Na lewo - Święta Góra Grabarka, na prawo - Mielnik. Dwa drogowskazy, które pamiętam z dzieciństwa, z czasów szkoły i studiów. A zatem wracam. Znowu. Skręcam w prawo. Stumetrowy odcinek wąskiej asfaltowej szosy prowadzi do ostrego zakrętu, przy którym stoi drewniana cerkiew. Prosta, obita ciemnobrązowymi deskami. Pokryta patyną, miedziana kopuła - cudowny kształt, który zawsze napawał mnie nadzieją. Kiedyś, kiedy wierzyłem, ale i później, kiedy przestałem. Kropla stopionego metalu, który spadł z nieba i zakrzepł w locie. Patrzę przed siebie na drogę, na pojawiającą się znienacka rzekę. Bug - ciemnobrunatne lustro. Jest koniec października, ale słońce rozświetla nadrzeczną skarpę. Widzę złotobrązowe pnie i rysujące się wyraziście w światłocieniu ciemnozielone, żółte i czerwonawe korony drzew. Trudno oderwać wzrok od tego widoku. Jadę wolno wzdłuż znanych mi dobrze dekoracji. Muszę przyznać, że fasada tego świata wygląda kusząco. Zwłaszcza kiedy pojawia się sosna. Rośnie po prawej stronie. Lekko pochylona, rozpościera swoją koronę ponad szosą na wysokości kilkunastu metrów. Najdłuższe gałęzie opadają łukiem nad poboczem po lewej stronie. Ma ponad sto lat. Mijając ją, zawsze myślę o tym, ile przypadków, zawirowań losu, odmian pogody, zwierzęcych kaprysów i ludzkich zaniechań sprawiło, że ta jedna jedyna siewka przetrwała i zdołała przeżyć z dala od lasu, by stać się w końcu pomnikiem przyrody. Potem mijam Mielnik: cerkiew i cmentarz, na którym leżą moi dziadkowie ze strony ojca, Górę Zamkową bez zamku, ukryty wśród klonów kościół, w końcu stare, nieczynne już kino Górnik. Dalej szosa znów zbliża się do Bugu i, trzymając się rzeki jak drugiego, bliźniaczego pasma szosy, przejeżdżam siedem kilometrów. Pojawia się zielona tablica z napisem "Ukazy". Tuż za nią odbijam w prawo, przejeżdżam pięćdziesiąt metrów, w oddali, w prześwicie między drzewami, widzę wzgórze, na którym rozsiadł się stylizowany dworek naszego sołtysa, potem mijam zadbane, odnowione domy Tokarczuków i Misiejuków, ruinę Rudzkiego, skręcam przy niewielkim, ale zadbanym domu Aleksiejuków, przejeżdżam obok dwóch budynków wykupionych przez warszawiaków, aż miga mi po lewej pokryty eternitem dach chatki Koteckiego, i w końcu zatrzymuję samochód przed rodzinnym domem.
Pielęgniarka z Domowego Hospicjum pod wezwaniem Świętego Łukasza w Mielniku, Anna Kowalczuk, miała trochę ponad czterdziestkę, długie czarne włosy spięte w kok i ciemnobrązowe oczy, które patrzyły na mnie z sympatią i powagą, wymieszanymi w takich proporcjach, że od razu poczułem się raźniej.
- Myślę, że da pan radę - powiedziała, pakując swoje pielęgniarskie gadżety do skórzanej torby. - Nie pierwszy raz jestem u kogoś, kto samodzielnie opiekuje się rodzicem po wylewie. To naprawdę nie jest takie straszne. Najważniejsze, że jest pan silny, że ma pan pampersy i porządne łóżko rehabilitacyjne. Kiedyś o takich rzeczach ludzie nie słyszeli, a i tak sobie radzili. Moja kuzynka przez pięć lat zajmowała się matką... Ma pan problemy z kręgosłupem?
- Nie. - Pokręciłem głową. - W każdym razie nic poważnego.
- Proszę uważać na plecy, bo to wysiada ludziom najczęściej. Pokażę panu, jak się schylać i podnosić ojca, żeby kręgosłup jak najmniej ucierpiał. - Zamarkowała chwyt na nieistniejącym pacjencie i pewnie uniosła trzymane w rękach powietrze. - Wszystko polega na tym, żeby trzymać plecy w pionie, nie można ich wyginać, widzi pan? W ten sposób. Jeśli pan się będzie schylał i wyginał plecy, kręgosłup nie wytrzyma. Ciężar musi się rozłożyć na wszystkie kręgi, by nie nadwyrężać wyłącznie tych kilku w odcinku lędźwiowym, jasne?
Potaknąłem głową.
- Poza tym ma pan mnie i doktora Leśniewskiego. Tak jak się umawialiśmy, będę was odwiedzała dwa razy w tygodniu, chyba że mi coś wypadnie. Doktor raz na tydzień lub dwa tygodnie, jeśli nic się nie będzie działo...
- A co może się dziać?
- Proszę porozmawiać o tym z doktorem. Przyjedzie pojutrze. Z własnego doświadczenia mogę panu powiedzieć, że najgorsze to brak chęci do życia. Depresja. Może też mieć napady gniewu. Ale ma pan tabletki, jakby co... Dobrze, że ma pana. Syn, ktoś bliski, to naprawdę wielkie wsparcie.
Uśmiechnęła się, podała mi dłoń na pożegnanie i wyszła. Odprowadziłem ją do bramki i patrzyłem, jak wsiada do swojej skody i odjeżdża. Syn, ktoś bliski, pomyślałem. Czy jestem kimś bliskim? Czy więzy krwi zawsze wystarczają, żeby stać się bliskim? Dopiero teraz naszły mnie wątpliwości. Chciałem zadzwonić do Danki i powiedzieć jej, że byłem durniem. Nie dam rady! Tydzień, dwa - może. Na pewno nie dłużej. To był idiotyczny pomysł.
Jednak nie sięgnąłem po telefon. Zamiast tego usiadłem i zacząłem obierać ziemniaki do kalafiorowej, ulubionej zupy ojca.
Pukanie do drzwi. Wstaję od laptopa. Idę do sieni i otwieram drzwi, za którymi stoi niska, krępa kobieta ubrana w brązowy dres. Na głowie ma beret, spod którego wyglądają siwiejące loki. Patrzy na mnie ukrytymi wśród zmarszczek i kurzych łapek zaczerwienionymi oczami.
- Dobry - mówi pani Aleksiejuk.
- Dzień dobry. - Patrzę na wielki koszyk z jabłkami przed progiem. - Co mi pani znów przyniosła?
Pani Nina Aleksiejuk. Kiedyś przyjaźniła się z moją matką. Jest... Była od niej o niemal dziesięć lat młodsza, ale chyba im to nie przeszkadzało. Pamiętam panią Ninę przy naszym stole. Najpierw samą, potem z mężem. Imieniny, najczęściej świętowało się wtedy imieniny. A potem, kiedy wszystko się posypało, przyjaciółka zniknęła. Nie wiem czemu, ale mama odcięła się od niej. Zresztą przestała się spotykać z kimkolwiek. Nie było więc pani Niny aż do czasu, kiedy przyjechałem zająć się ojcem. Odwiedziła mnie już drugiego dnia. Najpierw przyniosła zupę, smaczną grochówkę, taką z boczkiem i wszystkim innym. Potem było jakieś ciasto, chyba biszkopt przekładany dżemem malinowym. Kiedy obrodziły pomidory, zaczęła mi przynosić po dwa, trzy dziennie. Potem była fasolka szparagowa, buraki, szpinak.
- Jabłonka w tym roku aż ugina się od jabłek. - Wskazuje niemal z wyrzutem na kosz. - To ci narwałam.
- Dziękuję. Bardzo lubię jabłka. Co to za odmiana?
- A kosztela. Już prawie nigdzie takich nie ma. Stara ta jabłonka, ale w tym roku obrodziła jak nigdy.
- Pamiętam kosztele, pani Nino. Pamiętam - to te bardzo słodkie, soczyste jabłka.
- Słodkie, a jakże!
- Bardzo dziękuję, naprawdę... Może pani wejdzie i napije się herbaty? - pytam, choć wiem, co mi za chwilę odpowie.
- A gdzie tam... Muszę lecieć. Tyle roboty... Stefan, mój najstarszy, przyjeżdża za parę dni. Z Belgii. - Macha ręką, jakby chciała pokazać, że i tak z niczym się nie wyrobi. - A w obejściu wszystko w porządku? Znaczy z domem...
- Tak. Chyba tak. Dach w kurniku mi trochę przecieka, ale to...
- Mirek przyjdzie i rzuci okiem.
- Nie trzeba, to naprawdę nic poważnego...
- Przyjdzie, przyjdzie. Niewiele ma do roboty. Do ojca twego czasem zaglądał, wcześniej, zanim... No wiesz. Pomagał, jak było trzeba. Węgiel mu czasem wrzucił do szopy. Drewna naciął.
- Tak, wiem, ale z tym kurnikiem to chyba sam sobie dam radę...
- Przyjdzie. Nie zawadzi.
- Dobrze, niech zajrzy. Na pewno z niego większy fachowiec niż ze mnie.
- No to ja już polecę - mówi pani Nina i już chce odejść, ale nagle zawraca i nieśmiało wskazuje na swój podarunek. - Tylko może te jabłka sobie w coś przesyp, bo koszyk to mi się przyda.