WSTĘP
Wstęp
Oglądanie filmu w towarzystwie historyka może okazać się istnym
koszmarem. Doświadczyli tego moi krewni. Pewnego dnia zasiedliśmy do
serialu, tytuł litościwie pomińmy, którego akcja rozgrywała się w XIII-wiecznej Francji podczas konfliktu z Anglią. Jednymi z głównych
bohaterów byli Filip August i Ryszard Lwie Serce. Bzdur było w nim co
niemiara. Średniowieczne elity poubierane w kaftany, chitony i szlafroki
jakby wydobyte z dna szaf krawców szyjących stroje do Gwiezdnych
wojen. Tron francuskiego monarchy pasował bardziej do Opowieści z Narnii, a scenograf nawet nie starał się ukryć czy zamaskować
renesansowych fasad zamku. Współcześnie brzmiące dialogi bardziej
przypominały negocjacje bankierów niż rozmowy wielkich feudałów.
Zrazu burknąłem tylko coś pod nosem z dezaprobatą, ale wraz z nagromadzeniem filmowych lapsusów zacząłem je wytykać tonem kibica
niezadowolonego z ustawienia jedenastki, jakie wymyślił sobie trener.
Serial nie wymagał wielkiego skupienia, toteż przy każdej mojej uwadze
osłupiali krewni szeptali: O rany!, Jezu!, Jakie zboczenie
zawodowe!, w końcu puentując: Przecież to tylko film!!!
Problem w tym, że mówimy o prawdziwym Filipie Auguście i prawdziwej
Francji, a nie zmyślonym Conanie i Aquilonii. Wpadki, lapsusy,
półprawdy, czasem kłamstwa to nie "tylko film". Dla większości
populacji od Los Angeles po Władywostok kino pozostaje jedynym źródłem
wiedzy na temat przeszłości. Weźmy najbardziej jaskrawy przykład z podwórka naszego wschodniego sąsiada. Film Rok 1612 widział chyba
każdy rosyjski uczeń. Czy ktoś mu wyjaśnił, jak bardzo, delikatnie
mówiąc, mija się z prawdą w sportretowaniu Żółkiewskiego, husarii czy
samej Rosji? A uczniowie amerykańscy? Wielu z nich podziwiało Patriotę
z Melem Gibsonem. Z kina wyszli przekonani o tym, iż w 1776 roku
przeciwko Brytyjczykom stanął cały naród, a tylko nieliczni zdrajcy
przystali do okrutnych okupantów w czerwonych kubrakach.
Ta książka jest przeglądem wszelakich reżyserskich przewin w słynnych
filmach historycznych - i nie chodzi tu tylko o źle dobrane ciżmy, trony
czy gzymsy na oknach, lecz sprawy dużo poważniejsze, których wpływ na
całe społeczeństwa jest olbrzymi. Oto przykłady kłopotów wygenerowanych
przez kino.
Allan Massie, szkocki historyk, przestrzegał przed skutkami, jakie
wywoła film Braveheart: Źle opowiedziana historia potencjalnie
niesie wiele niebezpieczeństw. Braveheart może przyczynić się do
wzrostu anglofobii, która dla wielu Szkotów stanowi sens istnienia
naszego kraju. Kasandryczne wizje historyka częściowo się spełniły.
Przed kinami w Edynburgu pojawiali się aktywiści partii narodowej,
skandując hasła nawołujące widzów do głosowania za odłączeniem się od
Wielkiej Brytanii. Alex Salmond, ówczesny lider narodowców, grzmiał:
William Wallace był orędownikiem niepodległości Szkocji. Chciałbym być
w jego szeregach pod Stirling Bridge. Ciekawe, czy Salmond chciałby
również łupić i mordować? Czy wiedział, że "prawo pierwszej nocy", które
miało według Mela Gibsona wzbudzić gniew Szkotów i popchnąć ich do
powstania, to bzdura?
Mit Robin Hooda, który był powielany w dziesiątkach filmów i seriali,
znalazł swoją odsłonę w czasie debaty politycznej w USA pomiędzy
republikaninem Tedem Cruzem a demokratą Berniem Sandersem. Demokrata
oskarżał prawicę o to, że jej polityka podatkowa to "Robin Hood na
odwrót". Republikanin kontratakował w duchu przesłania filmu z Russelem
Crowe'em z 2010 roku: To wy jesteście królem Janem i szeryfem z Nottingham! A przecież Robin Hood mówił wyraźnie: Poborcy podatkowi!
Przestańcie w końcu łupić ciężko harujących ludzi! I przestańcie
obdzielać tymi pieniędzmi swoich kolesiów! To wszak nie bogacze są
głównym winnym w filmie Scotta, ale skorumpowana i podatna na obce
wpływy władza. Tymczasem zarówno Robin komunista, jak i Robin
libertarianin nie mają nic wspólnego z pierwotną wersją legendy.
Przychodzi mi tu na myśl także słynna fraza "mroki średniowiecza". Nie
sposób wymienić wszystkich polityków, którzy przy byle okazji, chcąc
ośmieszyć lub zdyskredytować przeciwników, odwołują się do spuścizny
"epoki ciemnoty". Zapisywałam się do Nowoczesnej, a nie do
Średniowiecznej - zżymała się posłanka Joanna Scheuring-Wielgus.
"Mordujcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich w niebie" - to zdanie mające
rzekomo oddawać sposób myślenia inkwizytorów, użyte m.in. w zekranizowanej powieści Imię róży, jest ulubionym cytatem wszystkich
przejawiających fobie związane ze średniowieczem.
Filmy historyczne nie kreują tylko języka polityki. Po emisji serialu
Wikingowie zapanowała wśród mężczyzn moda na fryzurę "na Ragnara",
która jednak nie ma wiele wspólnego z uczesaniem prawdziwych wikingów.
Po gigantycznym sukcesie filmu 300 rynek zalały gry, w których w roli
Spartan występują półnadzy kulturyści odziani jedynie w przepaski
biodrowe, płaszcze i hełmy. Dla wielu młodych ludzi jest to jedyny
kontakt z kulturą antyczną.
Jeszcze większy galimatias wprowadzają filmy, których akcja dzieje się w XX wieku. W pracy zbiorowej Common Belief and the Cultural Curriculum:
An Intergenerational Study of Historical Consciousness omówiono wyniki
eksperymentu przeprowadzonego na kilku pokoleniach Amerykanów, którzy
mieli opisać swoje skojarzenia po tym, jak pokazano im zdjęcia związane
z wojną wietnamską. Stan wiedzy oraz opinie dzieci i rodziców okazały
się całkowicie rozbieżne. Jedynym wspólnym skojarzeniem były filmy z Forrestem Gumpem na czele.
Profesor James Jerry Clark z Uniwersytetu Świętego Józefa w Filadelfii
opisywał wpływ Listy Schindlera na nauczanie w szkołach: Nauczyciele
omawiając drugą wojnę światową, traktowali Holokaust jak dodatek do
tematu. Po tym filmie stał się on niemal osobnym przedmiotem. Ten film
stał się oświatowym odpowiednikiem uzależniającego narkotyku. Gdy ludzie
raz się z nim zapoznali, chcieli wiedzieć więcej i więcej. Dodać
należy, iż opisana wyżej Spielbergowska pigułka zawierała silny
antypolski pierwiastek, który wszczepiono milionom widzów na całym
świecie, budując w ten sposób obraz "narodu współsprawców".
"Prawda czasu, prawda ekranu" - brzmi legendarna już sentencja w Misiu
Stanisława Barei. Sytuacja, w której została wypowiedziana, wywołuje
salwy śmiechu. Warto przy tej okazji jednak wspomnieć, iż nawet
najbardziej wierny prawdzie historycznej reżyser musi zawierać z nauką
przeróżne kompromisy. Pamiętajmy, iż głównym zadaniem twórców filmowych
jest zarobienie pieniędzy na dostarczeniu odbiorcom barwnej i poruszającej opowieści. Dokonuje się zatem kompresji czasowych,
wydarzenia trwające 20 lat skracając do kilku miesięcy. W innym
przypadku ludzie umieraliby przecież w kinie z nudów. Z kilku postaci
jak w Liście Schindlera robi się jedną, chcąc uczynić ją jeszcze
bardziej wyrazistą. Statystów ubiera się w stroje, tak aby na polu bitwy
w ułamku sekundy można było odróżnić "dobrych" od "złych". Takie
odstępstwa należy odnotować i je wybaczyć.
Zbroja lub hełm z XIV wieku użyte w bitwie o sto lat wcześniejszej mogą
budzić niesmak, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z uzbrojeniem bardzo
się od siebie różniącym. Jednak wyłogi lub lamówki munduru, które są
późniejsze od akcji filmu o 30 lat, spokojnie można zostawić maniakom.
Zadaniem niniejszej książki nie jest szczegółowe wyliczanie wszystkich
możliwych anachronizmów, które wychodzą na jaw dopiero w najlepszej
rozdzielczości, na dużym ekranie i po kolejnym wciśnięciu pauzy. Mowa na
przykład o sprzętach domowych lub meblach stojących w tle.
Wielkie epoki historyczne nie są tu reprezentowane na równi. Wszak
największe emocje u odbiorców budzi wiek XX. Zdecydowaną większość
stanowią filmy znane, kasowe, tzw. blockbustery. Aby zaś czytelnik mógł
nieco odetchnąć od bombardowania zarzutami, w każdym rozdziale znalazła
się garść ludycznych opowieści z planów filmowych.
300
300
czyli straceńcy z Termopil kontra feministki
To miała być zwykła, przygodowa, stylizowana na antyk krwawa bójka, w której przystojni i umięśnieni faceci biją się z hordą dzikusów
jeżdżących na potworach. W prawdziwym świecie wybuchła jednak z tego
awantura. Zack Snyder nie spodziewał się, iż film 300 będzie atakowało
tak mocno urozmaicone gremium. Byli to przede wszystkim czołowi irańscy
politycy, ale również znawcy historii starożytnej czy dziennikarze
różnych opcji politycznych, doszukujący się w tym filmie podtekstów
ideologicznych. Kyle Smith w "New York Post" wyobrażał sobie "chłopców
Adolfa" hajlujących w kinie na cześć umięśnionych Spartan, którzy depczą
śniade ciała Azjatów. W "Orlando Sentinel" nazwano film wprost
przykładem "sztuki faszystowskiej". Dana Stevens ze "Slate" stwierdziła,
iż gdyby 300 nakręcono w latach 30. XX wieku w Niemczech, to dziś
stałby na półce obok Wiecznego Żyda jako przykład propagandy, która
podżega do wojny totalnej, żerując na mitach narodowościowych i estetyce
rasistowskiej. Głosy krytyków pełne były oskarżeń o to, iż film nawołuje
do rozprawy z Iranem.
Feministki zarzuciły filmowi kult męskiej siły. Nie pomogła tu luźna i zdystansowana postawa samej odtwórczyni roli Gorgo, Leny Headey,
prywatnie prowadzącej się wszak dość swobodnie. Aktorka zapytana o to,
co kobiety mogłyby widzieć pozytywnego w owym filmie, odpowiedziała:
Hej, dziewczyny, spójrzcie tylko. Kilkuset półnagich facetów! W dalszej części wypowiedzi była tyleż poważna, co zachowawcza: To dość
romantyczne, gdy kobieta wspiera jak może swojego męża idącego na
wojnę.
Razy na 300 posypały się też ze strony środowisk LGBT, gdy okazało
się, iż dobrzy Spartanie są heteroseksualni, zaś perwersyjny i zaborczy
perski król Kserkses wygląda jak bywalec parad gejowskich (i to tych
bardziej wyuzdanych). Film oglądali w większości zwykli młodzi
mężczyźni, toteż reżyser nie krył, iż z władcy zrobił kabotyna celowo:
Czy jest coś bardziej przerażającego dla 20-latka niż gigantyczny król
bóg, który chce z tobą zrobić to po swojemu? Snyder, którego interesują
przede wszystkim zysk i dobra zabawa, oczywiście nie przejmował się
owymi pretensjami. Zirytował się tylko raz: Gdy ktoś w filmie mówi, że
będziemy walczyć o wolność, to dla wielu stało się przejawem schamienia.
Tak właśnie myślą dziś Europejczycy. Wspominasz coś o demokracji czy
wolności i od razu jesteś faszystą i imperialistą. To według mnie
szalone.
Holywoodzkich Spartiatów za wzór stawiała zaś sobie grupa równie
pstrokata - od amerykańskich miłośników broni, przez europejskich
narodowców po robotniczo-chłopski aktyw Janukowycza z okresu
ukraińskiego Majdanu. Broń swoich wartości, swojej cywilizacji i swojego regionu! - głosiła jedna z grafik włoskich narodowców z rysunkiem hoplitów stylizowanych na filmowych Spartan. Jesteśmy jak 300
Spartan! - krzyczeli zupełnie odmienni ideowo zwolennicy
skompromitowanego ukraińskiego prezydenta, chcąc zablokować demonstracje
prozachodniej opozycji.
300 nie jest filmem w pełni historycznym, gdyż akcja rozgrywa się w fikcyjnym zmitologizowanym świecie - zaznaczał Snyder, ekranizując
komiks Franka Millera, który w najważniejszych wątkach jedynie próbuje
nawiązać do prawdziwych wydarzeń. Mimo to wielu ulega pokusie
traktowania go jako źródła wiedzy historycznej. W Iranie film został
zakazany.
Termopile a prawa kobiet
Do Sparty przybywa perski herold, oświadczając wszem i wobec, iż Król
Królów żąda "ziemi i wody" na znak poddaństwa. Zaczyna negocjować z Leonidasem, w co włącza się Gorgo, żona spartańskiego króla. Dlaczego
ta kobieta myśli, że ma prawo mówić razem z mężczyznami? - pyta poseł.
Bo tylko Spartanki wydają na świat prawdziwych mężczyzn - hardo
odpowiada Gorgo. Riposta jest tak cięta, że Pers powinien w tym momencie
czmychnąć niczym zdziczały kot przyłapany na kradzieży odpadków z pańskiego stołu. Negocjacje były zresztą krótkie - herold skończył na
dnie głębokiej jak Hades studni na skutek potężnego Leonidasowego
front-kicka. Zanim jednak król ukatrupił przybysza, rycząc słynne:
This is Sparta!, spojrzał pytająco na żonę. Ta skinęła głową na znak
aprobaty. Czy spartańska kobieta mogła poczynać sobie ze śmiałością
godną raczej jakiejś rozczochranej celtyckiej władczyni?
Kadr z filmu 300. Na pierwszym planie Gerald Butler w roli Leonidasa
Sprawa jest dość złożona. Historyczka Iza Bieżuńska-Małowist stwierdza:
Do praw politycznych czynnych i biernych kobiety greckie przez cały
okres klasyczny dostępu nie uzyskały. Dodaje też, że kobieta: Mocnym
związkom środowiskowym swojego męża przeciwstawiała raczej swoją
samotność.
Kobieta w greckiej polis nie mogła samodzielnie podejmować postępowania
prawnego, występować wobec władz czy sądów. Nie wolno jej było zdradzać
męża (o wierności mężów nic nam nie wiadomo...). Musiała pozostawać pod
opieką - ojca, męża, brata, którzy byli jej reprezentantami w urzędach.
Była przedmiotem, a nie podmiotem zaręczyn. Co jej zatem było wolno? Być
kapłanką (istniały kulty czysto kobiece), odprawiać misteria eleuzyńskie
na równi z mężczyznami, bywać na przedstawieniach teatralnych (ale tylko
w niektórych poleis), zarządzać służbą, otrzymywać dary i spadki. Jak
mogła zatem ugrać coś więcej? Mówiąc językiem współczesnym,
wykorzystywała w tym celu tzw. kompetencje miękkie: osobowość,
uzdolnienia.
W Sparcie sprawy wyglądały nieco inaczej. Chłopcy od siódmego roku życia
przebywali w koszarach; 30-latkowie mieli już własne rodziny i domy, ale
i tak wciąż jedli i bawili się w andreionie - w gronie kumpli z oddziału, a nie z żoną. Tam też toczyło się życie polityczne. Całość
zarządzania gospodarstwem domowym spadała więc na Spartanki. Mogły one
prowadzić działalność gospodarczą (kupować ziemię). Plutarch notuje:
Lacedemończycy zawsze chętnie słuchają rad swych żon i pozwalają im o wiele więcej mieszać się do spraw publicznych niż sobie samym do spraw
domowych. Poza tym w rękach kobiet była też wówczas większa część
wszelkiej własności w Sparcie. Te bardziej "wyemancypowane" Spartanki
- żony, matki i babki królów - działają zakulisowo: przekupując,
zatrudniając, wynajmując. Niepodobna, aby przyjmowały obce poselstwa.
Nina Gładziuk, autorka pracy Omphalos. Płeć jako problem filozofii
politycznej Greków, puentuje: Świat polityki greckiej okresu
klasycznego był męski. Obywatele żołnierze okresu bitwy o Termopile nie
dopuściliby Gorgo do decydowania na równi z nimi.
Co jednak z mizoginią perskiego posła? U Gładziuk znajdujemy
interesujący fragment: W pewnej przytoczonej przez Herodota rozmowie
Greka z Persem małoazjatycki obyczaj uczestniczenia nałożnic i prawowitych małżonek w ucztach mężczyzn przeciwstawiany jest
helleńskiemu obyczajowi osobnego jedzenia i przebywania obu płci. W imperium perskim kobiety zostawały często brygadzistkami przy wielkich
robotach publicznych. Nie był to jednak kraj o jakimś szczególnym
równouprawnieniu: Jesteś gorszy od kobiety - brzmiała jedna z cięższych obelg wśród perskich wielmożów. Tak czy inaczej, reakcja
perskiego posła w filmie nazbyt przypomina tyrady zwyrodniałych imamów
znane z dzisiejszych czasów.
Rodrigo Santoro jako demoniczny król perski Kserkses, który chciał podbić Grecję
Film 300 miał widownię głównie męską, stąd nie mogło zabraknąć w nim
tzw. scen. Przed wyruszeniem ku Termopilom Leonidas żegnany jest przez
żonę w sposób, w jaki powinien żegnany być każdy wojownik. Czy u historycznych Spartan zbliżenie byłoby aż tak zmysłowe i śmiałe? Nikt
tego dokładnie nie wie, ale można posłużyć się kilkoma przykładami z sąsiednich poleis. Ateńczycy uznawali za niezwykłe, gdy Perykles
wychodząc na agorę, całował żonę. Dlaczego? Otóż żona jest od tego, aby
mieć z nią dzieci i zapewnić sobie opiekę na starość (Ksenofont).
Wtórował mu Demostenes: Hetery mamy dla przyjemności, konkubiny dla
codziennych potrzeb ciała, żony - aby mieć legalne potomstwo i zaufane
strażniczki domu.
Reżyser pominął też kilka innych szczegółów dotyczących płci w Sparcie.
Wszak to Leonidas powinien mieć dłuższe włosy niż własna żona!
(Spartankę po ślubie czekały dość mocne postrzyżyny). Lena Headey jak na
żonę Leonidasa jest zbyt wątła. Prawdziwa Gorgo od małego uprawiała
biegi, rzut dyskiem i oszczepem - miała wszak urodzić zdrowe i silne
potomstwo. Szata Gorgo powinna być krótsza (słynne powiedzenie o Spartankach jako "odsłaniających uda").
300 przeciwko 70 milionom Irańczyków
Persowie są lubieżni, dekadenccy, tchórzliwi, słabi i pozbawieni honoru.
Nie potrafią zwyciężyć inaczej jak podstępem. Cechy takie przypisywano
ludom Wschodu od niepamiętnych czasów. 300 był w Iranie zakazany,
trafił więc do obiegu podziemnego. W momencie premiery trwało akurat
święto perskiego Nowego Roku i kraj zawrzał. Zarówno teokratyczny rząd,
jak i jego przeciwnicy zjednoczyli się w oburzeniu. Jedni z powodów
politycznych, drudzy czując się związani z kulturą antycznej Persji,
która w ich opinii została obrażona.
Hollywood wypowiada wojnę Irańczykom - ogłosiła wkrótce po premierze
filmu poczytna irańska gazeta "Ayande-No". Czytamy w niej: Film ukazuje
Irańczyków jako pozbawione kultury demony, które myślą tylko o najeżdżaniu innych narodów i zabijaniu ludzi. Dziennikarzom wtórowali
teherańscy politycy.
Javad Shamghadri, doradca ówczesnego prezydenta Ahmadineżada, grzmiał:
Stany Zjednoczone starają się upokorzyć Iran, odwracając rzeczywistość
historyczną. Chcą skompensować sobie swoje występki, podburzając
amerykańskich żołnierzy. Azadeh
Moaveni, reporterka
"Time'a", pisała na gorąco: Cały Teheran jest wściekły. Gdzie się nie
udałam, tam wszystko tętniło od oburzenia z powodu tego filmu, którego
nikt tu nie widział, ale o którym wielu słyszało. Cała kolejka na targu,
w której stoją gospodynie domowe z małymi pieskami, nastolatki i urzędnicy z pobliskiego ministerstwa, trzęsie się z wściekłości.
Wszędzie, gdzie się udałam, od dentysty po kwiaciarnię, Irańczycy
komentowali film, który w taki sposób przedstawił Persów. Wszyscy są tu
pewni, że rząd USA skrycie go finansował, aby przygotować Amerykanów na
wojnę z Iranem.
Z efektów, jakie wywołał film 300, nie była zadowolona również irańska
diaspora za oceanem. Gdy w 1979 roku tłum szyitów w Teheranie wziął
obywateli amerykańskich jako zakładników, mieszkający w USA Irańczycy za
wszelką cenę chcieli pokazać, iż nie identyfikują się z reżimem
Chomeiniego. Za przyznanie się wówczas do narodowości irańskiej można
było na ulicach amerykańskich miast oberwać, toteż potomkowie Cyrusa w USA, wszędzie, gdzie się da, nazywali siebie od tej pory Persami. Dla
przeciętnego ograniczonego Amerykanina termin ten brzmiał jak nazwa
rasy z serialu Star Trek, toteż sytuacja wydawała się bezpieczna. Cały
misterny plan asymilacji runął wraz premierą 300, gdy nagle "okazało
się", że ohydni Persowie z Termopil i szyici znad Zatoki Perskiej to ci
sami ludzie.
Wściekłość przeciętnego irańskiego widza da się streścić tak: Snyder
przedstawił naszych praszczurów jako bestie, a przecież dali oni światu
tyle dobrego: pierwszą w świecie deklarację praw człowieka, pierwszą
religię monoteistyczną, wspaniałe pałace i płace zamiast niewolnictwa.
Jak tu oddzielić histerię, brązownictwo i chciejstwo od uprawnionych
zarzutów? Z tego, że filmowi Persowie są jaskrawo przerysowani, zda
sobie sprawę nawet średnio oczytany widz. Gwardia Nieśmiertelnych nie
zakładała żadnych trupich masek, zaś Kserkses był w rzeczywistości
brodatym mężczyzną ubranym w purpurową tunikę, złoty płaszcz i tiarę, z kreacją filmową łączyły go zaś jedynie kolczyki.
Imperium perskie sięgało od Morza Egejskiego do Indusu. Władca chcący
utrzymać wówczas taki teren był niejako skazany na tolerancję. Łącznie z tym, iż poleis greckie wchodzące w skład imperium mogły się rządzić
demokratycznie (po tym, gdy ojciec Kserksesa uznał, że bardziej
korzystne dla Persji będzie pozbycie się tamtejszych tyranów).
Owa wspomniana wyżej "pierwsza deklaracja praw człowieka" odnosi się do
tak zwanego Cylindra Cyrusa. Poza tym, że ów gliniany tekst pozwala
poddanym na czczenie takich bogów, jakich tylko zapragną, z prawami
człowieka ma mało wspólnego. Wypowiedziało się na ten temat całe grono
badaczy: Wiesehöfer, Fairchild Ruggles Silverman, Bill T. Arnold,
Llewellyn-Jones i Neil MacGregor. Politycy irańscy od początku wieku XX
wynieśli jednak Cylinder do rangi prawa dwunastu tablic czy dzieł
Arystotelesa.
To nie bata się boją, ale mojej boskiej władzy - mówi filmowy
Kserkses. W podobny irracjonalny sposób tłumaczy swoje podboje. 2500 lat
temu propaganda perska była jednak znacznie sprytniejsza, wypowiadając
się mniej więcej w takim tonie: Fakt, podbijamy, ale spójrzcie sami na
siebie. Cały czas mordujecie się w wojnach. My zapewnimy wam wszystkim
życie w pokoju i harmonii. Jesteśmy po to, byście przestali się
wyrzynać.
Kserkses - nie żaden bóg wcielony, tak jak chce tego film, tylko król i namiestnik boga Ahuramazdy, nie wahał się składać ofiar Atenie, chcąc
zjednać sobie przynajmniej część ludzi, którymi zamierzał władać. Czy
był pierwszym władcą monoteistycznym? Teza bardzo mocno naciągana.
Badacze spierają się wręcz, czy zaratusztrianizm był w ogóle religią
państwową na tym etapie perskich dziejów.
Niewolników można było spotkać w ówczesnym świecie wszędzie - zarówno w państwach greckich, jak i Persji. Irańczycy nie są również w stanie
zaprzeczyć oczywistej wiedzy podręcznikowej: to państwa greckie dawały
swym obywatelom możliwość kształtowania polityki.
Nie wąwóz, tylko przesmyk, nie pojedynki, tylko szyk
Przemilczeń, przeinaczeń jest też sporo w sportretowaniu Sparty. W filmie pokazano kilka szokujących dziś zwyczajów, z jakich zasłynęła ta
starożytna polis. Pierwszy z nich budzi spory historyków, drugi jednak
jest znakomicie udokumentowany i opisany. Na skalnym wierzchołku stoi
zatem czerstwy starzec. Sprawdza, czy noworodek będzie wystarczająco
silny i sprawny, by być żołnierzem. Gdyby było inaczej, małe ciałko
zrzucono by w przepaść. Kilka scen dalej widzimy fragment agoge, w którym młodzi chłopcy poddawani są brutalnemu treningowi, który ma
zrobić z nich żołnierzy i który często kończył się śmiercią kursantów.
Snyder pominął jednocześnie zapasy nagich dziewcząt, które władze
organizowały od czasu do czasu, chcąc zachęcić młodych
obywateli-żołnierzy do wzięcia sobie jak najszybciej żony. Dziwne, bo
taka scena pasowałaby do estetyki filmu.
Leonidas ustami Gerarda Butlera dużo mówi o wolności. Wolnymi
obywatelami Sparty mógł się jednak nazywać tylko pewien procent
społeczeństwa - resztę stanowili pozbawieni praw politycznych
periojkowie i heloci - niewolnicy pracujący na roli. Ci ostatni byli
traktowani pogardliwie, nieraz brutalnie. Aby utrzymać wśród nich
posłuch, Spartiaci urządzali tak zwane helotobicie, co pewien czas
okładając kijami lub batami bogu ducha winnych chłopów. Innych znowuż
upijali na ucztach, szydząc potem z nich niemiłosiernie, poniżając i zmuszając do wulgarnych tańców. W filmie młody Leonidas uczestniczy w kryptei - uzbrojony tylko we włócznię w dziczy musi sam zadbać o przetrwanie. Większość widzów nie zdaje sobie jednak sprawy, iż krypteja
służyła też innemu celowi - mordowaniu przypadkowo napotkanych helotów,
aby cały czas czuli respekt przed Spartiatami i nie przyszły im do głowy
żadne bunty. Badacze nie są jedynie pewni, czy taka wersja kryptei
istniała już w czasach Leonidasa, czy też narodziła się kilkadziesiąt
lat później.
O eforach-zombich i potworach na służbie perskiej nie ma co się
rozwodzić - jest to element czysto fantastyczny.
Z uporem maniaka, również w naszym kraju, powtarza się, jakoby greccy
hoplici bronili się w "wąwozie Termopile". Snyder popełnia ten sam błąd
w początkowych sekwencjach bitwy. W okolicy miejsca bitwy wąwozy
rzeczywiście są, ale biegną prostopadle do kierunku marszu armii
perskiej - stąd obrona w nich byłaby kompletnym bezsensem -
wystarczyłoby, aby najeźdźcy umieścili ryglujący hufiec naprzeciw Greków
i z resztą sił poszli dalej ku Atenom. Leonidas rozstawił zatem swoich
hoplitów nie w wąwozie, ale w przesmyku między pasmem górskim a morzem,
które wówczas podchodziło do lądu dużo bliżej niż dziś - i w drugiej
części filmowej bitwy tak to właśnie wygląda.
Starcie wrogich mas piechoty Snyder wcisnął w nudny już szablon, ten sam
co w setkach innych produkcji batalistycznych. Spartanie trzymają szyk
tylko w pierwszej scenie. Potem zaczynają się efektowne indywidualne
pojedynki: Grek przeciw Persowi. Jest to kompletny anachronizm. Istotą
starcia w owej epoce było bicie się w szyku - kto trzymał go ciaśniej i mężniej znosił rany - ten wygrywał. Grecy, złączeni ideałami wspólnoty
obywatelskiej, opanowali tę sztukę do perfekcji: tarcza przy tarczy
(której używa się zarówno z myślą o sobie, jak i koledze), nogi ugięte i dźganie włócznią celnie i mocno. Kto taki szyk złamał, chcąc szukać
osobistej chwały lub w ataku szału - ten był srodze karany. A tymczasem
hollywoodzcy Spartiaci robią to w najlepsze przez połowę filmu.
Historyczne Termopile nie były pozbawione dynamiki - Leonidas tak
wyćwiczył hoplitów, że potrafili oni udać ucieczkę (całą falangą) po to
tylko, aby napastnicy wietrzący łatwą zdobycz rozluźnili swój szyk.
Wtedy Grecy gwałtownie przechodzili do kontrnatarcia. Cały czas było to
jednak działanie grupy, a sztuka filmowa woli starcia, w których widz
może identyfikować się z konkretnym bohaterem, widząc jego twarz i sylwetkę. Z tego też względu jesteśmy skazani na oglądanie anachronizmów
w kolejnych produkcjach batalistycznych.
Replika złotego hełmu Leonidasa
300
USA 2006
117 min.
reżyseria: Zack Snyder
scenariusz: Michael B. Gordon, Kurt Johnstad, Frank Miller, Zack Snyder
aktorzy: Gerald Butler, Michael Fassbender, Lena Headey, Rodrigo
Santoro, David Wenham, Dominic West, Tom Wisdom
produkcja: Warner Bros. Pictures, Atmosphere Entertainment MM//Hollywood
Gang Productions
dystrybucja: Warner Bros.
GLADIATOR
GLADIATOR
czyli zemsta na złym cesarzu
Profesor Kathlen Coleman, konsultantka historyczna filmu Gladiator,
jak co rano siadła do odczytywania e-maili. Ktoś z biura produkcji filmu
pytał: Kathy, jest sprawa. Potrzebujemy kilku dowodów na to, że kobiety
gladiatorki miały do sutków przyczepione ostrza. Wyrobisz się przed
lunchem? Profesor załamała ręce. Naiwnie myślała, że jej praca polega
na weryfikacji anachronizmów, niedorzeczności, stereotypów i współczesnych mitów. Ridley Scott liczył się jednak z jej zdaniem coraz
mniej, potrzebując konsultanta do żyrowania idiotyzmów takich jak ten z powyższego e-maila, opublikowanego potem przez Coleman w sieci:
Uwzględniono co prawda kilka moich komentarzy do scenariusza, ale
podlegał on nieustannym zmianom. Nie byłam przygotowana na to, że
największa liczba nieprawidłowości i anachronizmów powstanie na etapie
kręcenia zdjęć. Coleman mając dość ignorowania swoich uwag, poprosiła o wykreślenie jej z listy współpracowników. To było z początku
interesujące, ale ostatecznie rozczarowujące doświadczenie -
podsumowała.
Im dalej w film, tym więcej fikcji - tak można by streścić Gladiatora.
Pierwsze sekwencje ukazują finał zwycięskich dla Rzymu wojen
markomańskich, rozgrywający się, o czym lektor nie informuje, na terenie
dzisiejszej Słowacji. Marek Aureliusz stoi już u kresu żywota. Władzę
przejmuje jego syn Kommodus. I tu zaczyna się element fikcyjny. Stary
cesarz, wyczuwając, iż syn, delikatnie mówiąc, nie dorasta do roli
Augusta, mianuje swoim następcą wodza Maksimusa. W filmie dla
uproszczenia tytułowanego "generałem", choć zasadne byłoby słowo legat.
Ohydny i mściwy Kommodus morduje swojego ojca, rodzinę Maksimusa i próbuje również zgładzić samego wodza. Ten zaś jako gladiator oprócz
osobistej zemsty stara się spełnić wolę swojego zamordowanego
zwierzchnika. Maksimus nie istniał. Jego pierwowzorem mogło być kilku
legatów - ukochanych zarówno przez wojsko, jak i Marka Aureliusza
autentycznych bohaterów wojen markomańskich.
Ślad owych zmagań znajduje się raptem półtorej godziny jazdy od naszej
południowej granicy, w Trenczynie na Słowacji. Na potężnej skale
wyrastającej w środku miasta widnieje inskrypcja wyryta przez
zwycięskich legionistów ponad 1800 lat temu.
Wojna
Obraz Rzymian i barbarzyńców pociągnięto kreską grubą jak klinga
gladiusa. Z lasu wyłania się germańska horda: brodata, długowłosa, w futrach. Dzicz nie przestrzega zwyczajów wojny - w stronę rzymskiego
obozu pędzi koń trzymający na grzbiecie korpus rzymskiego posła.
Germański wódz dzierży jego głowę w wyciągniętej ręce niczym bohater
rysunków Franka Frazetty. Po drugiej stronie legioniści szykują się do
boju w wypolerowanych pancerzach. Wśród centurii uwijają się oficerowie
doglądający szyków, niekiedy poklepujący podkomendnych po plecach,
dodający im otuchy.
Gondor przeciw Orkom. Rzym jest światłem - mówi Maksimus do Marka
Aureliusza, utwierdzając cesarza w sensowności toczonej wojny i wyższości imperium nad barbarzyńcami. Nie ujmując Germanom nic z dzikości i okrucieństwa w czasie ich najazdu na Panonię, warto sięgnąć
do Kasjusza Diona, który opisuje represje, jakim Rzym poddał pokonanych
Markomanów i Kwadów: dziesiątkowanie bez względu na wiek i płeć,
niszczenie zbiorów, wyrzynanie bydła, zakaz organizowania żniw i wypasu
prowadzący do masowego głodu. Do tego ostentacyjne marnowanie nadwyżek
jedzenia na oczach podbitych i równie upokarzające chwalenie się
łaźniami i wygodami. Jeśli istniałby ktoś taki jak filmowy Maksimus,
musiałby nadzorować owe praktyki.
Marek Aureliusz, jeden z najwybitniejszych cesarzy rzymskich, spogląda na Wieczne Miasto z pomnika usytuowanego na Piazza del Campidoglio na Kapitolu. Jest to kopia konnego posągu z 175 roku n.e., który można oglądać w Muzeach Kapitolińskich
Kontrasty w czasie wojen markomańskich nie były aż tak skrajne jak w filmie. Imperium korumpowało i kokietowało elity plemienne, udzielając
zezwoleń na odwiedzanie targowisk. W okresach mniej pomyślnych dla Rzymu
w rękach Germanów mogło znajdować się nawet 20 000 jeńców. Niejeden Kwad
czy Markoman posiadał więc elementy rzymskiego oporządzenia, wielu
potrafiło trzymać prosty szyk, wykonywać manewry. Co więcej, w połowie
II wieku leśni barbarzyńcy nauczyli się obsługi rzymskich machin
oblężniczych. Scena, w której bezładna germańska wataha wyłania się z puszczy, przypomina bardziej początki kontaktów Rzymu z Germanami z okresu republiki.
Również najprawdopodobniej zamierzonym błędem jest moment zderzenia
legionu i Germanów, gdzie dochodzi do serii indywidualnych pojedynków.
Jest to anachronizm polegający na robieniu średniowiecza z antyku,
powielany chyba przez każdego reżysera scen batalistycznych. Starcia
Rzymian i Germanów wyglądały zgoła inaczej. Rzymianie nacierali szykiem
podzielonym na rzuty, kohorty, centurie, gdzie siłą były wzajemne
wspieranie się żołnierzy i mordercze pchnięcia wyprowadzane zza muru
tarcz. A wszystko to pod czujnym okiem centurionów, trybunów i prefektów. Germanie próbowali rozerwać ową rzymską szachownicę za pomocą
brutalnej siły i powtarzających się natarć klinów czy też falangi. O tym, że sceny walk w szyku mogą być równie wartkie i dynamiczne co
pojedynków, przekonał nas przecież reżyser serialu Rzym.
Kolejną wpadkę Scotta starano się ukryć za pomocą szybkich ujęć i ciemnych barw. Rzymska jazda używa strzemion, które do Europy przynieśli
stepowi koczownicy kilkaset lat po przedstawionych w filmie
wydarzeniach. Najprawdopodobniej wynajęcie kaskaderów i statystów
jeżdżących na antyczną modłę znacząco podwyższyłoby budżet filmu.
W mieście i na arenach
Maksimus pochwycony przez łowców niewolników trafia do prowincji
Mauretania Cesarska, do Zucchabaru. W rolę miasta wcielił się marokański
Ajt Bin Haddu, widzimy zatem miasto na wskroś berberyjskie z dobudowanym
jedynie na potrzeby filmu amfiteatrem. Zucchabar powstał jednak za
cesarza Oktawiana Augusta jako kolonia rzymska. Uwzględniając nawet
lokalne uwarunkowania, powinno być w nim przynajmniej kilka budowli
publicznych czysto rzymskich - kuria, termy, forum.
Scottowski Rzym jest z kolei bardziej monumentalny, niż był w rzeczywistości. Budowle, które widzimy na ekranie, to nie antyk, ale
XIX-wieczne wyobrażenie antyku. Reżyser zamiast z historykami dużo
lepiej dogadałby się zatem z twórcami włoskiego Ołtarza Ojczyzny,
znanego też jako pomnik Wiktora Emanuela II czy amerykańskiego Kongresu.
Konny pomnik Marka Aureliusza ma w filmie wysokość bloku mieszkalnego,
samo forum zaś swoim kształtem i rozmiarami przypomina plac św. Piotra.
Każdy, kto był na Forum Trajana czy Augusta, wie, że było tam dużo
ciaśniej, niż przedstawił to Scott w filmie. Coleman punktowała: W jakim celu wymyślono inskrypcje, które nie są nawet napisane poprawną
łaciną? Wielu krytyków zarzucało Scottowi, że sceny wjazdu Kommodusa
do Rzymu podejrzanie przypominają Triumf woli Leni Riefenstahl.
Przecież to naziści kopiowali Rzymian - jest więc dokładnie na odwrót,
niż mówicie - odparowywał Scott święcie przekonany o akuratności
swojego przedstawienia miasta. Zamknij oczy i wyobraź sobie Rzym. Co
widzisz? Orły, gladiatorów, białe togi, bez wątpienia. Zbocza, na
których lśnią białe jak kość słoniowa świątynie. Proste osie, wielkie
tłumy. Las kolumn i posągów - kontynuował w dodatku dołączonym do filmu
DVD.
Maksimus okazał się znakomitym gladiatorem i w oczach mieszkańców Rzymu stał się popularniejszy od cesarza. W finale filmu obaj zmierzyli się na arenie Koloseum...
Warto przytoczyć inne jego przepychanki z konsultantami, bo jako żywo
przypominają one wyczyny "wiecznego dyrektora" z komedii Stanisława
Barei Poszukiwany, poszukiwana. Ów aparatczyk, oglądając makietę
osiedla, z miną znawcy zwykł dla kaprysu przestawiać wieżowce prosto do
stawu. Na nic oburzenie szefa architektów. To staw przeniesiemy, o tu
- stwierdzał wtedy dyrektor.
Podobnie było z Gladiatorem. Przecież w Rzymie nie było ogródków
kawiarnianych - załamywali ręce historycy. Scott na to: No to będzie
to pierwszy taki ogródek w historii Rzymu. Skąd w ogóle wiecie. Nawet
was tam nie było. Skaczemy w głąb naszej wyobraźni - to nasza praca.
Historycy często mówią: "Nie jestem pewien, czy oni robili to czy
tamto". Na to ja: "To od teraz już, do cholery, będą robić!".
Przez sporą część filmu podziwiamy imponujące walki gladiatorskie.
Podobnie jak w scenach batalistycznych, króluje naturalizm. Pełno tu
błota, potu i ran. Zadbano nawet o brud za paznokciami. Scott, chcąc
uchwycić najważniejsze elementy owych teatralnych przedstawień, dokonał
daleko idącej kompilacji. Mało na przykład prawdopodobne jest, aby
gladiatorzy, w których szkolenie lanista zainwestował olbrzymie
pieniądze (a takim właśnie profesjonalistą jest Maksimus), byli
wystawiani do walk ze zwierzętami - venatio. Podobnie jest z inscenizacjami bitew - brali w nich udział przede wszystkim skazańcy lub
więźniowie i w przeciwieństwie do walk profesjonalistów musiały się one
skończyć śmiercią jak największej liczby uczestników.
Uwagę wielu widzów zwróciła scena, która stała się początkiem końca
współpracy Coleman ze Scottem. Czarnoskóra gladiatorka pędzi na
rydwanie, strzelając z łuku do broniącej się drużyny Maksimusa. Słynne
zaostrzone sutki, o które pytano konsultantkę, to oczywiście efekt
fantazji projektantów strojów, ale kobiety gladiatorki istniały, choć
spotykano je dość rzadko. Wystawiano je do pojedynków ubrane tak samo
jak mężczyźni i podobnie, choć mniej rygorystycznie, były one szkolone.
Stawały jednak w osobnych, kobiecych starciach.
Mąż stanu
Scott przedstawia Marka Aureliusza jako postać na wskroś pozytywną i nie
można go za to winić. Każdemu państwu należałoby życzyć takiego
przywódcy. Kłopot polega na przypisywaniu mu poglądów, których wyznawać
nie mógł. Według Scotta Marek Aureliusz powierzył swojemu następcy
Maksimusowi misję odrodzenia republiki, co miałoby ukrócić szalejącą
korupcję. Historykom nic nie wiadomo o takich planach. Ów kult republiki
i niechęć do cesarstwa są jednakowoż bardzo charakterystyczne dla
amerykańskiego kina w ogóle, nieważne, czy chodzi tu o republikę
rzymską, czy republikę z Gwiezdnych wojen. Wyleczyć z owych
sentymentów mógłby Amerykanów dowolny podręcznik do historii
starożytnego Rzymu, choćby autorstwa Marii Jaczynowskiej. To właśnie
powstanie pryncypatu ograniczyło chaos, gigantyczne łapownictwo i zdzierstwa w prowincjach. Mianowani przez cesarzy prokuratorzy
przewyższali zaś kompetencjami urzędników republikańskich.
Nie wiesz, w co się Rzym przemienił - wylewa Marek Aureliusz kubeł
zimnej wody na głowę naiwnego Maksimusa. To fakt, patologii w tym
mieście było co niemiara. Mało który reżyser głośno powiedziałby o ich
przyczynie, czyli napływie mas ludności, która okazywała się całkowicie
bezproduktywna. Aby utrzymać spokój, wymyślono darmowe rozdawnictwo
zboża, czyli rozdęty do niemożebnych rozmiarów socjal, z którego
utrzymywało się nawet 250 tysięcy ludzi, systematycznie w ten sposób
korumpowanych i zniechęcanych do życia na własny rachunek. Była to
pułapka, z której nie wyplątał się żaden cesarz - zaprzestanie
rozdawnictwa mogło spowodować bunty.
Lanista ma żal do zmarłego Marka Aureliusza o to, iż ów kochający
książki cesarz zakazał walk gladiatorów w Koloseum, odbierając w ten
sposób chleb przedsiębiorcy. Prawdziwy Marek Aureliusz nie mógłby sobie
na to pozwolić - miał na głowie wojny i nie chciał buntów wściekłego
tłumu. Zakazał rzeczywiście walk, ale nie w stolicy, tylko w jednym z miast we wschodnich prowincjach i nie w imię dobrych obyczajów, tylko...
za karę, za wspieranie uzurpatora. Z drugiej strony w kpinach lanisty
jest ziarno prawdy. W czasie walk w Koloseum cesarz filozof
ostentacyjnie poświęcał się pisaniu projektów edyktów, aby pokazać
ludowi, co sądzi o tych prymitywnych rozrywkach.
Zwyrodnialec
Rzadko w dziejach rodów panujących zdarzały się tak jaskrawe różnice
pomiędzy ojcem i synem jak w przypadku Marka Aureliusza i Kommodusa. Po
wzorcowym, odważnym i wykształconym mężu stanu nastąpił degenerat.
Udowodnienie dziś Kommodusowi ojcobójstwa, a to właśnie stara się zrobić
Scott w filmie, wymagałoby sztabu oskarżycieli i historyków biegłych w ekstremalnym naginaniu dowodów i źródeł. Kasjusz Dion w Historii
rzymskiej twierdzi, iż winni śmierci Marka Aureliusza są lekarze,
którzy chcąc przypodobać się Kommodusowi, robili wszystko, aby nie
wyleczyć umierającego cesarza. Kto ich inspirował? Tego nie wie nikt.
Marek Aureliusz, wierząc w mądrość doradców i senatorów otaczających
syna, na kilka lat przed śmiercią uczynił Kommodusa swoim
współrządzącym, co wyklucza filmowy wątek, w którym przekazuje władzę
Maksimusowi. Umierający cesarz filozof zrobił też wszystko, aby w oczach
wojska Kommodus nie wyszedł na mordercę. Idź ku wschodzącemu słońcu, ja
już zachodzę - to ostatnie słowa, jakie miał usłyszeć od niego
Kommodus. Scena, w której syn dusi swojego ojca, jest więc wymysłem, co
jednak nie umniejsza wcale całego katalogu zboczeń, jakie prezentował
następca tronu.
Cesarz Kommodus ukazany jako heros Herkules - popiersie z Muzeów Kapitolińskich
Filmowy Kommodus był prawdziwą kreaturą. Siostrze groził, że zabije jej
dziecko, jeśli ta zacznie knuć przeciw niemu. Kłamliwy, tchórzliwy,
pyszny, kabotyński. Do tego ignorant - miast rządzić, trenował z gladiatorami i urządzał igrzyska. Dio pisze: Nie był on z gruntu
zwyrodniały, ale tak prostolinijny jak żaden inny człowiek. Jednakże
jego prostota w połączeniu z tchórzostwem uczyniła go niewolnikiem jego
kompanów. Owi kompani to gladiatorzy, z którymi Kommodus nawet
pomieszkiwał. To za ich sprawą wyuzdane i okrutne zwyczaje stały się
jego drugą naturą.
Prawdziwy cesarz miał paranoję podobną do tych, jakie tkwiły w głowach
Iwana Groźnego i Józefa Stalina. Oprócz prawdziwych spiskowców ginęli
senatorowie absolutnie czyści. Zarzuty były wyssane z palca: okazywanie
niezadowolenia z przyzwyczajeń władcy, popularność w armii czy zwyczajne
odradzanie cesarzowi likwidacji tych czy innych urzędników. Jeden z obywateli został zamordowany za to, że ośmielił się ugodzić oszczepem
lwa, którego na cel wziął sobie cesarz.
Scott oszczędził nam szczegółów udzielania się Kommodusa w igrzyskach. W czasie venatio, czyli polowań na arenie z udziałem dzikich zwierząt,
ofiarami cesarskiego łuku i oszczepów padały takie "krwiożercze"
stworzenia jak żyrafy, słonie czy nosorożce.
Kommodus, choć tchórzliwy jako władca, był silny i wysportowany. Brał
udział w pojedynkach zarówno w swojej prywatnej rezydencji, jak i w Koloseum. Publicznie unikał rozlewu krwi, a jego dobrani przeciwnicy
oczywiście poddawali się za każdym razem. Było to działanie podwójnie
perfidne - Kommodus jako "wolny gladiator zawodowiec" inkasował z publicznych pieniędzy duże sumy za każdy występ.
Z dala od publiczności zabijał ochoczo lub poprzestawał na obcinaniu
przeciwnikowi uszu czy nosa. Nie jesteśmy jednak w stanie ocenić, na ile
były to pojedynki, w których wystawiano nieszczęśników przeznaczonych z góry na przegraną. Niektóre jego wyczyny budziły wśród Rzymian odrazę.
Potrafił paradować w damskich strojach lub zupełnie nago. Któregoś razu
kazał wyłapać wszystkich kalekich mężczyzn w mieście, którzy mieli
amputowane stopy. Ubrał ich w worki, tak by przypominały ciało węża, a jako broń dał im... gąbki. Po czym jako "Herkules" zaczął mordować ich
za pomocą maczugi, ponieważ byli olbrzymami.
W Gladiatorze odrażający władca został zgładzony w czasie pojedynku z Maksimusem, któremu sprzyjali siostra cesarza Lucilla oraz fikcyjny
senator Gracchus. Historyczny Kommodus zginął w innych okolicznościach i zajęło to nie miesiące, lecz lata. W jego zgładzeniu nie mogła brać
udziału siostra. W rzeczywistości bowiem za udział w poprzednim,
nieudanym spisku została wygnana na Capri, a potem zamordowana. Jej syn
Lucjusz Werus zmarł zaś jako młody chłopiec.
Spisek zorganizowali wyzwoleniec Eclectus, prefekt pretorianów Laetus
oraz nałożnica cesarza Marcja. Podali oni Kommodusowi wołu
nafaszerowanego trutką. Jednak uwielbienie tyrana do łączenia dużych
ilości wina i ciepłych kąpieli spowodowało, iż zwymiotował posiłek. Gdy
zaczął rzucać groźby, spiskowcy wdrożyli plan B. Sparingpartner cesarza
Narcissus ku uldze mieszkańców imperium udusił Kommodusa w łaźni.
Gladiator
USA 2000
155 min.
reżyseria: Ridley Scott
scenariusz: David Canzoni
aktorzy: Russel Crowe, Joaquin Phoenix, Richard Harris, Connie Nielsen
producenci: Douglas Wick, David Franzoni, Branko Lustig
produkcja: Soft Free Production, Red Wagon Entertainment
dystrybucja: Dreamworks/Universal Pictures, TiM Film Studio