły pomysł, szepnęło sumienie Arktyki. Najgorszy ze wszystkich. Nasze
plemiona nam nie wybaczą. Matka nigdy na to nie pozwoli.
To jeszcze lepszy powód. Nie pozwolę, by królowa zmiażdżyła w szponach
całe moje życie.
To moje życie, moja magia i moje serce.
- Powiem coś naprawdę ckliwego - ostrzegła go.
- Bardziej ckliwego niż to, co właśnie sam powiedziałem? - zapytał. -
Chciałbym to usłyszeć.
- Po prostu... mam dziwne przeczucie... - powiedziała, patrząc mu w oczy -
...że świat zaraz na zawsze się zmieni.
Rozdział 1
Sążeń
Sążeń nigdy nie myślał o sobie jak o kimś wyjątkowym, a z pewnością nie
oczekiwał, że zmieni się to w dniu testu animusa.
Tego ranka ośmioro smocząt stanęło w szeregu na plaży, z zielono-niebieskimi łuskami mokrymi od bijących za ich plecami fal.
Wszystkie w ostatnich miesiącach ukończyły dwa lata. Słońce odbijało się
od pyska Sążnia, a oczy piekły go i bolały od blasku. Nie mógł się
doczekać, kiedy wróci do podwodnego pałacu, gdzie było chłodno i ciemno.
Teraz jednak siedział cierpliwie i w milczeniu, czekając bez ruchu
(chociaż siedzieli tu już całe wieki), jak im kazano. W przeciwieństwie
do innych smocząt.
Syp. Piasek zasypał jego tylne szpony, na tyle mocno, by wiedział, że to
nie dzieło wiatru.
- Ciii - szepnął kątem pyska.
- Kto? Ja? - zapytała smoczyca obok niego. - Niby co powiedziałam? Nic,
ot co. To ty hałasujesz. Ja tu po prostu siedzę. Doskonale nieruchomo.
Wzorowa smoczyca, to właśnie ja. - Uniosła brodę i przybrała anielską
minę.
Duża i lśniąca mewa wylądowała na plaży w pobliżu drzew i przyjrzała im
się podejrzliwie. Wyglądała jak ptak, który wie naprawdę wiele -
sprytny, któremu bardzo długo udało się przeżyć w smoczym świecie.
Możliwe, że zastanawiała się, dlaczego grupa smoków nagle wyskoczyła z wody i postanowiła rzędem siedzieć na piasku. Chciały może rzucać
kawałki jedzenia jej, mewie? Czy może spiskowały, by ją zjeść?
Ptak odwrócił głowę i zaczął przyglądać im się drugim okiem.
- Rzucam ci wyzwanie. Złap tę mewę i ją zjedz - szepnęła Indygo.
- Przestań do mnie mówić - warknął Sążeń.
- Wiem, że tego chcesz. - Jej głos był lekki jak piórko, ledwie
słyszalny w powietrzu.
Naprawdę tego chciał. Był bardzo głodny. Ale królowa nakazała im się nie
ruszać, a on z pewnością nie będzie tym smoczęciem, które nie wykona jej
rozkazu. Nawet fakt, że był wnukiem jej brata, nie uratowałby go przed
kłopotami, w jakie by potem wpadł.
Syp. Tym razem krab stanął na drodze ogona Indygo i uderzył w jego bok,
gdy piasek ponownie zasypał mu szpony. Sążeń poczuł, jak zwierzę
chwiejnie porusza się przy jego łapie, próbując jakoś pojąć, co się
właśnie stało.
- Przestań - warknął, usiłując nie poruszać pyskiem. Po drugiej stronie
usłyszał ciche, lecz zirytowane westchnienie swojej siostry, Perły.
- A ja myślę, że to ty powinieneś przestać rozpraszać wszystkich swoją
nieustającą gadką, Wasza Wysokość - powiedziała Indygo z pełną kpiny
wyższością.
- Indygo. - Królowa Laguna nagle zmaterializowała się za nimi,
wyłaniając się z oceanu niczym złowroga góra lodowa. Wyszła na plażę i powoli przeszła między Sążniem a jego sprawiającą kłopoty koleżanką.
- Wasza Wysokość - odpowiedziała Indygo, zaciskając granatowo-purpurowe
szpony na piasku. Udało się jej ukryć niepokój, ale Sążeń wiedział, że
królowa ją przerażała. W gruncie rzeczy - biorąc pod uwagę, jak otwarcie
królowa jej nie znosiła - byłoby całkowicie zrozumiałe, gdyby Indygo
chciała zakopać się w wodorostach za każdym razem, gdy władczyni się
pojawiała.
- Mam nadzieję, że poważnie traktujesz ten test - powiedziała królowa.
Odwróciła wzrok, by przyjrzeć się Sążniowi, a on poczuł się tak, jakby
pod łuskami zaczęły mu się kłębić węgorze. O wiele bardziej wolał, kiedy
królowa go ignorowała, jak to czyniła przez większość czasu. Był w pałacu zaledwie pomniejszym księciem, nikim szczególnym.
- Oczywiście, Wasza Wysokość. - Indygo otworzyła szeroko oczy, jakby
nigdy w życiu nie zrobiła nic złego.
Za ich plecami rozległ się kolejny plusk i Sążeń mimowolnie wstrzymał
oddech, gdy nowy smok wyszedł na plażę i podszedł do królowej.
To był on.
Najbardziej szanowany smok w plemieniu Morskoskrzydłych, dzierżący
władzę niewiele tylko mniejszą od królowej: dziadek Sążnia, Albatros.
Pochodził z tego samego wylęgu, co jego siostra, królowa Laguna, lecz
był niemal o całą długość szyi wyższy od niej, z długimi skrzydłami,
które majestatycznie poruszały się nad piaskiem. Miał łuski w odcieniu
szarego błękitu, lecz tak jasne, że miejscami wydawały się niemal białe,
oczy zaś tak granatowe, że wyglądały na czarne. Właściwie jego barwy
przypominały kolory mewy, która teraz wycofała się w bezpieczniejsze
miejsce na palmie.
Mina Albatrosa była równie podejrzliwa, jak u ptaka, gdy znad długiego,
zakrzywionego na końcu pyska przyjrzał się smoczętom.
- Laguno, to strata czasu - powiedział. - Nikt mnie nigdy nie testował,
ale szybko się domyśliliśmy, co potrafię. Gdyby którekolwiek z nich
miało choć trochę mocy, z pewnością byśmy już o tym wiedzieli. Albo to
samo się okaże, prędzej czy później.
- Wolałabym prędzej - odparła jedwabistym głosem królowa. - Gdybyśmy
znaleźli w plemieniu kolejnego animusa, stalibyśmy się dwa razy
potężniejsi, a to z kolei byłoby bardzo korzystne, zważywszy na to, jak
ostatnio zachowują się Błotoskrzydłe i Deszczoskrzydłe. A im szybciej ją
znajdziemy, tym szybciej będziesz mógł zacząć ją trenować i tym szybciej
będę mogła ją wykorzystać. Poza tym... - dodała, tak bardzo zniżając głos,
że Sążeń musiał wytężyć słuch, by ją usłyszeć - ...myślę, że wszyscy byśmy
woleli odkryć nowego animusa w mniej... dramatyczny sposób, niż ty sam
zostałeś odkryty. Czyż nie?
Albatros ledwie zauważalnie drgnął i obrzucił smoczęta sceptycznym
spojrzeniem.
- Moja moc aż nazbyt pokrywa twoje potrzeby. Dałem ci wszystko, o co
tylko prosiłaś, czyż nie? Poza tym nie chcę ucznia.
Laguna podwinęła ogon i obnażyła zęby. Nagle wcale nie wydawała się
mniejsza od Albatrosa. Sążeń wbił szpony w ciepły piasek, próbując
powstrzymać dreszcz.
- Dość już twojego narzekania na ten temat - syknęła. - Testy animusa
będą trwały. I będziesz je nadzorował, kiedykolwiek ci nakażę. Będziesz
trenował każde smoczę posiadające moc podobną do twojej, jakie tylko
znajdziemy. I nigdy więcej nie będziesz podważał moich decyzji.
Zapadło długie milczenie, po czym Albatros skłonił głowę.
- Tak, Wasza Wysokość - powiedział. Złożył skrzydła i przeszedł wzdłuż
szeregu smocząt, unikając wzroku któregokolwiek z nich. - Niektórzy z was mogli słyszeć o magii animusa. To rzadki rodzaj ogromnej mocy, a smok albo się z nią rodzi, albo nie. To, co dzisiaj tutaj robimy, to
prosty test, by się przekonać, czy którekolwiek z was ją posiada. Niemal
na pewno jednak żadne z was jej nie ma - dodał.
Albatros machnął ogonem w stronę drzew. Mewa wrzasnęła przestraszona,
kiedy nagle osiem kokosów oderwało się z kiści i pofrunęło w stronę
plaży, po czym opadło na piasek i pojedynczo zatrzymało się przed każdym
ze smocząt.
- Podnieście kokosy - nakazał Albatros.
Sążeń się zawahał. W tym rozkazie było coś przerażającego. Albatros
brzmiał na znudzonego, lecz kokos, który sam przeleciał przez całą
plażę, mógł zrobić cokolwiek, gdy się go dotknie. Czy eksploduje im w szponach? Zmieni w jeżowca i ich pokłuje? Czy to tego rodzaju test,
który sprawi im ból?
Perła jako pierwsza wzięła kokos w szpony, a moment później Indygo
zrobiła to samo. Żadna z nich nie zaczęła krzyczeć, dlatego Sążeń
wyciągnął łapy i również podniósł swój. Kokos sprawiał wrażenie
zwyczajnego orzecha - był włochaty, nieco ciężki i ciepły od słońca.
- A teraz każcie swoim kokosom pofrunąć w moją stronę i mnie uderzyć -
powiedział Albatros.
Zdezorientowane smoczęta spojrzały po sobie i niespokojnie poruszyły
nogami. Sążeń poczuł fale obmywające mu ogon, gdy zaczął się zbliżać
przypływ.
- Uhm... - zaczęła Indygo. Oczywiście, że to była ona - jedyny smok, który
odzywał się w każdej kwestii. - Przepraszam, ale jak mamy to zrobić?
Królowa Laguna spojrzała na nią ostro, lecz Albatros wyglądał na dziwnie
zadowolonego.
- Używając swojej mocy, jeśli ją macie - odparł. - Smok animus potrafi
zakląć każdy przedmiot, by zrobił wszystko, cokolwiek mu nakaże. Ja
potrafię robić to samą myślą, lecz dobrze jest zacząć od mówienia na
głos. Po prostu wyszepczcie do swojego kokosa, żeby poleciał w moją
stronę i mnie trafił. - Uśmiechnął się.
- Hmm - mruknęła Indygo. - Czy nie byłoby lepiej po prostu nim rzucić?
Albatros parsknął śmiechem.
- Wtedy mogłabyś nie trafić. Zaklęty kokos nigdy nie chybi, bez względu
na to, jak bardzo bym chciał się przed nim uchylić lub go zablokować. No
dalej, spróbujcie.
Po obu stronach Sążnia rozległy się stłumione głosy. Zerknął na Perłę,
która ze zmarszczonymi brwiami wpatrywała się w swój kokos, a potem na
Indygo, która spojrzała mu w oczy, uśmiechnęła się szeroko i wzruszyła
ramionami, jakby chciała powiedzieć: "Cóż, to najgłupsza rzecz, jaką
zrobiliśmy przez cały dzień".
Sążeń zacisnął szpony na brązowym orzechu, po czym podniósł go do pyska.
Rzeczywiście czuł się dość głupio.
- Kokosie - wyszeptał. - Uhm. Czy mógłbyś, proszę, uderzyć mojego
dziadka?
Kokos ani drgnął. Nie był magiczną, niebezpieczną kulą. Tylko zwykłym
kokosem.
Sążeń odetchnął głęboko. Sam nie wiedział, co czuje. Po części miał
nadzieję... cóż, niedorzecznie było ją mieć. Albatros był jedynym animusem
w plemieniu - jedynym animusem, jakiego Morskoskrzydłe kiedykolwiek
znały. Krążyły plotki, że inne plemiona również je posiadały, lecz kto
mógł wiedzieć, czy były prawdziwe. Być może Albatros był w ogóle jedynym
animusem. Szanse na odnalezienie animusa zaledwie jedno lub dwa
pokolenia po nim, kiedy wcześniej żaden się nie pojawił... i szanse na to,
że to właśnie on, Sążeń, miałby nim być...
- Sążniu, ty galareto - szepnęła Indygo i zachichotała. - Nie wydaje mi
się, że masz ładnie prosić. Albatros powiedział, że mamy im kazać to
zrobić.
- Skąd wiesz? - odparł również szeptem Sążeń. - Nie masz pojęcia, jak
skuteczna może być uprzejmość, bo sama masz koszmarne maniery.
Pozostałe smoczęta również zaczęły między sobą szeptać. Żaden z kokosów
nie zrobił niczego interesującego. Albatros odwrócił się do królowej z uśmieszkiem mówiącym: "a nie mówiłem?".
- To kokos. - Indygo przewróciła oczami. - Wydaje mi się, że wolno ci
nim rządzić.
- W porządku. - Sążeń podniósł orzech nieco wyżej i próbując rozśmieszyć
Indygo, spojrzał na niego surowym wzrokiem, równie onieśmielającym, jak
u siostry jego dziadka. - Kokosie, słuchaj. Rozkazuję ci przelecieć nad
plażą i uderzyć w mojego dziadka.
Kokos wystrzelił z jego szponów tak szybko, że Sążeń zachwiał się i pochylił, sądząc, że go upuścił. Krzyknął zaskoczony, lecz to nie
wystarczyło, by ostrzec Albatrosa, który patrzył na królową. Kokos
Sążnia wbił się w pierś smoka z taką siłą, że ten z bezładnie
rozłożonymi skrzydłami upadł na plecy, a piasek pod nim rozsypał się
falą we wszystkie strony.
Na plaży zapadła cisza.
Sążeń nie miał pojęcia, że można czuć jednocześnie takie uniesienie i tak ogromne przerażenie. Pragnął zanurkować w oceanie i krzyczeć
wniebogłosy, lecz nie mógł poruszyć nawet jednym mięśniem.
- Wow - wykrztusiła Indygo.
Albatros podniósł się powoli, walcząc z wciągającym go, przesypującym
się piaskiem. Potrząsnął skrzydłami i wyprostował się z grymasem. Nagle
wyglądał na o wiele starszego niż wcześniej. Nie patrząc na smoczęta czy
królową, ostrożnie podniósł kokos, który go zaatakował, przyglądał mu
się przez chwilę, po czym przycisnął do siebie. Sążeń miał wrażenie, że
usłyszał ciche trzaski. Czyżby połamał dziadkowi żebra? Czy Albatros
używał kokosa, by się uzdrowić? Czy on sam nagle znalazł się w najgorszych kłopotach, jakie dotąd miał?
W końcu Albatros podniósł wzrok.
- Kto tego dokonał? - zapytał królowa Laguna i gwałtownie odwróciła
głowę, wpatrując się w szereg młodych smoków, a w końcu zatrzymała wzrok
na pustych szponach Sążnia.
Sążeń opuścił ramiona i dostrzegł, jak Perła wskazuje na niego.
- To mój brat - powiedziała. - Sążeń jest animusem!
- Na skaczące barakudy! - rzuciła Indygo. - Nie mogę uwierzyć, że mi nie
powiedziałeś!
- Nie wiedziałem! - zaprotestował. - Nie miałem zielonego pojęcia!
Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, by wydawać
rozkazy nieożywionym przedmiotom.
- Książę Sążniu - powiedziała królowa, podchodząc do niego z promiennym
uśmiechem. - Jak wspaniale. Dokonasz wielu wielkich i ważnych rzeczy dla
mo... swojego plemienia.
Sążeń przyjrzał się swoim szponom.
Jestem animusem. Najrzadszym ze smoków. JA. A jednak jestem wyjątkowy.
Posiadam magię, jakiej nie ma nikt inny w Królestwie Morza.
Poza jednym.
Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie dziadka.
- Tak - powiedział Albatros z uśmiechem. - Cóż za szczęśliwa wiadomość.
Za jego plecami, w miejscu niewidocznym dla innych smoków, długie pnącze
wyłoniło się nagle z dżungli i owinęło wokół szyi mewy. Sążeń jak
zahipnotyzowany patrzył, jak roślina dusi ptaka, który nie wydał z siebie ani jednego dźwięku.
Albatros ze spokojną i przyjazną miną poklepał Sążnia po ramieniu.
- Kolejny animus w plemieniu - powiedział. - Tak bardzo się cieszę.
Rozdział 2
Mroczny Prześladowca
Jego najwcześniejszym wspomnieniem były dochodzące z ciemności głosy.
- Jesteś pewna, że to już czas? Teraz? Dzisiaj?
- Tak. Nocoskrzydłe matki zawsze to wiedzą. I dziś jest najjaśniejsza
noc, dokładnie tak, jak przewidział Prorok. Trzy księżyce w pełni... Od
ponad stu lat w czasie potrójnej pełni nie wykluł się żaden smok! Na
węże i stonogi, przestań tak krążyć. Mam przez to ochotę odgryźć ci
uszy.
- Spróbuj czegoś takiego, a zaklnę twoje zęby, żeby wypadły.
Krótka chwila milczenia.
- Arktyko, tylko żartowałam.
- Tak. Ja też.
Nie rozumiał jeszcze słów, lecz zalały go emocje napływające z obu
umysłów. Jedne z nich (matki, od razu to wiedział) były pełne troski,
opiekuńczości i gotowości, by w jednej chwili kochać i wściekle go
bronić. Drugie promieniowały niechęcią i zimnym gniewem.
Rozległo się skrobanie i poczuł, jak świat się przechyla. Nagle pojawiło
się światło, stłumione i delikatne, ale tam było, tuż za murem, który
dopiero wokół siebie dostrzegł. Światło go wzywało: Wyjdź, wyjdź. Wyjdź
natychmiast!
- Dlaczego je przenosisz? - zapytał pełen złości głos. - My zostawiamy
nasze jaja zakopane w śniegu.
- Nasze muszą wykluwać się w świetle księżyca - odpowiedziała matka. -
Przestań patrzeć na mnie z taką złością. To całkowicie bezpieczne.
Nocoskrzydłe robią tak od setek lat.
W pobliżu jego ucha rozległo się ostre, głośne stukanie.
- Nie dotykaj ich!
Coś poruszyło nim, aż zakręciło mu się w głowie, a w następnej chwili
poczuł ciepło i bezruch.
- Dlaczego mają różny kolor? - zapytał głos, którego nie lubił, równie
głośny i ostry, jak stukanie przed chwilą. - Czy to przez nas? Może to
jest bardziej Lodoskrzydłym?
- Nie - odparła matka. - Większość jaj Nocoskrzydłych jest czarna, lecz
te, które wykluwają się podczas pełni, są srebrne, jak to. Nie wiem,
dlaczego to drugie jest nadal czarne. Powinny się wylęgnąć w tym samym
czasie.
- Coś z nim nie tak - mruknął pierwszy głos.
- Nic nie jest "nie tak" z moimi smoczętami! - odpowiedziała matka.
Świat ponownie się przechylił i poczuł, że znalazł się w miejscu, w którym nie przewróci się ani nie przechyli, kiedy się poruszy.
Teraz wyczuwał coś innego - jeszcze jedno bicie serca, powolne, miarowe,
gdzieś bardzo blisko. Sięgnął do jej umysłu, lecz napotkał tylko ciszę i spokój. Żadnej nagłej potrzeby, by uciec, którą sam czuł. Wiedział, że
nie ma zbyt dużo czasu. Teraz to wszystko, co miał. Tylko teraz.
- Jesteśmy zdecydowanie za wysoko - burknął pierwszy głos. - Mogą spaść.
To głupia tradycja. Powinniśmy zabrać je z powrotem do Królestwa Lodu,
żeby tam mogły się wykluć.
- I żeby mogły zamarznąć, jak tylko wydostaną się z jaj? - zapytała
matka cierpko.
- Nie zamarzłyby. Pamiętaj, że w połowie są Lodoskrzydłe.
- A twoja matka byłaby przeszczęśliwa, mogąc je poznać - rzuciła. -
Przynajmniej moja rodzina nie zabije naszych smocząt, kiedy tylko je
zobaczy. Pomogą nam je chronić.
- Twoja rodzina nie ma na co narzekać. Wniosłem do ich linii królewską
krew.
Matka syknęła niebezpiecznie.
- Rozumiem. Tak mi przykro, że zanieczyściłam ją moją wiejską,
Nocoskrzydłą.
Przez umysł smoczęcia przemknęły fragmenty obrazów - pełne przemocy,
zakrwawionych łusek i zamrożonych szponów. Jego matka była w niebezpieczeństwie. Zaraz stanie się coś złego. Ale on mógł to
powstrzymać. Musiał tylko teraz wydostać się z jaja.
Mocno naparł na otaczające go ściany, bijąc w nie, kopiąc i naprężając
mięśnie. Rozległ się satysfakcjonujący trzask i poczuł, jak coś ustępuje
pod jego stopami.
- Wychodzi, spójrz!
Podziałało. Oboje zapomnieli o gniewie, szczególnie matka. Wszystkie
myśli skupiała teraz na swoim smoczęciu, a jej umysł migotał z podekscytowania.
Ponownie spróbował dosięgnąć cichego bicia serca tuż obok. Gdyby znał
słowa, pomyślałby: Wyjdź ze mną! Spróbuj! Musisz walczyć! Jednak nie
znał jeszcze tych słów, a ona i tak jeszcze nie słuchała.
- Nadchodzi burza. Czy to ma jakikolwiek wpływ na twoje księżycowe
przesądy?
- Nie sądzę, ale to i tak bez znaczenia. Zanim do nas dotrze, on już się
wykluje. Patrz, jaki jest silny. - Nastąpiła chwila, jedno uderzenie
serca, gdy niemal połączyły ich te same emocje. Wtedy matka dodała: -
Poza tym to nie są przesądy. Nie musisz zachowywać się jak nozdrze
hipopotama tylko dlatego, że czegoś nie rozumiesz.
Ponownie zobaczył nadchodzące niebezpieczeństwo. Czas walczyć mocniej.
Wbił szpony z większą siłą i poruszył się, napierając na wszystkie
ściany naraz.
Światło... światło chciało, by w tej chwili się wydostał, chciało paść na
jego skrzydła, przeniknąć przez łuski i napełnić je srebrzystą mocą. On
również pragnął tej mocy, całej i absolutnej.
TRZASK-TRZASK-TRZASK.
Ściany ustąpiły. Zalał go blask księżyców.
Trzy srebrne kule na niebie, ogromne i doskonale okrągłe, otoczone
ciemnością. Miał wrażenie, że wnikają w jego pierś i stapiają się z oczami. Pragnął chwycić je w szpony i połknąć w całości.
Leżał w wykutym w skale i wyłożonym czarnym futrem gnieździe, na
szczycie stromego wzniesienia. Drugie jajo spoczywało spokojnie, niemal
niewidoczne na tle futra i otaczających je cieni. Poniżej rozciągał się
ogromny krajobraz jaskiń i wąwozów, w których migotał blask ognia i rozbrzmiewał szelest skrzydeł. Wyglądało to tak, jakby ogromna smoczyca
przeorała ziemię szponami, wykopując w skale tajemnicze kaniony i pieczary, z których część ciągnęła się aż po migoczące od gwiazd morze.
Po kilku chwilach uświadomił sobie, że za jego plecami znajdują się dwa
dorosłe smoki ze skrzydłami złożonymi ciasno na bijącym wietrze. Jeden
był czarny jak noc, drugi blady jak księżyce. Zerknął na swoje łuski,
lecz nie musiał rozróżniać koloru, by wiedzieć, że należał do tego
ciemnego. To była matka. Od głowy aż po ogon emanowała gniewem, lecz był
w niej też ogrom miłości. Już go kochała, całą duszą i sercem. Czuł to.
Jej uczucie wypełniło go podobnie jak blask księżyca, szybko ustalając
świat w formie zrozumiałych obrazów w jego głowie. On również ją
pokochał, natychmiast i na zawsze.
Niebezpieczeństwo pochodziło od białego smoka. To był ojciec, jakiegoś
rodzaju partner dla troskliwej smoczycy. Nowo wyklute smoczę ledwie było
w stanie na niego spojrzeć, by nie zobaczyć niepokojących przebłysków:
ból, wściekłość, krzyczące smoki i krew... wszędzie krew. Ten biały smok
uczynił coś potwornego, co go prześladowało, a któregoś dnia mógł zrobić
coś jeszcze gorszego. Umysł ojca naznaczony był śladami wilgotnej i zgniłej podłości. Smoczę natychmiast zapragnęło zmienić go w kulę ognia
i rozwiać jego prochy na wietrze. Jednak gdzieś w głębi serca ojca, pod
grubą warstwą lodu, pulsowała żarząca się jeszcze miłość do matki.
Tylko to go ocaliło.
Przekonamy się, pomyślało smoczę.
Jeszcze nie rozumiało, że widzi przyszłość. Nie miało pojęcia, co
oznaczały te przebłyski. Nie potrafiło podążać ścieżkami, które
rozwijały się w jego umyśle - przyczyny, skutki i konsekwencje były
nadal poza jego pojmowaniem. Lecz w umyśle matki odnalazł nić nadziei, a u ojca zarys czegoś, co nazywano cierpliwością.
Nie mógł czekać. Nadal wiele miało się wydarzyć między nim a jego
smoczym ojcem.
- Mroczny Prześladowco - powiedziała matka. - Witaj, kochanie. -
Wyciągnęła do niego szpony, na które wspiął się chętnie, zadowolony, że
znajdzie się bliżej jej ciepła.
- Mroczny Prześladowco? - prychnął ojciec. - Chyba żartujesz. To
najbardziej upiorne imię, jakie kiedykolwiek słyszałem.
- Wcale nie - rzuciła ze złością, a smoczę obnażyło zęby, lecz żadne z rodziców tego nie zauważyło. - Ciemność jest jego ofiarą. Odgania mrok,
jak bohater.
- Brzmi bardziej jak ktoś, kto skrada się w tym mroku. Właśnie jak
prześladowca.
- Przestań być taki okropny. To nie zależy od ciebie. W moim królestwie
to matki wybierają imiona swoim dzieciom.
- A w moim wybiera je smok o najwyższej pozycji w rodzinie, a królowa
musi je zatwierdzić.
- I oczywiście uważasz, że twoja "pozycja" jest wyższa od mojej -
rzuciła ostro. - Ale nie jesteśmy w twoim królestwie. Moje smoczęta
nigdy nie postawią stopy na tym zamarzniętym pustkowiu. Jesteśmy tutaj,
czy ci się to podoba, czy nie, to jest mój syn i ma na imię Mroczny
Prześladowca.
Ojciec, oczami niczym dwa kryształy lodu, przyglądał się jego każdej
łusce i Prześladowca poczuł zimny i zastygający ciężar jego niechęci.
- Wygląda w każdym calu jak Nocoskrzydły - warknął. - Nie ma w nim ani
śladu mnie.
Podejrzliwość, nienawiść i gniew wybuchły po obu stronach, ale żadne z nich nie powiedziało nic więcej.
- W porządku - odezwał się w końcu ojciec. - Możesz sobie mieć swojego
złowrogiego Mrocznego Prześladowcę. Ale chcę nazwać drugie z nich.
Matka zawahała się i zerknęła na czarne jajo, które nadal leżało
nieruchomo. Prześladowca nasłuchiwał, jak zastanawiała się nad tym, na
wpół obojętna. Nie była pewna, czy ktokolwiek w ogóle się z niego
wykluje. Była gotowa obdarzyć swoją miłością jego, Mrocznego
Prześladowcę, jej doskonałe, urodzone pod trzema księżycami smoczę. Całą
miłością, którą on był gotów przyjąć.
Ale Mroczny Prześladowca wiedział, że jego siostra jest w tym jaju.
Żyła, lecz nie była tak niespokojna jak on. Była cicha. Nie zwracała
uwagi na księżyce, które tak go przyzywały. Nie słyszała ich.
Poczuł dziwne mrowienie w szponach. Mógł to zmienić.
Mógłby dotknąć jej jaja i ją wezwać. W jakiś sposób to wiedział. Widział
w myślach, jak pod jego dotykiem jajo stałoby się srebrne, zaczęło
pękać, a potem by się rozpadło. Widział piękną, dziwnie wyglądającą
smoczycę, która by z niego wyszła, i to, jak księżyce również z nią
podzieliłyby się mocą.
Wtedy byliby tacy sami. Ona również urodziłaby się podczas potrójnej
pełni. Posiadałaby taką samą moc jak on i tę samą miłość matki...
...którą i tak musiał dzielić z niewdzięcznym lodowym potworem stojącym
naprzeciwko niego.
Nie. To był jego czas. Jedyne, co musiał zrobić, to... nic. Jego siostra
wykluje się w swoim własnym czasie, następnego dnia, kiedy trzy księżyce
nie będą już w pełni. Wtedy tylko on będzie wyjątkowy.
- Dobrze - powiedziała matka. - Jeśli smoczę wykluje się z tego jaja,
będziesz mógł je nazwać. Tylko... pamiętaj, że musi wychowywać się w plemieniu Nocoskrzydłych. Już to będzie wyjątkowo trudne... po prostu
postaraj się być miły. Pomyśl o jego przyszłości i o tym, jak bardzo
będzie musiało się dopasować.
Ojciec skinął głową, nienawidząc w duchu, że pouczano go jak jakieś
smoczątko o niskiej pozycji.
Nic jej nie będzie, pomyślał Mroczny Prześladowca. Dokonał swojego
pierwszego wyboru i nagle tysiąc różnych wersji przyszłości zaczęło się
rozwiewać. Przyszłości, w których jego siostra dołączyła do niego w dążeniu do władzy. Przyszłości, w których walczyła z nim i go pokonała.
Przyszłości, w których byli najlepszymi przyjaciółmi. Przyszłości, w których jedno zabiło drugie lub na odwrót. Gdy Prześladowca zwinął
szpony, postanawiając nic nie robić tej nocy, każda wersja przyszłości z jego urodzoną pod trzema księżycami siostrą zniknęła.
Zobaczył, jak wszystkie te wersje gasną, i chociaż nie wiedział, co to
znaczy, w jakiś sposób poczuł się odrobinę bezpieczniejszy, odrobinę
większy i silniejszy.
Przepraszam, mała siostro, pomyślał, choć nie w tylu słowach, gdy różne
linie przyszłości przemykały mu przez umysł. To jest moja matka. I moje
księżyce.
To teraz mój świat.
Rozdział 3
Sążeń
Kilka dni po teście animusa Albatros po raz pierwszy wezwał Sążnia.
Stało się to w samym środku lekcji geografii i Sążeń nagle poczuł się
tak, jakby jego żołądek uniósł się, opadł gwałtownie, a potem przewrócił
na boki, ruchem przypominając kaniony wokół Pałacu w Głębinie.
Dziadek chce mnie widzieć? - powtórzył. Teraz?
Ma panicz przyjść na plażę zachodzącego słońca za Pałacem na Wyspie,
przekazał posłaniec. Sam.
Fosforyzujące łuski pod jego skrzydłami rozbłysły, przekazując mu słowa
w wodnym języku Morskoskrzydłych. Za oknem przepłynął węgorz, spojrzał
na zebrane w środku smoki i szybko czmychnął.
Czy Indygo może iść ze mną? - zapytał Sążeń, zerkając na przyjaciółkę.
Siedziała obok niego na różowym koralowym występie ciągnącym się dookoła
pomieszczenia. Oboje wczepiali się w niego szponami, podczas gdy ich
skrzydła swobodnie unosiły się w wodzie. Po drugiej stronie sali Perła
ze znudzeniem przyglądała się własnemu ogonowi.
Jego siostra lśniła od zdobiących ją klejnotów - długich sznurów pereł,
opali i szafirów owiniętych wokół szyi, piersi i kostek. Jedyną ozdobą
Indygo był naszyjnik z ciemnopurpurowych wodorostów, który Sążeń zrobił
dla niej tydzień wcześniej. Podobał mu się, gdyż jego kolor pasował do
jej oczu. I lubił ją, ponieważ nosiła go z zachwytem, nawet w otoczeniu
bystrookich, obwieszonych klejnotami smoków.
Nie chciał opuszczać Pałacu w Głębinie bez Indygo. Rzadko kiedy
gdziekolwiek bez niej szedł - trzymali się razem niemal od chwili
wyklucia. Jej matka służyła w armii królowej Laguny, gdzie przed
śmiercią zaprzyjaźniła się z matką Sążnia. Ojciec Indygo był kustoszem
muzeum w Pałacu na Wyspie i był nader zadowolony, mogąc powierzyć
wychowanie córki opiekunom przydzielonym Sążniowi i Perle. Indygo była
jedynym smokiem zapraszanym na każde królewskie rodzinne spotkanie, mimo
że nie miała w sobie ani kropli królewskiej krwi.
Moment, a czy sama Indygo chce tam iść? - zapytała smoczyca, trącając
go skrzydłem. Być może wypadałoby, żeby ktoś z odpowiednimi manierami
ją o to zapytał. Wiesz, może jest w tej chwili bardzo zajęta.
Wyciągnęła łapę, by dotknąć dużego, zbudowanego z ziemi modelu
podwodnego królestwa, który zajmował większą część pomieszczenia, a czubek podwodnej góry odłamał się pod jej szponami.
Upss, powiedziała z poczuciem winy, widząc ściągnięte brwi
nauczyciela. Nieważne, jestem całkowicie wolna.
Pan wyraźnie powiedział "sam", odbłysnął łuskami posłaniec.
Myślę, że przeżyjecie jedno popołudnie osobno, wtrąciła Perła,
przewracając oczami.
Sążeń o tym wiedział, ale dziwnie było uczestniczyć w czymś, czego nie
mógł dzielić z najlepszą przyjaciółką. I cały czas myślał o tej mewie...
chociaż wiedział, że to nic nie znaczyło. Poza tym prawdopodobnie
widział to pod jakimś dziwnym kątem i zapewne ptak przypadkowo sam się
udusił. Prawda? To możliwe. Czyż nie?
Zgadzam się z Perłą, wtrącił nauczyciel. Być może, kiedy ciebie nie
będzie, Indygo jakimś cudem skoncentruje się na geografii Królestwa
Morza.
Indygo westchnęła, przez co woda poruszyła się wokół jej nozdrzy.
Mało prawdopodobne, błysnęła ze smutkiem.
Dlaczego zachowujesz się nagle jak niezdecydowana meduza? - zapytała
Perła, wpatrując się z gniewem w Sążnia.
Łuski na jej skrzydłach błyskały o wiele jaśniej niż to konieczne i musiał kilkukrotnie zamrugać, by nie rozbolała go głowa.
Jesteś wybrany, czy co tam. Idź i spędź wyjątkowy czas, zaznajamiając
się z dziadkiem.
Tak. Indygo ponownie trąciła go skrzydłem. Trochę entuzjazmu!
Przecież na to czekałeś!
Miała rację. Albatros zabronił mu korzystania z magii do czasu ich
pierwszej sesji i od tamtej pory Sążeń miał wrażenie, że jego szpony
uwięzły w piasku. Wiedział, że mogły dokonać wspaniałych rzeczy, i chciał je uwolnić. Chciał zacząć bawić się swoją mocą. Chciał dowiedzieć
się wszystkiego, co mógł z nią zrobić. A do tego potrzebował dziadka,
jedynego smoka w ich plemieniu, który rozumiał działanie magii.
W porządku... niedługo wrócę, błysnął łuskami. Tak sądzę.
Pewnie. Jeśli tylko nie okażesz się zbyt wyjątkowy i magiczny, by nadal
się z nami trzymać, powiedziała Perła.
Sążeń spojrzał na nią z ukosa, próbując określić, czy była na niego zła.
Ale za co? Za to, że był animusem? Nie za bardzo mógł coś na to
poradzić.
I wcale nie było mu przykro. Przez całe ich życie jego siostra
zachowywała się jak "ta, która któregoś dnia może zostać królową". Brała
specjalne lekcje dyplomacji, dodatkowe zajęcia polityczne z królową,
prywatne lekcje doskonalenia charakteru pisma (które było okropne), a nawet uczestniczyła w zaawansowanych kursach etykiety (których omijanie
wcale jej nie przeszkadzało). Czy to nie dość dla niej wyjątkowości?
On nigdy nie będzie mógł rządzić plemieniem... ale teraz posiadał magię.
Miał wrażenie, jakby pod jego skrzydłami przepływał dodatkowy prąd,
który dodawał mu pędu, gdy płynął w stronę Pałacu na Wyspie. Zebrał w sobie wszelki strach i obawy i bez wahania w sobie zgniótł. Był
wyjątkowy. Nie był kolejnym zwyczajnym Morskoskrzydłym księciem, którego
przeznaczeniem było prowadzić skrzydło armii królowej, siedzącym ze
wszystkimi na lekcjach i wiodącym życie zwyczajnego smoka.
Miał moc i chciał użyć jej, by stworzyć coś niezwykłego.
Nie do końca jeszcze był pewien, co miałoby to być. Starał się wymyślić
coś dobrego, by pokazać Albatrosowi, jak mądrym i rozważnym jest
smokiem.
Pałac na Wyspie był eleganckim, szeroko rozbudowanym kompleksem
dziedzińców i zabudowań, pokojów i tarasów, ogrodów i pasaży w samym
centrum Królestwa Morza. Kilka chodników wiodło do pawilonów nad
powierzchnią wody, w których przez szklane podłogi smoki cały czas miały
wodę na wyciągnięcie szponów. Ogrody zdobiły rzeźby bladoróżowych
koników morskich i białych delfinów. Wzdłuż ścian z wypolerowanego
drewna lśniły opalizujące odcieniami błękitu muszle tworzące wzór fal,
których pianę wykonano z inkrustowanych pereł.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki