Skryba ze Sieny - Melodie Winawer

Reflow text when sidebars are open.
Neurochirurg jest niewolnikiem telefonu - nie może zignorować jego dzwonka. Gdy moja komórka odezwała się o trzeciej nad ranem, od razu poderwałam się ze snu. Po głosie lekarza dyżurnego poznałam, że ma kiepską noc.
- Doktor Trovato? Mówi doktor Green z bloku A. Mamy tu starszą pacjentkę z krwotokiem do móżdżku. Jest nieprzytomna. Tomogram wygląda kiepsko. Jak szybko może pani przyjechać?
- Będę za osiem minut. Proszę zawiadomić blok operacyjny.
Móżdżek mieści się w ciasnej i ograniczonej przestrzeni tylnego dołu czaszki. Nie ma tam miejsca na wynaczynioną krew. W przypadku krwotoku mamy katastrofę - móżdżek zostaje zepchnięty w jedynym możliwym kierunku: w dół przez otwór wielki, w wyniku czego dochodzi do ucisku na pień mózgu, który jest centrum sterowania podstawowymi funkcjami życiowymi. Jeśli chirurg nie zdąży temu zapobiec. Jechałam do szpitala, w myślach planując operację. Ruch na Amsterdam Avenue był niewielki. Jedynie kilka żółtych taksówek krążyło w poszukiwaniu nieobecnych klientów. Przycisnęłam pedał gazu, żeby załapać się na "zieloną falę".
Umyłam ręce nad dużą stalową umywalką i przez dwuskrzydłowe drzwi tyłem weszłam na salę operacyjną. Podczas gdy naciągałam chirurgiczne rękawiczki, Linney, moja ulubiona anestezjolożka, zajęła swoje zwykłe miejsce za głową pacjentki. Zadaniem anestezjologa jest między innymi monitorowanie akcji serca, oddechu i ciśnienia tętniczego. Spokojna i małomówna Linney dała mi znak - mogłam zaczynać. Spojrzałam na kark pacjentki: zupełnie zwyczajny, trochę pomarszczony, ale w środku rozgrywał się dramat. Zaczęłam nacięcie kilkanaście centymetrów od ucha i poprowadziłam skalpel w dół. Skóra, potem mięśnie. Kraniotomem wycięłam fragment kości czaszki. Przecięłam oponę twardą, odsłoniłam móżdżek... jest! Zaczęłam usuwać świeży skrzep i nagle poczułam, że brak mi tchu. Przez chwilę miałam wrażenie, że tonę, że nie mogę wypłynąć na powierzchnię.
- Linney - wykrztusiłam - jakiś problem z oddechem?
Zdumiona spojrzała na mnie, a potem na monitory. Po trzech sekundach - bardzo długich trzech sekundach - rozległy się sygnały ostrzegawcze.
Pacjentka wybudziła się dopiero około południa, ale późnym popołudniem była już zupełnie przytomna i ściskała dłoń córki.
- Beatrice, pora na lunch - zakomunikowała Linney, gdy w służbowej szatni ściągnęłyśmy ochronną odzież i pokrowce na buty.
Ruszyłam za nią do stołówki dla personelu. Z Linney nie rozmawiało się tak jak z innymi. Gdybym do niej zadzwoniła i spytała: "Cześć, co u ciebie?", usłyszałabym: "Mów, o co chodzi". Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy stoliku z białym melaminowym blatem. Naszej stołówce daleko było do stylowej jadłodajni, którą próbowała udawać. Napis SMAKI PIEKARNI wisiał nad koszykiem zawiniętych w folię bułek, a szef kuchni polecał tego dnia makaron ziti nieumyślnie zapiekany trzy razy. Wzięłam jabłko.
- Beatrice, skąd wiedziałaś o hipoksji u operowanej?
- Miałam wrażenie, że to ja nie mogę oddychać - wyjaśniłam - ale rozumiałam, że chodzi o pacjentkę. - Sama nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie wypowiedziałam tych słów na głos.
- Jak mam to rozumieć, doktor Trovato? - Czułam, że nabroiłam, bo Linney nie zwróciła się do mnie po imieniu. - Tak po prostu wiedziałaś?!
- Tak po prostu wiedziałam.
- Powinnaś chyba zjeść coś więcej niż jabłko. - Linney swoim zwyczajem niespodziewanie zmieniła temat. - Mamy dzisiaj jeszcze pięciu pacjentów - oznajmiła, po czym wstała od stolika, zostawiając mnie z ogryzkiem w ręku.
Przez kilka minut nie ruszałam się z miejsca. Chirurgia wydaje się wszystkim taka oczywista: otworzyć człowieka, naprawić to, co się zepsuło, zamknąć. Tymczasem nawet działając od wewnątrz, nie zawsze docieramy do sedna problemu. W trakcie specjalizacji z neurochirurgii chciałam wiedzieć, czy ból głowy u nastolatki jest skutkiem trudnej sytuacji w domu czy zwiastunem pęknięcia tętniaka. Potrzebowałam pewności, że przygnębiony pacjent z guzem mózgu, którego wysyłam do domu z receptą na leki przeciwbólowe, nie podejmie próby samobójczej, biorąc wszystkie tabletki naraz. Zawsze żałowałam, że nie potrafię się porozumieć z osobami, które choroba pozbawiła mowy lub uwięziła w próżni śpiączki, gdzie bez końca krążą po omacku. Dotykałam ludzkich mózgów, ale nie miałam pojęcia, jak to jest znaleźć się w czyjejś głowie naprawdę. Podczas tamtej operacji chyba tego właśnie doświadczyłam.
Zostałam osierocona dwukrotnie. Pierwszy raz tuż po przyjściu na świat. Ojca nigdy nie poznałam, a matka i bliźniacza siostra zmarły krótko po moich narodzinach. Byłam bliźniaczką A, choć to chyba nie ma żadnego znaczenia, skoro przeżyłam tylko ja. Mój brat Benjamin, który właśnie skończył siedemnaście lat, w jednej chwili zyskał siostrę i stracił matkę, a z brata musiał nagle zmienić się w rodzica. Nie mam pojęcia, jak mu się to udało. Wiem jedynie, że o rok opóźnił pójście do college'u. Nic więcej na ten temat nie mówił.
Od Bena dowiedziałam się, że nasza mama nie zawracała sobie głowy szukaniem ojców dla swoich dzieci. Podobno mawiała: "Chwila i kobieta w zupełności wystarczą". Powtarzałam te słowa, kiedy byłam dzieckiem, nie do końca pojmując ich znaczenie, i nie wiedziałam, dlaczego dziwnie mi się wtedy przyglądano. Dopiero jako nastolatka to zrozumiałam. Nigdy nie poznałam mamy, jeśli nie liczyć czasu, kiedy byłam w niej.
W żłobku wszystkie maluchy zazdrościły mi uni-rodzica. Na Dzień Matki, gdy odwiedzające nas mamy dostawały krzywe kartki w kształcie serca, Benjamin zjawiał się w sukience w grochy, blond peruce i balerinach. Studiował wtedy mikrobiologię, więc przynosił ciasteczka w kształcie mikrobów. Najbardziej lubiłam wirusy, bo wyglądały jak klejnoty. W Dzień Ojca przychodził ubrany w dwurzędowy garnitur, w okularach z doczepionym nosem i wąsami w stylu Groucho Marxa. Nikt nigdy nie wytykał mi, że nie mam rodziców. Wszyscy chcieli mieć Benjamina.
Potem Ben zapisał mnie do prowadzonego przez franciszkanki przedszkola Świętego Jakuba. Wybrał je, kierując się tradycją i nostalgią. Sam trzynaście lat wcześniej nauczył się tam alfabetu i responsorialnego śpiewu. Na ścianie wisiało jego czarno-białe zdjęcie z jasełek, w których wystąpił jako wielbłąd. W każdy wtorek, idąc na mszę, przystawałam przed tą ścianą i patrzyłam na nie. Ja wcieliłam się w rolę Marii, ale po cichu trochę żałowałam, że nie mogę być wielbłądem.
Gdy uczyłam się w szkole podstawowej, Benjamin zrobił studia doktoranckie: najpierw z mikrobiologii, a następnie z mediewistyki. Zanim jako czternastolatka na lekcji biologii uczyłam się anatomii kręgowców, on stał się ekspertem w dziedzinie czarnej śmierci, a zwłaszcza jej następstw w średniowiecznej Italii. W nauce obraliśmy przeciwne kierunki. Ja podążałam naprzód, w stronę pacjenta, on natomiast szedł wstecz, w przeszłość.
Mając rodzeństwo, nie czujemy presji, aby sprawdzać się we wszystkim. Ja zostałam lekarzem, Benjamin - naukowcem. Ja nie czułam się niespełniona akademicko, a on nigdy nie musiał się zastanawiać, czy nie powinien był się zająć medycyną od strony praktycznej. Oczywiście wyglądałoby to inaczej, gdybyśmy oboje próbowali osiągnąć sukces w tej samej dziedzinie, ale nigdy nie brałam pod uwagę rywalizacji... ani współpracy, dopóki nie okazało się, że jest już za późno.
Kiedy miałam trzydzieści lat, Ben rozpoczął pracę nad projektem, który zawiódł go do Sieny. Tam mój brat się zakochał - nie w osobie, lecz w mieście.
"Moja Mała B, wpadłem po uszy", pisał. "Mam wrażenie, że przeniosłem się w czasie, ale nie muszę rezygnować z wygód - średniowieczne życie plus gorący prysznic i papier toaletowy. Chcę kupić dom w sam raz dla całej rodziny, czyli dla Mojej Siostrzyczki Beatrice".
Podobało mi się słowo "rodzina" na papierze, ale nie miałam w zwyczaju pisania listów. Ostatni tradycyjny naskrobałam podczas obozu skautowskiego na papeterii ozdobionej rysunkami myszy z ogonami owiniętymi wokół kałamarza. Ben z kolei niechęcią darzył pocztę elektroniczną - myślę, że jako mediewista czuł opór przed postępem technicznym.
Oczywiście dotrzymał słowa i kupił dom w Sienie, ale minęły trzy lata, a ja wciąż nie odwiedziłam go we Włoszech. On natomiast nie myślał o powrocie do Nowego Jorku. Po raz pierwszy w życiu nie widzieliśmy się tak długo. Nie straciliśmy kontaktu dzięki niezbyt częstym i bardzo wyczekiwanym rozmowom telefonicznym przekraczającym liczne strefy czasowe. No i pozostawała nam ulubiona przez Bena - choć przestarzała - listowna forma komunikacji. Żeby wczuć się w atmosferę średniowiecza, wyciągnęłam nawet swój stary zestaw do kaligrafii.
Kochany Benie,
wiem, że powinnam wkrótce Cię odwiedzić i poznać Twoją nową sympatię, czyli Sienę. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić wyjazdu w tej chwili. Codziennie przez dwanaście godzin wpatruję się w dziesięć centymetrów kwadratowych czyjegoś ciała i zmuszam ręce, aby robiły dokładnie to, co powinny. Najdrobniejszy błąd grozi utratą wzroku, niedowładem połowiczym lub śmiercią - tak po prostu. W tygodniu mam jeden dzień wolny, a to za mało, aby dotrzeć do Sieny i wrócić. Ale już niedługo, dobrze? Ostatnio na sali operacyjnej czuję się bardziej spięta - mam wrażenie, że wyczerpuje mi się zapas zdrowego lekarskiego dystansu i potrzebuję jakiegoś antidotum na wszystko, co wiąże się z pracą chirurga. Jaka pora roku jest najlepsza na wizytę?
Beatrice
Na sali operacyjnej rzeczywiście coraz bardziej wszystko przeżywałam - z negatywnymi skutkami. Zaledwie dzień wcześniej miałyśmy z Linney chorą z zaawansowanym rakiem podstawnokomórkowym skóry. Zwykle rak skóry nie wymaga interwencji neurochirurga, ale ta pacjentka zasłaniała powoli rosnącą zmianę na czole peruką. Po piętnastu latach naciągała ją tak nisko, że prawie nic nie widziała. Zanim do nas trafiła, nowotwór przeżarł jej skórę i kość czaszki. Między brwiami widniał otwór wielkości dwudziestopięciocentówki, przez który widziałyśmy oponę twardą. Podczas pierwszego badania w moim gabinecie aż się wzdrygnęłam na ten widok. Mnóstwo razy oglądałam oponę twardą, ale nigdy poza salą operacyjną.
W czasie operacji szybko wystąpiły komplikacje. Zaraz po wykonaniu pierwszego nacięcia monitory pokazały częstoskurcz komorowy - bardzo szybką akcję serca, która może uniemożliwiać prawidłowe krążenie krwi. Niedobrze. Zerknęłam na monitory. Ciśnienie krwi jeszcze było w normie, ale to mogło się lada chwila zmienić. Kątem oka widziałam, jak Linney błyskawicznie wkracza do akcji i zarządza podanie prokainamidu. Nagle w moich uszach pojawił się szum, a potem, o dziwo, usłyszałam głos Bena. Wszystko wokół stało się szare i niespodziewanie ogarnął mnie lęk, że go stracę.
Benjamin powiedział mi o swoich problemach z sercem, dopiero gdy studiowałam medycynę. Zareagowałam okropnie.
- Częstoskurcz komorowy? Na litość boską, jesteś chodzącą bombą zegarową!
- Mój kardiolog twierdzi, że sytuacja jest pod kontrolą. Ale tak na wszelki wypadek nie rób w mojej obecności nic szokującego ani nagłego... - Uśmiechnął się krzywo, a tymczasem ja się wściekałam, próbując ukryć paniczny strach.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?
- Bo byłaś dzieckiem... w pewnym sensie moim. Uważałem, że nie musisz tego wiedzieć. Teraz jesteś już dużą dziewczynką.
Rąbnęłam go. Zasłużył sobie. Ben stęknął i natychmiast sprostował:
- Chciałem powiedzieć, że jesteś już dużą panią doktor...
- Tak lepiej.
- I pomyślałem, że czas, abyś mnie poznała z perspektywy osoby dorosłej. Żyję z tym od lat i czuję się świetnie.
Próbowałam jakoś wpasować tę nową słabość w wizerunek niezniszczalnego brata, jaki sobie stworzyłam, ale moje serce biło jak oszalałe. Nie chcę go stracić, myślałam.
Schowałam twarz w jego wełnianym swetrze i wsłuchałam się w rytm jego serca, spokojny i miarowy.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że Linney szepcze mi do ucha surowym tonem:
- Beatrice, ciśnienie stabilne. Wrócił rytm zatokowy. Co się dzieje?
Nie miałam pojęcia, ale nie mogłam dopuścić, aby się to powtórzyło. Gdy w ręku trzyma się skalpel, nie ma miejsca na wahania emocji.
- Nic - skłamałam.
Siena, 2 maja
Hej, Mała B,
co miałaś na myśli, pisząc, że na sali operacyjnej czujesz się bardziej spięta niż zwykle? Chyba powinnaś sprawdzić w słowniku definicję słowa "spięty". Założę się, że na początku hasła znajdziesz zawód "NEUROCHIRURG". Wyobrażam sobie, jak rozbierasz ludzi na części, a potem (najlepiej) składasz ich z powrotem. Ja również próbuję dociec, co siedzi w ludzkich głowach, tyle że moi "pacjenci" od dawna nie żyją. Można powiedzieć, że param się medycyną sądową zamierzchłej przeszłości. Już słyszę, jak mnie upominasz: "Daj spokój, Ben, oszczędź mi zawiłych metafor". Uwielbiam, kiedy tak mówisz. A tak przy okazji, wszystkiego najlepszego z okazji prawie-urodzin, duża siostrzyczko.
Mam dla Ciebie nowiny, o ile historyk zajmujący się średniowieczem może mieć jakieś "nowiny". Z dżumą w Sienie wiąże się coś dziwnego. Udało mi się dotrzeć do źródeł, które wyjaśniają, dlaczego miasto tak bardzo wtedy ucierpiało. Wzbudzę sporą sensację, kiedy będę gotowy do opublikowania wyników badań. Nie wykluczam, że już ją wzbudziłem - napomknąłem o moich odkryciach na konferencji toskańskich mediewistów, czym okropnie zirytowałem kilku "kolegów" po fachu.
Pewnie są wściekli, bo woleliby być pierwsi, a tymczasem nie tylko ich ubiegnę, ale mam też coś, czego oni nie mają - coś naprawdę pikantnego. Żałuję, że Cię tu nie ma. Moglibyśmy razem szukać odpowiedzi, tak jak dawniej, kiedy byłaś mała. Wciąż pamiętam Cię jako poważną dziewięciolatkę, z buzią okoloną prostymi czarnymi włosami. Już wtedy posiadałaś niezwykły dar koncentracji. Widziałaś wyłącznie to, co miałaś tuż przed nosem. Mogłem się domyślić, że zostaniesz chirurgiem. Przez jakiś czas wydawało mi się, że wybierzesz historię, tak jak ja. Ty jednak wolałaś skalpel. Wy, lekarze, traktujecie historię pacjenta jak własność. My, badacze dziejów, wiemy, że historia nie należy do nikogo.
Siena Cię zachwyci. To zupełny absurd, że jeszcze nie widziałaś naszego tutejszego domu. Powinnaś wziąć urlop i przyjechać, żeby mi pomóc w rozwikłaniu mojej małej tajemnicy. Przecież i tak nie lubisz szpitala w lipcu, bo wtedy zjawiają się nowi rezydenci i musisz ich uczyć, jak nie zabijać ludzi.
To świetna pora na wizytę. Wtedy odbywają się Palio - wyścigi konne, które od siedmiu wieków każdego lata opanowują całe miasto. Wszyscy niecierpliwie ich wyczekują. Poza tym będziemy mogli razem czytać rękopisy - współczesny włoski jest zbliżony do średniowiecznego, więc na pewno dasz radę. Całe szczęście, że dopilnowałem, abyś poznała ten język i kulturę. Nie mogłem pozwolić, żeby Beatrice Alessandra Trovato nie umiała mówić i pisać w ojczystym języku swojej matki. Przyznaję, że lektura Dantego jest niecodzienną metodą nauki, no ale lepszych od niego nie znajdziesz.
Napisz, kiedy się do mnie wybierzesz. Specjalnie dla Ciebie zmienię pościel w gościnnej sypialni.
Kocham Cię, Mała B,
Ben
Przeczytawszy list od Bena, zrobiłam coś, co było zupełnie nie w moim stylu - poddałam się impulsowi. Mimo późnej pory - minęła już północ - w Internecie wyszukałam loty do Sieny. Miałam czterdzieści osiem godzin na zmianę zdania i mogłam sobie pozwolić na spontaniczność. Kliknęłam w okienko "zarezerwuj" przy ofercie lotu za niezwykle przystępną cenę. Ben właśnie wstawał, więc wybrałam jego numer.
- Kupiłam bilet. Przylatuję.
- Naprawdę?
- Będę za trzy tygodnie.
Oczami wyobraźni ujrzałam Bena z jednodniowym zarostem, przyciskającego słuchawkę do ucha.
- Będę musiał kupić proszek do prania, ale dla ciebie jestem skłonny zrobić nawet to. Wyślij mi dane lotu, to odbiorę cię z lotniska.
- Świetnie. I wiesz co... kocham cię.
- Ja też cię kocham, Mała B. A teraz idź już spać. Niedługo będziesz musiała wstawać.
Zasypiając, wyobrażałam sobie, jak znowu przeglądamy stare manuskrypty, tak jak wtedy, gdy byłam dzieckiem. Niestety sprawy potoczyły się inaczej.
Tydzień później zostałam sierotą po raz drugi. Za pierwszym razem miałam jeszcze Benjamina, teraz byłam zdana wyłącznie na siebie. Prawnik Bena zadzwonił do mnie ze Sieny dzień po tym, jak otrzymałam nowy paszport. Dziwne echo, które towarzyszyło międzynarodowemu połączeniu, sprawiło, że każde słowo słyszałam dwukrotnie, a tymczasem już pierwszy raz był ponad moje siły.
Nie mogłam mieć nawet cienia nadziei, że to zły sen, że tylko wyobraziłam sobie śmierć Bena - ten moment, w którym moje jedyne źródło bezwarunkowej miłości zgasło niczym umierająca gwiazda. Wiele lat wcześniej, gdy mi powiedział o swojej chorobie, myślałam: Zwariuję, jeżeli go stracę. Nie przeżyję tego. Teraz odszedł naprawdę, a ja z kogoś, kto ma brata, stałam się kimś, kto nie ma nikogo - i wcale nie zwariowałam. A jeśli nawet, to tylko na kilka sekund, podczas których świat zakołysał się niebezpiecznie i straciłam grunt pod nogami. Leżąc na podłodze w korytarzu, przyjrzałam się lampie.
Żarówka się przepaliła, dziwne, że dopiero teraz to zauważyłam, pomyślałam, gdy zdałam sobie sprawę, że widzę jeden krąg światła, tam gdzie powinny być dwa.
W jednej chwili Ben istniał, w następnej już go nie było. Może gdybym zwariowała, świadomość tej prawdy byłaby mniej bolesna. Niestety mój umysł nie pozwolił mi nawet na chwilę ulgi.
Antykwariat znajdował się tuż za rogiem, niedaleko mojego mieszkania. Od lat traktowałam go jak mój drugi dom. W dzisiejszym świecie niewiele zostało miejsc takich jak to - z wąskimi przesmykami między regałami i dużymi wysłużonymi fotelami obitymi skórą, gdzie na całe godziny można się było zagubić w pierwszej powieści jakiegoś mało znanego autora. Posiadam pewną wątpliwą zaletę: uwielbiam pisarzy, których książki nie są już dostępne, dlatego spędzam w tym miejscu większość wolnego czasu, którego i tak mam mało. Tutaj poznałam Nathaniela, właściciela antykwariatu, zapełniającego półki niezwykłą magią literatury. Za każdym razem, gdy tu trafiam, daję się porwać jakiejś książce, i dopiero po kilku godzinach wracam do rzeczywistości, uświadamiając sobie, że przegapiłam porę posiłku albo że zapadł wieczór. Zwykle z rezerwą podchodzę do czytelniczych rekomendacji, ale Nathaniel umie wybrać odpowiednią książkę - przynajmniej dla mnie.
Po raz pierwszy ujrzałam go, gdy siedziałam w jednym z tych skórzanych foteli, zatopiona w lekturze pierwszego wydania Rozważnej i romantycznej Jane Austen. Na kartki książki padł cień, więc podniosłam głowę.
- Planuje pani zakup czy może wolałaby pani zostać tutaj na noc? - spytał z brytyjskim akcentem.
Poczułam gorący rumieniec na twarzy i poderwałam się z miejsca.
- A jaka jest cena?
Powiedział mi, a ja, przerażona, z powrotem usiadłam.
- Proszę wrócić jutro i dokończyć - zaproponował. - Oficjalnie otwieramy o dziesiątej, ale może pani przyjść o dziewiątej, jeżeli nie będzie pani mogła się doczekać.
Tak zaczęła się wspaniała przyjaźń. Wiele godzin spędzałam w jego antykwariacie, a z czasem, gdy się lepiej poznaliśmy, również w jego domu, pałaszując pyszności przygotowane przez Charlesa, męża Nathaniela, lekarza medycyny sądowej, który biegle władał nożem w kuchni i z kpiną tłumaczył, skąd bierze się ta wprawa.
Nathaniel był pierwszą osobą, której powiedziałam o śmierci Benjamina. Tego dnia, gdy zadzwonił do mnie prawnik, poszłam do antykwariatu w porze zamykania. Nathaniel właśnie ryglował frontowe drzwi. Zobaczywszy moją minę, zrozumiał, że tej rozmowy nie należy zaczynać na ulicy. Gestem zaprosił mnie do środka.
- Mój brat nie żyje i zostawił mi dom w Sienie - wyrzuciłam z siebie jednym tchem, żeby nie stchórzyć.
- Tak mi przykro, Beatrice. - Podprowadził mnie do fotela.
- Jadę do Włoch. Przypilnujesz mojego mieszkania?
- To będzie dla mnie przyjemność i zaszczyt - odparł trochę formalnie, ale spojrzenie miał równie ciepłe jak serdeczny uścisk, którego bardzo potrzebowałam.
- Dzięki, jesteś niezastąpiony. Potrzebuję jakichś przewodników.
- Wolisz planować wyjazd, niż rozmawiać o Benie?
Przytaknęłam. Przyjrzał mi się uważnie, jak gdyby się upewniał, czy może mnie bezpiecznie zostawić samą, po czym zniknął za wysokim regałem. Po chwili wrócił z górą książek o Toskanii.
- Przejrzyj te - poradził.
Przez kilka minut kartkowałam je w milczeniu.
- W Sienie jest tyle do zwiedzania. - Spojrzałam na niego znad kolorowego zdjęcia Maesty Simone Martiniego.
- To prawda, Beatrice.
Byłam wdzięczna, że nie powiedział nic więcej. Pocałowałam go w policzek i wyszłam, zanim zupełnie się rozkleiłam. Do drugiej w nocy wertowałam przewodniki. Niestety trzy godziny później musiałam wstać - czekała mnie skomplikowana operacja tętniaka tętnicy podstawnej - ale neurochirurdzy są przyzwyczajeni, że niewiele sypiają.
Kilka dni później otrzymałam e-mail od prawników Bena. Czytając, w myślach tłumaczyłam z włoskiego na angielski.
Gentilissima Dottoressa Trovato:
Ogromnie zasmuciła nas wiadomość o śmierci Pani brata i chcielibyśmy złożyć Pani najszczersze wyrazy współczucia. Znaliśmy Pani brata dość długo i z żalem żegnamy wspaniałego uczonego, który zajmował się naszym pięknym miastem i jego historią. Jak wspomnieliśmy podczas rozmowy telefonicznej, jest Pani jego jedyną krewną i spadkobierczynią majątku po nim, w skład którego wchodzą nieruchomość oraz rzeczy ruchome. Zapraszamy do naszego biura w Sienie, abyśmy mogli Pani asystować w dyspozycjach dotyczących spadku. Wyślemy Pani klucz do domu w Sienie, aby zaoszczędzić Pani niedogodności związanych z szukaniem zakwaterowania.
Od razu na początku współpracy z naszą firmą Dottore Trovato polecił, na wypadek gdyby jakiekolwiek nieszczęście uniemożliwiło mu kontynuację pracy, żebyśmy przesłali Pani zawartość jego indywidualnej skrytki w bibliotece Universita degli Studi di Siena. Notatki i rękopis powinny dotrzeć do Pani w ciągu kilku dni. Wykracza to nieco poza nasze zwykłe procedury przed urzędowym zatwierdzeniem testamentu, jednakże Dottore Trovato zapewnił, że jest Pani jego jedyną żyjącą krewną i nie ma nikogo, kto mógłby zakwestionować ważność jego testamentu.
Choć jest pani doktorem medycyny, a nie nauk humanistycznych, tak jak Pani brat, na pewno rozumie Pani, jaką szkodą byłoby, gdyby dzieło jednego z najwspanialszych współczesnych historyków naszego miasta popadło w zapomnienie. Jesteśmy główną kancelarią obsługującą środowiska akademickie w Toskanii i pozwoliliśmy sobie zainicjować kontakt z naukowcami, którzy wyrazili chęć zapoznania się z notatkami Pani brata w celu określenia, jakie materiały nadają się do publikacji. Chętnie omówimy szczegóły w dogodnym dla Pani czasie.
Żywimy szczerą nadzieję, iż znajdzie Pani pocieszenie w tych trudnych dla Pani chwilach,
Avv. Cavaliere, Alberti e Alberti
Nie wiedziałam, czym dokładnie Ben się zajmował, ale na samą myśl, że inni mieliby położyć rękę na jego pracy, robiło mi się niedobrze. Od razu napisałam krótką uprzejmą odpowiedź, prosząc prawników, aby nikomu nie udostępniali żadnych materiałów. Żałowałam, że Ben sam nie opowie mi o swoich odkryciach. Już nigdy nie miałam go usłyszeć.
Trzy dni potem wróciłam do domu o późnej porze, zgrzana po podróży metrem z zepsutą klimatyzacją. U portiera czekała na mnie paczka od prawników Bena. W środku znajdowała się zniszczona czerwona teczka harmonijkowa przewiązana satynową tasiemką. Ben trzymał tę teczkę, własnoręcznie ją zawiązał. Zamknęłam oczy i odetchnęłam głęboko. Teczka pachniała oczywiście biblioteką - starymi skórzanymi oprawami i kurzem - nie Benem. Usiadłam przy biurku i zaczęłam przeglądać zawartość. Bezładny zbiór wydruków poprzeplatany był fotokopiami z tekstów źródłowych, na których widniały zapisane na marginesach uwagi. Wyobraziłam sobie, jak Ben w skupieniu marszczy czoło i robi notatki, rozsmarowując tusz zewnętrzną krawędzią dłoni.
Agnolo di Tura, XIV-wieczny kronikarz, tak oto opisywał cios zadany Sienie przez dżumę:
"Śmierć przyszła do Sieny w maju 1348 roku [...] w wielu miejscach miasta wykopano wielkie doły, w których głęboko układano zmarłych. Umierali setkami zarówno w dzień, jak i w nocy, a ciała wrzucano do owych dołów i przykrywano ziemią [...]. Ojciec porzucał dziecko, żona męża, brat brata [...] bo mór dosięgał ludzi przez oddech i wzrok. Ja [...] pochowałem pięcioro moich dzieci własnymi rękoma. [...] I umarło tak wielu, że wszyscy wierzyli, iż nastąpił koniec świata".
Po prawej stronie, na marginesie, Ben dopisał kilka zdań i część podkreślił:
Ilu ludzi zmarło w Sienie? Według Agnola - 52 tys., ale Gottfried twierdzi, że to niemożliwe, bo całkowita liczba mieszkańców wynosiła najwyżej 60 tys. BW utrzymuje, że populacja zmalała o 80 procent! Tuchman, że o ponad połowę. Czy śmiertelność spowodowana dżumą była w Sienie większa niż w innych toskańskich miastach? Na to wygląda. Dlaczego?
Wróciłam do wydruków notatek.
Siena w swoim złotym okresie zapragnęła mieć największą katedrę na świecie - nawa dawnego kościoła miała się stać transeptem ogromnego Duomo. Owa katedra byłaby realnym symbolem świetności Sieny pośród innych miast Toskanii, a także całej przyszłej Europy i świata. Ten plan zabiła czarna śmierć. Dżuma zapoczątkowała upadek tego olśniewającego, samorządnego miasta. Potem Siena już nie wróciła do dawnej świetności, w przeciwieństwie do swojej odwiecznej rywalki Florencji. Dlaczego?
Przez całe dziesięciolecia historycy próbowali wyjaśnić wyjątkowo druzgocące skutki dżumy w Sienie oraz przyczyny tego, że ta wspaniała komuna miejska nie zdołała się odrodzić i ostatecznie uległa swej rywalce Florencji. W dalszej części tego tekstu przedstawię nowe dowody tłumaczące gehennę Sieny oraz ostateczną utratę przez nią władzy i niezależności politycznej.
Lektura zapisków Bena na temat średniowiecznych tajemnic tak mnie pochłonęła, że na moment zapomniałam o rzeczywistości. Dopiero gdy się od nich oderwałam, ponownie uderzyła mnie świadomość, dlaczego w ogóle je mam. Poczułam się, jak gdyby ktoś walnął mnie pięścią w żołądek. Przez tyle lat odwlekałam wyjazd do Sieny, a teraz jechałam tam nie po to, żeby się zobaczyć z bratem, ale by zająć się jego majątkiem i rękopisem. Nie mogłam sobie wybaczyć, że wcześniej nie znalazłam czasu na wizytę. Włożyłam zapiski Bena z powrotem do teczki i starannie zawiązałam tasiemkę, próbując zapanować nad oddechem. Mimo wszystko mogłam zobaczyć dom Bena, choć jego już tam nie było. Mogłam zwiedzić miasto, które tak go przyciągało, choć nie miał mnie tam powitać. Musiałam się zająć spadkiem. Poza tym potrzebowałam odpoczynku. Nie byłam na urlopie od czterech lat. Ta myśl dojrzewała we mnie, aż w końcu przed świtem podjęłam decyzję. Zasypiałam, mając przed oczami dłoń Bena trzymającą jego ulubione wieczne pióro i opisującą sieneńskie Duomo takim, jakie miało się stać.
- Wolisz jakąś mieścinę we Włoszech od Nowego Jorku? - Linney położyła ręce na biodrach i przyjrzała mi się surowo.
Przywodziła na myśl małego nieustępliwego jastrzębia. Rude włosy - tak ciemne, że niemal purpurowe - krótkie i gładko zaczesane, nie zasłaniały karku, który wydawał się dziwnie delikatny, w przeciwieństwie do niej samej.
- To nie jakaś mieścina, tylko Siena. - Odwzajemniłam się jej takim samym spojrzeniem.
Moje wyjaśnienie bynajmniej jej nie zadowoliło.
- A co takiego jest w tej Sienie?
- Brat zostawił mi tam dom. Muszę zadecydować, co zrobić ze spadkiem.
- Twój brat nie żyje? I postanowiłaś poinformować mnie o jego śmierci mimochodem, oświadczając, że wyjeżdżasz do Toskanii? Beatrice, halo, co z tobą?
Przyglądałam się niebieskim ochraniaczom na naszych butach. Linney przykucnęła, żeby zajrzeć mi w oczy.
- Tylko tu wróć - powiedziała, jak gdyby coś przeczuwała. - Inni neurochirurdzy nie są tak dobrzy jak ty.
- Dlaczego miałabym nie wrócić? Biorę jedynie trzymiesięczny urlop.
Linney nie odpowiedziała.
Kiedy mój samolot wystartował, poczułam się dziwnie lekko - jak gdyby liny wiążące mnie z dotychczasowym życiem za bardzo się napięły i wreszcie pękły.
Stałam pod drzwiami domu Bena z ciężkim mosiężnym kluczem w dłoni, zupełnie niepodobnym do tego, który otwierał moje nowojorskie mieszkanie. Zanim wsunęłam go w zamek, ogarnęło mnie wrażenie, że już to kiedyś robiłam - wkładałam ten klucz w ten zamek, w tych drzwiach i w tym mieście. Pomyślałam, że to déja vu. Przecież nigdy wcześniej nie byłam w domu Bena, ani w ogóle we Włoszech. Wrażenie swojskości dopadło mnie jednak z taką siłą, że nie mogłam go uznać za zwykłe złudzenie. Déja vu powinno być jedynie mglistym przeczuciem, a nie tak wyraźnym przekonaniem. Miałam pewność, że już kiedyś tu byłam, i jakimś cudem ta pewność współistniała z absolutnym przekonaniem, że to niemożliwe.
Masywne drzwi nie chciały ustąpić, ale zdołałam je otworzyć pchnięciem biodra. W ciemnym holu otoczyła mnie ciężka woń domu, do którego od dawna nikt nie zaglądał. Przesunęłam dłonią po ścianie, szukając włącznika, ale go nie namacałam. W nikłym świetle sączącym się z ulicy widziałam drewniane schody wspinające się ku ciemności na górze. Zaczepiłam o stolik i potrąciłam stojącą na nim lampę. Złapałam ją, zanim spadła, i włączyłam. Zamknęłam za sobą drzwi, przekręciłam klucz w zamku i zaczęłam oglądać mój nowy dom.
Siena, 4 czerwca
Kochany Nathanielu,
piszę do Ciebie list, ponieważ Ben nie wierzył w domowe łącze internetowe. Co za średniowieczne podejście! Nie ma tu również włączników światła. Pierwszego wieczoru o mało się przez to nie zabiłam, bo przyjechałam już po zmroku. Dom ma typowo średniowieczny rozkład: od frontu znajduje się sala (pokój dzienny), a od tyłu camere (sypialnie). Pokoje w głębi otwierają się na wewnętrzny dziedziniec - wspólny dla sąsiadujących ze sobą budynków. Rosną na nim trzy kwitnące drzewka pomarańczowe. Rano budzi mnie zapach, który wpada do mojej sypialni przez otwarte okna. Ciekawa jestem, kto dawniej był właścicielem tego domu - jakiś kupiec, rzemieślnik, handlarz winem, malarz... Gdzie mogłabym to sprawdzić? Ty zawsze wszystko wiesz. Czy w XIV w. byli już chirurdzy? W tej chwili zupełnie nie czuję się jak neurochirurg. Podobają mi się te wagary.
Moja pierwsza wizyta w biurze kancelarii prawniczej Cavaliere, Alberti e Alberti przypominała scenę z filmu Felliniego. Cavaliere jest chudy jak patyk, z boku niemal niewidoczny, natomiast obaj panowie Alberti są niscy, okrągli i mają w sumie sześć podbródków. Wszyscy trzej uśmiechali się współczująco - w sam raz na spotkanie z krewną zmarłego klienta. Pewnie się o mnie martwisz, ale pamiętaj, że my, lekarze, żartujemy, gdy jest źle. Dzięki temu czujemy się lepiej.
A wracając do prawników... okna w ich biurze są tak brudne, że do środka wpada tylko słabe światło, a w staroświeckich lampach mają najwyżej dziesięciowatowe żarówki. Ledwo widziałam, gdzie mam złożyć podpis. Udało mi się jednak, i oto jestem właścicielką domu w Sienie oraz wszystkiego, co się w nim znajduje.
Panowie Alberti próbują mnie nakłonić do przekazania projektu Bena komuś "bardziej doświadczonemu". Oczywiście nie zamierzam ich słuchać. Pewien toskański historyk, niejaki Franco Signoretti, który twierdzi, że wywodzi się z jednego z najstarszych i najznaczniejszych średniowiecznych rodów Sieny, udzielił wywiadu dla lokalnej stacji telewizyjnej. Oglądałam go na czarno-białym telewizorku Bena, ledwo co widząc (Wiem, trudno sobie wyobrazić, że historia średniowiecza nadaje się do wiadomości, ale tutaj wszystko jest inaczej). W trakcie rozmowy gość pozwalał sobie na dość cierpkie komentarze, z których wnioskuję, że próbuje podważyć badania Bena. Nazwał mojego brata "aspirującym naukowcem urodzonym w Ameryce", który "w trakcie swojej krótkiej, niestety, kariery w Sienie podjął zupełnie przyzwoity wysiłek zapisania się w naszej długiej i wspaniałej historii". Z przykrością słuchałam takich opinii z ust nieznanego mi człowieka, ale z jednego jestem zadowolona - zaskakująco szybko przypomniałam sobie włoski. Teraz się cieszę, że Ben tak mnie gonił do nauki języka, kiedy byłam mała, pomimo moich stanowczych protestów. Słuchając, jak ten cały Signoretti gada, że sam jest bliski dokonania odkrycia, nad którym pracował "aspirujący Amerykanin", pomyślałam, że nie mogę się poddać. Chyba nie takiej reakcji spodziewał się po mnie starszy Alberti. Im usilniej prawnicy namawiają mnie do przekazania komuś wyników pracy Bena, tym większy czuję przed tym opór i tym bardziej chcę je zatrzymać. Może nawet będę w stanie sama opublikować je w imieniu brata z niewielką pomocą tutejszych ekspertów. W końcu przecież Ben sporo mnie nauczył. Żałuję, że teraz nie może mi pomóc.
A co u Ciebie? Trafiły Ci się ostatnio jakieś dobre książki? Dziękuję za opiekę nad moim mieszkaniem. Kwiatki możesz wyrzucić, jeśli podlewanie to za duży kłopot.
Pozdrawiam Cię,
Beatrice
Następnego dnia po wizycie w kancelarii obudziłam się ze słońcem na twarzy w sypialni na piętrze - najwyraźniej gościnnej, ponieważ panował w niej idealny porządek i było tu niewiele sprzętów. Zeszłam do pokoju Bena. Przez kilka minut stałam w drzwiach i patrzyłam. Łóżko było zasłane, ale nieporządnie - nigdy nie robił tego starannie. Na cienkonogim nocnym stoliku leżał stos książek, a jeszcze większe ich góry piętrzyły się na podłodze. Ściany zasłonięte były oprawionymi w ramy mapami oraz ilustrowanymi kartami z manuskryptów pokrytymi rzędami gęstych czarnych liter. Ben uwielbiał swoją pracę. Ja również kochałam moją, ale nie wytapetowałabym ścian nowojorskiej sypialni kartkami z podręczników neurochirurgii. Na parterze słońce nie świeciło tak ostro jak w moim pokoju na górze. Przenikało przez koronę drzewa pomarańczowego, nieco zielonkawe, i rzucało na ściany plamy cieni w kształcie liści.
Odetchnęłam głęboko i przestąpiłam próg. Czułam się trochę tak, jak gdybym naruszała prywatność brata - ale czy ludzie, których już nie ma, potrzebują prywatności? W tej zagraconej sypialni, w której każda rzecz przypominała o Benie, poczucie ogromnej straty nagle porwało mnie gwałtowną falą. Usiadłam na drewnianej podłodze i patrzyłam na drobinki kurzu dryfujące bez celu w powietrzu, dopóki nie rozbolały mnie plecy, a organizm nie zaczął się domagać porannej kawy i śniadania. Wychodząc, zamknęłam za sobą drzwi.
Postanowiłam odwiedzić uniwersytet, który znajduje się tuż obok piazza del Campo - nazywanego przez sieneńczyków po prostu Il Campo - aby dowiedzieć się dokładniej, nad czym Ben pracował. Nathaniel poradził, żebym się zwróciła do tamtejszego bibliotekarza, Emilia Fabbriego. Dotarłam na miejsce za wcześnie - drzwi do działu zbiorów specjalnych biblioteki były zamknięte, a okna zasłonięte - więc postanowiłam spędzić trochę czasu na Il Campo razem z połową mieszkańców miasta.
Ponieważ zanosiło się na upał, w sklepiku na placu kupiłam gazowaną lemoniadę. Piłam ją, siedząc na ławce i przyglądając się kamiennym płytom oraz liniom, które zbiegały się w jednym punkcie. Gorące powietrze złudnie je wypaczało. Policzyłam wszystkie dziewięć części placu - dla tak zwanych Noveschich, Rady Dziewięciu, która rządziła Sieną w okresie jej rozkwitu w średniowieczu. Im dłużej siedziałam, tym bardziej uspokajały się moje myśli. Otaczające mnie dźwięki nabierały mocy, a pojedyncze głosy wybijały się na tle chóru cichszych szmerów. Poczułam drgania płyt, gdy obok przebiegły dzieci w pogoni za gołębiami. Mój nos wyłowił silną woń czosnku napływającą od strony trattorii przy placu. Chłonęłam wszystko wokół i nagle w tę chwilę wyciszenia wtargnęła fala totalnej paniki. Szybko się cofnęła, ale moje serce nie przestało mocno bić. Po kilku sekundach znowu chwycił mnie lęk. Wstałam. Butelka po lemoniadzie wyślizgnęła mi się z dłoni i roztrzaskała o kamienne płyty. I wtedy zobaczyłam dziewczynkę. Stała niedaleko, sama w tłumie, blada ze strachu. Odwróciła twarz w moją stronę. Jej wielkie ciemne oczy wypełniły się łzami.
- Dov'? mamma - szlochała, zadzierając głowę. - Mamma, mamma...
Zrozumiałam, że strach, który czuję, nie jest mój. Wzięłam dziecko za rękę i rozpaczliwie rozejrzałam się po Il Campo. W drugim końcu, pod markizą sklepu z pamiątkami, w którym pierwszego dnia kupiłam widokówki, zauważyłam kobietę. Nigdy wcześniej jej nie widziałam. Miała ciemne włosy związane na karku, bladą twarz i czerwoną sukienkę, która wyraźnie odcinała się na tle kamiennych fasad. Była dla mnie obcą osobą, a mimo to zapragnęłam natychmiast do niej popędzić i paść jej w objęcia. Pobiegłyśmy więc razem, dziewczynka i ja - gnane tym samym pragnieniem - trzymając się za ręce i potykając na lekko pochyłej płaszczyźnie placu w kształcie muszli. Chwilę później patrzyłyśmy w jej przerażoną twarz - ja z góry, jej córka z dołu. Matka podziękowała mi gwałtownym potokiem włoskich słów i łez, po czym zamknęła córkę w mocnym uścisku. Stałam znieruchomiała i patrzyłam na nie. Dziewczynka mogła wrócić do swojej rodziny, ale mi nikt nie mógł pomóc w odnalezieniu mojej. Nie miałam siły na zaplanowaną wcześniej wizytę w bibliotece uniwersyteckiej. Zostawiłam dziecko z matką przy stojaku z pocztówkami i powoli ruszyłam z powrotem.
W domu usiadłam w kuchni przy stole. Próbowałam przywołać tamto uczucie, które mnie ogarnęło, zanim zobaczyłam zagubioną dziewczynkę - i zanim jej lęk zagnieździł się w moich myślach. Wcześniej doświadczałam tego na sali operacyjnej. Gdy jestem przygotowana do operacji, mój umysł się wycisza i coś przejmuje nade mną kontrolę. Analizując te wszystkie godziny spędzone ze skalpelem w dłoni, zdałam sobie sprawę, że kiedy operuję, zamieniam się w słuch i reaguję na dźwięki, które do mnie docierają. Wiem, co mówi mi organizm pacjenta, bo skupiam na nim całą uwagę. Czuję płynącą w żyłach krew, słyszę oddech wypełniający i opuszczający płuca, widzę szarą korę mózgową i naciskającego na nią intruza - nowotwór. Wiem, gdzie mogę bezpiecznie ciąć i kiedy coś idzie nie tak, jak powinno.
Gdy w liście do Bena napisałam, że na sali operacyjnej jestem bardziej spięta niż zwykle, obrócił to w żart. Ja jednak nie żartowałam. Początkowo mój dodatkowy zmysł był jedynie szumem w tle. Wydawał się naturalnym i pożytecznym darem w mojej pracy, więc się nad nim nie zastanawiałam. Kiedy jednak przed trzema laty na sali operacyjnej wyczułam problem, zanim zasygnalizował go sprzęt, moje zdolności po raz pierwszy dały o sobie znać z taką mocą. Przypadek częstoskurczu komorowego był jeszcze gorszy - moja emocjonalna reakcja na stan pacjentki przeszkodziła mi w pracy. Potem było takich sytuacji więcej. Przestałam o nich mówić Linney. Bałam się również zwierzać Benowi, żeby go nie martwić. Był tak daleko. Operując, wiedziałam na przykład o pękniętym naczyniu krwionośnym, którego nie miałam w polu widzenia, ponieważ czułam to we własnej głowie. O trzeciej rano budziłam się zlana potem, ze świadomością, że u pacjenta po operacji wkradła się infekcja, zanim pielęgniarki zadzwoniły z informacją o gorączce. Incydent na Il Campo oznaczał, że moja umiejętność nie ograniczała się już do sali operacyjnej. Jak daleko mogła sięgnąć ta empatia? Czy była w stanie pociągnąć mnie za sobą?
Nie potrafię się uwolnić od myśli, że być może ta zdolność ma jakiś związek z posiadaniem bliźniaczej siostry - nawet przez tak krótki czas. Zastanawiam się, czy odbieram to, co czują inni, z powodu pustki, jaka po niej została. Zamiast mieć u boku ją - mój bufor i zasłonę przed światem - chłonę z zewnątrz wszystko. A może to właśnie ona jest moim oknem "na innych", bo kiedyś miałam głęboką świadomość - zanim byłam w stanie pojąć znaczenie tych słów - jak to jest być identycznym z drugim człowiekiem.
Byłam z Benem, kiedy stało się to po raz pierwszy, tyle że wtedy żadne z nas nie wiedziało, co się dzieje. Przy stromej ścieżce prowadzącej do The Cloisters widniała tablica z napisem STREFA CISZY. Każdej niedzieli razem z Benem szliśmy z naszego mieszkania w dzielnicy Washington Heights do przeniesionego zespołu klasztornego w Fort Tryon Park trasą, z której widać zza drzew rzekę Hudson. Wchodziliśmy do środka przez bramę w kamiennym murze, pokonywaliśmy kręte mroczne schody i wychodziliśmy na zalany słońcem magiczny ogród XII-wiecznego opactwa, z cicho pluskającą, pokrytą porostami fontanną pośrodku.
Podczas zwiedzania muzeum Ben opowiadał mi o rycerzach, panach feudalnych i zwiastowaniu, ale najbardziej podobały mi się tapiserie z jednorożcem - tak jak chyba wszystkim dzieciom odwiedzającym The Cloisters. Obrazy, z których patrzą od dawna nieżyjący święci starcy, nie mogą się przecież równać z polowaniem na mityczne stworzenie. Lubiłam przesiadywać w sali tapiserii, gapić się na skomplikowane wzory roślinne tła, i wyobrażać sobie siebie w roli dziewicy, która zaprasza jednorożca, aby zanurzył róg w leśnym strumieniu. Kiedy skończyłam dwanaście lat, mój brat uznał, że jestem już dość duża, aby poznać prawdziwą historię przedstawioną na tkaninach. Siedziałam na drewnianej ławce w wysoko sklepionej sali i słuchałam, jak opowiada.
On mówił, a ja przyglądałam się scenom polowania: myśliwym wymachującym bronią, psom węszącym za zwierzem, pannie, która nakłoniła magiczne stworzenie, aby położyło łeb na jej dziewiczym łonie. Gdy dotarliśmy do tapiserii przedstawiającej bezwładne ciało jednorożca zarzucone na koński grzbiet i zobaczyłam jego białą sierść poplamioną świeżą krwią, nagle zakręciło mi się w głowie, a dźwięki wokół przycichły. Poczułam ostrą woń końskiego potu i szorstkość grzywy pod palcami. Gdzieś blisko ujadały ogary. Gęste poszycie leśne pomknęło ku mojej twarzy i niespodziewanie wylądowałam na chłodnej posadzce. Spojrzałam nieprzytomnie na Benjamina.
Pomógł mi się podnieść i usiadł obok mnie.
- Mała B, co się stało?
- Spadłam z ławki - powiedziałam. - Czy dziewica wiedziała, co czeka jednorożca, gdy zgodziła się go zwabić?
Ben nie odpowiedział.
- Nie wierzę, że by to zrobiła, gdyby powiedzieli jej prawdę! - Nastolatki zwykle reagują bardzo emocjonalnie i nie byłam tu wyjątkiem. - Ja nigdy bym się nie zgodziła, gdybym wiedziała, że go zabiją... ZABIJĄ! Nigdy, ale to nigdy... - Głos mi się załamał. Spojrzałam na swoje buty. Jedna sznurówka się rozwiązała, więc zajęłam się nią, unikając wzroku Benjamina.
- B, przecież wiesz, że jednorożec wraca do życia. - Ben ujął mnie pod brodę i pokazał na ostatnią tapiserię. - A czerwień na jego sierści to nie krew, tylko sok z granatów kapiący z drzewa nad nim.
- I uważasz, że to w porządku? Przecież to... ZDRADA!
Przytakiwał w milczeniu, podczas gdy ja się złościłam. Od tamtej pory trzymałam się z dala od sali tapiserii.
Po tym, co przytrafiło mi się w muzeum, Benjamin odwiedził ze mną mnóstwo lekarzy. Wtedy myślałam, że zrobiłam coś złego, a nawet niebezpiecznego. Najpierw udaliśmy się do naszej przychodni rodzinnej, później do kardiologa, a na koniec do specjalisty od arytmii serca. Wszyscy orzekli, że jestem zupełnie zwyczajną dwunastolatką, przynajmniej jeśli chodzi o serce. Zrozumiawszy niepokój Benjamina, przyrzekłam sobie trzymać się rzeczywistości i unikać fantazji, które wywołały mój dziwny atak. Dopiero po latach pojęłam, co było prawdziwym źródłem tego lęku - jego własne chore i nieprzewidywalne serce.
Następnego dnia, zamiast ponowić próbę odwiedzenia biblioteki, postanowiłam trochę oswoić dom Bena, aby poczuć się w nim bardziej jak u siebie. Zaczęłam od kuchni na poddaszu z sufitem poprzecinanym ciemnymi belkami i grubym białym tynkiem na ścianach. Przez otwarte okiennice do środka wpadała przyjemna bryza. Niemal godzinę cierpliwie szorowałam żelazny piecyk. Potem uporządkowałam niewielką kolekcję wyszczerbionych emaliowanych żółto-czarnych garnków. Gdy wzięłam do ręki najmniejszy, przypomniałam sobie, jak Ben uczył mnie gotować w nim polentę. Stojąc nad tym dwudziestoletnim rondlem, po raz pierwszy się rozpłakałam.
Kiedy się uspokoiłam, zeszłam do gościnnej sypialni - tej, którą Ben przeznaczył dla mnie. Bardzo mi się podobała metalowa rama podwójnego łóżka, spłowiała pościel, skrzypiąca szafa, w której powiesiłam ubrania, i niewielki wykusz z oknem wychodzącym na ulicę. Znalazłam pudełko gwoździ oraz stary młotek i powiesiłam na ścianach kilka obrazków kupionych w pobliskim sklepie z antykami - reprodukcje starych map, które pokazywały, jak mało zmienił się plan miasta od XIV stulecia. Gdy wbiłam ostatni gwóźdź, przyszło mi do głowy, że zwykle zmieniamy wystrój jakiegoś miejsca, gdy planujemy zostać w nim na dłużej i chcemy sprawić, by stało się dla nas domem.
Dochodziła druga, zanim zeszłam wreszcie na parter. Odkurzyłam krzesła i stół w pokoju od ulicy i przeniosłam się do pomieszczenia w głębi domu. Tu Ben miał gabinet - swój prywatny azyl. Jedynym luksusem był staromodny biedermeierowski sekretarzyk z drewna żółtodrzewu i hebanu. Przekręciłam kluczyk i opuściłam blat, odsłaniając sześć szuflad z ozdobnymi hebanowymi gałkami. Pierwsza mieściła kolekcję wiecznych piór, których stalówki dawno nie widziały atramentu. Drugą wypełniały odręczne notatki na skrawkach papieru i starych kopertach. W trzeciej znalazłam stare włoskie monety w małych szklanych słoikach, posortowane według wielkości. W czwartej nożyczki: małe złote i grawerowane, które miały przypominać bociani dziób, oraz większe stalowe i bardziej użyteczne niż ozdobne. W piątej szufladzie odkryłam atrament we wszystkich kolorach tęczy. Aż mnie świerzbiły ręce, żeby wziąć jedno z piór i zacząć pisać. Szósta szuflada nie chciała się otworzyć. Podważyłam ją ostrożnie, żeby nie zniszczyć ozdobnej okleiny. W środku była owinięta w lniane płótno teczka z grubej tektury z przywiązaną do niej kartką, na której widniał napis: UNIVERSITA DEGLI STUDI DI SIENA.
- Proszę, proszę - powiedziałam na głos.
Chyba za długo byłam sama, skoro zaczęłam rozmawiać z przedmiotami.
Między tekturowymi okładkami znajdowała się pojedyncza kartka pergaminu.
Florencja, wrzesień 1347 roku
Messer Salvestro de' Medici
Drogi kuzynie,
piszę do Ciebie, ponieważ nie wiem, do kogo mam się zwrócić. Mojego małego Iacopa od śmierci jego ojca prześladują dziwne i niepokojące myśli. Niesłusznie nazywam go "małym", jako że osiągnął wiek dwudziestu ośmiu lat, nie zdolnam jednak myśleć o nim jak o dorosłym. Taki już matczyny los. Mam na myśli matki synów - bo słyszałam, że córki wcześnie stają się nad wiek dojrzałe. Zaprawdę, Iacopo zawsze wydawał mi się nieco osobliwy, nawet gdy był pacholęciem. Miał takie poważne zapatrywania i tak gorąco ich bronił. Nigdy nie umiałam go udobruchać, gdy coś go uraziło. Jako trzylatek rozmyślnie przewrócił kubek mleka, co każdemu dziecku choć raz się przytrafia. Ja, przejęta bezlikiem prac, którym musiałam podołać, odebrałam mu kubek i za nic nie chciałam mu go oddać, choć płakał. Ustąpiłam wreszcie, lecz wtedy on nie chciał go przyjąć. Całymi miesiącami odmawiał picia mleka, aż zaczęłam się martwić o jego zdrowie.
Odkąd ojca jego, a mojego męża spotkało wielkie nieszczęście - egzekucja, ta prawdziwa tragedia dla naszej znakomitej rodziny - Iacopo jest zamknięty w sobie. Nieustannie duma w samotności i zapisuje niezliczone arkusze swoim drobnym pismem. Nie wiem, co pisze. Nie wydaje mi się, aby to były listy. Syn mój stroni od towarzystwa rówieśników oraz panien z dobrych rodów, które dla niego wybieram w nadziei, że zaręczyny pozwolą mu jaśniej spojrzeć w przyszłość. Jeżeli sądzisz, że możesz mu coś poradzić z perspektywy człowieka o Twojej pozycji, byłabym ogromnie wdzięczna, gdybyś do niego napisał. Może posłucha innego mężczyzny, gdy nie ma już ojca. Modlę się, by uśmiech powrócił na oblicze mego syna i przepędził cienie, które kładą się kamieniem na sercu nam wszystkim.
Życzę Ci sukcesów w interesach w Wenecji,
Immacolata Regate de' Medici
Po co Ben trzymał w domu ponadsześćsetletni list napisany przez kobietę z rodu Medicich, której męża stracono, a syna trapiły problemy? Czy miało to jakiś związek z upadkiem Sieny? Nie rozumiałam, dlaczego ten list obudził we mnie taki niepokój.
Siena, 8 czerwca
Kochany Nathanielu,
dziś odwiedziłam uniwersytet i spotkałam się z bibliotekarzem, którego mi poleciłeś - Fabbrim. Bardzo mi pomógł, ale mam wrażenie, że przez ciągłe siedzenie w półmroku cierpi na niedobór witaminy D. Wyjaśniłam mu, że zbieram informacje na temat dżumy w Sienie. Spodziewał się mojej wizyty - dzięki, że go uprzedziłeś. Z uprzejmym ukłonem (jakże średniowiecznym!) oznajmił, że z największą przyjemnością udostępni mi materiały, które pozwolą "wyobrazić sobie potworność tamtych czasów". Chyba trzeba się spodziewać dziwacznych reakcji, kiedy człowiek zajmuje się czarną śmiercią. Na szczęście Ben nie był dziwakiem. Może mnie tu kiedyś odwiedzisz? Tęsknię za moim dawnym życiem. A przynajmniej za Tobą.
Pozdrawiam Cię gorąco,
Beatrice
Gdy zabrałam się do studiowania tekstów źródłowych, doszłam do wniosku, że przyda mi się diagram z nazwami miejsc i datami. Wyjęłam czystą kartkę i zaczęłam kreślić graficzne przedstawienie ścieżki, jaką dżuma przeszła przez kontynent europejski. But Półwyspu Apenińskiego umieściłam pośrodku. Pochylona nad moją schematyczną mapką, dodawałam zaznaczone odmiennymi kolorami strzałki skierowane w różne strony i opatrzone datami. Uprzejmy Fabbri od czasu do czasu do mnie zaglądał. Może chciał się upewnić, że nie mażę kolorowymi markerami po starych manuskryptach. Mój wykres przypominał rysunek przedszkolaka, ale był dokładnie tym, czego potrzebowałam. Mam dobrą pamięć, tyle że nie do dat.
Przez kolejne dni ślęczałam nad współczesnymi rozprawami z epidemiologii analizującymi źródła i rozprzestrzenianie się Yersinia pestis, bakterii odpowiedzialnej za epidemię. Poznałam układ pokarmowy pchły - nosiciela pośredniego - która przeniosła pałeczki dżumy z chorych szczurów na ludzi. Przeczytałam średniowieczne kroniki opisujące dymienice - obrzęknięte węzły chłonne pod pachami i w pachwinach, które pękały i ropiały. Chorzy broczyli krwią, a ich stan pogarszał się tak szybko, że niektórzy kładli się spać bez objawów, ale już się nie budzili. Do domu wróciłam z bólem głowy i przez większość nocy przewracałam się z boku na bok, wyobrażając sobie, jak pod pachami tworzą mi się ropnie. Nie mogłam się doczekać świtu. O dziwo, jednocześnie czułam, że jestem bliżej Bena, bo na pewno nieraz przemierzał te same ścieżki przede mną.
Trzeciego dnia w bibliotece poczułam się jak żyjące pod ziemią zwierzę. Przyklejona do twardego drewnianego krzesła, zawzięcie robiłam notatki. Po kilku godzinach wstałam i rozejrzałam się w poszukiwaniu Fabbriego, lecz nigdzie go nie było. Ruszyłam więc między regały pełne ksiąg o wyblakłych tytułach i wkrótce zapuściłam się w nieznane mi obszary.
Zgromadzone tutaj woluminy wyglądały na starsze i bardziej zniszczone. Ogarnął mnie niewytłumaczalny niepokój. Drzwiami tak niskimi, że musiałam schylić w nich głowę, weszłam do niewielkiego pomieszczenia bez okien. Dziwne wrażenie stało się silniejsze, jak gdyby ktoś mówił coś zbyt cicho, bym mogła go usłyszeć. Regały stały tu tak gęsto, że prawie nie dało się między nimi przejść, i nie było żadnego miejsca do siedzenia. Serce zaczęło mi szybciej bić. To biblioteka, Beatrice, a nie jakiś nawiedzony dom, upomniałam się w myślach. Większość ksiąg nie miała wytłoczonych na grzbietach tytułów. Podniosłam niewielki oprawiony w skórę diariusz, z wygładzoną przez ludzkie dłonie okładką. Zamknęłam oczy, bo nagle zakręciło mi się w głowie. Szybko odłożyłam tomik z powrotem na stół.
Oparłam dłoń o blat i przytrzymałam się go, czekając, aż dziwne uczucie minie, ale miałam wrażenie, że diariusz czeka, aż znowu go podniosę. Kiedy to zrobiłam, w mojej głowie zabrzmiał głuchy dźwięk, niczym echo w tunelu. Jednocześnie, nie wiadomo skąd, napłynęła woń mokrego tynku i farby. Gdy otworzyłam dziennik, wyblakłe pismo wydało mi się niewytłumaczalnie znajome. Zaczęłam czytać:
Anno Domini 1343
Gabriele Beltrano Accorsi
Gabri-e-le. Jako Włoch zaakcentowałby swoje imię na drugiej sylabie od końca.
Moja poczciwa matka, jak powiadają, żyła duchem, nie ciałem, i nie była związana z tą ziemią. Ostatnim swoim tchnieniem przeniosła mnie przez próg tego świata i oddała pod opiekę aniołom. Wciąż noszę w duszy ślady owej straty.
Usłyszałam znajomy cichy szum. Moje zmysły się wyostrzyły i po chwili ogarnął mnie żal XIV-wiecznego autora pamiętnika. Nie było to zwykłe współczucie wywołane przeczytanymi słowami. Nie myślałam: To straszne, tak jak ja stracił matkę zaraz po narodzinach. Ja niczego sobie nie wyobrażałam, tylko po prostu czułam ogromny smutek człowieka, który umarł przed wiekami. Zamknęłam dziennik, ale nie byłam w stanie go odłożyć. Powoli wróciłam do stolika, który okupowałam już trzeci dzień, i zaczęłam pakować swoje rzeczy. O mało nie krzyknęłam ze strachu, gdy tuż za sobą, po prawej stronie usłyszałam głos. Odwróciłam się i zobaczyłam wyprężonego na baczność Fabbriego. Byłam od niego prawie o głowę wyższa.
- Dottoressa Trovato, czy ten tomik ma jakiś związek z prowadzonymi przez panią badaniami?
- Zawiera wiele cennych informacji, signor - wychrypiałam, bo od dawna się nie odzywałam. - Jest dokładnie z okresu, który badam. Czy mogłabym wziąć go do domu?
Fabbri wydął policzki. Chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał, by po chwili podjąć kolejną próbę. Miałam nadzieję, że te wewnętrzne zmagania skończą się dla mnie pomyślnie.
- Nie chciałbym, aby w pani rękach coś się z diariuszem stało.
Uznałam, że czas się na kogoś powołać.
- Chyba panu jeszcze nie wspominałam... jestem siostrą Benjamina Trovato. Kontynuuję projekt, nad którym pracował przed śmiercią.
Fabbriemu opadła szczęka.
- Pani jest z tych Trovato? Zatem doskonale pani wie, jak należy dbać o manuskrypty. Jestem pewien, że w tych okolicznościach możemy odstąpić od regulaminu. Proszę jednak, aby zechciała pani zostawić jakiś dowód tożsamości.
Uśmiechnęłam się do niego promiennie i wręczyłam mu kartę kredytową, która nie była mi potrzebna.
- Ogromnie dziękuję.
Fabbri pomógł mi zapakować dziennik i po chwili wyszłam z podziemi na światło dzienne. Przez całą drogę do domu przyciskałam niewielki tom do piersi.
11 czerwca
Kochany Nathanielu,
co noc śnią mi się tylko pasy, pasy i pasy. Białe i zielone linie fasady katedry wdarły się w moje sny. Nieustanne ślęczenie nad tekstami daje mi się chyba we znaki. Projekt Bena stał się moim, i wszystko inne wydaje się przy nim nieważne. Tak bardzo pochłania mnie przeszłość Sieny, że czuję, jakbym była tam... a raczej WTEDY. Może jednak powinnam była zostać historykiem. Ben miałby niemałą satysfakcję, gdyby mnie teraz zobaczył.
Ten cały Franco Signoretti staje się coraz bardziej natarczywy. Zdobył skądś mój adres i przysłał list, który z pozoru wydaje się uprzejmy, ale czytając między wierszami, odbieram go jako groźbę. Być może jako rywal na polu naukowym nie chce, żebym opublikowała to, do czego dokopał się Ben. I właśnie dlatego zamierzam to zrobić, tylko najpierw sama muszę dojść, o co w tym wszystkim chodzi. Opcja, przy której obstają prawnicy, również mi nie odpowiada. Nie chcę przekazywać projektu Bena jakiemuś miejscowemu historykowi, który wygląda jak świeżo upieczony absolwent liceum. Nie zamierzam nikomu ustępować.
Przewodniki mówią o zastygłej w czasie urodzie Sieny, niezmienionej od średniowiecza - a wszystko z powodu dżumy. Pomyśl, co by było, gdyby w ciągu zaledwie dwóch lat zmarła ponad połowa mieszkańców Nowego Jorku. Na pewno łatwiej dałoby się zarezerwować stolik w popularnej restauracji. Wybacz mi ten makabryczny żart. Choć coś w tym jest. Ludzie po okresie dżumy odżywiali się dużo lepiej, bo było ich dwukrotnie mniej. Marna to pociecha dla kogoś, kto stracił połowę sąsiadów i członków rodziny, wiem, no ale przynajmniej miało to jakąś dobrą stronę.
Przypadkiem natrafiłam na interesującą książkę - a właściwie diariusz - z XIV wieku. Czytając go, naprawdę mam wrażenie, że przeszłość ożywa. I jak tu nie lubić materiałów źródłowych?
Pozdrawiam Cię,
B
Wreszcie zrobiłam długo odkładane pranie. Kiedy rozwieszałam je na wewnętrznym dziedzińcu, zauważyłam, że ktoś mi się przygląda. Drobna dziewczynka siedziała w rozwidleniu konarów jednego z drzew pomarańczowych, patrząc, jak zmagam się z wiatrem. Nie znalazłam w domu żadnych klamerek i podmuchy nieustannie porywały mi rzeczy ze sznura. W końcu zawiązałam na nim moje biustonosze.
- Co robisz ze swoją bielizną? - spytała moja obserwatorka. - Mieszkasz tu?
Chwilę trwało, zanim zrozumiałam jej dziecinny włoski.
- Na razie mieszkam - odparłam. - To dom mojego brata.
- Beniamino jest twoim bratem? - Dziewczynka zerwała kwiat pomarańczy z gałązki nad głową, wsunęła go w zapięcie bluzki, po czym zgramoliła się z drzewa.
Uznałam, że nie powinnam mówić o śmierci dziecku, które przed chwilą poznałam.
- Tak.
- Lubię go. Daje mi bardzo ładne pisaki - oznajmiła, a potem zamilkła niepewnie. - A ty masz jakieś? - spytała w końcu.
- Coś znajdę.
Moja odpowiedź chyba ją zadowoliła, bo podeszła do mnie i się przedstawiła:
- Nazywam się Felice Guerrini. Mam pięć lat i dziewięć miesięcy. Przyjdziesz do nas na lody? Mamy nocciola.
Tak oto poznałam Guerrinich nad pucharem lodów z orzechami laskowymi. Felice z dumą obwieściła, że odkryła siostrę Beniamina, a jej rodzice ciepło mnie przyjęli. Donata, matka małej, wykładała historię sztuki na sieneńskim uniwersytecie. Z jasnymi włosami upiętymi w niedbały kok wyglądała jak postać z obrazu Botticellego, ale zachowywała się jak zwyczajna śmiertelniczka. Odciągnęła mnie na chwilę na bok, żeby się upewnić, czy wiadomość o śmierci Bena jest prawdziwa. Dalsze wyjaśnienia odłożyłyśmy na później.
Contrada, w której znajdował się nasz dom, nosiła nazwę Civetta - sowa - i była jedną z siedemnastu dzielnic Sieny, jakie zachowały się od czasów średniowiecza. Donata i jej mąż, Ilario, natychmiast nadali mi status honorowej obywatelki Sieny, a w zasadzie honorowej Civettiny - mieszkanki naszej dzielnicy. Oprócz Felice mieli jeszcze dwóch synów: ośmioletniego Gianniego i sześciomiesięcznego Sebastiana. Cała trójka hałasowała w odpowiedni dla swojego wieku sposób, co było miłym antidotum na moją dobrowolną samotność ostatnich dni.
Oficjalnie zostałam wprowadzona w życie naszej kontrady niecały tydzień później, gdy Guerrini zaprosili mnie na chrzciny Sebastiana.
Święto Antoniego z Padwy, patrona Civetty, jest dniem, w którym urodzone w ciągu mijającego roku dzieci z całej dzielnicy są chrzczone w miejscowym baptysterium. W niedzielne południe wszystkie rodziny z niemowlętami ustawiły się w kolejce, także Guerrini. Sebastiano był ślicznym cherubinkiem o złotych lokach, pulchnych rączkach i nóżkach z dołeczkami. Spał jak aniołek, podczas gdy ksiądz przemawiał podniośle:
- W imię Świętego Antoniego z Padwy chrzczę cię wodą ze źródła, aby w twoim sercu na zawsze zagościła miłość do kontrady, błogosławiąc cię wspaniałym dziedzictwem twoich przodków.
Priore zanurzył palce w źródlanej wodzie i skropił gładkie czoło Sebastiana. Oczywiście maluch natychmiast się obudził i zaczął głośno płakać. Donata z wprawą odsunęła połę bluzki i wepchnęła pierś w otwartą buzię niemowlęcia. Przykryty własną jedwabną chustą w kolorach dzielnicy - czarnym, białym i czerwonym - Sebastiano pojął chyba, że nikt nie porzuca go na szczycie góry w ulewnym deszczu, aby tam umarł z głodu. Po chwili znowu usnął, ku wyraźnej uldze swoich rodziców i reszty obecnych.
Następnego ranka obudziłam się o świcie. Nie byłam w stanie skupić się ani na lekturze, ani pisaniu, więc ubrałam się i wyszłam z domu. W bladej szarości wczesnego poranka wędrowałam wąskimi uliczkami w stronę piazza del Campo. Gdy wyszłam zza rogu via Banchi di Sopra, ujrzałam sznur mężczyzn pchających taczki z żółtym piachem. Pracowali w niemal nabożnej ciszy, jak gdyby uczestniczyli w święcie religijnym, a nie wykonywali mało wdzięczne zadanie. Potem zobaczyłam, że krętym szlakiem kierują się ku obrzeżom Il Campo, gdzie inni już wysypywali piasek - La Terra in Piazza - bo wkrótce miał tam powstać tor dla koni biorących udział w wyścigu. Długo przyglądałam się robotnikom, których fizyczna praca zyskała tego dnia duchowy wymiar. W końcu poczułam głód, więc kupiłam butelkę wody i sieneński piernik panforte. Przyprószone cukrem pudrem ciasto z bakaliami i orzechami było tak świeże i pyszne, że zaczęłam się zastanawiać nad słusznością żartów o piernikach. Najadłam się tak, że bez trudu mogłam wytrzymać do popołudnia.
Wieczorem sieneńczycy zaczęli się schodzić na plac, żeby dotknąć piasku i oddać cześć temu miejscu. Tu spotkałam Guerrinich, którzy zaprosili mnie na kolację. Po całym dniu na panforte przyjęłam ich propozycję z wdzięcznością. Razem wróciliśmy na vicolo del Coltellinaio. Felice i Gianni szli przodem, wyśpiewując patriotyczne pieśni swojej kontrady i hałasując przez całą drogę.
W domu Guerrinich posadzono mnie na kanapie ze śpiącym Sebastianem na kolanach, a gospodarze zgodnie ruszyli do kuchni, żeby przygotować kolację. Pierwszy raz miałam przyjemność tulić śpiące półroczne niemowlę. Chłopiec pachniał słodko i promieniował ciepłem. Jego pierś unosiła się i opadała w spokojnym oddechu, a na buzi pojawiał się czasem przelotny uśmiech. Na moment oderwałam się od jego błogiego świata i zobaczyłam, że Donata przygląda mi się uważnie.
- Nie masz bambini, Beatrice? - Wymówiła moje imię po włosku i w tej wersji wydało mi się niesamowicie romantyczne. - Ale widzę, że czujesz jego magię.
Uśmiechnęłam się. Obecność śpiącego Sebastiana dawała mi niewypowiedzianą przyjemność.
- Nie miałam pojęcia, że one mogą być takie... cudowne.
Donata roześmiała się wyrozumiale.
- Ciesz się nim, dopóki jest spokojny. Ja dokończę risotto - powiedziała, po czym wróciła do kuchni.
Patrząc, jak cierpliwie miesza potrawę, przyrzekłam sobie, że zwolnię tempo. Oczywiście z niemowlęciem, od którego promieniowała hipnotycznie senna moc, i tak nie mogłam niczego zrobić szybko. Kiedy siadaliśmy do stołu, Sebastiano otworzył buzię i obrócił głowę ku mojej piersi. Ponieważ nie miałam mu nic do zaoferowania, oddałam go Donacie. Malec przyssał się do mamy z euforycznym skupieniem i zamknął oczy - uosobienie błogości.
I w tym momencie znowu dała o sobie znać moja niezwykła umiejętność. Niespodziewanie otuliła mnie cisza, a po chwili głosy Ilaria, Felice i Gianniego zaczęły docierać do mnie jakby z bardzo daleka. Zapach parmezanu dodanego do risotta nabrał ostrości i poczułam ciepło na lewym przedramieniu, na którym wcześniej opierała się główka Sebastiana. Potem pojawiło się wrażenie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam - najpierw delikatne, ale uporczywe pociąganie za sutki, następnie nagłe impulsy elektryczne w piersiach biegnące ku dołowi i wreszcie fala gorąca i uczucie pełności. Ogarnął mnie nadzwyczajny spokój i zdałam sobie sprawę, że... karmię piersią. A właściwie, że robi to Donata, a ja odczuwam wszystko to co ona. Zupełnie pochłaniał ją ten mały świat, w którym istnieli tylko ona i jej synek, więc nawet nie zauważyła, kiedy się zjawiłam i kiedy wycofałam.
Reszta kolacji przebiegła bez zakłóceń, jeśli nie liczyć tego, że Gianni wylał szklankę wody z lodem siostrze na kolana. Po posiłku Donata i Ilario ucałowali mnie głośno w oba policzki na pożegnanie i wróciłam do domu Bena przez wewnętrzny dziedziniec. Od razu poszłam do sypialni i się położyłam, wciąż czując delikatne mrowienie, które towarzyszyło wieczornemu posiłkowi Sebastiana. Długo nie mogłam zasnąć.
Następnego ranka ponownie sięgnęłam po dziennik Gabrielego.
Przyszedłem na świat w roku, w którym Maestę Duccia di Buoninsegna wielki tłum wiernych przeniósł ulicami miasta do Duomo.
Na moment przerwałam lekturę, żeby sprawdzić datę - Maesta została ukończona w 1311 roku.
Ojciec, zdjęty żalem po śmierci matki mojej, zmarł, gdy byłem jeszcze niemowlęciem, i wuj wziął mnie do siebie. W czwarte urodziny ubłagałem go, żeby mi zrobił pędzel. Ucięliśmy kępkę sierści nieskoremu kotu i przywiązaliśmy ją do cienkiego patyka. Tak oto rozpoczęła się moja kariera malarza.
Jako pacholę byłem nieznośny, dopóki nie oddano mnie do terminu. Żółtkiem jaja udekorowałem ścianę za krzesłem, a sosem z gulaszu wyrysowałem na stole oblicze Madonny. Kiedy wiadome się stało, że od jedzenia wolę malowanie, wuj posłał mnie do pracowni Simone Martiniego. Pod okiem mistrza moje psoty zmieniły się w naukę. Gdy Simone pozwolił mi wreszcie pracować u swojego boku, wiedziałem, że prowadzi nie tylko dłoń moją, lecz i duszę.
"Maluj ze Świętej Księgi, ale niech duch twój tchnie w pędzel życie", poradził szeptem, kiedy podniosłem rękę, gotów kopiować Zwiastowanie, które przede mną postawił. I w palcach nie czułem już pędzla, a przepełniała mnie bojaźń Najświętszej Marii Panny zalęknionej nagłym pojawieniem się anielskiego gościa. Wziąłem sobie słowa Maestra do serca.
Siena, 28 czerwca
Kochany Nathanielu,
wybacz, że tak długo nie odpisywałam. Staram się dokończyć to, co zaczął Ben, żeby ten wazeliniarz Signoretti nie dotarł do celu pierwszy - czymkolwiek ów "cel" jest. Wciąż nie wiem, czego szukał Ben, ale nie zamierzam się poddać. Robię to dla mojego brata, skoro sam nie może doprowadzić projektu do końca. W tym celu próbuję przedstawić na wykresie, co działo się w Sienie w okresie dżumy. Liczę, że trafię na ślad tego, co odkrył Ben, zamiast myśleć o powrocie do Nowego Jorku i operowaniu tętniaków. Jeszcze niczego nie znalazłam, ale skoro Benowi się udało, musi to gdzieś być.
Podczas gdy Ty opiekujesz się moim mieszkaniem (wielkie dzięki), ja miło spędzam czas w XIV stuleciu z czarującym malarzem fresków. Takie zauroczenie niczym nie grozi, bo jego obiekt nie żyje od ponad sześciuset lat.
Mam wrażenie, że chirurg we mnie na razie został uśpiony. Nie wspominaj o tym mojemu szefowi, bo po powrocie chciałabym mieć pracę... choć nie jestem pewna, kiedy to będzie. Z kolei odzywa się we mnie długo milcząca badaczka dziejów. W tej roli pierwsze kroki stawiałam dwadzieścia lat temu w gabinecie mojego brata.
Przywieźć Ci ze Sieny jakąś pamiątkę? Może coś do twojego antykwariatu?
Pozdrawiam Cię,
B
Nie napisałam mu, co mi chodzi po głowie. Nie przyznałam się, że żyję w jednakowym stopniu na kartach dziennika i w otaczającej mnie rzeczywistości. Nie wyjawiłam dręczącej mnie obawy, że moją niezwykłą empatię, tak pożyteczną w pracy lekarza, rozbudzają teraz słowa człowieka, który od wieków nie żyje. Zdarzało mi się już zatracić w jakiejś książce, ale tym razem było inaczej. Nie miałam nad tym kontroli. Chyba przeczuwałam, jaką obietnicę niesie takie pogrążenie się w lekturze - obietnicę, ale i niebezpieczeństwo. Tyle że to mnie nie mogło powstrzymać przed dalszym czytaniem.
Dwa dni później znalazłam pod drzwiami wiadomość od Donaty. Proponowała wspólną kawę. Z ciepłym wzruszeniem czytałam osobiste zaproszenie od mojej pierwszej sieneńskiej przyjaciółki. Umówiłyśmy się następnego dnia przy Fonte Gaia, skąd miałyśmy pójść do jej ulubionej kafejki. Zanim wyszłam na plac, schowałam liścik do portfela.
Nazajutrz Donata zjawiła się w sukience z naturalnego lnu. Wyglądała idealnie, nie wkładając w to żadnego wysiłku. Podejrzewałam, że prezentuje się równie elegancko nawet podczas snu.
- Dla nas woda jest czymś oczywistym - powiedziała, siadając obok mnie na krawędzi kamiennego murku, który okalał lustrzaną sadzawkę. - Tymczasem średniowieczna Siena cierpiała na jej niedostatek. Dostęp do wody odmienił życie mieszkańców commune. Osiem lat trwała budowa akweduktu, a rok po nim, w 1343, zakończono prace nad fontanną.
W słowie commune wymówiła trzy sylaby: ko-mu-ne. Pierwszy raz usłyszałam je w tej wersji. Wcześniej miałam w głowie zupełnie inne jego brzmienie, bardziej amerykańskie, ponieważ kojarzyło mi się z komunami hipisowskimi z lat sześćdziesiątych.
- Nikt nie wie dokładnie, jak wyglądała na początku - przyznała Donata. - To jedna z zagadek, które nam, historykom sztuki, nie dają spokoju.
Gdy ruszyłyśmy w kierunku kafejki, jeszcze raz obejrzałam się na połyskującą w słońcu sadzawkę Fonte. Ciekawa byłam, jak wyglądała w czasach, w których żył mój malarz.
W kawiarni zamówiłyśmy dwa espresso i patrzyłam, jak Donata pije swoje małymi łykami.
Ona pierwsza przerwała milczenie.
- Jak dajesz sobie radę?
- Jakoś się trzymam, bo mogę kontynuować pracę Bena. Dzięki temu mam wrażenie, że mi towarzyszy... jak gdyby był we mnie i oceniał, jak mi idzie. Zupełnie tak jak dawniej.
Odwróciłam wzrok. Na szczęście Donata taktownie zmieniła temat.
- Zawsze podobało mi się imię Beatrice. Wiesz, dlaczego rodzice ci je dali?
- Ojca nie znam, a moja matka zmarła przy porodzie. Imię wybrał dla mnie Ben. Czytał Dantego w szpitalnej poczekalni.
- Dobrze wybrał.
Długą chwilę milczałam, pogrążona w myślach.
- Byłaś już w naszym ospedale, Beatrice? - spytała Donata.
- Nie. A powinnam? - Mój głos zabrzmiał mało entuzjastycznie. - Nie chcę na urlopie myśleć o medycynie. - Naprawdę nie zamierzałam odpowiedzieć z taką niechęcią.
- Mam na myśli Ospedale Santa Maria della Scala naprzeciwko Duomo. Od wieków nie mieści się tam żaden szpital. - Jej uprzejme sprostowanie sprawiło, że się zarumieniłam.
- Wybacz. Myśl o odwiedzinach w zwykłym sieneńskim szpitalu wydaje mi się równie atrakcyjna jak amputowanie własnej nogi.
Donata parsknęła w charakterystyczny dla Włochów sposób.
- Nie gniewaj się na mnie za moje amerykańskie maniery. Czy mimo to zechcesz się ze mną przyjaźnić?
- Oczywiście - odparła Donata. - Twoje amerykańskie maniery bardzo mi odpowiadają. Uprzejmość bywa męcząca.
Spacerem poszłyśmy na piazza del Duomo, przy którym po przeciwnych stronach wznosiły się katedra i Ospedale. Donata przystanęła przed wejściem do tej drugiej budowli.
- Fasada Ospedale jest kolejną zagadką dla historyków sztuki.
- Nie ma na niej żadnych malowideł.
- Właśnie. Uważa się, że dawniej zdobiło ją pięć fresków przedstawiających żywot Najświętszej Marii Panny. Nie wiadomo jednak, kto był ich autorem. Prawdopodobnie współpracowali przy nich najwspanialsi malarze Sieny: Pietro i Ambrogio Lorenzetti, twórcy cyklu w Sala della Pace w Palazzo Pubblico, oraz Simone Martini.
Martini, mistrz Gabrielego. Donata zauważyła mój gwałtowny wdech, ale mylnie odczytała moją reakcję.
- Owszem, to wyjątkowe grono artystów. Ani wcześniej, ani później taka współpraca się nie zdarzyła. Simone wyjechał ze Sieny do Awinionu około 1336 roku i już tu nie wrócił. Natomiast obaj Lorenzetti zmarli w pierwszym roku dżumy. Cztery sceny - narodziny Najświętszej Marii Panny, ofiarowanie, zaślubiny i powrót Marii do domu rodziców - prawdopodobnie namalowali Lorenzetti i Martini. Ich dzieła jednak nie przetrwały.
- Mówiłaś, że było pięć fresków.
- Piąty stanowi jeszcze większą tajemnicę. Niewykluczone, że powstał później od pozostałych, i nie wiadomo, kto był jego autorem. Cztery pierwsze namalowano nad łukami wejść. Piąty prawdopodobnie znajdował się pośrodku.
- A co przedstawiał?
- Wniebowzięcie - scenę, w której Maria wstępuje do nieba.
Miałam za sobą lata nauki w katolickiej szkole, ale wcześniej nie analizowałam tej historii z punktu widzenia jej bohaterki.
- Wyobrażasz sobie sytuację, w której nagle zjawia się przed tobą anioł i oznajmia, że wydasz na świat syna Boga, jego przepowiednia się spełnia, ale później tego syna odbiera ci banda szaleńców? Chybabym tego nie zniosła, nawet mając w perspektywie wzięcie do nieba.
Donata bawiła się koralami. Obawiałam się, że uraziła ją moja skrócona wersja życia Marii.
- Widzę, że już ci się udzieliła atmosfera Sieny - stwierdziła. - Dla nas, sieneńczyków, Santa Maria jest szczególnie ważna. Od wieków nad nami czuwa. Średniowiecznej Sienie była ona jeszcze bliższa niż dzisiejszej. Wieczorem zamykano bramy i Maria okrywała płaszczem mieszkańców miasta, a księża nocą odmawiali oficjum, aby chronić ludzi przed fizycznymi i duchowymi niebezpieczeństwami.
- Odkąd tu przyjechałam, zastanawiam się, jak bym się czuła jako historyk, a nie lekarz.
Donata przyjrzała mi się uważnie.
- A jak to jest być neurochirurgiem?
- Nie wiem, czy można to porównać z posiadaniem dzieci. Na pewno przez cały czas musisz być w pełnej gotowości, a twoje decyzje mają ogromne konsekwencje. Tyle że ja mogę wziąć w pracy urlop.
Donata roześmiała się głośno. Właśnie weszłyśmy do pellegrinaio - sali pielgrzymów, której ściany pokryte były freskami. Dawniej odpoczywali w niej chorzy i zmęczeni podróżni, których Ospedale przyjmowało pod swój dach. Teraz mieściło się tutaj muzeum.
- Tęsknisz za życiem chirurga? - spytała mnie.
Długo nie odpowiadałam. Myślałam o zaskakującej przyjemności, którą czułam, będąc świadkiem ożywającej na moich oczach przeszłości. Szpitalny blok operacyjny wydawał się teraz bardzo odległy.
- Nie, jeszcze nie tęsknię.
- Twoja pasja chirurga w końcu da o sobie znać. - Donata się uśmiechnęła. - Potrzebujesz tylko odpoczynku.
Skinęłam głową, choć nie byłam tego taka pewna.
Następnego dnia udałam się do biblioteki z zamiarem wypytania Fabbriego o Medicich, których stracono w XIV wieku, ale nie miałam okazji tego zrobić. Fabbri przywitał mnie z marsową miną.
- Zjawił się tu signor Signoretti. Pytał o panią. W niezbyt uprzejmych słowach dał mi do zrozumienia, że zamierza czekać. Nie tego się spodziewałem po człowieku o jego pozycji.
- Gdzie jest?
Rozejrzałam się nerwowo. W tym momencie niesławny Signoretti wszedł do czytelni. Miał czarne włosy, które zaczesywał gładko do tyłu, odsłaniając wysokie czoło. Jasny letni garnitur leżał na nim aż zbyt idealnie.
- Signora Trovato.
- Dottoressa - sprostowałam.
- Ależ oczywiście. Tyle że zajmuje się pani medycyną, a nie historią, tak jak pani zmarły brat. Proszę przyjąć kondolencje. Wszystkich, którzy go znali, zasmuciła ta strata.
- Dziękuję za wyrazy współczucia - powiedziałam, próbując zapanować nad irytacją.
- Nie odpowiedziała pani na żadną z moich wiadomości.
- Doceniam pańską uprzejmą propozycję współpracy, ale nie potrzebuję pomocy. A teraz proszę mi wybaczyć, my, doktorzy, jesteśmy zawsze bardzo zajęci.
Nie potrzebowałam żadnych szczególnych zdolności, żeby wyczuć złość Signorettiego, gdy Fabbri w moim imieniu gorliwie odprowadzał go do drzwi.
Resztę poranka spędziłam na przeglądaniu materiałów o Medicich. Zbiór był skromny, co mnie nie dziwiło, ponieważ znajdowaliśmy się w Sienie, a nie we Florencji. Większość dokumentów pochodziła z XVI wieku - okresu znacznie późniejszego niż ten, który mnie interesował. Gdy wychodziłam z biblioteki, pękł pasek mojej torby i cała jej zawartość wysypała się na podłogę.
Zaklęłam twórczo i pochyliłam się, żeby wszystko zebrać. Kiedy się wyprostowałam z naręczem książek, przede mną wyrósł Fabbri.
- Może zechciałaby pani zostawić rzeczy tutaj i odebrać je jutro, a przy okazji zwrócić diariusz Accorsiego?
- Dziękuję, chętnie skorzystam z pana propozycji.
Portfel i klucze schowałam do kieszeni, a resztę zostawiłam w przegródce Bena. Celowo nie zareagowałam na wzmiankę o diariuszu. Torbę wzięłam pod pachę i ruszyłam do domu.
Po drodze miałam wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Ostatnio nieustannie towarzyszyło mi przeświadczenie, że jakiś inny świat czai się na granicy tego, który widzę wkoło, że przeszłość przesącza się do teraźniejszości. Tym razem odczucie było inne.
Wstąpiłam do baru, którego ciepłe bursztynowe światło zalewało chodnik. Wypiwszy lampkę wina, poczułam, że jestem gotowa znowu wyjść na ulicę. Na zewnątrz nieprzyjemne wrażenie wróciło. Kiedy skręciłam w pustą via Cecco Angiolieri, usłyszałam za sobą szybsze kroki. Nagle ktoś pchnął mnie z boku i przewrócił na chodnik. Po chwili zorientowałam się, że nie mam torby. Znikła razem z napastnikiem, który umknął w mrok. Poderwałam się z ziemi z rozkołatanym sercem. Długo stałam na rogu ulic, dygocząc.
Złodziej połasił się na torbę, która była nie tylko porwana, ale również pusta. Skrycie liczyłam, że to Signoretti, bo miałabym satysfakcję, że nic nie wskórał, ale świadomość, że nie zawahałby się użyć przemocy, żeby zdobyć to, na czym mu zależało, budziła we mnie niepokój. Co takiego wiedział Ben? Dla jakich informacji, które teraz posiadałam ja, warto było aż tak ryzykować? Po co ktoś miałby to robić? W domu zamknęłam drzwi na zasuwę i dwukrotnie przekręciłam klucz w zamku. Potem poszłam do gabinetu Bena i dokładnie sprawdziłam szuflady biurka, upewniając się, czy wszystko jest na miejscu. Teczka i dziennik Gabrielego były tam, gdzie je zostawiłam. Schowałam je do zniszczonego skórzanego plecaka, który znalazłam na dnie szafy Bena, i na wszelki wypadek ukryłam go w koszu na pranie pod górą brudnych ubrań. Wiedziałam, że muszę odnieść diariusz do biblioteki, ale jeszcze nie potrafiłam się z nim rozstać.
Następnego dnia zmarnowałam całe godziny na formalności na komisariacie. Byłam pewna, że moje zgłoszenie i tak trafi do szafy sierżanta. Gdy wreszcie stamtąd wyszłam, postanowiłam zwiedzić którąś z atrakcji turystycznych, żeby przestać myśleć o doświadczeniu z toskańskimi organami ścigania. Byłam w Sienie od miesiąca, a nie zwiedziłam jeszcze żadnego z miejsc polecanych w przewodnikach, które dostałam od Nathaniela.
Zaczęłam od najwyższego zabytku w okolicy: Torre del Mangia - dzwonnicy przy Palazzo Pubblico. Płacąc za bilet, zastanawiałam się, dlaczego tyle kosztuje pokonanie kilkuset stopni. Być może później miałam żałować mojej decyzji, ale słyszałam, że z góry roztacza się wspaniały widok. Wejście do wieży znajdowało się w narożniku wewnętrznego dziedzińca Palazzo Pubblico. Przy nim umieszczono opisowe tablice oraz niewielkie światło, które zmieniało kolor w zagadkowych odstępach czasu. Jeśli świeciło na czerwono - należało czekać, gdy na zielono - można było wejść na górę. A przynajmniej spróbować.
Na moim bilecie widniała godzina 9.30. Strażnik służbista o kamiennym wyrazie twarzy przy wejściu skrupulatnie liczył przejętych turystów (dwadzieścia pięć osób i basta), wchodzących do środka za każdym razem, gdy pojawiało się zielone światło. Obowiązkowo sprawdzano też wszystkie torby. Kiedy zaczęłam wspinaczkę, zrozumiałam, dlaczego przepisy są tak surowe. Jedyne schody prowadzą na wysokość 102 metrów, zwężając się stopniowo, tak że nie ma miejsca, aby zawrócić bądź kogoś wyminąć. Miałam wrażenie, że ta kanciasta spirala stopni nigdy się nie skończy, a wąskie szczeliny okien wpuszczały do środka niewiele świeżego powietrza i nie było przez nie nic widać. Potem kamienne schody ustąpiły miejsca ciągom chwiejnych i stromych drewnianych, poprzedzielanych podestami, które im wyższe, tym bardziej mnie przerażały. Każdy wydawał się dobrą okazją, aby zmienić zdanie i zawrócić... albo spaść i się zabić. Do strachu doszło zmęczenie nóg, a potem ból. Na górze musiałam płasko przywrzeć do ściany i przepuścić schodzących turystów. W końcu jednak dotarłam na sam szczyt, z którego roztaczał się widok na campo z czerwonej cegły - strasznie daleko w dole - otoczone morzem dachów. Dalej widziałam miejskie mury i zieleń contado poza granicami miasta. Zejście okazało się jeszcze trudniejsze. Nie wymagało wysiłku, ale towarzyszył mu większy strach przed upadkiem. Nie miałam ochoty na szybką powtórkę tego doświadczenia.
Siena, 30 czerwca
Droga Linney,
dziękuję Ci za list. Z przyjemnością ujrzałam Twoje pismo, znane mi jedynie z kart pacjentów. Wygląda na to, że spędzę tu cały trzymiesięczny urlop. Może to i lepiej, że robię sobie przerwę od operowania. Kiedy zwykła tachykardia wytrąca człowieka z równowagi, czas odpocząć. Zdradzę Ci tajemnicę - pracuję nad książką. Powstanie w oparciu o notatki Bena. Wprawdzie nie jestem największą znawczynią dziedziny, ale nie pozwolę, żeby ktoś inny mnie w tym zastąpił. Na razie nikomu nie mów. Neurochirurdzy raczej nie powinni marzyć o ilustrowanych manuskryptach i bez końca podziwiać średniowiecznych fresków. Przynajmniej nie jawnie.
Pozdrawiam Cię,
B
1 lipca, w przeddzień Palio, odbywała się biesiada uliczna. Wieczorem zbiegłam po schodach, żeby dołączyć do Guerrinich. Z poważnymi minami otoczyli mnie na chodniku przed domem.
- Mamy dla ciebie prezent - zakomunikowała Donata i lekko popchnęła Felice przed siebie.
Dziewczynka podała mi niezdarnie zawinięty podarunek. Widać było, że sama go pakowała. To, co krył, przebiło nawet z taką pieczołowitością zawinięty papier. Dostałam moją własną chustę w barwach Civetty. Pochyliłam się, żeby Felice mogła mi ją założyć na szyję. Na policzku poczułam ciepły oddech dziecka, a na ramionach dotyk śliskiego jedwabiu. Mocno przytuliłam Felice.
- Jest wspaniała.
- Witaj w rodzinie, Civettina. - Donata pocałowała mnie w oba policzki i ruszyliśmy na biesiadę uliczkami, których dosięgnął już zmierzch.
Felice koniecznie chciała trzymać mnie za rękę, więc dopasowałam do niej krok. Przed nami szli pozostali członkowie jej rodziny. Płonące pochodnie i lampiony rzucały na ściany budynków złoty blask, a na wszystkich placach stały stoły przykryte białymi obrusami. Felice, zwykle żywiołowa i skora do żartów, prawie się nie odzywała. Ściskając jej dłoń, czułam, jaka jest spięta.
- W zeszłym roku papa płakał po Palio - oznajmiła ni z tego, ni z owego. - Na naszą Civettę mówią "La Nonna", bo od dawna nie wygraliśmy. - Zmarszczyła czoło, wyraźnie niezadowolona z tego, że jej dzielnicę przezywano "babcią". - Mamma mówi, że papa płakał, bo bolała go głowa. - Przez chwilę milczała, patrząc na swoje stopy w sandałkach, wyraźnie widoczne na tle ciemnego bruku. - Mi też było smutno, ale nie płakałam, żeby nie zasmucić go jeszcze bardziej - przyznała w końcu rozsądnie i puściła moją dłoń. - Chiocciole... andiamo! - zawołała i popędziła naprzód.
Dwa warkoczyki odbijały się od jej pleców, gdy biegła. Cieszyła się, że może dołączyć do dzieci z kontrady, której symbolem jest ślimak. Biesiada trwała do późna. Siedząc przy stołach rozstawionych wzdłuż złotych od blasku świec ulic, zajadaliśmy się mięsem dzika marynowanym w słodko-kwaśnej zalewie. Gdy dzieci się czymś zajęły, Ilario i Donata przytulili się do siebie. Widząc ich razem, wyjątkowo dotkliwie odczułam, jak nieustająco samotne jest moje życie.
Tydzień przed wyjazdem z Nowego Jorku wybrałam się z Nathanielem do baru tapas, gdzie serwowano wyjątkowo pyszną szynkę serrano i jeszcze pyszniejszą sherry. Podczas rozmowy wypłynął temat mojego ustawicznego braku partnera.
- Dlaczego sądzisz, że nigdy nie byłam zakochana?
Nathaniel zareagował na moje pytanie wyrozumiałym uśmiechem. Zawsze byłam ciekawa jego wnikliwych spostrzeżeń, choć nieraz wywoływały mój dyskomfort.
- Naprawdę chcesz usłyszeć, co myślę? - upewnił się. - Czy wolisz spokojnie rozkoszować się sherry?
Przełknęłam ostatni łyk manzanilli, dzięki której w ogóle byłam skłonna poruszyć ten temat.
- Jestem gotowa.
Nathaniel zaczerpnął tchu.
- Po pierwsze: upierasz się, że chcesz mniej pracować, ale na zapewnieniach się kończy. Po drugie: przed nikim się nie otwierasz. Po trzecie: podejrzewam, że tak jest, ponieważ nie chcesz, żeby ktoś poznał cię lepiej. Po czwarte: często innych onieśmielasz.
Otworzyłam usta, żeby zaprotestować - zupełnie inaczej siebie postrzegam - ale Nathaniel podniósł rękę, nie dopuszczając mnie do głosu.
- Po piąte: najlepiej byłoby, gdybyś znalazła kogoś równie silnego jak ty, a to trudna sprawa.
- Hm... - Poczułam lekkie mdłości. - To co mam zrobić?
- Teraz? Najlepiej będzie, jeśli pójdziesz do domu i położysz się spać, ponieważ, jak powiadomiłaś mnie przed kolacją, jutro czeka cię dekompresja rdzenia kręgowego.
Przytaknęłam, bo rzeczywiście tak było. Nathaniel wziął mnie za rękę i wyprowadził z baru. Chyba nie powinnam była o nic pytać.
Następny wpis w dzienniku Gabrielego był krótki i niepokojący.
Dzień przesilenia zimowego, 1344
Moja mała Paola jest brzemienna. Akuszerka mówi, że jej czas przyjdzie już wkrótce. Dostrzegam bijący z niej blask, jak gdyby nosiła w sobie jasne słońce, które ogrzeje i oświeci nasze nowe życie. Czasem jednak ów blask zdaje mi się zimny, niczym blada poświata księżyca ukrytego za chmurami, nieziemska i niepokojąca. Nie wspomniałem o tym na spowiedzi w kościele naszej parafii, wolałem pomodlić się sam. Niecierpliwie wyczekuję dnia, kiedy będę mógł utulić moje dzieciątko i zapomnieć o wizjach.
Przekartkowałam dziennik, szukając wpisu obwieszczającego narodziny dziecka, ale nic nie znalazłam. Nie było też dalszych wzmianek o Paoli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki