Skinner - Tomasz Kopecki

Kup ebooka

24.23 zł
20.11 zł (19,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ VI

Nie od razu wróciłem do mieszkania. Przez kilka godzin włóczyłem się bez celu, usiłując znaleźć choćby odrobinę spokoju. Niestety, mój umysł przypominał wulkan, który nagle obudził się z drzemki. Ból i lęk rozsadzały całe moje ciało. Nie czułem ani odrobiny radości, której zacząłem doświadczać po odkryciu nowych możliwości, jakie mi podarowano. Lekcja udzielona mi przez los była równie bolesna, co pouczająca. Po wszystkim, co wydarzyło się w parku, dotarło do mnie, że dar, który otrzymałem, nie jest zabawką. Zaczynałem także odczuwać przeczucie, że wszystkie te czyny, które nie pozostawały w zgodzie z prawami fizyki, w realizacji których pomógł mi artefakt zawieszony na szyi, mają swoją bardzo wymierną cenę. Nie znałem jeszcze wysokości tej ceny, a właśnie brak tej informacji budził we mnie największy niepokój.

Olśnienie, które zasiało we mnie ziarno wątpliwości, nastąpiło w chwili, kiedy dziewczynka odzyskała życie. Wewnętrzny głos uświadomił mi jak skomplikowane i wymagające jest przywracanie życia, w porównaniu z jego odbieraniem. Czułem, że ożywiając dziecko, sięgnąłem do zasobów niezrozumiałej mocy, które zalegały w zakazanych dla mnie rewirach. Czułem się jak nierozważny chłopiec, który wsadził patyk w gniazdo szerszeni lub wrzucił kamień do jaskini zamieszkiwanej przez niedźwiedzia grizzly. Pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że moja ingerencja w to, w co nie powinienem ingerować, nie była na tyle znacząca, by pociągnąć za sobą poważniejsze konsekwencje.

Kiedy wreszcie zdecydowałem się wrócić do domu, miasto pogrążone było w mroku, tu i ówdzie rozświetlanym przez sodowe lampy. Kanapa w salonie była pusta. Najwyraźniej Elwira zdołała wytrzeźwieć na tyle, by przenieść się na swoje łóżko. Rozebrałem się i położyłem, licząc na to, że sen uwolni mnie od rozterek i wyrzutów sumienia. Niestety, jak na złość, długo nie chciał nadejść. Przewracałem się z boku na bok, od czasu do czasu zapadając w płytką drzemkę, podczas której natychmiast zaczynały mi dokuczać koszmarne wizje. W końcu zmęczenie wzięło górę nad pobudzeniem i straciłem kontakt z rzeczywistością.

Nie był to, bynajmniej, spokojny sen, który przywraca siły i daje radość życia. Koszmary rzuciły się na mnie ze zdwojonym impetem. Nataszka co chwilę spadała z wysokiego muru, za każdym razem zamieniając się w krwawą miazgę. Kiedy próbowałem jej pomóc, okazywało się, że moje nogi są przyklejone do chodnika. "Oj, nieładnie, inżynierze Bolański" - mamrotała ryba o twarzy Strojecznego i wielkich zębach. Uzbrojony w japońską katanę Bulba szydził z mojej bezsilności i obiecywał, że za chwilę odrąbie mi obie nogi, chyba że kupię bilet. Ryba wspierała go żarliwie, potakując po każdym jego słowie. Gęsty ludzki tłum złorzeczył i rzucał we mnie kamieniami. Walka z majakami trwała, aż do chwili, gdy mała dziewczynka, stojąc na szczycie palisady, uśmiechnęła się szyderczo, odsłaniając starcze, bezzębne dziąsła. Potem bez wysiłku wyrwała z balustrady jeden ze stalowych prętów i skoczyła, zamieniając się w szmacianą lalkę. Matka dziewczynki zawyła potępieńczo. Jej głos był tak donośny, że niespodziewanie wyrwał mnie ze snu.

Niestety, zaznałem ulgi. Okazało się bowiem, że kobiecy wrzask jest częścią rzeczywistości. Oczywiście, jego źródłem było gardło mojej współlokatorki. Charakterystyczny pogłos wskazywał, że Elwira znajduje się w łazience. Potem zapadła cisza, ale tylko na krótką chwilę.

- Kurwaaaaaa! - zabrzmiało znowu. - Ja pierdoleeeeeee! Bolański, ty kutasie! Ty jebany zasrańcu! Co to, kurwa, ma znaczyć?!

Zerwałem się z łóżka i pobiegłem do łazienki. Otworzyłem drzwi i... stanąłem jak wryty. Naga kobieta, która stała przed lustrem, nie była dobrze mi znaną wielką babą z potężnym kinolem. Miałem przed sobą szczuplutką szatynkę o ponętnej figurze, niewielkim, jędrnym biuście i sympatycznej twarzy, o regularnych rysach, której niewątpliwą ozdobą był niewielki, prosty nosek. W pierwszej chwili nic nie rozumiałem. Następnie zacząłem podejrzewać, że jakaś obca osoba pomyliła mieszkania, a może nawet bloki. Zdumienie i stres sprawiły, że zacząłem myśleć bardzo intensywnie. Szybko nabrałem pewności, że ta laseczka to jednak Elwira. Byłem również w stanie odgadnąć przyczynę jej metamorfozy. To znowu była moja wina. Przecież wczoraj, kiedy zamierzałem iść do parku, stałem nad śpiącą przyjaciółką i rozmyślałem nad poprawkami, jakich należałoby dokonać, by uatrakcyjnić jej wygląd. Przypomniałem sobie, że na koniec dotknąłem rękojeści noża. Poczułem również charakterystyczne ukłucie ciepła i mrowienie, które zlekceważyłem. No i stało się... Wszystko było dla mnie jasne. W zdumienie wprawił mnie tym razem nie tyle sam fakt, że znowu namieszałem w rzeczywistości, lecz nadspodziewanie wysoka jakość mojego dzieła. Elwira wyglądała po prostu idealnie.

- Czego się wydzierasz? - zganiłem ją. - Zaraz przylecą sąsiedzi albo zadzwonią po policję.

Elwira przyglądała się swojemu odbiciu szeroko otwartymi oczami, nie mogąc zamknąć ust.

- Jak ja teraz pójdę do pracy? - wyjęczała. - Co ja teraz pocznę?

Wzruszyłem ramionami, nie mogąc oderwać od niej wzroku.

- Wolałaś poprzednią postać? - prychnąłem.

Przez chwilę milczała, zachłannie przyglądając się samej sobie. Potem dotknęła palcami obu sutków, jak gdyby nie dowierzała własnym oczom.

- Mam nadzieję, że to nie jest jakiś pieprzony żart - syknęła, spoglądając na mnie spode łba. - Bo jeżeli tak, to...

- Nie martw się - uspokoiłem ją. - Jesteś stuprocentowo prawdziwa.

- Ja pierdzielę - westchnęła. - Przecież nie wpuszczą mnie do biura. Nikt mnie nie pozna. Nikt nie uwierzy.

- Przyzwyczają się - powiedziałem z przekonaniem. - Prędzej niż sądzisz. A do budynku wejdziesz bez problemu, bo przecież macie tam bramkę z czytnikiem paluchów. Linie papilarne masz te same co wczoraj. A przynajmniej tak sądzę...

- Ale reszta - złapała się za głowę. - Nikt mnie nie pozna. Nikt mi nie uwierzy. Mam im powiedzieć, że mój współlokator robi pieprzone cuda?

- Ani mi się waż - pogroziłem jej palcem. - Tylko tego by mi brakowało. Jeżeli chcesz, księżniczko, to zamienię cię z powrotem w żabę. Tylko potem, bo na razie muszę iść do pracy.

- Porąbało cię?! - zawołała. - Nawet nie próbuj, bo cię zabiję!

- Dobrze, już dobrze - mruknąłem. - Wiesz co, mam pewien pomysł. Zadzwoń do szefa i poproś o urlop. Powiedz, że wygrałaś wyjazd do jakiegoś słynnego ośrodka odchudzającego i bon na operację plastyczną. Kiedy wrócisz za jakieś trzy tygodnie, nikt nie będzie się dziwił, jak wyglądasz.

- A skąd niby mam wziąć trzy tygodnie urlopu? Zostało mi tylko osiem dni.

- Weź bezpłatny.

- Bezpłatny?! A kto mnie będzie utrzymywał?! Może ty?

- Może - mruknąłem, przypominając sobie, że mam tego dnia do załatwienia kilka spraw, o których prawie zapomniałem. - Zaufaj mi - powiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał jak najłagodniej. - Słuchaj, naprawdę muszę się pośpieszyć. Pozwól mi się umyć i ogolić. Ty i tak nigdzie nie idziesz, więc...

Elwira z prawdziwym żalem rozstawała się ze swoim odbiciem. Byłem pewien, że kiedy wyjdę, spędzi przed lustrem przynajmniej kilka godzin.

- Psiakrew, przecież ja jestem zupełnie naga - stwierdziła nagle, zasłaniając piersi dłońmi. - Odwróć się, do cholery?!

Z ochotą spełniłem to życzenie. Nie dlatego, że miałem dość jej widoku, lecz po to, by nie dostrzegła oznak mojego podniecenia. Nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy, że mogę tak zareagować na widok mojej współlokatorki.

Stojąc pod natryskiem, pomyślałem, że w sumie dobrze się stało, że Elwira obudziła mnie swoim wrzaskiem. Przez całe to niedzielne zamieszanie zapomniałem włączyć alarm w budziku. Wciąż wirowały mi w głowie kadry z koszmarnego snu. Szczególnie mocno utkwiła mi w pamięci scena z bezzębną Kasią, wyrywającą stalowy pręt, jak gdyby miała siłę filmowego terminatora. Właśnie, pręt... Konstrukcje wzniesione dla potrzeb dzieci na parkowym placu nie miały więcej niż dwa lata. Balustrada zabezpieczająca ścieżkę przebiegającą przez szczyt palisady była wystarczająco wysoka, by nie mógł jej przeskoczyć dorosły, nie mówiąc o dziecku. Wszystko musiało być zgodne z normami, również odległości pomiędzy prętami oraz sposób ich mocowania i materiał, z którego je wykonano. Nie wydawało mi się możliwe, by któryś z nich po prostu przerdzewiał. To, że go brakowało, nie mogło być dziełem przypadku. Tylko kto i w jakim celu dokonał tak okrutnego sabotażu? Po co? Bo chyba nie z mojego powodu... Przecież znalazłem się tam przypadkiem...

Pomimo spadającego na mnie strumienia gorącej wody, przez plecy przebiegł mi lodowaty dreszcz. Logika nie była wyrocznią. Miałem już pewność, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. Spoglądanie na rzeczywistość z odpowiednio wysoko usytuowanego punktu obserwacyjnego ujawniało jej zupełnie inną niż uznawana powszechnie naturę.

Podczas pośpiesznego golenia zaciąłem się boleśnie. Odruchowo zakląłem, usiłując zatamować wyciekającą krew. Przez chwilę miotałem się po łazience, poszukując apteczki. Kiedy ją wreszcie znalazłem, przypomniałem sobie, że nie powinienem myśleć po staremu, według utartych algorytmów. Byłem teraz kimś innym. Zupełnie innym. Dotykając rękojeści skinnera, wolną dłonią uleczyłem ranę. To było łatwe. Nie musiałem się szczególnie koncentrować. Zmiany i poprawki własnego ciała przychodziły mi bez trudu, jak gdyby tego rodzaju manipulacje były czymś naturalnym. Równie naturalnym jak samoobrona. No właśnie. Za moją sprawą czterech niedobrych facetów straciło życie, ale przecież nie mogłem nazwać siebie mordercą. Nie byłem nim. Dokonałem tylko aktu samoobrony, nie mając pojęcia o mocy, jaką posiadam. Ta myśl odrobinę mnie pocieszyła.

Wróciłem do pokoju i ubrałem się w mój nieco wymięty garnitur. Przeprosiłem się nawet z krawatem, na którym nie tak dawno temu zamierzałem się powiesić. Kiedy wychodziłem, Elwira znowu okupowała łazienkę. Jej kobieca natura sprawiała, że łatwo było przewidzieć dalsze postępowanie dziewczyny. Byłem pewien, że stoi przed lustrem i podziwia efekt cudu, o którym miliony brzydkich panienek mogłyby tylko pomarzyć.

Majowy poranek był rześki i wilgotny. Na trawnikach srebrzyły się jeszcze kropelki rosy, a nisko zawieszone na niebie słońce malowało fantastyczne wzory na postrzępionych skrawkach chmur. Uwielbiałem takie chwile. Nawet wówczas, gdy zmierzając w stronę budynku Megatechu, czułem w żołądku wielką, ołowianą kulę. Teraz było inaczej. Rozkoszowałem się wiosennym otoczeniem, wierząc, że tego dnia Strojeczny da mi spokój, a ja będę mógł przeprowadzić kilka kolejnych, jak sądziłem, zupełnie nieszkodliwych eksperymentów. Miałem parę pomysłów na wykorzystanie skinnera jako narzędzia do usprawnienia mojej żmudnej i psychicznie wyczerpującej pracy.