3.
W niedzielę 18 lipca dzień był parny, bezwietrzny i tak jasny, że oczu nie szło szerzej otworzyć, a o wyjściu z domu bez kapelusza czy parasolki w ogóle nie mogło być mowy. Od rana na ulicach panowała nienaturalna cisza, a kawiarniane ogródki, choć przesłonięte pasiastymi markizami, były puste. Od kilku dni warszawiacy woleli raczej przeczekać w domach, aż upał zelżeje, i poza nielicznymi wyjątkami robili, co mogli, by nie wychodzić na miasto przed zachodem słońca.
Tego dnia Józef obiecał zabrać Bognę i Amelkę nad wodę, więc nie zważając na skwar, punktualnie o dziesiątej, gdy miał pewność, że Ciszakowie będą już po porannej mszy i rodzinnym śniadaniu, zajechał świeżo wymiecioną furmanką pod kamienicę hrabiostwa Przytyckich. W głębi wozu owinięte szczelnie w kilka koców leżały butelki z zimnym mlekiem i lemoniadą, a obok koszyk z owocami i duży parasol, ponieważ w planach był piknik na plaży po drugiej stronie Wisły.
Pierwotny plan zakładał przepłynięcie na praski brzeg parostatkiem spod mostu Kierbedzia, ale Józef przekonał panny, że czas podróży będzie podobny, a ekwipunek piknikowy łatwiej zabrać na wozie. Z początku nieprzychylna temu pomysłowi Amelcia, której upał warzył humor niczym mleko, dała się wreszcie przekonać, gdy Józef przyobiecał zabrać dla niej hamak i rozwiesić między drzewami.
Wypoczynek na ukrytych wśród niewielkich zagajników i zarośli plażach Saskiej Kępy szczególnie upodobali sobie warszawscy robotnicy, a bogatsze mieszczaństwo przyglądało się temu z pewnym dystansem, lecz i zaciekawieniem. Jak okiem sięgnąć, bujna roślinność niczym dziwaczny kobierzec poprzetykana była drewnianymi zadaszonymi budami. Wewnątrz było puste pomieszczenie do tańczenia, choć tańce, szczególnie w dni wolne, często rozlewały się i na trawę - pląsano, gdzie tylko dało się nogę postawić i nie ugrzęznąć w błocie. Oberka na skrzypkach, harmonijce i bębenkach wygrywano na zmianę z popularnymi szczególnie wśród młodzieży szlagierami. Na zewnątrz budy wzdłuż ścian ustawiano bufety z napitkiem i zakąskami.
- Znam sekretną zatoczkę - powiedział w pewnym momencie Józef do Amelki, mrugając przy tym zawadiacko. - Nikt nas tam nie znajdzie.
Bogna mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy Józef przyjeżdżał tu dawniej ze swoją żoną, i aż przygryzła wargę, martwiąc się, że przez cały dzień będzie myślał tylko o tamtej.
Powinnam trzymać wyobraźnię na wodzy - wymawiała sobie. Nie zamierzała pozwolić, by widmo zmarłej wciąż płoszyło jej chwile szczęścia. Była przecież świadoma, że nie wiąże się z kawalerem, lecz z wdowcem, człowiekiem z przeszłością, który kiedyś kochał gorąco inną kobietę. Z drugiej jednak strony, ilekroć opadały ją wątpliwości i zapytywała samą siebie, czy słusznie wybrała, natychmiast zbierało jej się na płacz, bo życie bez Józefa wydawało się jej całkowicie pozbawione sensu i barw. Chciała tylko jego albo nikogo.
- A słychać tam muzykę? - dopytywała tymczasem Amelka, zeskakując z wozu.
- Z kilku stron - zapewnił Józef, podając jej kosz z owocami. - Gdy jedni przestają grać, zaraz słychać następnych.
- A tancerzy widać?
Józef zamyślił się, przybierając komiczną minę, nim odpowiedział:
- Sam nie tańczę, to i za tancerzami się nie oglądałem, ale przecież jak będzie trzeba, to Amelcia na drzewo wskoczy i wszystko będzie widziała.
Amelka wybuchnęła radosnym śmiechem i pokręciła karcąco głową.
- Pan Józef to wciąż tylko żartuje - rzekła tonem dorosłej, poważnej damy, co rozśmieszyło wszystkich, nawet Bognę.
- A bo mi przy pannach Ciszakównach tak jakoś wesele do głowy uderza - powiedział raźno, lecz zaraz też, niczym psiak wierny za swym panem, tęsknym wzrokiem podążył za Bogną.
- Chodźmy zatem zobaczyć tę pańską oazę - zakomenderowała Bogna, zarzucając sobie na ramię parasol i paradnym krokiem ruszając przed siebie.
- Tyle że to nie w tę stronę! - zawołał za nią Józef, znów wywołując salwę śmiechu.
Wcisnął kilka groszy usmarkanemu chłopcu w przydużej koszuli, przykazując, żeby konia pilnował, wziął pozostałe pakunki i poprowadził dziewczęta krętą ścieżką między nadrzecznymi mokradłami.
Rozłożyli koce i sięgnęli do koszyka z jedzeniem, bo jak tylko usiedli w trawie, Amelia stwierdziła, że koniecznie musi coś zjeść.
- Dopiero wtedy uwierzę, że to wszystko prawda! - wołała cała rozentuzjazmowana.
Obiad mieli zjeść w "Prado", w gospodzie "Pod Dębem" albo "Pod Kotwicą", ale po obfitym drugim śniadaniu nie było im do tego spieszno. Zmęczona wodnymi zabawami Amelka przysnęła, ukołysana bujaniem, szemraniem rzeki i kojącym szelestem liści poruszanych delikatnym wietrzykiem. Józef siedział oparty o pień drzewa i żuł źdźbło łęgowej trawy, a Bogna leżała z głową na jego kolanach. Oczy miała przymknięte, lecz nie spała. Rozmyślała o tym, jak odległa zdaje się teraz wojna, a jakim nieprawdopodobieństwem to, że Polska znów mogłaby być zniewolona; cała czerwona fala bolszewizmu brzmiała jej niemal jak opowieść o straszydłach z bajki dla dzieci. Było jej tak przyjemnie, tak beztrosko, że żadne strachy nie miały do niej teraz dostępu.
- "Saska Kępa zielenieje, tańczą kuchty i złodzieje, i panowie oficery, i pospólstwo różnej sfery"! - ryknął ktoś zza zarośli śpiewem tyleż nagłym, co tubalnym, wyrywając Bognę z błogostanu.
Wzdrygnęła się i czym prędzej otworzyła oczy, a jej wzrok napotkał wpatrzone w nią z czułością oczy Józefa.
- Pan na mnie patrzy... - odezwała się sennie.
- Boś panna śliczna jak marzenie - szepnął. - Patrzę sobie i we własne szczęście uwierzyć nie mogę, że pewnego dnia będziesz moją.
Bogna spłoniła się wdzięcznie, lecz nie spuściła wzroku, tak jej dobrze było w te kochające oczy spoglądać.
- Już za miesiąc - wymamrotała cichutko.
Po twarzy Józefa przebiegł cień, jakby po letnim niebie wiatr przegnał gradową chmurę. Bogna uczuła, że mimo upału nagle zrobiło jej się zimno. Usiadła i otuliła się ramionami.
- Coś się stało? - spytała wreszcie, gdy pełne napięcia milczenie, które wypełniło przestrzeń pomiędzy nimi, się przedłużało.
Wiedziony odruchem Józef wyglądał, jakby chciał zaprzeczyć, lecz zatrzymał się w pół gestu i skinął głową.
- Aleś pan zdrów? - zapytała znowu, a w jej głosie pobrzmiewał niepokój, którego nijak nie umiała stłumić.
- Zdrów jak rydz - odparł twardo. - Jestem cały i zdrów, może nie najmłodszy, ale sił mi nie brak.
Strach ścisnął żołądek Bogny, domyśliła się bowiem, ku czemu zmierza ta rozmowa. Nic mu na to nie rzekła, lecz po prawdzie bała się jej, odkąd generał Józef Haller, na początku miesiąca mianowany Głównym Inspektorem Armii Ochotniczej, z właściwą sobie charyzmą i entuzjazmem wystosował pierwszą odezwę nawołującą do walki wszystkich niebędących żołnierzami. Nawojka raz po raz przynosiła z miasta ulotki to nakłaniające do płacenia składek na wojsko, to do wstępowania w szeregi Armii Ochotniczej.
Staszka Ciszak czym prędzej wrzucała je do pieca - raz, by nie drażnić Michała, bo jak mówiła, co on tam rozumie, wie jeno Pan Bóg, dwa, by jej Maciejowi zaciągnąć się nie przyszło do głowy. Jednego mężczyznę z rodziny straciła już na wojnie, drugiemu nie zamierzała pozwolić ruszyć w bój. Jednak jakkolwiek matka się starała, wieści o kolejnych ochotnikach zgłaszających się w rozrzuconych po całym mieście biurach zaciągu wojskowego, których zorganizowano około trzydziestu, docierały do stróżówki ze wszystkich stron. Bogna miała wrażenie, że w tych dniach w stolicy nie mówiono o niczym innym, tylko o tym, gdzie kto może się zapisać.
Urzędników werbowano przy placu Saskim 7, osoby z wykształceniem technicznym na Czackiego 3, przy Pięknej 2 można było wstąpić do 211. Pułku Ułanów, a w koszarach Śliwickiego zbierano ochotników do oddziału strzelców wyborowych. Publikowane niemal codziennie raporty wskazywały, że zgłaszają się głównie młodzi mężczyźni między osiemnastym a trzydziestym piątym rokiem życia, ale wkrótce miasto obiegła informacja, że do wojska przyłączył się, wraz ze swoimi trzema synami, sześćdziesięciopięcioletni mężczyzna. Zaciągali się i katolicy, i prawosławni, Polacy wyznania mojżeszowego i karaimi, bo wola obrony ojczyzny dopiero co wyrwanej spod jarzma zaborców była powszechna.
Bogna sama jeszcze tego ranka słyszała przecież, jak ksiądz, idąc za wskazaniami kardynała Kakowskiego, grzmiał z ambony, potępiając tchórzostwo i dezercję, a całą homilię zakończył gorącym wezwaniem, które z pewnością obudziło patriotyczne uczucia w sercach wielu. Ciszakówny także przykładały chusteczki do oczu, wychodząc ze świątyni, bo i im udzieliły się emocje, ale na samą myśl, że Józef miałby się zaciągnąć, Bognę ogarnęła panika.
Pokręciła prędko głową.
- Nie, nie, nie - mamrotała raz po raz, mocniej jeszcze zaciskając dłonie na ramionach.
- Panno Bogno, proszę... - jęknął błagalnie Józef, jakby to jemu sprawiła jakiś ból.
Bogna wiedziała, jak powinna teraz postąpić. Codziennie widywała dziewczęta idące obok młodzieńców w ochotniczych mundurach. Wszystkie były wesołe jak szczygiełki i uśmiechały się szeroko do swoich wybranków, choć pewnie bały się tak samo jak ona teraz. Powinna, idąc ich śladem, uśmiechnąć się szeroko mimo zamglonych smutkiem oczu, obsypać dłonie ukochanego pocałunkami i szeptać na przemian słowa miłości i aprobaty, podziwiać jego odwagę i bohaterstwo, a łechcząc dumę, dodawać sił, które będą mu tak potrzebne na froncie. Powinna składać uroczyste przysięgi, że będzie codziennie słać doń listy i że będzie na niego czekać, jak długo będzie trzeba, i opowiadać o tym, że wezmą ślub, gdy tylko wojna zakończy się niewątpliwym polskim zwycięstwem. Powinna nakarmić go nadzieją, wiarą w wygraną, nade wszystko zaś miłością - ale nie potrafiła.
Bogna czuła się zawiedziona sobą, a mimo to nie potrafiła się przełamać. Nie chciała, żeby jej Józef szedł w bój. Nie on. Niech inni to zrobią, niech inni walczą.
Dziewczyna nakazała sobie spokój. Była pewna, że uda jej się odwieść Józefa od tej samobójczej idei, jeśli tylko zdoła opanować burzę szalejącą w jej własnym wnętrzu.
- Jutro rano się zgłoszę, potem czeka mnie komisja rekrutacyjna w Cytadeli - mówił tymczasem Kowalski, starając się brzmieć możliwie swobodnie, jakby tu nie o wojnę i jego własne życie szło, lecz o coś całkiem błahego.
Gdy tylko Bogna usłyszała o Cytadeli, serce podeszło jej do gardła. Zniknęła Wisła, błękit nieba, zieleń pełni lata. Nie widziała już śpiącej spokojnie między drzewami siostry, nie czuła na ustach resztki kwaskowatej słodyczy lemoniady. Przed oczami miała kazamaty owianej straszliwą legendą fortyfikacji, w nozdrzach czuła zapach wilgoci i zgnilizny, a w ustach żelazny posmak krwi.
- Jest tylu młodszych, nieświadomych zagrożeń, naiwnych, co to chcą z całych sił bawić się w bohaterstwo. Oni z pewnością pójdą do okopów ze śpiewem na ustach - szepnęła. - Niech oni walczą.
- Haller, Piłsudski, Rozwadowski to wszystko niemal moi rówieśnicy, a będą stać w pierwszej linii... - spróbował Józef, ale Bogna nie pozwoliła mu dojść do słowa.
- Ale to zawodowi żołnierze! - krzyknęła, dając się ponieść emocjom. - Przeszkoleni, po akademiach wojskowych, zaprawieni w walce. A pan, Józefie, przecież nigdy nie trzymał w rękach bagnetu! Na co się im pan zdasz? Niech inni walczą, pan dość już w życiu wycierpiałeś! - dodała, wykrzykując to, co zamierzała zostawić dla siebie.
Józef spojrzał na nią na poły z czułością, na poły z urazą.
- Znam się na koniach, a to w każdej armii ceniona umiejętność - odparł. - Zaciągnę się do ułanów...
Bogna jęknęła przeciągle. Usta jej drżały, jakby się miała w głos rozpłakać niczym niemowlę.
- Proszę mi tego nie robić... - wykrztusiła. - Ja pańskiej śmierci nie zniosę.
- A kto mówi o umieraniu? - zapytał Józef, całkiem już dobrotliwie. Cała złość minęła mu w jednej chwili, bo rozpacz na twarzy dziewczyny więcej mówiła o jej uczuciu względem niego niż jakiekolwiek słowa czy obietnice. - Pójdę walczyć i wrócę, żebyś panna mogła wyjść za bohatera.
- Nie chcę bohatera... - zaznaczyła, spuszczając głowę, a łzy kapały jej gęsto na cienki materiał sukienki, mocząc go całkiem.
Józef przyklęknął przy niej i ujął jej twarz w obie dłonie.
- Cśśś, nie trzeba płakać - mówił łagodnie i miękko. - Nie trzeba. Damy łupnia bolszewikom, Polska pozostanie wolna, a nim się panna obejrzy, będziemy znów tu siedzieć razem, jako mąż i żona.
Gdy tylko wymówił te słowa, Bogna rozszlochała się na dobre i nijak nie szło jej uspokoić. Jej płacz zbudził Amelkę, która - przestraszona - sama zaczęła łkać.
- Bogno, co tobie? - zapytywała, lecz każde jej słowo wzbudzało jeszcze silniejszy szloch.
Józef miotał się bezradnie pomiędzy nimi, nie mogąc jednej ani drugiej uspokoić.
- Wracajmy - poprosiła drżącym głosem Bogna, gdy jej siostra poczerwieniała i zaczęła z trudem chwytać powietrze. - Nie powinniśmy byli w ogóle tu przyjeżdżać.
- To by niczego nie zmieniło - rzekł ciszej Józef. - Jutro pójdę...
- Boś pan uparty jak kozioł i nikogo nie chcesz słuchać! - zezłościła się Bogna. - Jeśli chcesz, idź pan sobie do ułanów. Albo dokądkolwiek chcesz.
Choć dzień wciąż był słoneczny, do Warszawy jechali w ponurym milczeniu, raz po raz przerywanym tylko ciężkimi westchnięciami Amelki.
Tego dnia Józef z Bogną nie mówili z sobą więcej. Pożegnali się chłodno, szybkim skinięciem głów, i rozeszli się każde w swoją stronę. Pan Józef wrócił do garsoniery i przeszukiwał szuflady w poszukiwaniu dokumentów niezbędnych do zaciągnięcia się, Bogna zaś rzuciła się w ubraniu na łóżko i płakała aż do zmierzchu, który - jak to w lipcu - nadszedł niezwykle późno. Amelka musiała odpowiadać na pytania zatroskanej reszty rodziny, choć jej wyjaśnienia na niewiele się zdały, bo przespawszy całą rozmowę, niedużo słyszała.
- Posprzeczali się chyba - tłumaczyła. - Jak się zbudziłam, Bogna płakała, a pan Józef wyglądał, jakby chciał sobie wyskubać wąsy, co do jednego, nie wiem tylko, czy ze złości, czy ze smutku.
- Potem nic nie mówili więcej? - dopytywała surowo Nawojka, jednocześnie nasłuchując łkań dochodzących z pokoju. Jej starsza siostra nigdy wcześniej się tak nie zachowywała. Nawet gdy jeszcze jako dziecko upadła gdzieś i stłukła sobie kolano, uroniła może kilka łez, po czym otarła buzię i choć krew spływała jej po nodze, bawiła się dalej. Nawojka nie znała dzielniejszej osoby, więc te obecne płacze wprawiały ją w dziwne zakłopotanie. - Zastanów się dobrze, może coś pominęłaś?
Amelka pokręciła głową.
- Nic, nic, na pewno - odparła i rzuciła matce spłoszone spojrzenie, szukając u niej ratunku.
- Dajże jej spokój - upomniała Nawojkę Ciszakowa. - Widzisz, że, niebożątko, miała dziś dość przeżyć. Od razu mówiłam, że wycieczka w taki upał nie jest dobrym pomysłem.
- Nic mama nie... - zaczęła Amelka, lecz czym prędzej umilkła.
- Pewnie burza będzie - ciągnęła Staszka. - A że się pokłócili, to i zdrowo. Kto to widział, żeby się wcale nie sprzeczać przed ślubem.
- Myśmy się nie sprzeczali - odezwał się nagle Maciej, który dotąd siedział na ławie obok Michała i ćmiąc fajkę, przysłuchiwał się rozmowie.
- My to co innego. Inni byliśmy - ucięła Staszka. - I czasy inne. Teraz wojna i wszyscy nerwowi...
- Pan Józef chce iść na wojnę! - przypomniało się Amelce.
Przez chwilę wszyscy milczeli, a tykanie wiszącego nad kuchnią zegara z kukułką naraz stało się głośne, jakby ktoś walił w werble.
- Biedna Bogna... - szepnęła Nawojka współczująco, choć bacznie obserwowała twarz matki. Sama także chciała się zaciągnąć. Wywiedziała się już nawet co i jak. Jeśli nie wezmą jej na szkolenie dla sanitariuszek, pójdzie do Wydziału Pogotowia Wojennego i będzie dbała o zaopatrzenie walczących, a jeśli i tam jej nie zechcą, zapisze się choćby do Koła Chrzestnych Matek, prowadzących koszarowe stołówki i szpitale.
Doskonale rozumiała decyzję Józefa. Była pewna, że i on czuje to dziwne mrowienie, jakąś niecierpliwość, gdy spogląda, jak wszyscy wokół działają, robią coś dla wspólnej sprawy. W takich czasach w tym mieście trudno było pozostać biernym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki