Sierpień
1
W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym
bratem na pastwę białych od żaru i oszałamiających dni letnich.
Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacyj, której
wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia
miąższ złotych gruszek.
Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z ognia dnia
rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca - lśniące, pełne
wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czarne wiśnie,
których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w których
miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej poezji
owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i meduzy - surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim
i polnym.
Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku
przechodziło co dzień na wskroś całe wielkie lato: cisza drgających
słojów powietrznych; kwadraty blasku, śniące żarliwy swój sen na
podłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia; dwa,
trzy takty refrenu, granego gdzieś na fortepianie wciąż na nowo,
mdlejące w słońcu na białych trotuarach, zagubione w ogniu dnia
głębokiego. Po sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje, zasuwając
płócienne story. Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej, pokój napełniał
się cieniem, jakby pogrążony w światło głębi morskiej, jeszcze mętniej
odbity w zielonych zwierciadłach, a cały upał dnia oddychał na storach,
lekko falujących od marzeń południowej godziny.
W sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer. Z półmroku sieni
wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel dnia. Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy zmrużone od żaru, jakby zalepione miodem, a podciągnięta górna warga odsłaniała im dziąsła i zęby. I wszyscy
brodzący w tym dniu złotym mieli ów grymas skwaru, jak gdyby słońce
nałożyło swym wyznawcom jedną i tę samą maskę - złotą maskę bractwa
słonecznego; i wszyscy, którzy szli dziś ulicami, spotykali się, mijali,
starcy i młodzi, dzieci i kobiety, pozdrawiali się w przejściu tą maską,
namalowaną grubą, złotą farbą na twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas
bakchiczny - barbarzyńską maskę kultu pogańskiego.
Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu gorącymi wiatrami,
jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosłe z pustki żółtego placu,
kipiały nad nim jasnym listowiem, bukietami szlachetnie uczłonkowanych
filigranów zielonych jak drzewa na starych gobelinach. Zdawało się, że
te drzewa afektują wicher, wzburzając teatralnie swe korony, ażeby w patetycznych przegięciach ukazać wytworność wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra szlachetnych lisic. Stare domy,
polerowane wiatrami wielu dni, zabarwiały się refleksami wielkiej
atmosfery, echami, wspomnieniami barw, rozproszonymi w głębi kolorowej
pogody. Zdawało się, że całe generacje dni letnich (jak cierpliwi
sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśni tynku) obtłukiwały kłamliwą
glazurę, wydobywając z dnia na dzień wyraźniej prawdziwe oblicze domów,
fizjognomię losu i życia, które formowało je od wewnątrz. Teraz okna,
oślepione blaskiem pustego placu, spały; balkony wyznawały niebu swą
pustkę; otwarte sienie pachniały chłodem i winem.
Kupka obdartusów, ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą upału,
oblegała kawałek muru, doświadczając go wciąż na nowo rzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych metalowych krążków odczytać można było
prawdziwą tajemnicę muru, porysowanego hieroglifami rys i pęknięć.
Zresztą rynek był pusty. Oczekiwało się, że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza podjedzie w cieniu chwiejących się akacyj osiołek
Samarytanina, prowadzony za uzdę, a dwóch pachołków zwlecze troskliwie
chorego męża z rozpalonego siodła, ażeby go po chłodnych schodach wnieść
ostrożnie na pachnące szabasem piętro.
Tak wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku, wodząc nasze
załamane cienie po wszystkich domach jak po klawiszach. Kwadraty bruku
mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi krokami - jedne
bladoróżowe, jak skóra ludzka, inne złote i sine, wszystkie płaskie,
ciepłe i aksamitne na słońcu, jak jakieś twarze słoneczne, zadeptane
stopami aż do niepoznaki, do błogiej nicości.
Aż wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki. Wielka
bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała chłód
balsamów, którym każde cierpienie mogło się tam ukoić. I po paru jeszcze
domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum miasta, jak chłop,
który, wracając do wsi rodzimej, rozdziewa się po drodze z miejskiej
swej elegancji, zamieniając się powoli, w miarę zbliżania do wsi, w obdartusa wiejskiego.
Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami, zapadnięte w bujnym i pogmatwanym kwitnieniu małych ogródków. Zapomniane przez wielki dzień,
pleniły się bujnie i cicho wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej
pauzy, którą prześnić mogły za marginesem czasu, na rubieżach
nieskończonego dnia. Ogromny słonecznik, wydźwignięty na potężnej
łodydze i chory na elefantiasis, czekał w żółtej żałobie ostatnich,
smutnych dni żywota, uginając się pod przerostem potwornej korpulencji.
Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe, niewybredne kwiatuszki
stały bezradne w swych nakrochmalonych, różowych i białych koszulkach,
bez zrozumienia dla wielkiej tragedii słonecznika.
2
Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu
popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote
ściernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu
ognia wrzeszczą świerszcze; strąki nasion eksplodują cicho jak koniki
polne.
A ku parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem-pagórem, jak
gdyby ogród obrócił się we śnie na drugą stronę i grube jego chłopskie
bary oddychają ciszą ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna, babska
bujność sierpnia wyolbrzymiała w głuche zapadliska ogromnych łopuchów,
rozpanoszyła się płatami włochatych blach listnych, wybujałymi ozorami
mięsistej zieleni. Tam te wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się,
jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół pożarte przez własne oszalałe
spódnice. Tam sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu,
śmierdzącą mydłem, grubą kaszę babek, dziką okowitę mięty i wszelką
najgorszą tandetę sierpniową. Ale po drugiej stronie parkanu, za tym
matecznikiem lata, w którym rozrosła się głupota zidiociałych chwastów,
było śmietnisko zarosłe dziko bodiakiem. Nikt nie wiedział, że tam
właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją wielką, pogańską orgię. Na
tym śmietnisku, oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem, stało łóżko
skretyniałej dziewczyny Tłui. Tak nazywaliśmy ją wszyscy. Na kupie
śmieci i odpadków, starych garnków, pantofli, rumowiska i gruzu stało
zielono malowane łóżko, podparte zamiast brakującej nogi dwiema starymi
cegłami.
Powietrze nad tym rumowiskiem, zdziczałe od żaru, cięte błyskawicami
lśniących much końskich, rozwścieczonych słońcem, trzeszczało jak od
niewidzianych grzechotek, podniecając do szału.
Tłuja siedzi przykucnięta wśród żółtej pościeli i szmat. Wielka jej
głowa jeży się wiechciem czarnych włosów. Twarz jej jest kurczliwa, jak
miech harmonii. Co chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc
poprzecznych fałd, a zdziwienie rozciąga ją z powrotem, wygładza fałdy,
odsłania szparki drobnych oczu i wilgotne dziąsła z żółtymi zębami pod
ryjowatą, mięsistą wargą. Mijają godziny pełne żaru i nudy, podczas
których Tłuja gaworzy półgłosem, drzemie, zrzędzi z cicha i chrząka.
Muchy obsiadają nieruchomą gęstym rojem. Ale z nagła ta cała kupa
brudnych gałganów, szmat i strzępów zaczyna poruszać się, jakby ożywiona
chrobotem lęgnących się w niej szczurów. Muchy budzą się spłoszone i podnoszą wielkim, huczącym rojem, pełnym wściekłego bzykania, błysków i migotań. I podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają po
śmietnisku jak spłoszone szczury, wygrzebuje się z nich, odwija z wolna
jądro, wyłuszcza się rdzeń śmietniska: na wpół naga i ciemna kretynka
dźwiga się powoli i staje, podobna do bożka pogańskiego, na krótkich,
dziecinnych nóżkach, a z napęczniałej napływem złości szyi, z poczerwieniałej, ciemniejącej od gniewu twarzy, na której, jak malowidła
barbarzyńskie, wykwitają arabeski nabrzmiałych żył, wyrywa się wrzask
zwierzęcy, wrzask chrapliwy, dobyty ze wszystkich bronchij i piszczałek
tej pół zwierzęcej, pół boskiej piersi. Bodiaki, spalone słońcem,
krzyczą, łopuchy puchną i pysznią się bezwstydnym mięsem, chwasty ślinią
się błyszczącym jadem, a kretynka, ochrypła od krzyku, w konwulsji
dzikiej uderza mięsistym łonem z wściekłą zapalczywością w pień bzu
dzikiego, który skrzypi cicho pod natarczywością tej rozpustnej chuci,
zaklinany całym tym nędzarskim chórem do wynaturzonej, pogańskiej
płodności.
Matka Tłui wynajmuje się gospodyniom do szorowania podłóg. Jest to mała,
żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia też podłogi, jodłowe
stoły, ławy i szlabany, które w izbach ubogich ludzi zmywa. Raz
zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryśki. Była wczesna poranna
godzina, weszliśmy do małej izby niebiesko bielonej, z ubitą polepą
glinianą na podłodze, na której leżało wczesne słońce, jaskrawożółte w tej ciszy porannej, odmierzanej przeraźliwym szczękiem chłopskiego
zegara na ścianie. W skrzyni na słomie leżała głupia Maryśka, blada jak
opłatek i cicha jak rękawiczka, z której wysunęła się dłoń. I jakby
korzystając z jej snu, gadała cisza, żółta, jaskrawa, zła cisza,
monologowała, kłóciła się, wygadywała głośno i ordynarnie swój maniacki
monolog. Czas Maryśki - czas więziony w jej duszy - wystąpił z niej
straszliwie rzeczywisty i szedł samopas przez izbę, hałaśliwy, huczący,
piekielny, rosnący w jaskrawym milczeniu poranka z głośnego
młyna-zegara, jak zła mąka, sypka mąka, głupia mąka wariatów.
3
W jednym z tych domków, otoczonym sztachetami brązowej barwy, tonącym w bujnej zieleni ogródka, mieszkała ciotka Agata. Wchodząc do niej,
mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane kule, tkwiące na tyczkach, różowe,
zielone i fioletowe, w których zaklęte były całe świetlane i jasne
światy, jak te idealne i szczęśliwe obrazy, zamknięte w niedościgłej
doskonałości baniek mydlanych.
W półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń i oślepłymi od starości odnajdowaliśmy znany nam zapach. W tej zaufanej
starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie życie tych ludzi,
alembik rasy, gatunek krwi i sekret ich losu, zawarty niedostrzegalnie w codziennym mijaniu ich własnego, odrębnego czasu. Stare, mądre drzwi,
których ciemne westchnienia wpuszczały i wypuszczały tych ludzi,
milczący świadkowie wchodzenia i wychodzenia matki, córek i synów -
otworzyły się bezgłośnie, jak odrzwia szafy, i weszliśmy w ich życie.
Siedzieli, jakby w cieniu swego losu, i nie bronili się - w pierwszych
niezręcznych gestach wydali nam swoją tajemnicę. Czyż nie byliśmy krwią
i losem spokrewnieni z nimi?
Pokój był ciemny i aksamitny od granatowych obić ze złotym deseniem,
lecz echo dnia płomiennego drgało i tutaj jeszcze mosiądzem na ramach
obrazów, na klamkach i listwach złotych, choć przepuszczone przez gęstą
zieleń ogrodu. Spod ściany podniosła się ciotka Agata, wielka i bujna, o mięsie okrągłym i białym, cętkowanym rudą rdzą piegów. Przysiedliśmy się
do nich, jakby na brzeg ich losu, zawstydzeni trochę tą bezbronnością, z jaką wydali się nam bez zastrzeżeń, i piliśmy wodę z sokiem różanym,
napój przedziwny, w którym znalazłem jakby najgłębszą esencję tej
upalnej soboty.
Ciotka narzekała. Był to zasadniczy ton jej rozmów, głos tego mięsa
białego i płodnego, bujającego już jakby poza granicami osoby, zaledwie
luźnie utrzymywanej w skupieniu, w więzach formy indywidualnej, i nawet
w tym skupieniu już zwielokrotnionej, gotowej rozpaść się, rozgałęzić,
rozsypać w rodzinę. Była to płodność niemal samoródcza, kobiecość
pozbawiona hamulców i chorobliwie wybujała.
Zdawało się, że sam aromat męskości, zapach dymu tytoniowego, dowcip
kawalerski mógł dać impuls tej zaognionej kobiecości do rozpustnego
dzieworództwa. I właściwie wszystkie jej skargi na męża, na służbę, jej
troski o dzieci - były tylko kapryszeniem i dąsaniem się niezaspokojonej
płodności, dalszym ciągiem tej opryskliwej, gniewnej i płaczliwej
kokieterii, którą nadaremnie doświadczała męża. Wuj Marek, mały,
zgarbiony, o twarzy wyjałowionej z płci, siedział w swym szarym
bankructwie, pogodzony z losem, w cieniu bezgranicznej pogardy, w którym
zdawał się wypoczywać. W jego szarych oczach tlił się daleki żar ogrodu,
rozpięty w oknie. Czasem próbował słabym ruchem robić jakieś
zastrzeżenia, stawiać opór, ale fala samowystarczalnej kobiecości
odrzucała na bok ten gest bez znaczenia, przechodziła triumfalnie mimo
niego, zalewała szerokim swym strumieniem słabe podrygi męskości.
Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej, była
nędza kreatury, walczącej na granicy nicości i śmierci, był jakiś
heroizm kobiecości triumfującej urodzajnością nawet nad kalectwem
natury, nad insufficjencją mężczyzny. Ale potomstwo ukazywało rację tej
paniki macierzyńskiej, tego szału rodzenia, który wyczerpywał się w płodach nieudanych, w efemerycznej generacji fantomów bez krwi i twarzy.
Weszła Łucja, średnia, z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą na dziecięcym
i pulchnym ciele o mięsie białym i delikatnym. Podała mi rączkę
lalkowatą, jakby dopiero pączkującą, i zakwitła od razu całą twarzą, jak
piwonia przelewająca się pełnią różową. Nieszczęśliwa z powodu swych
rumieńców, które bezwstydnie mówiły o sekretach menstruacji, przymykała
oczy i płoniła się jeszcze bardziej pod dotknięciem najobojętniejszego
pytania, gdyż każde zawierało tajną aluzję do jej nadwrażliwego
panieństwa.
Emil, najstarszy z kuzynów, z jasnoblond wąsem, z twarzą, z której życie
zmyło jakby wszelki wyraz, spacerował tam i z powrotem po pokoju z rękami w kieszeniach fałdzistych spodni.
Jego strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów, z których powrócił. Jego twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na
dzień zapominać o sobie, stawać się białą pustą ścianą z bladą siecią
żyłek, w których, jak linie na zatartej mapie, plątały się gasnące
wspomnienia tego burzliwego i zmarnowanego życia. Był mistrzem sztuk
karcianych, palił długie, szlachetne fajki i pachniał dziwnie zapachem
dalekich krajów. Z wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach
opowiadał przedziwne anegdoty, które w pewnym punkcie urywały się nagle,
rozprzęgały i rozwiewały w nicość. Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem,
pragnąc, by zwrócił na mnie uwagę i wybawił mię z udręki nudów. I w samej rzeczy zdawało mi się, że mrugnął na mnie oczyma, wychodząc do
drugiego pokoju. Podążyłem za nim. Siedział nisko na małej kozetce, z kolanami krzyżującymi się niemal na wysokości głowy, łysej, jak kula
bilardowa. Zdawało się, że to ubranie samo leży fałdziste, zmięte,
przerzucone przez fotel. Twarz jego była jak tchnienie twarzy - smuga,
którą nieznany przechodzień zostawił w powietrzu. Trzymał w bladych,
emaliowanych błękitnie dłoniach portfel, w którym coś oglądał.
Z mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego oka, wabiąc
mnie figlarnym mruganiem. Czułem doń nieprzepartą sympatię. Wziął mnie
między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi dłońmi fotografie,
pokazywał wizerunki nagich kobiet i chłopców w dziwnych pozycjach.
Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała ludzkie
dalekimi niewidzącymi oczyma, gdy fluid niejasnego wzburzenia, którym
nagle zmętniało powietrze, doszedł do mnie i zbiegł mię dreszczem
niepokoju, falą nagiego zrozumienia. Ale tymczasem ta mgiełka uśmiechu,
która się zarysowała pod miękkim i pięknym jego wąsem, zawiązek
pożądania, który napiął się na jego skroniach pulsującą żyłą, natężenie,
trzymające przez chwilę jego rysy w skupieniu - upadły z powrotem w nicość i twarz odeszła w nieobecność, zapomniała o sobie, rozwiała się.
Nawiedzenie
1
Już wówczas miasto nasze popadało coraz bardziej w chroniczną szarość
zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia, puszystą pleśnią i mchem koloru żelaza.
Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka - przechylał się
dzień od razu w niskie bursztynowe popołudnie, stawał się przez chwilę
przezroczysty i złoty, jak ciemne piwo, ażeby potem zejść pod
wielokrotnie rozczłonkowane, fantastyczne sklepienia kolorowych i rozległych nocy.
Mieszkaliśmy w rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i ślepych
fasadach, które tak trudno od siebie odróżnić.
Daje to powód do ciągłych omyłek. Gdyż, wszedłszy raz w niewłaściwą sień
i na niewłaściwe schody, dostawało się zazwyczaj w prawdziwy labirynt
obcych mieszkań, ganków, niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się o początkowym celu wyprawy, ażeby po wielu dniach,
wracając z manowców dziwnych i splątanych przygód, o jakimś szarym
świcie przypomnieć sobie wśród wyrzutów sumienia dom rodzinny.
Pełne wielkich szaf, głębokich kanap, bladych luster i tandetnych palm
sztucznych, mieszkanie nasze coraz bardziej popadało w stan zaniedbania
wskutek opieszałości matki, przesiadującej w sklepie, i niedbalstwa
smukłonogiej Adeli, która nie nadzorowana przez nikogo, spędzała dnie
przed lustrami na rozwlekłej toalecie, zostawiając wszędzie jej ślady w postaci wyczesanych włosów, grzebieni, porzuconych pantofelków i gorsetów.
Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów, gdyż nigdy nie
pamiętano, ile z nich wynajęte było obcym lokatorom. Nieraz otwierano
przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych i znajdowano ją pustą;
lokator dawno się wyprowadził, a w nie tkniętych od miesięcy szufladach
dokonywano niespodzianych odkryć.
W dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły nas ich
jęki wydawane pod wpływem zmory sennej. W zimie była jeszcze na dworze
głucha noc, gdy ojciec schodził do tych zimnych i ciemnych pokojów,
płosząc przed sobą świecą stada cieni, ulatających bokami po podłodze i ścianach; szedł budzić ciężko chrapiących z twardego, jak kamień, snu.
W świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie z brudnej
pościeli, wystawiali, siadając na łóżkach, bose i brzydkie nogi i z skarpetką w ręce oddawali się jeszcze przez chwilę rozkoszy ziewania -
ziewania przeciągniętego aż do lubieżności, do bolesnego skurczu
podniebienia, jak przy tęgich wymiotach.
W kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony, wyogromnione własnym
cieniem, którym obarczała każdego płonąca świeca i który nie odłączał
się od nich i wówczas, gdy któryś z tych płaskich, bezgłowych kadłubów z nagła zaczynał biec niesamowitym, pajęczym biegiem.
W tym czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu. Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy, że spędzał dnie całe w łóżku,
otoczony flaszkami, pigułkami i księgami handlowymi, które mu
przynoszono z kontuaru. Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju,
którego tapety gęstwiały ciemniejszym splotem arabesek.
Wieczorami, gdy matka przychodziła ze sklepu, bywał podniecony i skłonny
do sprzeczek, zarzucał jej niedokładności w prowadzeniu rachunków,
dostawał wypieków i zapalał się do niepoczytalności. Pamiętam, iż raz,
obudziwszy się ze snu późno w nocy, ujrzałem go, jak w koszuli i boso
biegał tam i z powrotem po skórzanej kanapie, dokumentując w ten sposób
swą irytację przed bezradną matką.
W inne dni bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych
księgach, zabłąkany głęboko w labiryntach zawiłych obliczeń.
Widzę go w świetle kopcącej lampy, przykucniętego wśród poduszek, pod
wielkim rzeźbionym nadgłowiem łóżka, z ogromnym cieniem od głowy na
ścianie, kiwającego się w bezgłośnej medytacji.
Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków, jakby dla zaczerpnięcia tchu,
otwierał usta, mlaskał z niesmakiem językiem, który był suchy i gorzki,
i rozglądał się bezradnie, jakby czegoś szukając.
Wówczas bywało, że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju, pod ścianę, na
której wisiał zaufany instrument. Był to rodzaj klepsydry wodnej albo
wielkiej fioli szklanej, podzielonej na uncje i napełnionej ciemnym
fluidem. Mój ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową,
jakby krętą, bolesną pępowiną, i tak połączony z żałosnym przyrządem,
nieruchomiał w skupieniu, a oczy jego ciemniały, zaś na twarz przybladłą
występował wyraz cierpienia czy jakiejś występnej rozkoszy.
Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy, przeplatanej
samotnymi monologami. Gdy tak siedział w świetle lampy stołowej wśród
poduszek wielkiego łoża, a pokój ogromniał górą w cieniu umbry, który go
łączył z wielkim żywiołem nocy miejskiej za oknem - czuł, nie patrząc,
że przestrzeń obrasta go pulsującą gęstwiną tapet, pełną szeptów, syków
i seplenień. Słyszał, nie patrząc, tę zmowę pełną porozumiewawczych
mrugnięć, perskich oczu, rozwijających się wśród kwiatów małżowin
usznych, które słuchały, i ciemnych ust, które się uśmiechały.
Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę, liczył i sumował, bojąc się zdradzić ten gniew, który w nim wzbierał, i walcząc z pokusą, żeby z nagłym krzykiem nie rzucić się oślep za siebie i nie
pochwycić pełnych garści tych kędzierzawych arabesek, tych pęków oczu i uszu, które noc wyroiła ze siebie i które rosły i zwielokrotniały się,
wymajaczając coraz nowe pędy i odnogi z macierzystego pępka ciemności. I uspokajał się dopiero, gdy z odpływem nocy tapety więdły, zwijały się,
gubiły liście i kwiaty i przerzedzały się jesiennie, przepuszczając
dalekie świtanie.
Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków, w żółtym zimowym świcie,
zasypiał na parę godzin gęstym, czarnym snem.
Od dni, od tygodni, gdy zdawał się być pogrążonym w zawiłych
kontokorrentach - myśl jego zapuszczała się tajnie w labirynty własnych
wnętrzności. Wstrzymywał oddech i nasłuchiwał. I gdy wzrok jego wracał
zbielały i mętny z tamtych głębin, uspokajał go uśmiechem. Nie wierzył
jeszcze i odrzucał, jak absurd, te uroszczenia, te propozycje, które nań
napierały.
Za dnia były to jakby rozumowania i perswazje, długie, monotonne
rozważania, prowadzone półgłosem i pełne humorystycznych interludiów,
filuternych przekomarzań. Ale nocą podnosiły się te głosy namiętniej.
Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej, i słyszeliśmy, jak
rozmawiał z Bogiem, prosząc się, jak gdyby i wzbraniając przed czymś, co
natarczywie żądało i domagało się.
Aż pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie, żądając, aby
mu dał świadectwo usty i wnętrznościami swymi. I usłyszeliśmy, jak duch
weń wstąpił, jak podnosił się z łóżka, długi i rosnący gniewem
proroczym, dławiąc się hałaśliwymi słowy, które wyrzucał jak mitralieza.
Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca, jęk tytana ze złamanym biodrem,
który jeszcze urąga.
Nie widziałem nigdy proroków Starego Testamentu, ale na widok tego męża,
którego gniew boży obalił, rozkraczonego szeroko na ogromnym
porcelanowym urynale, zakrytego wichrem ramion, chmurą rozpaczliwych
łamańców, nad którymi wyżej jeszcze unosił się głos jego obcy i twardy -
zrozumiałem gniew boży świętych mężów.
Był to dialog groźny jak mowa piorunów. Łamańce rąk jego rozrywały niebo
na sztuki, a w szczelinach ukazywała się twarz Jehowy, wzdęta gniewem i plująca przekleństwa. Nie patrząc, widziałem go, groźnego Demiurga, jak
leżąc na ciemnościach, jak na Synaju, wsparłszy potężne dłonie na
karniszu firanek, przykładał ogromną twarz do górnych szyb okna, na
których płaszczył się potwornie mięsisty nos jego.
Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady mego ojca, słyszałem te
potężne warknięcia wzdętych warg, od których szyby brzęczały, mieszające
się z wybuchami zaklęć, lamentów, gróźb mego ojca.
Czasami głosy przycichały i zżymały się z cicha, jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybuchały wielkim zgiełkliwym hałasem, burzą
zmieszanych szlochów i przekleństw. Z nagła otworzyło się okno ciemnym
ziewnięciem i płachta ciemności wionęła przez pokój.
W świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie, jak ze
straszliwym przekleństwem wylewał potężnym chlustem w okno zawartość
nocnika w noc, szumiącą, jak muszla.
2
Mój ojciec powoli zanikał, wiądł w oczach.
Przykucnięty pod wielkimi poduszkami, dziko nastroszony kępami siwych
włosów, rozmawiał ze sobą półgłosem, pogrążony cały w jakieś zawiłe
wewnętrzne afery. Zdawać się mogło, że osobowość jego rozpadła się na
wiele pokłóconych i rozbieżnych jaźni, gdyż kłócił się ze sobą głośno,
pertraktował usilnie i namiętnie, przekonywał i prosił, to znowu zdawał
się przewodniczyć zgromadzeniu wielu interesantów, których usiłował z całym nakładem żarliwości i swady pogodzić. Ale za każdym razem te
hałaśliwe zebrania, pełne gorących temperamentów, rozpryskiwały się przy
końcu wśród klątw, złorzeczeń i obelg.
Potem przyszedł okres jakiegoś uciszenia, ukojenia wewnętrznego, błogiej
pogody ducha.
Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku, na stole, na podłodze i jakiś benedyktyński spokój pracy zalegał w świetle lampy nad białą
pościelą łóżka, nad pochyloną siwą głową mego ojca.
Ale gdy matka późnym wieczorem wracała ze sklepu, ojciec ożywiał się,
przywoływał ją do siebie i z dumą pokazywał jej świetne kolorowe
odbijanki, którymi skrzętnie wylepił stronice księgi głównej.
Zauważyliśmy wówczas wszyscy, że ojciec zaczął z dnia na dzień maleć,
jak orzech, który zsycha się wewnątrz łupiny.
Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek sił. Przeciwnie, stan
jego zdrowia, humor, ruchliwość zdawały się poprawiać.
Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie, zanosił się wprost od
śmiechu albo też pukał w łóżko i odpowiadał sobie "proszę" w różnych
tonacjach, całymi godzinami. Od czasu do czasu złaził z łóżka, wspinał
się na szafę i przykucnięty pod sufitem porządkował coś w starych
gratach, pełnych rdzy i kurzu.
Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając się
rękami o poręcze, bujał się nogami wstecz i naprzód, szukając
rozpromienionymi oczyma w naszych twarzach wyrazów podziwu i zachęty. Z Bogiem, zdaje się, pogodził się zupełnie. Niekiedy w nocy ukazywała się
twarz brodatego Demiurga w oknie sypialni, oblana ciemną purpurą
bengalskiego światła, i patrzyła przez chwilę dobrotliwie na uśpionego
głęboko, którego śpiewne chrapanie zdawało się wędrować daleko po
nieznanych obszarach światów sennych.
Podczas długich, półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec mój
zapadał od czasu do czasu na całe godziny w gęsto zastawione gratami
zakamarki, szukając czegoś zawzięcie.
I nieraz bywało, podczas obiadu, gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu,
brakło ojca. Wówczas matka musiała długo wołać: "Jakubie" i stukać łyżką
w stół, zanim wylazł z jakiejś szafy, oblepiony szmatami pajęczyny i kurzu, z wzrokiem nieprzytomnym i pogrążonym w zawiłych, a jemu tylko
wiadomych sprawach, które go zaprzątały.
Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę
symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna
zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, z wzrokiem zamglonym i z miną chytrze uśmiechniętą, trwał godzinami, ażeby
z nagła przy czyimś wejściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiać
jak kogut.
Przestaliśmy zwracać uwagę na te dziwactwa, w które się z dnia na dzień
głębiej wplątywał. Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb, nie
przyjmując tygodniami pokarmu, pogrążał się z dniem każdym głębiej w zawiłe i dziwaczne afery, dla których nie mieliśmy zrozumienia.
Niedosięgły dla naszych perswazyj i próśb, odpowiadał urywkami swego
wewnętrznego monologu, którego przebiegu nic z zewnątrz zmącić nie
mogło. Wiecznie zaaferowany, chorobliwie ożywiony, z wypiekami na
suchych policzkach, nie zauważał nas i przeoczał.
Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności, do jego cichego
gaworzenia, do tego dziecinnego, w sobie zatopionego świegotu, którego
trele przebiegały niejako na marginesie naszego czasu. Wtedy już znikał
niekiedy na wiele dni, podziewał się gdzieś w zapadłych zakamarkach
mieszkania i nie można go było znaleźć.
Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie, przywykliśmy
do nich i kiedy po wielu dniach znów się pojawiał, o parę cali mniejszy
i chudszy, nie zatrzymywało to na dłużej naszej uwagi. Przestaliśmy po
prostu brać go w rachubę, tak bardzo oddalił się od wszystkiego, co
ludzkie i co rzeczywiste. Węzeł po węźle odluźniał się od nas, punkt po
punkcie gubił związki, łączące go ze wspólnotą ludzką.
To, co jeszcze z niego pozostało, to trochę cielesnej powłoki i ta garść
bezsensownych dziwactw - mogły zniknąć pewnego dnia tak samo
niezauważone, jak szara kupka śmieci, gromadząca się w kącie, którą
Adela co dzień wynosiła na śmietnik.
Ptaki
Nadeszły żółte, pełne nudy dni zimowe. Zrudziałą ziemię przykrywał
dziurawy, przetarty, za krótki obrus śniegu. Na wiele dachów nie
starczyło go i stały czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki, kryjące
w sobie zakopcone przestrzenie strychów - czarne, zwęglone katedry,
najeżone żebrami krokwi, płatwi i bantów - ciemne płuca wichrów
zimowych. Każdy świt odkrywał nowe kominy i dymniki, wyrosłe w nocy,
wydęte przez wicher nocny, czarne piszczałki organów diabelskich.
Kominiarze nie mogli opędzić się od wron, które na kształt żywych
czarnych liści obsiadały wieczorem gałęzie drzew pod kościołem, odrywały
się znów, trzepocąc, by wreszcie przylgnąć, każda do właściwego miejsca
na właściwej gałęzi, a o świcie ulatywały wielkimi stadami - tumany
sadzy, płatki kopciu, falujące i fantastyczne, plamiąc migotliwym
krakaniem mętno-żółte smugi świtu. Dni stwardniały od zimna i nudy, jak
zeszłoroczne bochenki chleba. Napoczynano je tępymi nożami bez apetytu,
z leniwą sennością.
Ojciec nie wychodził już z domu. Palił w piecach, studiował nigdy
niezgłębioną istotę ognia, wyczuwał słony metaliczny posmak i wędzony
zapach zimowych płomieni, chłodną pieszczotę salamander, liżących
błyszczącą sadzę w gardzieli komina. Z zamiłowaniem wykonywał w owych
dniach wszystkie reparatury w górnych regionach pokoju. O każdej porze
dnia można go było widzieć, jak - przykucnięty na szczycie drabiny -
majstrował coś przy suficie, przy karniszach wysokich okien, przy kulach
i łańcuchach lamp wiszących.
Zwyczajem malarzy posługiwał się drabiną jak ogromnymi szczudłami i czuł
się dobrze w tej ptasiej perspektywie, w pobliżu malowanego nieba,
arabesek i ptaków sufitu. Od spraw praktycznego życia oddalał się coraz
bardziej. Gdy matka, pełna troski i zmartwienia z powodu jego stanu,
starała się go wciągnąć w rozmowę o interesach, o płatnościach
najbliższego ultimo, słuchał jej z roztargnieniem, pełen niepokoju, z drgawkami w nieobecnej twarzy. I bywało, że przerywał jej nagle
zaklinającym gestem ręki, ażeby pobiec w kąt pokoju, przylgnąć uchem do
szpary w podłodze i z podniesionymi palcami wskazującymi obu rąk,
wyrażającymi najwyższą ważność badania - nasłuchiwać. Nie rozumieliśmy
wówczas jeszcze smutnego tła tych ekstrawagancyj, opłakanego kompleksu,
który dojrzewał w głębi.
Matka nie miała nań żadnego wpływu, natomiast wielką czcią i uwagą
darzył Adelę. Sprzątanie pokoju było dlań wielką i ważną ceremonią,
której nie zaniedbywał nigdy, by być świadkiem, śledząc z mieszaniną
strachu i rozkosznego dreszczu wszystkie manipulacje Adeli. Wszystkim
jej czynnościom przypisywał głębsze, symboliczne znaczenie. Gdy
dziewczyna młodymi i śmiałymi ruchami posuwała szczotkę na długim drążku
po podłodze, było to niemal ponad jego siły. Z oczu jego lały się
wówczas łzy, twarz zanosiła się od cichego śmiechu, a ciałem wstrząsał
rozkoszny spazm orgazmu. Jego wrażliwość na łaskotki dochodziła do
szaleństwa. Wystarczyło, by Adela skierowała doń palec ruchem,
oznaczającym łaskotanie, a już w dzikim popłochu uciekał przez wszystkie
pokoje, zatrzaskując za sobą drzwi, by wreszcie w ostatnim paść brzuchem
na łóżko i wić się w konwulsjach śmiechu pod wpływem samego obrazu
wewnętrznego, któremu nie mógł się oprzeć. Dzięki temu miała Adela nad
ojcem władzę niemal nieograniczoną.
W tym to czasie zauważyliśmy u ojca po raz pierwszy namiętne
zainteresowanie dla zwierząt. Była to początkowo namiętność myśliwego i artysty zarazem, była może także głębsza zoologiczna sympatia kreatury
dla pokrewnych, a tak odmiennych form życia, eksperymentowanie w niewypróbowanych rejestrach bytu. Dopiero w późniejszej fazie wzięła
sprawa ten niesamowity, zaplątany, głęboko grzeszny i przeciwny naturze
obrót, którego lepiej nie wywlekać na światło dzienne.
Zaczęło się to od wylęgania jaj ptasich.
Z wielkim nakładem trudu i pieniędzy sprowadzał ojciec z Hamburga, z Holandii, z afrykańskich stacyj zoologicznych zapłodnione jaja ptasie,
które dawał do wylęgania ogromnym kurom belgijskim. Był to proceder
nader zajmujący i dla mnie, to wykluwanie się piskląt, prawdziwych
dziwotworów w kształcie i ubarwieniu. Niepodobna było dopatrzeć się w tych monstrach o ogromnych fantastycznych dziobach, które natychmiast po
urodzeniu rozdzierały się szeroko, sycząc żarłocznie czeluściami gardła,
w tych jaszczurach o wątłym, nagim ciele garbusów - przyszłych pawi,
bażantów, głuszców i kondorów. Umieszczony w koszykach, w wacie, smoczy
ten pomiot podnosił na cienkich szyjach ślepe, bielmem zarosłe głowy,
kwacząc bezgłośnie z niemych gardzieli. Mój ojciec chodził wzdłuż półek
w zielonym fartuchu, jak ogrodnik wzdłuż inspektów z kaktusami, i wywabiał z nicości te pęcherze ślepe, pulsujące życiem, te niedołężne
brzuchy, przyjmujące świat zewnętrzny tylko w formie jedzenia, te
narośle życia, pnące się omackiem ku światłu. W parę tygodni później,
gdy te ślepe pączki życia pękły do światła, napełniły się pokoje
kolorowym pogwarem, migotliwym świergotem swych nowych mieszkańców.
Obsiadały one karnisze firanek, gzymsy szaf, gnieździły się w gęstwinie
cynowych gałęzi i arabesek wieloramiennych lamp wiszących.
Gdy ojciec studiował wielkie ornitologiczne kompendia i wertował
kolorowe tablice, zdawały się ulatywać z nich te pierzaste fantazmaty i napełniać pokój kolorowym trzepotem, płatami purpury, strzępami szafiru,
grynszpanu i srebra. Podczas karmienia tworzyły one na podłodze barwną,
falującą grządkę, dywan żywy, który za czyimś niebacznym wejściem
rozpadał się, rozlatywał w ruchome kwiaty, trzepocące w powietrzu, aby w końcu rozmieścić się w górnych regionach pokoju. W pamięci pozostał mi
szczególnie jeden kondor, ogromny ptak o szyi nagiej, twarzy
pomarszczonej i wybujałej naroślami. Był to chudy asceta, lama
buddyjski, pełen niewzruszonej godności w całym zachowaniu, kierujący
się żelaznym ceremoniałem swego wielkiego rodu. Gdy siedział naprzeciw
ojca, nieruchomy w swej monumentalnej pozycji odwiecznych bóstw
egipskich, z okiem zawleczonym białawym bielmem, które zasuwał z boku na
źrenice, ażeby zamknąć się zupełnie w kontemplacji swej dostojnej
samotności - wydawał się ze swym kamiennym profilem starszym bratem mego
ojca. Ta sama materia ciała, ścięgien i pomarszczonej twardej skóry, ta
sama twarz wyschła i koścista, te same zrogowaciałe, głębokie oczodoły.
Nawet ręce, silne w węzłach, długie, chude dłonie ojca z wypukłymi
paznokciami miały swój analogon w szponach kondora. Nie mogłem się
oprzeć wrażeniu, widząc go tak uśpionego, że mam przed sobą mumię -
wyschłą i dlatego pomniejszoną mumię mego ojca. Sądzę, że i uwagi matki
nie uszło to przedziwne podobieństwo, chociaż nigdy nie poruszaliśmy
tego tematu. Charakterystyczne jest, że kondor używał wspólnego z moim
ojcem naczynia nocnego.
Nie poprzestając na wylęganiu coraz nowych egzemplarzy, ojciec mój
urządzał na strychu wesela ptasie, wysyłał swatów, uwiązywał w lukach i dziurach strychu ponętne, stęsknione narzeczone i osiągnął w samej
rzeczy to, że dach naszego domu, ogromny, dwuspadowy dach gontowy stał
się prawdziwą gospodą ptasią, arką Noego, do której zlatywały się
wszelkiego rodzaju skrzydlacze z dalekich stron. Nawet długo po
zlikwidowaniu ptasiego gospodarstwa utrzymywała się w świecie ptasim ta
tradycja naszego domu, i w okresie wiosennych wędrówek spadały nieraz na
dach nasz całe chmary żurawi, pelikanów, pawi i wszelkiego ptactwa.
Impreza ta wzięła jednak niebawem - po krótkiej świetności - smutny
obrót. Wkrótce okazała się bowiem konieczna translokacja ojca do dwóch
pokojów na poddaszu, które służyły za rupieciarnie. Stamtąd dochodził
już o wczesnym świcie zmieszany klangor głosów ptasich. Drewniane pudła
pokojów na strychu, wspomagane rezonansem przestrzeni dachowej,
dźwięczały całe od szumu, trzepotu, piania, tokowania i gulgotu. Tak
straciliśmy ojca z widoku na przeciąg kilku tygodni. Rzadko tylko
schodził do mieszkania i wtedy mogliśmy zauważyć, że zmniejszył się
jakoby, schudł i skurczył. Niekiedy przez zapomnienie zrywał się z krzesła przy stole i trzepiąc rękoma jak skrzydłami, wydawał pianie
przeciągłe, a oczy zachodziły mu mgłą bielma. Potem, zawstydzony, śmiał
się razem z nami i starał się ten incydent obrócić w żart.
Pewnego razu w okresie generalnych porządków zjawiła się niespodzianie
Adela w państwie ptasim ojca. Stanąwszy we drzwiach, załamała ręce nad
fetorem, który się unosił w powietrzu - oraz nad kupami kału,
zalegającego podłogi, stoły i meble. Szybko, zdecydowana, otworzyła
okno, po czym przy pomocy długiej szczotki wprawiła całą masę ptasią w wirowanie. Wzbił się piekielny tuman piór, skrzydeł i krzyku, w którym
Adela, podobna do szalejącej Menady, zakrytej młyńcem swego tyrsu,
tańczyła taniec zniszczenia. Razem z ptasią gromadą ojciec mój, trzepiąc
rękoma, w przerażeniu próbował wznieść się w powietrze. Z wolna
przerzedzał się tuman skrzydlaty, aż w końcu na pobojowisku została sama
Adela, wyczerpana i dysząca, oraz mój ojciec z miną zafrasowaną i zawstydzoną, gotów do przyjęcia każdej kapitulacji.
W chwilę później schodził mój ojciec ze schodów swojego dominium -
człowiek złamany, król-banita, który stracił tron i królowanie.
Manekiny
Ta ptasia impreza mego ojca była ostatnim wybuchem kolorowości, ostatnim
i świetnym kontrmarszem fantazji, który ten niepoprawny improwizator,
ten fechtmistrz wyobraźni poprowadził na szańce i okopy jałowej i pustej
zimy. Dziś dopiero rozumiem samotne bohaterstwo, z jakim sam jeden wydał
on wojnę bezbrzeżnemu żywiołowi nudy, drętwiącej miasto. Pozbawiony
wszelkiego poparcia, bez uznania z naszej strony bronił ten mąż
przedziwny straconej sprawy poezji. Był on cudownym młynem, w którego
leje sypały się otręby pustych godzin, ażeby w jego trybach zakwitnąć
wszystkimi kolorami i zapachami korzeni Wschodu. Ale przywykli do
świetnego kuglarstwa tego metafizycznego prestidigitatora, byliśmy
skłonni zapoznawać wartość jego suwerennej magii, która nas ratowała od
letargu pustych dni i nocy. Adeli nie spotkał żaden wyrzut za jej
bezmyślny i tępy wandalizm. Przeciwnie, czuliśmy jakieś niskie
zadowolenie, haniebną satysfakcję z ukrócenia tych wybujałości, których
kosztowaliśmy łakomie do syta, ażeby potem uchylić się perfidnie od
odpowiedzialności za nie. A może był w tej zdradzie i tajny pokłon w stronę zwycięskiej Adeli, której przypisywaliśmy niejasno jakąś misję i posłannictwo sił wyższego rzędu. Zdradzony przez wszystkich, wycofał się
ojciec bez walki z miejsc swej niedawnej chwały. Bez skrzyżowania szpad
oddał w ręce wroga domenę swej byłej świetności. Dobrowolny banita,
usunął się do pustego pokoju na końcu sieni i oszańcował się tam
samotnością.
Zapomnieliśmy o nim.
Obiegła nas znowu ze wszech stron żałobna szarość miasta, zakwitając w oknach ciemnym liszajem świtów, pasożytniczym grzybem zmierzchów,
rozrastającym się w puszyste futro długich nocy zimowych. Tapety
pokojów, rozluźnione błogo za tamtych dni i otwarte dla kolorowych lotów
owej skrzydlatej czeredy, zamknęły się znowu w sobie, zgęstniały,
plącząc się w monotonii gorzkich monologów.
Lampy poczerniały i zwiędły jak stare osty i bodiaki. Wisiały teraz
osowiałe i zgryźliwe, dzwoniąc cicho kryształkami szkiełek, gdy ktoś
przeprawiał się omackiem przez szary zmierzch pokoju. Na próżno wetknęła
Adela we wszystkie ramiona tych lamp kolorowe świece, nieudolny surogat,
blade wspomnienie świetnych iluminacyj, którymi kwitły niedawno wiszące
ich ogrody. Ach! Gdzie było to świegotliwe pączkowanie, to owocowanie
pośpieszne i fantastyczne w bukietach tych lamp, z których, jak z pękających czarodziejskich tortów, ulatywały skrzydlate fantazmaty,
rozbijające powietrze na talie kart magicznych, rozsypując je w kolorowe
oklaski, sypiące się gęstymi łuskami lazuru, pawiej, papuziej zieleni,
metalicznych połysków, rysując w powietrzu linie i arabeski, migotliwe
ślady lotów i kołowań, rozwijając kolorowe wachlarze trzepotów,
utrzymujące się długo po przelocie w bogatej i błyskotliwej atmosferze.
Jeszcze teraz kryły się w głębi zszarzałej aury echa i możliwości
barwnych rozbłysków, lecz nikt nie nawiercał fletem, nie doświadczał
świdrem zmętniałych słojów powietrznych.
Tygodnie te stały pod znakiem dziwnej senności.
Łóżka cały dzień nie zaścielone, zawalone pościelą zmiętą i wytarzaną od
ciężkich snów, stały, jak głębokie łodzie, gotowe do odpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejś czarnej, bezgwiezdnej Wenecji. O głuchym świcie
Adela przynosiła nam kawę. Ubieraliśmy się leniwie w zimnych pokojach,
przy świetle świecy, odbitej wielokrotnie w czarnych szybach okien.
Poranki te były pełne bezładnego krzątania się, rozwlekłego szukania w różnych szufladach i szafach. Po całym mieszkaniu słychać było kłapanie
pantofelków Adeli. Subiekci zapalali latarnie, brali z rąk matki wielkie
klucze sklepowe i wychodzili w gęstą, wirującą ciemność. Matka nie mogła
dojść do ładu z toaletą. Świece dogasały w lichtarzu. Adela przepadała
gdzieś w odległych pokojach lub na strychu, gdzie rozwieszała bieliznę.
Nie można jej było się dowołać. Młody jeszcze, mętny i brudny ogień w piecu lizał zimne, błyszczące narośle sadzy w gardzieli komina. Świeca
gasła, pokój pogrążał się w ciemności. Z głowami na obrusie stołu, wśród
resztek śniadania zasypialiśmy na wpół ubrani. Leżąc twarzami na
futrzanym brzuchu ciemności, odpływaliśmy na jego falistym oddechu w bezgwiezdną nicość. Budziło nas głośne sprzątanie Adeli. Matka nie mogła
uporać się z toaletą. Nim skończyła czesanie, subiekci wracali na obiad.
Mrok na rynku przybierał kolor złotawego dymu. Przez chwilę z tych
dymnych miodów, z tych mętnych bursztynów mogły się rozpowić kolory
najpiękniejszego popołudnia. Ale szczęśliwy moment mijał, amalgamat
świtu przekwitał, wezbrany ferment dnia, już niemal dościgły, opadał z powrotem w bezsilną szarość. Zasiadaliśmy do stołu, subiekci zacierali
czerwone z zimna ręce, i nagle proza ich rozmów sprowadzała od razu
pełny dzień, szary i pusty wtorek, dzień bez tradycji i bez twarzy. Ale
gdy pojawiał się na stole półmisek z rybą w szklistej galarecie, dwie
duże ryby leżące bok przy boku, głową do ogona jak figura zodiakalna,
odpoznawaliśmy w nich herb owego dnia, emblemat kalendarzowy
bezimiennego wtorku, i rozbieraliśmy go pośpiesznie między siebie, pełni
ulgi, że dzień uzyskał w nim swą fizjonomię.
Subiekci spożywali go z namaszczeniem, z powagą kalendarzowej ceremonii.
Zapach pieprzu rozchodził się po pokoju. A gdy wytarli bułką ostatek
galarety ze swych talerzy, rozważając w myśli heraldykę następnych dni
tygodnia, i na półmisku zostawały tylko głowy z wygotowanymi oczyma -
czuliśmy wszyscy, że dzień został wspólnymi siłami pokonany i że reszta
nie wchodziła już w rachubę.
W samej rzeczy z resztą tą, wydaną na jej łaskę, Adela nie robiła sobie
długich ceregieli. Wśród brzęku garnków i chlustów zimnej wody
likwidowała z energią tych parę godzin do zmierzchu, które matka
przesypiała na otomanie. Tymczasem w jadalni przygotowywano już scenerię
wieczoru. Polda i Paulina, dziewczęta do szycia, rozgospodarowywały się
w niej z rekwizytami swego fachu. Na ich ramionach wniesiona, wchodziła
do pokoju milcząca, nieruchoma pani, dama z kłaków i płótna, z czarną
drewnianą gałką zamiast głowy. Ale ustawiona w kącie między drzwiami a piecem, ta cicha dama stawała się panią sytuacji. Ze swego kąta, stojąc
nieruchomo, nadzorowała w milczeniu pracę dziewcząt. Pełna krytycyzmu i niełaski, przyjmowała ich starania i umizgi, z jakimi przyklękały przed
nią, przymierzając fragmenty sukni, znaczone białą fastrygą. Obsługiwały
z uwagą i cierpliwością milczący idol, którego nic zadowolić nie mogło.
Ten moloch był nieubłagany, jak tylko kobiece molochy być potrafią, i odsyłał je wciąż na nowo do pracy, a one, wrzecionowate i smukłe,
podobne do szpuli drewnianych, z których odwijały się nici, i tak
ruchliwe jak one, manipulowały zgrabnymi ruchami nad tą kupą jedwabiu i sukna, wcinały się szczękającymi nożycami w jej kolorową masę, furkotały
maszyną, depcąc pedał lakierkową, tanią nóżką, a dookoła nich rosła kupa
odpadków, różnokolorowych strzępów i szmatek, jak wyplute łuski i plewy
dookoła dwóch wybrednych i marnotrawnych papug. Krzywe szczęki nożyc
otwierały się ze skrzypieniem jak dzioby tych kolorowych ptaków.
Dziewczęta deptały nieuważnie po barwnych obrzynkach, brodząc
nieświadomie niby w śmietniku możliwego jakiegoś karnawału, w rupieciarni jakiejś wielkiej, nie urzeczywistnionej maskarady.
Otrzepywały się ze szmatek z nerwowym śmiechem, łaskotały oczyma
zwierciadła. Ich dusze, szybkie czarodziejstwo ich rąk było nie w nudnych sukniach, które zostawały na stole, ale w tych setkach
odstrzygnięć, w tych wiórach lekkomyślnych i płochych, którymi mogły
zasypać całe miasto jak kolorową, fantastyczną śnieżycą. Nagle było im
gorąco i otwierały okno, ażeby w niecierpliwości swej samotni, w głodzie
obcych twarzy, przynajmniej bezimienną twarz nocy zobaczyć, do okna
przyciśniętą. Wachlowały rozpalone swe policzki przed wzbierającą
firankami nocą zimową - odsłaniały płonące dekolty, pełne nienawiści do
siebie i rywalizacji, gotowe stanąć do walki o tego pierrota, którego by
ciemny powiew nocy przywiał na okno. Ach! Jak mało wymagały one od
rzeczywistości. Miały wszystko w sobie, miały nadmiar wszystkiego w sobie. Ach! Byłby im wystarczył pierrot wypchany trocinami, jedno-dwa
słowa, na które od dawna czekały, by móc wpaść ze swą rolą z dawna
przygotowaną, z dawna tłoczącą się na usta, pełną słodkiej i strasznej
goryczy, ponoszącą dziko, jak stronice romansu połykane nocą wraz ze
łzami ronionymi na wypieki lic.
Podczas jednej ze swych wędrówek wieczornych po mieszkaniu,
przedsiębranych pod nieobecność Adeli, natknął się mój ojciec na ten
cichy seans wieczorny. Przez chwilę stał w ciemnych drzwiach przyległego
pokoju z lampą w ręku, oczarowany sceną pełną gorączki i wypieków, tą
idyllą z pudru, kolorowej bibułki i atropiny, której jako tło pełne
znaczenia podłożona była noc zimowa, oddychająca wśród wzdętych firanek
okna. Nakładając okulary, zbliżył się w paru krokach i obszedł dookoła
dziewczęta, oświecając je podniesioną w ręku lampą. Przeciąg z otwartych
drzwi podniósł firanki u okna, panienki dawały się oglądać, kręcąc się w biodrach, polśniewając emalią oczu, lakiem skrzypiących pantofelków,
sprzączkami podwiązek pod wzdętą od wiatru sukienką; szmatki jęły umykać
po podłodze, jak szczury, ku uchylonym drzwiom ciemnego pokoju, a ojciec
mój przyglądał się uważnie prychającym osóbkom, szepcąc półgłosem: -
Genus avium... jeśli się nie mylę, scansores albo pistacci... w najwyższym stopniu godne uwagi.
Przypadkowe to spotkanie stało się początkiem całej serii seansów,
podczas których ojciec mój zdołał rychło oczarować obie panienki urokiem
swej przedziwnej osobistości. Odpłacając się za pełną galanterii i dowcipu konwersację, którą zapełniał im pustkę wieczorów - dziewczęta
pozwalały zapalonemu badaczowi studiować strukturę swych szczupłych i tandetnych ciałek. Działo się to w toku konwersacji, z powagą i wytwornością, która najryzykowniejszym punktom tych badań odbierała
dwuznaczny ich pozór. Odsuwając pończoszkę z kolana Pauliny i studiując
rozmiłowanymi oczyma zwięzłą i szlachetną konstrukcję przegubu, ojciec
mój mówił: - Jakże pełna uroku i jak szczęśliwa jest forma bytu, którą
panie obrały. Jakże piękna i prosta jest teza, którą dano wam swym
życiem ujawnić. Lecz za to z jakim mistrzostwem, z jaką finezją
wywiązują się panie z tego zadania. Gdybym, odrzucając respekt przed
Stwórcą, chciał się zabawić w krytykę stworzenia, wołałbym: - Mniej
treści, więcej formy! Ach, jak by ulżył światu ten ubytek treści. Więcej
skromności w zamierzeniach, więcej wstrzemięźliwości w pretensjach -
panowie demiurdzy - a świat byłby doskonalszy! - wołał mój ojciec,
akurat w momencie, gdy dłoń jego wyłuskiwała białą łydkę Pauliny z uwięzi pończoszki. W tej chwili Adela stanęła w otwartych drzwiach
jadalni, niosąc tacę z podwieczorkiem. Było to pierwsze spotkanie dwu
tych wrogich potęg od czasu wielkiej rozprawy. My wszyscy, którzy
asystowaliśmy przy tym spotkaniu, przeżyliśmy chwilę wielkiej trwogi.
Było nam nad wyraz przykro być świadkami nowego upokorzenia i tak już
ciężko doświadczonego męża. Mój ojciec powstał z klęczek bardzo
zmieszany, falą po fali zabarwiała się jego twarz coraz ciemniej
napływem wstydu. Ale Adela znalazła się niespodzianie na wysokości
sytuacji. Podeszła z uśmiechem do ojca i dała mu prztyczka w nos. Na to
hasło Polda i Paulina klasnęły radośnie w dłonie, zatupotały nóżkami i,
uwiesiwszy się z obu stron u ramion ojca, obtańczyły z nim stół dookoła.
W ten sposób, dzięki dobremu sercu dziewcząt, rozwiał się zarodek
przykrego konfliktu w ogólnej wesołości.
Oto jest początek wielce ciekawych i dziwnych prelekcyj, które mój
ojciec, natchniony urokiem tego małego i niewinnego audytorium, odbywał
w następnych tygodniach owej wczesnej zimy.
Jest godne uwagi, jak w zetknięciu z niezwykłym tym człowiekiem rzeczy
wszystkie cofały się niejako do korzenia swego bytu, odbudowywały swe
zjawisko aż do metafizycznego jądra, wracały niejako do pierwotnej idei,
ażeby w tym punkcie sprzeniewierzyć się jej i przechylić w te wątpliwe,
ryzykowne i dwuznaczne regiony, które nazwiemy tu krótko regionami
wielkiej herezji. Nasz herezjarcha szedł wśród rzeczy jak magnetyzer,
zarażając je i uwodząc swym niebezpiecznym czarem. Czy mam nazwać i Paulinę jego ofiarą? Stała się ona w owych dniach jego uczennicą,
adeptką jego teoryj, modelem jego eksperymentów.
Tutaj postaram się wyłożyć z należytą ostrożnością i unikając
zgorszenia, tę nader kacerską doktrynę, która opętała wówczas na długie
miesiące mego ojca i opanowała wszystkie jego poczynania.
Traktat o manekinach albo wtóra Księga Rodzaju
Demiurgos, mówił mój ojciec, nie posiadł monopolu na tworzenie -
tworzenie jest przywilejem wszystkich duchów. Materii dana jest
nieskończona płodność, niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła
pokusy, która nas nęci do formowania. W głębi materii kształtują się
niewyraźne uśmiechy, zawiązują się napięcia, zgęszczają się próby
kształtów. Cała materia faluje od nieskończonych możliwości, które przez
nią przechodzą mdłymi dreszczami. Czekając na ożywcze tchnienie ducha,
przelewa się ona w sobie bez końca, kusi tysiącem słodkich okrąglizn i miękkości, które z siebie w ślepych rojeniach wymajacza.
Pozbawiona własnej inicjatywy, lubieżnie podatna, po kobiecemu
plastyczna, uległa wobec wszystkich impulsów - stanowi ona teren wyjęty
spod prawa, otwarty dla wszelkiego rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, domenę wszelkich nadużyć i wątpliwych manipulacyj
demiurgicznych. Materia jest najbierniejszą i najbezbronniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować, każdemu jest posłuszna.
Wszystkie organizacje materii są nietrwałe i luźne, łatwe do
uwstecznienia i rozwiązania. Nie ma żadnego zła w redukcji życia do form
innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem. Jest ono nieraz koniecznym
gwałtem wobec opornych i skostniałych form bytu, które przestały być
zajmujące. W interesie ciekawego i ważnego eksperymentu może ono nawet
stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjścia dla nowej apologii sadyzmu.
Mój ojciec był niewyczerpany w gloryfikacji tego przedziwnego elementu,
jakim była materia. Nie ma materii martwej, nauczał, martwota jest
jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznane formy życia. Skala tych
form jest nieskończona, a odcienie i niuanse niewyczerpane. Demiurgos
był w posiadaniu ważnych i ciekawych recept twórczych. Dzięki nim
stworzył on mnogość rodzajów, odnawiających się własną siłą. Nie
wiadomo, czy recepty te kiedykolwiek zostaną zrekonstruowane. Ale jest
to niepotrzebne, gdyż jeśliby nawet te klasyczne metody kreacji okazały
się raz na zawsze niedostępne, pozostają pewne metody illegalne, cały
bezmiar metod heretyckich i występnych.
W miarę jak ojciec od tych ogólnych zasad kosmogonii zbliżał się do
terenu swych ciaśniejszych zainteresowań, głos jego zniżał się do
wnikliwego szeptu, wykład stawał się coraz trudniejszy i zawilszy, a wyniki, do których dochodził, gubiły się w coraz bardziej wątpliwych i ryzykownych regionach. Gestykulacja jego nabierała ezoterycznej
solenności. Przymykał jedno oko, przykładał dwa palce do czoła, chytrość
jego spojrzenia stawała się wprost niesamowita. Wwiercał się tą
chytrością w swe interlokutorki, gwałcił cynizmem tego spojrzenia
najwstydliwsze, najintymniejsze w nich rezerwy i dosięgał wymykające się
w najgłębszym zakamarku, przypierał do ściany i łaskotał, drapał
ironicznym palcem, póki nie dołaskotał się błysku zrozumienia i śmiechu,
śmiechu przyznania i porozumienia się, którym w końcu musiało się
kapitulować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki