Sklepik ze słodkimi marzeniami - Hannah Lynn

Kup ebooka

45.90 zł
36.72 zł (36,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Z po­wodu pośpiechu, z jakim wyjechała z Lon­dynu, Holly Berry nie zdążyła się dłużej za­stanowić nad ub­ra­niami, które spakowała. Prawdę mówiąc, słowo "spakowała" było może nieco na wyrost. Po tym, jak obrzu­ciła swo­jego zdecy­dow­anie już byłego chło­paka kilkoma butami, zdjęła z sz­afy wal­izkę i za­częła wrzu­cać do niej stosy przypadkow­ych ciuchów. W tym samym cza­sie Dan, rzeczony były, próbował ur­atować kilka włas­nych rzeczy, które przypadkiem zn­alazły się na jej drodze. W tym dzi­ałaniu nieco przeszkadzał mu fakt, że wciąż nie był zdecy­dow­any, czy pow­inien raczej starać się udobruchać Holly, swoją dziew­czynę, która właśnie za­stała go w nied­wuzn­acznej sytu­acji, z tyłkiem na wi­erzchu, w ich nowiutkim łóżku z Ikei - łóżku, za które w połowie za­pła­ciła - czy może jed­nak po­cieszać łka­jącą kobi­etę, która nadal siedzi­ała na wspom­ni­anym łóżku i podob­nie jak on, nie mi­ała na sobie ani kawałka odzi­enia, za to rozpacz­li­wie próbowała się czymś okryć.

- Za­czekaj, Hols. Proszę cię, za­czekaj. Wysłuchaj mnie.

- Dz­ięki, ale chyba już dość się nasłuchałam. I wi­erz mi, te odgłosy trudno będzie wyrzu­cić z pam­ięci.

Ręce jej drżały, kiedy ściągała z wieszaka kole­jną suki­enkę. Sześć lat! Przez sześć lat jej ży­cia wszys­tko krę­ciło się wokół niego. Przez sześć lat odkładała na później wszys­tkie swoje plany - dla ich planów. Chol­erna kretynka.

- Proszę, pozwól mi to wyjaśnić. - Kiedy jego dłoń dotknęła jej rami­enia, obró­ciła się na pięcie i en­er­gicznie ją strą­ciła.

- Ani się waż. Nie waż się mnie dotykać, mówić do mnie ani nawet patrzeć na mnie.

- Ale ty nic nie ro­zu­miesz...

- Ab­so­lut­nie masz rację, nie ro­zu­miem. Nie ro­zu­miem, jak, do chol­ery, mo­głeś mi to zrobić.

- Ja po prostu... My tylko...

- My mieliśmy plany, Dan. Ty i ja. Mieliśmy wszys­tko za­pla­now­ane. W zeszły week­end oglądaliśmy razem domy. W zeszły week­end!

- Ja... Ja tylko...

- Ty tylko się potknąłeś i up­adłeś na tę panią? - zapy­tała.

Jej wzrok mimo­wolnie powędrował w stronę kobi­ety, która zdążyła już się ow­inąć prześ­ci­eradłem. Za prześ­ci­eradło Holly na pewno za­pła­ciła z włas­nej kieszeni, dobrze bowiem pam­iętała wrażenie, jakie wy­warła na niej siedem­dziesię­ciop­ię­ciopro­centowa ob­n­iżka ceny na wyprzedaży. Wyrzu­ciła z głowy rozmyślania o prześ­ci­eradle, a jej uwaga skupiła się ponownie na młodej kobiecie. Ciemne włosy, ciemne oczy. Dan zdecy­dow­anie miał swój typ, co do tego nie było wąt­pli­wości. Jak widać, poszedł w na­jwięk­szy banał i po prostu wymi­enił ją na nowszy model.

- Proszę cię... - wyjęczał Dan, na­jwyraźniej próbując wziąć ją na litość. Przy­brał żałosną minę, a jego oczy wypełn­iły się łzami.

Holly nie była już w stanie wcis­nąć do wal­izki nic więcej, więc dopch­nęła ją kolanem i za­p­ięła zamek, po czym wybiegła z pokoju, a następnie ruszyła schod­ami w dół i wymaszerowała przez fron­towe drzwi.

Gdy tak oddalała się i od Dana, i od Lon­dynu, w jej głowie roiło się od py­tań. Jak on mógł jej to zrobić po tym wszys­tkim, co razem przeszli? Za­wsze była przy nim. No więc czemu to zrobił? I czemu ona tego nie przewidzi­ała?

Choć przez trzy lata stu­di­owali na tym samym uni­wer­sytecie, nawet nie spojrzeli na siebie aż do rozdania dyplomów. Tego dnia, już po ce­re­monii i uroczys­tej kolacji, Holly wybrała się do klubu wraz ze swoimi współlokat­ork­ami. Kiedy próbowały złapać chwilę oddechu od sza­leństw na parkiecie, podeszła do baru, żeby zamówić drinki, i wtedy go zobaczyła. Jego ciem­nobrązowe oczy od razu przykuły jej uwagę. Podob­nie jak jego daremne wysiłki przy barze - był na­jwyraźniej zbyt up­rze­jmy, by zwró­cić uwagę co na­jm­niej kilku osobom, które zdążyły wepch­nąć się przed niego. Przys­tanęła obok i zamówiła drinki dla nich obojga, za które on z wdz­ięcznoś­cią za­pła­cił. Później się dow­iedzi­ała, że ode­grał rolę bezrad­nego chłopca w opałach, w nadziei że w ten sposób zwróci na siebie jej uwagę. Uważała, że to urocze, i śmi­ali się z tego pod­czas wspól­nych kolacji z przy­ja­ciółmi. Właś­ciwie teraz zro­zu­mi­ała, jak było naprawdę: od pier­wszego dnia ich zna­jomości nią ma­nip­u­lował.

Dopiero kiedy Holly zjechała z auto­strady M4, długo po zachodzie słońca, za­częła się za­stanawiać, dokąd właś­ciwie jedzie. Zdała sobie sprawę, że od­ruchowo kier­uje się w stronę domu rod­z­iców, czy jed­nak chciała się z nimi teraz widzieć? Oczy­wiście na pewno okaza­liby jej ws­parcie, ale w głębi duszy wiedzi­ała, że tak naprawdę nigdy nie prze­padali za Danem.

- Wydaje się taki... beżowy - pow­iedzi­ała przy jakiejś okazji jej matka.

- Beżowy?

- No wiesz. Nudny. Ni­jaki.

- Nie ma nic złego w by­ciu roz­sądnym, mamo.

- To prawda, ale czy ty się z nim dobrze czujesz?

- Oczy­wiście, że tak.

Matka nie wy­glądała na przekon­aną.

- A co z tym domem, o którym mówiłaś mi w zeszłym mie­siącu? Myślałam, że zam­ierzacie go kupić.

- Zam­ierz­a­liśmy, ale postanow­iliśmy jeszcze trochę za­czekać. Za­oszczędzić nieco więcej. Zebrać więk­szy wkład własny.

- Ale os­zczędz­a­liście już w zeszłym roku, prawda? I w poprzed­nim. Prze­cież masz stałą pracę. Wiesz, że nie mu­s­isz się stale martwić o pien­iądze.

Holly za­cis­nęła zęby.

- Tak, ale domy są dro­gie. Im więk­szy wkład zbierzemy, tym mniej będziemy mu­sieli spła­cić w przyszłości.

- Pam­iętaj, że w ży­ciu liczą się też przyjem­ności, skar­bie. Nie chodzi tylko o to, żeby ciężko pra­cować i odkładać pien­iądze. - W tym miejscu matka cmoknęła z dezaprobatą, jakby chciała dać do zro­zu­mi­enia, że jej, Holly, po­trzeba bezpieczeństwa fin­ansowego była na­jbardziej niedorzeczną rzeczą, o jakiej kie­dykolwiek słysz­ała.

Jak w tej sytu­acji mama za­re­aguje na na­jświeższe wieści? Będzie jej przykro, że córka ci­erpi, to na pewno, ale co poza tym, Holly nie umi­ała przewidzieć.

Dot­arłszy do za­krętu, który prowadził do domu jej rod­z­iców, po­jechała prosto. Porozmawia z nimi później. Wciąż mi­ała za­pasowy klucz i mo­gła wśl­izgnąć się nie­postrzeżenie do środka, kiedy będą już spali. A może pow­inna za­sza­leć i wyna­jąć gdzieś pokój na noc? Prze­cież już nie po­trze­bowała os­zczęd­ności na nowy dom.

Jechała dalej długą, prostą ulicą. Jeśli spojrzeć na nawigację, trasa nazy­wała się A429, ale dla każdego, kto mieszkał w okolicy, była to po prostu Fosse Way. Ta stara rzym­ska droga ciągnęła się całymi mil­ami na północ, aż do Leicester. Holly nie wybi­er­ała się jed­nak aż tak daleko. Prze­jechała przez North­leach, minęła Cold As­ton, niew­ielką wieś w dys­trykcie Cots­wold, aż dot­arła do pod­nóża niew­ielkiego wzgórza, gdzie włączyła kier­unkowskaz i skrę­ciła w lewo. Droga poprowadz­iła ją wzdłuż rzeki, prosto do Bour­ton-on-the-Wa­ter.

Nawet na­jbardziej cyn­iczny i wybredny gość odwiedza­jący Bour­ton mu­si­ałby zgodzić się ze stwi­er­dzeniem, że jest to jedna z na­jbardziej idyll­icz­nych wi­osek w całej Wielkiej Brytanii. Z płytką rzeką płyn­ącą ła­god­nie wzdłuż High Street, z prze­cina­jącymi ją urok­li­wymi małymi mostkami to nieza­leżnie od pory roku prawdziwy in­s­tagramowy raj. Jesi­enią można nar­zu­cić wełni­any płaszcz chron­iący przed chło­dem i delektować się wirow­aniem bursztynow­ych i zło­tych liści, które spadają kaskad­ami z drzew przy na­jm­niejszym pod­muchu wi­atru. W okresie świątecznym, kiedy tysiące mi­goczą­cych bi­ałych świ­atełek zdobią witryny skle­powe, na środku rzeki pyszni się blisko pię­ci­omet­rowa bożon­ar­odzeniowa choinka. To w is­tocie wiejski kawałek nieba.

Jed­nak dla mieszkańców wioski, a w szczegól­ności dla nastolet­niej Holly, ten kij miał dwa końce. Każdy dzień względ­nie przyz­woitej po­gody skutkował ogromnymi kork­ami sięga­jącymi od na­jbliższego, oddalonego o pół mili zjazdu z auto­strady aż do High Street. Kiedy licznym po­jaz­dom udawało się w końcu dojechać do wioski, ich kierowcy nieod­mi­en­nie parkowali na pier­wszym wolnym miejscu, jakie na­potkali, nieza­leżnie od tego, czy była to rzeczy­wiście przestrzeń parkin­gowa, i bez względu na to, czyj wjazd blokowali. Nie sposób było znaleźć miejsce w żad­nej z lokal­nych kawiarni - w więk­szości i tak zbyt dro­gich - a cała miejscowość była opanow­ana przez rozwrzeszczane dzieci, ich poirytow­a­nych rod­z­iców i stru­d­zo­nych pieszych turys­tów, nie za­pom­ina­jąc o au­tokarach peł­nych wycieczkow­iczów, którzy wpadali tylko po to, by za­po­zować do zdję­cia nad rzeką, obowiązkowo po kostki w wodzie i z lod­ami w ręku, a następnie wskakiwali z powro­tem do au­tokarów i rusz­ali pośpiesznie w dalszą drogę do kole­jnego ma­lown­iczego za­kątka.

Mimo to dorastanie w tym miejscu nie było wcale takie złe. Prze­jażdżki na starym, za­rdzewiałym row­erze pod górę tak stromą, że nogi odmawiały posłuszeństwa w połowie drogi, za­padły na za­wsze w pam­ięci Holly. Podob­nie jak wędrówki po okolicz­nych po­lach do ukry­tych stru­mi­eni, kiedy ona i jej przy­ja­ciele spędz­ali całe popołud­nia, polując na traszki, uzbro­jeni je­dynie w słoiki po dżemach i si­atki do łowienia ryb. Jak włóczenie się w górę i w dół rzeki w poszukiwaniu kwi­atów i ziół, które można było za­b­rać do domu i ułożyć w sam­od­ziel­nie wykon­a­nych ceram­icz­nych wazon­ach. Prost­sze życie sprzed ery iPadów i smart­fonów.

Ale były też inne wspom­ni­enia, do których nie wracała z rozrzewni­eniem. Jak niedomyka­jące się okno w jej pokoju, przez które zimą jej oddech parował nad kołdrą, kiedy leżała w łóżku. Albo dni suchych płatków śni­adaniow­ych, kiedy w lodówce kończyło się mleko, a oni mu­sieli odłożyć os­tat­nie pien­iądze na doład­ow­anie licznika prądu. (Zi­mny prysznic to jedno. Ale zi­mny prysznic w lodowatym domu to zu­pełnie inna ba­jka). Albo ten dzień, w którym jej ojca zwolniono z pracy po re­duk­cji etatów. A po­tem znowu. I po raz kole­jny.

Trudno było określić dokładny wiek, w jakim Holly zdała sobie sprawę, że jej rodz­ina jest biedna. Podejrze­wała, że mu­si­ało to nastąpić gdzieś na początku szkoły śred­niej. Pod­czas gdy inne dzieciaki roz­poczyn­ały każdy kole­jny rok szkolny w nowiutkich, markow­ych butach - kick­er­sach, martensach czy air­jord­anach, w za­leżności od tego, co dyk­towała ak­tu­alna moda - jej stopy po­zost­awały wciśn­ięte w parę prak­tycz­nych, sznurow­a­nych czar­nych trampek, które okazyjnie kupowała jej matka. Jej szkolny mun­durek był na nią za­wsze albo za mały, albo za duży, a oki­enko cza­sowe, w którym pasował jak należy, wydawało się z roku na rok skracać.

Kiedy inni rod­zice kupowali swoim dzieciom na urodz­iny na­j­mod­niejsze za­bawki lub ulu­bione lalki, Holly dost­awała w prezencie książki kucharskie z dru­giej ręki, często noszące wyraźne ślady kulin­ar­nych starań poprzed­nich właś­cicieli. W każdy urodzinowy por­anek, tuż po przedar­ciu się przez warstwy oz­dob­nego papieru do pakow­ania, wybi­er­ała jeden z przepisów, za­zwyczaj na coś słodkiego, a jej rod­zicom jakimś cu­dem za­wsze udawało się dostar­czyć wszys­tkie po­trzebne skład­niki: laskę wanilii, gorzką czekoladę, pełnotłustą śmi­etankę, to, czego Holly po­trze­bowała. Dopiero ma­jąc dwadzieś­cia parę lat, uświadom­iła sobie, że w ty­god­niach następują­cych po jej urodz­in­ach za­si­adali przez jakiś czas do jeszcze sk­rom­ni­ejszych niż zwykle posiłków, takich jak zupa soczewicowa czy grz­anki po walijsku przyrząd­zone z do­mowego chleba i cien­kich jak papier plaster­ków sera.

Przez długi czas w ogóle jej to nie przeszkadz­ało. Była wdz­ięczna za kochającą rodz­inę, która, choć niezamożna, po­zost­awała szczęśliwa. Jed­nak wszys­tko zmi­en­iło się w dniu jej czternas­tych urodzin.

Przez kilka poprzedza­ją­cych je miesięcy nawet nie próbowała ukryć, co tym razem naprawdę chciałaby dostać. Mi­ała pow­yżej uszu książek kucharskich i go­tow­ania. Uzyskała już zresztą na tym polu niemałe os­iąg­nię­cia, sama szykowała sobie do szkoły dru­gie śni­adania, a często również przy­go­tow­y­wała rodzinną kolację. Od dawna nie była to dla niej żadna fra­jda, a już na pewno nic god­nego prezentu urodzinowego. Tym, o czym ­naprawdę mar­zyła, była para lewisów 501.

Na początku liczyła, że up­ragnione spod­nie dostanie na Boże Nar­odzenie, ale pod choinką zn­alazła tylko T-shirt far­bow­any met­odą na węzeł. Nie tra­ciła jed­nak nadziei, w końcu w marcu mi­ała urodz­iny.

- Mam nadzieję, że będą pasować - pow­iedzi­ała matka, wchodząc do jej pokoju, i położyła na łóżku paczkę. - Jeśli nie, to Maur­een z apteki na pewno je dla ciebie przer­obi. Zn­acznie lepiej radzi sobie z maszyną do szy­cia niż ja.

Gdy Holly w pośpiechu rozer­wała papier i zobaczyła skrzęt­nie złożony w kosteczkę kawałek dżin­sowego ma­ter­i­ału, jej serce aż pod­skoczyło. Wlepiła wzrok w leżącą przed nią parę spodni. Czy naprawdę po tych wszys­tkich miesiącach ig­norow­ania próśb rod­zice w końcu postanow­ili jej wysłuchać? Dłonie trzęsły jej się z pod­niecenia, kiedy chwyciła dżinsy w pasie i rozwinęła je jednym płynnym ruchem.

I wtedy zamarła z rozczarow­ania.

- Jak ci się podobają? Wiem, że to nie te, o jakich ciągle opowia­dasz, no i nie są całkiem nowe, ale myślę, że mogą ci jeszcze długo posłużyć. Szwy mają mocne, a tam pod tymi łatami są tylko maleńkie dzi­urki.

Łaty... Spore frag­menty den­imu prze­padły pod kawałkami wie­lob­ar­w­nych, wzorzys­tych tkanin ponaszy­wa­nych w przypadkow­ych miejs­cach na całej długości spodni, od pasa aż po nogawki. Zn­acznie później zdała sobie sprawę, że łat nie mo­gło być więcej niż pięć lub sześć, ale w jej nastolet­nich oczach były ich dziesiątki na całych dżin­sach. Połowa z nich wy­glądała, jakby wycięto je z ub­rań dla przed­szkolaków, a przyna­jm­niej jedna mi­ała wzór w pluszowe misie.

- Może przymierzysz? - za­s­ug­erowała matka. - Sprawdz­imy, czy pas­ują.

Holly gap­iła się bez słowa na to szkaradzieństwo. Co mi­ała zrobić? W żadnym wypadku nie chciała zranić uczuć matki. Zna­jąc życie, spędz­iła os­tat­nie pół roku, wyszukując ko­lorowe ma­ter­i­ały na te nieszczęsne łaty. Ale od samego patrzenia chciało jej się płakać. Zmusiła się do uśmiechu, staran­nie złożyła dżinsy i rzu­ciła je z powro­tem na łóżko.

- Tylko wezmę prysznic - pow­iedzi­ała.

Twarz matki spoch­mur­ni­ała, a poczucie winy ścis­nęło żołądek Holly, ale nie mo­gła włożyć tych dżin­sów. Naprawdę nie mo­gła. Gdyby pasowały, matka za­częłaby nalegać, żeby włożyła je i w nich wyszła, a to już byłoby więcej, niż zdołałaby znieść. Teraz przyna­jm­niej mo­gła udawać, że spod­nie są za małe, w nadziei że mama się w tym nie połapie.

- No cóż, w porządku.

W pokoju za­legła cisza. Matka wstała, a jej usta wykrzy­wiły się w ni­enat­ur­alnym uśmiechu. Poczucie winy Holly wzrosło. Nawet ma­jąc czternaście lat, nie mo­gła udawać, że nie dostrzega smutku w oczach matki. Ale mama na pewno wkrótce za­pomni o całej tej sprawie, łudz­iła się. W końcu to tylko dżinsy.

- W takim ra­zie przymierz je później - pow­iedzi­ała mama, wy­chodząc za drzwi. - A ja idę postawić owsi­ankę na śni­adanie.

- Dobrze - odparła Holly.

Dopiero wieczorem, po dłu­gim dniu spęd­zonym w szkole, gdzie koleżanki nie przest­awały wypy­ty­wać ją o urodzinowe prezenty, ktoś ponownie za­pukał do drzwi jej pokoju. Tym razem był to oj­ciec.

Ar­thur Berry, człow­iek niew­ielu słów, miał blisko sto dziewięćdziesiąt centy­metrów wzrostu i niew­iele szczęś­cia w ży­ciu za­wodowym. Gdy Holly mi­ała dwa lata, zamknięto fabrykę, w której za­czął pra­cować jeszcze jako nastolatek. Od tamtej pory jedna dory­w­cza praca gon­iła kole­jną, ale nig­dzie nie został na dłużej. Za­wsze os­tatni do zatrud­ni­enia, pier­wszy do zwolni­enia. Obec­nie od kilku miesięcy pra­cował na stałym stanow­isku, ale cała rodz­ina zdążyła się już nauczyć, by się za bardzo nie przy­wiązy­wać do takiego stanu rzeczy.

Kiedy Holly usłysz­ała pukanie do drzwi, za­wołała "proszę!", a oj­ciec w mil­czeniu przek­roczył próg. Dopiero gdy przeszedł przez cały pokój i za­jął miejsce na krześle, odezwał się wreszcie:

- Mama uważa, że nie podoba ci się prezent.

To było stwi­er­dzenie, nie py­tanie. Jej tata miał ten irytujący zwyczaj. Na­jpi­erw wygłaszał jakieś zdanie, a po­tem czekał, aż to ona się odezwie. Równocześnie patrzył na nią, jakby za­skoczony, marszcząc brwi. Była to im­ponująca umiejęt­ność, która gwarant­owała wy­wołanie jak na­jwięk­szego poczu­cia winy w możli­wie na­jkrót­szym cza­sie. Holly dziel­nie trzymała język za zębami, tym razem zdecy­dow­ana nie dać mu się zw­abić w tę pułapkę. Jed­nak spojrzenie ojca się nie zmi­en­iło, a nap­ięcie gęst­ni­ało w powietrzu.

- Mama nie może serio oczekiwać, że będę je nosić - wyp­aliła w końcu, nie będąc w stanie wytrzymać mil­czenia nawet w połowie tak długo, jak za­kładała. - Na nich są misie, tato. Nikt pow­yżej piąt­ego roku ży­cia nie nosi dżin­sów w misie.

- Czyżby?

- Owszem - potwi­er­dz­iła stanow­czo. - Zdecy­dow­anie. Ludzie noszą nor­malne dżinsy. Ciem­noniebieskie. Jas­noniebieskie. Cza­sami czarne. Ale nie noszą dżin­sów z posta­ciami z ry­mow­anek. Podob­nie jak ręcznie dzi­er­ga­nych sweter­ków z wieloko­lorowej wełny i cerow­a­nych po sto razy skar­petek.

Oj­ciec złożył dłonie na kształt pir­am­idki i przyłożył je do ust. To była jego odwieczna "zamyślona" poza, którą Holly aż za dobrze zn­ała. Za­równo ona, jak i jej matka zmarnowały już z tego po­wodu wiele godzin, gdy on tak du­mał nad roz­maitymi decyz­jami, począwszy od tego, co zjeść na kolację, a skończy­wszy na tym, na którego polityka oddać głos w na­jbliższych wybor­ach.

- Wiem, że to dla ciebie trudne - pow­iedział w końcu, rozłącza­jąc dłonie. - Z pewnoś­cią ja też nie do­cen­i­ałem swoich rod­z­iców, kiedy byłem w twoim wieku.

Holly poczuła narasta­jącą złość.

- To nie fair. Do­cen­iam mamę. Do­cen­iam was oboje.

Gdy pisk­li­wym i drżącym głosem wypo­wiadała te słowa, była w pełni świadoma, jak gniewnie to za­b­rzmi­ało, ale nie zam­ierz­ała być os­karżana o coś, co nie było prawdą. Może i była dzieckiem, lecz za­wsze ciężko pra­cow­ała w szkole i mi­ała zn­acznie więcej obowiązków do­mow­ych niż którakolwiek z jej przy­ja­ciółek. To ona cerowała własne ub­ra­nia, to ona przy­go­tow­y­wała wspólne rodzinne posiłki. Nie wspom­ina­jąc już nawet o in­nych rzeczach, takich jak włóczenie się za matką na im­prezy, na których gos­po­dynie wymi­eni­ały się na­s­ionami roślin, czy prucie swetrów, aby wełna mo­gła zostać ponownie wykorzys­tana. Pod­czas gdy inne dzieciaki spędz­ały so­bot­nie por­anki na oglądaniu kreskówek i leniuchow­aniu w łóżku, ona jechała auto­busem dziesięć mil po sad­zonkę pom­idora, którą ktoś miał na zby­ciu.

- Chciałam tylko nor­malną parę dżin­sów, to wszys­tko. Nie ro­zu­miem, o co tyle hałasu.

- Holly, takie dżinsy kosztują for­tunę. Więcej, niż wydajemy na jedzenie przez cały ty­dzień. Czy masz po­jęcie, ile godzin twoja mama spędz­iła na łataniu ich dla ciebie? - Z ciężkim west­ch­ni­eniem prze­sunął ok­u­lary na czubek głowy i potarł grzbiet nosa. - Przykro mi - pow­iedział. - Przykro mi, że nie możemy sobie poz­wolić na te wszys­tkie rzeczy, które chciałabyś mieć. I przykro mi, że jesteś rozczarow­ana prezen­tem.

- Tato... - Kotłujące się w niej poczucie winy przy­brało na sile.

- Nie, Hols, ro­zu­miem. Naprawdę. Nigdy nie mieliśmy wys­tar­cza­jąco dużo pien­iędzy, żeby cokolwiek za­oszczędzić. Żałuję tego, oczy­wiście, ale mieliśmy szczęście w tak wielu in­nych sprawach. Jesteśmy zdrowi. Jesteśmy szczęśliwi. A przyna­jm­niej tak mi się wydaje?

Jego zmęczone spojrzenie ponownie przeniosło się na nią.

- Prze­praszam - pow­iedzi­ała, pod­nosząc się z łóżka i za­r­zu­ca­jąc mu ręce na szyję. - Prze­praszam. I włożę te dżinsy, obiecuję. Ale może mama mo­głaby coś poradzić na te naszy­wki z misiami?

- Jestem pew­ien, że możemy się tym za­jąć. Porozmawiasz z nią? Martwi się, że zepsuła ci urodz­iny.

Razem zeszli na dół, a rod­zice odśpiewali jej Happy Birth­day nad do­mowym tor­tem cytrynowym, który matka upiekła wcześniej tego popołud­nia.

Wieczorem, kiedy Holly leżała już w łóżku, rozmyśla­jąc o wszys­tkich wydar­ze­niach tego dnia, przez głowę przemknęła jej pewna myśl. Oj­ciec miał rację. Jej rod­zice nigdy nie mieli dużo pien­iędzy, ale za­wsze robili wszys­tko, by czuła się kochana. Jeżeli jed­nak ona sama kie­dykolwiek będzie mi­ała dzieci, zrobi wszys­tko, by dostały to, czego zapragną, a to ozn­aczało pien­iądze. Pien­iądze, które zam­ierz­ała za­cząć za­r­a­biać tak szybko, jak to możliwe.

ROZDZIAŁ 2

O tak późnej porze nie było już żad­nej konkur­encji w walce o miejsca parkin­gowe, więc Holly zwolniła, jadąc wzdłuż pustej ulicy, i bez trudu za­parkowała sam­ochód w pob­liżu rzeki. Myślała, że po prostu posiedzi chwilę w aucie i poduma nad całym tym bałaganem, jakim stało się jej życie. Ale gdy tylko wyłączyła sil­nik, odpięła pasy i przeszła na drugą stronę jezdni. Chwilę później stała już przed brudną witryną Just One More, a jej spojrzenie zatonęło w ciemnym wnętrzu sklepiku, aż usłysz­ała przer­aźliwe miauczenie.

Smukły czarno-bi­ały kot o niez­byt schludnym futerku wśl­izgnął się pom­iędzy jej kostki, przy­cis­nął głowę do jej ły­dek i zamiauczał ponownie, by zwró­cić na siebie uwagę.

- Co ty wyprawiasz? - spy­tała rozbawiona i przyklękła, by go po­głaskać, wy­wołując na­tych­mi­ast głośną falę zad­o­wo­lonego mruczenia. - Jeśli polujesz, to obawiam się, że zna­jdziesz tutaj wyłącznie czekolad­owe myszy.

Kot pod­szedł do fron­tow­ych drzwi sklepu, postał przed nimi chwilę i z os­tat­nim żałosnym mi­auknię­ciem ruszył dalej w dół High Street.

Choć wiosna zbliżała się już wielkimi krokami, to zdecy­dow­anie jeszcze nie nadeszła i nocne powietrze wciąż było bardzo chłodne. Holly wstała i ponownie spojrz­ała na sklep. Szyld nad drzwiami pam­iętał lepsze czasy, wyblakła farba się łuszczyła, a rdzew­iejąca na krawędziach mark­iza nad witryną również po­zostawiała sporo do życzenia. Poza tym sklepik wy­glądał dokład­nie tak samo jak wtedy, gdy Holly po raz pier­wszy przek­roczyła jego próg. By lepiej widzieć, przyłożyła dłonie do czoła i przy­cis­nęła je do okna. Serce zabiło jej moc­niej, gdy zobaczyła słoje wypełnione słodyczami. Jedno po dru­gim wspom­ni­enia z min­io­nych dni po­woli sączyły się do jej świado­mości i w końcu uśmiech za­goś­cił na jej twarzy, po raz pier­wszy, odkąd wró­ciła wcześniej z pracy i za­skoczyła Dana w domu.

- Zgu­biła się pani?

Aż pod­skoczyła i uderzyła głową o szybę.

- Chol­era - wymam­rotała, po­ci­era­jąc obolałe czoło i odwraca­jąc się od okna. Zaled­wie chwilę wcześniej ulica była całkiem pusta, a te­raz zn­alazła się twarzą w twarz z bardzo poważnie wy­gląda­jącym mężczyzną.

- Zgu­biła się pani? - zapy­tał ponownie.

- Hm, nie, nie zgu­biłam się - odparła.

- Czy zatem zech­ciałaby mi pani pow­iedzieć, co pani tutaj robi o tak późnej porze?

Holly przyjrz­ała się dociekli­wemu niezna­jomemu, który - po­mimo że nieźle ub­rany, całkiem at­rak­cyjny i z całą pewnoś­cią grubo przed cz­ter­dzi­estką - miał podejrz­liwą minę wś­cib­skiego emeryta. Wyr­wana z zad­umy, nie była w nastroju, by znosić takie natręctwo.

- A co, pan z policji? - odparowała.

Wzdrygnął się lekko.

- Nie.

- Może ze straży sąsiedzkiej?

- Też nie.

- Cóż, w takim ra­zie to chyba nie pańska sprawa.

Za­szurał no­gami, a w końcu pow­iedział wprost:

- Po prostu jest już dość późno, a pani wpatruje się w tę witrynę od prawie dziesię­ciu minut.

- Co? A więc mnie pan ob­ser­wował? Śledził?!

- Tak... to zn­aczy nie. Ob­ser­wowałem, tak, to jest, widzi­ałem... ale nie śledz­iłem!

Jej początkowa irytacja szybko przerodz­iła się w oburzenie, które teraz zdecy­dow­anie bardziej przy­po­m­in­ało już gniew.

- Próbowałem tylko określić pani zami­ary - jąkał się.

- Moje zami­ary? - Unie­sione brwi Holly zniknęły pod jej grzy­wką. Po takim dniu, jaki właśnie mi­ała za sobą, tłu­maczenie się przed wioskow­ymi stróżami pra­worząd­ności było os­tat­nią rzeczą, na jaką mi­ała teraz ochotę. Wyprostowała plecy i wzięła się pod boki.

- Po pier­wsze, skoro nie jest pan polic­jantem, ab­so­lut­nie nie ma pan prawa wypy­ty­wać mnie, co tutaj robię. Po dru­gie, czy naprawdę pan podejrzewa, że zam­ierzam obrabować sklep ze słodyczami? Poważnie? Trzy bu­dynki dalej jest ju­biler, a za­raz za nim sklep z antykami. Nie wspom­ina­jąc już o tych wszys­tkich domkach let­niskow­ych przy Sherborne Street, które w ty­god­niu świecą pustkami. Jeśli już mi­ałabym pok­usić się o kradzież z włamaniem, to w tej wsi są chyba o wiele lepsze miejsca niż ten niew­ielki przy­bytek, czyż nie?

Mężczyzna, który wy­glądał już nie tylko na zmiesz­anego, ale również na cokolwiek przestraszonego, cofnął się o krok.

- A więc pani tu­tejsza? - zapy­tał.

- No brawo. A teraz, jeśli wolno, moim je­dynym zami­arem jest stać tutaj, gapić się na te słoiki ze słodyczami i pil­nować włas­nego nosa - pow­iedzi­ała. - Jest z tym jakiś prob­lem?

Jego jabłko Adama pod­skakiwało ner­wowo to w górę, to w dół; cała jego pier­wotna brawura zniknęła, ale cień nieufności po­został.

- Prze­praszam, nie pozn­ałem. Miłego wieczoru - pow­iedział i szybko ruszył w dół High Street, znika­jąc jej wkrótce z pola widzenia.

- Miłego wieczoru, dobre sobie - prych­nęła na głos i odwró­ciła wzrok z powro­tem w stronę sklepiku.

Dwa dni po swoich czternas­tych urodz­in­ach Holly maszerowała wzdłuż nab­rzeża rzeki z nadzieją na znalez­i­enie pracy w jednym z tamtejszych lokali. Własne pien­iądze rozwiąz­a­łyby tak wiele jej prob­lemów. Na przykład rod­zice mogliby przestać martwić się o to, by kupować jej cokolwiek. Nie wspom­ina­jąc o tym, że ona mo­głaby ich we­sprzeć. Od czasu do czasu za­pła­cić za za­k­upy spoży­w­cze. Podarować im przyz­woite prezenty urodzinowe i świąteczne. Praca na część etatu byłaby prawdziwą odmi­aną losu, więc kiedy tego ranka wyszła z domu w now­ych dżin­sach z naszy­wkami zami­enionymi na zielonkawe i nieco bardziej sub­telne, była pełna op­ty­m­izmu.

- Czy masz jakiekolwiek doświad­czenie? - chciał wiedzieć pier­wszy kierownik, do którego zwró­ciła się z prośbą o pracę.

- Nie, ale szybko się uczę.

- W tym miesiącu przyjąłem już dwoje now­ych pra­cowników. Na­jpi­erw na­bierz trochę wprawy i wróć do nas latem, a jestem pew­ien, że wtedy coś dla ciebie zna­jdziemy.

Widzi­ała w tym planie tylko jedną drobną wadę. Jeśli mi­ałaby już pracę albo gdyby na­jpi­erw dostała ją gdzie in­dziej, to czemu mi­ałaby ją rzu­cić? Po tym, ile razy zwal­ni­ano jej ojca, wiedzi­ała wys­tar­cza­jąco dobrze, że nie odchodzi się sam­o­wolnie z gwarant­ow­anej posady. Ni­estety, w kole­jnym miejscu, do jakiego udała się z py­tan­iem, powtórzyła się ta sama his­toria, po­tem w trzecim i czwartym. Gdziekolwiek poszła - do piekarni, min­i­m­ar­ketu, sklepu z pam­iątkami - wszędzie mówili jej dokład­nie to samo. Po­trze­bowali jej doświad­czenia. Klasy­czny para­graf 22. Zanim zdążyła ze­jść do połowy High Street, dostała już tuzin odmow­nych odpow­iedzi. Za­częły ją boleć stopy, a jej dobry nastrój całkow­icie prysł. Już mi­ała porzu­cić ten cały pomysł, gdy pod­niosła wzrok i zn­alazła się przed Just One More. Uzna­jąc to za dobry znak, pch­nęła drzwi we­jś­ciowe.

W tym cza­sie w wio­sce były dwa sklepy ze słodyczami, choć Holly nie była częstym goś­ciem w żadnym z nich. Słodycze były luk­susem, a w rz­a­dkich przypadkach, gdy zdecy­dowała się wydać swoje kieszonkowe na paczkę miętówek Polo lub bat­onika Mars, to za­równo sklep spoży­w­czy, jak i poczta zna­j­dowały się bliżej jej domu.

Jed­nak po we­jś­ciu do środka odkryła, że Just One More to nie jest sklep z bat­onikami Mars i miętówkami Polo ani z żadnymi słodyczami, do których przy­wykła, widując je ułożone w rów­nych stosach przy kas­ach w su­per­markecie. To było coś zu­pełnie in­nego. Uderzył ją cudowny za­pach, tak słodki, że na­tych­mi­ast ślinka po­ciekła jej z ust. Po­tem przez okrągłą minutę chłonęła feerię barw. Szk­lane słoiki na każdym kroku, półki za­pełnione od podłogi aż po sufit. Any­żowe landrynki i lukrec­jowe żelki. Pudrowe ser­duszka, ko­lorowe pi­anki i truskawkowe sznureczki. Cuk­rowe i czekolad­owe myszki, wszelkiej maści mar­ce­panowe zwi­erzątka. Nie wspom­ina­jąc już o całej gamie krówek, kokosanek i mnóstwie dro­gich czekoladek. Oczy­wiście w tamtym cza­sie nie mi­ała po­ję­cia o wszys­tkich tych wymyśl­nych nazwach, ale wkrótce stały się dla niej tak dobrze zn­ane jak litery al­fa­betu. Os­zołomi­ona, po­woli obracała się w kółko, chłonąc tyle, ile tylko jej zmysły zdołały udźwignąć.

- W czym możemy pomóc?

Holly zdała sobie sprawę, że ktoś się do niej odezwał, i spojrz­ała w stronę lady, gdzie obok siebie stały dwie kobi­ety. Były w podobnym wieku i nosiły takie same jas­noniebieskie far­tuchy, każdy z mosiężną plaki­etką z nazwiskiem. Na tym jed­nak podobieństwa się kończyły.

Ta, która się do niej zwró­ciła - Ag­nes, jak wynikało z plaki­etki - mi­ała na sobie zwiewną lni­aną suki­enkę z wyhaftow­anymi na kołnierzyku bi­ałymi kwi­atami, a na jej nadgarstku pobrzękiwały ko­lorowe branso­letki. Druga dama - Maud - była ub­rana w parę dżin­sów i staran­nie wypra­sow­aną granatową koszulę. Pod­czas gdy Ag­nes nosiła rozpuszczone blond włosy, Maud za­czesy­wała swoje ciemne loki do tyłu. Oczy­wiście pier­wsze wrażenie mo­gło być mylące. Z biegiem lat Holly odkryła, że kobi­ety były dwiema stro­nami tego samego medalu, dwiema pokrewnymi duszami, pas­ującymi do siebie lepiej niż jakakolwiek inna para, którą zn­ała. Ale w tamtym cza­sie je­dyną rzeczą, jaką wiedzi­ała, było to, że właśnie przek­roczyła próg do krainy czarów.

Maud odchrząknęła.

- Czy wszys­tko w porządku? Szukasz czegoś konkret­nego?

Nastąpiła chwila ciszy. Stand­ar­dowa gadka Holly o tym, że szuka pracy, jest pra­cow­ita, szybko się uczy i tym podobne, nagle gdzieś wyparowała. Zami­ast tego pow­iedzi­ała po prostu:

- Chcę tu zostać... na za­wsze.

Dwie kobi­ety uśmiech­nęły się na­jpi­erw do niej, a po­tem do siebie nawza­jem, w którym to mo­mencie Holly zdała sobie sprawę, jak idiotycznie mu­si­ało to za­b­rzmieć, i wyprostowała się dum­nie.

- Prze­praszam. Chciałam pow­iedzieć, że szukam pracy na pół etatu. W so­boty. W niedziele. Po szkole. Tak naprawdę w każdej wolnej chwili, nie mam nic prze­ciwko temu. Mogę też pra­cować w wakacje.

Pan­iczny sło­wo­tok był naw­ykiem, którego z całego serca chciała się pozbyć, ale obec­nie jej mózg pra­cował na po­trój­nych obrotach, próbując wymyślić cokolwiek, co by spraw­iło, że jej oferta wypad­nie at­rak­cyjnie.

- Jestem bardzo punk­tu­alna - dodała. - I mieszkam niedaleko. I naprawdę lu­bię słodycze. I czekoladę. Może nawet bardziej lu­bię czekoladę niż słodycze, prawdę mówiąc.

Mod­ląc się, by któraś z kobiet pow­iedzi­ała cokolwiek, Holly za­cis­nęła usta, ale nie mi­ało to na­jm­niejszego sensu.

- Nie przeszkadzają mi wczesne por­anki - pa­plała dalej, nie mo­gąc się powstrzymać. - I jestem bardzo schludna. Po­trafię też cerować i naprawiać różne rzeczy. Nie żeby cokolwiek tutaj wymagało cerow­ania czy naprawiania. Jest po prostu ideal­nie.

Wyszła z domu z zami­arem znalez­i­enia week­endowej pracy, czegokolwiek, co poz­woliłoby jej za­robić choć trochę pien­iędzy. Ale teraz chciała pra­cować tylko tutaj. Chciała być tu wśród tych wszys­tkich słodkości przez cały czas. Chciała spędzać każdą wolną chwilę, wyrównując szk­lane słoiki na półkach i korzys­ta­jąc z ciężkiej mosiężnej wagi, która stała na ladzie. W tym mo­mencie zgodz­iłaby się nawet na pracę za darmo albo prawie za darmo. Po prostu nie chciała wracać na zewnątrz i stawiać czoła reszcie świ­ata, nie teraz, gdy wiedzi­ała, że takie miejsce jak to ist­nieje. Wtedy padło py­tanie, którego tak się obawiała.

- Czy masz jakieś doświad­czenie? - zapy­tała ciem­nowłosa ­kobi­eta.

Serce Holly zamarło, po­chyliła głowę i wzięła głęboki oddech. Głos, jaki się z niej wydobył, był cichy, nieśmi­ały, niezro­zu­mi­ały, ten sam, który sprawiał, że nauczy­ciele często pro­sili ją, by powtórzyła coś głośno i wyraźnie.

- N-nie - wyjąkała. - Nie mam doświad­czenia.

Smutek spo­wodow­any wszys­tkimi odmowami, jakie tego dnia otrzymała, ciążył jej tak bardzo, że nie była w stanie pod­nieść oczu. Może za rok, pomyślała. Może gdyby była o rok starsza, nie mi­ałoby to aż takiego zn­aczenia, że wcześniej nie pra­cow­ała. Kiedy w końcu zdobyła się na to, by podz­iękować obu pan­iom za poświę­cony czas, blon­dynka uśmiech­nęła się do niej.

- Szkole­nie nie pow­inno za­jąć dużo czasu, prawda, Maud? - pow­iedzi­ała z błyskiem w oku. - Kiedy możesz za­cząć?

Pow­iew wi­atru za­szeleś­cił liśćmi na pob­liskim drzewie i sprawił, że dreszcz prze­biegł po krę­gosłupie Holly. Było późne popołud­nie, kiedy trza­s­nęła drzwiami przed nosem Dana i ruszyła przed siebie. W końcu będzie mu­si­ała opra­cować jakiś plan. Nie tylko na dzis­iejszy wieczór, ale i na przyszłość. Dom był wyna­jęty na nazwiska ich obojga. Może Dan się wyprowadzi i ona tam zostanie. Za­oszczędz­iła wys­tar­cza­jąco dużo pien­iędzy, by sam­od­ziel­nie pła­cić czynsz, jeśli za­jdzie taka po­trzeba. Ale nigdy więcej nie mo­głaby spać w tym łóżku. Nie, lepiej, żeby to on zatrzymał łóżko i dom. Ona będzie mu­si­ała wymyślić coś in­nego. Nie mi­ała in­nego wyjś­cia.

Znów poczuła, jak pieką ją oczy. Całkow­icie za­ufała Danowi, ale co gor­sza za­ufała również swo­jemu os­ą­dowi, myśląc, że zn­alazła ko­goś, kto ją uszczęśliwi, kto będzie zad­o­wo­lony z niej i ze sta­bil­nego ży­cia, jakie sobie dla nich wyo­brażała. I oto gdzie skończyła.

Za­stanawiała się, czy rzu­cić się na ziemię i za­cząć ryczeć, czy raczej pod­nieść na­jbliższy kam­ień i cis­nąć nim w rzekę, gdy tuż za nią rozległo się dys­kretne chrząknięcie.

- Już sobie idę, okej? Idę, idę - pow­iedzi­ała, jed­nocześnie obraca­jąc się na pięcie i oci­era­jąc łzy z policzków.

- Maud? - Zam­rugała z niedow­i­erz­aniem. - Maud!