Skok w króliczą norę - Adrianna Michalewska, Izabela Szolc

Reflow text when sidebars are open.
POSTACI WYSTĘPUJĄCE W POWIEŚCI
AMELIA KOSOWSKA
Pochodzenie: niższa klasa średnia.
Wygląd: drobna i niewysoka blondynka.
Rodzina: ojciec, Michał, nie żyje, zamiłowanie do lotnictwa znalazło swój wyraz w imieniu, które nadał córce; mama, Anna, jest w związku z młodszym mężczyzną, Arturem. Amelia dobiega czterdziestki, jest samotna.
Mieszka w: Łodzi, na osiedlu Mireckiego, przy ulicy Srebrzyńskiej.
MONIKA PIELGRZYM
Pochodzenie: rodzina łódzkich profesorów.
Wygląd: piękna posągowa brunetka.
Rodzina: ojciec, Zygmunt, nie żyje, był znanym profesorem kardiochirurgii w łódzkiej Akademii Medycznej; matka, Irena, jest profesorem filozofii na Uniwersytecie Łódzkim. Monika nie ma rodzeństwa.
Mieszka w: Łodzi, w willi z ogrodem przy ulicy Grunwaldzkiej. Ma córkę Anię, teraz już dwudziestopięcioletnią. Od czasu nieudanego związku z Peterem, doktorantem matki, wciąż jest samotna.
PAULINA SARNECKA
Pochodzenie: robotnicze.
Wygląd: blada i piegowata, o męskiej figurze. Jej największą ozdobą są rude kręcone włosy i zielone, jak u kota, oczy.
Rodzina: Paulina ma troje starszego rodzeństwa. To Maria - nauczycielka, mieszka w Kutnie; Janek, mieszkający z rodziną w Aleksandrowie i Grzegorz - szczęśliwy mąż Joasi, mieszka w Wałbrzychu. Paulina mieszka w Irlandii, do której uciekła ze Szkocji po rozpadzie nieszczęśliwego związku ze swoją nauczycielką Iwoną Kaczyńską. Wciąż jest samotna.
Mieszka w: Irlandii, pracuje w domu opieki społecznej.
IZA ŁUCZAK
Pochodzenie: wyższa klasa średnia.
Wygląd: drobna blondynka, bardzo ładna.
Rodzina: mąż Kamil Łuczak. Biznesmen. Mają dwóch synków, Michała i Jaśka. Iza jest panią domu.
Mieszka w: willi.
ROBERT NOWAKOWSKI
Pochodzenie: klasa średnia.
Wygląd: przystojny szatyn, średniego wzrostu, bardzo ciemne aksamitne oczy.
Rodzina: rodzice na emeryturze, nadal mieszkają w Łodzi na ulicy Jana. Brat Maciej remontuje mieszkania.
Mieszka w: Norwegii na platformie wiertniczej, gdzie pracuje. Wciąż kocha Amelię.
ŁÓDŹ, LATO 1982
To było jej miasto. Miasto młodej filozofki Ireny. Miasto, które nigdy nie spało, bo tkalnie, dziewiarnie i farbiarnie fabryk pracowały na trzy zmiany, a także nieustannie, w czynie społecznym, wyrabiały nadgodziny. Autobusy o każdej porze dnia i nocy pełne były kobiet w letnich chusteczkach na głowie i w kwiecistych sukienkach. Czasem w sweterkach z anilany, o specyficznym, kwaśnym zapachu. Irena też taki miała. Kwas, nikotyna, męska woda toaletowa Wars. Zapachy Łodzi, inne niż zapachy jej miasteczka, leżącego pośród jezior i rzek. Tutaj już nie było żadnej rzeki, barwiarnie pochłonęły je ponad wiek temu. Małe strumyczki, wyłaniające się z gruntu, były nawet teraz różnobarwne. Ale nie pachniały jak tęcza.
Skąd mogę wiedzieć, jak pachnie tęcza? - zastanawiała się pani filozof.
To było jej miasto, z kinem co parę metrów i z wytwórnią filmów fabularnych, która teraz pracowała na pół gwizdka, bo aktorzy strajkowali.
To było jej miasto z szarymi kamienicami, mieszkaniami bez łazienek, bez ogrzewania, za to z kolorowymi neonami na frontach
To było jej miasto - jak miasteczko z Dzikiego Zachodu, położone wokół jednej głównej ulicy, Piotrkowskiej. Lubiła po niej spacerować. Czy w zwykły dzień, czy w czasie karnawału, kiedy studenci, przebrani za wszelkie cuda i dziwolągi, jeszcze bardziej pstrokaci w świetle neonów, paradowali po Pietrynie, jakby to była Bourbon Street w Nowym Orleanie, a nie ta Łódź, w której się zakochała. I chciała, żeby przyszłość była lepsza. Kryła się w piwnicy z innymi kobietami, raczej żonami profesorów niż studentkami, które składały ulotki i odbijały bibułę na domowych powielaczach. Sukienkę miała co rusz upapraną fioletową farbą drukarską.
Nie bała się. Była w euforii.
W tamtym czasie wielu internowano. Jej siłę dawało dziecko i filozofia. A teraz i on... Wiedziała, że powinna tłumić swoją miłość. W końcu trwał stan wojenny, dopiero co, szóstego lipca, aresztowano organizatorów Radia "S". A jej się chciało śpiewać. I to niekoniecznie Zieloną WRON-ę. Siedziała w piwnicy na ulicy Wschodniej, dwie, może trzy bramy od suteryny, w której swoje gazetki rewolucyjne drukował Piłsudski. Kiedy usłyszała huk buciorów na schodach, to w pierwszym odruchu spodziewała się carskich Kozaków z nahajkami i w czerwonych mundurach.
- Jestem matką, wszystkie jesteśmy, zmiłujcie się! - Kasia nie wytrzymała strachu, który zawisł w powietrzu.
- Kurwy, nie matki! Mamy was na widelcu, pożałujecie tej zabawy! Do garów, a nie bawić się w Solidarność!
Teraz znowu było słychać kroki, ale ktoś stąpał jak kot. Pułkownik, we włoskich butach. Jego podwładni wyprężyli się natychmiast, przestraszeni i niepewni, co będzie dalej.
- Proszę spisać te wszystkie panie i wypuścić do domów. Materiały zarekwirować.
Pułkownik podszedł do Ireny. Nie zwracając uwagi na to, czy są obserwowani, dotknął jej podbródka, a później ścisnął twarz tak, że poczuła szczypiący ból. Zniknęły jego cudowne, ukochane oczy. Chciała stanąć na palcach. Puścił ją gwałtownie, szepcząc:
- Wracaj do męża.
Nawet nie otarła łez.
ŁÓDŹ, LUTY 2013
Monika stała na werandzie domu, w którym się wychowała. Opuszczała go tylko na krótko. Nigdy nie żałowała tych kilku tygodni nieobecności w tym miejscu ani powrotu. Wszystko tutaj było znane i swojskie. Rzędy sezonowych kwiatów latem, herbarium, bzy i pigwy, tak różne od siebie srebrne świerki, wysokie, bardzo wysokie. W dodatku to małe królestwo kryło się nieomal w centrum miasta. Za parkiem, w parku prawie, obok dawno zamkniętego szpitala, który powoli niszczał i popadał w ruinę.
Monika poprawiła cienki sweterek zarzucony na ramiona. Zastanawiała się, kto pierwszy odważy się powiedzieć, że zima mija, jeśli w najlepsze jeszcze rozpychała się w kalendarzu. Ten wiaterek, wilgotny i zimny, to mógł być pierwszy oddech wiosny, łatwy do rozpoznania. A przecież dopiero co mrozy zbijały wszystkich z nóg. A w nocy spadały gwiazdy, które gwiazdami w ogóle nie są. Monika nie miała zamiaru się tym smucić, kto ma życzenia, niech je wypowiada, nawet codziennie!
Dzisiaj były jej czterdzieste urodziny. Starała się to traktować lekko, ale wiedziała, że tak czy siak, będzie w końcu sporządzać jakiś bilans życia. Nadchodził czas zmian, wiedziała to, ale wolała milczeć. Odetchnęła. Wewnątrz domu słyszała gwar rozmów przybyłych gości. Były pośród nich wszystkie jej najserdeczniejsze przyjaciółki, czy raczej nie wszystkie, bo Amelia Kosowska znowu się spóźniała. A Paulina... Z Pauliną rozmawiała przez Skype'a...
Tak, Monika czuła się trochę rozczarowana, że Paulina nie wyrwała się na jej urodziny, nie wzięła urlopu i nie przyjechała do kraju. Jednak zdawała sobie sprawę, że teraz w Irlandii nie tak łatwo o urlop. Gdy Paula mieszkała w Szkocji, było łatwiej, nie miała tam pracy, mogła przyjechać, kiedy chciała. Ale w Szkocji brakowało jej pieniędzy, a bilety do Polski były drogie.
Dochodził wieczór. Po południu, jak co roku, spotkała się z Peterem. Przyjechał z Holandii, chciał złożyć jej życzenia, jakby ciągle na coś liczył. Nawet po tym wszystkim, po tym, jak ją zawiódł, jak rozczarował. Ale zawsze miał wymówkę. Była Ania. Spotkań z córką nie mogła mu zabronić, choć początkowo chciała.
- To dla ciebie - wręczył jej mały pakunek. Był ciężki. Pewnie perfumy, jak co roku. Powoli odpakowała papier. Shalimar.
- Dziękuję.
Uśmiechnął się zachęcająco.
- Co zjemy?
Siedzieli w restauracji w Grandzie, jakby byli parą dobrych znajomych, a nie rodzicami dwudziestopięcioletniej Ani, która właśnie kończyła medycynę.
Z zakłopotaniem co chwila poprawiał włosy i wyrównywał jedwabny krawat. Jego wełniana popielata marynarka przyjemnie kontrastowała z kremową koszulą. Pachniał. Był elegancki. Jak luksusowy produkt, na który Moniki nie było stać.
Gdy kelnerka podała wino i odpłynęła, kołysząc pełnymi biodrami, położył Monice rękę na dłoni. Delikatnie ujął jej palce i pogłaskał.
- To już tyle lat - szepnął. - Ciągle jesteś taka piękna. Straciłem tyle lat...
Wyprostowała się, cofając dłoń.
- Nie możesz mi darować? - Pochylił się nad stolikiem. - Gdy tylko się trochę ustabilizowałem, chciałem wrócić. Przyjeżdżam, kiedy tylko mogę. Płacę alimenty na Anię.
Upiła łyk wina. Było kwaśne.
- Płacisz - powiedziała z namysłem. - Dwieście pięćdziesiąt euro co miesiąc.
- Tyle, ile ustaliliśmy - zaperzył się Peter.
O co jej chodziło? Mógłby wcale nie płacić. Nawet nie żądał potwierdzenia ojcostwa i od ponad dwudziestu lat regularnie wysyłał pieniądze. Najpierw dolary, a teraz euro.
Monika pokiwała w zamyśleniu głową.
- Zostań u mnie na noc. - Ponownie chwycił jej rękę. - Spodoba ci się, zobaczysz. Mam czysty, przyjemny pokój, zamówię śniadanie do łóżka. A potem pomyślimy, co dalej. Zostawisz w końcu tę odrapaną Łódź i będziesz szczęśliwa.
- Jestem szczęśliwa, Peter. - Wyszarpnęła dłoń. Dopiła wino. - Muszę już iść. Mam dzisiaj gości. Zadzwonię jutro, może się jakoś spotkamy.
Pocałowała go niezdarnie w policzek i szybko ruszyła ku drzwiom. Nie wstał od stolika, na którym kelnerka stawiała właśnie przystawki.
Powinnam mu była wsadzić w gębę te dwieście pięćdziesiąt euro, pomyślała. Tysiąc złotych na własną córkę co miesiąc wydaje, łaskawca. Czemu nie potrafię nim potrząsnąć, strącić z tego piedestału, na którym sobie stanął. I w dodatku jest zachwycony własnym wdziękiem. Pan profesor, filozof, syn bankiera. Jej wielka miłość i wielka porażka. Dlaczego nie potrafiła się od niego uwolnić? Przyjeżdżał do Łodzi i wciąż liczył, że uda im się coś wspólnie zbudować, nawet po tym, co jej zrobił. Jak on to nazwał? Czysty pokój? Cholera, po co mi on? Czy ja nie mogę sobie znaleźć normalnego faceta? Mama jednak miała rację, gdy go pogoniła, jak zaszłam w ciążę. Tylko że wtedy ja tak na to nie patrzyłam. Oszczędziłabym sobie w przyszłości rozczarowań.
- Mamcia! - Monika drgnęła. Na werandę weszła, a właściwie wbiegła, jej dwudziestopięcioletnia córka Ania. Szczupła wysportowana blondynka. Dżinsy, plecaczek, koszula w kratkę, chusta... W ogóle nie była podobna do mamy, ale Moniki to nie martwiło. Jej samej uroda nie przyniosła niczego dobrego i dopiero gdy czas zaczął ją tonować, poczuła się normalna. Nie jak jakieś dziwadło, które nie może spokojnie przejść przez ulicę.
- Co, Aniu? - zapytała, uświadamiając sobie, że w gruncie rzeczy Ania podobna jest do Amelii.
- Wychodzę. Chciałam cię pocałować i raz jeszcze życzyć wszystkiego najlepszego...
Monika nadstawiła policzek.
- Nie poczekasz na przyjście chrzestnej? - zapytała córkę, starając się ukryć rozczarowanie.
- Mamo, przecież Amelia znowu się spóźnia. A ja jestem umówiona do kina...
- Kiedy wracasz?
- No przecież nie będę wam przeszkadzać w takiej wspominkowej imprezie. Wystarczy, że babcia zostaje. - Anka cmoknęła powietrze i już jej nie było.
Monika zastanawiała się coraz częściej, co i kiedy córka ma zamiar jej oznajmić. Kobieca intuicja. Zaczęła się dręczyć, czy Ania czegoś nie ukrywa. A może ona sama wszystko sobie uroiła? Gdyby było to coś dobrego, to czy na wyznanie byłby lepszy termin niż matczyne urodziny? No, chyba że to coś niemiłego, a dziewczyna ze swoim wyczuciem taktu nie chciałaby trzymać matki w niepokoju.
Monika westchnęła. Przypuszczała, że chodzi o kolejną przeprowadzkę córki. Ania pomieszkiwała już w akademiku i z koleżankami w wynajętym mieszkaniu. Właśnie z tego mieszkania zrezygnowała pod koniec roku i od dwóch miesięcy, jak dawniej, krzątała się po starej willi. Były więc we trzy: Ania, Monika i babcia Irena. Monice to się podobało, czasem niepokoiło, ale przede wszystkim podobało. Nie garnęła się do męskiego towarzystwa, choć śmierć ojca przeżywała długo i boleśnie.
Pomyślała, że Ania zaskakująco dobrze zniosła wychowywanie się bez taty. Może dlatego, że była bardzo związana z dziadkiem, chociaż jego śmierć przyjęła spokojnie. Ciekawe, czy w jej życiu pojawił się już jakiś chłopak, tak na poważnie.
Monika nie miała pojęcia o życiu osobistym córki, ale wiedziała, że w jej sprawach sercowych najlepiej orientowała się matka chrzestna.
- O wilku mowa, a wilk tuż - powiedziała i roześmiała się serdecznie, bo oto przed domem zatrzymała się taksówka i wysiadła z niej Amelia. Niosła bukiet róż. Zakręciła się wokół własnej osi, pomachała Monice.
- Już jestem! - I zniknęła za żywopłotem, aby po chwili odnaleźć się na werandzie. - Wszystkiego najlepszego, kochana - powiedziała, podając Monice pudełko zapakowane w lśniący różnokolorowy papier.
- A gdzie kwiaty? - uśmiechnęła się przekornie Monika.
- Kwiaty były dla twojej mamy. Jest Ania?
- Anka pobiegła do swoich spraw.
- I dobrze, zostanie dla nas więcej tortu. Będziemy rozkosznie grube!
- Co to jest? - Monika potrząsnęła pudełkiem.
- Uwaga, szkło. No, otwórz wreszcie...
Jubilatka roześmiała się. W towarzystwie Amelii, którą znała od wczesnego dzieciństwa, potrafiła śmiać się bez ustanku. Nigdy się ze sobą nie pokłóciły, nigdy. Tak naprawdę były sobie bliższe niż siostry.
Odpakowała prezent i ujrzała żaglowiec w butelce!
- O rany! - westchnęła.
- Nie jestem zwolenniczką praktycznych prezentów. Szczególnie na czterdzieste urodziny... - uśmiechnęła się Amelia.
- Będę o tym pamiętać i na twoje kupię ci toster - stwierdziła Monika.
Patrzyła na żaglowiec i sama nie wiedziała, dlaczego poczuła się osobliwie. Ten model w szkle niepokoił ją, może dlatego, że był taki tajemniczy. Mówił o przygodzie, a jej życie było spokojne i uporządkowane.
- Dlaczego?
- Może... Nie wiem... To zapowiedź długiej podróży?
Monika ucałowała Amelię. To właśnie przyjaciółka miała opinię włóczykija i latawicy, a odkąd związała się z branżą filmową, zdawała się być jeszcze bardziej zakręcona.
- Nie podoba ci się? - zapytała Amelia cichutko.
- Bardzo mi się podoba...
- To dobrze, bo wahałam się pomiędzy żaglowcem w butelce a kursem jogi nad morzem. Ale pomyślałam, że karnet na kurs jogi oddałabyś Ance.
- Ktoś tu mówi o kursie jogi? - W przeszklonych drzwiach pojawiła się Iza.
Wyglądała świeżo. Jasno. Jak czarodziejka, pomyślała Monika. Jak Pani Perfekcyjna, przemknęło przez głowę Amelii.
Iza Łuczak, z domu Srebrzyńska, wiele osób traktowała z dystansem. Udawała złą kobietę, ale żoną była doskonałą. Tak jak i matką dla dwójki udanych chłopców. Trudno było uwierzyć, że lata temu wyobrażała sobie swoją przyszłość w Krainach Wielkiej Medialnej Kariery.
"Kocham swojego męża. I kocham swoje dzieci", powtarzała często.
Miłość jej służyła. Iza potrafiła się przyznać, że to mąż zafundował jej botoks.
Dobrze, że jej, a nie jakiejś innej pani, pomyślała Amelia. Dawno temu nie znosiły się serdecznie i Monika mediowała między nimi, ale to już minęło.
- No i jak, zdecydowałaś się oddać mi jednego ze swoich synów? - zażartowała Amelia.
- Nie. Ale jak chcesz, to cię z Jaśkiem i jego klasą wyślę do kina. Obiecałam to jego wychowawczyni już w zeszłym roku. A teraz koniec semestru. Obowiązki wracają!
- Chodzisz na jogę? - zapytała Monika.
- Tak. Lepiej się czuję. Głębiej oddycham.
- To teraz taka moda - uśmiechnęła się Amelia. - Ta cała joga. To i kursy szydełkowania. Niepracujący tatusiowie też zaczęli przychodzić?
- Jest jeden, a zwykle do kompletu z osiemdziesiąt kobiet - roześmiała się Iza.
- Ciężki kawałek chleba - powiedziała Amelia.
- I jaki smutny los - tłumiąc śmiech, dodała Monika.
- Ja mówiłam absolutnie serio - oświadczyła Amelia. - Naprawdę.
Amelia zeszła z werandy wprost do dużego salonu, umeblowanego w kolorze złamanego écru, pełnego kanap pokrytych poduszkami w kontrastujących kolorach. Sofy wyglądały jak wyspy pośród morza kremu. Frywolnie i rozkosznie.
Za życia ojca Moniki taka frywolność byłaby niedopuszczalna. Zygmunt Pielgrzym był dziekanem wydziału lekarskiego, znanym kardiologiem, zajmował się kwestiami opieki paliatywnej i czymś jeszcze, czego Amelia nigdy nie potrafiła zapamiętać. Wtedy ten salon był ciemny, pełen ciężkich mebli o brązowych obiciach, z purpurowymi zasłonami, z których przy najmniejszym drgnieniu unosił się kurz i zapach nikotyny. Ojciec Moniki był wspaniałym człowiekiem, ale życie z nim musiało być bardzo trudne. Chyba tylko żona potrafiła go zaakceptować. Jedyną osobą mogącą go zmiękczyć była wnuczka, którą od małego uczył rozwiązywania zagadek logicznych i matematycznych.
Mama Moniki układała właśnie w dużym wazonie kwiaty od Amelii. Niewątpliwie to po niej Monika odziedziczyła urodę. Irena Pielgrzym nie była łodzianką, przyjechała tutaj na studia filozoficzne z jakiejś małej miejscowości w Olsztyńskiem. Przyjechała, zakochała się i została. Amelia miała wrażenie, że zna ją całe wieki, ale nigdy nie odważyła się zwracać do niej inaczej niż "proszę pani".
- Rozpieszczasz mnie, Amelio - powiedziała Irena. - Cieszę się, że dostałam właśnie czerwone róże. Różowe są dobre dla dziewcząt i staruszek. A białe na pogrzeby. I śluby. - Zawadiacko mrugnęła okiem.
- Proszę uważać na kolce.
- Kolce muszą być. Nadają różom charakter. Uczuciom też. A właśnie, jak tam na polu miłosnym?
- Klapa - powiedziała Amelia.
- Bo za bardzo troszczysz się o innych. Rozpuszczasz mnie, Anię, moją córkę i tych wszystkich mężczyzn. Powinnam cię nazywać Świętą Amelią od Kochanków Łobuzów.
- Nie było ich znowu tylu. - Amelia się zaczerwieniła.
- Ale zapewne będzie... Wiem, co mówię. I żaden nie opuści żony. Mój mąż co rusz miał jakąś studentkę na boku, a później wracał do mnie. W zasadzie to nigdy nie zabrał nawet walizki. Czas biegnie, dziecko.
Dziecko, właśnie, westchnęła Amelia. Nie przyszła tu, aby wysłuchiwać kazań. No, ale nie zapowiadało się, żeby mama Moniki zostawiła dziewczyny i poszła do swoich spraw, jak Ania. Ona nie ma już swoich spraw, przemknęło Amelii przez głowę i zastanowiła się, jak to uzależnienie matki od siebie znosi jej przyjaciółka, Monika, która zdaniem Amelii nigdy nie opuściła rodzinnego gniazda. Nigdy nie miała własnego domu, własnego mężczyzny do absolutnego kochania. To tak jak Amelia, tyle że ona raz po raz rzucała się w wir złudzeń.
Westchnęła. Ale z nas zespół...
Paulina nawet nie ukrywała, że samotne życie odpowiada jej najbardziej, założyła nawet grupę Singielki na Facebooku, no i radośnie tkwiła w swojej Irlandii.
Wychodziło na to, że jedyną osobą, której naprawdę ułożyło się życie rodzinne, była Iza. Dojrzała uroda i luksusowa kuchnia. Bogaty mąż, przystojny niczym aktor, tylko z małą łysinką i słabością do cudzych łóżek. I dwóch synów. Amelia na chwilę ją znienawidziła, ale szybko jej przeszło. Wszystko przechodziło jej błyskawicznie, z wyjątkiem kaca. A piła za dużo. I wtedy puszczały wszelkie hamulce. Ale nie chodziło tylko o tę złudną alkoholową wolność, palącą anarchię. Amelia po prostu nienawidziła swojego życia i powolutku się zapijała.
Rozłożyła sobie picie na następne dwadzieścia lat. Jeśli jeszcze nie wzięła się za to na całego, to nie dlatego, że bała się społecznego potępienia i opinii pijaczki. Po prostu wciąż nosiła w sobie nadzieję na dziecko.
Kropla czerwonego wina spadła z nieostrożnie odstawionego kieliszka na rękaw sweterka. Monika syknęła, przeprosiła gości i poszła zaprać plamę, która wyglądała teraz jak kleks na bibule. W łazience przypomniała sobie, że nie zabrała soli. I raptem zapatrzyła się w swoje odbicie w lustrze w złoconej ramie.
Sylwetkę i urodę odziedziczyła po matce, ale oczy miała ojca. Kiedy spoglądała w to lustro, dziwiąc się, że i brwi mogą zacząć siwieć, czuła na sobie uważny wzrok Zygmunta. Gdy była mała, czasem nazywała go Muniem, ale przestała. Tylko Irena mogła tak do niego mówić. Ciekawe, co byś na mnie powiedział dzisiaj, tato... - pomyślała Monika. - Na mnie wchodzącą w wiek średni. I jakiego uczonego byś mi zacytował, wierząc, że wszystko pojmę. Relatywizm! Relatywizm to było twoje ulubione słowo. I jeszcze imię Irena... Tato, twoja wnuczka chyba kogoś ma i nie chce mi o tym powiedzieć, mnie, swojej matce. Tobie na pewno by wszystko zdradziła.
Monika starała się uśmiechnąć, ale jej się nie udało. To nie był dobry moment, żeby wspominać śmierć ojca, ale przecież nie mamy władzy nad swoimi wspomnieniami. Rozhulały się na całego.
Trwało niedzielne śniadanie, Ania szykowała się do kościoła, a Monika postanowiła jej towarzyszyć. Dopijała kawę, kiedy ojcu oczy raptem zaszły mgłą.
- Dajcie mi kawałek chleba i marynarkę, idę do nieba - powiedział cicho.
A później runął w tył razem z krzesłem. Jeszcze raz odzyskał przytomność w szpitalu. Przy jego łóżku była tylko Monika, chwilę wcześniej odesłała Irenę z wnuczką do domu.
Munio ocknął się i powiedział: "Moniko, dbaj o mamę... Kiedy ją poznałem, to miała usta stworzone do uśmiechu". I już go nie było.
W tej chwili Monice łzy zakręciły się w oczach, zagryzła dolną wargę, jakby to mogło ukoić smutek.
I wtedy usłyszała huk zastawy spadającej ze stołu i krzyki. Tylko że teraz to nie było wspomnienie.
Och, nie! Irena!!! - pomyślała spanikowana.
Monika była tak zaskoczona, że nie wsiadła do ambulansu. Później miała to sobie wyrzucać, choć przecież Irena była nieprzytomna. Ale co właściwie znaczy nieprzytomna?
Komórka Ani nie odpowiadała. Długo czekały na taksówkę, w końcu wcisnęły się w nią we trzy - Monika, Amelia i Iza. Iza wpatrywała się w okno, a Amelia ściskała rękę przyjaciółki. Monika pomyślała, że ten uścisk łaskocze. Chciało jej się śmiać. To histeria, tłumaczyła sobie. Nie, mama nie może umrzeć. Nie mama! O tacie też tak myślała. Nie, nie aż tak dramatycznie. Tortu nie schowały do lodówki - już po nim. Świat powoli zaczął odzyskiwać normalne proporcje.
Gdy znalazły się w szpitalu, Iza usadziła Monikę w korytarzu. Ten korytarz był poczekalnią. Chwała Bogu, było tutaj cicho, a na żółtych ścianach wisiały fotografie spokojnych krajobrazów. To była neurologia, a nie hałaśliwa izba przyjęć.
Tutaj królowało nieodgadnione dostojeństwo mózgu i ulotna dusza, bawiąca się z ludźmi w berka. Irena miała wylew, a Monika zaczęła kojarzyć, że błyskawiczne przyjęcie Ireny właśnie na ten oddział zawdzięczają telefonowi Izy. To ona zadzwoniła do swojego męża prawnika, który znał wszystkich.
Pewnie Iza wyciągnęła go z łóżka kochanki, pomyślała Monika i się zawstydziła.
Ale taka była prawda. Przez lata Iza znosiła obecność kochanek swojego męża gdzieś na obrzeżach życia. Męża, który w swojej głupocie, bez skrępowania, tłumaczył na letnim grillu, że jeśli zadzwoni się do hotelu po ósmej wieczorem, to można wynająć luksusowy pokój w cenie zwykłego. Męża, który, kiedy jego polityczna kariera nabrała rumieńców, kupił apartament w Warszawie, zostawiając Izę tutaj, w Łodzi. Coraz trudniej było mu się zebrać do domu na dni wolne od pracy. W weekend są wyścigi konne, bankiety, można zagrać w golfa, takie tam, rozmaite zajęcia. Monika zastanawiała się, jakim cudem Izy nie trafia o to wszystko szlag. No tak. Miała dzieci. Miała dzieci i wiernego siedemdziesięcioletniego ogrodnika. Monika uśmiechnęła się krzywo.
Amelia i Iza stały w pewnej odległości od Moniki, przy automacie z gorącymi napojami, i obserwowały przyjaciółkę. Na jej twarzy pojawiały się miny i grymasy trochę niepasujące do sytuacji.
- Chcesz kawę, herbatę czy czekoladę? - zapytała Amelia Izę, jednocześnie grzebiąc w torbie w poszukiwaniu drobnych.
- Kawę. Będę musiała jeszcze ogarnąć chłopców, jak wrócę. Ty też weź kawę, pachniesz jak gorzelnia.
Amelia poczuła, że policzki płoną jej ze wstydu.
- A dla Moni?
- Czekoladę, oczywiście...
- Czy to już rok, jak umarł jej ojciec? - zapytała Iza.
- Rok i trzy miesiące. Myślisz, że Irena też umrze?
Iza wzruszyła ramionami.
- Miała wylew.
- Och nie, nie chcę słuchać takich rzeczy - jęknęła Amelia.
Czuła się samotna, stara i niepotrzebna. Mdliło ją od zapachu środków odkażających. Nie chodziło o to, że od razu chciała mieć życie jak z bajki, ale aktualnie miała dość kłopotów.
- Muszę wracać do dzieci - powiedziała Iza. - Nie patrz na mnie wzrokiem bazyliszka.
Wzrokiem bazyliszka? A gdzie ona się tego bazyliszka dopatrzyła, zastanawiała się Amelia. Przecież chciało jej się płakać nad samą sobą. Możliwe, że i bazyliszki płaczą, wtedy, kiedy nikt nie widzi.
Amelia ledwie zarejestrowała, jak Iza tłumaczy Monice, czemu nie może zostać, i stukając stylowymi dziesięciocentymetrowymi obcasami po wykafelkowanej szpitalnej posadzce, wychodzi. Amelia mogła się założyć, że zaraz po przyjściu do domu i sprawdzeniu, co z dziećmi, z którymi została opiekunka, Iza zrobi sobie gorącą kąpiel i umyje włosy, żeby spłukać z siebie szpitalną woń. Niech cię szlag, Pani Idealna!
- Ta kawa jest dla mnie? Hej, Amelia? - Monika wytrąciła ją z zadumy.
- Dla ciebie jest czekolada. Zresztą, wszystko jedno, co wypijesz.
Siedziały obok siebie w poczekalni, dosyć przytulnej jak na szpital, tyle że plastikowe krzesła były oczywiście niewygodne.
- Szpitale się zmieniły - powiedziała Monika, patrząc na pielęgniarkę w zielonym kaftanie i w spodniach, z odkrytymi włosami. - Pamiętasz, jakie nosiły czepki? Plastikowe z różnymi kreskami, jak wojskowi pagony. Tutaj jedna czerwona kreska, tutaj dwie...
Usiadły i się zamyśliły. Wszyscy w tej poczekalni czekali. Od tego w końcu są poczekalnie.
Jedna kreska, dwie kreski... Dla Amelii oznaczało to coś zupełnie innego. Nie czepki pielęgniarek w czasie, kiedy Monika rodziła córkę, tylko testy ciążowe - gdzie kreska zawsze była jedna. Zawsze. W gruncie rzeczy to nie było tak, że Amelia postanowiła nie mieć dzieci. Ani nie było tak, że bardzo, bardzo chciała je mieć - przynajmniej wtedy, kiedy miała dwadzieścia lat.
Kiedy była dziewczynką, bawiła się modelami samolotów, które zostały po ojcu, pasjonacie lotnictwa. Osierocił ją tak wcześnie... Nie miała lalek. No, może jedną - Fleur, bo wtedy jeszcze do Polski nie dotarły Barbie.
Właściwie co ona robiła, kiedy była dziewczynką? Marzyła, żeby być chłopcem. Bo oni tak pragnęli chłopca, mama i tata. Była dwa lata młodsza od Moniki i ból, który dziś sprawiała jej bezdzietność, potrafił czasem odebrać oddech. W nocy płakała, kiedy przypomniała sobie swój strach na studiach, kiedy wydawało jej się, że jest w ciąży ze swoim drugim chłopakiem. Bo najpierw był Hubert, ale porzucił ją, zanim zdążyła się zorientować, czy go kocha, czy nie. Wtedy czuła, że cała przyszłość będzie zmarnowana! Jaka przyszłość? Jaką przyszłość miała teraz? Bankrutującą firmę i pusty dom, nawet bez kota. Mogła zostać z Moniką w szpitalu, choćby ze strachu, żeby nie słyszeć w mieszkaniu swojego oddechu, który w tej upiornej ciszy wydawał się hałasem.
Z Robertem, chłopakiem, którego chyba bardzo kochała, ale nie chciała się do tego przyznać - zabezpieczali się. Teraz nawet nie pamiętała, jak ich drogi się rozeszły. Z następnym, szajbniętym artystą malarzem, kochała się wszędzie. O różnych porach, kiedy się dało, a nie dało się za często, bo on wciąż wyjeżdżał na różne stypendia artystyczne i nigdy jej ze sobą nie zabierał. Czasem mieli prezerwatywę, czasem nie. Dziecka nie było.
No i był jeszcze Pan Lotnik. Wymarzony. Kiedyś był pilotem wojskowym, a w czasie, gdy Amelia wpadła mu w oko, pilotem samolotów rejsowych. Prawie od razu zamieszkali ze sobą. Amelia zaczęła łykać pigułki. Coraz częściej jednak zdarzało jej się przeoczyć jedną czy dwie. A w końcu, jak dorośli, przedyskutowali z Michałem kwestię dzieci. I zaczęli się starać. Nic z tego nie wyszło. Rozstali się.
Potem było kilka prędkich romansów. Chociaż wstyd się przyznać, ostatnio było też kupowanie testów owulacyjnych i szybki wypad do miasta, a nuż kogoś się pozna. Albo buszowanie po profilach randkowych, już nie w poszukiwaniu partnera, a jedynie mężczyzny, który zrobi jej dziecko.
Czy stawała się dziwką? Czy dziwka może być matką? Badania nie wskazywały, żeby działo się coś złego. Miała regularnie owulację, a tymczasem jej dusza z każdą miesiączką stawała się coraz bardziej czarna i zła. A sama Amelia traciła kontakt z rzeczywistością. Jak teraz, kiedy długo nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że nie trzyma tych myśli ukrytych w swojej głowie, tylko szlochając, opowiada wszystko Monice, która nagle pobladła.
- Nie miałam pojęcia. Dlaczego nic wcześniej nie powiedziałaś? Przecież jestem twoją przyjaciółką. Wszystkie jesteśmy. Ja, Iza, Paulina... - jęknęła Monika. - Myślałyśmy, że ty nie chcesz mieć dzieci, że tak się przekomarzasz z Izą, a Ania... Moja Ania, że po prostu...
- Co po prostu? - zaszlochała Amelia. - Iza ma dwoje dzieci, dwóch chłopaczków w szkole podstawowej.
- Och, kochana. - Monika przytuliła spazmującą przyjaciółkę.
Kiedy dyżurny lekarz wyszedł z gabinetu, szukając córki Ireny, to choć podobieństwo wskazywało na Monikę, zwrócił się do Amelii.
- Za wcześnie, żeby rozpaczać. Musimy jeszcze zrobić komplet badań.
- Mogę zobaczyć mamę? - zapytała Monika. Doktor zmieszał się i nerwowo przełknął ślinę.
- Dzisiaj bym serdecznie odradzał... No, może na moment.
Monika popatrzyła na Amelię, lekarza i westchnęła głęboko. Padała z nóg. A strach z trudem spychała do podświadomości.
- Pani mama śpi. Przez noc nie stanie się nic złego. - Lekarz starał się uśmiechnąć pokrzepiająco. Bez skutku.
- Obiecuje pan? - wtrąciła się Amelia. Twarz miała czerwoną i zapuchniętą od płaczu.
- Tak. Przyślę pielęgniarkę. Pani - wskazał na Amelię - powinna wziąć coś na uspokojenie.
Nie minęło pięć minut, kiedy zjawiła się wyjątkowo dziarska pielęgniarka z gorzką pastylką i mikroskopijnym plastikowym kubeczkiem wypełnionym wodą.
Wychodząc, minęły rozświetloną izbę przyjęć. Było tam gorąco, brzęczały jarzeniówki. Ktoś jęczał.
- Chodź, chodź - jakiś mężczyzna mówił do drugiego takim tonem, jakim przekonuje się kota, że powinien wejść do gabinetu weterynarza. - Nie bądź takim tchórzem. Do wesela się zagoi! - wybuchnął śmiechem.
Obaj byli w średnim wieku. Ten żartujący - łysy i z brzuszkiem, ten drugi - dryblas, ale jakby zahartowany przez życie, ze strzechą czarnych włosów lekko siwiejących na skroniach. Przyciskał prowizoryczny opatrunek na prawej ręce. Amelia odniosła nagle wrażenie, że zna tego człowieka. Chciała pokazać go Monice, ale ta stała już na parkingu szpitala i czekając na taksówkę, cichutko płakała.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji