Przyjaciele Michaela Seeda
Martina Cole, pisarka
Znam Michaela od ładnych paru lat i nigdy nie przestaje mnie zadziwiać. Mój syn Chris również się z nim przyjaźni i wielokrotnie spotykaliśmy się we trójkę w naszych ulubionych restauracjach w Soho, gdzie jedliśmy, piliśmy i dzieliliśmy się anegdotami.
Michael jest dobrym przyjacielem w potrzebie i świetnym słuchaczem. Jego empatia i obiektywizm zawstydziłyby większość ludzi.
Jest także cudownym kapłanem i znakomitym towarzyszem. Moja mama mawiała, że rozśmieszyłby nawet kota. Ma doskonałe poczucie humoru, które sprawia, że potrafi opowiadać swoją historię po ludzku - czego brakuje w tak wielu innych biografiach pełnych tragicznych zdarzeń.
Jego miłość do matki oraz wiara, że gdzieś kiedyś los w końcu się odmieni, a wszelkie traumy da się przezwyciężyć, wzbudziły we mnie nową chęć do życia i walki z trudnościami.
Po pierwszą wersję książki sięgnęłam nie bez trwogi - opowiada przecież o przerażających wydarzeniach z życia Michaela, o których w rozmowach tylko wspominał.
Przez pół nocy czytałam jak zahipnotyzowana, czując głównie głęboki żal i jeszcze głębszy smutek, że osoby, które powinny go kochać, wychowywać i otaczać opieką, tak bardzo go skrzywdziły.
Dominującym uczuciem był jednak pełen podziw dla człowieka, który przetrwał tak trudne dzieciństwo. Zamiast litować się nad sobą, pokonał traumę do tego stopnia, że teraz pomaga innym. Michael ma wgląd w siebie i wykorzystuje swoje doświadczenia, by zrozumieć krzywdę drugiego człowieka.
Nie jest to łatwa lektura, ale ma w sobie coś, czego często brakuje w innych biografiach opisujących ludzką tragedię: nie znajdziemy tu użalania się nad sobą ani pytań "Dlaczego ja?".
Wydaje się, że Michael zaakceptował wszystko, co go spotkało, i potraktował to jako część większego planu.
Przeczytaj tę książkę i uroń łzę, mając świadomość, że każde słowo jest prawdziwe. Spodziewaj się, że podobnie jak ja poczujesz więź z tym smutnym dzieckiem, które w głębi serca wiedziało, że czeka je coś lepszego, i które w końcu to odnalazło, powierzając się Sile Wyższej i poświęcając swoje życie bardziej pokrzywdzonym.
Michael to uroczy człowiek i cudowny przyjaciel. Stanowi uosobienie dobroci, a swą łagodnością wydobywa z ludzi wszystko, co najlepsze.
Mam nadzieję, że historia Michaela odmieni i twoje życie. Bo bez względu na to, co mu się przytrafia, znajduje sposób, by przezwyciężyć przeciwności i wyprowadzić z nich dobro. Wszyscy prędzej czy później mierzymy się z trudnościami.
Lord Jeffrey Archer, polityk
Ojciec Michael Seed to rzadki, niesamowity przypadek człowieka, którego historia życia jest o wiele bardziej nieprawdopodobna niż fabuła największego bestselleru.
Michael obraca się zarówno wśród wysoko postawionych polityków, jak i zwykłych ludzi. Wszystkich obdarza życzliwością, ciepłem i mądrością, czym zyskał sobie tak wielu przyjaciół z różnych kręgów.
Jego historia inspiruje nas wszystkich, a szczególnie każdego, kto czuje, że los nie był dla niego łaskawy. Michael pokonał bowiem przeszkody, które rozłożyłyby na łopatki zaprawionego w bojach żołnierza, a co dopiero zwykłego śmiertelnika.
Jednak przez słowa tej książki prześwieca przede wszystkim wiara Michaela, która utrzymywała go przy życiu w obliczu tak wielu trudności. Jego historia pochłonie cię bez reszty i pozostawi z pytaniem, co jeszcze ma w zanadrzu ten człowiek, do którego najlepiej pasuje określenie "dobry Samarytanin".
Ann Widdecombe, polityczka
Ojciec Michael Seed nawrócił mnie na katolicyzm i przyjął na łono Kościoła pośród wrzawy medialnej, która zamieniła zwykle cichą, dostojną Katedrę Westminsterską w istny dom wariatów. Po tym wydarzeniu ani jego, ani moje życie nie było już takie samo.
W ciągu dwudziestu lat od naszego pierwszego spotkania dobrze go poznałam, nie tylko jako kapłana, lecz także jako przyjaciela. Jest dowcipnym, życzliwym i bardzo oddanym zakonnikiem, ale od czasu do czasu wspomina swoje przykre przeżycia, a ci, którzy go znają, wiedzą, że jego dzieciństwo zostało naznaczone piętnem samobójstwa. Jednak nic nie mogło mnie przygotować na całą jego historię. To skandal, że tylu dorosłych przeszło obok, patrząc, jak niewinne dziecko pada ofiarą prześladowców i zboczeńców.
To prawdziwy cud, że Michael wyrósł na mądrego, wrażliwego, dobrego i rozsądnego człowieka. Wszyscy powinniśmy dziękować Bogu, że uwolnił go z piekła i dał mu nowe życie. Przeczytaj i pomyśl...
Rozdział pierwszy
Nie pamiętam czasów, gdy rodzice się nie kłócili, a tata nas nie bił. Awantury i ból były nieodłączną częścią naszego życia i sądziłem, że w rodzinie to normalne. Tata krzyczał i wyżywał się na nas, więc zawsze wygrywał. Czasami mama coś mu odpyskowała, ale najczęściej stała bez ruchu, jakby w transie, i nawet się nie odzywała.
Od zawsze uderzał mnie otwartą dłonią po nogach, pośladkach i rękach, czasami w policzek. Mamę tak samo. Ale zdarzało się, że dostawała pięścią w twarz. Miała rozciętą wargę lub podbite oko i krzyczała głośniej niż zwykle. Potem przywieraliśmy z mamą do siebie i kuliliśmy się na podłodze za kanapą. Ona szlochała, a ja zaciskałem zęby z postanowieniem, że nie będę beksą. Czekaliśmy, aż tata wyjdzie z domu lub położy się spać.
Wtedy mama wdrapywała się na kanapę i zasypiała. To było miejsce przeznaczone dla mnie, ale w takie noce brałem poduszkę i stary, niebiesko-biały kocyk, który zrobiła mi na szydełku babunia, i kładłem się na podłodze w kącie. Czasami mama zdążyła już przykryć się moim kocem, więc zwijałem się na jednym z foteli, próbując się ogrzać. Niestety wszystkie były obite lśniącym, zimnym czarnym skajem i niezbyt wygodne.
Nie mieliśmy centralnego ogrzewania, lecz jedynie szeroki, głęboki piec z dwoma żeliwnymi, nieużywanymi piekarnikami. Rodzice nie rozpalali w nim na noc - nawet w środku zimy - więc czasami marzłem. Często trząsłem się całą noc, a rano okno od środka pokrywał szron, który powoli topniał, gdy salon się nagrzewał. Jeśli tylko mama pamiętała, żeby rozpalić w piecu i dorzucić węgla. W takie dni czekałem, aż zejdzie na dół, po czym odzyskiwałem koc i owijałem się nim na fotelu.
Wówczas niewiele rozmyślałem nad przyczyną tej przemocy i niedoli - o wiele bardziej przejmowałem się realnym cierpieniem, które mnie dotykało - ale po latach udało mi się poskładać historię rodziców w całość.
Moja matka miała na imię Lillian i jako nastolatka była uważana za najpiękniejszą dziewczynę w okolicy. Mieszkała na osiedlu komunalnym w Boltonie, a jej rodzice należeli do Armii Zbawienia i przygotowywali ją do działalności w szeregach organizacji. Moja babunia, Mary Ramsden, znana jako Polly, powiedziała mi, że mama zakochała się w Haroldzie - młodym oficerze Armii Zbawienia, który później stał się jednym z najważniejszych działaczy tego ruchu. Babunia chciała, żeby Harold został jej zięciem, i miała nadzieję, że mama weźmie z nim ślub.
Jednak w czasie wojny Lillian poznała Joe, nawigatora lotniczego Królewskich Sił Powietrznych, i zakochała się w nim. Joe, który miał zostać moim ojcem, należał do Kościoła rzymskokatolickiego, a jego rodzice byli zamożnymi mieszkańcami Liverpoolu.
Właśnie wtedy, jak później powiedziała mi babcia Ramsden, zaczęły się problemy. Rodzice Joe uważali, że syn popełnia mezalians, i chociaż moja mama przeszła na katolicyzm, stanowczo sprzeciwiali się temu małżeństwu. Matka mojego taty, Florence, zagroziła nawet, że jeśli dojdzie do ślubu, popełni samobójstwo.
Ale moi rodzice się pobrali, a Florence, czego później bardzo żałowałem, nie spełniła swojej obietnicy. Ślub odbył się w Boltonie w 1942 roku. Jeśli wierzyć plotkom krążącym w rodzinie, Ramsdenowie i Seedowie nie zamienili ze sobą słowa - ani tego dnia, ani nigdy.
Dwadzieścia lat później cały ten jad i widmo porażki, które od początku towarzyszyły małżeństwu moich rodziców, spotęgowały się i rozdzierały naszą rodzinę od środka.
Nawet gdybym zrozumiał przyczynę konfliktu - a nigdy do końca nie wiedziałem, na czym dokładnie polegał - nie potrafiłbym zapobiec jego konsekwencjom. Miałem tylko cztery lata, nie umiałem się bronić ani odpłacić tym samym. Mama zazwyczaj wydawała się mnie nie zauważać, a dla taty byłem tylko "nierobem", "draniem", "bezużytecznym bachorem" i "zawalidrogą". Byłem, jak często mawiał, "dzieckiem niczyim". I ja mu wierzyłem. Dorastałem w przekonaniu, że jestem zły i głupi, ale sądziłem też, że nasza rodzina niczym nie różni się od innych. Myślałem, że wszystkie dzieci i ich mamy są traktowane tak samo.
Mieszkaliśmy w małym piętrowym szeregowcu pod numerem 447, na końcu długiego rzędu identycznych ceglanych domków z poczerniałymi od dymu elewacjami i dachami pokrytymi ciemnym łupkiem. Wychodziło się z niego bezpośrednio na szeroki chodnik, a po drugiej stronie ruchliwej Ashton Old Road również ciągnął się szpaler dokładnie takich samych budynków.
Wówczas nie zdawałem sobie sprawy, że mieszkamy w samym centrum najuboższej dzielnicy Manchesteru. Na tyłach szeregowców znajdowały się ogródki i wąskie alejki, które oddzielały je od kolejnego rzędu identycznych domów. W garażach mieściły się warsztaty samochodowe i inne punkty naprawy.
W niektórych rzędach domów zdarzały się wyrwy, ponieważ część budynków została zbombardowana przez Niemców w czasie wojny. Władze miasta zapełniły puste miejsca billboardami reklamującymi takie produkty jak Oxo czy Persil. Nikt nie opracował planów odbudowy, gdyż cały ten śmietnik przeznaczono do rozbiórki i zagospodarowania na nowo.
W porównaniu z naszą dzielnicą Coronation Street wydawała się prestiżowa. U nas zawsze kręciło się mnóstwo ludzi, a wiele rodzin wychowywało trójkę, czwórkę albo nawet więcej dzieci. Myślałem, że tylko ja jestem jedynakiem.
Na parterach innych domów mieściły się pokoje, ale moja mama przerobiła go na sklep i sprzedawała w nim słodycze, papierosy, napoje gazowane oraz kanapki. Większość sąsiadek wpadała tam na zakupy i plotki.
Moja matka była piękna i lubiana przez otoczenie. Wydawało się, że jedynym człowiekiem niedarzącym jej sympatią - poza teściową, która jej nienawidziła - był mój ojciec. Zawsze się dziwiłem, dlaczego postanowili być razem, skoro ewidentnie się nie dogadywali.
Mieszkaliśmy na piętrze. Po przeciwległych stronach znajdowały się duży salon i sypialnia, a pośrodku - maleńka kuchnia i toaleta. Nie mieliśmy łazienki. Ja i mama raz w tygodniu kąpaliśmy się w ocynkowanej balii przy piecu, a tata twierdził, że bierze prysznic w pracy.
W domu bez przerwy czuło się stęchliznę. Na poplamionych płytkach leżały trzy tanie, zakurzone, maszynowo tkane dywaniki. Biała tapeta, pokryta brudem i zaciekami, miejscami odchodziła od ścian.
Na podłodze w niewielkiej kuchni leżało brązowe linoleum. W okolicy zlewu widniały przetarcia i pęknięcia. Nikt nigdy porządnie nie posprzątał, a okna mył tylko deszcz. Mama rzadko zamiatała, ale sama dbała o higienę - codziennie myła się nad zlewem.
Mieszkaliśmy w slumsach i żyliśmy w fatalnych warunkach, ale nie zdawałem sobie sprawy, że jesteśmy biedni. Dom był urządzony skromnie. W salonie mieliśmy tylko kanapę i dwa fotele obite lśniącym czarnym skajem - miejscami wytartym i niedbale sklejonym taśmą - mały stół, trzy krzesła i radio. Kiedy kończyłem pięć lat, tata kupił używany dwunastocalowy czarno-biały telewizor.
Nie siadaliśmy razem do stołu. Czasami jadałem w salonie, ale nie przypominam sobie, żebyśmy spożywali posiłek wspólnie. Matka właściwie nigdy nie szykowała nic specjalnie dla mnie. Czasami w kuchni znajdowałem płatki śniadaniowe i schodziłem do sklepu po mleko. Raz zdarzało się świeże, a raz ciepłe i niezbyt smaczne.
Pewnego dnia, gdy miałem cztery latka, zszedłem na dół i wziąłem butelkę mleka, które okazało się kompletnie zsiadłe. Bardzo się wtedy pochorowałem i od tamtej pory nie piję mleka, chyba że do herbaty lub kawy, ale nigdy osobno. Jednak szybko zrozumiałem, że nie ma sensu się skarżyć. Nie dlatego, że mamie nie zależało. Chyba po prostu nie zauważała mojej obecności. Najczęściej czułem się niewidzialny. Miała otwarte oczy, ale wydawała się mnie nie dostrzegać ani nie słyszeć.
Z plotek zasłyszanych od sąsiadów dowiedziałem się, że mama cierpi na coś zwanego "depresją" i bierze dużo silnych leków - "antydepresantów" i "środków uspokajających". Czuła się po nich nieswojo i bywały długie okresy, gdy wydawała się nieobecna.
Kiedy tak się zdarzało, tłumaczyłem sobie, że mama jest wyłączona. Nie działa, jak należy. Wiedziałem, że nie ma co zasypywać jej pytaniami, bo albo nie zareaguje wcale, albo udzieli mętnej, zwykle kompletnie bezsensownej odpowiedzi.
Czasami wydawało mi się, że mamy w domu piękną, dużą, chodzącą lalkę. Kręciła się w kółko, ale nie dało się z nią porozmawiać.
Kiedy miałem jakieś cztery lata, przestałem narzekać, że nie ma nic do jedzenia, bo wtedy zazwyczaj słabym gestem wskazywała sklep - o ile w ogóle mnie zauważała.
W kuchni od czasu do czasu pojawiało się nowe pudełko płatków śniadaniowych. Po tym wnosiłem, że była na zakupach, ale nie robiła ich regularnie. Zdarzało się, że całymi tygodniami nie przynosiła mi na górę nic do jedzenia. Na śniadanie - i obiad - najczęściej jadłem banana lub jabłko.
Mama nigdy nie gotowała też dla taty - co stanowiło przedmiot wielu kłótni. Znacznie później dowiedziałem się, że w pierwszych latach małżeństwa, gdy faza zakochania jeszcze nie minęła, podawała mu posiłki jak na tradycyjną żonę przystało. Jednak piętnaście lat przemocowej relacji - której konsekwencją był rozwój poważnej depresji klinicznej - wszystko zmieniło. Odkąd pamiętam, mama w ogóle dla niego nie gotowała.
W porze lunchu obowiązywał stały schemat - schodziłem do sklepu i dostawałem kanapkę. Mama przygotowywała je z najtańszego chleba i sprzedawała lokalnym robotnikom. Zanim poszedłem do szkoły, moja dieta składała się głównie z kanapek z serem i piklami lub z szynką i pomidorem, a także z resztek owoców.
Nabrałem obrzydzenia do sera i szynki, ale zmuszałem się do jedzenia, żeby nie chodzić spać głodnym. Wiedziałem, że w ciągu dnia raczej nie dostanę niczego pożywniejszego. Aż nadto zdawałem sobie sprawę, jak trudno jest zasnąć z burczącym, pustym brzuchem.
Na szczęście w okolicy nie brakowało życzliwych sąsiadów. Większość z nich na pewno zauważyła, że moja mama nie przywiązuje należytej wagi do żywienia rodziny. Im nie wiodło się lepiej - większość domów była równie skromnie urządzona, a dorośli mieli więcej gęb do wykarmienia - ale mamy dzieciaków, z którymi przychodziłem się pobawić, zawsze znalazły dla mnie jakiś smakołyk. Zwykle mogłem liczyć na bułkę z dżemem, kawałek domowego ciasta albo inny dodatek do mojej skromnej diety. Mówiły: "Masz, kochanie, wsuwaj", często głaszcząc mnie po głowie lub dodając: "biedna kruszynko" lub "biedny dzieciaczku".
Nie rozumiałem, dlaczego nazywają mnie "biednym", ale z wdzięcznością przyjmowałem jedzenie i spontaniczne wyrazy czułości. Lubiłem być przytulany. Nie zaznawałem tego w domu. Mama nigdy mnie nie tuliła ani nie całowała. Mam wrażenie, że zbliżała się do mnie tylko wtedy, gdy sama potrzebowała pocieszenia. Tata z kolei dotykał mnie tylko wtedy, kiedy bił.
W ciągu dnia godzinami przesiadywałem przed telewizorem w salonie. Mama nigdy nie przejawiała zainteresowania tym, co robię ani co oglądam. Najczęściej chyba nawet nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności. Po pewnym czasie stało się dla mnie jasne, że rodziny z telewizji funkcjonują zupełnie inaczej. Matki wydają się szczęśliwe i często się uśmiechają. Poświęcają mnóstwo czasu na zabawę, rozmowę z dziećmi i sprzątanie, a ojcowie prawie zawsze wyglądają na zadowolonych tym widokiem. Zabierają dzieci do parku i grają z nimi w piłkę.
Pewnego razu spytałem mamę, dlaczego tata nas nie lubi.
Tamtego dnia była wyjątkowo rozmowna i odpowiedziała: "On tak naprawdę nas kocha. Po prostu wpada w złość i nie może się powstrzymać. Ma w sobie diabła, a do tego pije".
Nie miałem większego pojęcia o diable, ale doszedłem do wniosku, że skoro właśnie on zmusza tatę do bicia, to nie jest zbyt miły.
Wiedziałem też, że kiedy tata od samego wejścia śmierdział piwem - a znałem ten zapach, bo w domu też wypijał butelkę za butelką - częściej niż zwykle dochodziło do kłótni i przemocy. Gdy w jego oddechu wyczuwałem alkohol, uciekałem na podwórko albo chowałem się za kanapą.
Byle błahostka mogła sprowokować wybuch, ale najczęściej drażnił go ubiór lub makijaż mamy. Była przepiękna i ludzie mówili, że nie musiałaby tak mocno się malować. Lubiła chodzić w spódniczkach przed kolano, a większość jej bluzek i sukienek miała pokaźny dekolt. Uwielbiała też tandetną biżuterię.
Mama twierdziła, że ubrania to jedna z niewielu przyjemności w jej życiu. Tata uważał, że wygląda jak dziwka, i za to ją bił.