Przedmowa
Przedmowa
Pewnego dnia w 1969 zadziorny student
pierwszego roku w Cambridge siedział skulony, słuchając w nabożnej ciszy
dwóch odzianych w pomarańczowe szaty tybetańskich mnichów. Prowadzili
prelekcję na temat tajników medytacji i oświecenia. Emanowały od nich
kojący spokój i naturalna swoboda. Oczy skrzyły im dobrym humorem, jakby
opowiadali niekończący się żart. "Wszystko jest piękne, nic nie ma
znaczenia" - zdawało się, że nam mówią. Gdy ich słowa wpływały do głowy
młodzieńca (w większości wypuszczane drugim uchem), jego umysł wrzał od
natłoku myśli.
Jeden z mnichów zaczął mówić o wolności wewnętrznej, która jest owocem
głębokiej medytacji. Skorzystał z analogii: "Człowieka można zamknąć w więziennej celi, pozornie zniewolić, a jednak może on pozostać w duchu
wolny. Nikt nie jest w stanie odebrać mu tej wewnętrznej wolności".
Student zerwał się ze swojego miejsca w gwałtownym proteście. "Jak
możecie mówić coś takiego? Więzienie to więzienie. Niewola to niewola.
Nie ma prawdziwej wolności, kiedy ktoś przetrzymuje cię wbrew twojej
woli!" Tknięty został jakiś czuły punkt, co wywołało reakcję
nieproporcjonalną do skromnej figury retorycznej użytej przez
prelegenta.
Drugi mnich przyjacielsko uśmiechnął się do gniewnego młodego człowieka.
"Dobrze jest kwestionować słowa swoich nauczycieli" - powiedział z ujmującą szczerością i bez krzty ironii. Mnisi kontynuowali prelekcję,
pomijając ten incydent, tak jak rzeka opływa skalny ostaniec w swoim
korycie.
Czterdzieści lat później pewnego dnia w 2009 roku. Dawny rozemocjonowany
student jest teraz troszkę mądrzejszy i dalece bardziej wyciszony.
Prowadzi dynamiczną i prężnie rozwijającą się firmę wydawniczą Dragon
Door Publications - forum dla ludzi obdarzonych pasją kultywowania
fizycznej doskonałości ciała.
Będąc tym wydawcą, stoję właśnie na progu zaprezentowania światu jednej
z najbardziej ekscytujących książek, jakie kiedykolwiek czytałem. Jest
to książka o więzieniu. Jest to książka o wolności. Jest to książka o przetrwaniu. Jest to książka o człowieczeństwie. Jest to książka o sile
i mocy. Jest to książka, która winna trafić do rąk wojskowych,
policjantów, ratowników i wszystkich, którzy stoją na straży
bezpieczeństwa kraju. Jest to książka, która winna zaistnieć w szkołach
i na uczelniach. Jest to książka dla profesjonalnego sportowca i dla
sflaczałego urzędnika. Książka dla matek samotnie wychowujących dzieci.
Książka dla włóczęgów, którzy chcą odwrócić bieg ziaren piasku. Książka
dla każdego, kto dąży do poznania tajemnic siły przetrwania.
Jest to książka napisana przez byłego więźnia - człowieka pozbawionego
wolności na okres ponad dwudziestu lat; człowieka osadzonego w jednych z najostrzejszych zakładów karnych w USA. Zmuszonego do wyrobienia siły
przez brutalne wymogi fizycznego przetrwania. Człowieka pozbawionego
wszystkiego oprócz ciała i umysłu, zdecydowanego rozwijać się wbrew
wszelkim przeciwnościom i stworzyć sobie osobistą przestrzeń wolności;
przestrzeń, której nikt nie byłby w stanie mu wydrzeć: wolność silnego
ciała i silnego umysłu.
Jest to książka pt. Skazany na trening. Zaprawa więzienna. Jak to?
Więzienna zaprawa? Dlaczego renomowana firma wydaje książkę o takim
tytule? Przecież sugeruje on obleśne fetowanie kryminalnego półświatka,
nieprzystające do rangi elitarnego wydawnictwa sportowego.
Wielu czołowych amerykańskich ekspertów od sportu czytało
przedpremierowe egzemplarze recenzyjne tej książki - i zachwycali się
jej treścią. Niejeden wręcz nie mógł wyjść z podziwu nad nią. Ale wielu
raził i mierził tytuł. "John, treść jest znakomita. Zasługuje na lepszy
tytuł. Ta książka powinna trafić do rąk każdego żołnierza, każdego
funkcjonariusza sił porządku. Rodzice powinni dawać ją swoim dzieciom...
Ale ilu z nich ją przeczyta z takim tytułem?"
Przyznaję, że miałem momenty wahania. Nie co do książki, ale co do
tytułu. Czy wystawię czytelników - a także autora, Paula Wade'a - do
wiatru, pozwalając na taki tytuł? Czy słowa te zniechęcą setki tysięcy
ludzi, którzy mogliby skorzystać ze strategii treningu zaprezentowanych
na tych stronach? Czy tytuł sprawi, że ta nadzwyczajna sekretna wiedza
trafi zaledwie do garstki entuzjastów, którzy dostrzegą perfekcyjność
systemu "wielkiej szóstki" Paula, a nie dadzą się zrazić tytułowi?
Jednak im więcej o tym myślałem, tym bardziej byłem pewny, że tytuł musi
pozostać. Ponieważ książka jest właśnie o więziennej zaprawie - o systemie treningu siły i zdolności przetrwania zrodzonym z realiów
jednego z najbardziej niebezpiecznych środowisk, w jakich można umieścić
człowieka. Książka ta mówi, jak podnieść swoją siłę i sprawność do
takiego poziomu, by w zestawieniu z nimi żadnemu drapieżnikowi nie
przeszło nawet przez myśl, aby cię tknąć. Mówi o tym, jak stworzyć wokół
siebie aurę siły i mocy, która posyła dobitny i jednoznaczny sygnał do
układów limbicznych innych ludzi: "Nawet o tym nie myśl!".
Zatytułowanie tej skarbnicy wiedzy w jakikolwiek inny sposób
wyrządziłoby jej wielką krzywdę. Sorry, nie mogę tego zrobić. Trzeba, by
biło po oczach jej główne przesłanie: istnieje taka WOLNOŚĆ, której
człowiekowi nie daje się odebrać bez względu na to, w jak ciasnym
karcerze zostanie odizolowany. Jest to wolność kultywowania cudu
własnego ciała i umysłu niezależnie od uwarunkowań otoczenia. Paul Wade
przedstawia zarówno zdumiewające świadectwo tej prawdy, jak i praktyczny
plan, w jaki sposób i ty możesz dojść do takiego poziomu mistrzostwa
fizycznego i mentalnego.
Zagłęb się w treść tej książki, a szybko się przekonasz, że absolutnie
nie jest to próba nobilitacji bandziorskiego świata, nie jest to
książkowy odpowiednik ulicznego rapu. W rzeczywistości lektura ta
sprawi, że z całych sił będziesz sobie życzył nigdy, przenigdy nie
znaleźć się tam, gdzie trafił Paul. Ale jednocześnie zainspiruje cię do
osiągnięcia wyżyn sprawności fizycznej, które teraz, być może, wydają ci
się niebotyczne.
Przychodzi też druga refleksja: ponieważ wiedza ta trafia do nas od
byłego więźnia, czy jest w jakiś sposób skażona? Jeśli np.
funkcjonariusz policji albo nauczyciel wychowania fizycznego w liceum
skorzystają z systemu Paula i wzniosą się na bezprecedensowy poziom siły
i sprawności, czy w pewnym sensie nie zbrukają się, nie zdradzą etosu
swojego zawodu, czerpiąc wiedzę od byłego skazańca? Moim zdaniem nie.
Inaczej bowiem negowalibyśmy jedną z wielkich duchowych prawd zawartych
w tej książce: "nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni". A także
negowalibyśmy fundamentalny przekaz nadziei płynący z kart książki: że
każdy człowiek ma szansę na odkupienie, bez względu na to, jak czarna
była jego przeszłość.
Niedawno próbowałem przekonać swojego osiemnastoletniego syna Petera do
wielkiej postaci rocka, którą uwielbiałem, będąc w jego wieku - Lou
Reeda. Jego reakcja po wysłuchaniu kilku taktów śpiewanych przez Lou
Reeda i The Velvet Underground była jednoznaczna: "Tato, może być tylko
jeden Bob Dylan". Choć nie zgodziłem się z Peterem na temat Lou, w istocie wyraził celną uwagę. Dylan był idolem Lou Reeda i ponieważ
rzeczywiście "jest tylko jeden Bob Dylan", piosenkarz robił, co mógł, by
wykreować swoją odrębność. Według mnie ta wyjątkowa sztuka mu się udała.
"Jest tylko jeden Lou Reed" - że tak powiem.
W ciągu swojej kariery wydawniczej miałem to wielkie szczęście, by
przedstawić światu 3 wybitnych autorów: Pavla Tsatsouline'a, Oriego
Hofmeklera i Marty'ego Gallaghera. Każdy z nich jest postacią
wyjątkowego formatu, co można podsumować w słowach: "jest tylko jeden...".
Może być tylko jeden Pavel. Może być tylko jeden Ori. Może być tylko
jeden Marty.
Dzisiaj mam zaszczyt dodać do tej listy czwartego autora. Może być tylko
jeden Paul Wade.
John Du Cane
dyrektor generalny Dragon Door Publications
1. Wstęp
1. WSTĘP
Droga siły
Wejdź do jakiejkolwiek siłowni niemal w dowolnym miejscu na świecie, a znajdziesz tam tabuny napompowanych
zjadaczy sterydów, którzy uważają się za "silnych facetów", bo mają po
45 cm w obwodzie ramion, wyciskają ciężką sztangę na ławeczce i dobrze
wyglądają w koszulce bez rękawów.
Ilu z nich naprawdę ma siłę?
Ilu z nich dysponuje faktyczną siłą sportową, którą mogą
praktycznie
wykorzystać?
Ilu z nich byłoby w stanie zrobić dwadzieścia idealnych pompek na
jednej ręce?
Ilu z nich ma kręgosłup wystarczająco silny, gibki i sprawny, by
wykonać skłon do tyłu i dotknąć dłońmi podłogi?
Ilu z nich ma moc w kolanach i biodrach, by zejść w przysiadzie do
samego dołu, a potem się podnieść - na jednej nodze?
Ilu z nich potrafiłoby chwycić drążek nad głową i wykonać nienaganne
podciągnięcie jedną ręką?
Odpowiedź brzmi: prawie nikt. W siłowni nie znajdzie się dziś niemal
żaden kulturysta, który byłby w stanie wykonać te proste ćwiczenia z masą własnego ciała. Niemniej ów napakowany pozer, kroczący dumnie jak
paw po posadzce typowej siłowni, traktowany jest przez media i opinię
publiczną jako ucieleśnienie siły i sprawności.
Typ kulturysty stał się powszechnie przyjętą miarą najwyższego poziomu
kondycji. Dla mnie zakrawa to na szaleństwo. Co to za różnica, ile
kilogramów, jak twierdzisz, jesteś w stanie dźwignąć w siłowni czy na
specjalnej maszynie? Jak można uważać kogoś za silnego, jeśli nie
potrafi poruszać nawet własnym ciałem tak, jak przystosowała je do tego
natura?
Nabieranie siły
Przeciętny bywalec siłowni nastawia się wyłącznie na wygląd, nie na
umiejętność. Masa, nie funkcja. Mężczyźni ci mogą mieć wielkie,
sztucznie rozdęte ręce i nogi, ale wszystko to ogranicza się do tkanki
mięśniowej - tymczasem ścięgna i stawy są słabe. Każ przeciętnemu
mięśniakowi zrobić głęboki przysiad na jednej nodze (tyłkiem do ziemi),
a więzadła w kolanach prawdopodobnie pękną mu na dwoje. Bez względu na
to, jak wielką siłą dysponuje kulturysta, nie jest on w stanie
spożytkować jej w skoordynowany sposób - jeśli poprosi się go o przejście kilku metrów na rękach, wywali się jak długi na ziemię.
Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, gdy widzę całe nowe pokolenie
mężczyzn wmanewrowanych w płacenie fortuny za drogie karty klubowe do
siłowni oraz za ciężarki i różne gadżety treningowe - wszystko w nadziei, że nabiorą siły. Z jednej strony chce mi się śmiać, bo
podziwiam kuglarski trik sam w sobie; to maestria naciągania. Przemysł
kulturystyczny zbajerował świat, który jest teraz przekonany, że nie
poradzi sobie bez tego całego sprzętu - sprzedawanego bezpośrednio
końcowym klientom lub użyczanego za bajońskie sumy w formie karnetów do
siłowni. A z drugiej strony chce mi się płakać, bo to tragedia.
Przeciętny trenujący człowiek - jeśli nie jedzie na sterydach - notuje z roku na rok tylko nieznaczne przyrosty masy mięśniowej, a jeszcze
mniejszy postęp w realnej sprawności fizycznej.
By wyrobić sobie wielką siłę, nie potrzebujesz ciężarków, linek,
fantazyjnych maszyn ani żadnego innego badziewia, które wytwórcy i marketingowcy wciskają jako nieodzowne. Można zyskać herkulesową siłę -
prawdziwą krzepę i witalność - bez żadnego szczególnego sprzętu. Jednak
by wydobyć z siebie tę moc - moc własnego ciała - musisz wiedzieć, jak
to się robi. Potrzebujesz właściwej metody, sztuki.
Metoda taka istnieje. Opiera się na tradycyjnych, pradawnych formach
treningu, technikach tak starych jak kultura fizyczna. Metoda ta
ewoluowała przez wieki na zasadzie prób i błędów i raz po raz dowodziła
niezawodności w zamienianiu chuderlawych chłopaczków w stalowych
wojowników. Jest to metoda kalisteniki progresywnej, sztuka korzystania
z ludzkiego ciała do maksymalizacji jego własnego rozwoju. Obecnie
kalistenikę traktuje się jako rodzaj aerobiku, treningu obwodowego i wyrabiania wytrzymałości mięśni. Nie jest brana poważnie. Jednak w przeszłości - aż do 2. połowy XX wieku - wszyscy najsilniejsi sportowcy
na świecie nabierali zrębów swej mocy dzięki kalistenice progresywnej,
stając się potężniejszymi z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku
na rok.
Zapomniana sztuka treningu z masą własnego ciała
Niestety nie poznasz zasad tej sztuki w większości siłowni. W nowoczesnym świecie, całkiem niedawno, została ona zaprzepaszczona dla
znakomitej większości sportowców. Bezlitośnie zepchnęła ją poza margines
dziecięca fascynacja plejadą nowych technologii treningowych, które
wyrastały jak grzyby po deszczu w ostatnich kilku dziesięcioleciach - od
chromowanych sztang i hantli przez wyciągi linowe i setki innych
nowinek. Wiedza o tym, jak prawidłowo wykonywać ćwiczenia kalisteniczne,
została wyciszona, niemalże całkiem zduszona przez propagandę
producentów sprzętu sportowego, którzy chcą ci sprzedać twoje własne
prawo do trenowania swojego ciała i umysłu.
Ze względu na ten zmasowany atak tradycyjna sztuka kalisteniki została
zdegradowana i zaklasyfikowana do metod nauki gimnastyki dla dzieci w szkołach. Obecnie pod pojęciem kalisteniki rozumie się najczęściej
pompki, podciąganie na drążku i przysiady. Wszystko to są znakomite
ćwiczenia, ale wykonuje się je z reguły z wysoką liczbą powtórzeń, co
daje wytrzymałość, natomiast niewiele pod względem siły. Tymczasem
prawdziwy mistrz dawnej kalisteniki progresywnej potrafi także budować
żywą siłę maksymalną. Znacznie większą, niż przeciętny człowiek może
spodziewać się wyrobić dzięki sztandze czy maszynie oporowej. Widziałem,
jak faceci wytrenowani według zasad starej szkoły kalisteniki umieli
łamać stalowe kajdanki, rozrywać płot z metalowej siatki czy walnąć
pięścią w ścianę z taką mocą, że wyrywali jej kawałek, krusząc przy tym
cegły.
Jak podobałoby ci się dysponowanie tak niesamowitą siłą? Na stronach tej
książki mogę pokazać ci, jak się ją rozwija, ale nie zyskasz jej przez
chodzenie do siłowni czy wyciskanie setek pompek. Taka pierwotna,
zwierzęca zdolność do uruchomienia mocy własnego ciała płynie tylko z umiejętności praktykowania dawnej kalisteniki.
Jak się tego nauczyłem w więzieniu?
Na szczęście stara szkoła kalisteniki przetrwała. Ale zdołała przetrwać
tylko w tych mrocznych miejscach, gdzie maksymalna siła i moc są
konieczne do tego, by utrzymać się przy życiu; w miejscach, gdzie przez
długi okres sztangi, hantle i inny sprzęt treningowy bywają raczej
niedostępne, o ile kiedykolwiek się tam pojawiają. Miejsca te to
więzienia, zakłady karne, instytucje penitencjarne - najróżniejsze
nazwy, jakimi cywilizowani ludzie obdarzają klatki, w których
bezpiecznie izolują mniej cywilizowanych.
Nazywam się Paul Wade i z przykrością muszę stwierdzić, że wiem wszystko
na temat życia za kratkami. Dostałem się do więzienia stanowego San
Quentin za pierwsze przestępstwo w 1979 roku i aż 19 z następnych 23 lat
spędziłem w jednych z najcięższych więzień Ameryki, w tym w Angola
Penitentiary (znanym jako "Farma") oraz Marion - piekielnej norze, która
zastąpiła Alcatraz.
Znam też starą szkołę kalisteniki; być może lepiej niż ktokolwiek ze
współcześnie żyjących. W trakcie odsiadki zyskałem sobie ksywkę
Entrenador, co znaczy po hiszpańsku "trener", bo wszystkie żółtodzioby i nowy narybek przychodzili do mnie dowiedzieć się, jak zyskać
niewiarygodną moc w superszybkim tempie. Zgarnąłem w ten sposób mnóstwo
przywilejów - i rzeczywiście na nie zasłużyłem, bo moje techniki
działają. Sam doszedłem do poziomu, na którym mogę zrobić ponad tuzin
pompek w staniu na jednej ręce bez podparcia. Nie widziałem, by
ktokolwiek powtórzył ten wyczyn, nawet gimnastycy olimpijscy. Sześć razy
z rzędu wygrywałem organizowane dorocznie przez osadzonych mistrzostwa
więzienia Angola w pompkach i podciąganiu się, mimo że pracowałem przez
cały dzień fizycznie na czynnej farmie (był to sposób na zredukowanie
potencjalnych problemów w więzieniu - osadzeni poddani pracy na farmie
byli generalnie zbyt wyczerpani pod koniec dnia, by zaczepiać
strażników). W 1987 roku zająłem nawet 3. miejsce w mistrzostwach w trójboju siłowym zakładów penitencjarnych Kalifornii - mimo że nigdy nie
trenowałem ze sztangą! (Wystartowałem ze względu na zakład). Przez
więcej lat, niż chce mi się liczyć, dzięki swojemu systemowi treningu
byłem twardszy fizycznie i o głowę z ramionami silniejszy od
przeważającej większości psycholi, recydywy i innych pokręconych gości,
wśród których musiałem się obracać przez dwie dekady. A większość z tych
kolesi trenowała - i to ostro. Nie poczytasz o ich metodach ani
osiągnięciach w pismach kulturystycznych, ale wśród skazanych są jednymi
z najbardziej zdumiewających zawodników.
Rząd pojedynczych cel. Nie ma bardziej samotnego miejsca na ziemi.
Przez cały okres, który spędziłem w pudle, byłem prawdziwym fachmanem,
jeśli chodzi o wyrabianie i utrzymywanie siły i maksymalnej ogólnej
odporności. Ale nie znaczy to, że nauczyłem się tego fachu w lśniącej od
chromowanego sprzętu siłowni, otoczony przez opalonych pozerów i kociaki
w obcisłych kostiumikach. Nie nabyłem swoich kwalifikacji w ciągu
trzytygodniowego kursu korespondencyjnego, jak większość dzisiejszych
"trenerów osobistych". A już na pewno nie jestem jakimś zafajdanym
autorem, który nigdy w życiu sam się nie spocił, jak wielu ludzi, którzy
zmyślają obecnie książki o "fitnessie" i "bodybuildingu".
Nie jestem też urodzonym atletą. Kiedy 1. raz znalazłem się za kratkami
- zaledwie w 3 tygodnie po 21. urodzinach - ważyłem 65 kg razem z ubraniami. Przy wzroście 185 cm moje długie dyndające ręce były cienkie
jak patyczki i mniej więcej dwa razy od nich słabsze. Po kilku
odrażających wydarzeniach zaraz na początku nauczyłem się, że
wyzyskiwanie każdej słabości przychodzi innym więźniom równie naturalnie
jak oddychanie. Zastraszenie jest chlebem powszednim w norach, w których
się znalazłem. A ponieważ nie uśmiechało mi się bycie czyjąś dmuchaną
lalką, uświadomiłem sobie, że najpewniejszym sposobem zejścia z linii
strzału jest rozrośnięcie się, i to szybko.
Miałem szczęście, bo po kilku tygodniach w San Quentin umieszczono mnie
w jednej celi z byłym komandosem Navy SEALs. Miał znakomitą kondycję po
służbie wojskowej i nauczył mnie podstawowych ćwiczeń kalistenicznych:
pompek, podciągnięć i głębokich przysiadów. Wcześnie przyswoiłem sobie,
jak wykonywać te ćwiczenia w dobrym stylu technicznym, a trening z komandosem przez kilka miesięcy wrzucił mi trochę mięsa na kości.
Codzienne ćwiczenie w celi zapewniło mi wielką wytrzymałość i wkrótce
byłem w stanie wykonywać po 100 powtórzeń niektórych ćwiczeń. Jednak
nadal chciałem się rozrastać i nabierać siły, toteż wszędzie gdzie
mogłem zbierałem informacje o tym, jak tego dokonać. Uczyłem się od
każdego, kogo znajdowałem - a zdziwiłbyś się, jaki przekrój ludzi można
spotkać na odsiadce: gimnastyków, żołnierzy, ciężarowców olimpijskich,
zawodników sztuk walki, gości od jogi, zapaśników, nawet kilku lekarzy.
W tamtym okresie nie miałem dostępu do siłowni. Trenowałem sam w celi
bez żadnego sprzętu. Musiałem więc wymyślić, jak zrobić sobie siłownię z własnego ciała. Trening stał się moją terapią, moją obsesją. W 6
miesięcy znacząco przybyło mi ciała i siły, a po roku byłem jednym z najsprawniejszych fizycznie facetów w mamrze. Wszystko to zawdzięczam
wyłącznie dawnej tradycyjnej kalistenice. Po drugiej stronie murów te
formy ćwiczeń praktycznie wymarły, ale w więzieniach wiedza o nich była
przekazywana z pokolenia na pokolenie. Przetrwała ona tylko w środowisku
więziennym, ponieważ z reguły brakuje tu innych opcji treningowych,
które mogłyby odciągać od tych ćwiczeń. Nie ma pilatesu, nie ma
aerobiku. W mediach dużo mówi się teraz o urządzaniu sal gimnastycznych
w więzieniach, ale wierzcie mi, jest to naprawdę nowinka i jeśli już
taka sala istnieje, to jest słabo wyposażona.
Jednym z moich mentorów był skazany na dożywocie Joe Hertigen. Kiedy go
poznałem, miał 71 lat i odsiadywał 4. dekadę. Mimo wieku i licznych
urazów trenował w celi każdego ranka. Był silny, cholernie. Widziałem,
jak robi podciągnięcia z obciążeniem, zaczepiając się tylko na palcach
wskazujących obu rąk. A jego popisowym numerem były pompki na jednej
ręce, do których robienia opierał się na samym kciuku - w jego wykonaniu
wyglądały jak bułka z masłem. Joe wiedział więcej o prawdziwym treningu,
niż większość "specjalistów" będzie wiedzieć kiedykolwiek. Rozrósł się w starych siłowniach, pamiętających 1. połowę XX wieku, kiedy większość
ludzi nie słyszała jeszcze o sztangach ze zmiennym obciążeniem. Tamci
faceci korzystali głównie z ćwiczeń z ciężarem własnego ciała - technik,
które dziś uznawalibyśmy za element gimnastyki, nie bodybuildingu czy
treningu siłowego. Kiedy podnosili zaś "ciężary", nie robili tego
rozparci na wygodnych, regulowanych maszynach; chwytali wielkie,
nieporęczne obiekty, jak napełnione beczki, kowadła, wory z piaskiem,
albo ludzi. Takie podnoszenie ciężarów wymaga odwołania się do
umiejętności, które umykają dzisiejszym siłowniom - mocarnego uchwytu,
siły ścięgien, refleksu, równowagi, koordynacji oraz nadludzkiego
samozaparcia i samodyscypliny.
Tego typu trening - wykonywany prawidłowo, z odpowiednim know-how -
sprawiał, że dawni siłacze naprawdę mieli się czym poszczycić. W latach
30. Joe ćwiczył w St. Louis z jednym z najsłynniejszych siłaczy
wszechczasów Josephem Greensteinem1, zwanym The Mighty
Atom (Mocarny Atom). Mierzący zaledwie 162 cm wzrostu i ważący 63 kg
Atom był fenomenem. Na co dzień zdobywał się na wyczyny, które
rozłożyłyby na łopatki dzisiejszych kulturystów. Wyrywał się z żelaznych
łańcuchów, gołymi rękoma wbijał gwoździe w sosnowe deski oraz przegryzał
monety na pół. Podczas pewnego pokazu w 1928 roku uniemożliwił start
samolotu, trzymając go na linie; nie chciało mu się nawet używać rąk -
lina była przywiązana do jego włosów! W odróżnieniu od obecnych narkoli
siłownianych Atom był silny pod każdym względem i mógł dowieść tego w każdych okolicznościach. Słynął z tego, że potrafił zmienić koło w samochodzie, nie korzystając z żadnych narzędzi. Gołymi rękoma odkręcał
śruby, po czym unosił samochód i wsuwał koło zapasowe. W połowie lat 30.
zaczepiło go sześciu gburowatych kowboi, których poturbował tak mocno,
że cała szóstka powędrowała do szpitala. Na szczęście nie trafił do
więzienia, ale znany był z wyginania stalowych prętów krat, jakby były
to szpilki do włosów.
Takie fenomenalne wyczyny były w zasięgu możliwości ludzi w czasach
przed sterydami. Podobnie jak Joe, Atom nie potrzebował szpanerskich
środków pobudzających przyrost masy mięśniowej, a w konsekwencji
zachował zdumiewającą siłę aż do starości. Występy w roli siłacza dawał
jeszcze w wieku 80 lat.
W trakcie spotkań na spacerniaku Joe raczył mnie opowieściami o takich
dokonaniach przedwojennych siłaczy, których poznał osobiście i z którymi
trenował - światowej klasy atletów, których nazwiska spowija dziś mrok
historii. Miałem też szczęście dowiedzieć się sporo o filozofii ich
treningu. Joe podkreślał np., że wielu z nich koncentrowało się na
ćwiczeniach z masą ciała. Popisywali się siłą, wywierając ją na
zewnętrzne przedmioty, takie jak gwoździe czy beczki, ale w wielu
wypadkach budowali ją przez kontrolę swego ciała. Joe nie znosił sztang
i hantli. "Chłopaki są dzisiaj takimi frajerami, próbując urosnąć na
sztangach i hantlach" - mówił mi często podczas posiłku w jadalni.
"Najpiękniejszą sylwetkę wyrabia się, używając własnego ciała. Tak
ćwiczyli starożytni atleci greccy i rzymscy, a spójrz na mięśnie
klasycznych posągów z ich czasów. Ci wyrzeźbieni faceci są więksi i lepiej rozwinięci niż wszyscy dzisiejsi naszpikowani chemią frajerzy".
To prawda. Popatrz tylko na takie posągi jak Herkules Farnezyjski czy
kopia Grupy Laokoona, dziś w Muzeach Watykańskich. Atleci, którzy
pozowali do tych rzeźb, byli bajecznie muskularni i bez problemu
wygraliby współczesne zawody kulturystyczne. Tymczasem sztanga z regulowanym obciążeniem została wynaleziona dopiero w XIX wieku. Jeśli
wciąż jesteś nieprzekonany, przyjrzyj się współczesnemu gimnastykowi. W trakcie treningu mężczyźni ci korzystają niemal wyłącznie z masy swego
ciała, a są zbudowani tak, że zawstydziliby niejednego kulturystę.
Joego nie ma już wśród nas, jednak przyrzekłem mu, że to, co najlepsze z jego wiedzy o treningu, nie zginie. Wielka część tej skarbnicy znajduje
się w niniejszej książce. Spoczywaj w pokoju, Joe.
"Ci wyrzeźbieni faceci są więksi i lepiej rozwinięci niż wszyscy
dzisiejsi naszpikowani chemią frajerzy".
Popatrz tylko na takie posągi jak Herkules Farnezyjski czy kopia
Grupy Laokoona.
Od ucznia do nauczyciela
Można bezpiecznie stwierdzić, że w ciągu wszystkich lat odsiadki miałem
okazję widzieć dosłownie tysiące więźniów, którzy trenowali w dołku do
ćwiczeń z ciężarkami na placu (jeśli był taki w więzieniu) albo bez
żadnego sprzętu w celi. Rozmawiałem z wielką liczbą prawdziwych
weteranów - nieraz elitarnych zawodników - dla których trening był
religią, sposobem na życie. Przez te wszystkie lata poznałem ogrom
szczegółowych wskazówek i zaawansowanych ćwiczeń, które powoli włączałem
do własnego systemu. Można bez przesady powiedzieć, że dzięki więzieniu
uzyskałem wykształcenie treningowe jak mało kto. Niemniej życie za
kratami nie jest kolorowe ani bezpieczne. Nie dawałem sobie ani jednego
dnia odpoczynku; zawsze przekładałem zdobywaną wiedzę na ból i wylany
pot, eksperymentując na sobie. W rezultacie wszyscy wiedzieli, że jestem
w doskonałej formie i mam hopla na punkcie ćwiczeń. Każdy incydent, w który byłem zamieszany, kończył się bardzo szybko, bo byłem wybuchowy i w świetnej kondycji.
Z czasem wszystko to otoczyło mnie swoistym nimbem, który sprawiał, że
cieszyłem się znacznie większym szacunkiem, niż byłoby to bez treningu.
Za tryb swojego życia i osiągnięcia zdobyłem nawet pewien podziw ze
strony strażników. W latach 90. przebywałem w Zakładzie Karnym Marion,
który był całkowicie zamknięty po zabójstwie dwóch strażników (pisząc
"całkowicie zamknięty", mam na myśli, że wszyscy osadzeni pozostawali w pojedynczych celach przez 23 godziny na dobę każdego dnia). By zdławić w zarodku wszelkie potencjalne kłopoty, strażnicy co 40 minut robili
obchód. Krążył wtedy po więzieniu żart, że gdy strażnicy zobaczą, że
robię pompki, i przyjdą za 40 minut, nadal będę robił tę samą serię.
W ostatnich latach w pudle ta reputacja sportowca powodowała, że
codziennie dostawałem kolejne prośby o trenowanie kogoś, zwłaszcza
nowych. Wszyscy oni słyszeli, że potrafię szybko i niedrogo zrobić z każdego twardziela. Chcieli poznać tajniki zapomnianej (zapomnianej po
drugiej stronie kratek!) sztuki budowania potężnych mięśni i wytrzymałości w połączeniu z realną, nagą, zwierzęcą siłą - a wszystko
bez sprzętu, bo większość z tych gości stała zbyt nisko w więziennej
hierarchii, by dopchać się do ciężarków na placu.
W trakcie odsiadki trenowałem setki skazanych. Dało mi to wielkie
doświadczenie, którego nie mógłbym zdobyć, ćwicząc tylko sam. Pozwalało
mi to obserwować zastosowanie moich technik u ludzi o rozmaitej budowie
ciała i przemianie materii. Wiele nauczyłem się o mentalnych aspektach
treningu, o motywacji oraz indywidualnym nastawieniu, które odróżnia
jednego ucznia od innego. Obmyśliłem zasady, które pozwalały mi szybko
dopasowywać moje metody do potrzeb poszczególnych osób. Dzięki temu
miałem możliwość doprecyzowania swojego systemu oraz posegregowania
wiedzy w taki sposób, by dawała się łatwo przyswoić przez każdego,
niezależnie od jego poziomu.
Książka, którą trzymasz teraz w rękach - a na której trzon składa się
mój tajny "podręcznik treningu", ułożony jeszcze za kratami - jest
owocem tych niezliczonych godzin nauczania. To moje dziecko. I system
ten działa. Zresztą mój system musiał działać! Gdyby nie udało mi się
wytrenować kogoś na stuprocentowego twardziela, konsekwencją nie byłoby
spalenie przez niego podejścia na turnieju czy zajęcie zaledwie 2.
miejsca w zawodach kulturystycznych. Więzienie to nie bajka. Tam siła i szczytowa forma są konieczne do tego, żeby po prostu przeżyć. Bycie
słabym (lub postrzeganym jako słaby) może w więzieniu oznaczać dosłownie
śmierć. A wszyscy moi podopieczni są wciąż żywi i w formie - dziękuję
wam!
Światła gasną
Mógłbym napisać całą książkę o tym, jak ważna może być w więzieniu siła
i aura mocy, roztaczana przez samca w pierwotnym środowisku. Możliwe, że
kiedyś o tym napiszę. Ale ta książka nie jest na temat życia w więzieniu. To książka o treningu fizycznym. Wspomniałem o pewnych
doświadczeniach więziennych tylko po to, by spróbować pokazać brutalne,
wyizolowane i przeniknięte swoistymi tradycjami otoczenie, w którym
przetrwały dawne techniki treningu. Nie musisz dać się zamknąć, żeby
skorzystać z systemu opisanego w tej książce. Absolutnie nie. Jednak
można się spokojnie założyć, że skoro moja metoda wyrabiania kondycji
sprawdza się w wypadku zawodników w najdrastyczniejszym, najbardziej
złowrogim środowisku znanym człowiekowi - w więzieniu - sprawdzi się też
u ciebie.
2. Stara szkoła kalisteniki
2. STARA SZKOŁA KALISTENIKI
Utracona sztuka mocy
Słowa "kalistenika" nie słyszy się już
często w kręgach sportów siłowych; wielu trenerów osobistych mogłoby
mieć nawet trudności z jego ortograficznym zapisaniem. Słowo to było w użyciu w języku angielskim przynajmniej od XIX wieku, ale ma znacznie
dawniejsze pochodzenie. Wywodzi się od greckich rdzeni: kallos, czyli
piękno, oraz sthenos, czyli siła.
Kalistenika to zasadniczo sztuka wykorzystywania masy własnego ciała
oraz zjawiska bezwładności jako środków rozwoju fizycznego. Moją
"więzienną zaprawę" można określić jako zaawansowaną formę kalisteniki,
opracowaną w celu maksymalizacji siły i sprawności sportowej. Obecnie
większość ludzi w Ameryce kojarzy kalistenikę co najwyżej z wysokopowtórzeniowymi pompkami, spinami oraz mniej wymagającymi
ćwiczeniami, takimi jak pajacyk czy bieganie w miejscu. Kalistenika
stała się opcją drugiego wyboru, treningiem obwodowym "dla ubogich", coś
jak ćwiczenia aerobiku. Ale nie zawsze tak było.
Pradawna sztuka treningu z masą ciała
Od dawna wiedziano, że prawidłowo wykonywane ćwiczenia z masą własnego
ciała kształtują muskularną sylwetkę i rozwijają wielką siłę. Już w czasach prehistorycznych, gdy pierwsi ludzie starali się wyrabiać i demonstrować moc fizyczną, czynili to, prezentując kontrolę nad swoim
ciałem - podciągając się, zginając kolana i skacząc czy odpychając ciało
siłą kończyn od powierzchni ziemi. Czynności te wyewoluowały ostatecznie
w system, który zwiemy dziś sztuką kalisteniki.
Kalistenika nigdy nie była postrzegana przez starożytnych jako metoda
treningu wytrzymałościowego; był to przede wszystkim trening siły.
System ten wykorzystywali najlepsi wojownicy do wyrobienia maksymalnej
siły bojowej oraz budzącej trwogę muskulatury.
Jedno z pierwszych świadectw kalisteniki przekazał nam starożytny
historyk Herodot, który podaje, że przed bitwą pod Termopilami (ok. 480
roku p.n.e.) król-bóg Kserkses I wysłał na rekonesans grupę zwiadowczą.
Żołnierze mieli spojrzeć w głąb wąwozu na dalece mniej liczne oddziały
Spartan, wiedzione przez króla Leonidasa. Po ich powrocie zadziwiony
Kserkses usłyszał z ust zwiadowców, że wojowie Sparty zajęci są
kalistenicznymi ćwiczeniami ciała. Król nie posiadał się ze zdumienia,
gdyż wszystko wskazywało, że szykują się do bitwy. Śmiechu warte, skoro
u wejścia do wąwozu rozłożyła się armia perska w liczbie ponad 120 tys.
mężczyzn. Spartan było zaś 300.
Kserkses wysłał do nich posłańców z wieścią, że mają się usunąć lub
zostaną zmieceni. Spartanie odmówili spełnienia ultimatum, a w trakcie
bitwy, która się wywiązała, zdołali powstrzymywać armię perską przez 3
dni, aż do czasu przegrupowania innych greckich oddziałów. Być może
widziałeś sceny z tej bitwy w epickim filmie Zacka Snydera pt. 300
(2007).
Spartan do dziś powszechnie uważa się za jednych z najtwardszych
wojowników w historii ludzkości.
Spartanie są do dziś powszechnie uważani za jednych z najtwardszych
wojowników w historii ludzkości, a jak widać, nie wstydzili się uprawiać
treningu kalistenicznego. W istocie ta starożytna metoda treningu była
fundamentem ich nadzwyczajnego przygotowania bojowego. Zresztą Spartanie
nie byli jedynymi w starożytności, którzy pokładali taką wiarę w kalistenice. Jak udokumentował to Pauzaniasz, wszyscy wielcy atleci
greckich igrzysk olimpijskich - w tym znamienici bokserzy, zapaśnicy i siłacze antycznego świata - trenowali według wskazań kalisteniki. Na
zachowanych fragmentach attyckiej ceramiki, mozaik i reliefów
architektonicznych widzimy liczne sceny, które jednoznacznie ukazują
ćwiczenia kalisteniczne. Z obrazów tych, wzorowanych na uczestnikach
igrzysk (zawodnikach, którzy dochodzili do swego poziomu sprawności
dzięki kalistenice), wywodzi się ideał ludzkiego ciała, który znamy dziś
pod poetycką nazwą: "grecki bóg".
Grecy rozumieli, że praktykowanie kalisteniki pozwala na rozwój pełni
potencjału ciała - nie w odrażający, rozdęty sposób, jak u współczesnych
kulturystów, lecz z zachowaniem doskonałych proporcji, współbrzmiących z naturalną estetyką. Trening ten płynnie prowadzi do takiej harmonii,
ponieważ stawiany ciału opór w postaci tegoż ciała nie jest ani zbyt
mały, ani zbyt wielki. To poziom oporu doskonale dobrany przez samą
Matkę Naturę. Grecy zdawali sobie też sprawę, że kalistenika prowadzi
nie tylko do ogromnej siły i atletycznej budowy, ale również do gracji
ruchu i piękna fizycznego kształtu. Taki jest właśnie sens terminu
"kalistenika", utworzonego z greckich słów "piękno" i "siła".
Sztuka treningu kalistenicznego - wraz z wieloma innymi umiejętnościami
- została przekazana przez Greków ich następcom, Rzymianom. Choć armia
rzymska była ucieleśnieniem niezrównanej organizacji militarnej,
największe mistrzostwo kunsztu atletycznego przypadło gladiatorom -
wojownikom, zmagającym się na arenach przed publicznością. Rzymski
historyk Liwiusz opisał, jak ci wojowie trenowali dzień w dzień w ludi
(obozach kondycyjnych), wykonując ćwiczenia z masą własnego ciała, które
dziś zaliczylibyśmy do zaawansowanej kalisteniki. Przez ciągłe
powtarzanie różnych ruchów gladiatorzy wyrabiali sobie taką siłę, że
wśród ludu szeptano pogłoski, że są oni nieprawymi potomkami
śmiertelnych kobiet i Tytanów - mocarnych gigantów, którzy w czasach
przed powstaniem ludzkości toczyli boje z samymi bogami.
Niewyobrażalna wytrzymałość fizyczna, zapewniona gladiatorom przez
kalistenikę, w połączeniu z wyszkoleniem w rzemiośle wojennym
doprowadziła w I wieku p.n.e. nieomal do upadku imperium, gdy Spartakus
wzniecił wraz z innymi gladiatorami powstanie i zagroził porządkowi
rzymskiemu. Czołowi wojownicy armii powstańców byli tak silni fizycznie,
że mimo słabego uzbrojenia i ogromnej przewagi liczebnej Rzymian
dziesiątkowali cesarskie legiony.
Niewątpliwie starożytni mieli wiele różnych systemów treningu
kalistenicznego. Z zachowanych opisów oraz ilustracji wynika, że
ćwiczenia z masą własnego ciała wykonywane przez tych legendarnych
wojowników i atletów mają niewiele wspólnego z tym, co zwie się
kalisteniką dzisiaj. Daleki od stosunkowo miękkiego treningu typu
aerobik, system ich bardziej przypominał współczesną gimnastykę
wyczynową i był bezsprzecznie nastawiony na progresywny rozwój siły i sprawności.
Tradycja siły
Ta forma treningu fizycznego przetrwała upadek antycznych cywilizacji o całe wieki. Przez większą część historii ludzkości przyjmowano jako
oczywiste, że najlepszą metodą, dzięki której atleta może pomnażać swą
siłę, jest odpowiednia manipulacja masą własnego ciała zgodnie z zasadą
rosnącego obciążenia.
Stulecia płynęły, a wiedza starożytnych pozostawała żywa w obozach
szkoleniowych armii Bliskiego Wschodu. Do Europy wróciła z nową mocą w okresie wypraw krzyżowych, niczym na poły zapomniany dawny znajomy,
ponownie przedstawiony wojowniczym Europejczykom. Wiadomo, że lwią część
szkolenia giermka, zanim zostawał rycerzem, stanowiło przygotowanie
fizyczne. Istnieje niemało świadectw, że przygotowanie to opierało się
na kalistenice. Na kartach iluminowanych manuskryptów oraz na arrasach
widzimy, jak giermkowie wykonują podciągnięcia (korzystając z gałęzi
drzew lub z drewnianych stelaży), a także ćwiczenia siłowe w pozycji
odwróconej, przypominające pompki w staniu na rękach.
Fakt, że średniowieczni wojownicy odbywali trening siłowy - setki lat
przed wynalezieniem sztang i hantli - nie podlega dyskusji. Rycerze
zachodnich armii średniowiecza dysponowali wręcz niewiarygodną siłą.
Ówcześni komentatorzy twierdzili, że doborowi łucznicy Henryka V są tak
silni, że potrafią wyrywać drzewa z korzeniami. Mógł być w tym element
propagandy, jednak ocenia się, że w późniejszych monstrualnych łukach
wydobytych z zatopionego statku "Mary Rose" Henryka VIII siła naciągu
cięciwy dochodziła do 90 niutonów (kg - m/s?). Dzisiejsi łucznicy nie
byliby w stanie posługiwać się takim sprzętem.
Przez cały okres renesansu te dawne metody zachowywały się w ramach
szkolenia wojskowego, a szerzej upowszechniane w Europie były za sprawą
wędrownych grajków, akrobatów i żonglerów, którzy zarabiali na chleb,
demonstrując wyczyny siłowe i gimnastyczne na dworach oraz podczas
jarmarków w miasteczkach i wioskach. Umiejętności te dalej szerzyły się
w erze oświecenia, kiedy ceniono wszelką wiedzę na każdy temat jako
wartościową dla człowieka.
Również w XIX wieku ćwiczenia siłowe z masą ciała były powszechnie
szanowane. W istocie, jeśli klasyczny okres starożytnej Grecji można
określić jako złoty wiek kultury fizycznej, nie ma wątpliwości, że 2.
połowę XIX wieku należy uznać za kolejny złoty wiek. We wszystkich
zakątkach gwałtownie rozwijającego się świata specjaliści w zakresie
zdrowia dostrzegali i zaczynali naukowo dokumentować nieocenioną wartość
treningu z masą ciała. W Prusach legendarny dowódca wojskowy Friedrich
Ludwig Jahn zaczął formalizować praktykę treningu z masą ciała oraz
minimalnym wykorzystaniem zaprojektowanego przez siebie sprzętu: drążka,
poręczy równoległych, konia i równoważni. Powstała dyscyplina znana nam
dziś jako gimnastyka sportowa.
Tradycja wędrownych pokazów siły i akrobacji przetrwała w cyrku, dając
początek erze siłaczy. W Europie i Ameryce pojawiły się dziesiątki
fenomenalnych atletów. Z okresu tego pochodzą takie sławy jak Arthur
Saxon, G. W. Rolandow i Eugen Sandow (na potężnej posturze tego
ostatniego wzorowana jest statuetka zawodów Mr. Olimpia - najbardziej
prestiżowa nagroda w dzisiejszej kulturystyce). Ludzie ci należeli do
najsilniejszych w historii, a z pewnością przewyższali pod tym względem
współczesnych nam sterydowców. Saxon potrafił wycisnąć jednorącz 175 kg
nad głowę. Rolandow bez problemu darł naraz 3 talie kart (coś, co wydaje
się całkowicie niemożliwe). Sandow przez samo natężenie się rozrywał
stalowe łańcuchy oplecione wokół torsu. W budowaniu siły tych mężczyzn
istotną rolę odgrywała kalistenika. Pamiętaj, że sztangi z regulowanym
obciążeniem oraz hantle zostały wynalezione dopiero w XX wieku. Przed
wprowadzeniem tej innowacji znakomita większość najbardziej muskularnych
ciał na świecie rozwinęła się dzięki balansowaniu na rękach i ćwiczeniom
na drążku.
Wielcy XX wieku
Jeszcze w 1. połowie XX wieku większość legendarnych postaci w środowisku siłaczy została ukształtowana dzięki treningowi z masą ciała.
W tamtych czasach nie uznano by za silnego kogoś, kto nie potrafi z łatwością wykonywać przysiadów na jednej nodze, podciągać się na drążku
albo stać na rękach. Owszem, sztangi i hantle były włączane do treningu,
ale dopiero po opanowaniu ćwiczeń z masą ciała.
Nawet zawodnicy wagi ciężkiej byli wówczas mistrzami zaawansowanej
kalisteniki. Brytyjski siłacz i późniejszy zapaśnik Bert Assirati
zdumiewał tłumy publiczności w latach 30., wyginając się w tył do mostka
przed wyskokiem do stania na jednej ręce, mimo że ważył ponad 110 kg. Do
dziś Assirati pozostaje najcięższym sportowcem w historii, który był w stanie wykonać niewiarygodnie trudny krzyż na obręczach (rys. obok).
W latach 40. i 50. bodaj najsilniejszym atletą na świecie był kanadyjski
tur Doug Hepburn. Uważa się go za jednego z największych mistrzów
wszechczasów w wyciskaniu. Wyrywał 500 funtów (227 kg) ze stojaka, a zza
głowy wyciskał 350 funtów (159 kg) - wszystko w czasach, gdy nie było
sterydów i suplementów. Mimo że uginały się pod nim wagi (ważył 136 kg),
Hepburn przyjął jako fundament swego treningu siłowego ćwiczenia z masą
ciała - i widać było tego efekty. Tors miał wielkości buicka, a spoczywały na nim bary szersze niż przeciętna framuga. Chociaż radził
sobie po mistrzowsku z podnoszeniem ciężarów, swą fenomenalną siłę
wyciskania przypisywał opanowaniu pompek w staniu na rękach. W trakcie
treningu robił je bez podparcia, a często także na specjalnych poręczach
równoległych, dzięki czemu mógł schodzić niżej niż można by normalnie.
Ten gigantyczny mężczyzna dowiódł raz na zawsze, że wysoka masa
mięśniowa nie stanowi bariery uniemożliwiającej osiągnięcie doskonałości
w kalistenice. Pomimo swej potężnej postury Hepburn nigdy nie był
skrępowany masą mięśni ani spowolniony, ponieważ na serio traktował
trening z masą ciała - postawa, której tak rozpaczliwie brakuje
dzisiejszym kulturystom.
W czasach gdy fundamentem treningu siłowego były jeszcze ćwiczenia
kalisteniczne według starej szkoły, nie było takiego zjawiska jak atleta
skrępowany masą mięśni. Prezentowane zdjęcie, zrobione w latach 30.,
ukazuje siłacza i zapaśnika Berta Assiratiego, który z łatwością
utrzymuje się w staniu na jednej ręce. Assirati ważył ponad 110 kg.
Zapewne ostatnim z wielkich mistrzów ćwiczeń z masą ciała był
"najdoskonalej zbudowany mężczyzna na świecie" Angelo Siciliano, znany
lepiej jako Charles Atlas. W latach 50. i 60. Siciliano sprzedał
wysyłkowo setki tysięcy egzemplarzy swego kursu Dynamic Tension
("Napięcie dynamiczne"). Jego metoda stanowiła połączenie tradycyjnej
kalisteniki z technikami izometrycznymi. Charles Atlas nauczył całe
pokolenie czytelników komiksów, że nie muszą ćwiczyć z ciężarkami, by
nikt nie śmiał dmuchać im w kaszę.
Ale był ostatnim z wymierającej rasy.
Angelo Siciliano, znany lepiej jako Charles Atlas, w latach 50. i 60.
sprzedał wysyłkowo setki tysięcy egzemplarzy swego kursu Dynamic
Tension.
Koniec pewnej ery
Z biegiem kolejnych lat w 2. połowie XX wieku zarzucono wiele
dawniejszych systemów i metod treningowych, tak że zaczęły powoli
zamierać. Pod wieloma względami była to bezpośrednia i nieunikniona
konsekwencja industrializacji. Od czasu rewolucji przemysłowej styl
życia człowieka stawał się coraz bardziej zdominowany przez technologię.
Trend ten zaznaczył się również na polu kultury fizycznej i metod
treningu. XX wiek był świadkiem istnej eksplozji nowych technologii
sportowych, w związku z którymi zmieniło się też podejście do treningu.
U zarania tych zmian pojawiły się sztangi z regulowanym obciążeniem oraz
hantle. Oczywiście sztangi i swobodne ciężarki wykonane z metalu znane
były od stuleci, ale XX-wieczne podejście do treningu zaczęło się na
dobre, gdy w 1900 roku brytyjski atleta Thomas Inch skonstruował
sztangę, w której można było zmieniać talerze. Wkrótce do zestawu
treningowego zostały dodane linki wyciągu z regulowanym obciążeniem, a potem niedługo trzeba było już czekać na wynalezienie maszyn
treningowych, które nie wykazują żadnego podobieństwa do swobodnych
ciężarków i które opanowały niemal całą scenę treningową. W latach 70.
nikt nie mógł powiedzieć, że jest kimś, jeśli nie trenował na
"nautilusach" (maszynach oporowych, nazwanych tak ze względu na
wzorowanie kształtu dźwigni na muszlach skorupiaka z gatunku
Nautilus). W całych Stanach Zjednoczonych wyrastały wtedy siłownie ze
sprzętem Nautilusa, obecnie zaś trudno znaleźć jakąś siłownię w dowolnym
rejonie świata, której nie zapełniałyby skomplikowane i dezorientujące
maszyny siłowe. Nawet sztangi i hantle zostały posłane do kąta, a co
dopiero ćwiczenia z masą ciała. Gdy przychodziły kolejne dekady XX
wieku, garstka szanowanych autorytetów, takich jak Charles Atlas, nie
zdołała uratować progresywnego treningu z masą ciała od wyginięcia.
Różnica między starą i nową szkołą kalisteniki
Wszystkie te wydarzenia w stosunkowo krótkim czasie radykalnie zmieniły
sposób wykonywania ćwiczeń fizycznych. Przy okazji tych zmian
straciliśmy coś bardzo wartościowego. Przez tysiące lat - niemal przez
całą historię - ludzie, którzy chcieli być rośli i silni, wprawiali się
w ćwiczeniach z masą swego ciała. Z pokolenia na pokolenie przekazywano
systemy wiedzy i wyrafinowane filozofie takich metod i technik
treningowych. Powstały zdumiewające (i jakże efektywne) metodologie,
nastawione na cele siłowe; metodologie inteligentne i progresywne,
będące owocem stuleci prób i błędów. Te bezcenne systemy służyły
budowaniu siły atlety aż do osiągnięcia przez niego szczytu możliwości
pod względem nie tylko siły, ale także zwinności, motywacji i wytrwałości. To mam na myśli, pisząc o "starej szkole" kalisteniki.
Gdy w 2. połowie XX wieku zaczęła się dominacja sztang i maszyn, całą tę
z trudem zdobytą wiedzę przeszłości potraktowano jako zbędny balast,
nieadekwatny w nowoczesnych czasach. Zaślepieni nowymi gadżetami i powiązanymi z nimi metodami ludzie coraz rzadziej odwoływali się do
wskazań starej szkoły, aż w końcu zaczęła ona całkiem zanikać.
Dziś trening siłowy z masą własnego ciała został prawie w pełni
zastąpiony ćwiczeniami oporowymi na maszynach lub ze sztangą albo
hantlami. Trening z masą ciała postrzegany jest jak kulawy kompan tych
nowych koncepcji i został zepchnięty na margines. Umiejętności i metody
starej szkoły doznały atrofii z nieużywania i przepadły. Zachowało się
tylko najbardziej podstawowe minimum. Obecnie gdy ludzie - nawet tzw.
eksperci - mówią o treningu z masą ciała, odnoszą się jedynie do
elementarnych ćwiczeń dla początkujących: pompek, pełnych przysiadów
itd. Do nich dodają jeszcze kilka żałosnych nowoczesnych aktywności,
takich jak spiny na mięśnie proste brzucha. Ćwiczenia takie serwowane są
dzieciom w szkołach i rekonwalescentom albo wykonywane w charakterze
rozgrzewki lub w celu wyrobienia odrobiny wytrzymałości. Porównując to z podejściem tradycyjnym, akcentującym kształcenie siły, można mówić tu o "nowej szkole" kalisteniki. Stara szkoła - której metody ćwiczeń z masą
ciała miały stopniowo wyrabiać niewiarygodną siłę i moc - niemal
zaginęła.
Niemal.
Rola więzień w zachowaniu starszych systemów
Jest jedno miejsce, w którym stara szkoła kalisteniki nie wymarła;
miejsce, w którym dawne systemy ćwiczeń zostały doskonale przechowane
niczym owad zastygły w bursztynie - więzienia.
Przyczyna tego jest oczywista. Rewolucja w zakresie sprzętu
treningowego, która na wolności wyeliminowała starą szkołę kalisteniki,
nigdy nie zaszła w więzieniach. Albo przynajmniej dotarła tam z wielkim
opóźnieniem. W latach 50. i 60. siłownie wyposażone w sztangi i hantle
wyrastały w USA jak grzyby po deszczu - ale nie za murami zakładów
karnych. Pierwsze prymitywne dołki do ćwiczeń z obciążeniem zaczęły się
pojawiać tam pod koniec lat 70. "Niezastąpione" maszyny siłowe, na
których dorobiła się większość siłowni w latach 70. i 80., są nadal
niedostępne w przeważającej liczbie więziennych sal gimnastycznych.
Efekt był więc taki, że podczas gdy reszta świata treningu siłowego
przechodziła w XX wieku radykalną "modernizację", więzienia były
hermetyczną bańką. Tradycje zamierające w siłowniach w całym kraju
trzymały się dobrze w zakładach karnych, gdzie nie zadusiły ich
technologiczne nowinki ani pieniądze pozwalające na szpanerskie gadżety.
W XVIII i XIX wieku zapuszkowani faceci, którzy potrafili wykonywać
trening siłowy z masą ciała (akrobaci, cyrkowcy, siłacze), dzielili się
tą umiejętnością z innymi więźniami. Wiedza ta - stara szkoła
kalisteniki - była tu na wagę złota, skoro nie było żadnego wyposażenia
oprócz prętów krat nad głową i posadzki pod nogami. Tymczasem zachowanie
siły i sprawności fizycznej miało fundamentalne znaczenie; nie było
wtedy lekko. I dziś życie w więzieniu to nie wczasy, ale 100 i więcej
lat temu było jeszcze ciężej. Maltretowanie i znęcanie się stanowiły
normę; nikogo nie dziwiło, że więźniowie zabijają się nawzajem czy
poważnie ranią. Goście, którzy uprawiali w celach ćwiczenia siłowe,
robili to po to, by utrzymać się przy życiu. Trenowali więc z furią i wielkim samozaparciem, skoro siła była sprawą życia i śmierci. W tym
sensie nie różnili się oni od Spartan prowadzonych 24 wieki wcześniej
przez Leonidasa. I jedni, i drudzy polegali na swej sile fizycznej, by
przeżyć, a w celu wyrobienia tej siły uprawiali tradycyjną kalistenikę.
Początki więziennego treningu kondycyjnego
Do dziś więźniowie na całym świecie ćwiczą według zasad starej szkoły
kalisteniki. W trakcie dziesięcioleci, które spędziłem w więzieniach
stanowych, miałem obsesję na punkcie siły i sprawności fizycznej. Z czasem przerodziła się ona w obsesję na punkcie treningu z masą ciała.
Dopiero po kilku latach odsiadki zacząłem rozumieć prawdziwą naturę i wartość produktywnych ćwiczeń tego typu, a trzeba było wielu następnych
lat, bym zdołał złożyć w całość rozsypane elementy "tajnej historii"
starej szkoły kalisteniki i roli, jaka w jej zachowaniu przypadła
więzieniom.
Czytałem wszystko, co mogłem znaleźć na temat treningu i ćwiczeń
fizycznych oraz metod budowania ciała w warunkach braku sprzętu lub
minimalnego do niego dostępu. Miałem przywilej obserwowania, jak setki
niewiarygodnie silnych i atletycznie wyszkolonych w więzieniu mężczyzn
ćwiczą, korzystając wyłącznie z masy swego ciała. Wielu z tych facetów
dysponowało fenomenalnymi umiejętnościami, praktycznie olimpijską
sprawnością i siłą. Jednak z powodu ich zagmatwanej biografii i pośledniego miejsca na drabinie społecznej nigdy nie zobaczysz ich zdjęć
w czasopismach ani nie przeczytasz o ich treningu. Widziałem, co ludzie
ci potrafią robić, i długo rozmawiałem z nimi o ich metodach. Miałem
zaszczyt zaprzyjaźnić się i spędzić niemało czasu z przedstawicielami
poprzedniego pokolenia skazańców; z gośćmi pamiętającymi siłaczy, którzy
byli trenowani jeszcze przez sławy ze złotego wieku kultury fizycznej; z gośćmi, którzy poznali dawnych siłaczy, słyszeli ich opowieści i widzieli, jak ćwiczą. Postępując zgodnie z ich wskazaniami, bezlitośnie
trenowałem siebie dniami i nocami, aż całe ciało mnie paliło, a moje
dłonie krwawiły. Potem kierowałem treningiem setek innych chętnych,
dalej szlifując swoją wiedzę o ćwiczeniach z masą ciała.
Postawiłem sobie za cel, by wiedzieć na temat starej szkoły kalisteniki
więcej niż ktokolwiek inny z żyjących. W ciągu lat zgromadziłem całe
stosy notatek. Wybrałem najlepsze pomysły i techniki ze wszystkich
systemów, które poznałem za kratami, by opracować doskonałą formę
kalisteniki - metodę, którą można stosować progresywnie w celu zdobycia
tytanicznej siły, zwinności i kondycji; metodę, której stosowanie nie
jest uzależnione od dostępu do wyrafinowanego sprzętu, która zabiera
minimum czasu i jest jak najmniej skomplikowana.
System ten to sama śmietanka tego, czego się nauczyłem. Znany jest dziś
pod nazwą Convict Conditioning (dosł. zaprawa skazańca) i stanowi
przedmiot tej książki. Jednak wbrew swej nazwie i pochodzeniu system ten
nie jest koniecznie przeznaczony dla więźniów. Ma do zaoferowania całą
gamę korzyści każdemu, kto chce stać się skrajnie silny i wysportowany,
a jednocześnie pozostawać zdrów jak ryba.
Światła gasną
Zauważyłem, że kiedy opowiadam ludziom na wolności o morderczych,
hardcorowych, wykonywanych do upadłego programach treningowych z masą
ciała, które regularnie realizuje się w więzieniach, niezmiennie
spotykam się z falą entuzjazmu. Chłopaki lubią czegoś takiego posłuchać!
Po ożywionej rozmowie kulturyści i sportowcy oświadczają mi z pełną
szczerością, że będą z oddaniem opanowywali ćwiczenia z masą ciała. A kilka tygodni potem dowiaduję się, że nawet nie spróbowali kalisteniki.
Są z powrotem w siłowni, ćwicząc wyłącznie na maszynach i z wolnymi
ciężarkami, podążając donikąd według tych samych bezproduktywnych
programów co wszyscy inni.
Nie winię ich za to. Ludziom trudno jest na serio przyłożyć się do
metody treningu, która jest tak indywidualistyczna; której nie stosuje,
zdaje się, nikt po tej stronie murów. Aby mieć motywację do włożenia
energii w kalistenikę według zasad starej szkoły, większość trenujących
musi dobrze poznać pewne fakty. Muszą oni uświadomić sobie różnice,
które dzielą bezskuteczne, kosztowne i szkodliwe nowe metody ćwiczeń od
skutecznych, darmowych i bezpiecznych sposobów progresywnego treningu z masą ciała - tradycyjnej sztuki, która stanie się przełomowym
"odkryciem" jutra.
Różnice między kalisteniką a nowocześniejszymi metodami omawiam w następnym rozdziale.