Shin
- Sakai-sama. Witamy.
- Sakai-sama, dobrze, że dotarł pan tak szybko.
- To dla nas zaszczyt...
Służba medyczna gięła się w ukłonach, gdy tylko przekroczyłem próg szpitala.
- Gdzie on jest? - zapytałem jednego z lekarzy lodowatym tonem, bo choć wewnętrznie byłem rozdygotany z powodu informacji o tym, co zaszło, nie zamierzałem pokazywać nikomu, jak bardzo mnie ona dotknęła.
- Na trzecim piętrze, Shin - odpowiedzi udzielił mi siwowłosy mężczyzna ubrany w szare tradycyjne haori i czarne szerokie spodnie hakama, który nadszedł z głębi korytarza.
- Prowadź. - Skinąłem mu na powitanie głową i ruszyłem za nim w stronę wind.
Moja obstawa torowała mi drogę wśród tłumu kłębiącego się przy głównej recepcji szpitala.
- Jak on się czuje? - zapytałem staruszka, gdy zostaliśmy sami w windzie.
Towarzyszył nam jedynie Kenta, jeden z moich najbardziej zaufanych ludzi. Teraz wybrał przycisk właściwego piętra.
- Z twoim dziadkiem nie jest dobrze, Shin. Jego ciało jest coraz słabsze. Nie wiem, ile jeszcze wytrzyma. W dodatku wszyscy już o tym wiedzą.
- Cholera, Ryu. Nie mogłeś powstrzymać wycieku informacji? - warknąłem poirytowany.
- Twoja matka i stryj mają wokół Daichiego tylu szpiegów, że wyplenienie ich oznaczałoby całkowitą wymianę personelu rezydencji, a na to oyabun[1] nigdy nie przystanie, bo z niektórymi łączą go wieloletnie zażyłości - stwierdził z rezygnacją w głosie mój rozmówca.
- Toru jeszcze zrozumiem. Wszyscy wiemy, że ostrzy sobie zęby na schedę po oyabunie. Marzy mu się jego tron. W końcu to jego ojciec, ale czego w otoczeniu Daichiego szuka moja matka?
- Wiesz, że Kazuko zawsze trzyma rękę na pulsie i nic dotyczącego familii jej nie umknie.
- Fakt...
Nienawidziłem jej wścibstwa. W ogóle nie darzyłem jej ciepłymi uczuciami. Zresztą nie tylko jej. Nikogo w całej rodzinie. Prócz dziadka. Tylko jego szanowałem. Nie. To za mało. Kochałem go i oddałbym wszystko, łącznie z życiem takich osób, jak mój stryj czy matka, by on sam trwał przy mnie jak najdłużej, ale na takie sprawy nawet ja, wydawałoby się niezwyciężony i radzący sobie ze wszystkim, nie miałem wpływu.
Winda zatrzymała się na trzecim piętrze, a Ryu poprowadził mnie labiryntem korytarzy w sobie znanym kierunku. Ten poziom szpitala został odcięty i był niedostępny dla zwykłych śmiertelników. Nie zauważyłem żadnego pacjenta czy pielęgniarza. Za to na każdym kroku natykałem się na ludzi oyabuna pilnujących bezpieczeństwa swojego przywódcy. Pod drzwiami jednej z sal siedziała elegancka kobieta w czarnej garsonce. Dzięki chirurgii plastycznej można było odnieść wrażenie, że czas okazał się dla niej łaskawy. Kazuko kojarzyła mi się z porcelanową lalką - piękną, ale odpychająco oziębłą. Towarzyszył jej rosły mężczyzna w markowym garniturze, który prowadził z nią ożywioną rozmowę ściszonym głosem. Na mój widok para przerwała konwersację i poderwała się ze swoich miejsc.
- Mówiłeś, że wiedzą, a nie, że już tu są - syknąłem do Ryu na ich widok.
- Są szybsi od światła, paniczu - mruknął mój towarzysz przepraszająco.
- Shin-chan. Dobrze, że jesteś - odezwał się stryj, podchodząc do mnie.
Nienawidziłem, gdy zwracał się do mnie jak do dziecka i używał przyrostka, którym mnie obrażał.
- Twój dziadek oszalał. - Wskazał na drzwi pobliskiej sali pozbawioną jednego palca dłonią. - Chce się wypisać, choć dopiero co tu trafił. To nierozsądne w jego stanie.
- Tylko ty możesz powstrzymać go przed tym irracjonalnym krokiem - zawtórowała mu moja matka. - W domu nie będzie miał tak profesjonalnej opieki jak tutaj! Musi zostać w szpitalu i...
Zmarszczyłem czoło.
- Naprawdę sądzicie, że jestem w stanie zawrócić ku chmurze padający na ziemię deszcz? - przerwałem kobiecie pytaniem, po czym obszedłem ją i ruszyłem za Ryu do wskazanego przez stryja Toru pomieszczenia.
Nie dla nich tu przybyłem i nie z nimi chciałem rozmawiać, zwłaszcza gdy wszystkie moje myśli krążyły wokół oyabuna.
Dziadek leżał z zamkniętymi oczami podłączony do szpitalnej aparatury. Na widok jego wątłego ciała okablowanego i odzianego w za dużą szpitalną koszulę, moje serce ścisnął żal. Był jedyną osobą w całej rodzinie, która od zawsze okazywała mi serce. Uczył mnie życia, dbał o mnie, opiekował się mną, a nawet, choć był potężnym oyabunem i stał na czele Doragongur?pu - największej yakuzy w Japonii - zawsze znajdował dla mnie czas, a nade wszystko okazywał mi czułość, której nie doświadczyłem od nikogo innego. Tracąc go, traciłem przyjaciela, opiekuna i najbliższą po synu osobę na świecie.
Zacisnąłem pięści, wbijając sobie paznokcie w skórę dłoni, by skupić się na bólu fizycznym, nie psychicznym. Nie chciałem nieopatrznym zachowaniem okazać krewnemu, jak bardzo martwi mnie jego stan. Musiałem być silny dla niego i motywować go do walki z chorobą, a nie użalać się nad nim, przygnębiając go jeszcze bardziej.
Podszedłem do łóżka i stanąłem z boku, chłonąc ten widok rozkładu i końca. On tu leżał ciężko chory, umierający, a pod drzwiami już krążyły hieny. Zacisnąłem pięści jeszcze mocniej.
- Shin... - Słaby głos mężczyzny wyrwał mnie z zamyślenia.
- Jestem, dziadku. Przyjechałem od razu po telefonie od Ryu - odpowiedziałem, składając przed chorym pełen szacunku ukłon.
- Znów odrywam cię od ważnych zajęć, a przecież masz na swoich barkach tak wiele. Jesteś prezesem ogromnej firmy deweloperskiej, zarządzasz moimi finansami, wychowujesz Hirokiego. Powinieneś skupiać się na innych sprawach niż problemy zdrowotne niedołężnego starca - stwierdził mężczyzna.
- Staram się żyć po swojemu, ale to nie znaczy, że przestałeś być dla mnie ważny - odpowiedziałem stanowczo, chwytając ostrożnie jego wychudzoną siną dłoń z wenflonem podłączonym do kroplówki.
- Jesteś dobrym chłopcem, Shinji - powiedział, uśmiechając się lekko. - Jedynie ty i twój syn trzymacie mnie jeszcze przy życiu, ale wiem, że to nie potrwa wiecznie.
- Dziadku... - jęknąłem.
- Nie buntuj się przeciw nieuniknionemu. Doskonale wiemy, że umieram, i nie potrzebuję opinii lekarzy, by to stwierdzić. Mój stan jest poważny. Rak nie reaguje już na chemię, a ja mam dość ciągłych dializ i podłączania mnie do tych wszystkich rur. Moje żyły nie wytrzymują już naporu leków. Znów miałem zapaść i znów tu trafiłem, wbrew swojej woli. To niegodne, by wielki oyabun Daichi Sakai leżał powalony chorobą i korzystał z cewnika!
- Choroba to też walka. A ty walczysz jak prawdziwy lew! - stwierdziłem zapalczywie, by dodać mu otuchy.
- Już nie jestem lwem, jestem jego żałosnym cieniem. Wyliniałym kocurem. Czas na nowego przywódcę, Shin. Cień nie może rządzić. Wiesz, że nadchodzi czas zmiany. To będzie trudny okres. Czas walki o władzę i czas krwi. Istne tsunami przejdzie przez Tokio. Ale przetrwasz je, jak wszystkie pozostałe w swoim życiu, bo jesteś silny i dzielny. Wychowałem cię najlepiej, jak umiałem, przekazując ci całą swoją wiedzę. Patrząc na ciebie, widzę twojego ojca i wiem, że odnajdziesz się w każdej sytuacji, tak samo jak on.
- Postaram się nie zawieść twoich oczekiwań, dziadku.
Opuściłem wzrok i spojrzałem na nasze złączone dłonie. Nie chciałem, by widział wzruszenie w moich oczach. Mówił o moim ojcu, którego nie pamiętałem, bo zginął tuż po moich narodzinach. Jak zawsze kultywował wspomnienie o nim, a ja w tej chwili nie chciałem tego słuchać, bo dla mnie jedynym rodzicem, jakiego znałem i ceniłem, był dziadek. Był dla mnie wszystkim. Nie chciałem myśleć o życiu bez niego. To, co miało nastać po nim, oznaczało pustkę. Nie dbałem o to, jak potoczą się losy firmy czy organizacji, na której czele stał, liczyło się tylko to, że jego zabraknie. Nic innego nie miało dla mnie znaczenia. Musiałem jednak udawać, że się tym wszystkim interesuję, bo jemu najwyraźniej na tym zależało.
- Chcę, byś mi obiecał, że cokolwiek postanowię w sprawie sukcesji, poprzesz moją wolę i ją wypełnisz. Wiem, że wielu będzie się buntować i stanie przeciwko niej, ale muszę wskazać następcę i złożyć władzę w jego ręce, dopóki żyję. Czuję, że nadchodzi ku temu właściwa pora.
Uniosłem wzrok i spojrzałem mu prosto w mętne źrenice.
- Stanę na straży twojej decyzji i będę jej bronił bez względu na to, jaka będzie - oświadczyłem stanowczo.
Chciałem, by pod koniec życia Daichi był spokojny o swoją schedę. Cokolwiek postanowił, wiedziałem, że muszę się dostosować, bo to było jego pragnienie. A na niczym innym nie zależało mi tak bardzo, jak na realizacji tego, co zamierzył. Wierzyłem w jego mądrość, bo zawsze widziałem jej przejawy. I nawet jeśli początkowo nie zgadzałem się z jego postanowieniami, ostatecznie zawsze wychodziło na to, że miał rację. Dlatego, choć skręcało mnie na myśl, że kolejnym oyabunem będzie mój stryj, Toru, to taka była kolej rzeczy, a mi nie pozostawało nic innego, jak oddać się mu na służbę i trwać przy nim wiernie, tak samo jak przy moim dziadku.
- Jestem twoim rycerzem, wielki oyabunie. Twoim samurajem. - Pochyliłem przed starcem głowę w geście szacunku. - Będę też rycerzem każdego, kogo wskażesz jako swojego sukcesora. Wybraniec może liczyć na moją katanę i moje wsparcie. Moi ludzie podążą moją ścieżką.
Daichi skinął głową. Na jego skrzywionym z bólu obliczu pojawiła się ulga, jakby po moich słowach spadł mu z serca ciężki kamień.
- Mój chłopak - oświadczył, gładząc mnie po pochylonej głowie. - Jestem pewny, że sprostasz zadaniu, które ci powierzę. Ty. Tylko ty i nikt inny.
- O nic się nie martw. Będzie dokładnie tak, jak zaplanujesz. Dopilnuję tego - stwierdziłem z emfazą.
- Nie wątpię, że zrobisz wszystko, jak należy, Shin. A teraz... Teraz pójdziesz do tego piekielnego lekarza dyżurnego i powiesz mu, że za godzinę chcę być w domu.
- Matka i Toru nie popierają tej decyzji - skomentowałem. - Będą się wściekać.
- Gdybym tu został, naraziłbym się zdecydowanie bardziej niż w rezydencji. Prasa już na pewno wie. Wskaże wrogom miejsce mojego pobytu, a gdy naślą oni na mnie swoich skrytobójców, nawet zamknięcie piętra szpitala na nic się zda. Zapewne mojemu synowi i synowej jest to na rękę, ale jeszcze chwilę będą musieli obejść się smakiem. Mimo złego stanu nie tak wyobrażam sobie swoje przejście na tamten świat. Pragnę umrzeć we własnym łóżku. W otoczeniu, które znam. U boku bliskich. Ze świadomością, że ułożyłem im życie najlepiej, jak tylko mogłem, i że poradzą sobie po mojej śmierci w nowych realiach. Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa w tej kwestii. Muszę tylko nabrać sił, by to zrobić, a tych z pewnością nie odzyskam w tym miejscu kaźni i tortur.
Nie musiał mi się tłumaczyć ze swojej woli. Co chciał oyabun, było święte i musiało zostać wypełnione. Tego mnie nauczył dziadek i tego się trzymałem.
Skłoniłem się przed nim, po czym ruszyłem w stronę drzwi, by wypełnić polecenie.
- Zostaje? - Matka podbiegła do mnie, gdy tylko opuściłem salę i chwyciła mnie za przedramię.
- Wolą Daichiego jest powrót do domu, co też mu załatwię - odpowiedziałem, patrząc na nią z góry.
- Przyklaskujesz jego starczemu uporowi, choć jesteś jedyną osobą, której by posłuchał - fuknął z niezadowoleniem stojący pod ścianą Toru.
- Szanuję jego wolę. Jak mnie nauczył - odpowiedziałem niewzruszony. - Oyabun jest świadomy, co mu dolega, i wie, że nie zostało mu wiele czasu. Pragnie się ku temu dobrze przygotować. Nie tylko duchowo.
- Chce ogłosić swoją wolę? - ożywił się stryj, idąc ku mnie.
- Wygląda na to, że zrobi to już wkrótce - potwierdziłem.
Toru wymienił z moją matką spojrzenia. Wiedziałem, że nie mógł się doczekać tej chwili. Czekał na to ponad pięćdziesiąt lat. Aż się ślinił na myśl, że wreszcie sięgnie po koronę i stanie na czele Doragongur?pu, a także wszystkich firm, które należały do oyabuna, a którymi zarządzałem w jego imieniu. Skrycie cieszyłem się, że założyłem własny, niezależny biznes, bo czasy, które się zbliżały, nie napawały optymizmem. Nie mogłem jednak okazać, jak bardzo mierziła mnie świadomość, że Toru zostanie oyabunem. Był niegodny. Stracił palec za zdradę. Co prawda nie znałem szczegółów tej sprawy i było to przed laty, a stryj swoją wiernością odbudował wizerunek lojalnego członka yakuzy, ale i tak w wielu kwestiach wydawał mi się za słaby i zbyt uległy politykom, by stać na straży wartości naszej grupy.
- Mam nadzieję, że mogę na ciebie liczyć, Shinji? - Toru wbił we mnie pytające spojrzenie.
- Masz moje poparcie - oznajmiłem.
- Twoich ust tak. Pytanie, czy serca również. Oyabunowi je oddałeś. Czy będziesz gotów oddać je i mnie?
Nie byłem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, bo musiałbym skłamać.
- Pójdę do ordynatora - stwierdziłem, by zmienić niewygodny temat.
- Odprowadzę cię - zawołała za mną matka.
Gdy ruszyliśmy w stronę dyżurki, zawisła mi na ramieniu.
- Musisz okazywać mu więcej respektu. To przyszły oyabun, Shin - oświadczyła głosem pełnym nagany, gdy oddaliliśmy się na tyle, by stryj nie słyszał jej reprymendy.
- Okazuję mu tyle respektu, na ile zasłużył. Nie jestem skory do robienia tego na wyrost - mruknąłem.
- Teraz tak mówisz, bo twoja pozycja u boku Daichiego była znacząca i niezachwiana. Ale to się wkrótce zmieni. Nadchodzi nowy przywódca. Musisz zgiąć przed nim kark, by go nie rozdrażnić.
Z trudem powstrzymałem cisnące się na usta słowa gniewu.
- Zrobię to, czego oczekuje ode mnie dziadek. Nic ponadto.
- Nonszalancja może cię wiele kosztować, Shinji. Nie zapominaj, że nie odpowiadasz wyłącznie za siebie.
Przystanąłem i spojrzałem jej prosto w oczy.
- Co masz na myśli?
Kazuko uśmiechnęła się szeroko. To nie był życzliwy uśmiech.
- Dawno nie widziałam Hirokiego - zaćwierkała, biorąc moją twarz w swoje dłonie i zadzierając głowę do góry, by spojrzeć mi w oczy. - Jestem jego babcią. W jego żyłach płynie moja krew. Krew rodu Sato. Chciałabym wreszcie zobaczyć się z wnukiem.
Zimny dreszcz przeszył moje plecy.
- Dam ci znać w tej kwestii, gdy nastanie ku temu odpowiednia pora - odpowiedziałem wymijająco, oswobadzając się z jej objęć i pospiesznie oddalając w głąb korytarza.
Gdy byłem poza zasięgiem jej wzroku, sięgnąłem po komórkę, by połączyć się z jednym z moich ludzi.
- Masaru. Wywieźcie z Gentarą chłopca z Tokio. Wolę, by przez jakiś czas przebywał w górach. I podwój straże.
- Oczywiście, Sakai-sama.
Gdy się rozłączył, przystanąłem na środku holu i przez chwilę oddychałem głęboko, starając się uspokoić.
Mogli zmusić mnie do służby i pokory, ale nie mieli prawa tknąć mojego syna. To była prawdziwa scheda Daichiego. Musiała być bezpieczna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki