Skóra - Liam Brown

Reflow text when sidebars are open.
Trudno jest mi myśleć, że jesteś czymś więcej niż jajem. Przykro mi. Wiem, że niektóre kobiety lubią wyobrażać sobie oddane przez siebie komórki jako przyszłe niemowlęta. Albo wizualizują sobie mającą wkrótce nadejść nirwanę, gdzie córki lub synowie o rumianych policzkach, z dołeczkami nad pupą, radośnie bujają się u nich na kolanach. Błyszczące oczy. W pełni funkcjonujące układy odpornościowe. Ale choćbym nie wiem jak się starała, po prostu tego nie kupuję. Od pięciu lat moje kolana służą tylko jako podstawka pod laptop. Nie sądzę, by miało się to zmienić w najbliższym czasie - ani u mnie, ani u innych uczestniczek programu.
Dlatego nie chcę Cię traktować sentymentalnie, drogie jajo. Z mojego punktu widzenia wszystko wskazuje na to, że będziesz leżeć całą nieokreśloną wieczność zamrożone na półce w jakimś oddalonym laboratorium, obok miliona innych obiecujących próbek. Może będziesz błędnie oznakowane. Może zostaniesz zapomniane. Zgubione. A może, jeśli naprawdę Ci się poszczęści, zajmie się Tobą jakiś anonimowy naukowiec. Odczyta Twoje DNA, dokona mapowania i modyfikacji, próbując usunąć szkodliwe mutacje i ocalić gatunek. A po kilku tygodniach, kiedy nieuchronnie odkryje, że to wszystko nie poskutkowało - że Twojego życia nie można utrzymać - po prostu zeskrobie Cię jak wczorajszy omlet. Do kosza ze wszystkimi innymi. Trafisz do spalarni. A potem do morza.
Mimo że sceptycznie oceniam szanse na to, że okażesz się cudem, i tak co pół roku zgadzam się wykonać swój obowiązek wobec ludzkości, jak wszystkie kobiety w wieku rozrodczym. Kiwam głową i się uśmiecham, wciskając się do małego namiotu izolacyjnego, który jest naszym przedsionkiem, a rządowa ginekolożka rzuca komunały przez trzeszczącą maskę oddechową:
- Doceniam, że się pani na to zgadza. Jest pani superbohaterką, pani Allen...
- Naprawdę pomaga pani budować lepszą przyszłość, pani Angelo...
- Jasna sprawa, pani doktor! - odpowiadam, zaciskając zęby, a ta obca kobieta w kombinezonie ochronnym, z aparatem oddechowym, wykonuje między moimi nogami swoje zadanie, czyli nerwowo grzebie w moich narządach rozrodczych, jak gdyby rozbrajała broń masowego rażenia. Bo właściwie w pewnym sensie nią jestem.
Jak my wszyscy.
Oczywiście nie podchodzę do tego zabiegu na luzie, nawet po miejscowym znieczuleniu i środku uspokajającym. Choć odpylacz był włączony na ful i obie miałyśmy na sobie stroje ochronne, ryzyko i tak pozostawało ogromne. W każdej minucie życia przeciętny człowiek zrzuca od trzydziestu do czterdziestu tysięcy komórek martwego naskórka. To swego rodzaju niewidzialna aura, którą za sobą zostawiamy. Wystarczyłaby jedna zagubiona cząsteczka w powietrzu, która trafiłaby do mojego kombinezonu albo, co gorsza, do domu...
No cóż, wiesz, co by było dalej.
Tak czy inaczej, lekarka poszła na następną wizytę, a ja jestem uziemiona na co najmniej cztery godziny. Muszę czekać, aż leki przestaną działać i aż czerwone światło nad drzwiami zmieni się w zielone, co będzie oznaczało koniec kwarantanny. Jak zwykle cały ten dyskomfort i wszystkie niedogodności w ogóle nie dotyczą Colina. Kiedy mój kochany mąż musi oddać swój materiał, po prostu wrzuca częściowo wypełniony kubeczek na obszar objęty kwarantanną, a potem wraca do swojego pokoju i kontynuuje pracę. Albo inne czynności, którymi wypełnia sobie obecnie czas. A sądząc po zduszonych jękach i stęknięciach, które czasem docierają przez ścianę, mogę przypuszczać, że przeważnie przygotowuje się właśnie do tych wizyt lekarskich.
Obracam się na bok i przyciągam kolana do piersi, próbując uśmierzyć skurcze mojej poobijanej macicy. Trudno mi się tutaj wygodnie ułożyć. Mimo że wciąż zrzędzę Colinowi, żeby zamówił lepszy namiot, wciąż mamy standardowy model, zamontowany cztery i pół roku temu. Dostaję tu klaustrofobii, nawet kiedy jestem sama, a co dopiero w sytuacji, kiedy namiot staje się prowizoryczną kliniką. Poza tym mam na sobie kombinezon ochronny i maskę oddechową, które mogę zdjąć, dopiero kiedy wrócę do swojego pokoju, więc to wszystko jest niemal nie do zniesienia.
No i jeszcze ten upał. W naszym mieszkaniu zawsze jest dość ciepło z powodu dodatkowej izolacji między pokojami, a namiot to już w ogóle przypomina saunę. Mimo wentylacji ściany pokrywa skroplona para, wewnątrz kombinezonu moją skórę drażni pot, a przez zaparowaną maskę wszystko wydaje się rozmazaną biało-szarą plamą. Po chwili przestaję wpatrywać się w zamglone światło nad drzwiami - wciąż uparcie czerwone - i zamykam oczy, żeby spróbować zasnąć.
To dziwne. Pamiętam, że na samym początku, kiedy stało się jasne, że świat się kończy - albo przynajmniej rozpada - choć to wszystko było okropne, pewna część mnie czuła ulgę. "Przynajmniej tempo życia będzie nieco wolniejsze", pomyślałam. Wszyscy byli wtedy ciągle zmęczeni. Tak wtedy żyliśmy. Wręcz rywalizowaliśmy pod tym względem, jak gdyby istniała korelacja między kręgosłupem moralnym a poziomem deprywacji snu. "Sypiam po pięć godzin", chwaliliśmy się. "Najwyżej pięć godzin". Byliśmy dumni z tego, że rano siadamy przy biurku jako pierwsi, a wieczorem wychodzimy z pracy jako ostatni. Wlewaliśmy w siebie hektolitry kawy, żeby w ogóle móc funkcjonować. Wychodziliśmy z zebrań, by ochlapać twarz zimną wodą. Ucinaliśmy sobie turbodrzemki w kabinach toaletowych. Jechaliśmy do domu po ciemku z opuszczonymi szybami i głośną muzyką, by nie pozwolić sobie zasnąć za kierownicą. A potem zmagaliśmy się z opieką nad dziećmi. Musieliśmy przygotowywać zbilansowane posiłki. Wymiatać na treningach. Prowadzić życie towarzyskie. Zajmować się rodziną. Przyjaciółmi. Małżeństwem. A kiedy w końcu właziliśmy do łóżka późnym wieczorem, i tak nie mogliśmy zasnąć z powodu ciężkiego chrapania naszego partnera lub partnerki. Nie. Po prostu leżeliśmy w nieustającym ciemnobrązowym półmroku wielkiego miasta. Nie potrafiliśmy się odprężyć. Nasze ciała drżały jak naelektryzowane. Wciąż kręciło nam się w głowie, bo analizowaliśmy miniony dzień albo tworzyliśmy w myślach wstępne wersje mejli, a co jakiś czas ciszę przerywały piknięcia naszych urządzeń, więc mrużąc klejące się oczy, odczytywaliśmy pilne wiadomości i artretycznymi palcami klikaliśmy podpowiadane wyrazy, aż nagle wschodziło słońce i nadchodziła pora, by zacząć cały ten szalony cykl od nowa.
Tylko że cały czas jestem zmęczona. Nieustannie czuję się wykończona. Bo choć wszystko się zmieniło, tak naprawdę nic się nie zmieniło. Oczywiście już nie dojeżdżamy do pracy. I nie musimy się martwić zakupami. Nie muszę nawet gotować, bo większość jedzenia przyjeżdża do nas w opakowaniach próżniowych i są to gotowe posiłki przygotowane maszynowo. Każdy zajmuje się tylko samym sobą.
Mimo to mam wrażenie, że dzień zawsze jest zbyt krótki.
Wciąż najwięcej czasu zabiera mi praca. Po wybuchu epidemii kwestia pracy zaskakująco szybko wróciła do normy. Oczywiście wszystko robimy teraz zdalnie. Zebrania. Oceny pracowników. Sprzedaż. Okazuje się, że w biurze wykonywałam naprawdę niewiele czynności, których nie mogę wykonywać w domu. Prawdę mówiąc, szybko się zorientowałam, że teraz jestem jeszcze bardziej zajęta niż kiedyś.
Do tego dochodzi bezsenność. Wciąż trudno jest się odprężyć. Niezależnie od pory dnia mój telefon wciąż brzęczy niecierpliwie jak wściekła osa zamknięta pod szklanką. I choć nie muszę już dzielić z nikim łóżka, wciąż muszę znosić ciężkie chrapnięcia mojego męża dobiegające zza kilku warstw płyty gipsowej z plastikową powłoką, oddzielających nasze pokoje.
Jak już wspomniałam, zmieniło się wszystko, a jednocześnie nie zmieniło się nic.
***
Kiedy otwieram oczy, światło wciąż jest czerwone. Nie spałam. Leżę i patrzę obojętnie na strużki skroplonej pary spływające po wewnętrznej stronie mojej maski. Lek przeciwbólowy przestaje już działać, więc czuję w brzuchu silne skurcze, jakby to była najgorsza miesiączka na świecie. Gdzieś poza namiotem rozlega się lekkie dudnienie. Bam, bam, bam. Wciąż jestem pod wpływem leków uspokajających, więc początkowo biorę te odgłosy za kroki. Wyobrażam sobie, że to Colin podchodzi, by sprawdzić, co u mnie. Przedziera się przez kilka warstw płótna, by przynieść mi filiżankę herbaty. Powiedzieć dobre słowo. Pocałować.
Potem sobie przypominam.
Nikt do mnie nie idzie. Colin jest zamknięty w swoim pokoju, zbyt zajęty pracą, by w ogóle pamiętać, że tu jestem. W pokoju obok niego, za kilkucentymetrowymi ścianami, które równie dobrze mogłyby mieć kilka tysięcy kilometrów grubości, siedzi Charlie. Ma czternaście lat i doskonale sobie radzi z izolacją. Z jego punktu widzenia tak po prostu wygląda życie. Właściwie nie pamięta niczego innego. Z pewnością jest podłączony do sieci. Gogle na oczach, gamepad w dłoni. Jego oczy biegają pomiędzy telefonem, tabletem i monitorem komputera, kiedy ostrzeliwuje kogoś w jakiejś grze o zabijaniu, zamiast odrabiać lekcje.
A dalej, w naszym dawnym salonie, mieszka Amber. To stamtąd dochodzi ten dźwięk. Moje najstarsze dziecko ćwiczy na bieżni. Tak spędza teraz pięć, czasem sześć godzin w ciągu dnia. To naprawdę smutne. Moja córka biega jak chomik w kołowrotku. Wkłada tyle wysiłku, a nigdzie nie dociera. Oczywiście to rozumiem. Trudno jest mieć siedemnaście lat, nawet kiedy nie jest się w areszcie domowym. Ja w jej wieku wychodziłam z domu co wieczór. Wpadałam w różne kłopoty. U niej wygląda to inaczej. Nie ma żadnego ujścia. Tylko ćwiczenia. Bieżnia. Skakanka. Joga. Worek treningowy. Cała ta energia się marnuje.
Może to przez resztki leku uspokajającego mięknie mi serce, tak że leżąc i słuchając, jak Amber zasuwa na swojej wyimaginowanej ścieżce, mam ochotę ją objąć. Choć raz. Zetrzeć jej pot z czoła i przycisnąć jej ciało do swojego, tak jak wtedy, gdy była niemowlęciem. Przytulić ją i powiedzieć: "Hej, nie jest tak źle. Będzie lepiej. W końcu wszystko będzie w porządku".
I teraz wiem, że przemawia przeze mnie lek uspokajający. Bo w głębi serca wcale nie wierzę w to, że sytuacja się poprawi. Nie. Będzie tak jak teraz. Nie takiego świata chcieliśmy i nie na taki zasługujemy, ale to jedyny świat, jaki mamy. A w tym świecie moje szanse na to, że jeszcze kiedykolwiek przytulę Amber, są mniej więcej takie, jak szanse na to, że przytulę Ciebie, moje biedne, kochane jajo.
Inaczej mówiąc, szanse są zerowe.
Pamiętam pierwszą osobę, której śmierć widziałam na własne oczy. To było na dobrych kilka tygodni, zanim epidemia oficjalnie tutaj dotarła. Kiedy jeszcze informacje o nieznanym wirusie pochodzącym z Filipin pojawiały się tylko w wiadomościach i mediach społecznościowych. Zanim terminy takie jak "kombinezon ochronny" i "niedobór odporności" stały się częścią naszego codziennego słownictwa.
Byłam wtedy w centrum handlowym. Masa reklamówek odcinała mi dopływ krwi do palców, a tuż za mną szli Charlie i Amber. To było jakoś w kwietniu, pod koniec przerwy wielkanocnej, która zdawała się trwać wiecznie. Z nieba cały czas siąpiła zimna mżawka. Dzieci miały nadmiar energii, bo obżarły się czekoladą, a poza tym zaczynały już wariować po dwóch tygodniach w domu. Zwykle byliśmy bardziej zorganizowani. Podczas przerw od nauki mieliśmy opiekunki. Półkolonie. Kluby sportowe. Zwykle szykowaliśmy dzieci i wywoziliśmy je z domu na co najmniej dziesięć godzin w ciągu dnia, a wieczorem wracały już w miarę przygaszone. Jednak z jakiegoś powodu w tamtym roku nie udało nam się zaplanować dzieciom ferii, a ponieważ praca Colina była ważniejsza - a przynajmniej lepiej płatna - niż moja, zacisnęłam zęby i załatwiłam sobie możliwość pracy z domu, żeby móc zajmować się dziećmi.
Wcale nie były takie malutkie. Już w wieku dwóch czy trzech lat Amber zażarcie walczyła o niezależność i biła mnie za każdym razem, kiedy próbowałam umyć jej zęby albo ją ubrać. Wtedy miała dwanaście lat, więc w ogóle nie można jej było nic powiedzieć. Niezależnie od tego, czy chodziło o wyniki w nauce, wypieki czy gimnastykę, wolała zrobić coś źle - a w przypadku lekcji pływania niemal utonąć - niż posłuchać czyjejś rady. Tak jakby uważała proszenie o pomoc za słabość. Rodzaj oszustwa. Tak jakby osiągnięcie było cokolwiek warte, tylko jeśli dokonała go zupełnie sama.
Może dlatego od pewnego czasu zaczęła przywiązywać tak dużą wagę do prywatności. Najbardziej zacięcie walczyła o swój pokój. Z dnia na dzień na drzwiach pojawiły się ręcznie narysowane znaki z napisami. "Nie wchodzić". "Zakaz wstępu". "Nie wolno". Nagle zaczęła wrzeszczeć na każdego, kto wszedł do jej pokoju bez wyraźnej zgody. Do pewnego stopnia to rozumiałam. Rok wcześniej zaczęła miesiączkować i choć po naszych "pogawędkach" o jej ciele tylko nabzdyczona kręciła głową, jakbym mówiła jej najbardziej oczywiste i żenujące rzeczy na świecie, i tak wyczuwałam w niej lęk związany z tym, że przeistaczała się z dziecka w nastolatkę. Nie było niczego zaskakującego w tym, że chciała mieć własną przestrzeń, i chociaż nie zgodziliśmy się na zamek w drzwiach do jej pokoju, przystaliśmy na konieczność pukania przed wejściem.
Z Charliem nie było aż tak ciężko. Przynajmniej wtedy. Był o trzy lata młodszy od Amber, więc jeszcze nie nabył wszystkich tych mniej przyjemnych cech, które miał w sobie rozwinąć jako nastolatek. Co nie oznacza, że był aniołem. Już wtedy stroił fochy i miał przebłyski cynizmu, który później stał się jego znakiem rozpoznawczym, tak jakby widział już wszystko, co świat ma do zaoferowania, i uważał, że to jedna wielka nuda. Jeszcze bardziej niepokojąca była jego skłonność do okrucieństwa. Już sama nie wiem, ile razy przyłapałam go na wyrywaniu odnóży pająkom. Albo na posypywaniu ślimaków solą i obserwowaniu, jak te biedne stworzenia wydają syczące dźwięki, zmieniając się w brązową plamę na naszym balkonie.
Mimo wszystko te okropności przeplatały się z naprawdę słodkimi chwilami. Pamiętam wieczory, kiedy zmniejszał dystans i zwijał się w kłębek na kanapie obok mnie, żeby pooglądać telewizję. Jego głowa opierała się o moje biodro, a moje palce bawiły się jego poplątanymi blond włosami. Pamiętam też te noce, kiedy budził się w ciemności z szeroko otwartymi oczami, przerażony czymś nieokreślonym, co zobaczył w szybko zapomnianym koszmarze. Noce, kiedy z hukiem wbiegał do naszego pokoju, a ja po prostu brałam go na ręce, owijałam kołdrą i przyciskałam do siebie jego maleńkie ciałko, aż w końcu przestawał się trząść i zaczynał chrapać.
Niestety podczas tamtej przerwy świątecznej takich ulotnych, uroczych momentów było wyjątkowo mało. Prawdę mówiąc, relacje między naszą trójką już wtedy były popsute - dzieci wciąż się sprzeczały, a ja tkwiłam pomiędzy nimi w roli arbiterki, wykończona i przygnębiona, usilnie próbując pracować. Pamiętam, że codziennie wieczorem narzekałam Colinowi na tę sytuację. Choć teraz brzmi to niewiarygodnie, rozpaczliwie potrzebowałam własnej przestrzeni. Tak jak Amber chciałam mieć zamek w drzwiach do sypialni. Dusiłam się w domu. Było mi gorąco i nie mogłam usiedzieć w miejscu. W nocy zamiast spać, leżałam i fantazjowałam o przeprowadzce na wieś. Do domu z sześcioma sypialniami. Z dziesięcioma sypialniami. Gdzieś na dużej przestrzeni, gdzie już nigdy nie musiałabym nikogo spotykać. Gdzie mogłabym się zaszyć w samotności i nikt nie zakłócałby mi spokoju. Albo wyobrażałam sobie długi, kręty ogród, w którym mogłabym zbudować własną pracownię, z dala od bestii dzielących ze mną codzienność. Oczami wyobraźni widziałam piękne życie w odosobnieniu. Całkowitą ciszę. Kompletną izolację.
Gdybym tylko wiedziała.
Pod koniec przerwy wielkanocnej wreszcie ustały ciągłe deszcze i stwierdziłam, że nadszedł czas, by naprawdę wziąć dzień wolnego. Odeszłam od laptopa i wyciągnęłam dzieci z domu, chcąc zabrać je do pobliskiego parku, aby się wreszcie wybiegały po tak długim siedzeniu w domu. Jednak zdążyliśmy tylko dojść do końca ulicy, kiedy niebo pociemniało. Deszcz zaczął uderzać w chodnik, jakby z nową dawką determinacji, więc nasza trójka była zmuszona uciec do samochodu. I tak oto wylądowałam w zatłoczonym centrum handlowym z dwójką marudnych dzieci.
***
Czasem trudno sobie przypomnieć, jak bardzo zabiegany był kiedyś świat. Centrum handlowe było tak napakowane ludźmi, że nie dało się tam wytrzymać. Pewnie z powodu ferii. Sunące schody ruchome. Zatłoczone alejki. Mokrzy ludzie, susi ludzie, starzy ludzie, młodzi ludzie. Ludzie biznesu podczas przerwy na lunch, młode matki z wózkami, starsi mężczyźni z psami, rowerzyści niosący złożone rowery, robotnicy w odblaskowych kamizelkach, ochroniarze w tanich, czarnych marynarkach, z tatuażami na szyjach, i nastolatki z niebieskimi dredami i gitarami na plecach.
Ludzie robiący zakupy. Ludzie patrzący. Ludzie chodzący. Ludzie zatrzymujący się.
Ludzie wszelkich ras, rozmiarów i kształtów.
Ściśnięci razem. Zbici w jedną masę. Wymieszani.
Połączeni i przelani w jedno miejsce, by schronić się przed deszczem.
I ten słodki, okropny smród tego wszystkiego. Drogie perfumy zmieszane z tanią wodą po goleniu. Świeża kawa i zastały dym papierosowy. Miętowy oddech, nieświeży oddech, czosnkowy oddech i psi oddech. Wszyscy wdychaliśmy i wydychaliśmy to samo powietrze. Wchodziliśmy sobie nawzajem w osobistą przestrzeń.
Ludzie, ludzie, ludzie.
Zbiorowisko życia. Skupisko ludzkości. Wszyscy wlekliśmy się wypolerowanymi alejkami w centrum handlowym jak jakiś dziwny, wielogłowy organizm o tysiącach kończyn.
Kręciliśmy się. Wiliśmy się. Pędziliśmy.
Razem.
Jak tylko tam trafiliśmy, dotarło do mnie, że popełniłam ogromny błąd. To było tysiąc razy gorsze niż siedzenie w domu. Mimo to uparłam się, byśmy wykorzystali okazję, skoro już tam byliśmy, więc przepychaliśmy się przez te hordy, włócząc się od sklepu do sklepu. Przez całą okropną godzinę dzieci bez przerwy się kłóciły, a ja przeważnie kupowałam ubrania tylko dla siebie. W końcu uznałam, że mogę ich uspokoić tylko cukrem.
Kiedy staliśmy w strefie gastronomicznej na najwyższym piętrze, a dzieci wreszcie ucichły, jedząc deser lodowy, przez rozmowy w barach obok przebił się krzyk. Wszystkie głowy zwróciły się w tamtym kierunku. Po kilku sekundach od wypolerowanych marmurowych podłóg odbiło się echo kolejnego wrzasku. Tym razem głośniejszego. Głos należał do kobiety. Był pełen paniki.
Instynktownie przyciągnęłam dzieci do siebie. Choć teraz wydaje się to niedorzeczne, w pierwszej chwili pomyślałam, że to zamach terrorystyczny. W tamtych czasach w mediach wciąż pojawiały się informacje o takich okropnościach. Można było oglądać całodobowe relacje o skutkach zamachów. Wywiady z zapłakanymi rodzinami ofiar. Wieńce zawieszone na latarniach, balustradach mostów i ogrodzeniach szkół. Szczere ostrzeżenia polityków mówiących, że następny zamach jest nieunikniony. Wisi w powietrzu. Że będzie większy i bardziej krwawy niż poprzedni. To dziwne, że kiedyś zużywaliśmy tyle energii, by się nawzajem wyrzynać i bombardować. Gdybyśmy tylko wiedzieli, że matka natura wykończy nas znacznie skuteczniej.
Trzymając kaptur Charliego, zrobiłam krok do tyłu. Jednak to nic nie dało. Za nami już zgromadził się tłum. Wszyscy się rozpychali, potrącali, szturchali i napierali na siebie. Wyciągali szyje, żeby zobaczyć, co się dzieje.
Przepraszając, spróbowałam jeszcze raz wydostać się z tej klatki ciał. Jednak wtedy rozległ się następny krzyk. Tym razem mężczyzny.
- Odsunąć się! Na miłość boską, dajcie jej trochę przestrzeni. Nie może oddychać!
Tłum wokół nas poruszył się i rozstąpił, a wtedy moim oczom ukazała się przerażająca scena rozgrywająca się tuż obok. Na podłodze w strefie gastronomicznej mężczyzna w niebieskiej koszuli klęczał nad kobietą w średnim wieku. W każdym razie tak mi się wydawało. Jej twarz była tak obrzmiała, że trudno było ocenić wiek. Jej usta wyglądały jak różowe balony. Miała tak napuchnięte powieki, że oczy były całkowicie zasłonięte. Wszystko wskazywało na to, że spadła do tyłu z ławki i zostawiła tacę z nietkniętym jedzeniem na stoliku. Teraz leżała bezładnie na plecach, z purpurową twarzą, łapiąc się za gardło. Jakby mało było tych nieszczęść i upokorzeń, to jeszcze podwinęła jej się spódnica.
Wstyd mi, ale muszę się przyznać, że odetchnęłam wtedy z ulgą. Jednak to nie był zamach. Ta biedna kobieta ewidentnie doznała nagłego ataku jakiejś choroby, najwyraźniej reakcji alergicznej, ale nam nic nie groziło. Pomyślałam, że to zdarzenie nie odbije się poważnie na mnie ani na dzieciach. Jasne, może porozmawiamy o tym, jadąc do domu. Może Charlie wspomni o koledze z klasy, który ma uczulenie na orzeszki ziemne i musi jeść obiad w szkole oddzielnie. Ale byłam pewna, że do kolacji zapomnimy o tym dramacie i zajmiemy się różnymi, pilniejszymi sprawami. Innymi słowy, wszystko będzie dobrze.
Usłyszałam jeszcze jeden krzyk i dopiero wtedy zauważyłam nastolatkę płaczącą nad tą chorą kobietą.
- Mamo? Niech ktoś coś zrobi! O Boże, o Boże, o Boże...
Kobieta leżąca na podłodze nagle dostała drgawek, a między groteskowymi poduszkami, jakimi stały się jej wargi, kipiała gęsta, biała piana. Mężczyzna w niebieskiej koszuli podjął próbę reanimacji - naciskał obiema rękami na klatkę piersiową kobiety i przyciskał twarz do jej twarzy, by zrobić jej sztuczne oddychanie.
Gdzieś z boku poczułam, jak ściska mnie za rękę mała rączka. Opuściłam wzrok i zobaczyłam Charliego z szeroko otwartymi, przerażonymi oczami.
- Boję się, mamusiu.
- Już w porządku - skłamałam. - Wszystko będzie z nią dobrze.
Zobaczyliśmy już dość.
Wzięłam ich oboje za ręce i odciągnęłam, przeciskając się przez ciasny krąg gapiów. Gdy szliśmy w stronę schodów ruchomych, odwróciłam się, by jeszcze raz zerknąć na tę kobietę. Leżała bez ruchu. Miała białą twarz z wycieńczenia. A potem tłum znowu się przesunął i straciłam ją z oczu.
Kiedy zjeżdżaliśmy na parter, zobaczyłam błysk zieleni na schodach ruchomych w przeciwnym kierunku. Dwójka młodych sanitariuszy przeciskała się w górę, w stronę strefy gastronomicznej. Jeden z nich miał przenośny defibrylator przewieszony przez ramię.
- Widzicie? - Uśmiechnęłam się. - Zabiorą ją do szpitala i jej pomogą.
Charlie lekko pokiwał głową. Nie wyglądał na przekonanego.
Gdy dojechaliśmy na parter, zatrzymałam się i spojrzałam za siebie. Krzyki z górnego piętra już zginęły w szumie tłumu. Tu na dole wydawało się, że nic się nie stało. Ludzie zajmowali się swoimi sprawami, kompletnie nieświadomi, że kilkanaście metrów nad ich głowami leży umierająca kobieta.
- Mamusiu, co się stało tej pani?
Zwróciłam twarz do Charliego. Do nich obojga. Byli bladzi i wydawali się niezwykle malutcy.
Wokół nas lawirowali klienci centrum handlowego, a ja uklękłam i objęłam dwójkę swoich dzieci, przyciskając je mocno do siebie, pierś do piersi, policzek do policzka, jak gdybym próbowała je pochłonąć.
- Wszystko już w porządku. Wiem, że to był wstrząsający widok. To było coś strasznego. Ale teraz już po wszystkim. Naprawdę nie ma powodu do niepokoju. Macie moje słowo.
Oczywiście wtedy nie miałam pojęcia, jak bardzo się mylę.
Zdecydowanie był powód do niepokoju. Wszystko było niepokojące.
A czy to już był koniec tego wszystkiego?
To nawet nie był początek.
Może trudno Ci będzie w to uwierzyć, ale w dawnym świecie piątkowy wieczór naprawdę coś znaczył. Kiedy byłam tuż po dwudziestce, to dla tych wieczorów wszyscy żyliśmy. Piliśmy wtedy niemal do utraty wzroku. Śmialiśmy się, aż nas bolały brzuchy. Tańczyliśmy, aż traciliśmy siły w nogach i pękały nam pięty. A nawet kiedy w końcu wyrzucali nas z pubów i klubów i zataczaliśmy się na brudnych ulicach, zabawa się nie kończyła. Nie. Po prostu szaleliśmy dalej, łapiąc chwile. Nie chcieliśmy stracić ani sekundy. Wciskaliśmy się do taksówki i jechaliśmy do czyjegoś domu. Rozpalaliśmy w kominku, żeby było ciepło, i ktoś wyciągał stereo albo gitarę. Pojawiały się kolejne drinki. Czasem po pokoju krążyły jointy. Proszki i pigułki. Może mogliśmy nawet poznać miłego chłopca lub sympatyczną dziewczynę, poprzytulać się i zakochać. A przynajmniej do wschodu słońca, kiedy czar pryskał...
Nawet kiedy byłam starsza i związałam się z Colinem, piątkowy wieczór wciąż był dla nas linią mety, na którą się rzucaliśmy. Choć czasy imprezowania miałam dawno za sobą, piątek wciąż był szansą, by się odprężyć i wreszcie porozmawiać. Otworzyć butelkę wina i pokłócić się o to, co by tu obejrzeć na Netfliksie. Zwinąć się w kłębek na kanapie i zjeść zamówione jedzenie, a potem paść na łóżko - byliśmy zbyt zmęczeni na coś więcej niż przytulanie w ciemności.
Natomiast teraz piątkowy wieczór niczym się nie różni od pozostałych. Zatem dzisiaj, jak każdego wieczoru, siedzę przed komputerem z resztkami gotowego posiłku dla jednej osoby. Dzisiaj jesteśmy tu tylko Ty i ja, drogie jajo.
A Ty nawet nie istniejesz.
Wieczór zaczął się obiecująco. Mniej więcej od kilku miesięcy Colin prowadził misję "zacieśniania" naszych relacji rodzinnych i choć ta cała kampania wydawała mi się śmieszna, starałam się go wspierać. Budować wspólny front. Jednym z elementów jego strategii był powrót do wspólnych wieczornych posiłków. Oczywiście nie mogliśmy razem usiąść przy stole - to byłoby nielegalne i wręcz samobójcze - więc uzgodniliśmy, że będziemy włączać kamerki podczas posiłków i dzielić ekran na cztery kwadraty. To były swego rodzaju wideokonferencje kulinarne.
Naturalnie dzieci nie były zachwycone tym pomysłem. Chyba tak bardzo już się przyzwyczaiły do tego, że robią, co chcą i kiedy chcą, że jakakolwiek próba namówienia ich do uczestnictwa w sztucznie zaaranżowanej sytuacji społecznej od początku była skazana na porażkę. Podczas posiłków oboje patrzyli z roztargnieniem gdzieś poza ekran. Może oglądali coś innego. Albo grali w grę. Wpatrywali się w telefon. Na ogół Charlie w ogóle nie chciał zdjąć słuchawek. Mimo to Colin wciąż nie ustaje w wysiłkach, najwyraźniej nie zauważając oznak niezadowolenia. Uśmiecha się, bez przerwy rzuca żartami i zadaje otwarte pytania, aż jego próby zmuszenia dzieci do rozmowy spełzają na niczym i słychać tylko, jak przeżuwamy odkażone jedzenie. Byłoby to niemalże urocze, gdyby nie było takie daremne.
Po ledwie kilku tygodniach Charlie w ogóle przestał uczestniczyć w tych naszych spotkaniach i w jego ćwiartce widzieliśmy głęboką, nieprzeniknioną czerń. Bez wielkiego przekonania wysłałam mu kilka wiadomości wyjaśniających, jak ważne jest jego uczestnictwo i ile by znaczyło dla jego ojca, ale na razie wszystkie te apele spotkały się ze ścianą milczenia. Co jeszcze mogę zrobić? Nie zmuszę go przecież do przychodzenia na kolację. Chyba tak po prostu wygląda zdalne wychowanie. Nie mam pojęcia, co wyprawia, poza tym, co sam mi opowie. Nie wiem, czy ma porządek w pokoju ani czy odrobił lekcje, a tym bardziej - co robi online. Nie żebym chciała wiedzieć. Niektórzy z moich znajomych podjęli ekstremalne działania, by mieć swoje dzieci na oku - posunęli się nawet do wynajęcia hakerów, by potajemnie zainstalowali oprogramowanie szpiegujące na komputerach dzieci. Nie mam zamiaru iść tą drogą. Moim zdaniem niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Poza tym, nawet gdybym odkryła jakieś wybryki Charliego, to co miałabym zrobić? Dać mu szlaban? Nie mogę zrealizować żadnej groźby. Wszystko, co mogłabym mu zabrać, już i tak stracił z powodu obecnej sytuacji.
W każdym razie możesz sobie wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy dziś wieczorem zalogowałam się na obiad i zobaczyłam Charliego w jego ćwiartce. Widząc go po raz pierwszy od kilku tygodni, po raz kolejny się zdziwiłam, jak szybko się zmienia. Nadgórną wargą ma coraz więcej szorstkich włosków. Jego brwi zgęstniały i pociemniały, i prawie stykają się na środku. Trudno mi to przyznać, ale jest też grubszy. Choć jedzenie jest nam wydzielane, to wcale nie jest go mało, a bez reżimu ćwiczeń w stylu Amber te mocno przetworzone, gotowe posiłki łatwo prowadzą do dodatkowych kilogramów. Tylko że Charlie jest już na granicy otyłości. Wokół jego podbródka marszczą się zwały ciała, jak gdyby jego głowa tonęła w szyi, a przyciasny T-shirt z trudem ukrywa jego napuchniętą klatkę piersiową. Już dawno nie ma bladego chłopczyka, którego brałam na ręce i przyciskałam do piersi, czując bicie jego serca, przypominającego drżące pisklę w delikatnym gnieździe żeber. Ale przynajmniej choć raz był chyba w dobrym humorze.
- O, cześć, mamo. Dobry masz dzień?
Pokiwałam głową, od razu nabierając podejrzeń.
- Hmm... pewnie.
Kiedy spojrzałam na Amber, poczułam dziwną ulgę, widząc, że jest tak samo nieszczęśliwa jak zwykle, siedzi ze zgarbionymi ramionami, a z jej twarzy wyziera słabo ukrywana pogarda dla całego świata. Przynajmniej ona zachowywała się normalnie.
Natomiast Colin był zachwycony jak zawsze i, patrząc w kamerę z promiennym uśmiechem, powiedział:
- Charlie! Tak się cieszę, że do nas dołączyłeś. Hej, skoro tu jesteś, może podałbyś mi sól?
Zdusiłam jęk. To był jeden z ulubionych żarcików Colina. Nie był zabawny nawet za pierwszym razem. Słysząc go po raz setny, miałam ochotę uderzyć głową w monitor. Sądząc po minie, Amber myślała to samo.
Jednak ku memu niedowierzaniu Charlie uśmiechnął się szeroko, odsłaniając dziąsła.
- Niezłe, tato.
Zachęcony tą reakcją Colin przeszedł do kolejnego gagu w swoim programie - sięgnął po serwetkę i zaczął udawać, że poleruje kamerkę.
- O raju, będę musiał pogadać z naszą sprzątaczką! Te okna są brudne!
Tym razem Charlie roześmiał się głośno. Zabrzmiał jak jęczący pies, któremu ktoś przypadkiem nadepnął na łapę. Ciarki przeszły mi po plecach. Coś tu było mocno nie tak. Charlie ewidentnie robił sobie z nas wszystkich jakiś okrutny żart, który rozumiał tylko on sam.
- Jak ci minął dzień, tato? - kontynuował Charlie z coraz bardziej ironicznym uśmieszkiem.
Nie dostrzegłszy sarkazmu w tonie głosu Charliego, Colin zaczął paplać o ostatnich osiągnięciach w pracy, o swoich problemach i nowym projekcie. Na początku naszej znajomości Colin był informatykiem w firmie motoryzacyjnej. Oczywiście tacy pracownicy nie są specjalnie rozchwytywani, odkąd przemysł samochodowy upadł. Choć technicznie rzecz biorąc, wciąż mamy swój samochód - jeden z tych kanciastych modeli autonomicznych pierwszej generacji - to stoi on w garażu podziemnym pod naszym blokiem i rdzewieje razem z innymi porzuconymi pojazdami. Cóż za ponura pamiątka po prostszych czasach, kiedy jedynym zabezpieczeniem, o które trzeba było się martwić, było zapięcie pasów.
Na szczęście okazało się, że umiejętności Colina wyjątkowo łatwo jest wykorzystać w nowym krajobrazie ekonomicznym, który powstał na gruzach starego świata. Przez mniej więcej rok pracował dla producenta dronów, a potem znalazł stabilne zatrudnienie w firmie specjalizującej się w wirtualnej rzeczywistości i jest tam do tej pory.
Nawet przed wirusem wirtualna rzeczywistość przeżywała okres rozkwitu. Teraz jest wszędzie. Mam przyjaciół - dorosłe kobiety i dorosłych mężczyzn - którzy całymi dniami przesiadują w wirtualnych czatroomach, gdzie gadają i flirtują z nieznajomymi, jak gdyby naprawdę byli tuż obok nich. Aktualny projekt Colina ma to wszystko posunąć o krok dalej. Jego firma pracuje nad swego rodzaju kurortem wakacyjnym, który ludzie mogliby odwiedzać. To byłyby cyfrowe plaże i pikselowe palmy, czy coś w tym rodzaju. Ale najwyraźniej wcale nie na tym polega cała atrakcja. Colin mówi, że wynaleźli jakąś technologię dającą iluzję dotyku. Po prostu wkładasz specjalne rękawiczki wyposażone w czujniki, a potem zakładasz gogle. Kiedy komputer wykrywa, że dotykasz czegoś na ekranie, wypełnione powietrzem woreczki imitują uczucie trzymania czegoś w dłoniach, a odpowiednio nakierowane wibracje, impulsy i uszczypnięcia sprawiają, że mózg odbiera je, jakby dłonie dotykały różnych powierzchni. Colin zapewnia, że efekt jest powalający. Można przeczesać palcami włosy wyimaginowanego dziecka. Albo przechadzać się za rękę z ukochaną osobą po wirtualnej plaży. A to jeszcze nie wszystko. Colin powiedział mi, że pracują nad nowym prototypem kombinezonu symulującego uczucie, że ktoś nas przytula albo masuje.
- Wyobraź sobie, jakie to daje możliwości - zachwycał się już sama nie pamiętam ile razy. - Matka mogłaby poczuć swoje dziecko skulone u niej na kolanach po raz pierwszy od pięciu lat. Mogłabyś znowu objąć Charliego i Amber, a oni naprawdę by to poczuli. Moglibyśmy znowu się trzymać za ręce.
Naprawdę nie mam pojęcia, czy to coś więcej niż pobożne życzenia. Ale jego praca jest dobrze płatna, zwłaszcza w porównaniu z moim mizernym wkładem w rodzinny budżet. To ważne. Rzeczy niezbędne do przetrwania w obecnych warunkach są tak drogie, że aż się chce płakać. Choćby same przeróbki, których musieliśmy dokonać w naszym domu - zatrudnić fachowców, by odizolowali wszystkie pokoje i założyli w każdym z nich niezależny system filtrowania powietrza - kosztowały niemal dwa razy tyle, ile zapłaciliśmy kiedyś za całe mieszkanie. Do tego należy doliczyć codzienne wydatki, np. na leczenie, jedzenie, wodę, internet i elektryczność, a wszystko to skandalicznie podrożało w ostatnich latach, więc trudno się nam utrzymać.
To znaczy, relatywnie rzecz biorąc.
Oczywiście mam świadomość, że i tak jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji niż większość.
Obejrzałam w internecie kilka dokumentów o uboższych społecznościach, gdzie ludzie podzielili swoje domy plandekami, by stworzyć miejsca do kwarantanny. A z wiatraków na biurko zrobili prowizoryczne oczyszczacze powietrza. Wywiercili studnie. Podłączyli oświetlenie do agregatów dieslowskich. Podejrzewam, że to jednak wyjątek, a nie reguła. Że na każdą rodzinę, która nagrała własnoręczną przebudowę domu, przypada dziesięć tysięcy takich, którym się to nie udało.
Mimo tych wszystkich zmian, które zaszły, podstawowa zasada pozostała taka sama. Im więcej masz pieniędzy, tym lepiej i dłużej żyjesz.
Kto jest biedny, jest nieszczęśliwy.
Kto jest biedny, jest martwy.
I choć w głębi serca drwię z nudnych anegdot, jakie mój mąż opowiada o pracy, mimo wszystko jestem wdzięczna za pieniądze, które zarabia, a co za tym idzie, za to, że wciąż udaje nam się przeżyć.
Jednak Charlie nie wydawał się zachwycony. Kiedy Colin w końcu przerwał monolog o niuansach płytek naciskowych, z zadowoleniem zauważyłam, że entuzjazm Charliego zdecydowanie opadł. Jego uśmiech zastygł w bolesnym grymasie. Oczy się zaszkliły.
- A co u ciebie? - zapytał Colin. - Jak tobie minął dzień?
Wyglądało na to, że Charlie właśnie na to czekał. W jego oczach znowu pojawiło się skupienie. Oblizał usta.
- Po prostu świetnie. Ale może zapytacie Amber, co u niej? Założę się, że ma mnóstwo do opowiedzenia. Mam rację, siostra?
Amber spojrzała surowo.
- Słuszna uwaga - palnął Colin bez zastanowienia. - Jak ci minął dzień, kochanie? Mam wrażenie, że od dawna nie słyszałem, co u c i e b i e słychać. Dobrze się czujesz?
Amber jeszcze bardziej się nachmurzyła i zacisnęła zęby tak mocno, że nie wiem, jakim cudem w ogóle wypowiedziała jakiekolwiek słowa.
- Wszystko u mnie w porządku - fuknęła.
- To ś w i e t n a wiadomość, słonko. A co tam w szkole? Jak zwykle najlepsze wyniki?
Po raz tysięczny tego wieczoru zdumiałam się, że mój mąż potrafi kompletnie nie wyczuć podtekstu. Jaką swobodę musi dawać taka nieświadomość. I całkowitą izolację od emocji innych osób. Amber gwałtownie pokręciła głową, tak jakby chciała się opędzić od pszczoły.
- Wszystko u mnie w porządku - powtórzyła.
Dopiero po chwili niezręcznej ciszy znowu odezwał się Charlie, drocząc się:
- Hej, siostra! A może opowiesz tacie o Jamalu? Na pewno bardzo chciałby się wszystkiego o nim dowiedzieć.
Przez chwilę słowa Charliego zdawały się wisieć w powietrzu jak dym po wystrzale.
I wtedy Amber wybuchnęła.
- Ty mały dupku! Włamałeś się do mojego komputera, co? Razem ze swoimi szczurowatymi kolesiami hakerami. Jak Boga kocham, zabiję cię. ZABIJĘ cię, do cholery!
- Ej! - przerwałam jej. - Wystarczy. Wiem, że jesteś wściekła, ale nie ma potrzeby, żebyś w taki sposób mówiła do brata. Charlie, ile razy ci mówiłam, że powinieneś szanować prywatność swojej siostry?
Charlie uniósł ręce, od niechcenia próbując się bronić, ale zbyt mocno się śmiał, by mnie uważnie słuchać.
- Amber i Jamal siedzieli na drzewie i się C-A-Ł-O-W-A-L-I...
- Słuchaj, to nie jest fajne. Wyobraź sobie, jak ty byś się czuł, gdyby...
Zanim dokończyłam zdanie, ekran Charliego zgasł. Mój syn się rozłączył.
Przez chwilę wszyscy milczeliśmy, a potem Colin odchrząknął.
- No to kim jest ten Jamal?
Tym razem Amber krzyknęła tak głośno, że usłyszałam ją nawet przez ścianę.
Jej ekran też zgasł, a po kilku minutach usłyszałam znajome tupanie na bieżni.
Colin zmarszczył brwi. Wyglądał na zdezorientowanego.
- Co tu się właśnie stało, do diabła? Wiesz coś o tym całym Jamalu?
Wydałam z siebie długie westchnienie.
- Wiesz co, muszę trochę nadgonić z robotą...
Wyłączyłam kamerkę i dokończyłam posiłek w ciszy.
Od tamtej chwili minęło kilka godzin. Teraz siedzę przy biurku, plastikowy pojemnik po kolacji wciąż leży obok mnie, a na resztkach jedzenia zastyga tłusta skorupa. Kilka minut temu Colin napisał do mnie:
"Hej. Przepraszam za wcześniej. Tak to jest z dziećmi, co?".
Nie odpisałam.
Po minucie mój telefon znowu zawibrował:
"Szkoda, że nie ma Cię teraz przy mnie :*".
Popatrzyłam na wiadomość, trzymając palec nad ekranem i próbując wymyślić odpowiedź.
Po kilku sekundach doszła do mnie kolejna wiadomość:
"Tęsknię za Tobą".
Potem następna:
"Co masz na sobie?".
I jeszcze jedna:
"Ale mi stoi".
Rzuciłam telefonem na drugi koniec pokoju.
Zgasiłam światło.
Poszłam do łóżka.