Skryba ze Sieny - Melodie Winawer

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ I

EMPA­TIA

Neuro­chi­rurg jest nie­wol­ni­kiem tele­fonu - nie może zigno­ro­wać jego dzwonka. Gdy moja komórka ode­zwała się o trze­ciej nad ranem, od razu pode­rwa­łam się ze snu. Po gło­sie leka­rza dyżur­nego pozna­łam, że ma kiep­ską noc.

- Dok­tor Tro­vato? Mówi dok­tor Green z bloku A. Mamy tu star­szą pacjentkę z krwo­to­kiem do móżdżku. Jest nie­przy­tomna. Tomo­gram wygląda kiep­sko. Jak szybko może pani przy­je­chać?

- Będę za osiem minut. Pro­szę zawia­do­mić blok ope­ra­cyjny.

Móż­dżek mie­ści się w cia­snej i ogra­ni­czo­nej prze­strzeni tyl­nego dołu czaszki. Nie ma tam miej­sca na wyna­czy­nioną krew. W przy­padku krwo­toku mamy kata­strofę - móż­dżek zostaje zepchnięty w jedy­nym moż­li­wym kie­runku: w dół przez otwór wielki, w wyniku czego docho­dzi do uci­sku na pień mózgu, który jest cen­trum ste­ro­wa­nia pod­sta­wo­wymi funk­cjami życio­wymi. Jeśli chi­rurg nie zdąży temu zapo­biec. Jecha­łam do szpi­tala, w myślach pla­nu­jąc ope­ra­cję. Ruch na Amster­dam Ave­nue był nie­wielki. Jedy­nie kilka żół­tych tak­só­wek krą­żyło w poszu­ki­wa­niu nie­obec­nych klien­tów. Przy­ci­snę­łam pedał gazu, żeby zała­pać się na "zie­loną falę".

Umy­łam ręce nad dużą sta­lową umy­walką i przez dwu­skrzy­dłowe drzwi tyłem weszłam na salę ope­ra­cyjną. Pod­czas gdy nacią­ga­łam chi­rur­giczne ręka­wiczki, Lin­ney, moja ulu­biona ane­ste­zjo­lożka, zajęła swoje zwy­kłe miej­sce za głową pacjentki. Zada­niem ane­ste­zjo­loga jest mię­dzy innymi moni­to­ro­wa­nie akcji serca, odde­chu i ciśnie­nia tęt­ni­czego. Spo­kojna i mało­mówna Lin­ney dała mi znak - mogłam zaczy­nać. Spoj­rza­łam na kark pacjentki: zupeł­nie zwy­czajny, tro­chę pomarsz­czony, ale w środku roz­gry­wał się dra­mat. Zaczę­łam nacię­cie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od ucha i popro­wa­dzi­łam skal­pel w dół. Skóra, potem mię­śnie. Kra­nio­to­mem wycię­łam frag­ment kości czaszki. Prze­cię­łam oponę twardą, odsło­ni­łam móż­dżek... jest! Zaczę­łam usu­wać świeży skrzep i nagle poczu­łam, że brak mi tchu. Przez chwilę mia­łam wra­że­nie, że tonę, że nie mogę wypły­nąć na powierzch­nię.

- Lin­ney - wykrztu­si­łam - jakiś pro­blem z odde­chem?

Zdu­miona spoj­rzała na mnie, a potem na moni­tory. Po trzech sekun­dach - bar­dzo dłu­gich trzech sekun­dach - roz­le­gły się sygnały ostrze­gaw­cze.

Pacjentka wybu­dziła się dopiero około połu­dnia, ale póź­nym popo­łu­dniem była już zupeł­nie przy­tomna i ści­skała dłoń córki.

- Beatrice, pora na lunch - zako­mu­ni­ko­wała Lin­ney, gdy w służ­bo­wej szatni ścią­gnę­ły­śmy ochronną odzież i pokrowce na buty.

Ruszy­łam za nią do sto­łówki dla per­so­nelu. Z Lin­ney nie roz­ma­wiało się tak jak z innymi. Gdy­bym do niej zadzwo­niła i spy­tała: "Cześć, co u cie­bie?", usły­sza­ła­bym: "Mów, o co cho­dzi". Usia­dły­śmy naprze­ciwko sie­bie przy sto­liku z bia­łym mela­mi­no­wym bla­tem. Naszej sto­łówce daleko było do sty­lo­wej jadło­dajni, którą pró­bo­wała uda­wać. Napis SMAKI PIE­KARNI wisiał nad koszy­kiem zawi­nię­tych w folię bułek, a szef kuchni pole­cał tego dnia maka­ron ziti nie­umyśl­nie zapie­kany trzy razy. Wzię­łam jabłko.

- Beatrice, skąd wie­dzia­łaś o hipok­sji u ope­ro­wa­nej?

- Mia­łam wra­że­nie, że to ja nie mogę oddy­chać - wyja­śni­łam - ale rozu­mia­łam, że cho­dzi o pacjentkę. - Sama nie zda­wa­łam sobie z tego sprawy, dopóki nie wypo­wie­dzia­łam tych słów na głos.

- Jak mam to rozu­mieć, dok­tor Tro­vato? - Czu­łam, że nabro­iłam, bo Lin­ney nie zwró­ciła się do mnie po imie­niu. - Tak po pro­stu wie­dzia­łaś?!

- Tak po pro­stu wie­dzia­łam.

- Powin­naś chyba zjeść coś wię­cej niż jabłko. - Lin­ney swoim zwy­cza­jem nie­spo­dzie­wa­nie zmie­niła temat. - Mamy dzi­siaj jesz­cze pię­ciu pacjen­tów - oznaj­miła, po czym wstała od sto­lika, zosta­wia­jąc mnie z ogryz­kiem w ręku.

Przez kilka minut nie rusza­łam się z miej­sca. Chi­rur­gia wydaje się wszyst­kim taka oczy­wi­sta: otwo­rzyć czło­wieka, napra­wić to, co się zepsuło, zamknąć. Tym­cza­sem nawet dzia­ła­jąc od wewnątrz, nie zawsze docie­ramy do sedna pro­blemu. W trak­cie spe­cja­li­za­cji z neu­ro­chi­rur­gii chcia­łam wie­dzieć, czy ból głowy u nasto­latki jest skut­kiem trud­nej sytu­acji w domu czy zwia­stu­nem pęk­nię­cia tęt­niaka. Potrze­bo­wa­łam pew­no­ści, że przy­gnę­biony pacjent z guzem mózgu, któ­rego wysy­łam do domu z receptą na leki prze­ciw­bó­lowe, nie podej­mie próby samo­bój­czej, bio­rąc wszyst­kie tabletki naraz. Zawsze żało­wa­łam, że nie potra­fię się poro­zu­mieć z oso­bami, które cho­roba pozba­wiła mowy lub uwię­ziła w próżni śpiączki, gdzie bez końca krążą po omacku. Doty­ka­łam ludz­kich mózgów, ale nie mia­łam poję­cia, jak to jest zna­leźć się w czy­jejś gło­wie naprawdę. Pod­czas tam­tej ope­ra­cji chyba tego wła­śnie doświad­czy­łam.

Zosta­łam osie­ro­cona dwu­krot­nie. Pierw­szy raz tuż po przyj­ściu na świat. Ojca ni­gdy nie pozna­łam, a matka i bliź­nia­cza sio­stra zmarły krótko po moich naro­dzi­nach. Byłam bliź­niaczką A, choć to chyba nie ma żad­nego zna­cze­nia, skoro prze­ży­łam tylko ja. Mój brat Ben­ja­min, który wła­śnie skoń­czył sie­dem­na­ście lat, w jed­nej chwili zyskał sio­strę i stra­cił matkę, a z brata musiał nagle zmie­nić się w rodzica. Nie mam poję­cia, jak mu się to udało. Wiem jedy­nie, że o rok opóź­nił pój­ście do col­lege'u. Nic wię­cej na ten temat nie mówił.

Od Bena dowie­dzia­łam się, że nasza mama nie zawra­cała sobie głowy szu­ka­niem ojców dla swo­ich dzieci. Podobno mawiała: "Chwila i kobieta w zupeł­no­ści wystar­czą". Powta­rza­łam te słowa, kiedy byłam dziec­kiem, nie do końca poj­mu­jąc ich zna­cze­nie, i nie wie­dzia­łam, dla­czego dziw­nie mi się wtedy przy­glą­dano. Dopiero jako nasto­latka to zro­zu­mia­łam. Ni­gdy nie pozna­łam mamy, jeśli nie liczyć czasu, kiedy byłam w niej.

W żłobku wszyst­kie malu­chy zazdro­ściły mi uni-rodzica. Na Dzień Matki, gdy odwie­dza­jące nas mamy dosta­wały krzywe kartki w kształ­cie serca, Ben­ja­min zja­wiał się w sukience w gro­chy, blond peruce i bale­ri­nach. Stu­dio­wał wtedy mikro­bio­lo­gię, więc przy­no­sił cia­steczka w kształ­cie mikro­bów. Naj­bar­dziej lubi­łam wirusy, bo wyglą­dały jak klej­noty. W Dzień Ojca przy­cho­dził ubrany w dwu­rzę­dowy gar­ni­tur, w oku­la­rach z docze­pio­nym nosem i wąsami w stylu Gro­ucho Marxa. Nikt ni­gdy nie wyty­kał mi, że nie mam rodzi­ców. Wszy­scy chcieli mieć Ben­ja­mina.

Potem Ben zapi­sał mnie do pro­wa­dzo­nego przez fran­cisz­kanki przed­szkola Świę­tego Jakuba. Wybrał je, kie­ru­jąc się tra­dy­cją i nostal­gią. Sam trzy­na­ście lat wcze­śniej nauczył się tam alfa­betu i respon­so­rial­nego śpiewu. Na ścia­nie wisiało jego czarno-białe zdję­cie z jase­łek, w któ­rych wystą­pił jako wiel­błąd. W każdy wto­rek, idąc na mszę, przy­sta­wa­łam przed tą ścianą i patrzy­łam na nie. Ja wcie­li­łam się w rolę Marii, ale po cichu tro­chę żało­wa­łam, że nie mogę być wiel­błądem.

Gdy uczy­łam się w szkole pod­sta­wo­wej, Ben­ja­min zro­bił stu­dia dok­to­ranc­kie: naj­pierw z mikro­bio­lo­gii, a następ­nie z medie­wi­styki. Zanim jako czter­na­sto­latka na lek­cji bio­lo­gii uczy­łam się ana­to­mii krę­gow­ców, on stał się eks­per­tem w dzie­dzi­nie czar­nej śmierci, a zwłasz­cza jej następstw w śre­dnio­wiecz­nej Ita­lii. W nauce obra­li­śmy prze­ciwne kie­runki. Ja podą­ża­łam naprzód, w stronę pacjenta, on nato­miast szedł wstecz, w prze­szłość.

Mając rodzeń­stwo, nie czu­jemy pre­sji, aby spraw­dzać się we wszyst­kim. Ja zosta­łam leka­rzem, Ben­ja­min - naukow­cem. Ja nie czu­łam się nie­speł­niona aka­de­micko, a on ni­gdy nie musiał się zasta­na­wiać, czy nie powi­nien był się zająć medy­cyną od strony prak­tycz­nej. Oczy­wi­ście wyglą­da­łoby to ina­czej, gdy­by­śmy oboje pró­bo­wali osią­gnąć suk­ces w tej samej dzie­dzi­nie, ale ni­gdy nie bra­łam pod uwagę rywa­li­za­cji... ani współ­pracy, dopóki nie oka­zało się, że jest już za późno.

Kiedy mia­łam trzy­dzie­ści lat, Ben roz­po­czął pracę nad pro­jek­tem, który zawiódł go do Sieny. Tam mój brat się zako­chał - nie w oso­bie, lecz w mie­ście.

"Moja Mała B, wpa­dłem po uszy", pisał. "Mam wra­że­nie, że prze­nio­słem się w cza­sie, ale nie muszę rezy­gno­wać z wygód - śre­dnio­wieczne życie plus gorący prysz­nic i papier toa­le­towy. Chcę kupić dom w sam raz dla całej rodziny, czyli dla Mojej Sio­strzyczki Beatrice".

Podo­bało mi się słowo "rodzina" na papie­rze, ale nie mia­łam w zwy­czaju pisa­nia listów. Ostatni tra­dy­cyjny naskro­ba­łam pod­czas obozu skau­tow­skiego na pape­te­rii ozdo­bio­nej rysun­kami myszy z ogo­nami owi­nię­tymi wokół kała­ma­rza. Ben z kolei nie­chę­cią darzył pocztę elek­tro­niczną - myślę, że jako medie­wi­sta czuł opór przed postę­pem tech­nicz­nym.

Oczy­wi­ście dotrzy­mał słowa i kupił dom w Sie­nie, ale minęły trzy lata, a ja wciąż nie odwie­dzi­łam go we Wło­szech. On nato­miast nie myślał o powro­cie do Nowego Jorku. Po raz pierw­szy w życiu nie widzie­li­śmy się tak długo. Nie stra­ci­li­śmy kon­taktu dzięki nie­zbyt czę­stym i bar­dzo wycze­ki­wa­nym roz­mo­wom tele­fo­nicz­nym prze­kra­cza­ją­cym liczne strefy cza­sowe. No i pozo­sta­wała nam ulu­biona przez Bena - choć prze­sta­rzała - listowna forma komu­ni­ka­cji. Żeby wczuć się w atmos­ferę śre­dnio­wie­cza, wycią­gnę­łam nawet swój stary zestaw do kali­gra­fii.

Kochany Benie,

wiem, że powin­nam wkrótce Cię odwie­dzić i poznać Twoją nową sym­pa­tię, czyli Sienę. Nie potra­fię sobie jed­nak wyobra­zić wyjazdu w tej chwili. Codzien­nie przez dwa­na­ście godzin wpa­truję się w dzie­sięć cen­ty­me­trów kwa­dra­to­wych czy­je­goś ciała i zmu­szam ręce, aby robiły dokład­nie to, co powinny. Naj­drob­niej­szy błąd grozi utratą wzroku, nie­do­wła­dem poło­wi­czym lub śmier­cią - tak po pro­stu. W tygo­dniu mam jeden dzień wolny, a to za mało, aby dotrzeć do Sieny i wró­cić. Ale już nie­długo, dobrze? Ostat­nio na sali ope­ra­cyj­nej czuję się bar­dziej spięta - mam wra­że­nie, że wyczer­puje mi się zapas zdro­wego lekar­skiego dystansu i potrze­buję jakie­goś anti­do­tum na wszystko, co wiąże się z pracą chi­rurga. Jaka pora roku jest naj­lep­sza na wizytę?

Beatrice

Na sali ope­ra­cyj­nej rze­czy­wi­ście coraz bar­dziej wszystko prze­ży­wa­łam - z nega­tyw­nymi skut­kami. Zale­d­wie dzień wcze­śniej mia­ły­śmy z Lin­ney chorą z zaawan­so­wa­nym rakiem pod­staw­no­ko­mór­ko­wym skóry. Zwy­kle rak skóry nie wymaga inter­wen­cji neu­ro­chi­rurga, ale ta pacjentka zasła­niała powoli rosnącą zmianę na czole peruką. Po pięt­na­stu latach nacią­gała ją tak nisko, że pra­wie nic nie widziała. Zanim do nas tra­fiła, nowo­twór prze­żarł jej skórę i kość czaszki. Mię­dzy brwiami wid­niał otwór wiel­ko­ści dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­tówki, przez który widzia­ły­śmy oponę twardą. Pod­czas pierw­szego bada­nia w moim gabi­ne­cie aż się wzdry­gnę­łam na ten widok. Mnó­stwo razy oglą­da­łam oponę twardą, ale ni­gdy poza salą ope­ra­cyjną.

W cza­sie ope­ra­cji szybko wystą­piły kom­pli­ka­cje. Zaraz po wyko­na­niu pierw­szego nacię­cia moni­tory poka­zały czę­sto­skurcz komo­rowy - bar­dzo szybką akcję serca, która może unie­moż­li­wiać pra­wi­dłowe krą­że­nie krwi. Nie­do­brze. Zer­k­nę­łam na moni­tory. Ciśnie­nie krwi jesz­cze było w nor­mie, ale to mogło się lada chwila zmie­nić. Kątem oka widzia­łam, jak Lin­ney bły­ska­wicz­nie wkra­cza do akcji i zarzą­dza poda­nie pro­ka­ina­midu. Nagle w moich uszach poja­wił się szum, a potem, o dziwo, usły­sza­łam głos Bena. Wszystko wokół stało się szare i nie­spo­dzie­wa­nie ogar­nął mnie lęk, że go stracę.

Ben­ja­min powie­dział mi o swo­ich pro­ble­mach z ser­cem, dopiero gdy stu­dio­wa­łam medy­cynę. Zare­ago­wa­łam okrop­nie.

- Czę­sto­skurcz komo­rowy? Na litość boską, jesteś cho­dzącą bombą zega­rową!

- Mój kar­dio­log twier­dzi, że sytu­acja jest pod kon­trolą. Ale tak na wszelki wypa­dek nie rób w mojej obec­no­ści nic szo­ku­ją­cego ani nagłego... - Uśmiech­nął się krzywo, a tym­cza­sem ja się wście­ka­łam, pró­bu­jąc ukryć paniczny strach.

- Dla­czego nie powie­dzia­łeś mi wcze­śniej?

- Bo byłaś dziec­kiem... w pew­nym sen­sie moim. Uwa­ża­łem, że nie musisz tego wie­dzieć. Teraz jesteś już dużą dziew­czynką.

Rąb­nę­łam go. Zasłu­żył sobie. Ben stęk­nął i natych­miast spro­sto­wał:

- Chcia­łem powie­dzieć, że jesteś już dużą panią dok­tor...

- Tak lepiej.

- I pomy­śla­łem, że czas, abyś mnie poznała z per­spek­tywy osoby doro­słej. Żyję z tym od lat i czuję się świet­nie.

Pró­bo­wa­łam jakoś wpa­so­wać tę nową sła­bość w wize­ru­nek nie­znisz­czal­nego brata, jaki sobie stwo­rzy­łam, ale moje serce biło jak osza­lałe. Nie chcę go stra­cić, myśla­łam.

Scho­wa­łam twarz w jego weł­nia­nym swe­trze i wsłu­cha­łam się w rytm jego serca, spo­kojny i mia­rowy.

Dopiero po chwili zda­łam sobie sprawę, że Lin­ney szep­cze mi do ucha suro­wym tonem:

- Beatrice, ciśnie­nie sta­bilne. Wró­cił rytm zato­kowy. Co się dzieje?

Nie mia­łam poję­cia, ale nie mogłam dopu­ścić, aby się to powtó­rzyło. Gdy w ręku trzyma się skal­pel, nie ma miej­sca na waha­nia emo­cji.

- Nic - skła­ma­łam.

Siena, 2 maja

Hej, Mała B,

co mia­łaś na myśli, pisząc, że na sali ope­ra­cyj­nej czu­jesz się bar­dziej spięta niż zwy­kle? Chyba powin­naś spraw­dzić w słow­niku defi­ni­cję słowa "spięty". Założę się, że na początku hasła znaj­dziesz zawód "NEU­RO­CHI­RURG". Wyobra­żam sobie, jak roz­bie­rasz ludzi na czę­ści, a potem (naj­le­piej) skła­dasz ich z powro­tem. Ja rów­nież pró­buję dociec, co sie­dzi w ludz­kich gło­wach, tyle że moi "pacjenci" od dawna nie żyją. Można powie­dzieć, że param się medy­cyną sądową zamierz­chłej prze­szło­ści. Już sły­szę, jak mnie upo­mi­nasz: "Daj spo­kój, Ben, oszczędź mi zawi­łych meta­for". Uwiel­biam, kiedy tak mówisz. A tak przy oka­zji, wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji pra­wie-uro­dzin, duża sio­strzyczko.

Mam dla Cie­bie nowiny, o ile histo­ryk zaj­mu­jący się śre­dnio­wie­czem może mieć jakieś "nowiny". Z dżumą w Sie­nie wiąże się coś dziw­nego. Udało mi się dotrzeć do źró­deł, które wyja­śniają, dla­czego mia­sto tak bar­dzo wtedy ucier­piało. Wzbu­dzę sporą sen­sa­cję, kiedy będę gotowy do opu­bli­ko­wa­nia wyni­ków badań. Nie wyklu­czam, że już ją wzbu­dzi­łem - napo­mkną­łem o moich odkry­ciach na kon­fe­ren­cji toskań­skich medie­wi­stów, czym okrop­nie ziry­to­wa­łem kilku "kole­gów" po fachu.

Pew­nie są wście­kli, bo wole­liby być pierwsi, a tym­cza­sem nie tylko ich ubie­gnę, ale mam też coś, czego oni nie mają - coś naprawdę pikant­nego. Żałuję, że Cię tu nie ma. Mogli­by­śmy razem szu­kać odpo­wie­dzi, tak jak daw­niej, kiedy byłaś mała. Wciąż pamię­tam Cię jako poważną dzie­wię­cio­latkę, z buzią oko­loną pro­stymi czar­nymi wło­sami. Już wtedy posia­da­łaś nie­zwy­kły dar kon­cen­tra­cji. Widzia­łaś wyłącz­nie to, co mia­łaś tuż przed nosem. Mogłem się domy­ślić, że zosta­niesz chi­rur­giem. Przez jakiś czas wyda­wało mi się, że wybie­rzesz histo­rię, tak jak ja. Ty jed­nak wola­łaś skal­pel. Wy, leka­rze, trak­tu­je­cie histo­rię pacjenta jak wła­sność. My, bada­cze dzie­jów, wiemy, że histo­ria nie należy do nikogo.

Siena Cię zachwyci. To zupełny absurd, że jesz­cze nie widzia­łaś naszego tutej­szego domu. Powin­naś wziąć urlop i przy­je­chać, żeby mi pomóc w roz­wi­kła­niu mojej małej tajem­nicy. Prze­cież i tak nie lubisz szpi­tala w lipcu, bo wtedy zja­wiają się nowi rezy­denci i musisz ich uczyć, jak nie zabi­jać ludzi.

To świetna pora na wizytę. Wtedy odby­wają się Palio - wyścigi konne, które od sied­miu wie­ków każ­dego lata opa­no­wują całe mia­sto. Wszy­scy nie­cier­pli­wie ich wycze­kują. Poza tym będziemy mogli razem czy­tać ręko­pisy - współ­cze­sny wło­ski jest zbli­żony do śre­dnio­wiecz­nego, więc na pewno dasz radę. Całe szczę­ście, że dopil­no­wa­łem, abyś poznała ten język i kul­turę. Nie mogłem pozwo­lić, żeby Beatrice Ales­san­dra Tro­vato nie umiała mówić i pisać w ojczy­stym języku swo­jej matki. Przy­znaję, że lek­tura Dan­tego jest nie­co­dzienną metodą nauki, no ale lep­szych od niego nie znaj­dziesz.

Napisz, kiedy się do mnie wybie­rzesz. Spe­cjal­nie dla Cie­bie zmie­nię pościel w gościn­nej sypialni.

Kocham Cię, Mała B,

Ben

Prze­czy­taw­szy list od Bena, zro­bi­łam coś, co było zupeł­nie nie w moim stylu - pod­da­łam się impul­sowi. Mimo póź­nej pory - minęła już pół­noc - w Inter­ne­cie wyszu­ka­łam loty do Sieny. Mia­łam czter­dzie­ści osiem godzin na zmianę zda­nia i mogłam sobie pozwo­lić na spon­ta­nicz­ność. Klik­nę­łam w okienko "zare­zer­wuj" przy ofer­cie lotu za nie­zwy­kle przy­stępną cenę. Ben wła­śnie wsta­wał, więc wybra­łam jego numer.

- Kupi­łam bilet. Przy­la­tuję.

- Naprawdę?

- Będę za trzy tygo­dnie.

Oczami wyobraźni ujrza­łam Bena z jed­no­dnio­wym zaro­stem, przy­ci­ska­ją­cego słu­chawkę do ucha.

- Będę musiał kupić pro­szek do pra­nia, ale dla cie­bie jestem skłonny zro­bić nawet to. Wyślij mi dane lotu, to odbiorę cię z lot­ni­ska.

- Świet­nie. I wiesz co... kocham cię.

- Ja też cię kocham, Mała B. A teraz idź już spać. Nie­długo będziesz musiała wsta­wać.

Zasy­pia­jąc, wyobra­ża­łam sobie, jak znowu prze­glą­damy stare manu­skrypty, tak jak wtedy, gdy byłam dziec­kiem. Nie­stety sprawy poto­czyły się ina­czej.

Tydzień póź­niej zosta­łam sie­rotą po raz drugi. Za pierw­szym razem mia­łam jesz­cze Ben­ja­mina, teraz byłam zdana wyłącz­nie na sie­bie. Praw­nik Bena zadzwo­nił do mnie ze Sieny dzień po tym, jak otrzy­ma­łam nowy pasz­port. Dziwne echo, które towa­rzy­szyło mię­dzy­na­ro­do­wemu połą­cze­niu, spra­wiło, że każde słowo sły­sza­łam dwu­krot­nie, a tym­cza­sem już pierw­szy raz był ponad moje siły.

Nie mogłam mieć nawet cie­nia nadziei, że to zły sen, że tylko wyobra­zi­łam sobie śmierć Bena - ten moment, w któ­rym moje jedyne źró­dło bez­wa­run­ko­wej miło­ści zga­sło niczym umie­ra­jąca gwiazda. Wiele lat wcze­śniej, gdy mi powie­dział o swo­jej cho­ro­bie, myśla­łam: Zwa­riuję, jeżeli go stracę. Nie prze­żyję tego. Teraz odszedł naprawdę, a ja z kogoś, kto ma brata, sta­łam się kimś, kto nie ma nikogo - i wcale nie zwa­rio­wa­łam. A jeśli nawet, to tylko na kilka sekund, pod­czas któ­rych świat zako­ły­sał się nie­bez­piecz­nie i stra­ci­łam grunt pod nogami. Leżąc na pod­ło­dze w kory­ta­rzu, przyj­rza­łam się lam­pie.

Żarówka się prze­pa­liła, dziwne, że dopiero teraz to zauwa­ży­łam, pomy­śla­łam, gdy zda­łam sobie sprawę, że widzę jeden krąg świa­tła, tam gdzie powinny być dwa.

W jed­nej chwili Ben ist­niał, w następ­nej już go nie było. Może gdy­bym zwa­rio­wała, świa­do­mość tej prawdy byłaby mniej bole­sna. Nie­stety mój umysł nie pozwo­lił mi nawet na chwilę ulgi.

Anty­kwa­riat znaj­do­wał się tuż za rogiem, nie­da­leko mojego miesz­ka­nia. Od lat trak­to­wa­łam go jak mój drugi dom. W dzi­siej­szym świe­cie nie­wiele zostało miejsc takich jak to - z wąskimi prze­smy­kami mię­dzy rega­łami i dużymi wysłu­żo­nymi fote­lami obi­tymi skórą, gdzie na całe godziny można się było zagu­bić w pierw­szej powie­ści jakie­goś mało zna­nego autora. Posia­dam pewną wąt­pliwą zaletę: uwiel­biam pisa­rzy, któ­rych książki nie są już dostępne, dla­tego spę­dzam w tym miej­scu więk­szość wol­nego czasu, któ­rego i tak mam mało. Tutaj pozna­łam Natha­niela, wła­ści­ciela anty­kwa­riatu, zapeł­nia­ją­cego półki nie­zwy­kłą magią lite­ra­tury. Za każ­dym razem, gdy tu tra­fiam, daję się porwać jakiejś książce, i dopiero po kilku godzi­nach wra­cam do rze­czy­wi­sto­ści, uświa­da­mia­jąc sobie, że prze­ga­pi­łam porę posiłku albo że zapadł wie­czór. Zwy­kle z rezerwą pod­cho­dzę do czy­tel­ni­czych reko­men­da­cji, ale Natha­niel umie wybrać odpo­wied­nią książkę - przy­naj­mniej dla mnie.

Po raz pierw­szy ujrza­łam go, gdy sie­dzia­łam w jed­nym z tych skó­rza­nych foteli, zato­piona w lek­tu­rze pierw­szego wyda­nia Roz­waż­nej i roman­tycz­nej Jane Austen. Na kartki książki padł cień, więc pod­nio­słam głowę.

- Pla­nuje pani zakup czy może wola­łaby pani zostać tutaj na noc? - spy­tał z bry­tyj­skim akcen­tem.

Poczu­łam gorący rumie­niec na twa­rzy i pode­rwa­łam się z miej­sca.

- A jaka jest cena?

Powie­dział mi, a ja, prze­ra­żona, z powro­tem usia­dłam.

- Pro­szę wró­cić jutro i dokoń­czyć - zapro­po­no­wał. - Ofi­cjal­nie otwie­ramy o dzie­sią­tej, ale może pani przyjść o dzie­wią­tej, jeżeli nie będzie pani mogła się docze­kać.

Tak zaczęła się wspa­niała przy­jaźń. Wiele godzin spę­dza­łam w jego anty­kwa­ria­cie, a z cza­sem, gdy się lepiej pozna­li­śmy, rów­nież w jego domu, pała­szu­jąc pysz­no­ści przy­go­to­wane przez Char­lesa, męża Natha­niela, leka­rza medy­cyny sądo­wej, który bie­gle wła­dał nożem w kuchni i z kpiną tłu­ma­czył, skąd bie­rze się ta wprawa.

Natha­niel był pierw­szą osobą, któ­rej powie­dzia­łam o śmierci Ben­ja­mina. Tego dnia, gdy zadzwo­nił do mnie praw­nik, poszłam do anty­kwa­riatu w porze zamy­ka­nia. Natha­niel wła­śnie ryglo­wał fron­towe drzwi. Zoba­czyw­szy moją minę, zro­zu­miał, że tej roz­mowy nie należy zaczy­nać na ulicy. Gestem zapro­sił mnie do środka.

- Mój brat nie żyje i zosta­wił mi dom w Sie­nie - wyrzu­ci­łam z sie­bie jed­nym tchem, żeby nie stchó­rzyć.

- Tak mi przy­kro, Beatrice. - Pod­pro­wa­dził mnie do fotela.

- Jadę do Włoch. Przy­pil­nu­jesz mojego miesz­ka­nia?

- To będzie dla mnie przy­jem­ność i zaszczyt - odparł tro­chę for­mal­nie, ale spoj­rze­nie miał rów­nie cie­płe jak ser­deczny uścisk, któ­rego bar­dzo potrze­bo­wa­łam.

- Dzięki, jesteś nie­za­stą­piony. Potrze­buję jakichś prze­wod­ni­ków.

- Wolisz pla­no­wać wyjazd, niż roz­ma­wiać o Benie?

Przy­tak­nę­łam. Przyj­rzał mi się uważ­nie, jak gdyby się upew­niał, czy może mnie bez­piecz­nie zosta­wić samą, po czym znik­nął za wyso­kim rega­łem. Po chwili wró­cił z górą ksią­żek o Toska­nii.

- Przej­rzyj te - pora­dził.

Przez kilka minut kart­ko­wa­łam je w mil­cze­niu.

- W Sie­nie jest tyle do zwie­dza­nia. - Spoj­rza­łam na niego znad kolo­ro­wego zdję­cia Maesty Simone Mar­ti­niego.

- To prawda, Beatrice.

Byłam wdzięczna, że nie powie­dział nic wię­cej. Poca­ło­wa­łam go w poli­czek i wyszłam, zanim zupeł­nie się roz­kle­iłam. Do dru­giej w nocy wer­to­wa­łam prze­wod­niki. Nie­stety trzy godziny póź­niej musia­łam wstać - cze­kała mnie skom­pli­ko­wana ope­ra­cja tęt­niaka tęt­nicy pod­staw­nej - ale neu­ro­chi­rur­dzy są przy­zwy­cza­jeni, że nie­wiele sypiają.

Kilka dni póź­niej otrzy­ma­łam e-mail od praw­ni­ków Bena. Czy­ta­jąc, w myślach tłu­ma­czy­łam z wło­skiego na angiel­ski.

Gen­ti­lis­sima Dot­to­ressa Tro­vato:

Ogrom­nie zasmu­ciła nas wia­do­mość o śmierci Pani brata i chcie­li­by­śmy zło­żyć Pani naj­szczer­sze wyrazy współ­czu­cia. Zna­li­śmy Pani brata dość długo i z żalem żegnamy wspa­nia­łego uczo­nego, który zaj­mo­wał się naszym pięk­nym mia­stem i jego histo­rią. Jak wspo­mnie­li­śmy pod­czas roz­mowy tele­fo­nicz­nej, jest Pani jego jedyną krewną i spad­ko­bier­czy­nią majątku po nim, w skład któ­rego wcho­dzą nie­ru­cho­mość oraz rze­czy ruchome. Zapra­szamy do naszego biura w Sie­nie, aby­śmy mogli Pani asy­sto­wać w dys­po­zy­cjach doty­czą­cych spadku. Wyślemy Pani klucz do domu w Sie­nie, aby zaosz­czę­dzić Pani nie­do­god­no­ści zwią­za­nych z szu­ka­niem zakwa­te­ro­wa­nia.

Od razu na początku współ­pracy z naszą firmą Dot­tore Tro­vato pole­cił, na wypa­dek gdyby jakie­kol­wiek nie­szczę­ście unie­moż­li­wiło mu kon­ty­nu­ację pracy, żeby­śmy prze­słali Pani zawar­tość jego indy­wi­du­al­nej skrytki w biblio­tece Universita degli Studi di Siena. Notatki i ręko­pis powinny dotrzeć do Pani w ciągu kilku dni. Wykra­cza to nieco poza nasze zwy­kłe pro­ce­dury przed urzę­do­wym zatwier­dze­niem testa­mentu, jed­nakże Dot­tore Tro­vato zapew­nił, że jest Pani jego jedyną żyjącą krewną i nie ma nikogo, kto mógłby zakwe­stio­no­wać waż­ność jego testa­mentu.

Choć jest pani dok­to­rem medy­cyny, a nie nauk huma­ni­stycz­nych, tak jak Pani brat, na pewno rozu­mie Pani, jaką szkodą byłoby, gdyby dzieło jed­nego z naj­wspa­nial­szych współ­cze­snych histo­ry­ków naszego mia­sta popa­dło w zapo­mnie­nie. Jeste­śmy główną kan­ce­la­rią obsłu­gu­jącą śro­do­wi­ska aka­de­mic­kie w Toska­nii i pozwo­li­li­śmy sobie zaini­cjo­wać kon­takt z naukow­cami, któ­rzy wyra­zili chęć zapo­zna­nia się z notat­kami Pani brata w celu okre­śle­nia, jakie mate­riały nadają się do publi­ka­cji. Chęt­nie omó­wimy szcze­góły w dogod­nym dla Pani cza­sie.

Żywimy szczerą nadzieję, iż znaj­dzie Pani pocie­sze­nie w tych trud­nych dla Pani chwi­lach,

Avv. Cava­liere, Alberti e Alberti

Nie wie­dzia­łam, czym dokład­nie Ben się zaj­mo­wał, ale na samą myśl, że inni mie­liby poło­żyć rękę na jego pracy, robiło mi się nie­do­brze. Od razu napi­sa­łam krótką uprzejmą odpo­wiedź, pro­sząc praw­ni­ków, aby nikomu nie udo­stęp­niali żad­nych mate­ria­łów. Żało­wa­łam, że Ben sam nie opo­wie mi o swo­ich odkry­ciach. Już ni­gdy nie mia­łam go usły­szeć.

Trzy dni potem wró­ci­łam do domu o póź­nej porze, zgrzana po podróży metrem z zepsutą kli­ma­ty­za­cją. U por­tiera cze­kała na mnie paczka od praw­ni­ków Bena. W środku znaj­do­wała się znisz­czona czer­wona teczka har­mo­nij­kowa prze­wią­zana saty­nową tasiemką. Ben trzy­mał tę teczkę, wła­sno­ręcz­nie ją zawią­zał. Zamknę­łam oczy i ode­tchnę­łam głę­boko. Teczka pach­niała oczy­wi­ście biblio­teką - sta­rymi skó­rza­nymi opra­wami i kurzem - nie Benem. Usia­dłam przy biurku i zaczę­łam prze­glą­dać zawar­tość. Bez­ładny zbiór wydru­ków poprze­pla­tany był foto­ko­piami z tek­stów źró­dło­wych, na któ­rych wid­niały zapi­sane na mar­gi­ne­sach uwagi. Wyobra­zi­łam sobie, jak Ben w sku­pie­niu marsz­czy czoło i robi notatki, roz­sma­ro­wu­jąc tusz zewnętrzną kra­wę­dzią dłoni.

Agnolo di Tura, XIV-wieczny kro­ni­karz, tak oto opi­sy­wał cios zadany Sie­nie przez dżumę:

"Śmierć przy­szła do Sieny w maju 1348 roku [...] w wielu miej­scach mia­sta wyko­pano wiel­kie doły, w któ­rych głę­boko ukła­dano zmar­łych. Umie­rali set­kami zarówno w dzień, jak i w nocy, a ciała wrzu­cano do owych dołów i przy­kry­wano zie­mią [...]. Ojciec porzu­cał dziecko, żona męża, brat brata [...] bo mór dosię­gał ludzi przez oddech i wzrok. Ja [...] pocho­wa­łem pię­cioro moich dzieci wła­snymi rękoma. [...] I umarło tak wielu, że wszy­scy wie­rzyli, iż nastą­pił koniec świata".

Po pra­wej stro­nie, na mar­gi­ne­sie, Ben dopi­sał kilka zdań i część pod­kre­ślił:

Ilu ludzi zmarło w Sie­nie? Według Agnola - 52 tys., ale Got­t­fried twier­dzi, że to nie­moż­liwe, bo cał­ko­wita liczba miesz­kań­ców wyno­siła naj­wy­żej 60 tys. BW utrzy­muje, że popu­la­cja zma­lała o 80 pro­cent! Tuch­man, że o ponad połowę. Czy śmier­tel­ność spo­wo­do­wana dżumą była w Sie­nie więk­sza niż w innych toskań­skich mia­stach? Na to wygląda. Dla­czego?

Wró­ci­łam do wydru­ków nota­tek.

Siena w swoim zło­tym okre­sie zapra­gnęła mieć naj­więk­szą kate­drę na świe­cie - nawa daw­nego kościoła miała się stać tran­sep­tem ogrom­nego Duomo. Owa kate­dra byłaby real­nym sym­bo­lem świet­no­ści Sieny pośród innych miast Toska­nii, a także całej przy­szłej Europy i świata. Ten plan zabiła czarna śmierć. Dżuma zapo­cząt­ko­wała upa­dek tego olśnie­wa­ją­cego, samo­rząd­nego mia­sta. Potem Siena już nie wró­ciła do daw­nej świet­no­ści, w prze­ci­wień­stwie do swo­jej odwiecz­nej rywalki Flo­ren­cji. Dla­czego?

Przez całe dzie­się­cio­le­cia histo­rycy pró­bo­wali wyja­śnić wyjąt­kowo dru­zgo­cące skutki dżumy w Sie­nie oraz przy­czyny tego, że ta wspa­niała komuna miej­ska nie zdo­łała się odro­dzić i osta­tecz­nie ule­gła swej rywalce Flo­ren­cji. W dal­szej czę­ści tego tek­stu przed­sta­wię nowe dowody tłu­ma­czące gehennę Sieny oraz osta­teczną utratę przez nią wła­dzy i nie­za­leż­no­ści poli­tycz­nej.

Lek­tura zapi­sków Bena na temat śre­dnio­wiecz­nych tajem­nic tak mnie pochło­nęła, że na moment zapo­mnia­łam o rze­czy­wi­sto­ści. Dopiero gdy się od nich ode­rwa­łam, ponow­nie ude­rzyła mnie świa­do­mość, dla­czego w ogóle je mam. Poczu­łam się, jak gdyby ktoś wal­nął mnie pię­ścią w żołą­dek. Przez tyle lat odwle­ka­łam wyjazd do Sieny, a teraz jecha­łam tam nie po to, żeby się zoba­czyć z bra­tem, ale by zająć się jego mająt­kiem i ręko­pi­sem. Nie mogłam sobie wyba­czyć, że wcze­śniej nie zna­la­złam czasu na wizytę. Wło­ży­łam zapi­ski Bena z powro­tem do teczki i sta­ran­nie zawią­za­łam tasiemkę, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad odde­chem. Mimo wszystko mogłam zoba­czyć dom Bena, choć jego już tam nie było. Mogłam zwie­dzić mia­sto, które tak go przy­cią­gało, choć nie miał mnie tam powi­tać. Musia­łam się zająć spad­kiem. Poza tym potrze­bo­wa­łam odpo­czynku. Nie byłam na urlo­pie od czte­rech lat. Ta myśl doj­rze­wała we mnie, aż w końcu przed świ­tem pod­ję­łam decy­zję. Zasy­pia­łam, mając przed oczami dłoń Bena trzy­ma­jącą jego ulu­bione wieczne pióro i opi­su­jącą sie­neń­skie Duomo takim, jakie miało się stać.

- Wolisz jakąś mie­ścinę we Wło­szech od Nowego Jorku? - Lin­ney poło­żyła ręce na bio­drach i przyj­rzała mi się surowo.

Przy­wo­dziła na myśl małego nie­ustę­pli­wego jastrzę­bia. Rude włosy - tak ciemne, że nie­mal pur­pu­rowe - krót­kie i gładko zacze­sane, nie zasła­niały karku, który wyda­wał się dziw­nie deli­katny, w prze­ci­wień­stwie do niej samej.

- To nie jakaś mie­ścina, tylko Siena. - Odwza­jem­ni­łam się jej takim samym spoj­rze­niem.

Moje wyja­śnie­nie by­naj­mniej jej nie zado­wo­liło.

- A co takiego jest w tej Sie­nie?

- Brat zosta­wił mi tam dom. Muszę zade­cy­do­wać, co zro­bić ze spad­kiem.

- Twój brat nie żyje? I posta­no­wi­łaś poin­for­mo­wać mnie o jego śmierci mimo­cho­dem, oświad­cza­jąc, że wyjeż­dżasz do Toska­nii? Beatrice, halo, co z tobą?

Przy­glą­da­łam się nie­bie­skim ochra­nia­czom na naszych butach. Lin­ney przy­kuc­nęła, żeby zaj­rzeć mi w oczy.

- Tylko tu wróć - powie­działa, jak gdyby coś prze­czu­wała. - Inni neu­ro­chi­rur­dzy nie są tak dobrzy jak ty.

- Dla­czego mia­ła­bym nie wró­cić? Biorę jedy­nie trzy­mie­sięczny urlop.

Lin­ney nie odpo­wie­działa.

Kiedy mój samo­lot wystar­to­wał, poczu­łam się dziw­nie lekko - jak gdyby liny wią­żące mnie z dotych­cza­so­wym życiem za bar­dzo się napięły i wresz­cie pękły.

* * *

Sta­łam pod drzwiami domu Bena z cięż­kim mosięż­nym klu­czem w dłoni, zupeł­nie nie­po­dob­nym do tego, który otwie­rał moje nowo­jor­skie miesz­ka­nie. Zanim wsu­nę­łam go w zamek, ogar­nęło mnie wra­że­nie, że już to kie­dyś robi­łam - wkła­da­łam ten klucz w ten zamek, w tych drzwiach i w tym mie­ście. Pomy­śla­łam, że to déja vu. Prze­cież ni­gdy wcze­śniej nie byłam w domu Bena, ani w ogóle we Wło­szech. Wra­że­nie swoj­sko­ści dopa­dło mnie jed­nak z taką siłą, że nie mogłam go uznać za zwy­kłe złu­dze­nie. Déja vu powinno być jedy­nie mgli­stym prze­czu­ciem, a nie tak wyraź­nym prze­ko­na­niem. Mia­łam pew­ność, że już kie­dyś tu byłam, i jakimś cudem ta pew­ność współ­ist­niała z abso­lut­nym prze­ko­na­niem, że to nie­moż­liwe.

Masywne drzwi nie chciały ustą­pić, ale zdo­ła­łam je otwo­rzyć pchnię­ciem bio­dra. W ciem­nym holu oto­czyła mnie ciężka woń domu, do któ­rego od dawna nikt nie zaglą­dał. Prze­su­nę­łam dło­nią po ścia­nie, szu­ka­jąc włącz­nika, ale go nie nama­ca­łam. W nikłym świe­tle sączą­cym się z ulicy widzia­łam drew­niane schody wspi­na­jące się ku ciem­no­ści na górze. Zacze­pi­łam o sto­lik i potrą­ci­łam sto­jącą na nim lampę. Zła­pa­łam ją, zanim spa­dła, i włą­czy­łam. Zamknę­łam za sobą drzwi, prze­krę­ci­łam klucz w zamku i zaczę­łam oglą­dać mój nowy dom.

Siena, 4 czerwca

Kochany Natha­nielu,

piszę do Cie­bie list, ponie­waż Ben nie wie­rzył w domowe łącze inter­ne­towe. Co za śre­dnio­wieczne podej­ście! Nie ma tu rów­nież włącz­ni­ków świa­tła. Pierw­szego wie­czoru o mało się przez to nie zabi­łam, bo przy­je­cha­łam już po zmroku. Dom ma typowo śre­dnio­wieczny roz­kład: od frontu znaj­duje się sala (pokój dzienny), a od tyłu camere (sypial­nie). Pokoje w głębi otwie­rają się na wewnętrzny dzie­dzi­niec - wspólny dla sąsia­du­ją­cych ze sobą budyn­ków. Rosną na nim trzy kwit­nące drzewka poma­rań­czowe. Rano budzi mnie zapach, który wpada do mojej sypialni przez otwarte okna. Cie­kawa jestem, kto daw­niej był wła­ści­cie­lem tego domu - jakiś kupiec, rze­mieśl­nik, han­dlarz winem, malarz... Gdzie mogła­bym to spraw­dzić? Ty zawsze wszystko wiesz. Czy w XIV w. byli już chi­rur­dzy? W tej chwili zupeł­nie nie czuję się jak neu­ro­chi­rurg. Podo­bają mi się te wagary.

Moja pierw­sza wizyta w biu­rze kan­ce­la­rii praw­ni­czej Cava­liere, Alberti e Alberti przy­po­mi­nała scenę z filmu Fel­li­niego. Cava­liere jest chudy jak patyk, z boku nie­mal nie­wi­doczny, nato­miast obaj pano­wie Alberti są niscy, okrą­gli i mają w sumie sześć pod­bród­ków. Wszy­scy trzej uśmie­chali się współ­czu­jąco - w sam raz na spo­tka­nie z krewną zmar­łego klienta. Pew­nie się o mnie mar­twisz, ale pamię­taj, że my, leka­rze, żar­tu­jemy, gdy jest źle. Dzięki temu czu­jemy się lepiej.

A wra­ca­jąc do praw­ni­ków... okna w ich biu­rze są tak brudne, że do środka wpada tylko słabe świa­tło, a w sta­ro­świec­kich lam­pach mają naj­wy­żej dzie­się­cio­wa­towe żarówki. Ledwo widzia­łam, gdzie mam zło­żyć pod­pis. Udało mi się jed­nak, i oto jestem wła­ści­cielką domu w Sie­nie oraz wszyst­kiego, co się w nim znaj­duje.

Pano­wie Alberti pró­bują mnie nakło­nić do prze­ka­za­nia pro­jektu Bena komuś "bar­dziej doświad­czo­nemu". Oczy­wi­ście nie zamie­rzam ich słu­chać. Pewien toskań­ski histo­ryk, nie­jaki Franco Signo­retti, który twier­dzi, że wywo­dzi się z jed­nego z naj­star­szych i naj­znacz­niej­szych śre­dnio­wiecz­nych rodów Sieny, udzie­lił wywiadu dla lokal­nej sta­cji tele­wi­zyj­nej. Oglą­da­łam go na czarno-bia­łym tele­wi­zorku Bena, ledwo co widząc (Wiem, trudno sobie wyobra­zić, że histo­ria śre­dnio­wie­cza nadaje się do wia­do­mo­ści, ale tutaj wszystko jest ina­czej). W trak­cie roz­mowy gość pozwa­lał sobie na dość cierp­kie komen­ta­rze, z któ­rych wnio­skuję, że pró­buje pod­wa­żyć bada­nia Bena. Nazwał mojego brata "aspi­ru­ją­cym naukow­cem uro­dzo­nym w Ame­ryce", który "w trak­cie swo­jej krót­kiej, nie­stety, kariery w Sie­nie pod­jął zupeł­nie przy­zwo­ity wysi­łek zapi­sa­nia się w naszej dłu­giej i wspa­nia­łej histo­rii". Z przy­kro­ścią słu­cha­łam takich opi­nii z ust nie­zna­nego mi czło­wieka, ale z jed­nego jestem zado­wo­lona - zaska­ku­jąco szybko przy­po­mnia­łam sobie wło­ski. Teraz się cie­szę, że Ben tak mnie gonił do nauki języka, kiedy byłam mała, pomimo moich sta­now­czych pro­te­stów. Słu­cha­jąc, jak ten cały Signo­retti gada, że sam jest bli­ski doko­na­nia odkry­cia, nad któ­rym pra­co­wał "aspi­ru­jący Ame­ry­ka­nin", pomy­śla­łam, że nie mogę się pod­dać. Chyba nie takiej reak­cji spo­dzie­wał się po mnie star­szy Alberti. Im usil­niej praw­nicy nama­wiają mnie do prze­ka­za­nia komuś wyni­ków pracy Bena, tym więk­szy czuję przed tym opór i tym bar­dziej chcę je zatrzy­mać. Może nawet będę w sta­nie sama opu­bli­ko­wać je w imie­niu brata z nie­wielką pomocą tutej­szych eks­per­tów. W końcu prze­cież Ben sporo mnie nauczył. Żałuję, że teraz nie może mi pomóc.

A co u Cie­bie? Tra­fiły Ci się ostat­nio jakieś dobre książki? Dzię­kuję za opiekę nad moim miesz­ka­niem. Kwiatki możesz wyrzu­cić, jeśli pod­le­wa­nie to za duży kło­pot.

Pozdra­wiam Cię,

Beatrice

Następ­nego dnia po wizy­cie w kan­ce­la­rii obu­dzi­łam się ze słoń­cem na twa­rzy w sypialni na pię­trze - naj­wy­raź­niej gościn­nej, ponie­waż pano­wał w niej ide­alny porzą­dek i było tu nie­wiele sprzę­tów. Zeszłam do pokoju Bena. Przez kilka minut sta­łam w drzwiach i patrzy­łam. Łóżko było zasłane, ale nie­po­rząd­nie - ni­gdy nie robił tego sta­ran­nie. Na cien­ko­no­gim noc­nym sto­liku leżał stos ksią­żek, a jesz­cze więk­sze ich góry pię­trzyły się na pod­ło­dze. Ściany zasło­nięte były opra­wio­nymi w ramy mapami oraz ilu­stro­wa­nymi kar­tami z manu­skryp­tów pokry­tymi rzę­dami gęstych czar­nych liter. Ben uwiel­biał swoją pracę. Ja rów­nież kocha­łam moją, ale nie wyta­pe­to­wa­ła­bym ścian nowo­jor­skiej sypialni kart­kami z pod­ręcz­ni­ków neu­ro­chi­rur­gii. Na par­te­rze słońce nie świe­ciło tak ostro jak w moim pokoju na górze. Prze­ni­kało przez koronę drzewa poma­rań­czo­wego, nieco zie­lon­kawe, i rzu­cało na ściany plamy cieni w kształ­cie liści.

Ode­tchnę­łam głę­boko i prze­stą­pi­łam próg. Czu­łam się tro­chę tak, jak gdy­bym naru­szała pry­wat­ność brata - ale czy ludzie, któ­rych już nie ma, potrze­bują pry­wat­no­ści? W tej zagra­co­nej sypialni, w któ­rej każda rzecz przy­po­mi­nała o Benie, poczu­cie ogrom­nej straty nagle porwało mnie gwał­towną falą. Usia­dłam na drew­nia­nej pod­ło­dze i patrzy­łam na dro­binki kurzu dry­fu­jące bez celu w powie­trzu, dopóki nie roz­bo­lały mnie plecy, a orga­nizm nie zaczął się doma­gać poran­nej kawy i śnia­da­nia. Wycho­dząc, zamknę­łam za sobą drzwi.

Posta­no­wi­łam odwie­dzić uni­wer­sy­tet, który znaj­duje się tuż obok piazza del Campo - nazy­wa­nego przez sie­neń­czy­ków po pro­stu Il Campo - aby dowie­dzieć się dokład­niej, nad czym Ben pra­co­wał. Natha­niel pora­dził, żebym się zwró­ciła do tam­tej­szego biblio­te­ka­rza, Emi­lia Fab­briego. Dotar­łam na miej­sce za wcze­śnie - drzwi do działu zbio­rów spe­cjal­nych biblio­teki były zamknięte, a okna zasło­nięte - więc posta­no­wi­łam spę­dzić tro­chę czasu na Il Campo razem z połową miesz­kań­ców mia­sta.

Ponie­waż zano­siło się na upał, w skle­piku na placu kupi­łam gazo­waną lemo­niadę. Piłam ją, sie­dząc na ławce i przy­glą­da­jąc się kamien­nym pły­tom oraz liniom, które zbie­gały się w jed­nym punk­cie. Gorące powie­trze złud­nie je wypa­czało. Poli­czy­łam wszyst­kie dzie­więć czę­ści placu - dla tak zwa­nych Nove­schich, Rady Dzie­wię­ciu, która rzą­dziła Sieną w okre­sie jej roz­kwitu w śre­dnio­wie­czu. Im dłu­żej sie­dzia­łam, tym bar­dziej uspo­ka­jały się moje myśli. Ota­cza­jące mnie dźwięki nabie­rały mocy, a poje­dyn­cze głosy wybi­jały się na tle chóru cich­szych szme­rów. Poczu­łam drga­nia płyt, gdy obok prze­bie­gły dzieci w pogoni za gołę­biami. Mój nos wyło­wił silną woń czosnku napły­wa­jącą od strony trat­to­rii przy placu. Chło­nę­łam wszystko wokół i nagle w tę chwilę wyci­sze­nia wtar­gnęła fala total­nej paniki. Szybko się cof­nęła, ale moje serce nie prze­stało mocno bić. Po kilku sekun­dach znowu chwy­cił mnie lęk. Wsta­łam. Butelka po lemo­nia­dzie wyśli­zgnęła mi się z dłoni i roz­trza­skała o kamienne płyty. I wtedy zoba­czy­łam dziew­czynkę. Stała nie­da­leko, sama w tłu­mie, blada ze stra­chu. Odwró­ciła twarz w moją stronę. Jej wiel­kie ciemne oczy wypeł­niły się łzami.

- Dov'? mamma - szlo­chała, zadzie­ra­jąc głowę. - Mamma, mamma...

Zro­zu­mia­łam, że strach, który czuję, nie jest mój. Wzię­łam dziecko za rękę i roz­pacz­li­wie rozej­rza­łam się po Il Campo. W dru­gim końcu, pod mar­kizą sklepu z pamiąt­kami, w któ­rym pierw­szego dnia kupi­łam wido­kówki, zauwa­ży­łam kobietę. Ni­gdy wcze­śniej jej nie widzia­łam. Miała ciemne włosy zwią­zane na karku, bladą twarz i czer­woną sukienkę, która wyraź­nie odci­nała się na tle kamien­nych fasad. Była dla mnie obcą osobą, a mimo to zapra­gnę­łam natych­miast do niej popę­dzić i paść jej w obję­cia. Pobie­gły­śmy więc razem, dziew­czynka i ja - gnane tym samym pra­gnie­niem - trzy­ma­jąc się za ręce i poty­ka­jąc na lekko pochy­łej płasz­czyź­nie placu w kształ­cie muszli. Chwilę póź­niej patrzy­ły­śmy w jej prze­ra­żoną twarz - ja z góry, jej córka z dołu. Matka podzię­ko­wała mi gwał­tow­nym poto­kiem wło­skich słów i łez, po czym zamknęła córkę w moc­nym uści­sku. Sta­łam znie­ru­cho­miała i patrzy­łam na nie. Dziew­czynka mogła wró­cić do swo­jej rodziny, ale mi nikt nie mógł pomóc w odna­le­zie­niu mojej. Nie mia­łam siły na zapla­no­waną wcze­śniej wizytę w biblio­tece uni­wer­sy­tec­kiej. Zosta­wi­łam dziecko z matką przy sto­jaku z pocz­tów­kami i powoli ruszy­łam z powro­tem.

W domu usia­dłam w kuchni przy stole. Pró­bo­wa­łam przy­wo­łać tamto uczu­cie, które mnie ogar­nęło, zanim zoba­czy­łam zagu­bioną dziew­czynkę - i zanim jej lęk zagnieź­dził się w moich myślach. Wcze­śniej doświad­cza­łam tego na sali ope­ra­cyj­nej. Gdy jestem przy­go­to­wana do ope­ra­cji, mój umysł się wyci­sza i coś przej­muje nade mną kon­trolę. Ana­li­zu­jąc te wszyst­kie godziny spę­dzone ze skal­pe­lem w dłoni, zda­łam sobie sprawę, że kiedy ope­ruję, zamie­niam się w słuch i reaguję na dźwięki, które do mnie docie­rają. Wiem, co mówi mi orga­nizm pacjenta, bo sku­piam na nim całą uwagę. Czuję pły­nącą w żyłach krew, sły­szę oddech wypeł­nia­jący i opusz­cza­jący płuca, widzę szarą korę mózgową i naci­ska­ją­cego na nią intruza - nowo­twór. Wiem, gdzie mogę bez­piecz­nie ciąć i kiedy coś idzie nie tak, jak powinno.

Gdy w liście do Bena napi­sa­łam, że na sali ope­ra­cyj­nej jestem bar­dziej spięta niż zwy­kle, obró­cił to w żart. Ja jed­nak nie żar­to­wa­łam. Począt­kowo mój dodat­kowy zmysł był jedy­nie szu­mem w tle. Wyda­wał się natu­ral­nym i poży­tecz­nym darem w mojej pracy, więc się nad nim nie zasta­na­wia­łam. Kiedy jed­nak przed trzema laty na sali ope­ra­cyj­nej wyczu­łam pro­blem, zanim zasy­gna­li­zo­wał go sprzęt, moje zdol­no­ści po raz pierw­szy dały o sobie znać z taką mocą. Przy­pa­dek czę­sto­skur­czu komo­ro­wego był jesz­cze gor­szy - moja emo­cjo­nalna reak­cja na stan pacjentki prze­szko­dziła mi w pracy. Potem było takich sytu­acji wię­cej. Prze­sta­łam o nich mówić Lin­ney. Bałam się rów­nież zwie­rzać Benowi, żeby go nie mar­twić. Był tak daleko. Ope­ru­jąc, wie­dzia­łam na przy­kład o pęk­nię­tym naczy­niu krwio­no­śnym, któ­rego nie mia­łam w polu widze­nia, ponie­waż czu­łam to we wła­snej gło­wie. O trze­ciej rano budzi­łam się zlana potem, ze świa­do­mo­ścią, że u pacjenta po ope­ra­cji wkra­dła się infek­cja, zanim pie­lę­gniarki zadzwo­niły z infor­ma­cją o gorączce. Incy­dent na Il Campo ozna­czał, że moja umie­jęt­ność nie ogra­ni­czała się już do sali ope­ra­cyj­nej. Jak daleko mogła się­gnąć ta empa­tia? Czy była w sta­nie pocią­gnąć mnie za sobą?

Nie potra­fię się uwol­nić od myśli, że być może ta zdol­ność ma jakiś zwią­zek z posia­da­niem bliź­nia­czej sio­stry - nawet przez tak krótki czas. Zasta­na­wiam się, czy odbie­ram to, co czują inni, z powodu pustki, jaka po niej została. Zamiast mieć u boku ją - mój bufor i zasłonę przed świa­tem - chłonę z zewnątrz wszystko. A może to wła­śnie ona jest moim oknem "na innych", bo kie­dyś mia­łam głę­boką świa­do­mość - zanim byłam w sta­nie pojąć zna­cze­nie tych słów - jak to jest być iden­tycz­nym z dru­gim czło­wie­kiem.

Byłam z Benem, kiedy stało się to po raz pierw­szy, tyle że wtedy żadne z nas nie wie­działo, co się dzieje. Przy stro­mej ścieżce pro­wa­dzą­cej do The Clo­isters wid­niała tablica z napi­sem STREFA CISZY. Każ­dej nie­dzieli razem z Benem szli­śmy z naszego miesz­ka­nia w dziel­nicy Washing­ton Heights do prze­nie­sio­nego zespołu klasz­tor­nego w Fort Tryon Park trasą, z któ­rej widać zza drzew rzekę Hud­son. Wcho­dzi­li­śmy do środka przez bramę w kamien­nym murze, poko­ny­wa­li­śmy kręte mroczne schody i wycho­dzi­li­śmy na zalany słoń­cem magiczny ogród XII-wiecz­nego opac­twa, z cicho plu­ska­jącą, pokrytą poro­stami fon­tanną pośrodku.

Pod­czas zwie­dza­nia muzeum Ben opo­wia­dał mi o rycer­zach, panach feu­dal­nych i zwia­sto­wa­niu, ale naj­bar­dziej podo­bały mi się tapi­se­rie z jed­no­roż­cem - tak jak chyba wszyst­kim dzie­ciom odwie­dza­ją­cym The Clo­isters. Obrazy, z któ­rych patrzą od dawna nie­ży­jący święci starcy, nie mogą się prze­cież rów­nać z polo­wa­niem na mityczne stwo­rze­nie. Lubi­łam prze­sia­dy­wać w sali tapi­se­rii, gapić się na skom­pli­ko­wane wzory roślinne tła, i wyobra­żać sobie sie­bie w roli dzie­wicy, która zapra­sza jed­no­rożca, aby zanu­rzył róg w leśnym stru­mie­niu. Kiedy skoń­czy­łam dwa­na­ście lat, mój brat uznał, że jestem już dość duża, aby poznać praw­dziwą histo­rię przed­sta­wioną na tka­ni­nach. Sie­dzia­łam na drew­nia­nej ławce w wysoko skle­pio­nej sali i słu­cha­łam, jak opo­wiada.

On mówił, a ja przy­glą­da­łam się sce­nom polo­wa­nia: myśli­wym wyma­chu­ją­cym bro­nią, psom węszą­cym za zwie­rzem, pan­nie, która nakło­niła magiczne stwo­rze­nie, aby poło­żyło łeb na jej dzie­wi­czym łonie. Gdy dotar­li­śmy do tapi­se­rii przed­sta­wia­ją­cej bez­władne ciało jed­no­rożca zarzu­cone na koń­ski grzbiet i zoba­czy­łam jego białą sierść popla­mioną świeżą krwią, nagle zakrę­ciło mi się w gło­wie, a dźwięki wokół przy­ci­chły. Poczu­łam ostrą woń koń­skiego potu i szorst­kość grzywy pod pal­cami. Gdzieś bli­sko uja­dały ogary. Gęste poszy­cie leśne pomknęło ku mojej twa­rzy i nie­spo­dzie­wa­nie wylą­do­wa­łam na chłod­nej posadzce. Spoj­rza­łam nie­przy­tom­nie na Ben­ja­mina.

Pomógł mi się pod­nieść i usiadł obok mnie.

- Mała B, co się stało?

- Spa­dłam z ławki - powie­dzia­łam. - Czy dzie­wica wie­działa, co czeka jed­no­rożca, gdy zgo­dziła się go zwa­bić?

Ben nie odpo­wie­dział.

- Nie wie­rzę, że by to zro­biła, gdyby powie­dzieli jej prawdę! - Nasto­latki zwy­kle reagują bar­dzo emo­cjo­nal­nie i nie byłam tu wyjąt­kiem. - Ja ni­gdy bym się nie zgo­dziła, gdy­bym wie­działa, że go zabiją... ZABIJĄ! Ni­gdy, ale to ni­gdy... - Głos mi się zała­mał. Spoj­rza­łam na swoje buty. Jedna sznu­rówka się roz­wią­zała, więc zaję­łam się nią, uni­ka­jąc wzroku Ben­ja­mina.

- B, prze­cież wiesz, że jed­no­ro­żec wraca do życia. - Ben ujął mnie pod brodę i poka­zał na ostat­nią tapi­se­rię. - A czer­wień na jego sier­ści to nie krew, tylko sok z gra­na­tów kapiący z drzewa nad nim.

- I uwa­żasz, że to w porządku? Prze­cież to... ZDRADA!

Przy­ta­ki­wał w mil­cze­niu, pod­czas gdy ja się zło­ści­łam. Od tam­tej pory trzy­ma­łam się z dala od sali tapi­se­rii.

Po tym, co przy­tra­fiło mi się w muzeum, Ben­ja­min odwie­dził ze mną mnó­stwo leka­rzy. Wtedy myśla­łam, że zro­bi­łam coś złego, a nawet nie­bez­piecz­nego. Naj­pierw uda­li­śmy się do naszej przy­chodni rodzin­nej, póź­niej do kar­dio­loga, a na koniec do spe­cja­li­sty od aryt­mii serca. Wszy­scy orze­kli, że jestem zupeł­nie zwy­czajną dwu­na­sto­latką, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o serce. Zro­zu­miaw­szy nie­po­kój Ben­ja­mina, przy­rze­kłam sobie trzy­mać się rze­czy­wi­sto­ści i uni­kać fan­ta­zji, które wywo­łały mój dziwny atak. Dopiero po latach poję­łam, co było praw­dzi­wym źró­dłem tego lęku - jego wła­sne chore i nie­prze­wi­dy­walne serce.

Następ­nego dnia, zamiast pono­wić próbę odwie­dze­nia biblio­teki, posta­no­wi­łam tro­chę oswoić dom Bena, aby poczuć się w nim bar­dziej jak u sie­bie. Zaczę­łam od kuchni na pod­da­szu z sufi­tem poprze­ci­na­nym ciem­nymi bel­kami i gru­bym bia­łym tyn­kiem na ścia­nach. Przez otwarte okien­nice do środka wpa­dała przy­jemna bryza. Nie­mal godzinę cier­pli­wie szo­ro­wa­łam żela­zny pie­cyk. Potem upo­rząd­ko­wa­łam nie­wielką kolek­cję wyszczer­bio­nych ema­lio­wa­nych żółto-czar­nych garn­ków. Gdy wzię­łam do ręki naj­mniej­szy, przy­po­mnia­łam sobie, jak Ben uczył mnie goto­wać w nim polentę. Sto­jąc nad tym dwu­dzie­sto­let­nim ron­dlem, po raz pierw­szy się roz­pła­ka­łam.

Kiedy się uspo­ko­iłam, zeszłam do gościn­nej sypialni - tej, którą Ben prze­zna­czył dla mnie. Bar­dzo mi się podo­bała meta­lowa rama podwój­nego łóżka, spło­wiała pościel, skrzy­piąca szafa, w któ­rej powie­si­łam ubra­nia, i nie­wielki wykusz z oknem wycho­dzą­cym na ulicę. Zna­la­złam pudełko gwoź­dzi oraz stary mło­tek i powie­si­łam na ścia­nach kilka obraz­ków kupio­nych w pobli­skim skle­pie z anty­kami - repro­duk­cje sta­rych map, które poka­zy­wały, jak mało zmie­nił się plan mia­sta od XIV stu­le­cia. Gdy wbi­łam ostatni gwóźdź, przy­szło mi do głowy, że zwy­kle zmie­niamy wystrój jakie­goś miej­sca, gdy pla­nu­jemy zostać w nim na dłu­żej i chcemy spra­wić, by stało się dla nas domem.

Docho­dziła druga, zanim zeszłam wresz­cie na par­ter. Odku­rzy­łam krze­sła i stół w pokoju od ulicy i prze­nio­słam się do pomiesz­cze­nia w głębi domu. Tu Ben miał gabi­net - swój pry­watny azyl. Jedy­nym luk­su­sem był sta­ro­modny bie­der­me­ie­row­ski sekre­ta­rzyk z drewna żół­to­drzewu i hebanu. Prze­krę­ci­łam klu­czyk i opu­ści­łam blat, odsła­nia­jąc sześć szu­flad z ozdob­nymi heba­no­wymi gał­kami. Pierw­sza mie­ściła kolek­cję wiecz­nych piór, któ­rych sta­lówki dawno nie widziały atra­mentu. Drugą wypeł­niały odręczne notatki na skraw­kach papieru i sta­rych koper­tach. W trze­ciej zna­la­złam stare wło­skie monety w małych szkla­nych sło­ikach, posor­to­wane według wiel­ko­ści. W czwar­tej nożyczki: małe złote i gra­we­ro­wane, które miały przy­po­mi­nać bociani dziób, oraz więk­sze sta­lowe i bar­dziej uży­teczne niż ozdobne. W pią­tej szu­fladzie odkry­łam atra­ment we wszyst­kich kolo­rach tęczy. Aż mnie świerz­biły ręce, żeby wziąć jedno z piór i zacząć pisać. Szó­sta szu­flada nie chciała się otwo­rzyć. Pod­wa­ży­łam ją ostroż­nie, żeby nie znisz­czyć ozdob­nej okle­iny. W środku była owi­nięta w lniane płótno teczka z gru­bej tek­tury z przy­wią­zaną do niej kartką, na któ­rej wid­niał napis: UNIVERSITA DEGLI STUDI DI SIENA.

- Pro­szę, pro­szę - powie­dzia­łam na głos.

Chyba za długo byłam sama, skoro zaczę­łam roz­ma­wiać z przed­mio­tami.

Mię­dzy tek­tu­ro­wymi okład­kami znaj­do­wała się poje­dyn­cza kartka per­ga­minu.

Flo­ren­cja, wrze­sień 1347 roku

Mes­ser Salve­stro de' Medici

Drogi kuzy­nie,

piszę do Cie­bie, ponie­waż nie wiem, do kogo mam się zwró­cić. Mojego małego Iacopa od śmierci jego ojca prze­śla­dują dziwne i nie­po­ko­jące myśli. Nie­słusz­nie nazy­wam go "małym", jako że osią­gnął wiek dwu­dzie­stu ośmiu lat, nie zdol­nam jed­nak myśleć o nim jak o doro­słym. Taki już mat­czyny los. Mam na myśli matki synów - bo sły­sza­łam, że córki wcze­śnie stają się nad wiek doj­rzałe. Zaprawdę, Iacopo zawsze wyda­wał mi się nieco oso­bliwy, nawet gdy był pacho­lę­ciem. Miał takie poważne zapa­try­wa­nia i tak gorąco ich bro­nił. Ni­gdy nie umia­łam go udo­bru­chać, gdy coś go ura­ziło. Jako trzy­la­tek roz­myśl­nie prze­wró­cił kubek mleka, co każ­demu dziecku choć raz się przy­tra­fia. Ja, prze­jęta bez­li­kiem prac, któ­rym musia­łam podo­łać, ode­bra­łam mu kubek i za nic nie chcia­łam mu go oddać, choć pła­kał. Ustą­pi­łam wresz­cie, lecz wtedy on nie chciał go przy­jąć. Całymi mie­sią­cami odma­wiał picia mleka, aż zaczę­łam się mar­twić o jego zdro­wie.

Odkąd ojca jego, a mojego męża spo­tkało wiel­kie nie­szczę­ście - egze­ku­cja, ta praw­dziwa tra­ge­dia dla naszej zna­ko­mi­tej rodziny - Iacopo jest zamknięty w sobie. Nie­ustan­nie duma w samot­no­ści i zapi­suje nie­zli­czone arku­sze swoim drob­nym pismem. Nie wiem, co pisze. Nie wydaje mi się, aby to były listy. Syn mój stroni od towa­rzy­stwa rówie­śni­ków oraz panien z dobrych rodów, które dla niego wybie­ram w nadziei, że zarę­czyny pozwolą mu jaśniej spoj­rzeć w przy­szłość. Jeżeli sądzisz, że możesz mu coś pora­dzić z per­spek­tywy czło­wieka o Two­jej pozy­cji, była­bym ogrom­nie wdzięczna, gdy­byś do niego napi­sał. Może posłu­cha innego męż­czy­zny, gdy nie ma już ojca. Modlę się, by uśmiech powró­cił na obli­cze mego syna i prze­pę­dził cie­nie, które kładą się kamie­niem na sercu nam wszyst­kim.

Życzę Ci suk­ce­sów w inte­re­sach w Wene­cji,

Imma­co­lata Regate de' Medici

Po co Ben trzy­mał w domu ponad­sześć­set­letni list napi­sany przez kobietę z rodu Medi­cich, któ­rej męża stra­cono, a syna tra­piły pro­blemy? Czy miało to jakiś zwią­zek z upad­kiem Sieny? Nie rozu­mia­łam, dla­czego ten list obu­dził we mnie taki nie­po­kój.

Siena, 8 czerwca

Kochany Natha­nielu,

dziś odwie­dzi­łam uni­wer­sy­tet i spo­tka­łam się z biblio­te­ka­rzem, któ­rego mi pole­ci­łeś - Fab­brim. Bar­dzo mi pomógł, ale mam wra­że­nie, że przez cią­głe sie­dze­nie w pół­mroku cierpi na nie­do­bór wita­miny D. Wyja­śni­łam mu, że zbie­ram infor­ma­cje na temat dżumy w Sie­nie. Spo­dzie­wał się mojej wizyty - dzięki, że go uprze­dzi­łeś. Z uprzej­mym ukło­nem (jakże śre­dnio­wiecz­nym!) oznaj­mił, że z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią udo­stępni mi mate­riały, które pozwolą "wyobra­zić sobie potwor­ność tam­tych cza­sów". Chyba trzeba się spo­dzie­wać dzi­wacz­nych reak­cji, kiedy czło­wiek zaj­muje się czarną śmier­cią. Na szczę­ście Ben nie był dzi­wa­kiem. Może mnie tu kie­dyś odwie­dzisz? Tęsk­nię za moim daw­nym życiem. A przy­naj­mniej za Tobą.

Pozdra­wiam Cię gorąco,

Beatrice

Gdy zabra­łam się do stu­dio­wa­nia tek­stów źró­dło­wych, doszłam do wnio­sku, że przyda mi się dia­gram z nazwami miejsc i datami. Wyję­łam czy­stą kartkę i zaczę­łam kre­ślić gra­ficzne przed­sta­wie­nie ścieżki, jaką dżuma prze­szła przez kon­ty­nent euro­pej­ski. But Pół­wy­spu Ape­niń­skiego umie­ści­łam pośrodku. Pochy­lona nad moją sche­ma­tyczną mapką, doda­wa­łam zazna­czone odmien­nymi kolo­rami strzałki skie­ro­wane w różne strony i opa­trzone datami. Uprzejmy Fab­bri od czasu do czasu do mnie zaglą­dał. Może chciał się upew­nić, że nie mażę kolo­ro­wymi mar­ke­rami po sta­rych manu­skryp­tach. Mój wykres przy­po­mi­nał rysu­nek przed­szko­laka, ale był dokład­nie tym, czego potrze­bo­wa­łam. Mam dobrą pamięć, tyle że nie do dat.

Przez kolejne dni ślę­cza­łam nad współ­cze­snymi roz­pra­wami z epi­de­mio­lo­gii ana­li­zu­ją­cymi źró­dła i roz­prze­strze­nia­nie się Yer­si­nia pestis, bak­te­rii odpo­wie­dzial­nej za epi­de­mię. Pozna­łam układ pokar­mowy pchły - nosi­ciela pośred­niego - która prze­nio­sła pałeczki dżumy z cho­rych szczu­rów na ludzi. Prze­czy­ta­łam śre­dnio­wieczne kro­niki opi­su­jące dymie­nice - obrzęk­nięte węzły chłonne pod pachami i w pachwi­nach, które pękały i ropiały. Cho­rzy bro­czyli krwią, a ich stan pogar­szał się tak szybko, że nie­któ­rzy kła­dli się spać bez obja­wów, ale już się nie budzili. Do domu wró­ci­łam z bólem głowy i przez więk­szość nocy prze­wra­ca­łam się z boku na bok, wyobra­ża­jąc sobie, jak pod pachami two­rzą mi się rop­nie. Nie mogłam się docze­kać świtu. O dziwo, jed­no­cze­śnie czu­łam, że jestem bli­żej Bena, bo na pewno nie­raz prze­mie­rzał te same ścieżki przede mną.

Trze­ciego dnia w biblio­tece poczu­łam się jak żyjące pod zie­mią zwie­rzę. Przy­kle­jona do twar­dego drew­nia­nego krze­sła, zawzię­cie robi­łam notatki. Po kilku godzi­nach wsta­łam i rozej­rza­łam się w poszu­ki­wa­niu Fab­briego, lecz ni­gdzie go nie było. Ruszy­łam więc mię­dzy regały pełne ksiąg o wybla­kłych tytu­łach i wkrótce zapu­ści­łam się w nie­znane mi obszary.

Zgro­ma­dzone tutaj wolu­miny wyglą­dały na star­sze i bar­dziej znisz­czone. Ogar­nął mnie nie­wy­tłu­ma­czalny nie­po­kój. Drzwiami tak niskimi, że musia­łam schy­lić w nich głowę, weszłam do nie­wiel­kiego pomiesz­cze­nia bez okien. Dziwne wra­że­nie stało się sil­niej­sze, jak gdyby ktoś mówił coś zbyt cicho, bym mogła go usły­szeć. Regały stały tu tak gęsto, że pra­wie nie dało się mię­dzy nimi przejść, i nie było żad­nego miej­sca do sie­dze­nia. Serce zaczęło mi szyb­ciej bić. To biblio­teka, Beatrice, a nie jakiś nawie­dzony dom, upo­mnia­łam się w myślach. Więk­szość ksiąg nie miała wytło­czo­nych na grzbie­tach tytu­łów. Pod­nio­słam nie­wielki opra­wiony w skórę dia­riusz, z wygła­dzoną przez ludz­kie dło­nie okładką. Zamknę­łam oczy, bo nagle zakrę­ciło mi się w gło­wie. Szybko odło­ży­łam tomik z powro­tem na stół.

Opar­łam dłoń o blat i przy­trzy­ma­łam się go, cze­ka­jąc, aż dziwne uczu­cie minie, ale mia­łam wra­że­nie, że dia­riusz czeka, aż znowu go pod­niosę. Kiedy to zro­bi­łam, w mojej gło­wie zabrzmiał głu­chy dźwięk, niczym echo w tunelu. Jed­no­cze­śnie, nie wia­domo skąd, napły­nęła woń mokrego tynku i farby. Gdy otwo­rzy­łam dzien­nik, wybla­kłe pismo wydało mi się nie­wy­tłu­ma­czal­nie zna­jome. Zaczę­łam czy­tać:

Anno Domini 1343

Gabriele Bel­trano Accorsi

Gabri-e-le. Jako Włoch zaak­cen­to­wałby swoje imię na dru­giej syla­bie od końca.

Moja poczciwa matka, jak powia­dają, żyła duchem, nie cia­łem, i nie była zwią­zana z tą zie­mią. Ostat­nim swoim tchnie­niem prze­nio­sła mnie przez próg tego świata i oddała pod opiekę anio­łom. Wciąż noszę w duszy ślady owej straty.

Usły­sza­łam zna­jomy cichy szum. Moje zmy­sły się wyostrzyły i po chwili ogar­nął mnie żal XIV-wiecz­nego autora pamięt­nika. Nie było to zwy­kłe współ­czu­cie wywo­łane prze­czy­ta­nymi sło­wami. Nie myśla­łam: To straszne, tak jak ja stra­cił matkę zaraz po naro­dzi­nach. Ja niczego sobie nie wyobra­ża­łam, tylko po pro­stu czu­łam ogromny smu­tek czło­wieka, który umarł przed wie­kami. Zamknę­łam dzien­nik, ale nie byłam w sta­nie go odło­żyć. Powoli wró­ci­łam do sto­lika, który oku­po­wa­łam już trzeci dzień, i zaczę­łam pako­wać swoje rze­czy. O mało nie krzyk­nę­łam ze stra­chu, gdy tuż za sobą, po pra­wej stro­nie usły­sza­łam głos. Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam wyprę­żo­nego na bacz­ność Fab­briego. Byłam od niego pra­wie o głowę wyż­sza.

- Dot­to­ressa Tro­vato, czy ten tomik ma jakiś zwią­zek z pro­wa­dzo­nymi przez panią bada­niami?

- Zawiera wiele cen­nych infor­ma­cji, signor - wychry­pia­łam, bo od dawna się nie odzy­wa­łam. - Jest dokład­nie z okresu, który badam. Czy mogła­bym wziąć go do domu?

Fab­bri wydął policzki. Chciał coś powie­dzieć, ale się powstrzy­mał, by po chwili pod­jąć kolejną próbę. Mia­łam nadzieję, że te wewnętrzne zma­ga­nia skoń­czą się dla mnie pomyśl­nie.

- Nie chciał­bym, aby w pani rękach coś się z dia­riu­szem stało.

Uzna­łam, że czas się na kogoś powo­łać.

- Chyba panu jesz­cze nie wspo­mi­na­łam... jestem sio­strą Ben­ja­mina Tro­vato. Kon­ty­nu­uję pro­jekt, nad któ­rym pra­co­wał przed śmier­cią.

Fab­briemu opa­dła szczęka.

- Pani jest z tych Tro­vato? Zatem dosko­nale pani wie, jak należy dbać o manu­skrypty. Jestem pewien, że w tych oko­licz­no­ściach możemy odstą­pić od regu­la­minu. Pro­szę jed­nak, aby zechciała pani zosta­wić jakiś dowód toż­sa­mo­ści.

Uśmiech­nę­łam się do niego pro­mien­nie i wrę­czy­łam mu kartę kre­dy­tową, która nie była mi potrzebna.

- Ogrom­nie dzię­kuję.

Fab­bri pomógł mi zapa­ko­wać dzien­nik i po chwili wyszłam z pod­ziemi na świa­tło dzienne. Przez całą drogę do domu przy­ci­ska­łam nie­wielki tom do piersi.

11 czerwca

Kochany Natha­nielu,

co noc śnią mi się tylko pasy, pasy i pasy. Białe i zie­lone linie fasady kate­dry wdarły się w moje sny. Nie­ustanne ślę­cze­nie nad tek­stami daje mi się chyba we znaki. Pro­jekt Bena stał się moim, i wszystko inne wydaje się przy nim nie­ważne. Tak bar­dzo pochła­nia mnie prze­szłość Sieny, że czuję, jak­bym była tam... a raczej WTEDY. Może jed­nak powin­nam była zostać histo­ry­kiem. Ben miałby nie­małą satys­fak­cję, gdyby mnie teraz zoba­czył.

Ten cały Franco Signo­retti staje się coraz bar­dziej natar­czywy. Zdo­był skądś mój adres i przy­słał list, który z pozoru wydaje się uprzejmy, ale czy­ta­jąc mię­dzy wier­szami, odbie­ram go jako groźbę. Być może jako rywal na polu nauko­wym nie chce, żebym opu­bli­ko­wała to, do czego doko­pał się Ben. I wła­śnie dla­tego zamie­rzam to zro­bić, tylko naj­pierw sama muszę dojść, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Opcja, przy któ­rej obstają praw­nicy, rów­nież mi nie odpo­wiada. Nie chcę prze­ka­zy­wać pro­jektu Bena jakie­muś miej­sco­wemu histo­ry­kowi, który wygląda jak świeżo upie­czony absol­went liceum. Nie zamie­rzam nikomu ustę­po­wać.

Prze­wod­niki mówią o zasty­głej w cza­sie uro­dzie Sieny, nie­zmie­nio­nej od śre­dnio­wie­cza - a wszystko z powodu dżumy. Pomyśl, co by było, gdyby w ciągu zale­d­wie dwóch lat zmarła ponad połowa miesz­kań­ców Nowego Jorku. Na pewno łatwiej dałoby się zare­zer­wo­wać sto­lik w popu­lar­nej restau­ra­cji. Wybacz mi ten maka­bryczny żart. Choć coś w tym jest. Ludzie po okre­sie dżumy odży­wiali się dużo lepiej, bo było ich dwu­krot­nie mniej. Marna to pocie­cha dla kogoś, kto stra­cił połowę sąsia­dów i człon­ków rodziny, wiem, no ale przy­naj­mniej miało to jakąś dobrą stronę.

Przy­pad­kiem natra­fi­łam na inte­re­su­jącą książkę - a wła­ści­wie dia­riusz - z XIV wieku. Czy­ta­jąc go, naprawdę mam wra­że­nie, że prze­szłość ożywa. I jak tu nie lubić mate­ria­łów źró­dło­wych?

Pozdra­wiam Cię,

B

Wresz­cie zro­bi­łam długo odkła­dane pra­nie. Kiedy roz­wie­sza­łam je na wewnętrz­nym dzie­dzińcu, zauwa­ży­łam, że ktoś mi się przy­gląda. Drobna dziew­czynka sie­działa w roz­wi­dle­niu kona­rów jed­nego z drzew poma­rań­czo­wych, patrząc, jak zma­gam się z wia­trem. Nie zna­la­złam w domu żad­nych kla­me­rek i podmu­chy nie­ustan­nie pory­wały mi rze­czy ze sznura. W końcu zawią­za­łam na nim moje biu­sto­no­sze.

- Co robisz ze swoją bie­li­zną? - spy­tała moja obser­wa­torka. - Miesz­kasz tu?

Chwilę trwało, zanim zro­zu­mia­łam jej dzie­cinny wło­ski.

- Na razie miesz­kam - odpar­łam. - To dom mojego brata.

- Benia­mino jest twoim bra­tem? - Dziew­czynka zerwała kwiat poma­rań­czy z gałązki nad głową, wsu­nęła go w zapię­cie bluzki, po czym zgra­mo­liła się z drzewa.

Uzna­łam, że nie powin­nam mówić o śmierci dziecku, które przed chwilą pozna­łam.

- Tak.

- Lubię go. Daje mi bar­dzo ładne pisaki - oznaj­miła, a potem zamil­kła nie­pew­nie. - A ty masz jakieś? - spy­tała w końcu.

- Coś znajdę.

Moja odpo­wiedź chyba ją zado­wo­liła, bo pode­szła do mnie i się przed­sta­wiła:

- Nazy­wam się Felice Guer­rini. Mam pięć lat i dzie­więć mie­sięcy. Przyj­dziesz do nas na lody? Mamy noc­ciola.

Tak oto pozna­łam Guer­ri­nich nad pucha­rem lodów z orze­chami lasko­wymi. Felice z dumą obwie­ściła, że odkryła sio­strę Benia­mina, a jej rodzice cie­pło mnie przy­jęli. Donata, matka małej, wykła­dała histo­rię sztuki na sie­neń­skim uni­wer­sy­te­cie. Z jasnymi wło­sami upię­tymi w nie­dbały kok wyglą­dała jak postać z obrazu Bot­ti­cel­lego, ale zacho­wy­wała się jak zwy­czajna śmier­tel­niczka. Odcią­gnęła mnie na chwilę na bok, żeby się upew­nić, czy wia­do­mość o śmierci Bena jest praw­dziwa. Dal­sze wyja­śnie­nia odło­ży­ły­śmy na póź­niej.

Con­trada, w któ­rej znaj­do­wał się nasz dom, nosiła nazwę Civetta - sowa - i była jedną z sie­dem­na­stu dziel­nic Sieny, jakie zacho­wały się od cza­sów śre­dnio­wie­cza. Donata i jej mąż, Ila­rio, natych­miast nadali mi sta­tus hono­ro­wej oby­wa­telki Sieny, a w zasa­dzie hono­ro­wej Civet­tiny - miesz­kanki naszej dziel­nicy. Oprócz Felice mieli jesz­cze dwóch synów: ośmio­let­niego Gian­niego i sze­ścio­mie­sięcz­nego Seba­stiana. Cała trójka hała­so­wała w odpo­wiedni dla swo­jego wieku spo­sób, co było miłym anti­do­tum na moją dobro­wolną samot­ność ostat­nich dni.

Ofi­cjal­nie zosta­łam wpro­wa­dzona w życie naszej kon­trady nie­cały tydzień póź­niej, gdy Guer­rini zapro­sili mnie na chrzciny Seba­stiana.

Święto Anto­niego z Padwy, patrona Civetty, jest dniem, w któ­rym uro­dzone w ciągu mija­ją­cego roku dzieci z całej dziel­nicy są chrzczone w miej­sco­wym bap­ty­ste­rium. W nie­dzielne połu­dnie wszyst­kie rodziny z nie­mow­lę­tami usta­wiły się w kolejce, także Guer­rini. Seba­stiano był ślicz­nym che­ru­bin­kiem o zło­tych lokach, pulch­nych rącz­kach i nóż­kach z dołecz­kami. Spał jak anio­łek, pod­czas gdy ksiądz prze­ma­wiał pod­nio­śle:

- W imię Świę­tego Anto­niego z Padwy chrzczę cię wodą ze źró­dła, aby w twoim sercu na zawsze zago­ściła miłość do kon­trady, bło­go­sła­wiąc cię wspa­nia­łym dzie­dzic­twem two­ich przod­ków.

Priore zanu­rzył palce w źró­dla­nej wodzie i skro­pił gład­kie czoło Seba­stiana. Oczy­wi­ście maluch natych­miast się obu­dził i zaczął gło­śno pła­kać. Donata z wprawą odsu­nęła połę bluzki i wepchnęła pierś w otwartą buzię nie­mow­lę­cia. Przy­kryty wła­sną jedwabną chu­stą w kolo­rach dziel­nicy - czar­nym, bia­łym i czer­wo­nym - Seba­stiano pojął chyba, że nikt nie porzuca go na szczy­cie góry w ulew­nym desz­czu, aby tam umarł z głodu. Po chwili znowu usnął, ku wyraź­nej uldze swo­ich rodzi­ców i reszty obec­nych.

Następ­nego ranka obu­dzi­łam się o świ­cie. Nie byłam w sta­nie sku­pić się ani na lek­tu­rze, ani pisa­niu, więc ubra­łam się i wyszłam z domu. W bla­dej sza­ro­ści wcze­snego poranka wędro­wa­łam wąskimi ulicz­kami w stronę piazza del Campo. Gdy wyszłam zza rogu via Ban­chi di Sopra, ujrza­łam sznur męż­czyzn pcha­ją­cych taczki z żół­tym pia­chem. Pra­co­wali w nie­mal naboż­nej ciszy, jak gdyby uczest­ni­czyli w świę­cie reli­gij­nym, a nie wyko­ny­wali mało wdzięczne zada­nie. Potem zoba­czy­łam, że krę­tym szla­kiem kie­rują się ku obrze­żom Il Campo, gdzie inni już wysy­py­wali pia­sek - La Terra in Piazza - bo wkrótce miał tam powstać tor dla koni bio­rą­cych udział w wyścigu. Długo przy­glą­da­łam się robot­ni­kom, któ­rych fizyczna praca zyskała tego dnia duchowy wymiar. W końcu poczu­łam głód, więc kupi­łam butelkę wody i sie­neń­ski pier­nik pan­forte. Przy­pró­szone cukrem pudrem cia­sto z baka­liami i orze­chami było tak świeże i pyszne, że zaczę­łam się zasta­na­wiać nad słusz­no­ścią żar­tów o pier­ni­kach. Naja­dłam się tak, że bez trudu mogłam wytrzy­mać do popo­łu­dnia.

Wie­czo­rem sie­neń­czycy zaczęli się scho­dzić na plac, żeby dotknąć pia­sku i oddać cześć temu miej­scu. Tu spo­tka­łam Guer­ri­nich, któ­rzy zapro­sili mnie na kola­cję. Po całym dniu na pan­forte przy­ję­łam ich pro­po­zy­cję z wdzięcz­no­ścią. Razem wró­ci­li­śmy na vicolo del Col­tel­li­naio. Felice i Gianni szli przo­dem, wyśpie­wu­jąc patrio­tyczne pie­śni swo­jej kon­trady i hała­su­jąc przez całą drogę.

W domu Guer­ri­nich posa­dzono mnie na kana­pie ze śpią­cym Seba­stia­nem na kola­nach, a gospo­da­rze zgod­nie ruszyli do kuchni, żeby przy­go­to­wać kola­cję. Pierw­szy raz mia­łam przy­jem­ność tulić śpiące pół­roczne nie­mowlę. Chło­piec pach­niał słodko i pro­mie­nio­wał cie­płem. Jego pierś uno­siła się i opa­dała w spo­koj­nym odde­chu, a na buzi poja­wiał się cza­sem prze­lotny uśmiech. Na moment ode­rwa­łam się od jego bło­giego świata i zoba­czy­łam, że Donata przy­gląda mi się uważ­nie.

- Nie masz bam­bini, Beatrice? - Wymó­wiła moje imię po wło­sku i w tej wer­sji wydało mi się nie­sa­mo­wi­cie roman­tyczne. - Ale widzę, że czu­jesz jego magię.

Uśmiech­nę­łam się. Obec­ność śpią­cego Seba­stiana dawała mi nie­wy­po­wie­dzianą przy­jem­ność.

- Nie mia­łam poję­cia, że one mogą być takie... cudowne.

Donata roze­śmiała się wyro­zu­miale.

- Ciesz się nim, dopóki jest spo­kojny. Ja dokoń­czę risotto - powie­działa, po czym wró­ciła do kuchni.

Patrząc, jak cier­pli­wie mie­sza potrawę, przy­rze­kłam sobie, że zwol­nię tempo. Oczy­wi­ście z nie­mow­lę­ciem, od któ­rego pro­mie­nio­wała hip­no­tycz­nie senna moc, i tak nie mogłam niczego zro­bić szybko. Kiedy sia­da­li­śmy do stołu, Seba­stiano otwo­rzył buzię i obró­cił głowę ku mojej piersi. Ponie­waż nie mia­łam mu nic do zaofe­ro­wa­nia, odda­łam go Dona­cie. Malec przy­ssał się do mamy z eufo­rycz­nym sku­pie­niem i zamknął oczy - uoso­bie­nie bło­go­ści.

I w tym momen­cie znowu dała o sobie znać moja nie­zwy­kła umie­jęt­ność. Nie­spo­dzie­wa­nie otu­liła mnie cisza, a po chwili głosy Ila­ria, Felice i Gian­niego zaczęły docie­rać do mnie jakby z bar­dzo daleka. Zapach par­me­zanu doda­nego do risotta nabrał ostro­ści i poczu­łam cie­pło na lewym przed­ra­mie­niu, na któ­rym wcze­śniej opie­rała się główka Seba­stiana. Potem poja­wiło się wra­że­nie, jakiego ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czy­łam - naj­pierw deli­katne, ale upo­rczywe pocią­ga­nie za sutki, następ­nie nagłe impulsy elek­tryczne w pier­siach bie­gnące ku dołowi i wresz­cie fala gorąca i uczu­cie peł­no­ści. Ogar­nął mnie nad­zwy­czajny spo­kój i zda­łam sobie sprawę, że... kar­mię pier­sią. A wła­ści­wie, że robi to Donata, a ja odczu­wam wszystko to co ona. Zupeł­nie pochła­niał ją ten mały świat, w któ­rym ist­nieli tylko ona i jej synek, więc nawet nie zauwa­żyła, kiedy się zja­wi­łam i kiedy wyco­fa­łam.

Reszta kola­cji prze­bie­gła bez zakłó­ceń, jeśli nie liczyć tego, że Gianni wylał szklankę wody z lodem sio­strze na kolana. Po posiłku Donata i Ila­rio uca­ło­wali mnie gło­śno w oba policzki na poże­gna­nie i wró­ci­łam do domu Bena przez wewnętrzny dzie­dzi­niec. Od razu poszłam do sypialni i się poło­ży­łam, wciąż czu­jąc deli­katne mro­wie­nie, które towa­rzy­szyło wie­czor­nemu posił­kowi Seba­stiana. Długo nie mogłam zasnąć.

Następ­nego ranka ponow­nie się­gnę­łam po dzien­nik Gabrie­lego.

Przy­sze­dłem na świat w roku, w któ­rym Maestę Duc­cia di Buonin­se­gna wielki tłum wier­nych prze­niósł uli­cami mia­sta do Duomo.

Na moment prze­rwa­łam lek­turę, żeby spraw­dzić datę - Maesta została ukoń­czona w 1311 roku.

Ojciec, zdjęty żalem po śmierci matki mojej, zmarł, gdy byłem jesz­cze nie­mow­lę­ciem, i wuj wziął mnie do sie­bie. W czwarte uro­dziny ubła­ga­łem go, żeby mi zro­bił pędzel. Ucię­li­śmy kępkę sier­ści nie­sko­remu kotu i przy­wią­za­li­śmy ją do cien­kiego patyka. Tak oto roz­po­częła się moja kariera mala­rza.

Jako pacholę byłem nie­zno­śny, dopóki nie oddano mnie do ter­minu. Żółt­kiem jaja ude­ko­ro­wa­łem ścianę za krze­słem, a sosem z gula­szu wyry­so­wa­łem na stole obli­cze Madonny. Kiedy wia­dome się stało, że od jedze­nia wolę malo­wa­nie, wuj posłał mnie do pra­cowni Simone Mar­ti­niego. Pod okiem mistrza moje psoty zmie­niły się w naukę. Gdy Simone pozwo­lił mi wresz­cie pra­co­wać u swo­jego boku, wie­dzia­łem, że pro­wa­dzi nie tylko dłoń moją, lecz i duszę.

"Maluj ze Świę­tej Księgi, ale niech duch twój tchnie w pędzel życie", pora­dził szep­tem, kiedy pod­nio­słem rękę, gotów kopio­wać Zwia­sto­wa­nie, które przede mną posta­wił. I w pal­cach nie czu­łem już pędzla, a prze­peł­niała mnie bojaźń Naj­święt­szej Marii Panny zalęk­nio­nej nagłym poja­wie­niem się aniel­skiego gościa. Wzią­łem sobie słowa Maestra do serca.

Siena, 28 czerwca

Kochany Natha­nielu,

wybacz, że tak długo nie odpi­sy­wa­łam. Sta­ram się dokoń­czyć to, co zaczął Ben, żeby ten waze­li­niarz Signo­retti nie dotarł do celu pierw­szy - czym­kol­wiek ów "cel" jest. Wciąż nie wiem, czego szu­kał Ben, ale nie zamie­rzam się pod­dać. Robię to dla mojego brata, skoro sam nie może dopro­wa­dzić pro­jektu do końca. W tym celu pró­buję przed­sta­wić na wykre­sie, co działo się w Sie­nie w okre­sie dżumy. Liczę, że tra­fię na ślad tego, co odkrył Ben, zamiast myśleć o powro­cie do Nowego Jorku i ope­ro­wa­niu tęt­nia­ków. Jesz­cze niczego nie zna­la­złam, ale skoro Benowi się udało, musi to gdzieś być.

Pod­czas gdy Ty opie­ku­jesz się moim miesz­ka­niem (wiel­kie dzięki), ja miło spę­dzam czas w XIV stu­le­ciu z cza­ru­ją­cym mala­rzem fre­sków. Takie zauro­cze­nie niczym nie grozi, bo jego obiekt nie żyje od ponad sze­ściu­set lat.

Mam wra­że­nie, że chi­rurg we mnie na razie został uśpiony. Nie wspo­mi­naj o tym mojemu sze­fowi, bo po powro­cie chcia­ła­bym mieć pracę... choć nie jestem pewna, kiedy to będzie. Z kolei odzywa się we mnie długo mil­cząca badaczka dzie­jów. W tej roli pierw­sze kroki sta­wia­łam dwa­dzie­ścia lat temu w gabi­ne­cie mojego brata.

Przy­wieźć Ci ze Sieny jakąś pamiątkę? Może coś do two­jego anty­kwa­riatu?

Pozdra­wiam Cię,

B

Nie napi­sa­łam mu, co mi cho­dzi po gło­wie. Nie przy­zna­łam się, że żyję w jed­na­ko­wym stop­niu na kar­tach dzien­nika i w ota­cza­ją­cej mnie rze­czy­wi­sto­ści. Nie wyja­wi­łam drę­czą­cej mnie obawy, że moją nie­zwy­kłą empa­tię, tak poży­teczną w pracy leka­rza, roz­bu­dzają teraz słowa czło­wieka, który od wie­ków nie żyje. Zda­rzało mi się już zatra­cić w jakiejś książce, ale tym razem było ina­czej. Nie mia­łam nad tym kon­troli. Chyba prze­czu­wa­łam, jaką obiet­nicę nie­sie takie pogrą­że­nie się w lek­tu­rze - obiet­nicę, ale i nie­bez­pie­czeń­stwo. Tyle że to mnie nie mogło powstrzy­mać przed dal­szym czy­ta­niem.

Dwa dni póź­niej zna­la­złam pod drzwiami wia­do­mość od Donaty. Pro­po­no­wała wspólną kawę. Z cie­płym wzru­sze­niem czy­ta­łam oso­bi­ste zapro­sze­nie od mojej pierw­szej sie­neń­skiej przy­ja­ciółki. Umó­wi­ły­śmy się następ­nego dnia przy Fonte Gaia, skąd mia­ły­śmy pójść do jej ulu­bio­nej kafejki. Zanim wyszłam na plac, scho­wa­łam liścik do port­fela.

Naza­jutrz Donata zja­wiła się w sukience z natu­ral­nego lnu. Wyglą­dała ide­al­nie, nie wkła­da­jąc w to żad­nego wysiłku. Podej­rze­wa­łam, że pre­zen­tuje się rów­nie ele­gancko nawet pod­czas snu.

- Dla nas woda jest czymś oczy­wi­stym - powie­działa, sia­da­jąc obok mnie na kra­wę­dzi kamien­nego murku, który oka­lał lustrzaną sadzawkę. - Tym­cza­sem śre­dnio­wieczna Siena cier­piała na jej nie­do­sta­tek. Dostęp do wody odmie­nił życie miesz­kań­ców com­mune. Osiem lat trwała budowa akwe­duktu, a rok po nim, w 1343, zakoń­czono prace nad fon­tanną.

W sło­wie com­mune wymó­wiła trzy sylaby: ko-mu-ne. Pierw­szy raz usły­sza­łam je w tej wer­sji. Wcze­śniej mia­łam w gło­wie zupeł­nie inne jego brzmie­nie, bar­dziej ame­ry­kań­skie, ponie­waż koja­rzyło mi się z komu­nami hipi­sow­skimi z lat sześć­dzie­sią­tych.

- Nikt nie wie dokład­nie, jak wyglą­dała na początku - przy­znała Donata. - To jedna z zaga­dek, które nam, histo­ry­kom sztuki, nie dają spo­koju.

Gdy ruszy­ły­śmy w kie­runku kafejki, jesz­cze raz obej­rza­łam się na poły­sku­jącą w słońcu sadzawkę Fonte. Cie­kawa byłam, jak wyglą­dała w cza­sach, w któ­rych żył mój malarz.

W kawiarni zamó­wi­ły­śmy dwa espresso i patrzy­łam, jak Donata pije swoje małymi łykami.

Ona pierw­sza prze­rwała mil­cze­nie.

- Jak dajesz sobie radę?

- Jakoś się trzy­mam, bo mogę kon­ty­nu­ować pracę Bena. Dzięki temu mam wra­że­nie, że mi towa­rzy­szy... jak gdyby był we mnie i oce­niał, jak mi idzie. Zupeł­nie tak jak daw­niej.

Odwró­ci­łam wzrok. Na szczę­ście Donata tak­tow­nie zmie­niła temat.

- Zawsze podo­bało mi się imię Beatrice. Wiesz, dla­czego rodzice ci je dali?

- Ojca nie znam, a moja matka zmarła przy poro­dzie. Imię wybrał dla mnie Ben. Czy­tał Dan­tego w szpi­tal­nej pocze­kalni.

- Dobrze wybrał.

Długą chwilę mil­cza­łam, pogrą­żona w myślach.

- Byłaś już w naszym ospe­dale, Beatrice? - spy­tała Donata.

- Nie. A powin­nam? - Mój głos zabrzmiał mało entu­zja­stycz­nie. - Nie chcę na urlo­pie myśleć o medy­cy­nie. - Naprawdę nie zamie­rza­łam odpo­wie­dzieć z taką nie­chę­cią.

- Mam na myśli Ospe­dale Santa Maria della Scala naprze­ciwko Duomo. Od wie­ków nie mie­ści się tam żaden szpi­tal. - Jej uprzejme spro­sto­wa­nie spra­wiło, że się zaru­mie­ni­łam.

- Wybacz. Myśl o odwie­dzi­nach w zwy­kłym sie­neń­skim szpi­talu wydaje mi się rów­nie atrak­cyjna jak ampu­to­wa­nie wła­snej nogi.

Donata par­sk­nęła w cha­rak­te­ry­styczny dla Wło­chów spo­sób.

- Nie gnie­waj się na mnie za moje ame­ry­kań­skie maniery. Czy mimo to zechcesz się ze mną przy­jaź­nić?

- Oczy­wi­ście - odparła Donata. - Twoje ame­ry­kań­skie maniery bar­dzo mi odpo­wia­dają. Uprzej­mość bywa męcząca.

Spa­ce­rem poszły­śmy na piazza del Duomo, przy któ­rym po prze­ciw­nych stro­nach wzno­siły się kate­dra i Ospe­dale. Donata przy­sta­nęła przed wej­ściem do tej dru­giej budowli.

- Fasada Ospe­dale jest kolejną zagadką dla histo­ry­ków sztuki.

- Nie ma na niej żad­nych malo­wi­deł.

- Wła­śnie. Uważa się, że daw­niej zdo­biło ją pięć fre­sków przed­sta­wia­ją­cych żywot Naj­święt­szej Marii Panny. Nie wia­domo jed­nak, kto był ich auto­rem. Praw­do­po­dob­nie współ­pra­co­wali przy nich naj­wspa­nialsi mala­rze Sieny: Pie­tro i Ambro­gio Loren­zetti, twórcy cyklu w Sala della Pace w Palazzo Pub­blico, oraz Simone Mar­tini.

Mar­tini, mistrz Gabrie­lego. Donata zauwa­żyła mój gwał­towny wdech, ale myl­nie odczy­tała moją reak­cję.

- Ow­szem, to wyjąt­kowe grono arty­stów. Ani wcze­śniej, ani póź­niej taka współ­praca się nie zda­rzyła. Simone wyje­chał ze Sieny do Awi­nionu około 1336 roku i już tu nie wró­cił. Nato­miast obaj Loren­zetti zmarli w pierw­szym roku dżumy. Cztery sceny - naro­dziny Naj­święt­szej Marii Panny, ofia­ro­wa­nie, zaślu­biny i powrót Marii do domu rodzi­ców - praw­do­po­dob­nie nama­lo­wali Loren­zetti i Mar­tini. Ich dzieła jed­nak nie prze­trwały.

- Mówi­łaś, że było pięć fre­sków.

- Piąty sta­nowi jesz­cze więk­szą tajem­nicę. Nie­wy­klu­czone, że powstał póź­niej od pozo­sta­łych, i nie wia­domo, kto był jego auto­rem. Cztery pierw­sze nama­lo­wano nad łukami wejść. Piąty praw­do­po­dob­nie znaj­do­wał się pośrodku.

- A co przed­sta­wiał?

- Wnie­bo­wzię­cie - scenę, w któ­rej Maria wstę­puje do nieba.

Mia­łam za sobą lata nauki w kato­lic­kiej szkole, ale wcze­śniej nie ana­li­zo­wa­łam tej histo­rii z punktu widze­nia jej boha­terki.

- Wyobra­żasz sobie sytu­ację, w któ­rej nagle zja­wia się przed tobą anioł i oznaj­mia, że wydasz na świat syna Boga, jego prze­po­wied­nia się speł­nia, ale póź­niej tego syna odbiera ci banda sza­leń­ców? Chy­ba­bym tego nie znio­sła, nawet mając w per­spek­ty­wie wzię­cie do nieba.

Donata bawiła się kora­lami. Oba­wia­łam się, że ura­ziła ją moja skró­cona wer­sja życia Marii.

- Widzę, że już ci się udzie­liła atmos­fera Sieny - stwier­dziła. - Dla nas, sie­neń­czy­ków, Santa Maria jest szcze­gól­nie ważna. Od wie­ków nad nami czuwa. Śre­dnio­wiecz­nej Sie­nie była ona jesz­cze bliż­sza niż dzi­siej­szej. Wie­czo­rem zamy­kano bramy i Maria okry­wała płasz­czem miesz­kań­ców mia­sta, a księża nocą odma­wiali ofi­cjum, aby chro­nić ludzi przed fizycz­nymi i ducho­wymi nie­bez­pie­czeń­stwami.

- Odkąd tu przy­je­cha­łam, zasta­na­wiam się, jak bym się czuła jako histo­ryk, a nie lekarz.

Donata przyj­rzała mi się uważ­nie.

- A jak to jest być neu­ro­chi­rur­giem?

- Nie wiem, czy można to porów­nać z posia­da­niem dzieci. Na pewno przez cały czas musisz być w peł­nej goto­wo­ści, a twoje decy­zje mają ogromne kon­se­kwen­cje. Tyle że ja mogę wziąć w pracy urlop.

Donata roze­śmiała się gło­śno. Wła­śnie weszły­śmy do pel­le­gri­naio - sali piel­grzy­mów, któ­rej ściany pokryte były fre­skami. Daw­niej odpo­czy­wali w niej cho­rzy i zmę­czeni podróżni, któ­rych Ospe­dale przyj­mo­wało pod swój dach. Teraz mie­ściło się tutaj muzeum.

- Tęsk­nisz za życiem chi­rurga? - spy­tała mnie.

Długo nie odpo­wia­da­łam. Myśla­łam o zaska­ku­ją­cej przy­jem­no­ści, którą czu­łam, będąc świad­kiem oży­wa­ją­cej na moich oczach prze­szło­ści. Szpi­talny blok ope­ra­cyjny wyda­wał się teraz bar­dzo odle­gły.

- Nie, jesz­cze nie tęsk­nię.

- Twoja pasja chi­rurga w końcu da o sobie znać. - Donata się uśmiech­nęła. - Potrze­bu­jesz tylko odpo­czynku.

Ski­nę­łam głową, choć nie byłam tego taka pewna.

Następ­nego dnia uda­łam się do biblio­teki z zamia­rem wypy­ta­nia Fab­briego o Medi­cich, któ­rych stra­cono w XIV wieku, ale nie mia­łam oka­zji tego zro­bić. Fab­bri przy­wi­tał mnie z mar­sową miną.

- Zja­wił się tu signor Signo­retti. Pytał o panią. W nie­zbyt uprzej­mych sło­wach dał mi do zro­zu­mie­nia, że zamie­rza cze­kać. Nie tego się spo­dzie­wa­łem po czło­wieku o jego pozy­cji.

- Gdzie jest?

Rozej­rza­łam się ner­wowo. W tym momen­cie nie­sławny Signo­retti wszedł do czy­telni. Miał czarne włosy, które zacze­sy­wał gładko do tyłu, odsła­nia­jąc wyso­kie czoło. Jasny letni gar­ni­tur leżał na nim aż zbyt ide­al­nie.

- Signora Tro­vato.

- Dot­to­ressa - spro­sto­wa­łam.

- Ależ oczy­wi­ście. Tyle że zaj­muje się pani medy­cyną, a nie histo­rią, tak jak pani zmarły brat. Pro­szę przy­jąć kon­do­len­cje. Wszyst­kich, któ­rzy go znali, zasmu­ciła ta strata.

- Dzię­kuję za wyrazy współ­czu­cia - powie­dzia­łam, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad iry­ta­cją.

- Nie odpo­wie­działa pani na żadną z moich wia­do­mo­ści.

- Doce­niam pań­ską uprzejmą pro­po­zy­cję współ­pracy, ale nie potrze­buję pomocy. A teraz pro­szę mi wyba­czyć, my, dok­to­rzy, jeste­śmy zawsze bar­dzo zajęci.

Nie potrze­bo­wa­łam żad­nych szcze­gól­nych zdol­no­ści, żeby wyczuć złość Signo­ret­tiego, gdy Fab­bri w moim imie­niu gor­li­wie odpro­wa­dzał go do drzwi.

Resztę poranka spę­dzi­łam na prze­glą­da­niu mate­ria­łów o Medi­cich. Zbiór był skromny, co mnie nie dzi­wiło, ponie­waż znaj­do­wa­li­śmy się w Sie­nie, a nie we Flo­ren­cji. Więk­szość doku­men­tów pocho­dziła z XVI wieku - okresu znacz­nie póź­niej­szego niż ten, który mnie inte­re­so­wał. Gdy wycho­dzi­łam z biblio­teki, pękł pasek mojej torby i cała jej zawar­tość wysy­pała się na pod­łogę.

Zaklę­łam twór­czo i pochy­li­łam się, żeby wszystko zebrać. Kiedy się wypro­sto­wa­łam z narę­czem ksią­żek, przede mną wyrósł Fab­bri.

- Może zechcia­łaby pani zosta­wić rze­czy tutaj i ode­brać je jutro, a przy oka­zji zwró­cić dia­riusz Accor­siego?

- Dzię­kuję, chęt­nie sko­rzy­stam z pana pro­po­zy­cji.

Port­fel i klu­cze scho­wa­łam do kie­szeni, a resztę zosta­wi­łam w prze­gródce Bena. Celowo nie zare­ago­wa­łam na wzmiankę o dia­riu­szu. Torbę wzię­łam pod pachę i ruszy­łam do domu.

Po dro­dze mia­łam wra­że­nie, że ktoś mnie śle­dzi. Ostat­nio nie­ustan­nie towa­rzy­szyło mi prze­świad­cze­nie, że jakiś inny świat czai się na gra­nicy tego, który widzę wkoło, że prze­szłość prze­są­cza się do teraź­niej­szo­ści. Tym razem odczu­cie było inne.

Wstą­pi­łam do baru, któ­rego cie­płe bursz­ty­nowe świa­tło zale­wało chod­nik. Wypiw­szy lampkę wina, poczu­łam, że jestem gotowa znowu wyjść na ulicę. Na zewnątrz nie­przy­jemne wra­że­nie wró­ciło. Kiedy skrę­ci­łam w pustą via Cecco Angio­lieri, usły­sza­łam za sobą szyb­sze kroki. Nagle ktoś pchnął mnie z boku i prze­wró­cił na chod­nik. Po chwili zorien­to­wa­łam się, że nie mam torby. Zni­kła razem z napast­ni­kiem, który umknął w mrok. Pode­rwa­łam się z ziemi z roz­ko­ła­ta­nym ser­cem. Długo sta­łam na rogu ulic, dygo­cząc.

Zło­dziej poła­sił się na torbę, która była nie tylko porwana, ale rów­nież pusta. Skry­cie liczy­łam, że to Signo­retti, bo mia­ła­bym satys­fak­cję, że nic nie wskó­rał, ale świa­do­mość, że nie zawa­hałby się użyć prze­mocy, żeby zdo­być to, na czym mu zale­żało, budziła we mnie nie­po­kój. Co takiego wie­dział Ben? Dla jakich infor­ma­cji, które teraz posia­da­łam ja, warto było aż tak ryzy­ko­wać? Po co ktoś miałby to robić? W domu zamknę­łam drzwi na zasuwę i dwu­krot­nie prze­krę­ci­łam klucz w zamku. Potem poszłam do gabi­netu Bena i dokład­nie spraw­dzi­łam szu­flady biurka, upew­nia­jąc się, czy wszystko jest na miej­scu. Teczka i dzien­nik Gabrie­lego były tam, gdzie je zosta­wi­łam. Scho­wa­łam je do znisz­czo­nego skó­rza­nego ple­caka, który zna­la­złam na dnie szafy Bena, i na wszelki wypa­dek ukry­łam go w koszu na pra­nie pod górą brud­nych ubrań. Wie­dzia­łam, że muszę odnieść dia­riusz do biblio­teki, ale jesz­cze nie potra­fi­łam się z nim roz­stać.

Następ­nego dnia zmar­no­wa­łam całe godziny na for­mal­no­ści na komi­sa­ria­cie. Byłam pewna, że moje zgło­sze­nie i tak trafi do szafy sier­żanta. Gdy wresz­cie stam­tąd wyszłam, posta­no­wi­łam zwie­dzić któ­rąś z atrak­cji tury­stycz­nych, żeby prze­stać myśleć o doświad­cze­niu z toskań­skimi orga­nami ści­ga­nia. Byłam w Sie­nie od mie­siąca, a nie zwie­dzi­łam jesz­cze żad­nego z miejsc pole­ca­nych w prze­wod­ni­kach, które dosta­łam od Natha­niela.

Zaczę­łam od naj­wyż­szego zabytku w oko­licy: Torre del Man­gia - dzwon­nicy przy Palazzo Pub­blico. Pła­cąc za bilet, zasta­na­wia­łam się, dla­czego tyle kosz­tuje poko­na­nie kil­ku­set stopni. Być może póź­niej mia­łam żało­wać mojej decy­zji, ale sły­sza­łam, że z góry roz­ta­cza się wspa­niały widok. Wej­ście do wieży znaj­do­wało się w naroż­niku wewnętrz­nego dzie­dzińca Palazzo Pub­blico. Przy nim umiesz­czono opi­sowe tablice oraz nie­wiel­kie świa­tło, które zmie­niało kolor w zagad­ko­wych odstę­pach czasu. Jeśli świe­ciło na czer­wono - nale­żało cze­kać, gdy na zie­lono - można było wejść na górę. A przy­naj­mniej spró­bo­wać.

Na moim bile­cie wid­niała godzina 9.30. Straż­nik służ­bi­sta o kamien­nym wyra­zie twa­rzy przy wej­ściu skru­pu­lat­nie liczył prze­ję­tych tury­stów (dwa­dzie­ścia pięć osób i basta), wcho­dzą­cych do środka za każ­dym razem, gdy poja­wiało się zie­lone świa­tło. Obo­wiąz­kowo spraw­dzano też wszyst­kie torby. Kiedy zaczę­łam wspi­naczkę, zro­zu­mia­łam, dla­czego prze­pisy są tak surowe. Jedyne schody pro­wa­dzą na wyso­kość 102 metrów, zwę­ża­jąc się stop­niowo, tak że nie ma miej­sca, aby zawró­cić bądź kogoś wymi­nąć. Mia­łam wra­że­nie, że ta kan­cia­sta spi­rala stopni ni­gdy się nie skoń­czy, a wąskie szcze­liny okien wpusz­czały do środka nie­wiele świe­żego powie­trza i nie było przez nie nic widać. Potem kamienne schody ustą­piły miej­sca cią­gom chwiej­nych i stro­mych drew­nia­nych, poprze­dzie­la­nych pode­stami, które im wyż­sze, tym bar­dziej mnie prze­ra­żały. Każdy wyda­wał się dobrą oka­zją, aby zmie­nić zda­nie i zawró­cić... albo spaść i się zabić. Do stra­chu doszło zmę­cze­nie nóg, a potem ból. Na górze musia­łam pła­sko przy­wrzeć do ściany i prze­pu­ścić scho­dzą­cych tury­stów. W końcu jed­nak dotar­łam na sam szczyt, z któ­rego roz­ta­czał się widok na campo z czer­wo­nej cegły - strasz­nie daleko w dole - oto­czone morzem dachów. Dalej widzia­łam miej­skie mury i zie­leń con­tado poza gra­ni­cami mia­sta. Zej­ście oka­zało się jesz­cze trud­niej­sze. Nie wyma­gało wysiłku, ale towa­rzy­szył mu więk­szy strach przed upad­kiem. Nie mia­łam ochoty na szybką powtórkę tego doświad­cze­nia.

Siena, 30 czerwca

Droga Lin­ney,

dzię­kuję Ci za list. Z przy­jem­no­ścią ujrza­łam Twoje pismo, znane mi jedy­nie z kart pacjen­tów. Wygląda na to, że spę­dzę tu cały trzy­mie­sięczny urlop. Może to i lepiej, że robię sobie prze­rwę od ope­ro­wa­nia. Kiedy zwy­kła tachy­kar­dia wytrąca czło­wieka z rów­no­wagi, czas odpo­cząć. Zdra­dzę Ci tajem­nicę - pra­cuję nad książką. Powsta­nie w opar­ciu o notatki Bena. Wpraw­dzie nie jestem naj­więk­szą znaw­czy­nią dzie­dziny, ale nie pozwolę, żeby ktoś inny mnie w tym zastą­pił. Na razie nikomu nie mów. Neu­ro­chi­rur­dzy raczej nie powinni marzyć o ilu­stro­wa­nych manu­skryp­tach i bez końca podzi­wiać śre­dnio­wiecz­nych fre­sków. Przy­naj­mniej nie jaw­nie.

Pozdra­wiam Cię,

B

1 lipca, w przed­dzień Palio, odby­wała się bie­siada uliczna. Wie­czo­rem zbie­głam po scho­dach, żeby dołą­czyć do Guer­ri­nich. Z poważ­nymi minami oto­czyli mnie na chod­niku przed domem.

- Mamy dla cie­bie pre­zent - zako­mu­ni­ko­wała Donata i lekko popchnęła Felice przed sie­bie.

Dziew­czynka podała mi nie­zdar­nie zawi­nięty poda­ru­nek. Widać było, że sama go pako­wała. To, co krył, prze­biło nawet z taką pie­czo­ło­wi­to­ścią zawi­nięty papier. Dosta­łam moją wła­sną chu­stę w bar­wach Civetty. Pochy­li­łam się, żeby Felice mogła mi ją zało­żyć na szyję. Na policzku poczu­łam cie­pły oddech dziecka, a na ramio­nach dotyk śli­skiego jedwa­biu. Mocno przy­tu­li­łam Felice.

- Jest wspa­niała.

- Witaj w rodzi­nie, Civet­tina. - Donata poca­ło­wała mnie w oba policzki i ruszy­li­śmy na bie­siadę ulicz­kami, któ­rych dosię­gnął już zmierzch.

Felice koniecz­nie chciała trzy­mać mnie za rękę, więc dopa­so­wa­łam do niej krok. Przed nami szli pozo­stali człon­ko­wie jej rodziny. Pło­nące pochod­nie i lam­piony rzu­cały na ściany budyn­ków złoty blask, a na wszyst­kich pla­cach stały stoły przy­kryte bia­łymi obru­sami. Felice, zwy­kle żywio­łowa i skora do żar­tów, pra­wie się nie odzy­wała. Ści­ska­jąc jej dłoń, czu­łam, jaka jest spięta.

- W zeszłym roku papa pła­kał po Palio - oznaj­miła ni z tego, ni z owego. - Na naszą Civettę mówią "La Nonna", bo od dawna nie wygra­li­śmy. - Zmarsz­czyła czoło, wyraź­nie nie­za­do­wo­lona z tego, że jej dziel­nicę prze­zy­wano "bab­cią". - Mamma mówi, że papa pła­kał, bo bolała go głowa. - Przez chwilę mil­czała, patrząc na swoje stopy w san­dał­kach, wyraź­nie widoczne na tle ciem­nego bruku. - Mi też było smutno, ale nie pła­kałam, żeby nie zasmu­cić go jesz­cze bar­dziej - przy­znała w końcu roz­sąd­nie i puściła moją dłoń. - Chioc­ciole... andiamo! - zawo­łała i popę­dziła naprzód.

Dwa war­ko­czyki odbi­jały się od jej ple­ców, gdy bie­gła. Cie­szyła się, że może dołą­czyć do dzieci z kon­trady, któ­rej sym­bo­lem jest śli­mak. Bie­siada trwała do późna. Sie­dząc przy sto­łach roz­sta­wio­nych wzdłuż zło­tych od bla­sku świec ulic, zaja­da­li­śmy się mię­sem dzika mary­no­wa­nym w słodko-kwa­śnej zale­wie. Gdy dzieci się czymś zajęły, Ila­rio i Donata przy­tu­lili się do sie­bie. Widząc ich razem, wyjąt­kowo dotkli­wie odczu­łam, jak nie­usta­jąco samotne jest moje życie.

Tydzień przed wyjaz­dem z Nowego Jorku wybra­łam się z Natha­nie­lem do baru tapas, gdzie ser­wo­wano wyjąt­kowo pyszną szynkę ser­rano i jesz­cze pysz­niej­szą sherry. Pod­czas roz­mowy wypły­nął temat mojego usta­wicz­nego braku part­nera.

- Dla­czego sądzisz, że ni­gdy nie byłam zako­chana?

Natha­niel zare­ago­wał na moje pyta­nie wyro­zu­mia­łym uśmie­chem. Zawsze byłam cie­kawa jego wni­kli­wych spo­strze­żeń, choć nie­raz wywo­ły­wały mój dys­kom­fort.

- Naprawdę chcesz usły­szeć, co myślę? - upew­nił się. - Czy wolisz spo­koj­nie roz­ko­szo­wać się sherry?

Prze­łknę­łam ostatni łyk man­za­nilli, dzięki któ­rej w ogóle byłam skłonna poru­szyć ten temat.

- Jestem gotowa.

Natha­niel zaczerp­nął tchu.

- Po pierw­sze: upie­rasz się, że chcesz mniej pra­co­wać, ale na zapew­nie­niach się koń­czy. Po dru­gie: przed nikim się nie otwie­rasz. Po trze­cie: podej­rze­wam, że tak jest, ponie­waż nie chcesz, żeby ktoś poznał cię lepiej. Po czwarte: czę­sto innych onie­śmie­lasz.

Otwo­rzy­łam usta, żeby zapro­te­sto­wać - zupeł­nie ina­czej sie­bie postrze­gam - ale Natha­niel pod­niósł rękę, nie dopusz­cza­jąc mnie do głosu.

- Po piąte: naj­le­piej byłoby, gdy­byś zna­la­zła kogoś rów­nie sil­nego jak ty, a to trudna sprawa.

- Hm... - Poczu­łam lek­kie mdło­ści. - To co mam zro­bić?

- Teraz? Naj­le­piej będzie, jeśli pój­dziesz do domu i poło­żysz się spać, ponie­waż, jak powia­do­mi­łaś mnie przed kola­cją, jutro czeka cię dekom­pre­sja rdze­nia krę­go­wego.

Przy­tak­nę­łam, bo rze­czy­wi­ście tak było. Natha­niel wziął mnie za rękę i wypro­wa­dził z baru. Chyba nie powin­nam była o nic pytać.

Następny wpis w dzien­niku Gabrie­lego był krótki i nie­po­ko­jący.

Dzień prze­si­le­nia zimo­wego, 1344

Moja mała Paola jest brze­mienna. Aku­szerka mówi, że jej czas przyj­dzie już wkrótce. Dostrze­gam bijący z niej blask, jak gdyby nosiła w sobie jasne słońce, które ogrzeje i oświeci nasze nowe życie. Cza­sem jed­nak ów blask zdaje mi się zimny, niczym blada poświata księ­życa ukry­tego za chmu­rami, nie­ziem­ska i nie­po­ko­jąca. Nie wspo­mnia­łem o tym na spo­wie­dzi w kościele naszej para­fii, wola­łem pomo­dlić się sam. Nie­cier­pli­wie wycze­kuję dnia, kiedy będę mógł utu­lić moje dzie­ciątko i zapo­mnieć o wizjach.

Prze­kart­ko­wa­łam dzien­nik, szu­ka­jąc wpisu obwiesz­cza­ją­cego naro­dziny dziecka, ale nic nie zna­la­złam. Nie było też dal­szych wzmia­nek o Paoli.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki