BELLINA
Florencja, Włochy1479
W końcu wszyscy coś ukrywamy. Ta myśl nabrzmiewała i pulsowała w umyśle Belliny, kiedy podążała za rodziną swojego pana na ceremonię chrztu.
Bellina usilnie starała się, aby jej palce nie wślizgiwały się do kieszeni, gdzie mały skarb obijał się o udo. Była to zwykła błyskotka, maleńki koralowy amulet, jaki babcia mogłaby zawiązać na szyi noworodka, aby go chronić przed życiowym niepowodzeniem. Ten przedmiocik znalazł się wśród mnóstwa podarunków z okazji chrztu pierwszego dziecka Gherardinich. Bellina spostrzegła go natychmiast, kiedy tylko otworzyła drzwi pierwszego ranka po narodzinach.
Doprawdy była to rzecz maleńka. Teraz ciążyła w wewnętrznej kieszeni jej luźnej płóciennej sukni spodniej. Pośród piętrzących się darów - ceramicznych naczyń z pszczelim woskiem, słodyczy z pasty migdałowej i cytryny, haftowanych powijaków, srebrnych dwuzębnych widelców z wygrawerowanymi inicjałami rodziców - nigdy nie zauważą jej braku.
Dom jest pełen cennych drobiazgów przekazywanych z pokolenia na pokolenie, rozumowała Bellina. Pięknych przedmiotów, które polecili jej układać, chować, wyjmować, myć, odkurzać. Rzeczy, do których mogła tęsknić, ale nigdy nie marzyła o posiadaniu ich na własność. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego kobiety z rodziny trzymają swoje cacka w szkatułce albo w szafce. Myślała, że gdyby takie rzeczy należały do niej, nosiłaby je stale.
O świcie rodzina wyszła ze swojego wynajętego, pachnącego stęchlizną domu na rogu via Maggio, gdzie woda spływająca ze wzgórza Boboli zatrzymała się i przyciągała komary. Szli w porannej mgle do wielkiego, ośmiobocznego baptysterium obok katedry Santa Maria del Fiore. Dźwięk dzwonów z kościoła Santissima Annunziata wzywał mnichów na tercję. Nieznajomi kłaniali się z okien i głośno gratulowali rodzinie, która żwawo przemierzała ulice, niosąc nowo narodzoną, ciemnooką dziewczynkę w zielonym aksamitnym czepku i białym beciku. Przodem pędził szybko, przebierając nogami, Gherardo, siostrzeniec Antonmarii Gherardiniego. Przeskakiwał z jednej strony ulicy na drugą, plaskając dłońmi o kamienie i brudząc swoje najlepsze spodenki. Widząc to, jego matka wrzaskliwym głosem kazała mu natychmiast przestać.
Przecież ja nie ukradłam. Ja raczej... ukryłam ten amulet. Być może go zwrócę. Na moment palce Belliny powędrowały do kieszeni wszytej w podszewkę sukienki. Nic na to nie mogła poradzić. Pewnie, wszyscy coś ukrywamy.
Bellina nigdy nic nie ukradła rodzinie. Ale jaki służący nie pomyślałby o okradzeniu swojego pana? Czasami, kiedy miotełką z piór odkurzała rzeźbioną, drewnianą szkatułkę na biżuterię albo polerowała łyżkę półmiskową z brązu, zastanawiała się, jak by to było wsunąć coś do kieszeni. Czy ktoś by to zauważył?
Przez całe swoje trzynastoletnie życie Bellina nie poznała niczego innego poza intymnymi szczegółami domu Gherardinich. Wiedziała, że matka Lisy woli oliwę doprawioną gałązkami oregano i wino, do którego dolana jest tylko odrobina wody. Który proszek przynieść, kiedy Signora Gherardiniego pali w przełyku po zjedzeniu duszonych pomidorów. Kiedy każda z kobiet w rodzinie miesiączkuje. Jakie tematy i sytuacje mogą wywołać kłótnię między kuzynami. To ona jako pierwsza widziała, jak u pierwszych dwóch żon Signora Gherardiniego, jednej po drugiej, uchodziło życie na krześle porodowym.
Jak przypuszczała Bellina, jest co świętować, gdy tylko koszmar porodu nie zabija matki i noworodka. Jej własna matka, od dawna służąca w tym domu, nie dała rady znieść trudów porodu. Bellina wyobrażała sobie, że Signor Gherardini z łatwością mógł ją porzucić na stopniach Szpitala Niewiniątek. On jednak pożałował małej Belliny i wychował ją w swoim domu, gdzie nie była ani niewolnicą, ani pełnoprawnym członkiem rodziny, ale kimś pomiędzy. Ubierali ją, karmili, dali jej posłanie z wełnianym okryciem. Byli dla niej dobrzy.
Okradłaś kogoś, kto jest dla ciebie prawie jak ojciec - karcił ją jakiś wewnętrzny głos. Ale w miarę zbliżania się rodziny do ogromnej, krytej dachówką kopuły Santa Maria del Fiore, Bellina coraz dalej odpychała od siebie tę myśl. To właśnie posiadanie tych małych luksusów - haftowanych ubiorów, biżuterii, cennych drobiazgów - było tym, co ją odróżniało od reszty rodziny.
Ukryty amulet uderzał o nogę Belliny przy każdym kroku, kiedy tak domownicy Signora Gherardiniego - kuzyni, dziadkowie i służący - podobni do stada gęsi, spieszyli przez miasto. Wyczerpana matka dziecka została w domu na okres połogu, trwający zwyczajowo czterdzieści dni. Lekki wiaterek powiał na ulicy, gdy ukazały się magazyny farbiarzy wełny usadowione na błotnistych brzegach Arno. Przez zatłoczony Ponte Vecchio przeszli w via Por Santa Maria. Tutaj, z tkalni jedwabiu po obu stronach ulicy, do uszu Belliny dobiegał nieustanny stukot drewnianych krosien obwieszczający początek nowego dnia pracy.
Uświadomiła sobie, że każdemu z tych nieznajomych Gherardini mogą wydawać się rodziną z florenckiej klasy wyższej udającą się do baptysterium. Nowe ciotki i wujowie dziecka kroczyli za nim odziani w aksamitne brokaty ze srebrną nicią, barwione na szkarłat rękawiczki i taftę w kwieciste wzory.
Bellina wiedziała jednak, że tak samo jak w mieście imponujące fasady z równo ułożonych kamieni maskują obskurne dziedzińce wewnętrzne, tak też ta rodzinna parada jest czymś niewiele więcej jak tylko fałszywym blichtrem. Pokolenia temu Gherardini posiadali rozległe włości poza Florencją i zarządzali dzierżawcami, którzy uprawiali oliwki, winogrona i pszenicę. Potem jednak przez lata ciąg niepowodzeń pustoszył ich skrzynie. Pod sutymi, wielowarstwowymi i bogato zdobionymi strojami, które Bellina sama naprawiała dziesiątki razy, członkowie rodziny nosili postrzępioną i spraną bieliznę. Ich wynajęty dom stał na uboczu, na miejscu podmokłym, schody groziły zawaleniem, tynk odpadał, a piwnica na ogół była pusta. Wciąż jednak zachowywali pozory.
W końcu rodzina dotarła na plac przed katedrą. Północna i południowa elewacja budowli przedstawiały sobą miły dla oka wzór ułożony z płyt zielonego i różowego marmuru, ale nieukończona fasada jawiła się jako masa brzydkich czerwonych cegieł. Bellina weszła za Signorem Gherardinim w mrok i chłód starego baptysterium. W przestronnym wnętrzu cichł uliczny zgiełk, panowała przemożna cisza. Migotliwe światło świec oświetlało wewnętrzne powierzchnie namiotowego dachu ozdobione złoconymi mozaikami i geometryczne wzory z marmuru na ścianach. Ojciec Bartolomeo, siwowłosy i radosny, uśmiechnął się do maleńkiej dziewczynki i, zamieniwszy kilka uprzejmych słów z jej ojcem, poprowadził zgromadzonych na środek ośmiobocznej budowli. Oczy Belliny śledziły skomplikowane wzory posadzki, dopóki ojciec Bartolomeo nie zajął swojego miejsca. Rodzina zgromadziła się wokół wielkiej marmurowej chrzcielnicy.
Dopiero teraz do Belliny dotarło, jakiej wagi jest to wydarzenie. Signor Gherardini wyjaśnił, że od dziś nie będą już traktować jej jak dziecka. Po chrzcie córki opiekę nad nią powierzą właśnie Bellinie. W wieku trzynastu lat była wystarczająco dorosła nie tylko na to, żeby trzymać dziecko do chrztu, ale wejść w rolę powiernicy i obrończyni. Pierwszą miesiączkę miała już za sobą. Teraz była kobietą. Przyszedł czas wziąć na siebie dodatkową odpowiedzialność - troszczenia się o Lisę tak, jakby była jej matką.
Drugi ksiądz, młody i chudy, podszedł do ogromnej księgi rejestrowej opartej na pulpicie na podwyższeniu i zanurzył pióro w kałamarzu. Ojciec Bartolomeo zwrócił się do Signora Gherardiniego w ich ojczystym języku toskańskim:
- Jakie imię nadałeś temu dziecku?
- Lisa - odparł zapytany.
Imię po jej babci, zauważyła Bellina, po kochanej staruszce o oczach jak śliwki, która zmarła kilka lat wcześniej.
- I o co prosisz Kościół Boży dla Lisy?
Signor Gherardini odpowiedział:
- O sakrament chrztu.
- Kto przemówi za dziecko?
Ciotka dziecka ostrożnie podała Bellinie owinięty w hafty tłumoczek. Dziecko w jej ramionach było kruche i ciężkie. Przycisnęła je do siebie, ostrożnie podtrzymując główkę, tak jak ją uczyli. Wtedy poczuła na plecach dłoń kierującą ją ku ogromnej chrzcielnicy. Patrzyła w oczy Lisy, ciemne śliwki, takie same, jakie miała jej nonna, a stary kapłan kciukiem zamoczonym w wodzie święconej uczynił na czole dziecka znak krzyża. Bellina zachwycała się idealnymi rysami twarzy, delikatnymi usteczkami, które zdawały się nagle w jakiś magiczny sposób uśmiechać.
Teraz Bellina poczuła na sobie wzrok ojca Bartolomea. Starała się, jak mogła, wyglądać na odpowiedzialną i pobożną młodą kobietę, bo tego od niej oczekiwali, ale miała wrażenie, jakby jego wzrok był w stanie wypalić dziurę w jej kieszeni, w której trzymała skradziony koralowy amulet. Lada moment - myślała - pod palącym spojrzeniem starego księdza jej lniana koszula stanie w płomieniach. Wtedy amulet wypadnie spod spódnic i głośno potoczy się po marmurowej posadzce, a jej przyjdzie spłonąć pośrodku baptysterium. Z trudem przełknęła ślinę i wlepiła oczy w anielską twarzyczkę dziecka.
Tymczasem kapłan z powrotem skupił uwagę na ojcu Lisy.
- Co zapisać w posagu dziewczynki?
Jedynie odgłos kapiącej wody wypełniał mroczną, otchłanną przestrzeń. Bellina patrzyła, jak młody ksiądz zręcznie usuwa nadmiar atramentu z pióra o brzeg kałamarza.
Wreszcie ojciec Lisy odpowiedział:
- Nie ma żadnego.
Po tych słowach na długo zapadła cisza.
Bellina wiedziała, że skrzynie Gherardinich są puste, ale takiej odpowiedzi się nie spodziewała. W końcu wszyscy coś ukrywamy, pomyślała. Ale brak posagu? Zdaje się, że tu nie ma nawet czego ukrywać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki