I
Herbert opróżnił drugą filiżankę kawy i odsunął tacę z zastawą. Sięgnął do oficerskiej raportówki i wyjął małą kopertę z biletem wizytowym. "Przyjdź jutro wieczorem do "Nowej z Astrami". Koniecznie, albowiem zdarzyło się coś bardzo ważnego" - napisał.
Przywołana kelnerka skasowała należność i wzięła kopertę.
- Proszę doręczyć jutro przed południem.
- Niech pan będzie spokojny, panie majorze.
Poczekał, aż młoda, otyła dziewczyna oddaliła się w stronę bufetu. Zarzucił na ramię raportówkę i wyszedł z kasyna.
Maleńki rynek osiedla mimo wczesnej pory wieczornej już opustoszał. Kelnerzy w białych kitlach wnosili do barów plecione z bambusu fotele i stoliki. Zwijali kolorowe baldachimy, które w południe chroniły pijących wino lub rum przed upalnym słońcem.
Z wąskiej uliczki wytoczyła się polewaczka i chlusnęła strumieniem piany na stygnący bruk. Kurz, który osiadał nawet w bezwietrzne dni, spływał zawiesistym potokiem do rynsztoków. Migotliwe reklamy tańczyły nad witrynami sklepów. I one straciły intensywną barwę pod grubym nalotem pyłu, dającym znać o wstrętnej pustyni kamiennych hełmistych wzgórz, porozcinanych głębokimi jarami żłobionymi w miękkim wapniu. Wyżyna cuchnąca upałem i smrodem tlących się traw spychała osiedle aż na skraj zbocza zanużonego podstawą w zatoce.
Autobusu jeszcze nie było, więc Herbert ruszył wyżłobieniem ulicy pomiędzy kamiennymi ścianami szarych budowli. Uliczka tarasami spadała ku brzegowi. Po chwili wstąpił na drewniane molo wrzynające się w martwe wody zatoki. Na końcu prowizorycznego pomostu drgało światło sygnałowej lampy. Herbertowi przypominało wieczny ognik zawieszony przed ołtarzem granatowego wnętrza świątyni.
Usiadł tuż obok latarni. Obserwował bezkształtne sylwetki kilku starych kryp, które zaopatrywały codziennie osiedle w żywność, wodę i alkohole. Nad portem, a raczej przystanią skleconą naprędce z ignorancją podstawowych warunków bezpieczeństwa żeglugi, osiadł dziwacznie rozczłonkowany pierścień świateł mieściny. U góry, gdzie znajdował się maleńki rynek, żółte ogniki splatały się bezsensownie w chaotyczną kompozycję pośpiechu, prymitywu i niedbalstwa budujących.
Odetchnął czerstwym powietrzem zalegającym zatokę chłodną falą. Tylko tutaj zapominało się o jałowej pustyni nagich wzgórz, które oddzielały podłą dziurę od miast zamieszkałych przez normalnych ludzi.
Pomyślał, że wypił zbyt wiele kawy. Lekarz pozwalał cztery tygodniowo, tyle zaś wynosiła jego dzienna porcja.
Skurczył i rozprostował palce. Wiedział, że jeszcze nie drżą. Przeklęte ręce, nigdy nie chciały drżeć w gabinecie lekarzy.
Ciszę w porcie rozbiła motorówka. Jej stukot przypominał szczekanie kija wodzonego po sztachetach płotu.
Herbert wrócił na rynek zadowolony z krótkiej chwili spokoju i bezmyślności. Trwać bezmyślnie to nie lada przyjemność w tej okolicy. Nie pamięta się o czterech ulicach zabrudzonych gazetami, pudełkami od papierosów i stłuczonymi butelkami po winie, ulicach, które wyznaczały granice skromnego świata dla mieszkańców. Paradoksalne skojarzenie. Portier zapluskwionego hotelu, kucharz w kasynie parsknąłby śmiechem. Zanim pierwsze okna ułożą się do snu, Herberta rozdzielą od mieściny setki kilometrów, a jednak... cztery ulice, rynek i kasyno, tarasowate zbocze okryte pyłem wapiennym rzeczywiście zakreśla granice świata.
Ponadto był zadowolony, że wysłał wiadomość teraz, wieczorem, nie zaś nazajutrz, po powrocie.
Przed kasynem czekał już autobusik ze spłaszczoną mordką. Zabierał zaledwie kilkanaście osób. Wygodne i luksusowe wozy utknęłyby na pierwszym zakręcie wąskiej szosy.
Wewnątrz siedziało kilka osób. Wyciągnięte dłonie Herbert kolejno uścisnął niechętnym gestem.
- Gdzież ten zaplugawiony kierowca?
- Po kiego licha tu czekać.
- Wołajcie go.
- Świnia, trąbi z barmanem piątą kolejkę rumu.
- Mały rum świetnie nam zrobi. Co?
- Panowie oficerowie...
Doskonały rum, importowany z Italii, rozjaśnił na krótko nastroje. Potem wspólnie wyciągnęli szofera i autobus skoczył żywo w stronę jasnych zabudowań willowych wzdłuż szosy stąpającej stromo pod górę.
Herbert machinalnie patrzył w szybę. Mijali właśnie ciemne kontury fabryki. Właściciel dawno zwinął interes i wyjechał do normalnego świata.
W ten sposób przywitali ostatnie zmiany w miasteczku lekarze, adwokaci, nauczyciele, garstka dobrze sytuowanych robotników, słowem wszyscy, którzy posiadali nieco grosza i mieli dokąd wyjechać. W zamian ściągnęli nowi ludzie. Rozrosły się nowe zakłady: szpital, knajpy, przystań, poczta, hotele i rozrywkowe budy z tajnym wyszynkiem. Całe osiedle przystosowało się do nowej funkcji: usługiwania tej cholernej placówce, zbudowanej kilka kilometrów w głębi kamiennej pustyni wyłysiałych pagórków. Ci zaś, którym nie dopisały nerwy, wynieśli się do normalnego świata.
Autobus tłamsił prostokątne odbicia szerokich okien szpitalnych. Ona czekała przy jednym z tych okien. Dzisiaj pełniła dyżur, jutro ma wolny dzień i przyjdzie wieczorem do "Nowej z Astrami".
"Naprawdę bardzo dobrze zrobiłem z tym listem. Nie było sensu odkładać do jutra. Gruba dziewczyna zaniesie kopertę może za parę godzin i ona znajdzie wiadomość wróciwszy do mieszkania."
Szosa jeszcze raz zawisła nad światłami osiedla. Ujrzał miniaturę rynku, ulice ściekające do portu, drżący ognik na końcu mola. Dalej - nieruchoma płaszczyzna matowej zatoki.
Szofer drapieżnie opadł na kierownicę. Wóz gwałtownie rzucony w bok wdarł się na nową serpentynę. Zbocze urwało się nagle. Rzeka asfaltu płasko plotła się po skalistej wyżynie.
- Herbert, zapalisz?
- Bóg zapłać. Mam dzisiaj kolejkę.
- Wiem. Po cóż byś jechał do bazy. Chyba nie wieziesz w kieszeni wymówienia? Co? Majorze? Czemu nie złożysz wymówienia? Napiszesz: z powodu upadku sił psychicznych. Takim prośbom nigdy nie odmawiają. Najdłużej za czternaście dni wyjedziesz starą krypą, która wozi żarcie. Pomyśl, tylko dwa tygodnie dzielą nas od normalnego świata.
- Zamknij się, do jasnej cholery.
- Ja wiem. Nie musisz wściekać się na mnie. Podpisałeś ten bawoli cyrograf i nie ma o czym gadać.
- Dlaczego bawoli?
- Trzeba mieć rozum i spryt bawołu, żeby pozwolić się tutaj zapędzić.
- Zamkniesz ty się czy nie.
- Ja tylko tak sobie. Nie będziemy przecież stawiali rybich oczu na te martwe kamienie.
- Mam gdzieś wszystkie twoje kamienie - rozzłościł się Herbert. Gadatliwy kapitan irytował go, chociaż wiedział, że obaj męczą się jednakowo i nie warto dokuczać sobie wzajemnie. - I tak wyjadę stąd znacznie przed tobą.
- Po co się pieklić? Wszyscy życzymy ci rychłej odpowiedzi.
W stronę rozmawiających zwróciło się parę osób z bladym ożywieniem na twarzy.
- No, jak twoje podanie?
Herbert zaklął. Ktoś mówił:
- Ano właśnie. Każdy chciałby przerzucić się na linie komunikacyjne.
- Ale ja się przeniosę.
- Daj ci, Boże.
- Zobaczycie.
- Daj ci, Boże.
- Zobaczycie. Gdy wypiję zbyt wiele kawy, drżą mi dłonie. To niechybny znak, że wyjadę z tej dziury.
Zapadło milczenie. Zapewne wszyscy myśleli, dokąd wyjeżdża się z tej dziury, gdy zaczynają drżeć ręce. Pewnej nocy zabiera człowieka karetka, i tyle z nadziei. Potem już tylko gmach szpitala i mur wysypany u góry tłuczonym szkłem.
- Herbert?
- Czego?
- Nie mów tego więcej.
- Bo?
- Wiesz przecież. Plotka rządzi w tym mieście. Niech ino komendantura dowie się, co wygadywałeś w autobusie, a jesteś skończony.
- Mam gdzieś wszystkie plotki i to, co mówię. Gadam, żeby coś gadać. Ale i tak wyjadę stąd. Jeszcze się przekonacie.
- Daj ci, Boże.
Autobus wzdrygnął się na wyboju. Osiadł nieco na tylnym podwoziu.
- Szefie, resor!
Szofer zahamował i wysiadł, żeby obejrzeć wóz. Gdy otworzył drzwi, do wewnątrz wsączyło się trochę dusznego wieczoru. Zapachniało nagle goryczą ciężkich, zeschłych traw, długich i kłujących. W południe zwęglały się w pożarze słońca, później śmierdziały cierpko jak niedopałki papierosów.
Zapach, który poczuli, wydychały wstające do wieczornego chłodu długie łodygi badyli rosnących kępami na północnych stokach wyżynnych pagórków.
Równocześnie usłyszeli dalekie jeszcze, ściszone i zniekształcone pomruki bazy. Najdalej za kwadrans będą na miejscu, ale teraz nie dostrzegali nawet fioletowych szpad reflektorów, ścinających głowy pierwszym gwiazdom pogodnej nocy. Nisko nad horyzontem drgała purpura zachodu... Albo płonął step.
Szofer usiadł bez słowa na powrót za kierownicą i szarpnął autobusem. Tył nieustannie trząsł, oficerowie klęli i przesuwali się ku przednim fotelom.
Mieszanka mdliła kwaskowatym odorem, piekła w oczy. Herbert przetarł duże ciemne szkła.
- Szefie - zawołał. - Jeżeli pan będzie nadal tak śmierdział, moje oczy przestaną być użyteczne.
- Co mnie to obchodzi. Zawiozę was na miejsce mimo złamanego resoru. Co do oczu nie mam żadnych poleceń.
- Widzisz - wtrącił się kapitan - usłyszałeś część prawdy o naszym osiedlu, o nas i naszej zaplutej wegetacji. Wszyscy wykonują z pasją robota jedynie to, za co płacą. I nic więcej nikogo nie obchodzi. Szofera nie interesują twoje oczy, ciebie zaś prócz wyśnionych linii komunikacyjnych niewiele poza tym. A wiesz dlaczego? Nie wiesz. Więc powiem. Dlatego, właśnie dlatego, że ten parszywy strzęp ziemi nie interesuje nikogo z normalnego świata. Nawet jeśli ładują na krypę rum, kapustę i szynki, myślą o kapuście, która musi być dostarczona, nie o ludziach, którzy ją będą jedli.
- Czy kapitan długo może tak gadać?
- Długo. Wszystkiemu winne godziny nasłuchu, kiedy siedzę milczący i wyczekuję ludzkiego głosu przetworzonego na języczki kresek i kropek. Przy nasłuchu można zwariować. Zaręczam.
- Do licha, wiem coś o tym. Nie tylko przy nasłuchu.
- Przepraszam - bąknął kapitan - wiem, że tobie najgorzej, majorze. Widziałeś ostatni film?
- Nie chodzę do kina. Denerwuje mnie.
- Szkoda. Dobry film i smaczne nogi.
- Niech kapitan wreszcie przestanie gadać. Szefie, czy pan musi tak śmierdzieć mieszanką. Zupełnie bez pojęcia prowadzi autobus.
- Niech się pan odczepi od mojego prowadzenia. Jadę, jak mi się podoba. Zawiozę was na miejsce. Za to mi płacą. Ważne, żebym zdążył, reszta ode mnie zależy. Jeśli major nie zamknie się, zasmrodzę tak, że lekarz zabroni panu robić nocną kolejkę.
- Jak pan się odnosi do mnie?
- Panowie - ktoś odezwał się z przodu - po co awantury. Majorze. Samochód zawsze smrodził potwornie i nigdy pana to nie irytowało.
- Przepraszam - rzekł Herbert - to wszystko z powodu tej rudej pustyni.
Nikt nie zrozumiał, co major chciał powiedzieć, lecz nie zapytano. On zaś zastanowił się. "Może to bilet posłany przez kelnerkę, może chwila wytchnienia na pomoście mola portowego albo spopielałe trawy, których odór wdarł się przez uchylone drzwi autobusu..." Naraz pomyślał: "Kawa. Za dużo kawy. Ona rozjątrzała." Pomyślał jeszcze, że zachował się opryskliwie lub nawet ordynarnie. W gruncie rzeczy było mu to obojętne. Nie zamierzał przepraszać. "Nie pierwszy raz jadę autobusem zrudziałą pustynią o wstającej zorzy i nie pierwszy raz kłócę się o byle głupstwo."
Przetarł chusteczką szkła okularów. Chuchnął parokrotnie. Patrzył, jak rosa pokryła kryształkami szkło. Autobus lekko trząsł na asfalcie spękanym od słońca. Drżały fotele, drżały szyby, drgał nawet głos rozmawiających. Herbert zobaczył rosnące przy drodze rzadkie kępy chaszczy. Zrazu rosły bujnie, opancerzały się grubym naskórkiem łodyg, a później wiły z pragnienia i spopielałe padały na ziemię. Ludzie zaorywali glebę i siali nowe krzaczki. Mądra zabawa.
Zarośla przypomniały mu, że dojeżdżają na miejsce.
Szofer zrzucił bieg, aż zachrobotało w skrzyni podwozia.
- Bez pojęcia - mruknął Herbert. Zdziwił się, dlaczego rozpoczął kłótnię od nowa. Na przedzie zachybotała latarka. Autobus stoczył się na skraj szosy i zamilkł.
Żołnierz w hełmie nasuniętym aż po brwi zajrzał do wnętrza. Rozpoznał twarze, trzasnął drzwiami. Herbert słyszał brzęk zwalnianego łańcucha, który za chwilę miały przygnieść do asfaltu koła pojazdu.
Wartownik oświetlił tył wozu i naciągnął łańcuch ponownie.