ROZDZIAŁ PIERWSZY
Obecnie
Gdy zatrzaskuje się za mną brama więzienia, zaczynam kwestionować każdą decyzję, którą podjęłam w swoim życiu.
To nie jest miejsce, w którym chciałabym się obecnie znajdować. Ani trochę. Kto chciałby przebywać w więzieniu o zaostrzonym rygorze? Zaryzykuję stwierdzenie, że nikt. To, że ktoś znajduje się za tymi murami, oznacza, że dokonał w swoim życiu kilku nieprawdopodobnie złych wyborów.
Ja z całą pewnością.
- Nazwisko?
Kobieta w niebieskim służbowym uniformie spogląda na mnie zza szklanej przegrody znajdującej się tuż przy wejściu do więzienia. Ma matowy wzrok i wygląda, jakby jeszcze bardziej niż ja nie chciała tutaj być.
- Brooke Sullivan. - Odchrząkuję. - Mam się spotkać z Dorothy Kuntz.
Kobieta zerka na stos papierów leżących na biurku. Skanuje wzrokiem listę, nie dając po sobie poznać, że rozpoznaje moje nazwisko ani że wie cokolwiek na temat mojej obecności tutaj. Oglądam się przez ramię na niewielką poczekalnię, gdzie na plastikowym krześle siedzi samotny, starszy, pomarszczony mężczyzna i spokojnie czyta gazetę, jakby czekał na autobus. Jakby wokół nas nie było ogrodzenia z drutu kolczastego, a dziedziniec nie był otoczony potężnymi wieżami strażniczymi.
Po upływie - jak się wydaje - kilkunastu minut w pomieszczeniu rozlega się głośne buczenie. Na tyle głośne, że podskakuję i robię krok w tył. Drzwi po mojej prawej, zabezpieczone czerwonymi, pionowymi prętami, powoli się uchylają, odsłaniając długi, słabo oświetlony korytarz.
Wpatruję się w niego ze stopami wrośniętymi w podłoże.
- Mam... mam tam wejść?
Kobieta podnosi na mnie pusty wzrok.
- Tak... proszę iść. Punkt kontroli bezpieczeństwa znajduje się na końcu korytarza.
Kiwa w kierunku mrocznego korytarza, a mnie przebiega dreszcz po kręgosłupie, gdy chwiejnym krokiem wchodzę za zakratowane drzwi, które zamykają się za mną z głośnym hukiem. Nigdy wcześniej tutaj nie byłam. Rozmowa kwalifikacyjna odbyła się przez telefon, a naczelnik był tak zdesperowany, by mnie zatrudnić, że nawet nie chciał się ze mną spotkać osobiście - moje CV i rekomendacje wystarczyły. Podpisałam roczny kontrakt i przefaksowałam go w zeszłym tygodniu.
I oto jestem. Zaczynam kolejny rok mojego życia.
To błąd. Nie powinnam była tu przychodzić.
Oglądam się przez ramię na bramę z czerwonych metalowych prętów, która się za mną zamknęła. Jeszcze nie jest za późno. Choć podpisałam kontrakt, jestem pewna, że udałoby mi się z niego wykręcić. Wciąż jeszcze mogę obrócić się na pięcie i opuścić to miejsce. W przeciwieństwie do mieszkańców tego przybytku, ja nie muszę tutaj być.
Nie chciałam tej pracy. Marzyłam o jakiejkolwiek innej, poza tą jedną. Ale złożyłam podania do wszystkich pracodawców z siedzibą oddaloną nie więcej niż godzinę drogi komunikacją miejską z miasteczka Raker na północy stanu Nowy Jork i to więzienie jako jedyne zaprosiło mnie na rozmowę kwalifikacyjną. To była moja ostatnia szansa i jestem zadowolona, że ją w ogóle dostałam.
Zatem idę.
W punkcie kontroli na końcu korytarza siedzi mężczyzna, pilnuje drugich zakratowanych drzwi. Ma około czterdziestu lat, krótko ostrzyżone po wojskowemu włosy i ubrany jest w taki sam niebieski uniform, jak tamta kobieta z martwym wzrokiem przy wejściu. Zerknęłam na jego nazwisko na plakietce przyczepionej do kieszonki na piersi: Funkcjonariusz Służby Więziennej Steven Benson.
- Dzień dobry! - odzywam się i zdaję sobie sprawę, że mój głos jest zbyt piskliwy, ale nic nie mogę na to poradzić. - Nazywam się Brooke Sullivan i to mój pierwszy dzień pracy.
Benton nie zmienia wyrazu twarzy, mierząc mnie spojrzeniem swoich ciemnych oczu. Wzdrygam się na myśl o doborze stroju, którego dokonałam dzisiejszego poranka. Założyłam, że pracując w męskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, nie należy ubierać się w sposób, który mógłby zostać zinterpretowany jako sugestywny. Włożyłam więc parę czarnych spodni nad kostkę oraz zapinaną pod szyję czarną koszulę z długimi rękawami. Na zewnątrz jest ponad dwadzieścia pięć stopni, to jeden z ostatnich upalnych dni tego lata, i już żałuję całej tej czerni, ale wydawało mi się, że w ten sposób najmniej będę zwracała na siebie uwagę. Moje ciemne włosy związałam w prosty kucyk. Jedyny makijaż, jaki mam na sobie, to odrobina korektora, by ukryć cienie pod oczami, i zaledwie muśnięcie szminki, która jest prawie w tym samym kolorze, co moje usta.
- Następnym razem - zwraca się do mnie strażnik - żadnych obcasów.
- Och! - Spoglądam na swoje czarne czółenka. Nikt nie przekazał mi instrukcji dotyczących ubioru. - Cóż, nie są bardzo wysokie. I są szerokie, żadne tam ostre szpilki czy coś. Naprawdę nie sądziłam...
Słowa zamierają mi na ustach, gdy zauważam wbity w siebie wzrok Bentona. Żadnych obcasów. Jasna sprawa.
Benton skanuje moją torebkę wykrywaczem metalu, a potem przechodzę przez bramkę. Pozwalam sobie na nerwowy żart, że czuję się jak na lotnisku, jednak odnoszę wrażenie, że ten facet niespecjalnie lubi żarty. Następnym razem żadnych obcasów i żadnych żartów.
- Mam się spotkać z Dorothy Kuntz - informuję go. - Jest tutaj pielęgniarką.
Benton wydaje jakiś pomruk.
- Ty też jesteś pielęgniarką?
- Dyplomowaną - poprawiam go. - Będę pracowała w tutejszej klinice.
Spogląda na mnie z uniesionymi brwiami.
- No to powodzenia.
Nie jestem pewna, co chciał przez to powiedzieć.
Benton naciska guzik i rozlega się ten sam rozdzierający uszy dźwięk otwieranych drzwi, a zaraz po nim uchylają się drugie zakratowane drzwi. Wskazuje mi drogę do medycznego oddziału więzienia. W korytarzu unosi się dziwny chemiczny zapach, a na suficie mrugają fluorescencyjne świetlówki. Z każdym kolejnym krokiem przeszywa mnie strach, że jakiś więzień wyskoczy zza rogu i zatłucze mnie na śmierć obcasem mojego buta.
Za zakrętem w lewo czeka na mnie kobieta. Jest po sześćdziesiątce, ma krótko przycięte siwe włosy i krępą budowę ciała - jest w niej coś dziwnie znajomego, ale nie potrafię określić, co to takiego. W przeciwieństwie do strażników jest ubrana w granatowy fartuch. Za to jak wszyscy inni, których spotkałam do tej pory w tym miejscu, nie uśmiecha się. Zastanawiam się, czy uśmiechanie się jest wbrew regulaminowi. Powinnam sprawdzić zapisy kontraktu. Pracownik może zostać zwolniony za uśmiechanie się.
- Brooke Sullivan? - odzywa się spiętym głosem, który jest głębszy, niż się spodziewałam.
- Zgadza się. Pani jest Dorothy?
Tak samo jak strażnik przy wejściu, mierzy mnie wzrokiem z góry na dół. I tak samo jak on wygląda na rozczarowaną tym, co widzi.
- Żadnych obcasów - informuje mnie.
- Wiem, ja...
- Skoro wiesz, to dlaczego je założyłaś?
- To znaczy... - Twarz mi płonie. - Teraz już wiem.
Niechętnie akceptuje moją odpowiedź i porzuca pomysł oprowadzania mnie na bosaka. Macha na mnie ręką, a ja posłusznie drepczę za nią korytarzem. W całym oddziale medycznym unosi się taki sam chemiczny zapach, co w innych miejscach więzienia, a na suficie mrugają takie same fluorescencyjne świetlówki. Pod ścianą stoi rząd plastikowych krzeseł, ale są puste. Dorothy otwiera drzwi do jednego z pomieszczeń.
- Tu jest twoje stanowisko pracy - informuje mnie.
Zaglądam do środka. Pokój jest wielkości połowy sali, w której pracowałam w przychodni urazowej w Queens. Ale poza tym wygląda tak samo. Stół do badań pośrodku pokoju, stołek dla mnie i niewielkie biurko.
- Czy będę miała swój gabinet? - pytam.
Dorothy kręci głową.
- Tam stoi biurko. Chyba widzisz?
Więc mam wypełniać dokumentację medyczną z pacjentem zerkającym mi przez ramię?
- A komputer?
- Całą dokumentację prowadzimy w wersji papierowej.
Jestem zdumiona. Nigdy wcześniej nie pracowałam w miejscu, w którym dokumentację medyczną trzyma się w wersji papierowej. Nie wiem nawet, czy to jest jeszcze dozwolone. Ale prawdopodobnie w więzieniu obowiązują inne zasady.
Moja przewodniczka wskazuje na pokój znajdujący się obok sali zabiegowej.
- To jest archiwum. Będziesz je otwierała swoim identyfikatorem. Zanim wyjdziesz, wyrobimy ci kartę.
Przykłada swoją kartę do czytnika na ścianie i rozlega się głośny klik. Popycha drzwi i moim oczom ukazuje się małe, zakurzone pomieszczenie wypełnione szafkami na akta. Mnóstwo szafek na akta. To będzie dramat.
- Jest tu jakiś lekarz? - pytam.
Wyczuwam z jej strony zawahanie.
- Doktor Wittenburg zajmuje się sześcioma więzieniami. Nieczęsto będziesz go widywała, ale jest dostępny pod telefonem.
Wzbudza to mój niepokój. W przychodni urazowej nigdy nie byłam sama. Ale podejrzewam, że tamtejsze przypadki były bardziej dotkliwe niż to, co czeka mnie tutaj. Przynajmniej na to liczę.
Następny przystanek na trasie naszej wycieczki to pokój z zaopatrzeniem medycznym. Jest mniej więcej taki sam jak podobne pomieszczenie w mojej starej przychodni, tylko oczywiście mniejszy. I dostęp do niego również odbywa się na kartę. Są tam bandaże, zestawy do szycia, różne pojemniki, rurki i chemikalia.
- Tylko ja mogę wydawać leki - poucza mnie Dorothy. - Ty piszesz dyspozycję, a ja wydaję leki pacjentowi. Jeśli czegoś nie mamy, składamy zamówienie.
Ocieram spocone dłonie o moje czarne spodnie.
- Jasne, w porządku.
Dorothy rzuca mi przeciągłe spojrzenie.
- Wiem, że jesteś zdenerwowana pracą w więzieniu o zaostrzonym rygorze, ale musisz wiedzieć, że większość z tych mężczyzn będzie ci wdzięczna za opiekę. Dopóki zachowasz profesjonalizm, nie będziesz miała żadnych problemów.
- Oczywiście...
- Nie dziel się z nimi żadnymi osobistymi informacjami. - Jej usta zaciskają się w wąską linię. - Nie mów im, gdzie mieszkasz. Nie zdradzaj niczego ze swojego życia. Nie pokazuj żadnych zdjęć. Masz dzieci?
- Syna.
Dorothy spogląda na mnie z zaskoczeniem. Pewnie oczekiwała, że zaprzeczę. Większość ludzi jest zaskoczona, gdy mówię im, że mam dziecko. Chociaż mam dwadzieścia osiem lat, wyglądam na młodszą. Ale czuję się dużo starsza.
Wyglądam, jakbym była w college'u, a czuję się na pięćdziesiąt lat. Ot, cała historia mojego życia.
- Hm - odzywa się Dorothy. - Nie rozmawiaj o swoim dziecku. Zachowuj się profesjonalnie. Zawsze. Nie wiem, do czego przywykłaś w poprzedniej pracy, ale ci mężczyźni nie są twoimi przyjaciółmi. To kryminaliści, którzy popełnili poważne przestępstwa, a wielu z nich odsiaduje tutaj dożywocie.
- Wiem. - Rany, naprawdę to wiem.
- I przede wszystkim... - Lodowate, niebieskie oczy Dorothy wwiercają się we mnie. - Musisz pamiętać, że chociaż większość z nich będzie pojawiała się tutaj w uzasadnionych przypadkach, niektórzy przychodzą po narkotyki. Trzymamy niewielką ilość narkotyków w naszej aptece, ale one są zarezerwowane na naprawdę szczególne przypadki. Nie pozwól na to, aby ci mężczyźni cię oszukali, byś przepisała im narkotyki, które mogliby zażyć lub sprzedać.
- Oczywiście...
- I jeszcze - dodaje - nigdy, przenigdy nie zgadzaj się na żadną formę zapłaty w zamian za narkotyki. Jeśli ktoś złoży ci taką propozycję, natychmiast zgłoś to mnie.
Wciągam powietrze przez zaciśnięte zęby.
- Nigdy bym się na to nie zgodziła.
Dorothy patrzy na mnie przenikliwie.
- Tak, cóż, ostatnia też tak mówiła. A teraz sama skończy w takim miejscu jak to.
Na chwilę odbiera mi mowę. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej z naczelnikiem pytałam o osobę, która pracowała na tym stanowisku przede mną, i dostałam odpowiedź, że odeszła z "przyczyn osobistych". Nie wspomniał o tym, że została aresztowana za sprzedaż narkotyków więźniom.
To otrzeźwiające, wiedzieć, że ostatnia osoba, która tutaj pracowała, teraz sama wylądowała za kratkami. Słyszałam kiedyś, że gdy raz wpadniesz w szpony systemu więziennictwa, trudno się z niego wydostać. Być może to samo tyczy się ludzi, którzy tutaj pracują.
Dorothy zauważa moją minę i odrobinę łagodnieje.
- Nie martw się - mówi do mnie. - Nie jest tak źle. Tak naprawdę to praca jak każda inna w opiece zdrowotnej. Przyjmujesz pacjentów, leczysz ich, a potem odsyłasz do własnych zajęć.
- Tak... - Masuję się po karku. - Zastanawiałam się tylko... Czy będę odpowiedzialna za wszystkich więźniów w tym zakładzie? W sensie, czy będę miała pod sobą tylko jakiś segment, czy...
Wykrzywia usta.
- Nie, dziewczyno. Wszyscy są twoi. Masz z tym jakiś problem?
- Nie, absolutnie nie - zapewniam ją.
Ale to kłamstwo.
Prawdziwy powód, dla którego niechętnie przyjęłam tę pracę, nie jest taki, że boję się, iż któryś z więźniów zamorduje mnie moim butem. Chodzi o jednego z osadzonych w tym zakładzie. O kogoś, kogo znałam bardzo dawno temu i kogo nie chciałam widzieć już nigdy w życiu.
Ale nie mogę tego powiedzieć Dorothy. Nie mogę jej wyjawić, że mężczyzna, który był moim pierwszym chłopakiem, aktualnie odsiaduje wyrok dożywocia bez możliwości zwolnienia warunkowego w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Raker.
I na dodatek trafił tam przeze mnie.