2
Cztery lata temu
- Wyglądasz zjawiskowo, siostrzyczko - zakrzyknął od progu Vicon, kiedy wkroczył do saloniku ich matki. - Do twarzy ci w różu!
Olyanna obróciła się na podeście i zgromiła go spojrzeniem. Służba uwijała się wokół, drapując obszerną, opartą na kole suknię z tak grubych warstw jedwabiu, że można by za nią kupić kilka wiosek.
- Może rozważyłabyś od czasu do czasu więcej pasteli na co dzień? Na pewno nie zaszkodziłoby to liczbie zalotników, najwyższa pora... - wtrąciła się jej matka, wciąż obserwując służkę nachylającą się ze szpilką. Oceniała każdy jej ruch ze zmarszczonymi brwiami.
- A na tobie doskonale leży ten garnitur według najnowszej mody... - Olyanna odwdzięczyła się bratu przymilnym głosem.
- Ach, dziękuję, siostrzyczko - zagruchał Vicon i podszedł do matki, po czym złożył na jej policzku powitalny pocałunek.
Elena Cross'tilo drgnęła, rozproszona, ale na jej twarzy rozkwitł blady uśmiech.
- Daj mi dokończyć - powiedziała spokojnie Olyanna, odwracając się na podeście, i spojrzała bratu prosto w oczy. - Garnitur idealnie do ciebie pasuje. Taki, jak noszą wszyscy Konfederaci: bez wyrazu, nudny do bólu, pokazujący, że można cię ulepić, jak się tylko pragnie.
Viconowi na krótką chwilę zrzedła mina, ale zaraz pokręcił rozbawiony głową, przyglądając się siostrze. Matka jednak zaczerpnęła wielki haust powietrza - a przynajmniej taki, na jaki pozwalał boleśnie ciasno zasznurowany gorset - i zacisnęła wyszminkowane na bordowo wąskie usta, marszcząc głęboko czoło. Córka zerknęła na nią przelotnie i dobrze znając ten wyraz twarzy, natychmiast spuściła pokornie wzrok, chociaż nie miała żadnych wyrzutów sumienia. Warto było ryzykować, że zostanie ukarana, żeby czasem dogryźć Viconowi.
- Dziecko, nie możesz zwracać się tak do starszego brata! Powinnaś spoważnieć. Siedemnaście wiosen, mogłabyś już być matką...
Vicon machnął niedbale ręką.
- Daj jej jeszcze czas. Myślę, że znajdzie się w końcu ktoś wyjątkowy, o silnym charakterze, więc zapewne i wysokiej pozycji. No bo kto inny zniesie naszą małą gwiazdę?
Matka dała się tymczasowo udobruchać i szarpnęła wiązanie gorsetu córki, by sprawdzić, czy jest wystarczająco ściśnięty. Zaczęła wskazywać elementy do poprawienia w misternie upiętym koku i wytknęła kilka zbyt niechlujnych udrapowań, a Vicon puścił do siostry oczko. Ta niechętnie się uśmiechnęła, pragnąc tylko zejść wreszcie z tego nieszczęsnego podestu.
- Arden kazał przekazać, że spotkamy się na miejscu. Miał pilne sprawy tuż przed balem i... - zaczął objaśniać Vicon, ale parsknął śmiechem, widząc w lustrze twarz przedrzeźniającej go Olyanny. Spoważniał szybko i odchrząknął. - I wygląda na to, że muszę do niego dołączyć. W każdym razie, pani matko, siostro, do zobaczenia na miejscu, kazałem przygotować drugą karetę. Bawcie się dobrze!
Dziewczyna zdusiła westchnienie i pożegnała sztywno brata. Zawiesiła spojrzenie na wysokim koku upiętym z jasnobrązowych włosów i przymknęła oczy, by nie musieć patrzeć na ten cały kostium. Czekała cierpliwie - a przynajmniej zmuszała się do cierpliwości - aż łaskawie skończą się nad nią pastwić.
- Pani Cross'tilo, sądzę, że wszystko jest gotowe - oznajmił krawiec, czym wyrwał matkę z zamyślenia.
Usłyszawszy te słowa, Olyanna miała właśnie zejść z podestu, kiedy matka powstrzymała ją gestem. Kobieta obchodziła córkę, krytycznie przyglądając się każdemu szczegółowi. Wciągnęła delikatnie zapach jej perfum - dziewczyna musiała się skupić, by powstrzymać wzdrygnięcie - po czym poprawiła jeden z opadających loków czułym gestem i w końcu uśmiechnęła się szeroko.
- Wiesz, że jesteś moim największym skarbem?
Córka bez słowa skinęła głową.
Na pewno.
- I zdajesz sobie sprawę, że będziesz najgorętszym towarem tego sezonu, jeżeli ogłoszę, że jesteś gotowa do małżeństwa?
Olyanna przewróciła oczami, ale przytaknęła.
- Zrób to, jeżeli musisz. Być może łamanie im serc uczyni te przebieranki znośniejszymi.
Kobieta zignorowała uszczypliwy komentarz i teraz to ona skinęła głową, zadowolona. Jej córka zeszła ostrożnie z podestu i próbowała się przyzwyczaić do pijących pantofli, gdy Elena klasnęła energicznie w dłonie.
- Za dziesięć minut ruszamy w drogę - rzuciła bardziej w stronę służby niż do córki i wyszła z komnaty otoczona swoją świtą.
Chcąc nie chcąc, Olyanna wlokła się na dół, walcząc ze zwojami materiału. Wiedziała, że prędzej czy później matka zwycięży. Na myśl, że wyda ją za jakiegoś naburmuszonego polityka z tytułami, robiło jej się niedobrze; ale ile może symulować choroby tuż przed balami? Potrafiła nawet zjeść kawałek surowego kartofla, byle tylko nie musieć iść na kolejną maskaradę umizgujących się do siebie arystokratów i polityków, którzy jak tylko zmieniają rozmówcę, to bez ceregieli od razu przechodzą do obmawiania poprzedniego. Nie cierpiała tych spędów od dziecka, nudziła się tam jak mops. Dawniej chociaż miała święty spokój. Niestety kilka lat temu zaczęto ją zauważać. Mężczyźni mierzyli ją wzrokiem jak lalkę, którą chcieliby zabrać do domu i postawić na półce. Owszem, kłaniali się z szacunkiem i kurtuazją, ale wiedziała, że to wyłącznie społeczne przedstawienie. Niczym nie różniłaby się dla nich od świeżo kupionej drogiej klaczy. Być może klacz miałaby nawet więcej do powiedzenia, bo mogłaby ich zrzucić ze swojego grzbietu.
Dała się zapakować do karety bez słowa - albo może i rozmawiała z kimś, nie pamiętała; w takich sytuacjach odpowiadała automatycznie, bez większej intencji czy zaangażowania. Kiedy była małą dziewczynką, w wieczornych podróżach po Wolnym Mieście najbardziej lubiła podziwianie oświetlonych lampami gazowymi głównych uliczek; liczyła je, jednocześnie podziwiając tajemniczy i cichy klimat. Wtedy nikt nie pozwoliłby jej wymknąć się po zmroku, więc doceniała karetę bardziej niż teraz. Obecnie to była dla niej klatka na kółkach, wioząca ją na pełną przepychu wystawę.
Napotkała karcące spojrzenie matki i uciekła wzrokiem za szybę. Być może niepotrzebnie nastrajała się do wszystkiego tak negatywnie. Wiedziała, że większość dziewcząt oddałoby duszę, by być na jej miejscu: nosić jej nazwisko, cieszyć się jej urodą i nigdy nie narzekać na biedę. A jeśli pragnienie czegoś więcej rzeczywiście było samolubne? Spróbuje tej nocy, właściwie co jej szkodzi. Zawsze może z nudów po prostu podrwić z zalotników, na razie nie jest jeszcze niczym związana. Prócz stalowej woli matki, oczywiście. Czasem Olyanna dziwiła się samej sobie, że jej wola buntu wciąż kwitła, mimo że była regularnie deptana.
Kiedy tylko opuściły karetę przed posiadłością rodu Marvellów, jeden z lokajów przecisnął się przez tłum w ich stronę. Ukłonił się z kurtuazją i wskazał im drogę do wejścia przed ciągnącą się kolejką. Olyanna, po szeregu uprzejmych pozdrowień i sztucznych, wyćwiczonych uśmiechów, dostała się w końcu do sali balowej, by tam lawirować pomiędzy kolejnymi powitaniami. I chociaż niejedną salę balową w życiu widziała, z zaskoczeniem uznała, że to najbardziej rozdmuchany i kiczowaty wystrój, jaki dotychczas miała okazję zobaczyć. Nie mogła mu jednak odmówić bajkowości. Strzelista gotycka sala została wypełniona po brzegi kryształem: wykonane z niego girlandy otaczały wszystkie ściany, zwisały również z ozdobnych, gargantuicznych żyrandoli - oczywiście także z kryształu - rozświetlających pomieszczenie lekko przydymionym, błękitno-różowawym światłem. Powiodła wzrokiem po niekończących się stołach zastawionych, jakżeby inaczej, kryształowymi kielichami i srebrnymi sztućcami; następnie rozejrzała się dyskretnie, by sprawdzić, którędy mogłaby przemknąć do balkonów, z których zobaczyłaby to wszystko z góry. Pierwszy taniec oglądany w tym oświetleniu i bajkowej scenerii będzie robił dziś wrażenie.
Właśnie chciała zacząć się wspinać po schodach, ukrytych za jedną z rzeźbionych w liście akantu kolumn, kiedy usłyszała za sobą głos matki. Zamarła na chwilę, dusząc w sobie przekleństwo. Już prawie wyparła ze świadomości, że zgodziła się na umizgi w tym sezonie. Odwróciła się i dygnęła odruchowo przed swoim najstarszym bratem i młodzieńcem stojącym po jego prawicy.
- Proszę, poznaj moją drogą siostrę, Olyannę Lucię. - Arden przedstawił ją z szerokim uśmiechem. - Olyanno, to Horacy Hoax, przyszły przewodniczący komisji do spraw równości.
Olyanna udała podziw i poczuła na sobie spojrzenie matki. Niechętnie wyciągnęła dłoń, a przystojny blondyn musnął ją ustami.
- Czy pani Cross'tilo pozwoli mi otworzyć ten wieczór walcem w towarzystwie pani olśniewającej córki?
- Jak najbardziej, ale proszę na nią nad wyraz uważać. To jej pierwszy sezon, więc proszę również wybaczyć nieśmiałość i nieobycie.
Olyanna mogłaby przysiąc, że zobaczyła iskrę zainteresowania w oczach młodzieńca. Posłała mu uśmiech i utknęła przy jego boku, czekając na zapełnienie sali i rozpoczęcie pierwszego tańca. Wdała się w kurtuazyjną rozmowę o niczym. O wieczorze. O wystroju. O pogodzie. Odpowiadała tak, jak zrobiłaby to matka, i chociaż nie cierpiała całego tego owijania w bawełnę i społecznego blichtru, nie znaczyło to, że nie potrafiła zagrać w tę grę. Poznawała jej zasady przez całe życie.
Dziesiątki młodych ludzi ustawiło się nareszcie do pierwszego walca, więc i Olyanna podała swoją dłoń Horacemu i razem ruszyli na środek parkietu rozświetlonego rozproszonym, kolorowym światłem. Skłonili się sobie i pomknęli w rytm muzyki pośród morza par bliźniaczo podobnych do nich. Kątem oka widziała chmarę gości, którzy przyglądali się wirującym w tańcu kobietom i mężczyznom, szepcząc między sobą; Olyanna sunęła płynnie, nie dając poznać po sobie, jak duży dyskomfort czuła z powodu uciskającego ją gorsetu. Lśniła i emanowała spokojem i szczęściem. Przynajmniej tak wyglądało to na zewnątrz.
Kiedy muzyka zwolniła, Horacy podjął próbę rozmowy. Cały czas pożerał Olyannę swoimi błękitnymi oczami. Nie zauważyła, żeby uciekł wzrokiem chociażby na sekundę.
- Jak na pierwszy raz tańczysz wybitnie - wydusił trochę niezręcznie, przez co prawie pomylił krok.
Olyannie zrobiło się go szkoda i uśmiechnęła się do niego. Pewnego rodzaju autentyczność w jego poczynaniach obudziła w niej krztynę sympatii.
- Zmuszana do tańca byłam wielokrotnie, jedynie sala była mniejsza - zażartowała, a ten się roześmiał. Kątem oka zauważyła śledzącego ją surowym wzrokiem Ardena. - Czy przyszły przewodniczący komisji oznacza, że mój brat zapewnił ci poparcie w trakcie głosowania, czy po prostu czekasz na zaprzysiężenie? - wypaliła, a Horacy rozchylił lekko usta w zdziwieniu, zbity z tropu po usłyszeniu tak bezpośredniego pytania od młodej damy. Uśmiechnął się i obrócił nią w tańcu.
- Dotarły do mnie plotki o tym, że masz mocno wyrobione zdanie o polityce. Będę szczery, ta pierwsza opcja, dopiero czekamy na głosowanie. Chciałem komisję do spraw równości z kilku powodów. Między innymi praw kobiet.
- I cóż z nimi chcesz uczynić?
- Utrzymać, oczywiście! Nie chcemy się cofać jako społeczeństwo...
Olyanna zdusiła parsknięcie.
- I uważasz, że mamy te same prawa?
Horacy uśmiechnął się pobłażliwie.
- Jesteśmy jednym z najnowocześniejszych pod tym względem państw. Triadyjki mogą pracować i posiadać własny majątek, głosować... Są wolne. Niezależne.
- A czy taka kobieta jak ja jest niezależna?
Młody polityk uniósł brew.
- Ależ oczywiście! Pomijając fakt wyborczej niepełnoletności.
- Być może prawa istnieją w teorii, Horacy. Mogę ci mówić po imieniu? Ach, nieważne. Kobiety w miastach ruszyły do fabryk. Owdowiałe matki mogą utrzymać swoje dzieci, zamiast modlić się o mężczyznę, który weźmie je pod swoje skrzydła. Ale popatrz na arystokratki takie jak ja.
Horacy milczał, a jego twarz widocznie stężała.
- Powiedz mi, który uniwersytet by mnie przyjął, gdybym chciała zostać inżynierką. Czy któraś z fabryk zatrudniłaby mnie, żebym mogła się utrzymać i odciąć od mojej rodziny? Triada szczyci się nowoczesnością, ale wciąż bawimy się w bale i polityczne małżeństwa. Rozejrzyj się. Wszystkie kobiety na tym parkiecie to towar dla mężczyzn, którzy się realizują.
Blondyn przygryzł wargę, ważąc jej słowa. Nie oburzył się, co pozytywnie zaskoczyło dziewczynę.
- To... kwestia obyczajów. Gdyby twoja rodzina poparła twoje decyzje, mogłabyś podjąć studia.
- W teorii. A co, jeśli nie poprze? Poza tym, ile znasz inżynierek? O, albo inaczej: ile znasz polityczek w parlamencie?
Horacy się zasępił.
- Rzeczywiście, znam jedynie kilka takich kobiet. Policzyłbym je na palcach jednej ręki, a do tego większość z nich przejęła polityczną schedę po swoich krewnych.
Muzyka ustała, a oni się zatrzymali i patrzyli na siebie bez słowa, kiedy inni kłaniali się sobie nawzajem.
- Olyanno.
- Horacy.
Polityk, mimo lekkiego zmieszania wymalowanego na twarzy, się uśmiechnął. Skinęli sobie delikatnie głowami i rozeszli w przeciwnych kierunkach. Wbrew swoim oczekiwaniom Olyanna poczuła specyficzną satysfakcję po pierwszym walcu. Mina znajomego Ardena, który uświadamiał sobie rzeczy jasne jak słońce, zarówno rozbawiła ją, jak i zirytowała; w każdym razie było to ciekawsze od nudy na zdającym się trwać wieczność balu.
Suchość w gardle zaczęła jej przeszkadzać, więc namierzyła najbliższy stół. Przeciskała się w tamtą stronę, przepraszając kilkukrotnie potrącanych gości, i z ulgą sięgnęła po kryształowy kielich. Wypiła zawartość duszkiem, odstawiła naczynie na tacę i skierowała wzrok ku górze. Chciała udać się na balkon, by obejrzeć kolejny taniec i odpocząć, ale obróciła się i zamarła.
Matka skłoniła się w oddali Horacemu i natychmiast spojrzała na nią. Na sekundę na jej twarzy wymalowała się furia, która zaraz została przykryta wyćwiczonym uśmiechem.
Szlag.
- Co to miało znaczyć? - zapytała przez zaciśnięte zęby, jak tylko do niej dopadła, ale zaraz przywróciła uśmiech, by nikt z daleka, nie daj bogowie, nie zauważył, że ma jakiś problem z córką. - Jeżeli będziesz na siłę zniechęcać adoratorów, zamknę cię w posiadłości, aż umrzesz z nudów i będziesz błagać o męża dla jakiejkolwiek rozrywki.
Olyanna otworzyła usta, zdumiona. Jej matka była ostra w tych sprawach, ale nie spodziewała się, że na nią naskoczy w publicznym miejscu. W końcu nie zniechęcała jegomościa umyślnie, a wręcz dobrze się z nim bawiła. On z nią zresztą też.
- My tylko rozmawialiśmy trochę o polityce... - wybąkała, uciekając wzrokiem. Czuła się niczym zbesztana mała dziewczynka.
- I w tym sęk, czy ty się wczoraj urodziłaś? Żadnej polityki. Powinnaś być damą. A teraz marsz, mam kilka nazwisk dla ciebie, trzeba kogoś wybrać. Dwa tańce i odsyłam cię do domu, nie będę dłużej ryzykować - rzuciła Elena suchym tonem i pociągnęła ją za sobą.
Zmieszana Olyanna potknęła się, spiesząc za matką. Była zszokowana jej reakcją. Mimo wszystko nie spodziewała się po niej takiego zachowania, czuła się, jakby naprawdę zrobiono z niej klacz wystawową. Przełknęła nerwowo ślinę.
Ale przynajmniej odeśle mnie wcześniej do domu, pomyślała.
Wypchnięta do kolejnych dwóch konkurentów, wewnątrz jednak będąc myślami daleko od kryształów i blichtru, zachowywała się ze swoim typowym dystansem i uprzejmością; wirując po raz kolejny na parkiecie, widziała kątem oka Horacego, który wodził za nią wzrokiem. Czyżby go nie zniechęciła? Być może była jednak jakaś nadzieja dla tego mężczyzny, niewielka, ale zawsze. A także nadzieja dla niej samej.
Wytrzymała tańce z przyklejonym do twarzy uśmiechem tak szerokim, aż rozbolały ją policzki. I chociaż wcale nie chciała zapamiętywać imion i twarzy przedstawianych jej osób, to i tak wiedziała, że ich nie zapomni. Mimowolnie spełniała swoją rolę, angażując się w coś, czym gardziła.
Ledwie następny konkurent zbliżył się do niej, a matka wyrosła spod ziemi z przepraszającym uśmiechem.
- Lordzie Awellu, mam nadzieję, że przy następnej okazji uda mi się przedstawić panu moją córkę. Niestety nadmiar wrażeń doprowadził ją do bólu głowy, a z tym lepiej nie żartować.
Niski, przysadzisty mężczyzna uśmiechnął się do dziewczyny, a ta spuściła wzrok. Elena chwyciła córkę pod ramię i ruszyła w kierunku wyjścia.
Olyanna podejrzewała, że raczej nikt nie zdziwił się jej nagłym zniknięciem. W końcu polityczne zagranie ograniczenia dostępu do nowej damy na rynku zbytu niezaprzeczalnie podwyższało wartość towaru.
Ledwo nadążała za matką, która parła do przodu, jakby zaraz miała się gdzieś spóźnić. Kiedy Olyanna nareszcie wsiadła do karety, matka chwyciła nerwowo drzwi przed samym ich zamknięciem. Córka obdarzyła ją zdumionym spojrzeniem. Elena w końcu porzuciła uśmiech przyklejony do twarzy, pozwoliła furii przejąć kontrolę i uderzyła otwartą dłonią prosto w policzek dziewczyny. Ta zakryła palcami zaczerwienioną nagle skórę, otwierając szeroko oczy.
- Zawsze miałaś silny charakter. Jakkolwiek próbowałam cię ujarzmić, twoje zepsucie i tak ostatecznie wybija na wierzch... - Elena westchnęła ciężko, powoli się uspokajając. Odgarnęła pasmo włosów z czoła córki, która wzdrygnęła się na ten gest. - Ale kiedy chcesz, to umiesz. Nauczyłam cię, jak być damą. Może jest dla ciebie nadzieja, dziecko. Musisz szybciej dorosnąć i spoważnieć, naprawdę. Doceniam, że potem się opanowałaś. Twój ojciec miał rację, nie chciałam mu tego całe życie przyznawać, ale czasem twarda ręka czyni cuda. - Dziewczyna spuściła wzrok na wzmiankę o ojcu, a Elena rzuciła okiem w kierunku posiadłości. - Zostało mi jeszcze kilka spraw i kieliszków do opróżnienia, kiedy nie muszę się już przez ciebie stresować. Dobrej nocy - rzuciła krótko i zamknęła drzwi karety z przesadnie głośnym trzaśnięciem.
Dziewczyna przymknęła oczy i odetchnęła, rozluźniając się na tyle, na ile pozwalał gorset. Przeklęła pod nosem i spróbowała sięgnąć do wiązania pod suknią, by go poluzować, wyginając się przy tym ze wszystkich sił. Bezskutecznie. Odchyliła głowę do tyłu. Cały czas widziała przed oczami morze twarzy i kryształów, wirujące suknie i sztuczne śmiechy. I chociaż uważała bale za kiczowaty blichtr, to rozumiała, czemu są kuszące dla społeczności. Odrealnienie, poczucie ważności, wyjątkowość chwili, chęć bycia zauważonym - to wszystko było niewinną ucieczką od szarego dnia. Do tego polityka omawiana po zmroku, ubrana w tiule, zdawała się delikatniejsza do wprowadzenia w życie. Dlatego bale takie jak ten nie wyszły z mody i nie zapowiadało się, by w najbliższej przyszłości ich popularność mogła być zagrożona.
Na podjeździe przed posiadłością Cross'tilów podziękowała woźnicy, gdyż zapragnęła przejść się chwilę w mroźnym, orzeźwiającym, wiosennym powietrzu. Lampy rozświetlały starannie przycięty ogród wokół fontanny. Zboczyła z podjazdu w jedną z brukowanych alejek i ucięła w szklarni kilka fioletowych róż na poprawę nastroju. Skierowała się ponownie ku domowi, drżąc trochę z zimna, kiedy nagle w oddali zauważyła ruch.
Zmrużyła oczy w ciemności, spodziewając się dojrzeć jakiegoś kruka lub inne nocne stworzenie, ale zobaczyła sylwetkę człowieka zsuwającego się na linie z dachu. Jej serce przyspieszyło. Kiedy cień wślizgnął się do jednego z pomieszczeń, otrząsnęła się i prędko oceniła, w którym skrzydle i na którym piętrze znajduje się zagrożenie. Popędziła po trawie, nie bruku, żeby nie robić hałasu, nie martwiąc się przy tym, że zmoczy suknię wieczorną rosą. Wpadła do holu, ale zwolniła, by zebrać na szybko myśli. Jeżeli powie strażnikom, co się stało, zamkną ją w bezpiecznym miejscu i nigdy się nie dowie, co nastąpiło potem. Przygryzła wyszminkowaną na różowo wargę. Próbując zachować spokój, przywitała się z nocną wartą i pod pretekstem znalezienia ulubionego wazonu do kwiatów udała się do skrzydła, w którym prawdopodobnie grasował złodziej.
Kiedy znalazła się sama na korytarzu, zsunęła pantofle i zostawiła je pod ścianą. Wspięła się powoli po schodach, nasłuchując. Każde piętro powinno mieć co najmniej jedną osobę na warcie, więc mogłaby poprosić o asystę.
Wkroczyła powoli na korytarz na drugim piętrze i rozejrzała się za sylwetką strażnika, ale nie zauważywszy nikogo, ruszyła do przodu po cichu. Próbowała nasłuchiwać pomimo szalonego łomotu serca. I chociaż była świadoma niebezpieczeństwa, jej instynkt samozachowawczy został znokautowany przez ciekawość.
Za zakrętem dostrzegła strażnika leżącego na podłodze. Rozejrzała się, czy bezpośrednie zagrożenie nie czyha jeszcze w pobliżu, po czym nachyliła się nad mężczyzną i sprawdziła, czy oddycha. Skrzywiła się, gdy poczuła odór alkoholu. Upewniała się, że strażnik jest jedynie nieprzytomny, gdy usłyszała w oddali szelest. Zbliżyła się do jedynych drzwi, które były niedomknięte.
Odepchnęła skrzydło i wemknęła się do byłego gabinetu jej ojca. Wysokie regały zawalone skrzyniami z dokumentami i wyświechtanymi tomami przylegały do ścian aż do sufitu. Na samym środku stało pokaźnych rozmiarów mahoniowe biurko, oświetlone niewielką żarzącą się kulą, rzuconą niedbale na blat. Wszystkie szuflady były wysunięte. Ktoś leżał pod biurkiem i w czarnych rękawiczkach badał centymetr po centymetrze jego zakamarki.
Z jednej strony zaspokoiła częściowo ciekawość, zobaczywszy na własne oczy złodzieja. Z drugiej jednak wciąż nie wiedziała, czego szukał. Strażnika nie zamordował, a zapewne mógł. Co nie znaczy, że nie zrobi mi krzywdy, to myślenie życzeniowe, zganiła się. Oparła się o regał, obserwując sylwetkę mężczyzny pochłoniętego sprawdzaniem biurka. Zręcznie wymacał wszystkie łączenia, aż w końcu z cichym kliknięciem otworzył dno jednej z szuflad. Wyciągnął kilka pism i usiadł w fotelu przy biurku, po czym pogrążył się w szybkiej lekturze. Przeczesał palcami czarne włosy i zmarszczył brwi.
Skórznia mężczyzny wyglądała na prawdziwy majstersztyk - dziewczyna musiałaby się naprawdę postarać, gdyby chciała zliczyć liczbę ukrytych w niej skrytek. Mimowolnie zbliżyła się kilka kroków.
Intruz odłożył papiery na miejsce i zatrząsnął schowek, zatrzymując jedynie pojedynczą stronicę, którą zgiął i wetknął do jednej z kieszonek.
- Też czegoś szukasz w gabinecie swojego ojca? - rzucił złodziej, a Olyanna drgnęła przerażona. Mogłaby przysiąc, że mężczyzna nie obdarzył jej nawet najmniejszym spojrzeniem, a jednak i tak był świadomy jej obecności.
- Emm... Tak, ciebie - wydusiła, po czym się skrzywiła, usłyszawszy, jak trywialnie to zabrzmiało.
Brunet usiadł prosto w fotelu i popatrzył na nią krytycznie. Sunął beznamiętnym wzrokiem po jej lekko wilgotnej, wystawnej sukni, szerokością równej prawie całemu regałowi.
- Wyrzucili cię z balu i szukasz pocieszenia? - zadrwił i wstał od biurka, a ona zadrżała.
Nieznajomy zbliżył się powoli, jakby nie chciał spłoszyć łani. Olyanna uniosła spojrzenie i utkwiła je w jego twarzy, zapamiętywała rysy, jego szeroką szczękę, lekko wyprofilowany grzbiet nosa i dołeczek, który pojawił się przy pogardliwym uśmiechu. Wiedziała, że nie zapomni tych szczegółów. Złodziej musiał zdawać sobie z tego sprawę. Wpatrywała się w jego szare oczy, widoczne w wąskim pasie światła pochodzącego z korytarza.
Brunet przechylił głowę i się uśmiechnął, patrząc na świeżo ścięte kwiaty.
- Fioletowe róże, symbol miłości od pierwszego wejrzenia - powiedział aksamitnym głosem i nachylił się nad płatkami, by zaciągnąć się ich zapachem, po czym się roześmiał, dostrzegłszy, jak Olyanna drży. Oparł się o regał i świdrował ją wzrokiem.
- Więc spotkałaś dziś swoją nową miłość, Olyanno? W końcu to twój pierwszy bal - szepnął jej prawie do ucha.
I o ile Olyanna cieszyła się opinią wyjątkowo odważnej - choć przede wszystkim niewyparzonej w mowie - tym razem zabrakło jej słów. Informacja, którą dysponował nieznajomy, nie była trudna do uzyskania, wszak jej status czynił z niej poniekąd osobę publiczną i wieść o uczestnictwie w balu, chociaż późna, rozniosła się błyskawicznie po salonach. To naturalne, że musiał zbadać Cross'tilów przed włamaniem się do ich posiadłości, ale i tak poczuła się jak ofiara podana na talerzu, odarta z prywatności. Tkwiła bezradnie, patrząc w jego szare oczy, tak bezczelne i śmiałe. Nie obawiał się jej. Nie próbował uciekać. Stał tutaj przed nią, jak gdyby prostu spotkała go na ulicy, a nie przyłapała na kradzieży we własnym domu.
- Nie twój interes - wydusiła, a on zbliżył się do niej o kilka kolejnych centymetrów. Przylgnęła rozpaczliwie do regału i łokciem przewróciła stojący luźno tom. - Skrzywdzisz mnie - stwierdziła, a jej dolna warga zadrżała.
- Dlaczego tak sądzisz? - zapytał bez większych emocji.
- Widziałam cię. Widziałam twoją twarz. Twoją kradzież.
- Tej jednej strony, o której nikt nie miał pojęcia, że istnieje, prócz twojego zmarłego ojca? - Uniósł brew z rozbawionym uśmieszkiem błąkającym się po ustach.
- Ogłuszyłeś strażnika...
Nieznajomy potrząsnął głową i znów zaciągnął się różą.
- Jesteś nieuważna. On przesadził z alkoholem, nie znajdziesz na nim żadnego śladu napaści, prócz maltretowania własnych trzewi przez niego samego, oczywiście.
- I mam uwierzyć, że ty to przewidziałeś?
Mężczyzna roześmiał się szczerze, czym poniżył Olyannę jeszcze bardziej.
- Ja tego nie przewidziałem, ja tego dokonałem. Już tygodnie temu zadbałem o to, żeby ten człowiek, który nigdy nie wylewał za kołnierz, był właśnie na tym piętrze. I zadbałem, by pokusa czekała na niego w trudnej chwili, kiedy żadne oczy na niego nie patrzą i nie powstrzymają go przed tą drobną dozą relaksu.
- A jeżeli by się jednak nie napił?
- Hmm... Podejrzewam, że wtedy nie rozmawialibyśmy tu teraz, tylko wszczęłabyś alarm, jak prawdziwa niewiasta wołająca o pomoc.
Zakłopotana spuściła wzrok, poczuła się jak kompletna idiotka. Czego się spodziewała, pędząc do włamywacza? Że go zagada na śmierć?
- Więc co ze mną zrobisz? - wydusiła wreszcie.
- Zależy, co mi teraz odpowiesz. Olyanno, czemu tu przyszłaś?
- Widziałam cię na zewnątrz...
- Och, nie igraj ze mną. Każdy zmysł musiał krzyczeć do ciebie, że to niebezpieczne. Masz w tym budynku dokładnie siedemnastu uzbrojonych, przytomnych ludzi, którzy mogliby zaszturmować to skrzydło i poszatkować mnie za mój błąd i zlekceważenie ryzyka, że ktoś wracający tak wcześnie mógł mnie dostrzec. Dlaczego przyszłaś tu pomimo tego wszystkiego?
Dziewczyna spuściła wzrok i przygryzła wargę, zastanawiając się, jak ubrać prawdę w słowa. Wzięła głęboki oddech.
- Bo inaczej bym nie zobaczyła, co się właściwie stało, i kolejna rzecz ominęłaby mnie w moim życiu. Bo byłam kukłą na balu, a podjęcie własnej decyzji to forma pokazania samej sobie, że nią nie jestem. Bo byłam ciekawa, co robisz. Założyłam, że nie jesteś zabójcą, skoro obecnie prawie nikogo ważnego nie ma w posiadłości.
I dlatego, że nie powinnam tego robić.
Złodziej pokiwał głową, a w jego oczach pojawił się błysk zainteresowania.
- Całkiem dobre rozumowanie. A do tego prawie udało ci się do mnie podkraść w tej różowej konstrukcji.
Olyanna spłonęła rumieńcem, zmieszana, i przygładziła jeden z fałdów sukni.
- Czasem potrafię być cicho - wydusiła, a mężczyzna przysunął się tak blisko, że czuła ciepło jego oddechu.
- Czy będziesz cicho dla mnie? - szepnął.
Wciągnęła jego zapach. Pachniał zadbaną starą skórą i drewnem. Jakimś cudem wytrzymała natarczywe spojrzenie srebrnych tęczówek i zdołała nie odwrócić wzroku.
- Nie. Będę cicho, bo i tak nikt mi nie uwierzy, a mają mnie za wystarczający problem - powiedziała powoli, próbując brzmieć jak osoba pewna siebie.
Ku jej rozczarowaniu mężczyzna odsunął się powoli i poprawił włosy.
- Cieszą mnie twoje słowa, szczere, choć przykre - skwitował i zerknął na drzwi. - Miło było cię poznać. Nie spodziewałem się kogoś... interesującego.
Skinęła w odpowiedzi głową, a on niespiesznie ruszył w stronę wyjścia.
- Wybacz mi, ale... obowiązki wzywają. Pora na ewakuację. - Uśmiechnął się kącikiem ust i położył dłoń na klamce uchylonych drzwi.
- Poczekaj! - wykrztusiła po chwili wahania i zbliżyła się do niego szybkimi, nerwowymi krokami.
- Tak, pani? - zapytał drwiąco.
- Czy jeszcze cię zobaczę? Jak masz na imię?
Mężczyzna stłumił parsknięcie śmiechu, ale zaraz się uspokoił i zmierzył ją wzrokiem.
- Żeby mnie znowu zobaczyć, musiałabyś... Hm. Uczynić siebie użyteczną dla osoby z takim stylem życia jak ja. Wiesz, jakoś nie wpisałem na listę priorytetów mieć wśród przyjaciół arystokratki.
Już chciał się ponownie odwrócić, ale ona zbliżyła się o kolejny krok.
- A gdybym była użyteczna, to co?
Na sekundę rozchylił w zdumieniu usta i uniósł brew, jakby wpadł na jakiś pomysł, ale zaraz się skrzywił. Westchnął, zbierając myśli. Zlustrował ją raz jeszcze, od wilgotnych brzegów sukni po czubek misternego koka.
- To przybyłbym za rok i wystosował ofertę pracy, jak mniemam - wydusił.
Olyanna się odsunęła, usatysfakcjonowana odpowiedzią.
- W takim razie bezpiecznej drogi - powiedziała formalnym tonem. - I do zobaczenia za rok...
- Etnisie - dokończył za nią, ale zmieszany odwrócił na chwilę wzrok. - Możesz zwać mnie Etnisem.
Posłała mu niepewny uśmiech. Etnis się ukłonił, puścił oczko i wyszedł na korytarz. Kiedy tylko przekroczył próg gabinetu i zamykał drzwi, widziała, jak wyraz jego twarzy kompletnie zobojętniał i zamienił się w czyste skupienie.
Została sama w pomieszczeniu, w którym mrok rozpraszało światło niewielkiej kuli leżącej na biurku. Podeszła i podniosła przedmiot, by zbadać go dokładnie. Potrząsnęła kulą, a ona zgasła. Ścisnęła ją mocno i udała się do wyjścia, by również umknąć, zanim strażnik się ocknie.
Tej nocy zyskała pewność, że nie zostanie nudną żoną Konfederaty. Nie wiedziała, co dokładnie zrobi.
Obiecała sobie jednak, że piekło jej matki dopiero się zacznie.