Skrajnie Mylne Sygnały - Federica Bosco

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Rzuć go w końcu!

- Bez dwóch zdań!

- Nie mogę, nie dam rady, nie umiem bez niego żyć! - jęczę skulona na krześle, z czołem opartym o krawędź kuchennego stołu i bezwładnie opuszczonymi ramionami.

Te kategoryczne żądania padają z ust dwóch moich przyjaciółek, które tak naprawdę serdecznie się nie znoszą, ale dziwnym trafem, gdy w grę wchodzi decydowanie o moim życiu, nagle stają się zdumiewająco jednogłośne.

Ale co one w ogóle o mnie wiedzą? Skąd mogą wiedzieć, jak ja się czuję?

- Zobacz, do jakiego stanu się doprowadziłaś!

To Laura, ciąża w wieku dziewiętnastu lat, ojciec dziecka nieobecny. Trochę naiwna, ale słodka, wyrozumiała i zawsze, we wszystkim i u wszystkich, doszukuje się pozytywów, nawet w kwestii swojego byłego, który właściwie zbiegł sprzed ołtarza.

- Nie powinnaś tego dłużej ciągnąć!

To akurat Marta, obecnie związana z byłym alkoholikiem (nie takim znowu byłym...). Cyniczna, bezkompromisowa, zawsze ma rację. W skrócie: jurorka z MasterChefa.

- Dlaczego? O co wam chodzi? Zabiłam kogoś czy co? Dlaczego sobie nie odpuścicie? Własnego życia nie macie? - burczę w stronę swoich kolan.

Te babskie wieczory robią się nieznośne.

Na początku wyglądało to całkiem jak z Plotkary1 - spotykałyśmy się u mnie, obalałyśmy kilka butelek prosecco, wymieniałyśmy się nowinami i gadałyśmy o dietach, reality show i tych głupich programach o pannach młodych, kolekcjonerach obsesyjnie gromadzących przedmioty i grubasach, ale od sześciu miesięcy Laura i Marta urządziły sobie tu strzelnicę ze mną w charakterze celu. Pewnie są zadowolone, że znalazły sposób, by zapomnieć o swoim beznadziejnym życiu...

- Czytałam w gazecie, że kobiety nieszczęśliwe w związku są bardziej narażone na osteoporozę - obwieszcza Laura.

- Osteoporozę? - powtarzam bezradnie, podnosząc głowę znad stołu.

- A może chodziło o cholesterol...?

- Moja znajoma czekała dziewięć lat, aż on się rozwiedzie. Zorganizowali przyjęcie w zamku w Toskanii, suknia ślubna była dokładnie taka, jaką miała Kate Middleton, pierścionek z diamentem wielkości orzecha pekanowego, i teraz uwaga, miesiąc miodowy na Malediwach, mucha nie siada, wersja de luxe!

- No i co? - pyta Laura z nadzieją.

- Umarł w przeddzień ślubu.

- Przestaniecie wreszcie? To i tak na mnie nie działa - protestuję.

- Martwimy się o ciebie, masz początki depresji, nie jesz, nie śpisz, płaczesz i nie odklejasz się od telefonu, jakby to była butla tlenowa. Przekonasz się, że on ci zniszczy życie.

- Laura, on ma tylko żonę, nie jest terrorystą!

- Na jedno wychodzi.

No właśnie, chyba mówiłam: mam niecny romans z żonatym facetem.

Znaczenia słowa "niecny": nikczemny, haniebny, nieprzyzwoity i obłudny - przymiotniki, które idealnie pasują do związków Brooke Logan z Mody na sukces. A przecież ze wszystkimi swoimi lubymi brała ślub i miała dzieci!

- Nic na to nie poradzę, że nie wyobrażam sobie życia bez niego! Przyjmijcie to łaskawie do wiadomości!

- Wcale nie jest trudno przestać się widywać z kimś, kogo prawie nie widujesz. Jesteś w związku z jego telefonem, a nie z nim - zauważa Marta. - A przy tym jacy wyście staromodni, nawet WhatsAppa nie używacie!

- On ma starą nokię, nie jest typem smartfonowca. Jakoś się dostosowałam. - Wzruszam ramionami.

- Masz chociaż korzystny abonament? W razie czego mogę coś podpowiedzieć, mamy teraz świetne promoc...

- Za kogo wy się uważacie? - prycham. - Stare wyjadaczki! A może wam moja matka zapłaciła, żebyście tu przylazły i mnie torturowały, co?

- Nie, jak przyszłyśmy, to już jej nie było.

- Chyba się nie zrozumiałyśmy - mówię powoli, jakbym rozmawiała z dziewczynkami z trzeciej klasy podstawówki. - Kiedy jestem z nim, czuję się tak, jak nigdy wcześniej się nie czułam. Czuję, że żyję. On traktuje mnie jak księżniczkę; kiedy jesteśmy razem, cały świat przestaje istnieć, to prawdziwa magia, a poza tym... - Specjalnie robię pauzę dla większego efektu. - A poza tym... on mnie kocha - oznajmiam, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem.

- Tak, ale w tej chwili on jest w łóżku ze swoją żoną. Zdajesz sobie z tego sprawę? - upiera się Marta.

- Spokojnie... - wtrąca Laura. Pewnie włączył jej się instynkt macierzyński. - Tak Bri nie pomożesz.

- A właśnie że to jedyny sposób, żeby jej wybić go z głowy - odpowiada poirytowana Marta. - Nie widzisz, że zachowuje się jak kobieta na haju? Nie rozumiesz, że nie ma żadnej różnicy między tym, co czuje, a narkomanką na głodzie?

- Czy na przykład alkoholikiem...

- Wiesz, Laura, świnia z ciebie, ktoś ci to kiedyś powiedział? - odcina się Marta. - Dobrze się bawisz, powtarzając to przy każdej okazji?

- Powiedziałam tylko "alkoholik". O co się wściekasz? Mam prosić o specjalne pozwolenie? Może to ty jesteś przewrażliwiona?

- Ja przynajmniej mam faceta.

- Nawet lepiej, masz faceta-gąbkę! - rechocze Laura.

- Wybaczcie, że przerywam ten finał mistrzów wagi ciężkiej - mówię. - Nie tylko mi nie pomagacie, ale sprawiacie, że mam ochotę zejść na dół do budy z chińskim żarciem i poszukać sobie nowych przyjaciółek.

- Coś ty, Bri... - Laura z krzepiącym uśmiechem ujmuje moją twarz w dłonie. - Znajdziemy jakieś rozwiązanie.

- Niby jakie? - wcina się Marta. - Wrzucimy ogłoszenie na Facebooka, że szukamy płatnego zabójcy, który pozbędzie się jego żony?

- Dobra, dziewczyny, sarkazm stop na minutę! - Błagalnie składam ręce. - Chodzi o to, że nie mogę żyć ani z nim, ani bez niego. Co mam zrobić? Potraficie mi to jakoś wytłumaczyć?

- Była taka piosenka U2... Jak ona leciała? - zastanawia się Laura, ze swoją zwykłą prostodusznością.

- Powiedziała stop na minutę! - wrzeszczy Marta i szturcha ją łokciem. - A tak w ogóle to było With Or Without You.

Marszczę brwi i po kilku sekundach łzy spływają mi po policzkach. Niespodziewanie się rozklejam i cała się trzęsę.

Marta i Laura błyskawicznie wymieniają spojrzenia i równocześnie rzucają się na pomoc. Tulą mnie i ocierają mi łzy.

- No już dobrze, kochana... Kto by pomyślał, że miłość ma takie skutki... Nic się nie da z tym zrobić, mężczyźni nie cierpią tak jak my, nie potrafią się tak zaangażować - mruczy Laura, gładząc mnie po włosach.

- Oni są na niższym poziomie rozwoju! - wtóruje jej Marta, ten jeden, jedyny raz przytakując Laurze. - I dlatego trzeba traktować ich z pogardą, ignorować, deptać, poniżać, gnębić, nękać, likwid...

- Okej, chyba do niej dotarło... - ucina Laura i zabiera paczkę papierosów, którą Marta usiłuje zmiażdżyć w dłoni.

Znajome brzdęknięcie oznajmia mi, że właśnie dostałam esemesa.

Podskakuję na krześle jak oparzona i opędzam się od tych dwóch jak od natrętnych Cyganek. Pędzę do pokoju, gdzie czytam wiadomość:

Otulam twe serce ciepłem mych dłoni

I kołyszę je do snu, maleńka.

Żołądek podskakuje mi do gardła.

Przyjaciółki...

Według nich to nie miłość? Czym wobec tego jest miłość? Zadowolić się pierwszym lepszym, byle nie być sama, czy w nieskończoność wypatrywać kogoś, kto się do tej pory nie zjawił i być może nie zjawi się nigdy?

A Luca jest, po prostu. Może nie codziennie i nie zawsze, ale jest. Jest w moim sercu, jest w mojej głowie, w każdej rzeczy, którą robię, i w każdej osobie, którą spotykam, jest częścią mnie samej. Czy naprawdę nie potrafią tego zrozumieć?

Na pewno mi zazdroszczą.

Wracam do nich, spokojna i wyluzowana, jak gdyby nigdy nic, i siadam z szerokim uśmiechem.

- Aż światło bije ci z oczu. Napisał? - pyta Laura podejrzliwie.

- Czekaj, niech zgadnę... - prycha Marta. - Pewnie słodka wiadomość na dobranoc... Pomyślmy... - Zamyka oczy, szukając natchnienia. - Wiesz, że jesteś złodziejką? Twoje oczy to dwie gwiazdy skradzione z nieba! - syczy złośliwie i zapala papierosa.

Unoszę brew, by spojrzeć na nią z wyżyn mojego błogostanu, chrząkam i uroczyście odczytuję tekst wiadomości.

- Ale ja to zdanie już gdzieś widziałam! - komentuje Marta. - A, tak, na jakimś kapslu albo w ciastkach. Może to nawet cytat z Oscara Wilde'a.

Nie dam się...

- Nie, no jasne, powiedzmy to sobie wprost - przerywa Laura. - Luca jest bardzo romantyczny, ale nie da się zaprzeczyć, że no... tak jakby nie jest do końca wolny.

- I, wybacz, że się powtarzam, że w tej chwili leży w łóżku ze swoją żoną, która może na chwilę wyszła do łazienki, a on skorzystał z okazji i napisał ci esemesa - podsumowuje Marta.

- W porządku, w tym miejscu pragnę uznać nasze spotkanie za zakończone. Coś mi się zdaje, że minie sporo czasu, zanim znowu was zaproszę - oznajmiam, łapię ich torebki i ruszam w stronę drzwi.

Podnoszą się i wkładają płaszcze.

- Postaraj się tylko nie zrobić sobie krzywdy, dobrze, kluseczko? - mówi Laura i cmoka mnie w oba policzki.

- Każdy dzień z nim to dzień stracony. Rzuć go, rozumiesz? To trochę tak jak rzucanie palenia, zobaczysz.

- Albo jak rzucanie picia! - krzyczy Laura z dołu schodów.

- Ja ją kiedyś zamorduję - obiecuje Marta, przewracając oczami.

Panie i panowie, oto przed wami moje "najlepsze przyjaciółki" - określenie, które od zawsze zdawało mi się całkowicie sprzeczne. To jakby powiedzieć "lew wegetarianin" albo "rozkoszny morderca".

Zanim dwie kobiety w ogóle się zaprzyjaźnią i zdołają sobie nawzajem zaufać, muszą sprostać próbom, których nie powstydziliby się nawet w Igrzyskach śmierci, a ile je czeka, zanim staną się najlepszymi przyjaciółkami!

Poza tym o prawdziwych przyjaciółkach można mówić dopiero wtedy, gdy nic złego się nie dzieje, to one trzymają za ciebie kciuki, świętują z tobą twoje sukcesy i cieszą się z twoich osiągnięć... Powiedzmy sobie wprost: kiedy zaczynają się schody, wszyscy są chętni, żeby się nad tobą litować!

Laurę poznałam na studiach. Zrezygnowała na drugim roku, bo musiała zająć się synkiem. Martę poznałam wiele lat temu na wakacjach - zaplanowałam sobie nieprzyzwoicie romantyczny tydzień z moim ówczesnym narzeczonym, który zostawił mnie na dwa dni przed wyjazdem, bo mu się nagle wszystko zaczęło wydawać zbyt poważne, a tempo zbyt szybkie.

Po trzech latach go olśniło...

I później jeszcze dodał: "zaszczuty" i parę razy: "wątpliwości".

Pojechałam więc, sama, skołowana i w potężnym szoku, na zmianę płacząc i wymiotując podczas długiej przeprawy rozbujanym promem.

Beczałam dalej, kiedy mnie wieźli do hotelu, gdzie moją kulawą angielszczyzną tłumaczyłam, że wystarczy mi pokój z single bed, bo jestem single, a już tonęłam we łzach, oglądając te wszystkie cholernie idealne zachody słońca i wlewając w siebie litry przyprawiającej o mdłości retsiny2.

Marta też była sama, z tym że ona należy do tych, co uwielbiają spędzać wakacje w pojedynkę na czytaniu książek, zwiedzaniu okolicy i strzelaniu sobie selfie. Nigdy później nie miałam ochoty powtórzyć takiego urlopu, ale muszę przyznać, że pośród jej złośliwych żartów, niekończących się drinków i morderczego poparzenia słonecznego, przez które byłam zmuszona kąpać się w T-shircie przez cały tydzień, jakimś cudem udało mi się na chwilę zapomnieć o moim zbiegłym narzeczonym.

Ale tym razem Marta i jej sarkazm rodem z sitcomu nie dadzą rady nic wskórać.

Już raz to powiedziałam, ale chętnie powtórzę: Luca jest inny, czuję, że to mężczyzna mojego życia, a to, że spotkaliśmy się dopiero po jego ślubie, nie oznacza, że nie ma dla nas wspólnej przyszłości.

Świetlanej wspólnej przyszłości.

Życie polega na popełnianiu błędów i zaczynaniu wszystkiego od początku, taka jest naturalna kolej rzeczy i nic dziwnego, że w którymś momencie odkochujemy się i zakochujemy na nowo.

My zaczniemy od nowa, a ja mu w tym pomogę.

Krzątam się po kuchni i odpisuję na jego wiadomość:

Jesteś moim światłem, moją ostatnią myślą, zanim zamykam oczy, i pierwszą o świcie. Kocham cię. B.

W sumie nie powinnam wysyłać mu wieczorem esemesów - istnieje spore ryzyko, że jest z nim jego żona, ale po tym, co mi wcześniej napisał, nie umiem się powstrzymać.

Nie wyłączam telefonu przed snem, z cichą nadzieją, że mi odpisze. Na razie to jedyny sposób, by razem spędzić noc, chociaż wytężam słuch tak bardzo, że w końcu nie mogę zmrużyć oka.

Dobrze wiem, że to głupie i że moje przyjaciółki się o mnie martwią. Pewnie podobnie bym się zachowywała, gdyby to one spały z telefonem przy uchu - choćby przez to promieniowanie, które wypala dziury w mózgu, ale wiem, że tak musi być, że to tylko kwestia czasu, poza tym, to normalna cena za życie we współczesnym świecie.

Wreszcie zasypiam, ale i tak co chwilę się budzę, w przebłyskach świadomości myśląc o Luce.

Nie potrafię nad tym zapanować, no, może z wyjątkiem godzin spędzonych w pracy, chociaż i wtedy bywa ciężko.

Prawda jest taka, że strasznie za nim tęsknię, a widuję go tak rzadko, że nie pozostaje mi nic innego, jak uczepić się wspomnień tych rzadkich wspólnych chwil. Noce są najgorsze.

Tęsknię za jego skórą, jego zarostem, który łaskocze i drapie jednocześnie, za tym, jak na mnie patrzy, kiedy myśli, że nie widzę, jak nagle przyciąga mnie do siebie, gdy nikogo nie ma na ulicy, kiedy się ze mnie nabija, że zamawiam dwa cheeseburgery w McDonaldzie, jedynym miejscu, gdzie możemy zjeść razem kolację, bo jego żona jest wegetarianką i przynajmniej tam nie musimy się bać, że spotkamy ją albo jej ekologicznych przyjaciół.

O ile któregoś dnia nie postanowią urządzić pikiety przed wejściem.

Ale przede wszystkim tęsknię za naszą wspólną przyszłością - czułymi przezwiskami, które sobie nadamy, nawykami, które sprawią, że będziemy czuli się jak w domu, porozumiewawczymi spojrzeniami, ulubioną stroną łóżka, brunchami w niedzielę rano i wszystkimi drobnymi elementami, z których zbudujemy nasze życie.

Powiedzmy to wprost, istnieje tysiąc powodów, dla których jestem w nim zakochana, i powstanie kolejnych tysiąc, kiedy wreszcie zamieszkamy razem.

Na przykład uwielbiam jego głos.

Ciepły, czuły, sam jego dźwięk sprawia, że przenoszę się w inną rzeczywistość, jak na latającym dywanie.

Kiedy po raz pierwszy zadzwonił do naszego biura i poprosił mojego szefa do telefonu, kolana mi zmiękły.

Zdawało mi się, że po drugiej stronie kabla mówi do mnie George Clooney (albo Barry White...).

Zrobiłam się czerwona jak burak i zaczęłam się jąkać. Nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło.

On był raczej szorstki, pamiętam, jakby to było wczoraj, powiedział coś w stylu: "Daj mi Borchiego do telefonu!", w tak władczy i pewny siebie sposób, że mnie ciarki przeszły.

Od razu poczułam to przyciąganie, chociaż nie miałam bladego pojęcia, jak może wyglądać.

Chyba tylko my, kobiety, potrafimy kręcić sobie w głowie takie sceny, nie wiedząc nawet, z kim mamy do czynienia. Wszystko dlatego, że tylko my jesteśmy w stanie fruwać na skrzydłach fantazji, sięgać dalej, wyobrażać sobie nieznane światy i horyzonty. Nie wyrabiamy sobie opinii na widok pary cycków czy krótkiej spódniczki.

Gdyby tak było, trzy czwarte męskiej populacji miałoby status singla.

A później Luca wpadł do nas do biura, a ja o mały włos nie dostałam zawału.

Był uosobieniem tego ciepłego, charyzmatycznego głosu: wysoki czterdziestolatek, bezpośredni w obyciu, ubrany w sweter i parę dżinsów. I te oczy, czarne i błyszczące...

Zamieniliśmy może dwa słowa, a ja już widziałam siebie w sukni ślubnej.

I miałam rację, że zaufałam swojemu instynktowi, bo od tamtej chwili wydzwaniał do mnie pod byle pretekstem, aż w końcu z niezachwianą pewnością oznajmił, że zaprasza mnie na kolację.

No i tak się zaczęło, od numerów NIP i PESEL, przez upodobania muzyczne i kinowe, restauracje... Wreszcie się zgodziłam.

Spędziliśmy cudowny wieczór, zaśmiewając się jak dwójka nastolatków na pierwszej randce, a kiedy odprowadził mnie pod drzwi mojego domu, pocałował tak, że przeszło to moje najśmielsze wyobrażenia...

Ciepły, pełen pasji pocałunek, w którym można się zatracić. Taki sam jak jego głos.

Od tamtego wieczoru minęło sześć miesięcy.

Sześć miesięcy wypełnione słowami, romantycznymi telefonami i całą lawiną esemesów.

Tak, trochę w tym prawdy, że bardziej niż z nim jestem w związku z jego komórką, ale dzięki Bogu ktoś wymyślił telefony - gdyby moje szczęście miało zależeć od listonoszy, tobym dopiero miała pecha...

Był ze mną szczery i od razu powiedział mi o swojej żonie.

Okej, nigdy wcześniej nie zdarzyła mi się taka sytuacja, i nie napawa mnie to jakąś szczególną dumą, ale przecież każdego dnia miliardy par rozstają się, by wejść w nowe związki, i dlatego nie wydaje mi się to aż tak przerażające.

Nie jestem naiwną idiotką, za jaką uważają mnie Laura i Marta - zresztą, powtórzę, to ostatnie osoby, które mogą prawić mi kazania. Jestem tylko zakochaną dziewczyną, która czeka na swoją kolej.

Może nie najszczęśliwsza to rola, ale innej nie mam.

Całuję jego zdjęcie na ekranie telefonu i przyciskam do serca, wyobrażając sobie, że Luca leży tuż obok mnie. I wreszcie udaje mi się zasnąć.

1 Gossip Girl, amerykański serial młodzieżowy (2007-2012).

2 Retsina - słodkie greckie wino aromatyzowane.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI