Skok 225 (Tom 2). Multirzeczywistość - David Louis Edelman

Reflow text when sidebars are open.
Len Borda umierał.
Margaret Surina dowiedziała się tego od swego ojca, Marcusa, pewnego burzliwego zimowego poranka, kiedy razem szli przez doki pionowzlotów, a wiatr wył pełną mocą. Słońce było różową kulą, nieśmiało wyglądającą zza chmur.
"Borda nie umrze oczywiście dzisiaj" - powiedział Marcus. Jego głos był ledwo słyszalny pośród zgiełku ładowarek i pokrzykiwania dokerów. "Nie umrze też w tym tygodniu, ani nawet w tym miesiącu. Ale zmartwienia obciążają jego barki niczym naszyjnik ze zmatowiałych klejnotów, Margaret. Widzę, że ciążą mu coraz bardziej i powoli łamią jego wolę".
Margaret uśmiechnęła się z zakłopotaniem, ale nie odezwała się.
Jej ojciec mógł uchodzić w Andra Pradesh za głównego eksperta w dziedzinie nieoczekiwanych zgonów. Marcus wiele podróżował, zanim objął stanowisko głowy rodu Surinów, a wraz z nim przewodnictwo najważniejszej na świecie dynastii naukowców. Dotarł niemal do granic zamieszkałej przez ludzkość przestrzeni kosmicznej i flirtował z działającymi w koloniach orbitalnych niebezpiecznymi organizacjami, gdzie śmierć była stałym gościem.
Wydawało się jednak mało prawdopodobne, by Przewodniczący Borda miał dać się porwać Prądowi Zerowemu. Kiedy w kilka tygodni po narodzinach Margaret obejmował urząd, był mężczyzną krzepkim i nieustępliwym. NOWY PRZEWODNICZĄCY DLA NOWEGO WIEKU - głosiły wówczas nagłówki wiadomości. Niektórzy przewidywali, że trudności związane z piastowaniem stanowiska okażą się zbyt wielkie dla młodego urzędnika. Szeptano, że Borda nigdy nie miał okazji sprawdzić się w sytuacji naprawdę trudnej, że osiągnął wiek dorosły w czasach powszechnego dobrobytu oraz że nie miał konkurentów podczas ubiegania się o urząd. Jednak w ciągu następnej dekady znaczenie Przewodniczącego nieustannie rosło. Mimo wielu prób Margaret nie udało się znaleźć żadnych wyraźnych przerw w terminarzu Bordy, żadnych widomych oznak słabości czy niezdecydowania. Jej zdaniem Przewodniczący był na najlepszej drodze, aby zostać fundamentem świata, wiecznotrwałą siłą przypominającą nieporuszony głaz, grawitację lub wprost sam czas.
Marcus Surina był jednak pewien swego.
"Na pograniczu człowiek rozwija w sobie szósty zmysł" - powiedział, po raz trzeci sprawdzając listę pionowzlotów. "Zaczynasz dostrzegać rzeczy i zdarzenia pozostające poza postrzegalnym spektrum światła. Wzorce ludzkich zachowań, ogniska zbiegów okoliczności. Każdy, kto spędzi wystarczająco dużo czasu w koloniach orbitalnych, uczy się rozpoznawać znaki i omeny".
Margaret zadrżała. Omeny? Jakże dziwnie brzmiało to słowo w ustach jej ojca, którego nazwisko było wręcz synonimem człowieka nauki.
"Omeny zwiastujące śmierć" - ciągnął Marcus. "Plany, które zbaczają z utrwalonych ścieżek. Nagle zamierające pożądania. Nie do końca wyrażone myśli, które tracą na znaczeniu, odpływają ku nieznanym krainom".
Ojciec Margaret zatrzymał się nagle i zwrócił swą hiperskupioną uwagę na nadłamany segment skrzydła pionowzlotu, nie większy od palca. W odległości metra od Marcusa trzymało się trzech asystentów, czekających na polecenia.
"Wystarczy spojrzeć w oczy niektórych ludzi, aby zobaczyć, że Prąd Zerowy wkrótce ich porwie, Margaret. W ich oczach widać, że jest to nieuchronne. Przypomina to widok źdźbła pszenicy w obliczu nadciągającej żniwiarki. Pojawia się świadomość, że nadeszła pora, aby jego miejsce na skąpanym w słońcu polu zajęło nowe, silniejsze zboże".
Marcus uczynił gest i asystenci rozbiegli się jak przestraszone mrówki.
Znów ruszył naprzód i Margaret ledwo mogła za nim nadążyć. Drżała w biegu, nie wiedząc, czy powoduje to chłód, czy też niezwykłość człowieka, któremu towarzyszyła. Zmatowiałe klejnoty? Pszenica i żniwiarka? Jego niezręczne metafory przyprawiały o ból zębów.
Postanowiła być cierpliwa. Za mniej niż dwanaście godzin jej ojciec miał odlecieć ku odległej kolonii Furtoidu wraz z pozostałymi członkami rady nadzorczej TeleKomu. Codzienna rutyna miała wówczas wychynąć z kąta, w którym kryła się przez kilka ostatnich dni niczym poturbowane zwierzę.
Margaret nazywała Marcusa ojcem, choć był to głównie tytuł honorowy. Marcus spędził cztery spośród ostatnich dwunastu lat w podróży, zaś w Andra Pradesh nieustannie otaczał go kordon czeladników, naukowców, wspólników, inwestorów, urzędników rządowych, publików, bankierów, prawników oraz wolnomyślicieli. Kordon ten był nieprzenikniony nawet dla jego córki. Marcus bez zapowiedzi i pod osłoną nocy zjawiał się w jej pokojach, by przepytywać ją z materiału szkolnego niczym nauczyciel sprawdzający obiecującego ucznia. Czasami zdarzało mu się perorować do niej jak do publiczności na prezentacji naukowej. Czasem też wyznaczał jej nieziemsko trudne zadania, po czym znikał na konferencji w Allowell lub na spotkaniu rady nadzorczej w Kapsztadzie.
"Udowodnij uniwersalne prawo fizyki Prengala Suriny" - powiedział kiedyś. Potrzebowała na to trzech miesięcy, ale udało jej się.
Margaret nie miała złudzeń, żeby jej wychowanie przebiegało w sposób normalny, choć nie potrafiła osądzić, jak dalece odbiegało od ogólnie przyjętych norm. Kompleks Surinów był miejscem odosobnionym i samotnym, nawet mimo tłumów stale obecnych w nim ludzi. Matka Margaret nie żyła, rodzeństwa nie miała. Miała za to nieprzeliczone rzesze odległych kuzynów i kuzynek oraz zastęp ludzi, których jedynym zadaniem było ograniczać jej przestrzeń życiową kloszem, nazywając to przy tym "porządkiem".
Były jednak takie sprawy, od których nie mogli jej odgrodzić. Twarz Marcusa przybrała ostatnimi czasy wygląd bardziej surowy, a zmarszczki na jego czole zamieniły się w stały wyraz gniewu i niepokoju. Margaret podejrzewała, że bitwa, którą jej ojciec toczył z Radą Obrony i Bezpieczeństwa, przybrała ostatnio niepomyślny obrót. Chodziło o TeleKom. Len Borda albo chciał, by kontrolowana przez jej ojca technologia teleportacji została całkowicie zakazana, albo też pragnął ograniczyć ją wyłącznie do użytku wojskowego. Nikt nie wiedział na pewno, która wersja jest prawdziwa, jednak w ciągu ostatniego tygodnia napięcie wydawało się osiągać apogeum.
Margaret nie do końca potrafiła zrozumieć, o co tyle szumu. Co najmniej tuzin razy miała okazję ukradkiem obserwować próby teleportacji i wiedziała, że technologia ta nie ma nic wspólnego z tym, o czym czytała w książkach. Natychmiastowe przeniesienie kogoś z miejsca na miejsce było niemożliwe. Procedura wymagała dwóch osób o podobnej budowie biochemicznej, z których każda musiała spędzić kilka godzin przypięta pasami w metalowym pojemniku, podczas gdy dekonstruktory molekularne mozolnie, cząstka po cząstce, zastępowały jedno ciało drugim. Margaret zastanawiała się, dlaczego Przewodniczący Borda uważał ową technologię za tak niebezpieczną. Kiedy pytała o to pracujących dla TeleKomu naukowców, odpowiadali z uśmiechem, by nie dochodziła do przedwczesnych wniosków. Marcus miał wielkie plany. Wystarczy dać technologii czas, mówili eksperci. Czas na dojrzewanie oraz nabicie kieszeni TeleKomu bardzo potrzebnym groszem. Wystarczy trochę czasu, a zobaczymy cuda, mówili. Cały świat się zmieni. Rzeczywistość zadrży w posadach.
Wierzyła im na słowo.
"Widziałem to wrażenie nieuchronności" - powiedział Marcus, wyrywając córkę z zadumy i przywracając ją do rzeczywistości. Odbywali długą, bezszelestną podróż windą na szczyt Iglicy Objawienia, gdzie znajdował się gabinet jej ojca. "Widziałem świadomość nadchodzącej śmierci, Margaret. Widziałem ją na twarzy Lena Bordy. Przewodniczący wie, że żniwiarka już się zbliża".
Margaret pokręciła głową.
"Przecież nie jest stary. Ty sam jesteś od niego starszy i..."
"Wiek nie ma tu nic do rzeczy".
Dziewczyna nie do końca wiedziała, co począć w obliczu takiego oświadczenia. Jak miała sprawić, by ojciec ją zrozumiał? Jak miała przebić tę barierę krótkowzrocznej arogancji, która odgradzała Marcusa Surinę od prawdy?
"Ale, ale - rozmawiałam z Jayze, która mówi, że się mylisz, że to Rada przyjdzie po ciebie, że Przewodniczący lada dzień wyważy bramy do kompleksu i odbierze ci TeleKom..."
Marcus Surina zaśmiał się i bruzdy zmartwień na jego twarzy znikły jak zmyte falą mury zamku z piasku. W tej właśnie chwili winda zatrzymała się, a drzwi rozsunęły. Marcus objął córkę muskularnym ramieniem i powiódł ją do okna.
"Widzisz?"
Margaret nie była do końca pewna, co dokładnie powinna zobaczyć. Stali na szczycie świata, w sensie bardzo dosłownym. Iglica Objawienia była najwyższym budynkiem znanym ludzkości, w dodatku wzniesiono ją na szczycie góry. Daleko w dole widziała kompleks Surinów oraz błękitno-zieloną plamę, która mogła być jedynie grupą funkcjonariuszy służby ochrony odbywających ćwiczenia wojskowe. Wokół murów kompleksu rozciągała się wielojęzyczna, różnorodna masa Andra Pradesh, miasta Surinów, które doświadczało obecnie pierwszych w tym roku opadów śniegu. Margaret nie potrafiła wyobrazić sobie bezpieczniejszego miejsca w całym wszechświecie.
"Widzisz?" - powtórzył Marcus. "Jest zima. Wszystko spowija śnieg i cały świat wydaje się mroczny, ponury i beznadziejny, prawda?"
Dziewczyna z wahaniem pokiwała głową.
"Ale mrok nie trwa wiecznie, Margaret. Pamiętaj o tym".
"Ale..."
Ścisnął mocno jej ramię i obrócił ją twarzą ku sobie. Oczy Marcusa Suriny lśniły jasnym szafirowym błękitem, a jego oddech pachniał cynamonem porannego czaju.
"Posłuchaj. I nie powtarzaj tego nikomu, zwłaszcza kuzynce Jayze. Len Borda przegrał. Nasze źródła wewnątrz Rady twierdzą, że spędził zbyt wiele czasu i zbyt wiele roztrwonił pieniędzy, starając się przejąć kontrolę nad teleportacją. Jest gotów odpuścić, zająć się czymś innym. Dlatego właśnie lecę wraz z członkami rady nadzorczej do Furtoidu. Będziemy negocjować ugodę. Za tydzień o tej porze będzie po wszystkim. Rozumiesz? Wygraliśmy".
Dziewczyna zamrugała. Jeżeli brzmiały już dzwony zwycięstwa, ona jeszcze ich nie słyszała.
"Nigdy o tym nie zapominaj, Margaret. Nawet po najcięższej zimie zawsze nastaje w końcu wiosna".
Dziewczyna pokiwała głową, uśmiechnęła się i pozwoliła, by Marcus objął ją po raz ostatni. Wolała pozostawić go z takim wspomnieniem, z chwilą nadziei na szczycie świata. Było to lepsze niż zimny prysznic twardej rzeczywistości.
Być może zawsze nastaje w końcu wiosna, pomyślała. Ale po niej musi wreszcie nadejść następna zima.
Natch jest biznesmenem pełnym ambicji i aspiracji. Sam jednak nie wie, do czego dokładnie dąży.
Świat, w którym żyje, jest doskonałym miejscem dla ludzi ambitnych. Przed setkami lat doszło do katastrofalnej rewolucji sztucznych inteligencji. W jej następstwie ludzkość z otwartymi ramionami przyjęła dzieło Sheldona Suriny - naukę bio/logiki. Teraz, trzysta pięćdziesiąt dziewięć lat później, tysiące małych firm programistycznych zwanych feudokorpami bezwzględnie konkurują o prawa do rynku programów sterujących ludzkim organizmem. Władzę sprawuje sieć działających na bazie bezpośredniego poparcia subskrybentów rządów, zwanych L-PROG-ami. Rządy owe nadzoruje Nadkomitet, którego zbrojnym ramieniem jest Rada Obrony i Bezpieczeństwa.
Jako osierocony chłopiec dorastający pod opieką neuroprogramisty Serr Vigala Natch doświadcza dziwnych halucynacji. Uczy się wykorzystywać swój spryt, aby pokonywać wrogów i osiągać najlepsze wyniki w nauce. Jedyną przeszkodą na jego drodze jest Brone, chłopiec dorównujący mu przebiegłością intelektu, ale przerastający charyzmą. Podczas inicjacji w wiek dorosły Brone pada jednak ofiarą ataku niedźwiedzia, który jest po części wypadkiem, po części skutkiem zrządzenia losu, po części zaś mroczną zemstą Natcha.
Ponura sława Najkrótszej Inicjacji ogranicza perspektywy Natcha, dlatego też podejmuje on serię nisko płatnych prac na dnie świata programistów. Tylko stopniowo i dzięki makiawelicznym planom skierowanym przeciw takim wrogom jak Kapitan Bolbund Natch osiąga wreszcie szczyt swej profesji. Nie jest jednak osamotniony. Jest przy nim Horvil, przyjaciel z dzieciństwa, mentor Serr Vigal oraz analityczka Jara.
Z pomocą Horvila i Jary Natch dokonuje niezwykłego wyczynu. Przeprowadza złożony podstęp z wykorzystaniem pozorowanego ataku czarnego kodu na system bankowy Skarbca. Dzięki podstępowi feudokorp Natcha zajmuje czołową pozycję na liście bio/logicznego przewodnika inwestycyjnego Primo w miejsce zaciekłych rywali, Braci Patel. Z dawnego wyrzutka Natch staje się znaną osobistością.
Ponadto jego wyczyn zwraca uwagę Margaret Suriny, dziedziczki fortuny Sheldona Suriny. Od dziesięcioleci pracuje ona nad technologią umożliwiającą tworzenie rzeczywistości alternatywnych, zwaną MultiRzeczywistością. Teraz jednak obawia się, że Len Borda, Przewodniczący Rady Obrony i Bezpieczeństwa, przygotowuje się do odebrania jej owej technologii - oraz być może do odebrania jej życia. Rada widzi w MultiRzeczywistości broń o potencjalnie apokaliptycznych możliwościach, zbyt niebezpieczną, by mogła pozostać własnością prywatną. Ojciec Margaret, Marcus Surina, wiele lat temu toczył taki sam konflikt z Radą w związku ze swoją technologią teleportacji. Konflikt ten zakończyła śmierć Marcusa w katastrofie pionowzlotu.
Margaret proponuje Natchowi licencję na nową technologię. Ma on rozpętać wystarczające zamieszanie, by na tydzień odwrócić uwagę Lena Bordy. Margaret planuje ujawnić istnienie MultiRzeczywistości w powszechnie transmitowanej mowie i Natch ma wóczas błyskawicznie stworzyć prototyp programu, aby udowodnić całemu światu, że technologia naprawdę działa. Mistrz feudokorpu przyjmuje zadanie.
Natch rozpoczyna poszukiwania źródła finansowania nowego projektu firmy, żaden inwestor nie chce jednak wspierać niezdefiniowanego przedsięwzięcia, częściowo za sprawą złej reputacji Natcha. W końcu z pomocą nowej czeladniczki, Merri, udaje mu się uzyskać spotkanie z przywódcą Wyznania Thassela, organizacji poświęconej potędze egoizmu. Przywódcą Thasselian okazuje się nie kto inny jak stary wróg Natcha, Brone. Nadal rozpamiętujący krzywdy doznane podczas Najkrótszej Inicjacji Brone proponuje Natchowi szybką pożyczkę i przepowiada przyszłość, w której obaj pracować będą nad wprowadzeniem MultiRzeczywistości na rynek. Mistrz feudokorpu nie widzi innego wyjścia, jak tylko przyjąć pożyczkę od dawnego kolegi ze szkoły.
Dysponując nowo zdobytymi funduszami, Natch zatrudnia kolejnego czeladnika, młodszego kuzyna Horvila, Benyamina, i wchodzi w spółkę z menedżerem sprzedaży nazwiskiem Robby Robby, który ma mu pomóc wprowadzić nowy produkt na rynek.
Nadchodzi dzień przemowy Margaret. Na teren kompleksu Surinów w Andra Pradesh wdzierają się funkcjonariusze Rady Obrony i Bezpieczeństwa. Kiedy na oczach setek milionów ludzi Margaret ujawnia istnienie nowej technologii, sieć Morza Danych doświadcza nowego rodzaju zakłócenia: infoszoku. W zamieszaniu giną tysiące ludzi, ale Rada nie spełnia zawoalowanej groźby zabicia Margaret i zagarnięcia MultiRzeczywistości.
Następnego dnia Natch zwołuje naradę załogi feudokorpu. Informuje swych kolegów, że przerażona Margaret niemal całkowicie oddała mu ster swojej firmy i pozwoliła zmienić jej nazwę na Feudokorp MultiRzeczywistości Suriny i Natcha. Ponadto Natch zyskuje kolejnego czeladnika, Quella. Jest on od dawna powiernikiem Margaret oraz Wyspiarzem, członkiem społeczności, która odrzuciła niemal wszystkie odmiany bio/logiki poza najbardziej podstawowymi.
Przez krótki czas wydaje się, że Natch ma przewagę. Znajduje się u szczytu i wykorzystuje nowo zdobytą pozycję oraz partnerstwo z Margaret, aby spłacić pożyczkę u Brone'a i zerwać z nim wszelkie stosunki.
Jego plany szybko zostają jednak pokrzyżowane, kiedy odkrywa, że jego zaciekli rywale, Bracia Patel, również zawarli z Margaret Suriną umowę licencyjną. Margaret szybko ujawnia, że Natch był trzecim z kolei mistrzem feudokorpu, do którego się zwróciła. Pierwszym był programista Pierre Loget, który jednak nie docenił ważkości nowej technologii. Drudzy byli Bracia Patel, tych jednak Margaret podejrzewa o konszachty z Radą Obrony i Bezpieczeństwa. W desperacji zwróciła się do Natcha, wiedziała bowiem, że ten nigdy nie ulegnie naciskom Lena Bordy.
Natch natychmiast przechodzi do ofensywy. Frederic i Petrucio Patelowie zaplanowali prezentację produktu za niecały tydzień, Natch postanawia więc, że jego prezentacja odbędzie się za trzy dni. Jednak po przygotowaniu przez feudokorp wersji demonstracyjnej Natch zostaje napadnięty na ulicach Shenandoah przez grupę postaci w czarnych strojach. Zostaje trafiony strzałkami z czarnym kodem, traci przytomność i znika.
Nieświadoma zaginięcia Natcha załoga feudokorpu przygotowuje się do prezentacji produktu. Quell i Horvil pracują nad pierwszą publiczną demonstracją kodu MultiRzeczywistości. Benyamin skupia się na nadzorze montowni programistycznej swej matki, gdzie wykonywane są miliony zadań niezbędnych dla poprawnego działania programu na oczach setek milionów ludzi. Merri współpracuje z partnerem sprzedażowym firmy Robbym Robbym, aby wywołać stosowne zainteresowanie produktem, zaś Jara stara się ułożyć prezentację, która zawładnie wyobraźnią opinii publicznej.
Na kilka godzin przed prezentacją członkowie feudokorpu zauważają zniknięcie Natcha. Gorączkowo próbują odnaleźć go przed terminem prezentacji, a wojska Lena Bordy raz jeszcze maszerują na Andra Pradesh. Jara podejmuje desperacką próbę przekonania Margaret do wygłoszenia prezentacji w zastępstwie Natcha. Margaret odmawia, zamyka się na szczycie swej prywatnej wieży, zaś siły Lena Bordy dokonują inwazji na kompleks Surinów. Jara postanawia samodzielnie zaprezentować produkt. Horvil próbuje odwieść ją od tego niebezpiecznego zamiaru i wyznaje, że żywi do niej głębokie uczucia. Jara pozostaje jednak niezłomna.
I wtedy, w ostatniej chwili, zjawia się Natch. Zaledwie kilka godzin wcześniej przebudził się z wywołanej przez czarny kod śpiączki we własnym mieszkaniu. Towarzyszy mu Len Borda, który jak się okazuje, wprowadził wojsko do Andra Pradesh na prośbę Natcha, aby odstraszyć zamachowców w czerni. W zamian za interwencję Rady Natch pospiesznie obiecuje Bordzie dostęp do MultiRzeczywistości.
Natch prezentuje produkt publiczności złożonej z pięciuset milionów ludzi. Demonstracja możliwości programu polega na wykorzystaniu MultiRzeczywistości do symulacji odbicia piłki baseballowej jednocześnie do pięciuset widzów. Wszystko udaje się znakomicie i publiczność reaguje bardziej entuzjastycznie, niż ktokolwiek się spodziewał. W tym samym czasie demonstracja produktu Braci Patel okazuje się klapą.
Pod koniec akcji "Infoszoku" Natch dochodzi do wniosku, że napastnicy w czerni mogli zostać nasłani przez Radę Obrony i Bezpieczeństwa w ramach próby zawłaszczenia MultiRzeczywistości. W istocie jest wiele organizacji, które mogłyby próbować użyć czarnego kodu jako narzędzia szantażu, mającego skłonić Natcha do oddania MultiRzeczywistości. Na liście podejrzanych znajduje się Brone, Bracia Patel, a nawet sama Margaret Surina.
Natch zaczyna odczuwać szkodliwe skutki krążącego w jego żyłach czarnego kodu, mimo to jednak zwierza się swemu mentorowi Serr Vigalowi, że jest gotów na dalsze wyzwania. Wbrew wszystkim okolicznościom zaszedł zbyt daleko, by się wycofać.
Porucznik Magan Kai Lee stał przy oknie pionowzlotu Falcon i patrzył, jak biegnące poniżej wody Potomacu znikają powoli w oddali, wśród śniegu. Grudzień roku 395 okazał się miesiącem niezmiernie obfitym w śnieg.
Pilot bez słowa zboczył z ustalonego kursu, zostawiając za rufą maszyny rzadki o tak wczesnej porze dnia ruch lotniczy. Lecieli wśród tumanów mgły unoszącej się kilkanaście metrów nad spienionymi wodami rzeki. Biały jak skorupka jajka kolor kadłuba stanowił tego dnia całkiem przyzwoity kamuflaż.
Magan wyjrzał przez iluminator i dostrzegł, że rzeka Shenandoah zaczyna majaczyć w polu widzenia.
- Ukryta zgoda - powiedział cicho. Silniki stop.
Pionowzlot był niedużą maszyną, zaprojektowaną przez inżynierów Rady Obrony i Bezpieczeństwa dla celów szybkiego reagowania. Statek mógł komfortowo pomieścić dwanaście osób, choć tego dnia zajęte były tylko trzy fotele.
- Impuls otwarty i stabilny - zareagował pilot na słowa dowódcy. Silniki stop.
Kilka sekund później Magan usłyszał decrescendo zwalniających i zamierających turbin silników i eteryczny niemal szum włączonego napędu antygrawitacyjnego. Pionowzlot zawisł dwadzieścia metrów ponad koronami drzew.
W czasie krótszym niż uderzenie serca mentalna skrzynka pocztowa Magana poczęła zapełniać się nielegalnymi reklamami. Wysyłały je automatycznie partyzanckie programy, prawdopodobnie nastrojone na wykrywanie szumu spalin pionowzlotu.
PRZYTULNE ZIMOWISKA NAD SHENANDOAH Przystępne ceny! Silnik twojego pionowzlotu potrzebuje kopa? Przeczytaj nasz raport specjalny TWÓRCY CZAJKOKI WYRAŻAJĄ SZACUNEK DLA DOJEŻDŻAJĄCCH DO PRACY MIESZKAŃCÓW SHENANDOAH
Trzeci pasażer pionowzlotu zablokował strumień reklam, cmokając z irytacją.
Rey Gonereva, główna prawniczka Rady Obrony i Bezpieczeństwa, powstała z miejsca i stanęła u boku Magana. Odgarnęła z twarzy długie, zaplecione w warkoczyki włosy, ujawniając cerę o barwie kakao. Magan poczuł neuronowy impuls PoufnegoSzeptu.
- Jesteś pewien, że nie przesadzamy? - zapytała. Jej słowa zagościły w umyśle Magana niczym uzupełnienie jego własnych procesów mentalnych.
Wpatrzony w linię horyzontu zignorował pytanie. Przygotowywał się do wykonania misji i jego umysł przesiewał właśnie kombinatoryczne możliwości rozwoju wydarzeń. Nie było w nim miejsca dla Rey Gonerevej.
Prawniczka ściągnęła wargi.
- Poruczniku? - zapytała. Kiedy Magan nie zareagował, wzruszyła ramionami i wróciła na swój fotel, na wszelki wypadek pozostawiając aktywny kanał PoufnegoSzeptu.
Magan przeniósł uwagę na okrągły stół zajmujący większą część przestrzeni w rufowym odcinku kadłuba pionowzlotu. Machnął dłonią nad jego powierzchnią, wywołując holograficzną mapę. Stanowiła ona przykład charakterystycznej dla Rady Obrony i Bezpieczeństwa surowości: zbieg dwóch rzek reprezentowało kilka wektorów, zaś sam pionowzlot był zaledwie trójkątem kanarkowej żółci. Kiedy Magan krytycznie przyglądał się pagórkowatej okolicy, na mapie pojawiły się cztery nowe trójkąty w tej samej żółtej barwie. Zbliżyły się i w szyku zamarły wokół pionowzlotu. Wyglądając przez iluminator, mógł podziwiać linie smukłych białych maszyn unoszących się nad Shenadoah cicho niczym sępy. Porucznik z aprobatą zauważył, że dzioby pionowzlotów ustawione są idealnie równolegle.
Rozległ się krótki gwar głosów pilotów potwierdzających zaplanowane spotkanie oraz numer misji, potem jedna z maszyn oderwała się od reszty, by zająć pozycję w awangardzie szyku. Niebieska kropka na mapie wskazywała obecność dowódcy szwadronu: Ridgello, weteran z frontu wojen z Faryzeuszami, jeden z najbardziej zaufanych podwładnych Magana.
Dowódca nawiązał łączność głosową z resztą grupy.
- Gwałtowne ruchy sugerują brak pewności celu. Nie można stwierdzić tego z całą pewnością na podstawie aktualnych danych - powiedział. Rozpoczynamy operację za około sześćset sekund, natychmiast po otrzymaniu potwierdzenia od techników. Jakieś pytania?
- Ja mam pytanie - powiedziała PoufnymSzeptem Rey do Magana. - Czy te wszystkie środki nie są nadmierne?
Gdyby brzmiący w jej głosie sceptycyzm pochodził od kogokolwiek innego, spotkałby się z ostrą reprymendą. Magan zrozumiał jednak już dawno temu, że czołobitność wobec przełożonych nie leży w naturze Rey Gonerevej. Wiedział, że dopóki jej nie odpowie, prawniczka będzie dalej bombardować go sarkazmem.
- Skoro nalegasz, żeby obserwować przebieg operacji - powiedział PoufnymSzeptem - mogłabyś przynajmniej trzymać się standardowych procedur i używać języka bojowego Rady.
Prawniczka lekceważąco wzruszyła ramionami.
- To nie jest kwestia natury wojskowej - powiedziała zimno. - To kwestia polityczna. Dobrze o tym wiesz.
- Wyznacznikiem tej polityki jest Przewodniczący Borda.
- Ależ, Magan, dziewiętnaście strzałkowców, sześć przerywaczy i trzech techników? Wszystko po to, by pojmać jednego nieuzbrojonego człowieka? Zdarzało wam się opanowywać z mniejszymi siłami całe posterunki Faryzeuszy.
Porucznik Lee zgrzytnął zębami. Miał świadomość, że nie ma sensu zaprzeczać jej słowom. Wiesz, że ona ma rację, powtarzał sobie, i nic nie możesz z tym zrobić. Zapłonął w nim nagły gniew na wszystko, co nieuporządkowane, chaotyczne i niezaplanowane.
Magan odwrócił się i badawczo przyjrzał Rey Gonerevej, która znów opuściła swój fotel i stała teraz obok pilota, przyglądając się formacji szwadronu. Gonereva powinna zaliczać się do zbioru niestabilnych elementów, jakie Magan starał się wypierać z szeregów personelu Rady. Zamiast tego jednak włożył wiele pracy w zdobycie dla niej stanowiska głowy działu prawnego i nie od razu uświadomił sobie, dlaczego tak się stało. Powodem był właśnie jej nonkonformizm, brak czołobitności. Nie chciała być sługuską ani Lena Bordy, ani samego Magana. Można było liczyć na to, że Gonereva przerąbie sobie drogę przez biurokratyczną i organizacyjną hipokryzję niczym maczeta przez gąszcz wątłych pnączy. Nic więc dziwnego, że eksperci i komentatorzy nadali jej przydomek "Żyleta".
Ridgello otrzymał właśnie ostatnie raporty od pozostałych czterech załóg pionowzlotów.
- Być może powinniśmy wziąć pod uwagę ostateczne środki i bacznie przestrzegać przepisów planowania przestrzeni - powiedział. Ruszymy na znak komandora Papizona, kiedy tylko uda mu się pokonać zabezpieczenia i procedury kompresyjne budynku.
- Tego człowieka nie wolno lekceważyć - poinformował Żyletę Magan. - Jest przebiegły niczym wąż.
- Ale...
- Dość. Przewodniczący podjął decyzję. Moim, i twoim także, obowiązkiem jest wprowadzić ją w życie. - Niecierpliwym gestem dłoni Magan przerwał łączność z PoufnymSzeptem i nawet Żyleta zdała sobie sprawę, że dalsze dyskusje byłyby bezcelowe.
Ridgello kończył właśnie odprawę pytaniem do Magana Kai Lee.
- Ruch na południe-południowy zachód stanowi manewr obronny - powiedział. Chce pan coś dodać, poruczniku?
Magan czuł, jak algorytm losowości przejmuje kontrolę nad jego myślami, jak wykrzywia je w niemożliwe do rozpoznania kształty, aby pomieszać szyki mogącym podsłuchiwać rozmowę wrogom.
- Powinniśmy dążyć w stronę wzniesienia bez względu na wzrost temperatury - powiedział. - Fakt, że dysponujemy solidną strategią działania, zawdzięczamy twojemu doskonałemu przygotowaniu. - Magan wyobrażał sobie, jak proces komunikacji zachodzi w głowach jego żołnierzy w odwrotnym kierunku, jak z jego bełkotu układają się słowa i zdania zrozumiałego komunikatu. Pamiętajcie, że cel nie powinien być uzbrojony. Użycie zabójczej siły nie będzie konieczne. Jeżeli natkniemy się na jego czeladników, brać ich żywcem.
Zapadła cisza. Magan patrzył na wirujące w powietrzu płatki śniegu i starał się oczyścić umysł. Przez okna sąsiedniego pionowzlotu widział oficerów zajętych polerowaniem strzałkowców i wybieraniem stosownych na tę okazję magazynków załadowanych igłami pełnymi czarnego kodu. Rey Gonereva gawędziła z pilotem otwartym tekstem, jakby starała się zamanifestować wzgardę dla wojskowych konwencji.
Jeszcze niewiele ponad miesiąc temu Magan nawet nie słyszał o mistrzu feudokorpu, który stał się celem misji. Człowiek ten pojawił się po prostu znikąd. Był bezwzględnym, pozbawionym wstydu biznesmenem, który pazurami wydarł sobie pozycję na rynku oprogramowania bio/logicznego. Nikt nie był pewien, w jaki sposób udało mu się wkraść w łaski Margaret Suriny, ani też jak zdołał tak szybko uzyskać kontrolę nad należącą do niej technologią MultiRzeczywistości. Zjawił się w komnatach Lena Bordy na kilka godzin przed demonstracją produktu, by zawrzeć ugodę. Rada miała bronić go przed noszącymi się na czarno zamachowcami, którzy urządzili na niego zasadzkę w Shenandoah, oraz uchronić go przed działaniem czarnego kodu, który krążył w jego krwiobiegu niczym ławica barakud. W zamian oferował dostęp do MultiRzeczywistości.
Przewodniczący Borda dotrzymał słowa. Skinął ręką i trzy doborowe legiony natychmiast wyruszyły do Andra Pradesh. Demonstracja produktu mistrza feudokorpu przebiegła zgodnie z planem*.
A jak mistrz feudokorpu wywiązał się z umowy?
Nijak.
W ciągu następnego tygodnia nie pojawił się na kilku umawianych kolejno spotkaniach. Magan i jego podwładni siedzieli samotnie w salach konferencyjnych, czując się jak głupcy. Pilne wiadomości oraz komunikaty wysyłane PoufnymSzeptem trafiały w próżnię, nie doczekując się odpowiedzi. Groźby również nie przyniosły skutku.
Borda zareagował na sytuację z subtelnością człowieka dyrygującego orkiestrą symfoniczną w zbroi płytowej. Wysłał odzianych na biało funkcjonariuszy Rady, by przez całą dobę śledzili biznesmena. Potem nakazał im maszerować pod jego oknami z dobytymi strzałkowcami. Kiedy wywierana w ten sposób presja okazała się niewystarczająca, wydał rozkaz doprowadzenia poszukiwanego mężczyzny do biura administracyjnego Rady w Melbourne. Jednak mistrz feudokorpu zdołał im się wymknąć. Znikał na całe dni sprzed nosa funkcjonariuszy Rady i nikt nie wiedział, dokąd się udawał ani jak zdołał się wymknąć.
Cierpliwość Lena Bordy wyczerpała się dwa dni temu. W środku nocy wezwał do siebie Magana Kai Lee i nakazał mu rzucić wszystko inne. Jego zadaniem było sprowadzenie krnąbrnego przedsiębiorcy do stołu negocjacyjnego. Gdyby okazało się to konieczne, miał użyć siły.
- Mam go zakuć w kajdanki? - zapytał Magan.
- W łańcuchy - odparł Borda.
Porucznik Lee patrzył na znużoną twarz zwieńczoną plackiem łysiny, a Przewodniczący wlepiał w niego jadowite spojrzenie. Magan czuł, jak mimowolnie zaciskają się jego palce. Pragnął dobyć strzałkowca z kabury na biodrze i wycelować w kostyczne, przypominające trupią maskę oblicze. Borda siedział za biurkiem i choć był bezbronny, nie okazywał najmniejszych oznak strachu. Wiedział, że Magan nie złamie umowy.
Miał rację. Magan Kai Lee wykonał rozkaz. Wrócił do swej kwatery, a zniecierpliwienie upchnął w jednej z przepełnionych mentalnych szuflad. Wezwał Papizona i wraz z nim nakreślił zarys operacji, korzystając z rad Żylety. Kolejne czterdzieści osiem godzin upłynęło im na studiowaniu planów architektonicznych, zgłaszaniu zapotrzebowania na sprzęt i ludzi oraz na czytaniu raportów zwiadowców.
Mentalny dzwonek komunikatu wyrwał Magana z rozmyślań i przywrócił do rzeczywistości. Nadszedł czas.
Naprzód.
Wszystkie pionowzloty Rady Obrony i Bezpieczeństwa jednocześnie ruszyły, zmieniając szyk na pojedynczą kolumnę i pędząc w stronę Shenandoah niczym zatruta strzała, której grot stanowił statek Ridgella, lotki zaś pionowzlot Magana.
Magan rzucił ostatnie spojrzenie na miejsce zlewu wód dwóch rzek. Pomyślał o nielegalnych reklamach i o tym, jaki to pasożyt społeczny mógł dopuścić się podobnej manipulacji.
Sam jesteś sobie winien, Natch, pomyślał.
Pięć pionowzlotów wypadło zza gór Pasma Błękitnego, trzymając się nisko nad ziemią, gdzie ich kadłuby były niemal niewidoczne na tle śniegu. O tak wczesnej porze prawie nie było ruchu, a słońce wisiało niepewnie i nisko nad horyzontem.
Papizon, melduj - odezwał się Ridgello.
Zabezpieczenia są już pod kontrolą Rady. Dekompresujemy właśnie budynek. Za dziewięćdziesiąt sekund mieszkanie celu znajdzie się w północno-zachodnim wejściu - nawet mimo zakłóceń głos oficera taktycznego brzmiał spokojnie, niespiesznie.
Co z Natchem? - zapytał dowódca.
Widzieliśmy, jak wchodził do budynku około dziesiątej wieczorem czasu lokalnego. Od tej pory pozostaje aktywny w MyśloPrzestrzeni. Wszystkie wyjścia są obstawione przez programy i agentów.
Magan i Gonereva wymienili spojrzenia wyrażające ostrożny optymizm. Na razie szło dobrze. Żyleta mogła uważać, że plan jest opracowany z przesadną ostrożnością, ale kiedy mistrz feudokorpu znajdzie się bezpiecznie na pokładzie pionowzlotu Rady w drodze do Melbourne, cała ta operacja stanie się dla nich wszystkich tylko wczorajszą lekcją.
Rey Gonereva stanęła obok Magana przy konsoli dowodzenia. Żółte trójkąty szybko zbliżały się do migającej czerwonej gwiazdy. Szósty trójkąt tkwił przyczajony pod budynkiem, w rurach transportu podziemnego miasta. Oznaczał Papizona i jego techników.
Magan przełączył tylne okna pionowzlotu na ekran taktyczny, blokując widok migającego szybko grudniowego krajobrazu. Ekran wypełniły obrazy widziane z perspektywy sześciu żołnierzy i Magan zobaczył mężczyznę przecierającego szmatką lufę przerywacza, potem kobietę rozciągającą mięśnie łydek i narzekającą na zimno. Zgodnie z przepisami Magan przełączał kolejno obrazy wszystkich dwudziestu pięciu funkcjonariuszy, aby potwierdzić sprawność łączności. Obraz Ridgella pokazał mu, że ten jest skupiony i opanowany. Oficer nie zdradzał żadnych oznak zdenerwowania - podobne operacje były dla niego chlebem powszednim.
Pionowzloty przemknęły nad dużym wzgórzem i poleciały w dół, lądując stromą trajektorią tuż za kępą drzew. Pilot wyłączył stabilizatory inercyjne, aby zmniejszyć hałas silników. Rey Gonereva uderzyła głową o niski sufit i mruknęła coś cicho. Magan był spokojny. W myślach dziękował tysiącom pokoleń swych chińskich przodków za niski wzrost, za sprawą którego nie musiał przejmować się podobnymi niedogodnościami.
Pionowzlot wylądował w śniegu z cichym łomotem. Wszystkie pięć żółtych trójkątów otaczało teraz wianuszkiem migającą czerwoną gwiazdę na zboczu.
Kilka sekund później drzwi otwarły się z hałasem i funkcjonariusze Rady Obrony i Bezpieczeństwa ruszyli do akcji.
Biegli w zwartym szyku w górę zaśnieżonego zbocza, trzymając strzałkowce w pogotowiu. Stojący na szczycie następnego wzgórza budynek wyglądał jak naturalny fragment krajobrazu. Dwadzieścia cztery postacie w białych kombinezonach maskujących oznaczonych nierzucającymi się w oczy żółtymi gwiazdami przemknęły przez niewielki świerkowy zagajnik. Nad ich głowami unosiła się mgła ciężkich oddechów.
Kiedy żołnierze znaleźli się w odległości jakichś dziesięciu metrów, w ścianie budynku otworzyły się drzwi. Ze środka wynurzyła się kobieta z kubkiem parującego nitro w dłoni. Spod jej stóp wysunęła się w mgnieniu oka czarna platforma służąca za balkon. Kobieta ziewnęła, przeciągnęła się, strzeliła palcami.
Zdjąć ją - warknął dowódca.
Po klatce piersiowej kobiety prześlizgnęło się sześć świetlnych punktów i strzałkowce zaśpiewały. Trafiona runęła na ziemię, a ceramiczny kubek upadł obok niej.
Magan widział z pokładu pionowzlotu, jak drużyna Ridgella przemknęła przez śnieg i wdarła się do budynku północno-zachodnim wejściem. Rey zmieniła punkt widzenia kamer i na oknie pojawił się ostry obraz jednego z trzech żołnierzy zajętych wspinaczką na balkon po magnetycznej lince. Jeden z nich spojrzał przez ramię na kępę świerków. Nie było żadnych śladów przejścia oddziału. Ridgello był w tym dobry i Magan miał pewność, że nikt w budynku nie zauważył niczego niepokojącego.
Wewnętrzny korytarz był jasno oświetlony. Żołnierze Ridgella sunęli korytarzem szybko niczym duchy, aż dotarli do pierwszych drzwi po lewej. Po każdej stronie drzwi ustawiło się dwóch ludzi z bronią gotową do strzału. Ridgello złamał zabezpieczenia mieszkania kodem priorytetowym Rady Obrony i Bezpieczeństwa i drzwi rozsunęły się. Do mieszkania Natcha wtargnęło dwunastu żołnierzy.
Rey Gonereva cicho westchnęła.
Mieszkanie było puste.
Na kuchennym kontuarze leżała niedojedzona kanapka oraz stał kubek z zimnym nitro, nietknięty od wielu godzin lub nawet dni. Jeden z ekranów nadawał pojedynek szermierczy z odbywającego się w Niebie 49 turnieju. W gabinecie Natcha pozostał aktywny pęcherz MyśloPrzestrzeni, wewnątrz którego unosił się trójkątny fragment kodu, od dawna nietknięty ręką programisty. Najbardziej zwracał jednak uwagę brak torby z różdżkami programowania bio/logicznego, jaką każdy członek feudokorpu miał zawsze pod ręką.
- Mówiłeś, że go tu znajdziemy, Papizon - warknęła Żyleta. - Gdzie się podział?
W głośniku rozległ się pełen zaskoczenia głos:
- Jak to, nie ma go tam?
- Nie, kurwa, nie ma go.
- Ale przecież podgląd nadal... Jeśli Natcha tam nie ma, to kto pracuje w MyśloPrzestrzeni?
Ani śladu, poruczniku - tylko Ridgello nadal używał języka bitewnego.
Żołnierze rozluźnili się nieco i wymieniali właśnie między sobą zaskoczone spojrzenia. Jeden z nich poskrobał się w zwalistą głowę lufą przerywacza, urągając wszelkim zasadom bezpiecznego obchodzenia się z bronią. Funkcjonariusze zaglądali do szaf i pod stoły w nadziei, że Natch ukrywa się w jakimś zakamarku. Stojąca za pulpitem roboczym w gabinecie kobieta odwróciła się do jednego z ekranów okiennych i z zaskoczeniem odczytała widniejące na nim słowa:
PRYWATNA WIADOMOŚĆ DLA MAGANA KAI LEE
Magan zobaczył to samo na pokładzie pionowzlotu i zbladł. Na twarzy Rey Gonerevej malowała się mieszanina zaskoczenia i rozbawienia. Wąż wiedział, że po niego przyjdziemy, pomyślał Magan. Ale skąd mógł wiedzieć? Osoby znające szczegóły operacji można było policzyć na palcach jednej ręki: Żyleta, Papizon i on sam, Magan. Nawet Ridgello dowiedział się o wszystkim dopiero wczoraj późnym wieczorem.
Dowódca drużyny zobaczył tekst.
Chce pan to przeczytać, poruczniku?
Magan poczuł, jak jego umysł zmienia bieg w poszukiwaniu akceptowalnego rozwiązania. Wiedział, że najmądrzej byłoby zignorować wiadomość i jak najszybciej wycofać ludzi. Czy jednak nie tego właśnie oczekiwał Natch? Wiadomość na ekranie okiennym była w sposób oczywisty próbą wciągnięcia Magana do mieszkania i mistrz feudokorpu musiał przecież liczyć się z tym, że porucznik nie połknie przynęty. Czy w takim razie... należało uczynić odwrotnie? Magan zaklął cicho. Jakże trudno było posługiwać się logiką wobec istoty, której natura zaprzeczała jej podstawom.
Magan otworzył zasobnik nad kolanem munduru, wydobył magazynek ze strzałkami z czarnym kodem i załadował broń.
- Chyba tam nie pójdziesz? - zapytała z niedowierzaniem Żyleta.
- Chyba jednak pójdę, cholera - odparł porucznik, zmierzając ku drzwiom pionowzlotu.
Dotarcie po zboczu do północno-zachodniego wejścia zajęło mu dwie minuty. Magan dobiegał już wieku średniego i nie dysponował taką samą kocią gracją jak jego młodsi żołnierze, ale i tak wątpił, by ktokolwiek z mieszkańców budynku mógł go zauważyć. Spojrzał w górę, na balkon mieszkania na trzecim piętrze. Stojący tam funkcjonariusz gestem potwierdził jego ocenę. Dwaj inni nieśli nieprzytomną kobietę do łóżka, gdzie miała obudzić się za kilka godzin z koszmarnym bólem głowy. Zniknął nawet upuszczony przez nią kubek z nitro, odniesiony do mieszkania.
Noszący znak żółtej gwiazdy funkcjonariusze zgromadzeni w mieszkaniu zobaczyli wyraz oczu Magana i pospiesznie zeszli mu z drogi. Porucznik wszedł do gabinetu Natcha, wyprowadził dowódcę drużyny, potężnie zbudowanego Nordyka, za drzwi i gestem otworzył wiadomość na ekranie.
UŚMIECHNIJ SIĘ DO KAMERY
Magan zmarszczył brwi. Co to miało znaczyć?
Nagle jego oczy rozszerzyły się.
- Na zewnątrz! Wszyscy wychodzić! - warknął otwartym tekstem i funkcjonariusze Rady runęli ku wyjściu. - Południowo-wschodnim wyjściem! On wie, że tu jesteśmy!
Żołnierze zatrzymali się w miejscu i ruszyli w przeciwnym kierunku. Magan słyszał w słuchawce głos krzyczącej coś Rey Gonerevej, ale nie był w stanie skupić się na rozszyfrowaniu komunikatu. Udało mu się to dopiero w chwili, kiedy wraz ze swymi ludźmi wypadł na południowo-wschodni dziedziniec.
- Nie! Zostańcie w środku! Publicy, pamiętajcie o publikach!
Na zewnątrz budynku Natcha stała grupa mężczyzn i kobiet, w ich oczach lśnił drapieżny blask. Magan natychmiast rozpoznał kilkoro z nich: pobrużdżoną twarz Sen Sivv Sora, dandysowatą buźkę Johna Ridglee, łasicowaty uśmieszek V. T. Vel Osbiq.
Publicy.
Wyraźnie zirytowany Ridgello rozkazał ludziom schować broń. Porucznik Rady przywołał TwarzPokerzysty 85a, aby zamaskować miotające nim emocje. Publicy ustawili się rzędem i zaczęli zasypywać funkcjonariuszy pytaniami.
- Poruczniku, dlaczego Len Borda podjął decyzję o siłowym przejęciu MultiRzeczywistości?
- Kto wyraził zgodę na tę misję?
- Czy Rada zwróciła się w tej sprawie do Nadkomitetu z prośbą o konsultację?
- Jakie zarzuty usłyszy Natch?
- Czy ta operacja jest zgodna z prawem?
Magan Kai Lee brnął przez dziedziniec bez słowa, starając się przewidzieć konsekwencje zaistniałej sytuacji. Niemal czuł podjeżdżającą do gardła żółć.
- Widzisz, Rey? - powiedział PoufnymSzeptem. - Wąż ma kły.
* Szczegółowe streszczenie wydarzeń zawartych w "Infoszoku", pierwszym tomie trylogii Skok 225, znajduje się w Dodatku A.
COPYRIGHT ? BY David Louis EdelmanCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2014 COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Michał Kubiak, 2014
TYTUŁ ORYGINAŁU Multireal
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-950-2
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
COVER ART ? Pedro Kin
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
REDAKCJA Rafał Dębski
KOREKTA Magdalena Byrska
SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Dariusz Nowakowski
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Natch stanął za pulpitem i machnął lewą ręką. W powietrzu przed nim zawisł lśniący pęcherz o średnicy monety. Szybko się powiększał, aż objął większą część pulpitu i całkowicie otoczył samego Natcha, przesłaniając rzeczywistość półprzezroczystą błoną.
MyśloPrzestrzeń. Czyste płótno, pusty wszechświat. Tu wszystko jest możliwe.
Prawą dłonią Natch rozpiął zatrzask sfatygowanej torby leżącej na bocznym stoliku. Ukazał się skrywany wewnątrz skarb: dwadzieścia sześć wąskich metalowych różdżek oznaczonych literami alfabetu rzymskiego. Palce Natcha na ślepo odnalazły różdżkę z literą F i niemal bezszelestnie wysunęły ją z przegródki. Kiedy tylko znalazła się w obrębie pęcherza MyśloPrzestrzeni, wyrosły z niej kolce i igły niczym rozłożone skrzydła motyla wynurzającego się z poczwarki. Natch machnął różdżką kilka razy i motyl wzbił się do lotu.
Mistrz feudokorpu znów uniósł lewą dłoń i rozczapierzył szeroko palce. Pęcherz MyśloPrzestrzeni eksplodował łukiem zachodzących na siebie sfer, przypominającym wirtualną stonogę w barwach purpury i brązu. Twór wypełniał już całą przestrzeń, ale jego kształty nadal się mnożyły.
Za blisko. Natch wskazał kciukiem w tył i cofnął się, by mieć lepszą widoczność. Zmniejszające się sfery zyskiwały na gęstości, aż stały się atomami w bloku szarości. Patrząc z jeszcze większej odległości, Natch widział, że szary blok jest zaledwie jednym z tysięcy, wraz z którymi tworzy ścianę złowieszczego zamku kodu programowego. Natch w dalszym ciągu niecierpliwie dźgał kciukiem w tył. Teraz nawet zamek stał się jednym zaledwie elementem ogromnej owalnej struktury. Wewnątrz wiły się chodniki w kolorach akwamaryny i srebra, prowadząc przez ziejącą wewnątrz struktury próżnię. Patrzył na MyśloPrzestrzenną konurbację.
Natch widział przed sobą całą budowlę i dalej cofnąć się już nie mógł. Wyciągnął lewy palec wskazujący i obrócił dłoń o dziewięćdziesiąt stopni, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, wywołując ponad blokiem kodu legendę programu.
PRAWDOPODOBIEŃSTWO Wersja: 0.76 Programista: Feudokorp MultiRzeczywistości Suriny i Natcha.
Nazwa "Prawdopodobieństwo" była marką, jaką feudokorp nadał MultiRzeczywistości. MultiRzeczywistość: produkt szesnastu lat samotnej pracy jednej z najbardziej genialnych uczonych na świecie, dysponującej przy tym niemal nieograniczonymi zasobami. MultiRzeczywistość: program stanowiący koronne osiągnięcie wielu pokoleń rodu Surinów.
Program, który należał teraz do Natcha.
Przedsiębiorca zważył w dłoni najeżoną igłami różdżkę. Obracał zamek kodu w koło, szukając właściwego miejsca...
Tam. Słaby punkt wirtualnego muru. Natch jednocześnie uniósł różdżkę nad głową i uderzył w mur zamku z szaleńczą siłą.
Brzdęk!
Różdżka odbiła się i zadrżała, wprawiając jego prawą dłoń w wibrację.
Natch raz jeszcze ujął różdżkę, tym razem oburącz, dzierżąc narzędzie niczym oszalały samuraj miecz. Zaczął zadawać dzikie uderzenia w strukturę kodu. Uderzał raz za razem, warcząc z wściekłością. W końcu jeden z ciosów przebił cegły i ściana zamku z ogłuszającym hukiem roztrzaskała się na tysiąc odłamków.
Natch zajrzał do wnętrza rozwalonej twierdzy, spodziewając się widoku szkieletu wirtualnego rusztowania, belek i wsporników. Budowla była jednak całkowicie pusta, bez jakichkolwiek widocznych wzmocnień. Nie była to zwykła pustka, po prostu brak czegoś, lecz ziejąca otchłań nicości, próżnia zdająca się wsysać go niepowstrzymaną siłą grawitacji.
Mistrz feudokorpu stał sparaliżowany strachem, a program począł rozpadać się wokół niego. Bloki kodu, które wiązały dotąd bezpiecznie tysiące wzajemnych połączeń, uginały się pod naporem i puszczały, poddając się Prądowi Zerowemu. Po chwili znajdujące się w pomieszczeniu przedmioty poczęły sunąć w jego kierunku: różdżki programistyczne wyskoczyły ze swej torby dziko jak kamikaze, nawet naczynia kuchenne mknęły ku pochłaniającej wszystko, narastającej ciemności.
Natch najpierw poczuł siłę prądu w kolanach. Z wysiłkiem starał się dotrzeć do drzwi gabinetu, sądząc, że jeżeli odgrodzi się nimi od nicości, będzie bezpieczny. Wkrótce jednak próżnia poczęła wsysać całe jego ciało. Udało mu się zahaczyć palcami o framugę i w tej właśnie chwili stracił grunt pod nogami. Wisiał przez minutę, może dwie ze stopami w powietrzu i paznokciami drapiącymi drzwi w poszukiwaniu uchwytu. Wtedy właśnie sunące z salonu krzesło trzasnęło go w kostki palców i Natch stracił czucie. Obracając się w powietrzu, runął w mroźną głębię najciemniejszej nocy.
Nicość.
Ocknął się w smaganym przez wiatr lesie, z pochodnią w dłoni. W powietrzu unosił się przyprawiający o mdłości fetor, w którym Natch rozpoznał woń przypalonego mięsa.
Pobiegł między drzewami. Bardzo się spieszył, choć nie wiedział dlaczego. Pod stopami widział krzyżujące się leśne ścieżki, ale nie wiedział, skąd ani dokąd wiodły, i wolał zawierzyć własnemu instynktowi. Instynktowi, który podpowiadał mu, by biegł na zachód, w stronę szybko niknącego słońca. Biegł wśród drzew najszybciej jak potrafił. Twarz smagały mu ciernie i ostre gałęzie.
Wtedy usłyszał krzyk.
Stój! Zaczekaj, zatrzymaj się! Nie, nie, nie!
Potem długi, przeciągły wrzask bólu, któremu towarzyszył warkot ogłupiałego, rozwścieczonego niedźwiedzia. Odległy tupot stóp biegnących po liściach. Mokry odgłos rozdzieranego ludzkiego mięsa.
Natch nie mógł się poruszyć. Światło pochodni prychnęło iskrami i zgasło. Zanim znów ogarnęła go ciemność, na ułamek sekundy ujrzał, że nie trzyma już pochodni, ale zakrwawioną rękę chłopca.
Potem się obudził.
Powoli uniósł powieki i pozwolił, by świat milimetr po milimetrze wniknął do jego świadomości.
Rozejrzał się po otoczeniu. Było znajome. Jego dłonie spoczywały na poręczach ze sztucznej kości słoniowej, na plecach czuł dotyk sztucznej skóry. Padające spomiędzy mijanych z nadludzką szybkością pni sekwoi światło migotało w rytmie staccato, wybijając na jego twarzy wiadomość. W ciągu lat Natch poznał niemal na pamięć każdy zakręt trasy metra ekspresowego do Seattle.
Skierował na okno baczniejsze spojrzenie. Wytłuszczone litery czekały, aż całkiem się obudzi.
RADA SZTURMUJE MIESZKANIE NATCHA PRÓBA PRZEJĘCIA MULTIRZECZYWISTOŚCI
Natch ze zmęczeniem kiwnął głową. A więc ci głupcy jednak chwycili przynętę.
Przejrzał pół tuzina fragmentów kolumn publików, ustawiając je na powierzchni okna niczym cegiełki. Widział filmy nakręcone z piętnastu różnych ujęć kamery, a jakiś anonimowy dowcipniś opatrzył całość materiału symfoniczną ścieżką dźwiękową. Natch wywołał wyraz twarzy skonfundowanego Magana Kai Lee i cztery razy pod rząd obejrzał fragment, w którym porucznik odbywał sromotny odwrót na pokład pionowzlotu.
Przynajmniej możesz teraz odetchnąć, powiedział sobie mistrz feudokorpu. Możesz przestać uciekać. Możesz wrócić do domu.
Natch od tygodnia codziennie budził się w wagonie metra. Wymykając się Radzie Obrony i Bezpieczeństwa, w ciągu ostatnich kilku tygodni zjeździł cały świat. Wczoraj widział piaski pustyni dawnego Teksasu, skąd jako multiprojekcja wybrał się do Shenandoah, by zastawić pułapkę. Dzień wcześniej unosił się nad wodami Oceanu Indyjskiego.
Kilka razy niemal wpadł. Za sprawą setek wywiadów i raportów publików jego twarz wypaliła trwały znak w publicznej świadomości i anonimowość praktycznie przestała dla niego istnieć. Grupa nastolatków w S?o Paulo przejrzała jego sfałszowany profil osobowy i Natch musiał zastawić jedną ze swych nowych różdżek programistycznych, aby kupić ich milczenie. Licząc tę, którą rzucił kilka tygodni temu w swych prześladowców w Shenandoah, do kompletu narzędzi brakowało mu już dwóch różdżek.
Potem doszło do tego niepokojącego incydentu z udziałem szalonej kobiety w Europie Środkowej. Nosiła jasnobłękitny uniform uzdrowicielki, ale osiągnęła wiek, w którym wielu porzucało próby kuracji i składało podania o przyjęcie w poczet Gotowych. Na oczach trzech odzianych na biało oficerów Rady kobieta podeszła do niego i ze wzburzeniem zażądała, by wyjaśnił, jakich to "brudnych sztuczek" użył podczas demonstracji w Andra Pradesh. Myśli Natcha chwilę wcześniej były całkiem gdzie indziej i prawie spanikował. Nagle jednak ludzie wokół niego poczęli wstawać z zaciśniętymi pięściami, by stanąć w jego obronie. Wkrótce w sprawę wmieszała się też grupka funkcjonariuszy bezpieczeństwa L-PROG-u i ludzie Rady podeszli bliżej, by zbadać źródło rozruchów. Pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami Natcha wywiązała się bójka. Libertarianie skandowali: "Precz z Lenem Bordą", stronnicy rządu nawoływali do "respektowania prawa". Zdezorientowany Natch nie stawiał oporu, kiedy dwaj libertarianie spokojnie wyciągnęli go za drzwi i wepchnęli do pociągu jadącego w przeciwnym kierunku. Udało mu się uciec tuż przed tym, jak ludzie Lena Bordy zrozumieli, co się właściwie stało.
W świecie zamieszkałym przez sześćdziesiąt miliardów ludzi było matematycznie pewne, że po libertariańskiej stronie sceny politycznej Natch musiał mieć miliony sympatyków. Jego walkę o niedopuszczenie do przejęcia przez Radę kontroli nad MultiRzeczywistością wspierało pewnie ze sto milionów ludzi, i to tylko z chęci zrobienia na złość Lenowi Bordzie. Ale widząc, jak silne emocje towarzyszą tej sprawie, widząc ludzi gotowych do konfrontacji z uzbrojonymi funkcjonariuszami Rady... Natch po prostu nie wiedział, co myśleć.
Będąc już świadomym podskórnego prądu sympatii ze strony libertarian, zaczął dostrzegać jej oznaki wszędzie, gdzie tylko się znalazł. Popierano go w wiadomościach zamieszczanych na forach w Morzu Danych, w mowach aktywistów L-PROG-ów, w odezwach publików żądających ograniczenia władzy centralnej. Nagle zdał sobie sprawę, że pomylił się w swych szacunkach liczby stronników, i to o kilka rzędów wielkości. Nadal stanowili oni wprawdzie kryjącą się w cieniu mniejszość, ale przybywało ich z każdym dniem.
Teraz zaś jeszcze ten atak na budynek, w którym mieszkał Natch. Atak, który całkiem zmienił dynamikę. Natch wywołał na oknie reportaż Sen Sivv Sora.
RADA SZTURMUJE MIESZKANIE NATCHA PRÓBA PRZEJĘCIA MULTIRZECZYWISTOŚCI
Mówiłem już o tym i powtórzę raz jeszcze: nikt nie potrafi tak konkursowo popsuć sobie opinii publicznej jak Przewodniczący Len Borda.
W ciągu trzech tygodni, które minęły od urządzonej przez Natcha demonstracji MultiRzeczywistości w Andra Pradesh, mistrz feudokorpu zniknął z życia publicznego. Dziś rano dowiedzieliśmy się dlaczego. Borda w swej niezmierzonej mądrości postanowił złamać udzielone wcześniej gwarancje bezpieczeństwa i odebrać MultiRzeczywistość prawowitym właścicielom, którzy nie zrobili nic, by sprowokować podobny atak.
Jakie inne wnioski wyciągnąć można z porannego pokazu niewiarygodnej głupoty jednego z głównych oficerów wykonawczych Bordy, Magana Kai Lee? Wszyscy sami to widzieliście, drodzy czytelnicy. Gdyby nie anonimowy sygnał wysłany do społeczności publików we wczesnych godzinach porannych, Feudokorp MultiRzeczywistości Suriny i Natcha mógłby już teraz nie istnieć, a jego mistrz mógłby gnić w jakimś orbitalnym więzieniu Rady.
Wprost oszałamiające, do czego zdolni są niektórzy celem zachowania status quo. I dlatego...
Natch miał dość. Przegnał z ekranu okiennego kolaż bredni z Morza Danych i zapatrzył się na sekwoje.
Rzeczywiście, przebiegłe sztuczki w MyśloPrzestrzeni pozwoliły Natchowi na zmianę kierunku fali powszechnej opinii, nawet jeżeli miało to potrwać zaledwie dzień lub dwa. Nawet zapiekły stronnik rządu Mah Lo Vertiginous musiał niechętnie przyznać, że Rada popełniła poważny błąd. Borda i Lee nieprędko odważą się na podobne wybryki.
Natch przyjrzał się swemu odbiciu w szybie. Dlaczego więc nadal siedzisz w wagonie pociągu jadącego w niewłaściwym kierunku? - zapytał sam siebie. Dlaczego nie wysiadłeś na ostatniej stacji i nie pojechałeś do domu?
W myślach wywołał obraz miasta Shenandoah. Dom. Jednak widząc oczyma duszy zmiennokształtne budynki i wijące się ulice, mógł myśleć tylko o profesjonalnej precyzji odzianych na czarno ludzi, którzy urządzili tam na niego zasadzkę. Nadal czuł ukłucia strzałek z czarnym kodem i wypełniający jego żyły lodowaty strumień zatrutych KOLOR-ów. Próżnia. Nicość.
Natch z zaskoczeniem uświadomił sobie, że się boi.
Człowiek postawiony w sytuacji bez wyjścia zdolny jest do niezwykłych czynów. Margaret Surina powiedziała mu to w zeszłym miesiącu.
Teraz zaczynał rozumieć, co bodhisattva miała na myśli. Od trzech tygodni uciekał przed Radą. Jedynie od czasu do czasu otrzymywał wiadomość PoufnymSzeptem od Horvila lub Serr Vigala. Pospiesznie zerkał na stale ewoluujący kod programowy Prawdopodobieństwa, kiedy tylko miał dostęp do wynajętego z godnego zaufania źródła pulpitu MyśloPrzestrzeni. Przez cały ten czas Margaret Surina nie odezwała się do nikogo nawet słowem, a Bracia Patel nie zrobili nic, by powstrzymać spadek swej pozycji na liście Primo na rzecz Lucasa Sentinela i Boliwara Tubana.
A Brone?
Natch zaciemnił okno i wyświetlił na nim złożoną z małych, precyzyjnych liter wiadomość, jaką otrzymał kilka dni temu.
Co jest przyczyną ukrywania się tak ostatnio wielbionego mistrza Feudokorpu MultiRzeczywistości Suriny i Natcha? Co próbuje zyskać, uciekając z pociągu do pociągu? Czy myśli może, że jego wrogowie tak po prostu znikną?
Jak dużo musi minąć czasu, nim uświadomi sobie, że ukończenie kodu MultiRzeczywistości i wprowadzenie programu na rynek będzie wymagało pomocy dodatkowych sprzymierzeńców? Kiedy zdecyduje się w końcu przyjąć pomocną dłoń, jaką wyciąga ku niemu dawny wróg? Kiedy potrzeba funduszy, sprzętu, prywatności i bezpieczeństwa okaże się silniejsza niż irracjonalna nienawiść, która ciągnie go w dół jak kamień u szyi?
Nadawcy ani podpisu nie było. Natch wiedział, że mógłby pewnie użyć zawiłych sztuczek swego fachu, aby wytropić nadawcę, ale oczywiste było, że wiadomość wysłać mogła tylko jedna osoba.
W głowie Natcha zagościł na powrót urywek snu: niedźwiedź, krzyki, skrwawione ramię. Gdzie był Brone? Czym się zajmował? Przecież po tym wszystkim, co się stało podczas Najkrótszej Inicjacji, po tych wszystkich machinacjach, jakich Brone dopuścił się, by zrobić Natcha swoim dłużnikiem, nie zamierzał chyba obserwować rozwoju sytuacji z dala? Był wszak głową Thasselian, ważnej organizacji wyznaniowej. Miał do dyspozycji zarówno zasoby gotówki, jak i pół miliona anonimowych wiernych. Nie brakowało mu też okazji do zaszkodzenia Natchowi.
Natch czuł, że trwał dotąd czas zawieszenia, czas odwlekanych decyzji, a fortel, jakiego użył przeciw Maganowi Kai Lee, na powrót wprawił wszystko w ruch.
Nie pierwszy raz stawiasz czoła przeciwnościom, powiedział sobie. Pamiętaj: Brone, Kapitan Bolbund, programiści PIK-ów, Figaro Fi, Bracia Patel. Co się zmieniło? Czego tak się teraz boisz?
Chodziło o krążący w jego żyłach czarny kod. W jakiś sposób postarzył go, czego nie udało się wcześniej osiągnąć żadnemu z jego rywali i wrogów. Niemal czuł działający w organizmie kod bio/logiczny, niszczący wnętrzności i rozkładający umysł. Codziennie wyczuwał, że traci małą cząstkę wewnętrznej przestrzeni na rzecz pleniącej się ciemności, nicości, zimna.
Nicość nadciągała, by go zabrać, i Natch wiedział, że wszystkie bitwy, jakie dotąd stoczył, były ledwie potyczkami, preludium w długiej wojnie przeciw nicości. Nie mógł pozwolić sobie na to, by tę wojnę przegrać.