KOCHANEK
Byłem już starszy, kiedy któregoś dnia w holu pewnej instytucji podszedł do mnie mężczyzna. Widziałem twoją sztukę, powiedział, mocno mnie poruszyła. Nie poznałem go, rozpoznałem tylko jego ruchy, ten chełpliwy chód człowieka wychowanego na prowincji. Mógł być kimkolwiek. Wciąż palisz, powiedział, gorąco tu i duszno, dużo ludzi, chodźmy w jakieś spokojne miejsce, mogę cię poczęstować fajką?
Bardzo wcześnie w moim życiu było już za późno. Gdy skończyłem siedemnaście lat, było już za późno. Kiedy miałem dwanaście lat, napełniałem skarpetę spermą, marzyłem tylko o tym, żeby zajrzeć w męski odbyt i wdychać to szczególne powietrze, miłość, myślałem, coś jak trzepot ptasich skrzydeł. Gdy miałem piętnaście i pół, pojawił się instruktor jazdy konnej.
Często myślę o tym obrazie, wciąż go widzę, nigdy o nim nie mówiłem. Skóra bryczesów na wewnętrznej stronie ud, szew w kroku, na całym siedzisku skóra, skóra. Ostry smród końskiej uryny, amoniak barwi słomę na czerwono i staje się ciężka, mydło do czyszczenia siodła, szorstkie ręce instruktora jazdy konnej. Tak.
To wiem, oporządzałem klacz, jadłem w zimnej kuchni z braćmi i matką, jej szczęka: klap, klap. To jedyne, co mnie z nią łączy: ten chłodny smutek i klap, klap, nie przychodzi mi do głowy nic innego, to jej "ponieważ". To matki "ponieważ":
Gdy się pewnego ranka obudziła, u jej boku nie było ukochanego. Może poszedł nad morze, zastanawiała się, może do warzywniaka po figi i karczochy, może do stajni. W nocy chodziła wzdłuż rowów i szukała go w ciemnościach. Wyobrażała sobie ukochanego krwawiącego, pogryzionego przez wilki, i sama wyła do nieba jak wilk w tę mroźną noc, śpiewała i krzyczała. W dzień owijała się w ciemny fiolet i wynosiła do odwiedzonych nocą rowów duże blaszane wiadra cementu, napełniała nim rowy, by zaznaczyć, odhaczyć; tu go nie było.
Opowiem ci, mam piętnaście i pół roku.
Jadę autobusem numer 491 w kierunku Fjaltring.
Nie przebrałem się, mam przyjechać w takim stanie, w końskim smrodzie, tak jest w kontrakcie, taka jest instrukcja; zdejmij ubranie, śmierdzisz gównem. Słońce świeci przez okno autobusu, płaskie pola, morze, odwiedzam go pierwszy raz.
Mieszkam w państwowej szkole z internatem. Jem, śpię, uczę się, mam siedemnaście lat, to wiem. Wiem, że matka ma kontakty, w przeciwnym razie nie siedziałbym tutaj, na prowincji są procedury, istnieją precedensy dotyczące przygotowania kiełbasy. Wiem, że wysłano mnie promem, bracia machali z kei, matka płakała, najpierw pożegnanie z ukochanym, potem z weimarczykiem, a teraz Mały. Ja nie płakałem. Nie płakałem, odkąd w podstawówce spadłem z huśtawki i asfalt rozkwasił mi kawałek kolana, ale skupiłem się tylko na drobnym zadrapaniu na dłoni, to mała kropla krwi na opuszce kciuka sprawiła, że krzyczałem.
Bracia ugięli się w kolanach, matka przyniosła jodynę.
Rodzina jest konkretna, rodzina jest mimowolnie ślepa, to wiemy. Rodzina jest po to, by przypominać Małemu, że istnieją korzenie, i korzenie bolą, i korzenie, korzenie trzeba chronić, to obowiązek, i miejsce korzeni trzeba chronić, flaga na maszt. Dziś marzę o paleniu flag na ulicach, tęsknię za okazywaniem większego szacunku tekstyliom niż przez ozdabianie ich symbolami, gównem, sprzeciwiam się ozdabianiu noworodków; oto twoja płeć, twoje imię, twoja flaga i twoja rodzina, jeśli będziesz próbował się od tego uwolnić, udławisz się własnymi wymiocinami, zostaniesz odrzucony.
Nie, Mały na pokładzie nie płakał, nigdy nie płakał za tą rodziną, nie wymiotował od czasu ginu wypitego u instruktora jazdy konnej, odkąd wziął instruktora po korzeń w ginie, ginie, od czasu ginu, ginu, Mały nie rzucił się w innego, nie rzucił się w innego, nie wdychał tego szczególnego powietrza, które nazywa miłością, od czasu ginu, ginu, a teraz wdycha powietrze w automacie w centrum miasta, włóczy się po parkingach na prowincji, wypychając biodra do przodu, uśmiecha się i odpływa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki