Rozdział 1
W pewien mroźny grudniowy wieczór umarł wreszcie wujek Maurycy!
Ekscentryczny, bardzo oszczędny i nieco samotny właściciel milionowego majątku. Niektórzy już się nie mogli doczekać tego momentu. Żył tak długo, że rodzina, mimo iż oczywiście rozumiała, jakie są koleje ludzkiego życia, nabrała przekonania, że Maurycy zawarł jakiś pakt ze śmiercią i ten moment po prostu nigdy nie nastanie.
A już na pewno nie spodziewano się, że odejdzie trzy dni przed świętami Bożego Narodzenia. Lubił święta.
Tymczasem stało się to nad ranem. Za oknem padały wielkie płatki śniegu, a skromny dom Maurycego sprawiał dość urokliwe wrażenie, ale Emilia, gospodyni, która mu towarzyszyła, wiedziała, że już za chwilę rozpęta się tutaj prawdziwa burza, o wiele groźniejsza niż ta zapowiadana przez stacje meteorologiczne i przychodzące co rusz alerty.
Miliony to słowo, które pobudza wyobraźnię. Nawet jej...
Choć Maurycy wybrał ją do przypilnowania prawidłowości w odczytaniu testamentu, pewny jej bezstronności oraz czystych zamiarów, trochę się bała, że temu nie podoła.
Wzięła jednak do ręki telefon. Musiała zrobić, co do niej należało. Początek nie był jeszcze taki trudny...
***
Pierwszy dzwonek wybrzmiał w niewielkiej, ale nowocześnie urządzonej kawalerce. Ładne meble przykrywały chaotycznie porozrzucane ubrania, dokumenty, długopisy, kolorowe znaczniki i puste kubki po kawie. Ktoś tu wyraźnie sporo pracował, i to do późna.
Ciemnowłosa rozczochrana czupryna ledwo wystawała spod jasnej pościeli. Telefon dzwonił, wibrował, ale dopiero po dłuższej chwili mężczyzna najpierw poruszył się, a potem odebrał.
- Która to godzina, że do mnie dzwonisz? - Karol nie był w stanie podnieść nawet jednej powieki.
Panią Emilię od początku uważał za niezłą wariatkę, a swojego najnowszego klienta za jeszcze większego ekscentryka. I miał rację. Kto zdrowy dzwoni o takiej porze?
- Siódma - odparła chłodnym tonem. - Normalny czas pracy.
- Ale odczuwalna czwarta. - Karol westchnął ciężko, po czym podniósł sobie jedną powiekę palcem. Było trochę lepiej. - Co się stało? - zapytał, wciąż jeszcze rozespany. I w tym samym momencie dotarło do niego, że powód tej rozmowy musi być ważny. Przyszło mu do głowy tylko jedno wyjaśnienie.
Zmroziło go. Zerwał się i wyprostował nagle całkowicie przytomny.
- Nawet mi nie mów, że to się stało. Niemożliwe! Tak szybko?! - zawołał.
- Rodzina z pewnością by się z tobą nie zgodziła - odparła spokojnie pani Emilia. Widział ją w wyobraźni, jakby stała teraz tuż obok jego łóżka. Zawsze pełna wewnętrznej godności, spokoju i klasy. Trochę jej się bał, a trochę podejrzewał o romans z pracodawcą. - Siedemdziesiąt trzy lata to słuszny wiek - dodała właśnie chłodnym tonem, a on poczuł, jakby coś zawalił. - Dość się naczekali...
Karol milczał chwilę. Myśli tańczyły mu w głowie, jak członkowie jakiegoś dawnego afrykańskiego plemienia. Zataczały coraz szybsze kółka. Nie umiał ich uspokoić.
- Nie jestem przygotowany... - przyznał się w nagłym przypływie szczerości, choć jeszcze niedawno zapewniał z całym zapałem, że jest najlepszym specjalistą w kraju. - Miałem tylko tydzień, a...
- Dokąd ten świat zmierza! - oburzyła się starsza pani, przerywając mu bez skrupułów. - W tydzień to mój dziadek góral zdążył dziewczynę poznać, ożenić się i dziecko zrobić... A wasze pokolenie co? Wstawaj i szoruj do auta. Masz być tu pierwszy! Pamiętasz?!
- Jasne! - Karol zerwał się i popędził do łazienki.
Wszystko mu się przypomniało. Kontrakt, który podpisał zaledwie kilka dni temu, bardzo precyzyjnie wyjaśniał, co grozi za niedopełnienie warunków. Został świetnie skonstruowany. Sam go przecież przygotował, a następnie skrupulatnie sprawdził.
Rozejrzał się w popłochu po pokoju. Nie bardzo miał się w co ubrać. Od trzech lat sam mieszkał i nie chciało mu się sprzątać. Zamierzał zrobić to właśnie teraz. Liczył na nadchodzące wolne dni, podczas których nikt nie będzie mu zawracał głowy innymi sprawami. Znajdzie czas, by wreszcie chociaż zmywarkę opróżnić. Jeden telefon wszystko zmienił.
Zapowiadał najgorętszy czas nie tylko w tym roku, lecz także być może w całej jego karierze.
Tyle pieniędzy! - Aż mu się w głowie zakręciło. - Gdzie te cholerne skarpetki? - Kolejna myśl pojawiła się z zupełnie innej kategorii.
Od dłuższego już czasu podejrzewał, że bielizna w mieszkaniu prowadzi pod jego nieobecność własne prywatne życie. Bogate w emocje i zdarzenia. Skarpetki włóczą się, umawiają, z kim popadnie, i wdają w przypadkowe relacje. Nie wracają na czas. Z tego powodu nigdy nie można było znaleźć pary. Podobnie jak czystych bokserek, choć przecież regularnie wstawiał pranie. A o wyprasowanej koszuli już nawet nie było co marzyć.
Często odnosił wrażenie, że jego skarpetki mają ciekawsze życie niż on...
Ale teraz ich potrzebował, a jak na złość żadna nie chciała się znaleźć. Nie miał czasu. Padał śnieg, drogi były oblodzone. A on koniecznie musi być pierwszy, zanim się pojawi spragniona spadku rodzina.
Boże! Co za ludzie! Wcale nie chciał ich poznawać, a tymczasem musiał ich nie tylko świetnie zrozumieć, lecz jeszcze na dodatek przechytrzyć.
A ponad wszystko zdążyć. Wziął dwie niepasujące skarpetki, w tym jedną brudną, porwał z krzesła wczorajszą koszulę i najdłuższe spodnie. Postanowił nie zakładać nogi na nogę, nie zdejmować marynarki i jakoś przetrwać pierwszy dzień. Rzutem na taśmę wcisnął parę losowych rzeczy do torby, na wszelki wypadek.
A potem poleciał na parking, kuląc się w cienkiej kurtce przed porywistym wiatrem.