Skaza - Zbigniew Zborowski

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (28,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TE­RAZ

War­szawa. So­bota

Ciało le­żało w naj­więk­szym z trzech po­koi miesz­ka­nia na siód­mym pię­trze. Przez drzwi bal­ko­nowe wi­dać było ulicę Mię­dzy­na­ro­dową, łą­czącą się trzy­sta me­trów da­lej z Trasą Ła­zien­kow­ską, czte­ro­pię­trowe bloki i sie­ciową cu­kier­nię, w któ­rej sprze­da­wano pyszną pa­vlovą. A także spory mar­ket spo­żyw­czy, par­king strze­żony i ni­ski bu­dy­nek, kry­jący chyba ad­mi­ni­stra­cję osie­dla.

Pod­ko­mi­sarz Bar­tosz Ko­necki wie­dział, że gdyby zro­bił krok nad de­natką i pod­szedł do szyby, miałby szansę uj­rzeć cią­gnące się po le­wej stro­nie ogródki dział­kowe. Nie ru­szył się jed­nak z miej­sca. Bo raz, że te­raz, w po­ło­wie marca, nie było na co pa­trzeć, a dwa, że wszyst­kie okna oglą­dał tech­nik w po­szu­ki­wa­niu "pa­lu­chów". Ko­necki z naj­wyż­szym tru­dem ode­rwał więc wzrok od okna i zmu­sił się do spoj­rze­nia na ciało.

Ko­bieta przed trzy­dziestką, dość pulchna i zu­peł­nie naga. Cał­kiem dłu­gie kasz­ta­nowe włosy roz­rzu­cone na tan­det­nym, wy­dep­ta­nym dy­wa­nie przy­kry­wa­ją­cym jesz­cze bar­dziej tan­detną pod­łogę z pły­tek.

Kto jesz­cze ma dziś w domu ta­kie płytki? - po­my­ślał oskar­ży­ciel­sko. - Je­śli ko­goś nie stać na drew­niany par­kiet, kła­dzie przy­naj­mniej pa­nele.

Szybko zo­rien­to­wał się jed­nak, że znowu pró­buje uciec od wi­doku de­natki, więc po­wró­cił do lu­stro­wa­nia jej ob­na­żo­nego ciała. Śmierć do­pa­dła ją w po­zy­cji klę­czą­cej. Te­raz le­żała na ple­cach, wsparta o wła­sne pięty, z no­gami zgię­tymi w ko­la­nach. Duże, na­prawdę kon­kretne piersi, ręce skrę­po­wane z tyłu ta­śmą izo­la­cyjną, kasz­ta­nowa kępka mię­dzy udami. Mar­mu­rowo biała skóra, z którą kon­tra­sto­wały ciem­no­czer­wone rany po cię­ciach i drobne, wy­stę­pu­jące pa­rami si­niaczki. A także szare sploty ta­śmy izo­la­cyj­nej, którą za­kle­jono jej usta. Za­sty­głe, wle­pione w su­fit oczy, za­snute bia­ławą mgiełką.

Nie, szlag by to tra­fił - po­my­ślał Ko­necki. - Za dużo tego.

Od­wró­cił się i wy­szedł z po­koju. Nie­stety, w ko­ry­ta­rzyku też było sporo lu­dzi. Wy­cho­dził fo­to­graf, wcho­dził pa­to­log, krę­cił się aspi­rant z pre­wen­cji, który pierw­szy zna­lazł trupa. Pod­ko­mi­sarz po­szedł więc pro­sto do kuchni, którą chłopcy z la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nego zdą­żyli już obej­rzeć, i za­pa­trzył się na Pa­łac Kul­tury, wi­doczny po dru­giej stro­nie za­sło­nię­tej ni­skimi blo­kami Wi­sły. Na­wet tu do­go­nił go słod­kawo-mdlący za­pach śmierci.

Bar­tek od­dy­chał płytko, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać nud­no­ści.

Cho­lera, jesz­cze bra­kuje, że­bym się tu zrzy­gał - po­my­ślał ze zło­ścią.

Po mi­nu­cie czy dwóch po­czuł się na tyle le­piej, żeby wró­cić do po­koju. Szczę­śli­wie ma­sywne ciel­sko jego part­nera, ko­mi­sa­rza Zdzi­sława Za­prawy, prze­sła­niało ma­ka­bryczny wi­dok. Ko­necki prze­su­nął wzro­kiem po wy­po­sa­że­niu po­koju. Z le­wej me­blo­ścianka z cza­sów Pe­erelu, z usta­wio­nymi w ide­al­nym po­rządku bi­be­lo­tami, mu­szel­kami i fi­gur­kami. Obok parę ksią­żek, sto­ją­cych od naj­więk­szej do naj­mniej­szej, i zdję­cie dziew­czyny w drew­nia­nej ramce. Ładna bu­zia, we­sołe mio­dowe oczy, uro­cze do­łeczki w po­licz­kach. Obej­mo­wała ją para star­szych lu­dzi. Pew­nie ro­dzice. Trzeba bę­dzie ich za­wia­do­mić... Da­lej, już przy sa­mym bal­ko­nie, te­le­wi­zor lam­powy. W oknach za­słony i fi­ranki. Po pra­wej wą­skie półki z książ­kami, roz­kła­dana sofa z Ikei, sto­lik, lampka nocna.

- Jak tam, ko­mi­sa­rzu Ko­necki? Le­piej tro­szeczkę? - Z ust po­chy­lo­nego nad zwło­kami pa­to­loga pa­dły ocie­ka­jące iro­nią słowa. - Już nie mdli?

- Od­pieprz się od chło­paka - za­mru­czał ba­sem Za­prawa, a po­tem zwró­cił się do swo­jego part­nera: - Idź, Bar­tek, po­ga­dać z tym aspi­ran­tem. Po co chło­pak ma wy­ra­biać nad­go­dziny w przed­po­koju?

Ko­necki z ulgą wró­cił na ko­ry­tarz. Za sobą usły­szał jesz­cze ści­szony głos pa­to­loga:

- Co tak się z nim pie­ścisz? Ile lat ko­leś robi w po­li­cji? Dzie­więć? Dzie­sięć? Chyba miał dość czasu, żeby prze­stać się bać tru­pów?

- Mó­wię, od­pieprz się od niego.

Ko­necki z aspi­ran­tem wy­szli na klatkę scho­dową. Zza wszyst­kich czte­rech par drzwi na pię­trze wy­sta­wały głowy są­sia­dów. Bar­tek po­cią­gnął więc aspi­ranta do okna w ko­ry­ta­rzyku. Wy­jął no­tat­nik.

- Kurde blaszka, ale ak­cja - za­gaił aspi­rant. - Mogę za­pa­lić?

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, się­gnął do kie­szeni i wy­cią­gnął paczkę "ko­zioł­ków" z prze­mytu. Pod­su­nął pa­pie­rosy Ko­nec­kiemu, ale ten po­krę­cił głową.

Aspi­rant za­pa­lił, za­cią­gnął się, wy­pu­ścił dym w stronę cie­kaw­skich. Ko­necki prze­łknął ślinę. Nie pa­lił już pra­wie pół roku. Za to wcze­śniej wy­kań­czał na­wet dwie paczki dzien­nie. Te­raz ję­zyk przy­kleił mu się do pod­nie­bie­nia.

- W su­mie to nie­zła na­wet la­ska była, nie? - Aspi­rant wy­raź­nie się od­prę­żył. - Cycki ta­kie... Szkoda.

- Jak się na­zy­wa­cie? - uciął pod­ko­mi­sarz.

Tam­ten spoj­rzał na niego z mie­sza­niną zdzi­wie­nia i nie­smaku.

- Ja?

- A kogo tu jesz­cze z nami wi­dzi­cie? - Z każ­dym sło­wem Ko­necki od­zy­ski­wał pew­ność sie­bie, nad­wą­tloną w tym prze­klę­tym po­koju.

Nie dzie­sięć ani dzie­więć - po­my­ślał. - Za mie­siąc, pod ko­niec kwiet­nia, bę­dzie sie­dem lat, jak je­stem gliną.

Młody, zdolny, prze­bo­jowy - tak o nim mó­wiono. Szybka ka­riera, szybki awans. Dzi­siaj to już prze­szłość.

- Aspi­rant Ko­wal­czyk Je­rzy - wy­re­cy­to­wał tam­ten ob­ra­żo­nym gło­sem.

Był o głowę niż­szy od Ko­nec­kiego, ale moc­nej bu­dowy. Z wy­dat­nym brzu­chem. Ru­miane po­liczki po­kryte cie­niem wie­czor­nego za­ro­stu, gę­sty, gruby, pie­czo­ło­wi­cie przy­cięty wąs.

Stara gwar­dia - po­my­ślał z nie­chę­cią pod­ko­mi­sarz.

Po­li­cjant na­to­miast po­sta­no­wił po­ka­zać, że zna się na rze­czy. Skoro ko­mi­sarz nie ży­czy so­bie luź­nej gadki, to pro­szę bar­dzo. Mó­wił krótko, rze­czowo, kon­kret­nie.

We­zwa­nie było do re­jo­no­wej na Gre­na­die­rów dwie go­dziny temu. Do­kład­nie o 16.40. Zgła­szała są­siadka, Ja­dwiga Sta­siak. Tamte drzwi za scho­dami, nu­mer miesz­ka­nia 44. Że przez wspólną ścianę sły­szy ja­kieś od­głosy. A ra­czej sły­szała, bo już uci­chły.

- Ja­kiego ro­dzaju? - prze­rwał Ko­necki.

- A to już pan ko­mi­sarz sam u niej ustali. - Oczy aspi­ranta zwę­ziły się chy­trze. - Moja rola była przy­je­chać tu z dziel­ni­co­wym i spraw­dzić.

- Mów­cie da­lej.

Nie do­wie­dział się wiele wię­cej. Przy­je­chali, pu­kali, dzwo­nili. Nic. Pew­nie by po­szli, ale pani Ja­dwiga była bar­dzo zde­ner­wo­wana. Ener­giczna ko­bitka. Pa­plała, że jej są­siadka ci­cha, spo­kojna, a tu od paru go­dzin ja­kieś ha­łasy, jęki...

Ko­necki po­wstrzy­mał się od ką­śli­wej uwagi, że aspi­rant Ko­wal­czyk jed­nak wie, ja­kiego ro­dzaju od­głosy do­bie­gały zza ściany, i słu­chał da­lej. O tym, jak Sta­sia­kowa uro­biła ich w końcu, żeby po­szli po do­zorcę i w jego obec­no­ści otwo­rzyli za­mknięte drzwi jej za­pa­so­wym kom­ple­tem klu­czy.

- We­szlim, po­pa­trzy­lim i od razu wie­dzie­li­śmy, że trzeba dzwo­nić po ter­ror kry­mi­nalny - za­koń­czył Ko­wal­czyk fi­lo­zo­ficzną re­flek­sją.

Bar­tosz Ko­necki za­pi­sał nu­mer te­le­fonu aspi­ranta i po­zwo­lił mu odejść. Kiedy kor­pu­lentna syl­wetka sta­rego wygi znik­nęła za cięż­kimi drzwiami pre­hi­sto­rycz­nej windy, pod­ko­mi­sarz po­czuł, że w pełni od­zy­skuje siły. Pew­nie dla­tego, że nie mu­siał tam wra­cać i pa­trzeć na zma­sa­kro­wane ciało ko­biety. Czy ją tor­tu­ro­wano? Zgwał­cono? Szybko wy­rzu­cił z głowy te py­ta­nia. Jego za­da­niem było te­raz prze­słu­cha­nie miesz­kań­ców bloku. Przede wszyst­kim pani Ja­dwigi. W ta­kich spra­wach czas ma klu­czowe zna­cze­nie. Pa­mięć świad­ków jest ulotna, ich za­an­ga­żo­wa­nie i chęć udzie­la­nia po­mocy or­ga­nom ści­ga­nia także. Dla wy­kry­cia sprawcy naj­waż­niej­sze są pierw­sze go­dziny śledz­twa.

***

- I jak? W po­rządku? - z nie­skry­waną tro­ską w gło­sie za­py­tał Za­prawa, kiedy około pół­nocy pa­ko­wali się do jego wy­słu­żo­nej octa­vii, za­par­ko­wa­nej pod blo­kiem nu­mer 46, na sa­mym środku drogi po­ża­ro­wej.

- W po­rządku.

Ko­mi­sarz zbli­żył klu­czyk do sta­cyjki, ale jego niedź­wie­dzia łapa za­marła w pół drogi. Sap­nął, po­wier­cił się, na co za­wie­sze­nie po­jazdu od­po­wie­działo skrzy­pie­niem i ję­kiem, a po­tem zmie­rzył part­nera wzro­kiem.

- Czego? - nie wy­trzy­mał Ko­necki.

- Da­jesz radę? - od­po­wie­dział py­ta­niem Za­prawa.

- Wszystko okej.

- Bo wiesz... Może to nie był naj­lep­szy po­mysł, żeby aku­rat cie­bie przy­dzie­lać do tej sprawy... Stary jakby tro­chę za­po­mniał, no wiesz...

Tym ra­zem to Ko­necki uważ­nie zmie­rzył part­nera wzro­kiem. Czyżby Za­prawa nie był go pe­wien? Bał się, że spie­przy mu śledz­two? Bę­dzie cię­ża­rem?

- Po­ra­dzę so­bie, Zdzi­siek - po­wie­dział, na­da­jąc gło­sowi ton zde­cy­do­wa­nia, który miał po­kryć wąt­pli­wo­ści.

Ko­lega pa­trzył na niego jesz­cze przez chwilę, a po­tem wresz­cie uru­cho­mił sil­nik.

- Do­bra, wie­rzę ci - za­bur­czał o ton ni­żej od war­kotu zim­nego die­sla. - Bierzmy się do ro­boty. Pro­ku­ra­tor chce mieć na rano wstępny ra­port.

- Któ­rego nam przy­dzie­lili? - za­in­te­re­so­wał się Ko­necki.

- Paw­ło­wi­cza.

- O, do dia­bła.

- No wła­śnie - za­mru­czał Za­prawa.

Pro­ku­ra­tora Pio­tra Paw­ło­wi­cza po­li­cjanci za ple­cami na­zy­wali Kunk­ta­tor. Fa­cet był ni­ski, za­wsze usłużny wo­bec prze­ło­żo­nych i bez­li­to­śnie wy­ma­ga­jący wo­bec zwy­kłych gli­nia­rzy. Nie mo­gli tra­fić go­rzej.

***

Pod Ko­mendę Sto­łeczną za pla­cem Ban­ko­wym do­je­chali w dzie­sięć mi­nut. Wcale nie dla­tego, że Za­prawa pro­wa­dził szybko. Ko­mi­sarz był po­wolny - i pie­szo, i w sa­mo­cho­dzie. Tylko my­śleć umiał szybko - to dzięki temu już od pięt­na­stu lat zaj­mo­wał biurko w wy­dziale do­cho­dze­nio­wym naj­waż­niej­szej ko­mendy w War­sza­wie. Po pro­stu o tej po­rze pra­wie nie było ru­chu. Prze­mknęli więc Mię­dzy­na­ro­dową do Wa­szyng­tona, po­tem przez most Po­nia­tow­skiego, Mar­szał­kow­ską i plac Ban­kowy do roz­le­głego gma­szy­ska pa­łacu Mo­stow­skich. Kiedy wcho­dzili, ofi­cer dy­żurny na­wet nie pod­niósł głowy.

- Da­waj, co masz - wy­sa­pał zmal­tre­to­wany wej­ściem po sze­ro­kich scho­dach Za­prawa.

Ko­necki za­lał kawę w dwóch kub­kach i po­sta­wił je na bla­cie, pla­miąc ja­kieś za­le­ga­jące tam od wie­ków pa­pie­rzy­ska, przy­su­nął so­bie krze­sło, usiadł i za­czął mó­wić.

Szału nie było.

Tylko Sta­sia­kowa coś sły­szała. Reszta miesz­kań­ców wie­żowca przy Mię­dzy­na­ro­do­wej, róg Zwy­cięz­ców, nie za­uwa­żyła ni­czego po­dej­rza­nego. Wła­ści­wie trudno się dzi­wić. W so­botę wcze­snym po­po­łu­dniem na Je­dynce le­ciał Okrasa, na Dwójce Fa­mi­liada, w TVN-ie pusz­czali Sin­gielkę, a w Pol­sa­cie - Sło­iki. Poza tym lu­dzie ro­bili obiad, uże­rali się z dzie­cia­kami, ktoś na­wet po­szedł na spa­cer. Była jed­nak pewna rzecz godna od­no­to­wa­nia. Około czter­na­stej na do­mo­fon Wa­si­ków spod nu­meru 61 za­dzwo­nił męż­czy­zna po­da­jący się za ra­tow­nika po­go­to­wia. Że niby przy­je­chał do ko­goś in­nego, ale po­my­lił gu­ziki. Wa­si­ko­wie otwo­rzyli i wró­cili do oglą­da­nia Dro­gówki na TV 4.

- Tak się do­stał na klatkę scho­dową - za­mru­czał Za­prawa. - A co po­wie­działa Sta­sia­kowa?

Ko­necki wró­cił my­ślami do roz­mowy z są­siadką ofiary. Pani Ja­dwiga Sta­siak nie była kru­chą sta­ruszką. To była wielka baba o ma­łych, świ­dru­ją­cych oczkach i cię­tym ję­zyku, któ­rego nie stę­pił siódmy krzy­żyk na karku. Bar­tek mu­siał bar­dzo uwa­żać, żeby nie wy­paść z roli prze­słu­chu­ją­cego i nie stać się prze­słu­chi­wa­nym. Sta­sia­kowa wiele wie­działa o miesz­kań­cach bloku, a już szcze­gól­nie Wa­si­kom nie szczę­dziła cierp­kich słów. Że pi­jaki, co do ko­ścioła cho­dzą tylko dla picu, a jak bi­gos go­tują, to smród nie­sie się do par­teru. Zo­się Po­godę ko­chała jed­nak pra­wie tam samo jak swoje do­ro­słe, "wy­je­chane do An­glii" dzieci. Od­kąd dziew­czyna dwa lata temu wy­na­jęła miesz­ka­nie na siód­mym pię­trze, pani Ja­dwiga da­łaby się za nią po­kroić. Ci­cha, spo­kojna, a do tego po­dobno miała ty­tuł dok­tora. I tylko jedno mar­twiło Sta­sia­kową - że jej nie­spełna trzy­dzie­sto­let­nia są­siadka nie ma na­rze­czo­nego. Że sa­motna taka. Kiedy więc w po­koju swo­jej ka­wa­lerki, są­sia­du­ją­cym z Zo­siną kuch­nią przez ścianę, usły­szała koło 14.30 ja­kieś sa­pa­nia i jęki, po­my­ślała so­bie z ra­do­ścią: "Oho, na­resz­cie moja dziew­czynka spro­wa­dziła so­bie ja­kie­goś chłopa". To dla­tego nie wsz­częła alarmu od razu. A na­wet ra­dio po­gło­śniła. Te­raz z tego po­wodu ma ochotę włosy rwać so­bie z głowy. Na po­li­cję za­dzwo­niła do­piero wtedy, kiedy coś gruch­nęło o zie­mię. Ku­chenny sto­łek chyba. Przy­ło­żyła wtedy ucho do ściany i usły­szała chro­bot zamka. I za­raz po nim trza­śnię­cie drzwi windy. A po­tem to już nic. My­ślała, że za­raz roz­le­gnie się szum wody w ła­zience, prze­cież wia­domo, że Zo­sia taka czy­ścioszka... A tu nic, ci­sza. Wtedy do niej za­dzwo­niła. Bez od­bioru. No i wy­krę­ciła wresz­cie 112.

- A jak usły­szała to chro­bo­ta­nie, nie wyj­rzała przez wi­zjer? - Za­prawa zmie­rzył part­nera uważ­nym spoj­rze­niem.

- Wyj­rzała - po­twier­dził Ko­necki. - Ale jej drzwi wy­cho­dzą bar­dziej na zsyp niż na windę, więc nie­wiele wi­działa. Tylko czy­jeś plecy.

- Plecy, po­wia­dasz... - Za­prawa siorb­nął wy­sty­głą kawę.

- Sze­ro­kie, ra­czej na pewno mę­skie. W sza­rej blu­zie dre­so­wej.

- Przez okno nie po­pa­trzyła, kto wy­cho­dzi z bloku?

- Jej okno znaj­duje się po stro­nie Pa­łacu Kul­tury, za­chod­niej.

- A wyj­ście z bloku jest na Trasę Ła­zien­kow­ską. Na po­łu­dnie - przy­po­mniał so­bie Za­prawa.

Za­mil­kli. Oto­czyła ich nocna ci­sza. Zza okna nie do­cho­dziły dźwięki ani sa­mo­cho­dów, ani tram­wa­jów. W ca­łym wy­dziale nie było ży­wego du­cha. Tylko gdzieś z pię­tra ni­żej, od strony kan­ciapy dy­żur­nego, do­bie­gały ja­kieś ra­do­sne blu­zgi i stłu­mione śmie­chy. Pew­nie świ­rusy z la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nego przy­szły po­pra­co­wać nad ra­por­tem z oglę­dzin miesz­ka­nia.

- Na pewno mo­żemy od­rzu­cić mo­tyw ra­bun­kowy - zmę­czo­nym gło­sem ode­zwał się ko­mi­sarz. - Z miesz­ka­nia de­natki ra­czej nic nie zgi­nęło. Lap­top, ko­mórka, nie­wielka suma pie­nię­dzy... Na to się sprawca nie po­ła­ko­mił. Po­koje nie zo­stały też prze­szu­kane, nikt nie otwie­rał szaf ani szu­flad.

Ko­mi­sarz spoj­rzał na Ko­nec­kiego, jakby ocze­ki­wał po­twier­dze­nia. Ten jed­nak czuł nie­przy­jemny ucisk w żo­łądku. Coś nie da­wało mu spo­koju. Coś, co zo­ba­czył w tym miesz­ka­niu. Tylko co? Był zbyt zmę­czony, by wy­do­być to z pod­świa­do­mo­ści.

Za­prawa, nie do­cze­kaw­szy się od part­nera choćby ski­nie­nia głową, mó­wił da­lej.

- Na ten mo­ment skła­niał­bym się więc do dwóch wer­sji. Pierw­sza - od­giął pa­lec gruby jak trzo­nek młotka - to mo­tyw na­pa­ści sek­su­al­nej.

- Ofiara otwo­rzyła sprawcy drzwi - prze­bu­dził się Ko­necki. - A Sta­sia­kowa mó­wiła, że dziew­czyna była ra­czej ostrożna.

- Ny­gus mógł jej po­wie­dzieć co­kol­wiek! - Ko­mi­sarz mach­nął ciężką łapą. - Że jest z ga­zowni albo ad­mi­ni­stra­cji. Mógł po­dać się za hy­drau­lika i wci­snąć kit, że miesz­ka­nie na szó­stym woda za­lewa. Sam wiesz, jacy lu­dzie, na­wet ci ostrożni, są na­iwni.

Pod­ko­mi­sarz przy­gryzł wargę. Na­gle żo­łą­dek pod­je­chał mu do gar­dła, a lewa po­wieka za­trze­po­tała w tiku nie­moż­li­wym do opa­no­wa­nia.

Za­prawa ga­pił się na niego chwilę ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

- Oż kurna, prze­pra­szam. Za­po­mnia­łem - za­dud­nił.

Tak, on ma ra­cję. Lu­dzie są na­iwni - zgo­dził się w my­ślach Ko­necki. Sam wie­dział o tym naj­le­piej.

- Mów da­lej. - Sfor­mu­ło­wa­nie tych rzu­co­nych po­zor­nie lek­kim to­nem słów kosz­to­wało go mnó­stwo ener­gii.

- A druga - sie­dzący po prze­ciw­nej stro­nie biurka ko­los od­giął drugi pa­luch - że za­bój­stwo to ze­msta ja­kie­goś od­rzu­co­nego ko­chanka, szur­nię­tego stal­kera lub bez­na­dziej­nie za­ko­cha­nego ko­legi z pracy.

Ko­necki przez chwilę tra­wił słowa Zdzi­sława. Po­czuł nie­po­kój. Nie­ja­sne wra­że­nie, że wła­śnie pa­kują się w ślepą uliczkę. Coś w za­pa­mię­ta­nym ob­ra­zie miesz­ka­nia Zo­fii Po­gody go nie­po­ko­iło. Wy­wo­ły­wało dys­kom­fort. Draż­niło. Nie mógł so­bie jed­nak przy­po­mnieć, co to ta­kiego.

- Plan dzia­ła­nia na ju­tro. - W ulotne my­śli wdarł się ni­ski głos Zdzi­sława. - Z sa­mego rana ra­port dla Paw­ło­wi­cza. Ty go na­pisz, do­brze? A poza tym...

Ko­mi­sarz na chwilę za­milkł, zbie­ra­jąc my­śli. Jego cięż­kie, po­kryte czar­nymi wło­skami pa­lu­chy za­bęb­niły w blat biurka. Me­bel za­ko­ły­sał się nie­bez­piecz­nie, a uśpiony ekran sto­ją­cego na nim kom­pu­tera roz­ja­śnił się ta­petą przed­sta­wia­jącą Zdzi­sława Za­prawę obej­mu­ją­cego cał­kiem ładną na­sto­let­nią blon­dy­neczkę - jego córkę. Jo­witę, zdaje się. A może Ju­sty­się? Tak czy ina­czej, dziew­czyna była wielką dumą i oczkiem w gło­wie ta­tu­sia. Już wkrótce miała wy­je­chać na za­gra­niczne stu­dia.

Pa­trząc na la­to­rośl part­nera, Ko­necki do­znał na­głego ude­rze­nia żalu. Tak na­głego i tak sil­nego, że miał ochotę sku­lić się na krze­śle.

- Poza tym po­trze­bu­jemy li­sty wszyst­kich zbo­ków po­zo­sta­ją­cych ak­tu­al­nie na wol­no­ści - grzmiał tym­cza­sem Za­prawa. - Trzeba ich po­spraw­dzać. Ja się tym zajmę. No i wy­pada po­ga­dać z ro­dzi­cami de­natki. Wy­py­tać o na­rze­czo­nych, szcze­gól­nie tych by­łych. To twoje za­da­nie.

Pod­ko­mi­sarz tylko po­ki­wał głową. Do­stał naj­gor­szą ro­botę. Przed­sta­wie­nie wstęp­nych usta­leń Kunk­ta­to­rowi, który na sto pro­cent prze­czołga go jak kota, i po­wia­do­mie­nie o śmierci je­dy­naczki dwojga star­szych pań­stwa. Nie­zły po­czą­tek, ale nie za­pro­te­sto­wał. Znał swoje miej­sce. A poza tym... do­piero wra­cał do gry. Za­py­tał więc tylko:

- A sek­cja zwłok? Za­bez­pie­cze­nie śla­dów z jej miesz­ka­nia? Bil­lingi te­le­fonu? Spraw­dze­nie kom­pu­tera?

Za­prawa spoj­rzał na niego cięż­kim wzro­kiem.

- Słu­chaj, sy­nek, nie bierz mnie tu­taj pod włos, okej? To wszystko bę­dzie. Kiedy... bę­dzie. Wiesz chyba, ile czasu ła­pi­du­chy po­trze­bują na zro­bie­nie sek­cji.

- To prio­ry­te­towa sprawa...

- Prio­ry­tet czy nie, ty­dzień jak ob­szył. Nie­wiele kró­cej trzeba cze­kać na ra­port chłop­ców z la­bo­ra­to­rium. A już in­for­ma­tycy to będą grze­bać się w jej lap­to­pie ru­ski rok albo i dłu­żej.

- To może cho­ciaż bil­lingi?

- To już nie te czasy co pół roku temu. - Głos Za­prawy nieco zmiękł. - Nie za­dzwo­nisz już so­bie pry­wat­nie do ope­ra­tora, żeby ci po sta­rej zna­jo­mo­ści przy­słał wy­kaz nu­me­rów przed de­cy­zją sądu. Te­raz trzeba wy­stą­pić z ofi­cjalną bu­magą i cze­kać.

- Aha.

- No a czas leci, co nie? Śledz­two trzeba pro­wa­dzić, bo nam skur­czy­syn, który ją po­kroił, pry­śnie, jak, nie przy­mie­rza­jąc, ten szaj­bus, który rok temu uciął ko­bie­cie głowę na Skier­nie­wic­kiej. Do­brze mó­wię?

Ko­necki nie od­po­wie­dział. Py­ta­nie Za­prawy uznał za re­to­ryczne.

- Nie bę­dziemy sie­dzieć na tył­kach i po­pi­jać kawki. Trzeba... - tu Zdzi­sław przy­wa­lił ku­ła­kiem w biurko tak, że aż u dy­żur­nego uci­chły śmie­chy - ...do­rwać dra­nia, za­nim wy­pło­szą go nam me­dia.

- Albo drani...

Ko­mi­sarz spoj­rzał na Ko­nec­kiego roz­tar­gnio­nym wzro­kiem.

- Co?

- Może nie był sam.

- Wąt­pię. Więk­szo­ści po­dob­nych prze­stępstw do­ko­nuje je­den po­pa­prany zbok. Za­ufaj no­cha­lowi sta­rego gliny. Zo­ba­czysz, za parę dni wy­cią­gniemy świ­rusa w sa­mych ga­ciach z ja­kiejś me­liny i na­kar­mimy nim Kunk­ta­tora.

- Amen - po­wie­dział bez uśmie­chu Ko­necki.

WCZE­ŚNIEJ

Kwie­cień 1940. Lwów

Ha­nię Ko­chań­ską obu­dziło w nocy wa­le­nie pię­ścią w drzwi. Otwo­rzyła oczy i wstrzy­mała od­dech, czu­jąc po­tęż­nie­jący w skro­niach puls. A więc stało się. To dziś. Ma­mu­sia przy­go­to­wy­wała ją na tę chwilę od kilku mie­sięcy. Mó­wiła, że przyjdą i żeby się wtedy nie bała. Po tym, jak w grud­niu ze­szłego roku So­wieci wzięli z domu ta­tu­sia i za­mknęli w aresz­cie na Bry­gid­kach, nie było już żad­nej na­dziei.

- Pani Ko­chań­ska, pani się nie boi! - do­bie­gło zza drzwi stłu­mione wo­ła­nie. Ha­nia po­znała głos są­siada, Wę­ży­kow­skiego, który po za­ję­ciu mia­sta przez Ru­skich zo­stał star­szyną w ich ka­mie­nicy. - Są ze mną pa­no­wie ofi­ce­ro­wie z NKWD. Trzeba otwo­rzyć!

Ha­nia wtu­liła po­li­czek w pu­szy­sty pysz­czek swo­jego Miśka. Do­stała go pięć lat temu od Bola, uko­cha­nego star­szego brata, na siódme uro­dziny. Nie­duży, może ze trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wy­so­ko­ści, o cu­dow­nie mięk­kim brą­zo­wym fu­terku. Po­cząt­kowo pra­wie się z nim nie roz­sta­wała. Po­tem pod­ro­sła i Mi­siek przez dłuż­szy czas był je­dy­nie ozdobą jej łóżka. Dum­nie za­sia­dał za dnia na ja­snej ka­pie, wsparty o pi­ra­midkę z po­duszki i jaśka. Jed­nak od­kąd pra­wie rok temu w dziw­nym wy­bu­chu zgi­nął Bolo, a po­tem uwię­ziono ta­tu­sia, fu­trzak wró­cił do łask.

W miesz­ka­niu na­dal pa­no­wała ci­sza. Ma­mu­sia nie otwie­rała drzwi. Może tamci so­bie pójdą?

Nie. Ha­nię nie­mal po­de­rwało na równe nogi ło­mo­ta­nie kol­bami. A po­tem okrzyk:

- Cha­ziajka, otkry­waj dwieri!

Do­piero wtedy od strony sy­pialni ro­dzi­ców roz­le­gło się szu­ra­nie pan­to­fli ma­musi. Zgrzyt zamka, ło­mot cięż­kich bu­tów, błysk lampy naf­to­wej. Ha­nia ze­rwała się z łóżka i szybko na­cią­gnęła na pi­żamę ubra­nie le­żące na ta­bo­re­cie.

Skoń­czyła w chwili, kiedy roz­le­gły się wy­po­wie­dziane po ro­syj­sku słowa, a za­raz po nich tłu­ma­cze­nie Wę­ży­kow­skiego:

- Pan ofi­cer pyta, gdzie pani scho­wała pi­sto­let męża.

- Boże drogi, jaki pi­sto­let? - Mama zła­pała się za głowę. - Hen­ryk nie jest woj­sko­wym. To na­uczy­ciel aka­de­mic­ki. Ni­gdy w tym domu nie było broni.

Ha­nia z Miś­kiem w ra­mio­nach wcho­dziła aku­rat w krąg świa­tła roz­le­wa­jący się wo­kół ku­chen­nego stołu, kiedy Ro­sja­nin w nie­bie­skiej czapce i bu­tach "szklan­kach", czyli wy­so­kich, skó­rza­nych, wy­po­le­ro­wa­nych na glanc ofi­cer­kach, wy­rzu­cił z sie­bie po­tok słów, a po­tem spoj­rzał na Wę­ży­kow­skiego. Ten lekko się sku­lił; wy­raź­nie nie kwa­pił się, by prze­tłu­ma­czyć, ale mocne szturch­nię­cie spra­wiło, że za­czął mó­wić.

- Pan ofi­cer ka­zał po­wtó­rzyć pani, że wie o pi­sto­le­cie. I o kontr­re­wo­lu­cyj­nych po­glą­dach sza­now­nej pani.

- A niby skąd? Kto mu ta­kich głu­pot na­ga­dał?

- Ja... zło­ży­łem ze­zna­nie. Że pi­sto­let wi­dzia­łem. No i re­ak­cyjne po­glądy od pani sły­sza­łem.

Ma­mu­sia aż po­kra­śniała. Jej oczy za­lśniły czy­stą fu­rią.

- Pan? Pan?! Prze­cież pan na­wet u nas nie by­wał! Jak pan śmiał, jak...

Urwała w pół słowa na wi­dok sto­ją­cej w progu córki. Jej spoj­rze­nie na­tych­miast zła­god­niało, w oczach za­lśniły łzy.

- Chodź do mnie, có­ruś.

Czte­rech męż­czyzn w ra­dziec­kich mun­du­rach jakby się prze­bu­dziło. Ten w nie­bie­skiej czapce za­czął wy­da­wać po­le­ce­nia po­zo­sta­łym, uzbro­jo­nym w ka­ra­biny z po­sta­wio­nymi ba­gne­tami. Ci, przy­świe­ca­jąc so­bie la­tar­kami, roz­bie­gli się po miesz­ka­niu. Chwilę póź­niej po domu za­częły fru­wać ubra­nia, pie­rze z po­du­szek i kartki z roz­szar­py­wa­nych na strzępy ksią­żek. Ha­nia pa­trzyła na to dzieło znisz­cze­nia wiel­kimi oczami. Ta­tuś prze­cież za­wsze po­wta­rzał, że książki to świę­tość, bo za­warte są w nich my­śli wiel­kich lu­dzi. A ci dep­tali je bu­cio­rami!

To wy­gląda tak, jakby chcieli tylko nisz­czyć, a nie szu­kać - prze­mknęło jej przez głowę. - Bo chyba nie są­dzą, że re­wol­wer ukryty jest mię­dzy kart­kami?

- Co te­raz bę­dzie? - zmar­twia­łym gło­sem za­py­tała mama.

- Spo­koj­nie, pani Ko­chań­ska, spo­koj­nie. - Są­siad przy­gła­dził wąsa, ale jego oczy mysz­ko­wały po za­war­to­ści szu­flad wy­rzu­ca­nych na pod­łogę. - Prze­sie­dlą was, ot co. Żadna tra­ge­dia. Gor­sze rze­czy się te­raz nie­któ­rym przy­tra­fiają.

Urwał i szybko po­stą­pił kilka kro­ków w stronę sa­lonu, w któ­rym ten w nie­bie­skiej czapce wy­sy­py­wał za­war­tość szka­tułki z bi­żu­te­rią (a ra­czej z jej reszt­kami, bo w zi­mie za opał i chleb trzeba było pła­cić zło­tem).

- Mogę? - Wy­cią­gnął dłoń po me­da­lik z krzy­ży­kiem wy­sa­dza­nym dia­men­ci­kami.

- Pa­szoł won! - Ofi­cer ode­pchnął go i na­wet po­ło­żył dłoń na za­tknię­tym za pas na­ga­nie.

Wę­ży­kow­ski wto­pił się w ścianę, a en­ka­wu­dzi­sta prze­niósł wzrok na Ha­nię i jej mamę. My­ślał chwilę, za­gryzł wąsa, aż w końcu pod­szedł do nich za­ma­szy­stym kro­kiem.

- Ma­cie, no, bie­ri­tie! - Wrę­czył pani Ko­chań­skiej je­den z pier­ścion­ków.

Po­wie­dziaw­szy to, zer­k­nął szybko w stronę pod­ko­mend­nych do­ko­nu­ją­cych re­wi­zji, po czym od­su­nął kie­szeń mun­duru i ostroż­nie wsy­pał do niej za­war­tość szka­tułki.

Bolo uprze­dzał, że tak bę­dzie - po­my­ślała z go­ry­czą Ha­nia. Nie słu­chała zbyt uważ­nie roz­mów do­ro­słych o po­li­tyce, wo­lała ba­wić się w sklep albo sa­lon su­kien, pa­mię­tała jed­nak, że kiedy wszy­scy stu­denci ob­no­sili po Aka­de­mic­kiej wpięte w klapy ma­ry­na­rek wy­po­le­ro­wane od­znaki Or­ga­ni­za­cji Strze­lec­kiej i od­gra­żali się, że na Boże Na­ro­dze­nie bę­dziemy w Ber­li­nie, tylko on mó­wił, że jak ru­szą się Niemcy, to bol­sze­wicy za­raz wbiją nam nóż w plecy. I że trzeba się wcze­śniej przy­go­to­wać. Ukryć lub na­wet znisz­czyć to, co cenne. Prze­trwać.

Na wspo­mnie­nie brata zro­biło jej się strasz­nie smutno, płacz­li­wie. A prze­cież obie­cy­wała so­bie, że co by się nie działo, bę­dzie dzielna jak... Jak Emi­lia Pla­ter!

- Nie lzia, nie lzia. - Ofi­cer wska­zał pal­cem jej łzy, po czym szybko po­wie­dział coś Wę­ży­kow­skiemu.

- Pa­kuj­cie się! - wark­nął star­szyna ka­mie­nicy, pa­trząc na nie spode łba, jakby to Ko­chań­ska i jej córka okra­dły go z me­da­lika. - Jak nie ma­cie w co, to w po­szwy na po­duszki. I nie za­po­mnij­cie wziąć cie­płych rze­czy.

TE­RAZ

Hajfa, Izrael. So­bota

Star­szy pan - śred­niego wzro­stu, z wy­dat­nym brzusz­kiem i do­bro­tliwą twa­rzą sie­dem­dzie­się­cio­latka - pa­trzył w okno wy­cho­dzące na Za­tokę Spo­koju. Po po­ły­skli­wej tur­ku­so­wej ta­fli wody su­nęły ogromne statki zmie­rza­jące do portu. Nie­które stały na re­dzie. Wi­dział je do­kład­nie, stał prze­cież na jed­nym z naj­wyż­szych pię­ter szpi­tala Ram­bam. Biały, wy­soki, bar­dzo no­wo­cze­sny bu­dy­nek gó­ro­wał nad oko­licą. Z każ­dego z jego okien można było po­dzi­wiać albo za­tokę, albo roz­cią­ga­jące się w dole mia­sto, albo pię­trzące się na po­łu­dniu zie­lone wzgó­rza Gór­skiego Parku Na­ro­do­wego Car­mel.

Ko­chał to mia­sto. Przed laty od­na­lazł w nim spo­kój i wy­tchnie­nie. A także sza­cu­nek i sym­pa­tię są­sia­dów, któ­rzy ce­nili w nim życz­liwe na­sta­wie­nie do świata i po­czu­cie hu­moru. Ce­nili też jego dwóch sy­nów - za­wo­do­wych żoł­nie­rzy. Star­szy pan wiódł tu­taj spo­kojny ży­wot w nie­du­żym domku na jed­nej z za­la­nych słoń­cem, sen­nych uli­czek po­mię­dzy plażą a ru­chliwą ulicą Sde­rot Je­ru­sza­la­jim. Dla są­sia­dów był po pro­stu Aaro­nem Co­he­nem, eme­ry­tem. Nie wie­dzieli o nim nic wię­cej. I do­brze mu z tym było.

Od­kąd ode­szła Me­ira, jego uko­chana żona, nie miał zbyt wielu roz­ry­wek. Lu­bił wsta­wać wcze­śnie, wsia­dać w auto i pod­jeż­dżać do portu jach­to­wego, żeby za­mie­nić parę słów z węd­ka­rzami lub rzu­cać w po­wie­trze ka­wałki sta­rego chleba, któ­rym nie po­zwa­lały spaść na zie­mię żar­łoczne mewy. Nie­mal co wie­czór ga­wę­dził też z są­sia­dami lub prze­sia­dy­wał do późna w jed­nej z ulicz­nych knaj­pek po­ło­żo­nych w cen­trum. Od czasu do czasu od­wie­dzał go któ­ryś z sy­nów. Pięk­nych chło­pa­ków się do­cho­wał. Wy­so­kich, czar­no­wło­sych, o uważ­nych, po­zba­wio­nych lęku spoj­rze­niach. Nie bar­dzo jed­nak miał o czym z nimi roz­ma­wiać. Woj­sko, wojna, po­li­tyka - od tego sta­rał się ucie­kać, na ile to było moż­liwe. A im nie chciało się ga­dać o stat­kach i me­wach.

Te­raz jed­nak wie­dział, że wszystko to dia­bli wzięli. Mu­siał wy­je­chać. Na za­wsze. Dzi­siej­sza wi­zyta w Ram­bam tylko po­twier­dziła to, do czego od dawna się przy­go­to­wy­wał. Ostatni raz pa­trzył na za­tokę i port. Ostatni raz...

TE­RAZ

War­szawa. Po­nie­dzia­łek

Pła­kał przez sen. Znowu. Zro­zu­miał to, kiedy w duszny i klau­stro­fo­biczny świat kosz­ma­rów wdarł się idio­tyczny mo­tyw z Gwiezd­nych wo­jen. Usta­wiła mu go w ko­mórce jesz­cze Go­sia. Dawno temu, w ja­kimś in­nym ży­ciu. A on nie umiał, czy też ra­czej nie chciał, go zmie­nić, choć za każ­dym ra­zem, kiedy dzwo­nił te­le­fon, od­czu­wał bo­le­sne ukłu­cie w sercu.

Tym ra­zem sy­gnał uwol­nił go od ma­ja­ków, w któ­rych prze­wi­jało się na­gie, udrę­czone ciało Zo­fii Po­gody, w ja­kiś sza­tań­ski spo­sób zmie­nia­jące się w sku­lone na pod­ło­dze ciałko jego Kru­szynki. Mała miała za­mknięte oczy, była ubrana w swoją ulu­bioną pi­żamę ze Świnką Peppą i le­żała bez ru­chu. Pró­bo­wał ją pod­nieść, za­brać z tego prze­klę­tego miesz­ka­nia, ale oka­zała się za ciężka. Na­chy­lił się i zo­ba­czył, że jest przy­kle­jona do pod­łogi szarą ta­śmą. Za­wył z roz­pa­czy. Pró­bo­wał ją ode­rwać, szar­pał, gryzł, ale to nic nie da­wało. I wtedy do po­koju we­szła Gośka. Pie­go­wata bu­zia z sze­ro­kim no­skiem, który tak lu­bił ca­ło­wać. Za­wsze, kiedy to ro­bił, chi­cho­tała. Twier­dziła, że jego usta ją ła­sko­czą. W tym jego prze­klę­tym śnie nie ode­zwała się jed­nak ani sło­wem. Przy­naj­mniej nie wtedy, kiedy za­kli­nał ją, żeby po­mo­gła mu ode­rwać od ziemi Kru­szynę. Stała i pa­trzyła zre­zy­gno­wa­nym, ale oskar­ży­ciel­skim wzro­kiem. Aż w końcu się ode­zwała.

"To twoja wina. To przez cie­bie".

Otwo­rzył oczy, wciąż czu­jąc prze­szy­wa­jący serce ból. Się­gnął po te­le­fon le­żący obok ma­te­raca. Spoj­rzał na wy­świe­tlacz. Tak, można się było tego spo­dzie­wać. Za­prawa. Wczo­raj, a może już dzi­siaj zo­sta­wił go w ko­men­dzie nad długą ni­czym egip­skie pa­pi­rusy li­stą miesz­kań­ców War­szawy i oko­lic - no­to­wa­nych, ka­ra­nych lub po­dej­rze­wa­nych o prze­stęp­stwa prze­ciwko ży­ciu i zdro­wiu oraz na tle sek­su­al­nym. Nie­zły kok­tajl pa­ra­gra­fów, jed­nak przede wszyst­kim: 148 - za­bój­stwo, i 197 - gwałt. Przez kilka go­dzin prze­glą­dali to wspól­nie, kiedy jed­nak Bar­tek za­snął na sie­dząco i omal nie spadł z krze­sła, Za­prawa wy­słał go do domu.

- Przy­jeż­dżaj! - ryk­nął te­raz. - Chyba mam ptaszka.

Nad ra­nem par­king dla pra­cow­ni­ków ko­mendy był nie­mal pu­sty. Ko­necki zo­sta­wił więc swoją to­yotę aygo (tylko nieco więk­szą od wózka w hi­per­mar­ke­cie) tuż obok wej­ścia, po­zdro­wił dy­żur­nego i przy­tknął kartę iden­ty­fi­ka­cyjną do portu w bramce. Pięć su­sów i był na pię­trze. Z po­koju, który zaj­mo­wali z Za­prawą, wy­le­wało się na ko­ry­tarz świa­tło lamp, w któ­rym wi­ro­wał pa­pie­ro­sowy dym. Bar­tek szybko od­pa­ko­wał dwa listki gumy mię­to­wej i we­pchnął so­bie do ust. Sam nie wie­dział, jak to działa, ale smak mięty po­zwa­lał mu przez mo­ment nie my­śleć o pa­le­niu.

- To ten - ko­mi­sarz po­ło­żył przed nim wy­druk zdję­cia.

"Bo­gu­sław Czuba, lat 37" - prze­czy­tał Ko­necki.

Pan Bo­guś zo­stał ska­zany pół­tora roku temu z ar­ty­kułu 200 Ko­deksu kar­nego: "Kto ob­cuje z nie­let­nim po­ni­żej 15 lat", na dwa lata w za­wie­sze­niu.

- Był kie­rowcą wła­ści­ciela klubu Marko Pa­olo, nie­ja­kiego Bier­nac­kiego - wy­ja­śnił Za­prawa. - Co­dzien­nie prze­sia­dy­wał do późna w klu­bie. I lu­bił so­bie po­ciup­ciać. Szcze­gól­nie trzy­na­sto­let­nie dziew­czynki.

Po nocy ślę­cze­nia nad pa­pie­rami ko­mi­sarz wy­glą­dał jak eme­ry­to­wany bok­ser wagi cięż­kiej, który w swo­jej ka­rie­rze za­li­czył zbyt wiele no­kau­tów. Sine worki pod ma­łymi, czuj­nymi oczami wy­glą­dały te­raz jak dwie fio­le­towe po­du­szeczki na igły, a po­chyłe czoło prze­ci­nała głęb­sza niż za­zwy­czaj bruzda. W opa­dłym ką­ciku wy­bla­kłych ust smęt­nie do­ga­sał pa­pie­ros.

Ko­nec­kiemu zro­biło się żal part­nera. Tak, wie­dział, że Zdzi­siek ma dwu­dzie­sto­let­nią obec­nie córkę. Pew­nie dla­tego ucze­pił się tego żi­go­laka. To jego, Bartka, wina. Nie po­wi­nien był iść do domu i zo­sta­wiać Za­prawy sa­mego z tymi pa­pie­rami. Te­raz mu­siał jed­nak przy­wo­łać ko­mi­sa­rza do po­rządku. To było ważne śledz­two. Ju­tro... - cho­lera, ra­czej już dziś - mają zdać re­la­cję z wy­ni­ków na po­ran­nym ze­bra­niu ca­łego wy­działu. Po­wie­dział więc naj­de­li­kat­niej, jak tylko mógł o trze­ciej rano:

- To, że gno­jek lubi nie­laty, nie czyni go na­szym po­dej­rza­nym. Zo­fia nie miała na­stu lat. No i za­bój­stwo ze szcze­gól­nym udrę­cze­niem ofiary to jed­nak nie to samo, co...

- Nie? - prych­nął dy­mem Za­prawa. - To słu­chaj da­lej.

Wcią­gnął po­wie­trze, za­krztu­sił się i roz­ka­słał. Ze zło­ścią we­pchnął peta w prze­peł­nioną, opa­trzoną na­pi­sem "Święto Po­li­cji 1986" po­piel­niczkę i mó­wił da­lej.

- Po otrzy­ma­niu za­wia­sów nasz Czu­buś wy­le­ciał z ro­boty. Ja­kiś czas szwen­dał się po mie­ście, wy­sta­jąc na bram­kach co po­śled­niej­szych klu­bów. Ale na­tura cią­gnie wilka do lasu. Pod ko­niec ze­szłego roku pa­trol pre­wen­cji za­trzy­mał go w parku Ska­ry­szew­skim... - Za­prawa prze­rwał i zmie­rzył Ko­nec­kiego bacz­nym spoj­rze­niem. - Za­pa­mię­taj: Ska­ry­szew­skim - po­wtó­rzył - na usi­ło­wa­niu gwałtu. Nie­do­szła ofiara ze­znała, że gro­ził, że po­trak­tuje ją no­żem, je­śli nie bę­dzie ci­cho.

- I co? - za­py­tał ostroż­nie Ko­necki.

- I gówno! - Ko­mi­sarz ze zło­ścią pla­snął dło­nią w udo. - Ty głu­chy je­steś czy ja­kiś gen­der? Park Ska­ry­szew­ski leży rzut be­re­tem od Mię­dzy­na­ro­do­wej, a na­szą de­natkę ktoś przed śmier­cią kroił jak sa­lami w hi­per­mar­ke­cie!

Ko­necki przez do­brą chwilę mil­czał, żeby nie pro­wo­ko­wać ko­lej­nych wy­bu­chów. Wszystko to, mó­wiąc naj­de­li­kat­niej, wy­da­wało mu się mocno na­cią­gane. I dałby głowę, że Zdzi­siek też miał ta­kie po­czu­cie. Dla­tego tak się ci­skał.

W końcu pod­ko­mi­sarz wy­do­był z sie­bie neu­tralne py­ta­nie:

- Py­ta­łem, co z tym za­trzy­ma­nym. Sie­dzi?

- Nie do­szło do ska­za­nia. - Zdzi­sław mach­nął łapą z ko­lej­nym, nie­za­pa­lo­nym jesz­cze pa­pie­ro­sem. - Ko­bieta nie zło­żyła do­nie­sie­nia o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa.

Ko­mi­sarz wy­dał bli­żej nie­okre­ślone sap­nię­cie. Po­tem przy­pa­lił pa­pie­rosa, wy­cią­gnął swoje wiel­kie ciel­sko na ob­ro­to­wym krze­śle i prze­mó­wił spoza opa­rów dymu:

- Nie cze­piaj się, Bar­tek. Nie szu­kaj na siłę dziury w ca­łym. Ten Czuba, póki co, pa­suje ide­al­nie. Lep­szego nie mamy.

WCZE­ŚNIEJ

Sty­czeń 1941. Ob­wód ak­tiu­biń­ski w Ka­zach­sta­nie

Sie­działa na bar­łogu z wy­su­szo­nych ło­dyg ło­pianu, z no­gami pod brodą. Do chu­dej piersi przy­ci­skała Miśka. Na środku kur­nej chaty pa­lił się kop­czyk ki­zia­ków - ze­bra­nych je­sie­nią z pól wy­schnię­tych plac­ków kro­wiego łajna. To był ich je­dyny opał na całą zimę. Zresztą nie tylko opał. Z tego sa­mego, tyle że świe­żego ma­te­riału - a także gliny, wody i plew - zro­bione były kir­pi­cze, czyli ce­główki, z któ­rych zbu­do­wano wszyst­kie chaty w ich sow­cho­zie Pier­wo­majsk.

Nad stro­mym da­chem wył po­tę­pień­czo bu­ran - ka­zach­ski wi­cher przy­no­szący śnieg. Jesz­cze przed­wczo­raj, kiedy za­cho­ro­wała mama, w po­wie­trzu pa­no­wała kom­pletna ci­sza. Step był po­kryty je­dy­nie cienką war­stewką śniegu, spod któ­rego wy­sta­wały kępy trawy i ze­schłe chwa­sty. Pani Gon­czar­ska, która na ty­fus pla­mi­sty cho­ro­wała je­sie­nią i te­raz jako je­dyna nie bała się przy­cho­dzić do jej mamy, wpa­dała do nich kilka razy dzien­nie. Po­ma­gała kar­mić pół­przy­tomną chle­bem roz­mo­czo­nym w wo­dzie, zmie­niała okłady na czole, przy­kła­dała lu­sterko do ust, kiedy mama za­mie­rała w bez­ru­chu. Przy niej Ha­nia nie czuła się tak strasz­nie sa­motna i tak po­twor­nie wy­stra­szona. Aż na­gle wczo­raj po po­łu­dniu od pół­noc­nego wschodu nad­cią­gnął wał gra­na­to­wych chmur. Zbli­żał się szybko jak ta­bun roz­sza­la­łych koni. Za­grzmiało, jakby ktoś strze­lił z ar­maty, i po­wiało tak, że w po­wie­trzu za­wi­ro­wał piach pod­nie­siony z ziemi. A po­tem syp­nęło śnie­giem. Syp­nęło? Nie, to nie były ja­kieś tam miłe płatki, które we Lwo­wie za­mie­niały ulice w tory sa­necz­kowe. To była na­wał­nica za­le­pia­jąca oczy i usta, grze­biąca w skrzy­pią­cej od mrozu bieli całe osady. W pół go­dziny za­sy­pało całe wej­ście do chaty, a to był do­piero po­czą­tek. Kiedy w środku nocy mama za­częła prze­ra­ża­jąco char­czeć i rzę­zić, Ha­nia nie wy­trzy­mała i po­sta­no­wiła biec do pani Gon­czar­skiej. Przez ni­skie wyj­ście nie dało się prze­bić. Wdra­pała się więc pod sam su­fit, do otworu, przez który ucie­kał dym, i prze­ci­snęła na ze­wnątrz. Już tak nie wiało, dała więc radę wy­grze­bać się na górę. Ro­zej­rzała się i za­marła. Wszyst­kie chaty w Pier­wo­maj­sku to­nęły w za­spach się­ga­ją­cych szczy­tów da­chów. Nie­które do­mo­stwa kom­plet­nie w nich znik­nęły! Ha­nia zro­biła krok, aby przejść do są­siadki górą, i za­pa­dła się w puch po same pa­chy! Omal nie uto­nęła w śniegu. Z tru­dem wdra­pała się z po­wro­tem do otworu i osu­nęła w głąb chaty.

A dzi­siaj... Mama znie­ru­cho­miała. Roz­mo­czony chleb za­miast do prze­łyku spły­wał jej po po­licz­kach. Ha­nia co chwila przy­ty­kała do jej ust uła­mek lu­sterka. Co­raz dłu­żej mu­siała cze­kać i co­raz bacz­niej wy­pa­try­wać, by zo­ba­czyć na nim choć odro­binę pary.

Te­raz był dzień, cze­kała więc, aż ktoś się do nich do­ko­pie. Męż­czyźni pew­nie już zła­pali za szu­fle i ło­paty. Tylko czy zdążą? A na­wet je­śli, co z tego? Prze­cież w pro­mie­niu kil­ku­set ki­lo­me­trów nie było żad­nej ap­teki, fel­czera, le­kar­stwa.

Wy­cią­gnęła chudą rączkę i ostroż­nie, sa­mymi ko­niusz­kami pal­ców, do­tknęła skroni mamy. Czoło było zimne. Może to do­bry znak? Wcze­śniej prze­cież pło­nęło go­rączką. A może...

- Ma­mu­siu! - szep­nęła. - Pro­szę cię, nie zo­sta­wiaj mnie sa­mej w tym strasz­nym miej­scu!

Dźwięk wła­snych słów obu­dził w niej głę­boko skry­waną roz­pacz. Po­cią­gnęła no­sem, za­trzę­sła chu­dymi plec­kami, a po­tem już łzy po­pły­nęły po­to­kiem. Trzy­ma­jąc wciąż Miśka, opa­dła na nie­ru­chome ciało mamy, za­częła nim po­trzą­sać, usi­ło­wała pod­no­sić.

Wtedy pani Ko­chań­ska otwo­rzyła oczy. Przez mo­ment, raz po raz, prze­no­siła wzrok z córki na trzy­ma­nego przez nią plu­szaka, aż wresz­cie otwo­rzyła usta:

- Có­ruś, mu­szę ci po­wie­dzieć coś waż­nego o Bolu i tym... - Za­ka­słała, a gałki jej oczu na mo­ment wy­wró­ciły się biał­kami ku gó­rze.

Z tru­dem prze­łknęła ślinę, za­mru­gała. Jej spoj­rze­nie, jesz­cze przed se­kundą cał­kiem przy­tomne, po­now­nie zmęt­niało.

- ...i o tej za­bawce - do­koń­czyła słab­ną­cym gło­sem. - Twój Mi­siek... Ma pe­wien se­kret...

Mó­wie­nie spra­wiało jej co­raz więk­szą trud­ność, Ha­nia więc za­sło­niła jej usta swoją ma­lutką rączką.

- Cii, cii. Od­pocz­nij, ma­mu­siu - po­wie­działa, czu­jąc, jak jej serce na nowo wy­peł­nia na­dzieja.

Czyżby mama zdro­wiała?

Pani Ko­chań­ska głę­boko wes­tchnęła, za­my­ka­jąc oczy. A po­tem znie­ru­cho­miała. Za­nie­po­ko­jona Ha­nia le­ciutko nią po­trzą­snęła. Wtedy głowa mamy osu­nęła się i ude­rzyła z głu­chym stuk­nię­ciem o kle­pi­sko. Lu­sterko. Dziew­czynka trzy­mała je długo, długo tuż przy pół­otwar­tych, szybko si­nie­ją­cych ustach. Nic. Na­wet śladu od­de­chu.

Za­częła krzy­czeć. Wy­krzy­ki­wała ja­kieś za­klę­cia i prośby, ale roz­szar­pu­jący jej serce szloch za­głu­szył słowa. W końcu Ha­nia za­snęła na tę­że­ją­cym ciele matki.

TE­RAZ

War­szawa. Po­nie­dzia­łek

W po­koju kon­fe­ren­cyj­nym ze­brali się nie­mal wszy­scy. Na­czel­nik Wy­działu do walki z Ter­ro­rem Kry­mi­nal­nym i Za­bójstw, pod­in­spek­tor Krzysz­tof Ży­wu­ski, wraz z dwoma za­stęp­cami sie­dział przy sto­liku na wprost rzędu krze­seł. Jak zwy­kle spra­wiał wra­że­nie lu­zaka i we­sołka. Śred­niego wzro­stu, krępy, o nieco zbyt pu­co­ło­wa­tej twa­rzy, z którą kon­tras­to­wały małe, by­stre oczy, sie­dział roz­wa­lony na krze­śle, chi­cho­cząc z ja­kie­goś świń­skiego ka­wału. Ni­kogo z obec­nych nie mo­gła zmy­lić ta mowa ciała. Wszy­scy wie­dzieli, że pod po­wierz­chow­no­ścią nie­sfor­nego chłopca szef skrywa po­ryw­czą na­turę i umysł ostry jak ży­leta. Tak zresztą na­zy­wali go mię­dzy sobą. Ży­leta.

Obok niego, po pra­wej, do­stoj­nie za­sia­dał pro­ku­ra­tor Piotr Paw­ło­wicz. Kunk­ta­tor. Trudno o więk­szy kon­trast. Pro­ku­ra­tor wbity w do­pa­so­wany gar­niak z kra­wa­tem, ni­czym z po­wie­ści Mi­ło­szew­skiego, sie­dział sztywno, jakby kij po­łknął. Może tro­chę dla­tego, że na­prze­ciw, po le­wej ręce Ży­lety, miał nad­ko­mi­sa­rza Jana Nie­wia­dom­skiego, chu­dego po­nu­raka o ko­stycz­nej twa­rzy in­kwi­zy­tora i za­pad­nię­tych oczach czło­wieka, który nie wie­rzy w nic i ni­komu nie ufa.

Ostatni czło­wiek przy stole był jakby żyw­cem wy­jęty z hol­ly­wo­odz­kiego se­rialu o gli­nia­rzach. Dość wy­soki, po­stawny, ale bez prze­sady, ubrany w luźny gar­ni­tur bez kra­wata. Typ przy­stoj­niaka z wy­datną szczęką i no­sem bok­sera oraz wy­ra­zem twa­rzy fa­ceta, który za­wsze do­staje od ży­cia do­kład­nie to, czego chce. Nad­ko­mi­sarz Adam Oliwa.

Na usta­wio­nych w pół­kole krze­słach za­sia­dała reszta wy­działu. Ko­necki ze zdzi­wie­niem skon­sta­to­wał, że wielu twa­rzy nie zna. Od­kąd ostatni raz, po­nad pół roku temu, uczest­ni­czył w po­dob­nym ze­bra­niu, tra­fiło tu sporo no­wych lu­dzi. A kilku ode­szło.

Z daw­nych zna­jo­mych ko­ja­rzył star­szego aspi­ranta Ja­nu­arego Li­choc­kiego, który jakby chcąc spro­stać swemu na­zwi­sku, był wśród nich naj­więk­szym rap­tu­sem i za­ka­pio­rem; ko­mi­sa­rza Pio­tra Arab­skiego, zwa­nego Ara­bem nie tyle z ra­cji na­zwi­ska, ile ra­czej dzi­wacz­nej pa­sji, która ka­zała mu spę­dzać każde let­nie wa­ka­cje na nur­ko­wa­niu w egip­skiej Hur­gha­dzie; a także pier­do­ło­wa­tego z wy­glądu oku­lar­nika, pod­ko­mi­sa­rza Er­ne­sta Góź­dzia, który miał po­dobno IQ na po­zio­mie 160 (wszy­scy w wy­dziale do­wie­dzieli się tego z akt dzięki nie­dy­skre­cji se­kre­tarki szefa Ha­liny). Wśród zgro­ma­dzo­nych było jesz­cze paru gli­nia­rzy, na przy­kład pod­ko­mi­sarz Jolka Boń­czak, je­dyna dziew­czyna w tym gro­nie, ale Ko­necki nie miał już czasu się im przy­glą­dać. Wie­dział, że za­raz wszys­cy za­milkną w ocze­ki­wa­niu na to, co on i Zdzi­siek Za­prawa mają do po­wie­dze­nia na te­mat śledz­twa.

W wiel­kie okna po­koju za­bęb­nił deszcz ze śnie­giem, w dło­niach sty­gły pa­pie­rowe kubki z kawą bez mleka (Ha­lina za­po­mniała za­mó­wić), palce po­cie­rały o sie­bie z tę­sk­noty za pa­pie­ro­sem. W pa­łacu Mo­stow­skich jed­nak się nie pa­liło. Przy­naj­mniej na ofi­cjal­nych spo­tka­niach. Nowy ko­men­dant sto­łeczny wy­dał ka­te­go­ryczny za­kaz.

- No, da­waj, Zdzi­siek. Mów, co tam ma­cie - prze­mó­wił Ży­leta.

Za­prawa za­czerp­nął po­wie­trza i wal­nął prze­mowę. O tym, że wy­ty­po­wali wspól­nie z part­ne­rem po­ten­cjal­nego sprawcę, Bo­gu­sława Czubę, lat 37, za­miesz­ka­łego przy ulicy Sta­lo­wej. Za­pre­zen­to­wał ze­bra­nym po­krę­cony ży­cio­rys owego in­dy­wi­duum, nad­mie­nił, że próby gwałtu sprzed kilku mie­sięcy do­ko­nał za­le­d­wie kil­ka­set me­trów od bloku Zo­fii Po­gody, a mo­dus ope­randi tej nie­do­szłej zbrodni był ude­rza­jąco po­dobny do tego, co przy­tra­fiło się ich de­natce. Pod­kre­ślił też, że syl­wetka Czuby - wy­soka, mu­sku­larna - pa­suje do frag­men­ta­rycz­nego wpraw­dzie i wi­dzia­nego przez wi­zjer, ale jed­nak opisu sprawcy mor­der­stwa. W dal­szych sło­wach Za­prawa ujaw­nił, że roz­ma­wiał w nie­dzielę z pro­fi­le­rem, który zgo­dził się z opi­nią, że Czuba to typ de­spe­rata. Gdy taki de­spe­rat traci grunt pod no­gami (wy­rok, utrata pracy, po­tem pra­wie ko­lejna wpadka), staje się agre­sywny i nie­prze­wi­dy­walny.

Ko­necki słu­chał słów ko­legi i - choć bar­dzo się sta­rał, bo prze­cież Za­prawa to równy gość, który nie bał się wziąć go na part­nera po tym wszyst­kim, co Bar­tek spie­przył po­nad pół roku temu - nie po­tra­fił się z nimi iden­ty­fi­ko­wać. Ja­koś mu ten Czuba nie pa­so­wał do ukła­danki. A ra­czej do okrut­nej, ale wy­ra­fi­no­wa­nej i po­peł­nio­nej na zimno zbrodni. Bo prze­cież sprawca naj­pierw zmu­sił ofiarę do ro­ze­bra­nia się (rze­czy Zo­fii nie były po­darte, więc ich z niej nie ze­rwano), na­stęp­nie skrę­po­wał ją ta­śmą w bar­dzo nie­wy­god­nej po­zy­cji (czę­ściowo klę­czą­cej, a czę­ściowo le­żą­cej), a na­stęp­nie długo się nad nią pa­stwił. Czy tak działa de­spe­rat po­lu­jący na ko­biety w parku? Być może. Ale było coś jesz­cze, co nie da­wało Ko­nec­kiemu spo­koju. To coś, co za­uwa­żył wtedy w po­koju ofiary. Ulotne wra­że­nie, spo­strze­że­nie, które le­dwo mu­snęło jego pa­mięć i za­raz w niej za­to­nęło. Do li­cha, wciąż nie mógł wy­do­być go na po­wierzch­nię.

- Prze­pra­szam, że wejdę w słowo. - Głos Kunk­ta­tora wy­rwał go z za­my­śle­nia. - Ale czy ma­cie na tego Czubę ja­kieś do­wody?

Za­prawa lekko się zmie­szał.

- To może cho­ciaż mocne po­szlaki?

Zdzi­sław spoj­rzał na Bartka wzro­kiem roz­bitka mio­ta­nego przez sztor­mowe fale.

- Co­kol­wiek, z czym będę mógł pójść do sądu i go oskar­żyć? - bo­le­śnie punk­to­wał da­lej Paw­ło­wicz.

Ze­brani po­ru­szyli się ner­wowo, ale ża­den nie wy­po­wie­dział choćby słowa.

- A więc nie ma­cie na fa­ceta nic.

- Czuję, że to on! - wy­pa­lił Za­prawa. - A jesz­cze ni­gdy in­tu­icja mnie nie za­wio­dła.

Pro­ku­ra­tor tylko po­pa­trzył na niego lek­ce­wa­żąco. Mo­kry śnieg - czy może zmro­żony deszcz - wciąż wa­lił w szyby, a po­tem od razu ście­kał po nich plą­ta­niną stru­mycz­ków.

- Spo­koj­nie - wy­ce­dził w końcu Ży­leta.

- Pan mówi: spo­koj­nie? - Brwi pro­ku­ra­tora po­szy­bo­wały do po­łowy czoła. - Jak mogę być spo­kojny, kiedy trze­ciego dnia śledz­twa sły­szę, że...

- Mamy wy­ty­po­wa­nego po­dej­rza­nego. - Na­czel­nik nie dał mu do­koń­czyć. - Te­raz trzeba go spraw­dzić.

- Po­dej­rza­nego? - Kunk­ta­tor sy­cił się swoją prze­wagą. - Ra­czej po­dej­rze­wa­nego. I to na pod­sta­wie in­tu­icji.

Za­prawa za­ci­snął pięść, oparł się na niej o po­ręcz krze­sła, po­chy­lił.

- Czy są już wy­niki sek­cji? - spy­tał czym prę­dzej na­czel­nik, choć do­brze wie­dział, że wy­ni­ków nie ma.

- Nie ma - po­spie­szył z od­po­wie­dzią Ko­necki. - Jesz­cze nie ma.

- A ra­port tech­nicz­nych?

- Do­sta­li­śmy wczo­raj. Nie zna­leźli żad­nych śla­dów.

- Żad­nych? - spy­tali rów­no­cze­śnie szef i pro­ku­ra­tor.

Kilka osób ener­gicz­nie po­ru­szyło się na krze­słach, roz­leg­ły się ści­szone szepty. Brak ja­kich­kol­wiek śla­dów na miej­scu zbrodni był jed­nak czymś nie­co­dzien­nym. Wła­ści­wie coś ta­kiego do­tąd się chyba nie zda­rzyło.

- Tylko kilka wło­sów ło­no­wych w od­pły­wie wanny - po­spie­szył z wy­ja­śnie­niem Ko­necki. - Po­szły do ba­dań ge­ne­tycz­nych, ale pra­wie na pewno na­leżą do de­natki.

- No pew­nie, trudno się spo­dzie­wać, że sprawca po wszyst­kim po­szedł się wy­ką­pać - pod­su­mo­wał z prze­ką­sem Arab.

Ko­necki spoj­rzał na niego dość chłodno.

- A poza tym z ze­znań świadka wy­nika, że tam­tego po­po­łu­dnia nie od­krę­cano wody - do­rzu­cił.

Ży­leta, co nie zda­rzało mu się czę­sto, wy­da­wał się nieco zbity z tropu.

- Żad­nych od­bi­tych pa­lu­chów? Od­ci­śnię­tej po­de­szwy buta? Po­rzu­co­nego kiepa? Na­krętki od mi­ne­ral­nej? Kłaczka wełny ze swe­tra?

Ko­necki krę­cił prze­cząco głową.

- Dy­wan w po­koju na­siąkł krwią, więc sprawca roz­niósł po miesz­ka­niu dużo śla­dów - po­wie­dział. - Ale na żad­nym nie od­bił się bież­nik buta. Zu­peł­nie jakby cho­dził w skar­pe­tach. Pa­lu­chów, wło­sów ani żad­nych in­nych śla­dów nie zna­le­ziono. A je­dyne od­ci­ski pal­ców, ja­kie za­bez­pie­czono w miesz­ka­niu - kon­ty­nu­ował po chwili - na­le­żały albo do de­natki, albo do Ja­dwigi Sta­siak, która czę­sto ją od­wie­dzała. Było też parę pa­lu­chów aspi­ranta Je­rzego Ko­wal­czyka, który zna­lazł ciało.

- A na ciele de­natki? Prze­cież ny­gus mu­siał jej do­ty­kać, co nie?

- Nic.

- Chu­jowo.

- Zga­dzam się z pa­nem na­czel­ni­kiem.

Przy stole roz­le­gły się ner­wowe chi­choty. Deszcz nieco przy­sto­po­wał. Na ulicy An­dersa za­trą­bił sa­mo­chód.

- Cała na­sza na­dzieja, że uda się za­bez­pie­czyć ja­kieś, hm, ślady bio­lo­giczne na ciele ofiary - wy­re­cy­to­wał Arab.

Wszy­scy zmie­rzyli go nie­chęt­nym wzro­kiem. Na­wet Kunk­ta­tor.

- No do­bra, to jak spraw­dzić tego wa­szego fa­ceta? Rzu­caj­cie po­my­sły! - Ży­wu­ski po­wiódł po swoim ze­spole prze­ni­kli­wym wzro­kiem.

- Przede wszyst­kim spraw­dzić alibi Czuby.

- Po­ka­zać jego zdję­cie miesz­kań­com bloku. Może ktoś je­chał z nim windą?

- Po­szu­kać u niego noża. I dać do la­bo­ra­to­rium wszyst­kie ubra­nia.

- Za­mknąć na cztery osiem i przy­ci­snąć.

Ostat­nia pro­po­zy­cja po­cho­dziła, rzecz ja­sna, od Li­choc­kiego. Była tak bez­sen­sowna, że w sali za­pa­dła ci­sza. Ko­necki, który nie miał żad­nych pro­po­zy­cji, po­chwy­cił roz­pacz­liwe spoj­rze­nie Za­prawy. Part­ner go po­trze­bo­wał.

- A ja bym na ra­zie ko­le­sia nie pło­szył. Bo może... - za­jąk­nął się w oba­wie, że za­raz go wy­śmieją.

- Może co?

Wziął głę­boki wdech i brnął da­lej:

- Za­bójca jest sa­dy­stą i psy­cho­patą. A tacy lu­bią się sy­cić swoim dzie­łem. Za­łożę się, że już po wszyst­kim fa­cet stał jesz­cze długo nad cia­łem Zo­fii Po­gody i na­pa­wał się tym wi­do­kiem.

- Bar­tek, za­miast pier­do­lić, przejdź wresz­cie do rze­czy - po­ra­dził mu szef.

- My­ślę, że jest szansa, że sprawca wróci w oko­lice miej­sca zbrodni. Do bloku nie wej­dzie, ale może cho­ciaż po­pa­trzy so­bie na niego z ulicy.

- Chcesz za­ło­żyć ob­ser­wa­cję na Mię­dzy­na­ro­do­wej? - za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem Er­nest Góźdź.

- I niby ile czasu mie­li­by­śmy kwit­nąć pod tym blo­kiem? Ty­dzień? Dwa? Mie­siąc? Aż się ja­śnie pan zbok po­fa­ty­guje do nas z wi­zytą? - do­rzu­cił swoje Arab.

- Nie trzeba tam sie­dzieć. Wy­star­czy co­dzien­nie przej­rzeć mo­ni­to­ring.

- Bar­tek, tam nie ma ka­mer. Spraw­dza­li­śmy prze­cież. - Za­prawa z re­zy­gna­cją po­kle­pał go po ra­mie­niu. - Jest ich kilka, ale pół ki­lo­me­tra da­lej. Przy parku Ska­ry­szew­skim. Tam gdzie ban­ko­mat, duży sklep, sa­lon sa­mo­cho­dowy i piz­ze­ria. Ale pod tym blo­kiem... plaża.

- Po dru­giej stro­nie ulicy jest ka­wiar­nia z pry­wat­nym mo­ni­to­rin­giem - za­pro­te­sto­wał Ko­necki. - Wy­star­czy po­ga­dać z wła­ści­cie­lem, żeby prze­krę­cił ka­merkę znad swo­jego wej­ścia w stronę bloku.

W po­koju za­pa­dła pełna zwąt­pie­nia ci­sza. W su­mie Ko­necki się im nie dzi­wił. Jego po­mysł rze­czy­wi­ście był sła­biutki. Opie­rać śledz­two na luź­nym przy­pusz­cze­niu to byłby idio­tyzm.

- Do­bra, spró­bu­jemy. - Ży­wu­ski po­wie­dział to bez prze­ko­na­nia. - Ale w mię­dzy­cza­sie ci­śnij­cie ła­pi­du­chów o wy­niki sek­cji. I wy­ty­puj­cie mi paru in­nych po­dej­rza­nych. Przy­dzie­lam wam do ze­społu Araba, Ja­nu­arego, Góź­dzia i Jolkę.

- Może by­li­by­ście też ła­skawi prze­słu­chać zna­jo­mych ofiary, jej współ­pra­cow­ni­ków, by­łych na­rze­czo­nych i całą resztę po­ten­cjal­nych po­dej­rza­nych - do­rzu­cił kwa­śno Kunk­ta­tor.

TE­RAZ

War­szawa. Po­nie­dzia­łek

Je­remy Ba­tes, pięć­dzie­się­cio­pię­cio­letni drugi za­stępca at­ta­ché kul­tu­ral­nego Am­ba­sady Sta­nów Zjed­no­czo­nych, zło­żył pa­ra­sol. Mo­kry śnieg prze­stał pa­dać. Ide­al­nie. Ba­tes prze­szedł przez Aleje Ujaz­dow­skie i nie zwa­ża­jąc na ka­łuże, wkro­czył do parku Ujaz­dow­skiego. Te jego sa­motne spa­cery były kie­dyś nie­ustan­nym źró­dłem trosk Teda Tur­nera, ich szefa bez­pie­czeń­stwa. Młod­szy o dwie de­kady i cięż­szy o dwa­dzie­ścia kilo mię­śni Tur­ner uwa­żał, że prze­chadzki dy­plo­ma­tów po ob­cym, choć oczy­wi­ście so­jusz­ni­czym mie­ście prę­dzej czy póź­niej ścią­gną kło­poty na jego wy­go­loną głowę. Pró­bo­wał wci­skać Je­remy'emu ob­stawę. To­wa­rzy­stwo ubra­nego po cy­wil­nemu ma­rine w ciem­nych oku­la­rach i ma­ry­narce, z kie­sze­nią wy­pchaną przez ka­burę, było jed­nak ostat­nim, na czym za­le­żało Ba­te­sowi. Chciał się wto­pić, roz­pły­nąć w tłu­mie, zgrać z ryt­mem mia­sta.

Tego po­ranka, nie zwa­ża­jąc na błoto, bar­wiące na szaro jego buty Lo­ake Pim­lico, szczel­nie otu­lony płasz­czem Gia­como Conti, szedł nie­spiesz­nie obok stawu, przy któ­rym eme­rytki kar­miły kaczki, wzdłuż pu­stego przy tej po­go­dzie placu za­baw, aż do bramy wy­cho­dzą­cej na ulicę Gór­no­ślą­ską. Skrę­cił w prawo, mi­nął am­ba­sadę Fran­cji i za­wa­hał się, jak iść da­lej. Czy w lewo Wiej­ską, w stronę placu Trzech Krzyży, czy w prawo wzdłuż rzędu drew­nia­nych dom­ków fiń­skich? Po­wiał chłodny wiatr i Je­remy zde­cy­do­wał się na pierw­szy wa­riant. Mi­nął bu­dy­nek sej­mowy i dzi­waczny po­mnik po­świę­cony walce zbroj­nej Po­la­ków w cza­sie wojny świa­to­wej, prze­szedł obok Kan­ce­la­rii Pre­zy­denta i pew­nym kro­kiem wszedł do sto­łówki wy­daw­nic­twa Czy­tel­nik. Je­remy czuł coś na kształt dumy, że on - ob­co­kra­jo­wiec - wy­wę­szył ten lo­kal. Kar­miono tu smacz­nie i czę­sto można było zo­ba­czyć cie­ka­wych lu­dzi. Zu­peł­nie od­wrot­nie niż w po­ło­żo­nym sto me­trów da­lej She­ra­to­nie, do któ­rego wcze­śniej cha­dzał.

Zdjął płaszcz, wy­wo­łał uśmiech po­li­to­wa­nia u sprze­daw­czyni, gdy za­mó­wił pie­rogi, wziął z półki ga­zetę i usiadł. Nie umiał płyn­nie czy­tać po pol­sku, z pew­nym wy­sił­kiem po­tra­fił jed­nak od­szy­fro­wać ty­tuły. Na szczę­ście co­dzienną pra­sów­kę ro­biła mu asy­stentka Mar­tha. Śmieszna mała, z tym pie­go­wa­tym no­skiem i ma­łymi ustecz­kami przy­po­mi­nała cie­kaw­ską wie­wiórkę. Bar­dzo am­bitną wie­wiórkę. Naj­pierw tłu­ma­czyła mu nie­mal wy­łącz­nie in­for­ma­cje i ar­ty­kuły kul­tu­ralne. Była za­sko­czona, a na­wet odro­binę zgor­szona, kiedy po­pro­sił, by dała so­bie spo­kój z całą tą pa­pla­niną o wy­sta­wach, sztu­kach te­atral­nych i udu­cho­wio­nych twór­cach, a w za­mian wzbo­ga­ciła swój ma­te­riał o wia­do­mo­ści ro­dem z ta­blo­idów - zbrod­nie, skan­dale, in­sy­nu­acje i plotki.

WCZE­ŚNIEJ

Sier­pień 1941. Ob­wód ak­tiu­biń­ski w Ka­zach­sta­nie

Pęd po­wie­trza roz­wie­wał jej włosy, pa­lące słońce świe­ciło pro­sto w twarz, a za­pach sierp­nio­wego stepu na­peł­niał płuca ener­gią. Tę­tent ko­pyt, ro­ze­dr­gana praca po­tęż­nych, a przede wszyst­kim po­słusz­nych jej roz­ka­zom koń­skich mię­śni, równe sa­pa­nie chra­pów - to wszystko bu­dziło w niej fale nie­opi­sa­nego szczę­ścia. Jesz­cze rok temu na­wet by nie przy­pusz­czała, że ona, Ha­nia Ko­chań­ska, blada i nad wiek po­ważna pro­fe­sor­ska córka, która bała się zbli­żyć choćby do do­roż­kar­skiej cha­bety, bę­dzie już wkrótce ga­lo­po­wać po ste­pie na dzi­kich ka­zach­skich ogie­rach.

Do tej pracy skie­ro­wał ją wio­sną pred­sie­da­tiel ich sow­chozu, Jew­gie­nij Wo­łow. Była wtedy po­grą­żona w bez­brzeż­nym smutku po śmierci mamy. Czuła się słaba i kru­cha. Lada dzień spo­dzie­wała się wła­snej śmierci. Po co miała żyć? Sama na świe­cie? Naj­pierw okrutny los za­brał jej brata, po­tem czer­woni za­brali tatę do ka­towni na Bry­gid­kach, a na ko­niec ty­fus ode­brał mamę.

Kie­row­nic­two sow­chozu było jed­nak nie­ubła­gane. "Nie pra­cu­jesz, nie jesz" - gło­siła tu­tej­sza de­wiza. A poza tym była wojna i zdra­dziecki Hi­tler na­padł na Zwią­zek So­wiecki - swo­jego do­tych­cza­so­wego so­jusz­nika. Na­leży więc od­dać wszystko - siły, mło­dość, jak trzeba, to i ży­cie - na po­trzeby frontu. A front to nie tylko czołgi, sa­mo­loty, pa­ro­wozy i cię­ża­rówki. To także - a może przede wszyst­kim - ko­nie. Do ich sow­chozu spę­dzano więc z ca­łego Ka­zach­stanu, Kir­gi­zji i Uz­be­ki­stanu ta­buny pół­dzi­kich ru­ma­ków. Trzeba je było ujeż­dżać, kieł­znać, cza­sem ka­stro­wać i słać na za­chód, prze­ciw nad­cią­ga­ją­cym za­go­nom śmier­tel­nego wroga.

Ha­nia po­cząt­kowo bała się na­wet zbli­żyć do tych be­stii bu­cha­ją­cych pier­wotną ener­gią. Ogiery par­skały, strze­lały ko­py­tami, rzu­cały się w po­ścig za kla­czami i po­ła­mały już nie­jed­nego nie­ostroż­nego pa­robka. Przez pierw­sze mie­siące panna Ko­chań­ska peł­niła więc je­dy­nie po­moc­ni­cze funk­cje - po­iła, sy­pała ziarno, na­rzu­cała siano. Ale pew­nego dnia...

To było w po­ło­wie lipca. Tam­ten młody ogie­rek był wy­jąt­kowo nie­ustę­pliwy. Kasz­ta­nek z siwą łatą na py­sku i na­prę­żo­nymi mu­sku­łami. Zrzu­cił z sie­bie sta­rego Ba­tyra, zna­czy Sie­miona Ana­sta­zo­wi­cza, który był star­szyną ich grupy. Po­tem zdep­tał mło­dego chło­paka, ko­niu­szego. I jesz­cze kop­nął w bok cię­żarną klaczkę. Ba­tyr tak się wściekł, że po­szedł po win­towkę, żeby od­strze­lić wście­kłego du­raka, i wła­śnie wtedy kasz­ta­nek pod­biegł wprost do niej. Nie zdą­żyła się cof­nąć, za­marła ze zgrozy, a on do­tknął jej twa­rzy swo­imi cie­płymi, cu­dow­nie mięk­kimi chra­pami. Prze­ła­mu­jąc strach, po­gła­skała go. Wtedy on się po­chy­lił, pra­wie wpy­cha­jąc łeb pod jej rękę. Ha­nia za­chi­cho­tała, a Ba­ty­rowi opa­dła strzelba.

- Jak tak się z nim tu­lisz, to może byś go do­sia­dła? - za­mru­czał zło­śli­wie.

A ona, jak w tran­sie, który się zda­rza lu­dziom albo bar­dzo od­waż­nym, albo po pro­stu nie­ma­ją­cym już nic do stra­ce­nia, wsu­nęła lewą stopę w strze­mię, od­biła się i klap­nęła na sio­dło. Ani się obej­rzała, jak po­szli w ga­lop.

- Nu, mo­łodca! - Ba­tyr pół go­dziny póź­niej z nie­do­wie­rza­niem krę­cił głową. - Pierw­szy raz sie­dzi na ko­niu i od razu idzie w step cwa­łem. Jak­bym nie wi­dział, to­bym nie uwie­rzył.

Od tego czasu pa­nienka Ko­chań­ska zo­stała ko­niu­szym. Naj­lep­szym ze wszyst­kich, ja­kich miał Ba­tyr. Być może na­wet lep­szym niż ka­zach­scy chłopcy, któ­rzy prze­cież ro­dzili się w sio­dle. Mniej wię­cej wtedy lu­dzie za­częli ją na­zy­wać Sza­ban­doza, co po ka­zach­sku zna­czy jeź­dziec.

W tam­tym mo­men­cie jakby wstą­piło w nią nowe ży­cie. Rana w sercu po stra­cie mamy wciąż była głę­boka, ale Ha­nia przy­naj­mniej nie bała się już spoj­rzeć w głąb sie­bie. Całe dni spę­dzała na ste­pie, przy sta­dzie, sto ki­lo­me­trów od swo­jej chaty. Spała pod ka­pią­cym gwiaz­dami nie­bem, ja­dła pie­czone mięso uro­dzo­nych mar­two źre­ba­ków, piła ko­byle mleko. Zmęż­niała, na­brała sił i wiary w sie­bie. I na­uczyła się strze­lać z dłu­giego bata, co bar­dzo się przy­da­wało, kiedy roz­ocho­ceni pa­rob­ko­wie zbyt na­tręt­nie pró­bo­wali wy­zna­wać jej swoje uczu­cia.

***

Pod ko­niec mie­siąca, a może za­raz na po­czątku wrze­śnia - któż to wie? - Ba­tyr wy­słał ją wo­zem do Pier­wo­maj­ska po ziarno dla koni, ka­szę dla lu­dzi i bańkę sa­mo­gonu dla sie­bie. Je­chała nie­chęt­nie; nie lu­biła opusz­czać koni, a i wi­dok sow­chozu bu­dził w niej smutne wspo­mnie­nia. Jakby na ich po­twier­dze­nie za­raz po przy­jeź­dzie do­wie­działa się, że pani Gon­czar­ska zmarła na za­pa­le­nie płuc, a jej dzie­się­cio­letni syn Ja­nek tra­fił do diet­skogo doma aż w Mar­tieku, a może i da­lej.

Była też jed­nak i druga no­wina. W sow­cho­zie go­ścili aku­rat żoł­nie­rze. Z nie­do­wie­rza­niem pa­trzyła na wy­cięte z kon­serwy orzełki na ich fu­ra­żer­kach. Go­dło nie miało wpraw­dzie ko­rony, ale bez dwóch zdań było pol­skie.

Ci przed­sta­wi­ciele do­wo­dzo­nego przez ge­ne­rała An­dersa woj­ska, for­mu­ją­cego się wła­śnie w Bu­zu­łuku, na­ma­wiali męż­czyzn z sow­chozu, by za­cią­gnęli się w sze­regi no­wej ar­mii. Po­dobno sam Sta­lin po­ro­zu­miał się w tej spra­wie z rzą­dem w Lon­dy­nie i wy­dał amne­stię dla wszyst­kich więź­niów oraz prze­sie­dleń­ców. Męż­czyźni z Pier­wo­maj­ska bali się jed­nak pro­wo­ka­cji. Pol­skie woj­sko? Orzełki na czap­kach? Za ta­kie ma­rze­nia jesz­cze mie­siąc temu można było po­je­chać do ko­palni ni­klu albo do ła­gru, w któ­rym na­są­czano tru­ją­cym kok­taj­lem pod­kłady ko­le­jowe. Za­szcze­piony w nich strach nie po­zwa­lał uwie­rzyć wer­bow­ni­kom. Tylko Sza­ban­doza, dziew­czynka roz­zu­chwa­lona ste­po­wym wia­trem, po­de­szła do ich sto­lika.

- Chcesz się za­cią­gnąć? - za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem po­rucz­nik.

- Może...

- A ile masz lat?

- Trzy­na­ście.

- No to od­pada. Na­wet do ju­na­ków bie­rzemy co naj­mniej czter­na­sto­lat­ków. Za smar­kata je­steś.

Ode­szła od nich z za­ciętą twa­rzą. Do tej pory nie pla­no­wała wstę­po­wać do woj­ska. Wer­bow­ni­ków za­cze­piła ot tak, dla draki, na tej za­sa­dzie, na ja­kiej ka­zach­skie chło­paki spraw­dzały się na­wza­jem na ste­pie. Je­den uda­wał, że ata­kuje dru­giego za­krzy­wio­nym no­żem. Jak ten za­cze­piony się nie prze­stra­szył, wszy­scy wy­bu­chali śmie­chem. A jak się cof­nął... cóż, mało to mło­dzi­ków zo­stało na za­wsze w kę­pie ło­pianu? Step sze­roki, utuli w swo­ich ra­mio­nach nie­jed­nego trupa.

Te­raz jed­nak Ha­nia po­czuła się tak, jakby ten za­bie­dzony po­rucz­ni­czyna, który le­d­wie mie­siąc temu był ta­kim jak ona ka­torż­ni­kiem, na­pluł jej w twarz. Za­wrzała gnie­wem.

Mnie nie przyj­mie­cie? Ja dla was za smar­kata? Po­cze­kaj­cie, zo­ba­czymy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Rok 1934. Uni­wer­sy­tet Ko­loń­ski, III Rze­sza Nie­miecka

W wy­peł­nio­nej wodą szkla­nej ku­li­stej re­tor­cie bom­bar­do­wa­nej ul­tra­dź­wię­kami po­ja­wiły się na­gle słabe roz­bły­ski nie­bie­skiego świa­tła. Pro­fe­sor Zim­bach był za­sko­czony. Nie o taki efekt mu cho­dziło. Li­czył na od­kry­cie tech­no­lo­gii szyb­kiego wy­wo­ły­wa­nia klisz fil­mo­wych, a nie na cher­lawe pod­wodne fa­jer­werki.

Co z tym po­cząć?

Nic - zde­cy­do­wał w końcu po­mię­dzy za­cią­gnię­ciem się pa­pie­ro­sem a wy­pusz­cze­niem dymu. A po­tem wy­łą­czył apa­ra­turę.

Na la­ko­niczny opis nie­zro­zu­mia­łego eks­pe­ry­mentu, po­le­ga­ją­cego na "wy­wo­ły­wa­niu zja­wi­ska so­no­lu­mi­ne­scen­cji", świat na­uki za­re­ago­wał zgod­nym wzru­sze­niem ra­mion. Od­kry­cie uznano za bez­u­ży­teczne.

Pięć lat póź­niej. Uni­wer­sy­tet im. Jana Ka­zi­mie­rza we Lwo­wie, Pol­ska

Za oknami sta­rej sali wy­kła­do­wej Wy­działu Ma­te­ma­tyczno­Przy­rod­ni­czego przy ulicy św. Mi­ko­łaja ko­ły­sały się w czerw­co­wym słońcu ga­łę­zie kasz­ta­nowca. Jego prze­kwi­tłe kwiaty i so­czy­sto­zie­lone li­ście przy­po­mi­nały o nad­cho­dzą­cych wa­ka­cjach stło­czo­nym w auli stu­den­tom. Ża­den nie miał jed­nak dość od­wagi, by przy­glą­dać się im dłu­żej niż kilka pi­ko­se­kund. Wy­kład pro­wa­dził pro­fe­sor Jó­zef Szpi­lecki, ad­iunkt w Ka­te­drze Fi­zyki Eks­pe­ry­men­tal­nej, le­genda wy­działu. Jego ci­chy, mo­no­tonny głos mo­głaby za­głu­szyć na­wet prze­la­tu­jąca mu­cha.

Nic więc dziw­nego, że wszy­scy wstrzy­mali od­dech, kiedy drzwi sali otwo­rzyły się z hu­kiem. Sta­nął w nich pro­fe­sor Zdzi­sław Paz­dro, nieco po­ufale na­zy­wany przez ża­ków Zdziś­kiem.

- Wy­buch! - krzyk­nął gło­sem, który w kry­sta­licz­nej ci­szy auli za­brzmiał ni­czym dzwon króla Zyg­munta. - Na Zo­fiówce!

Stu­denci wpa­try­wali się w niego bez słowa, a on prze­ska­ki­wał spoj­rze­niem od jed­nej do dru­giej twa­rzy, zdzi­wiony bra­kiem re­ak­cji.

- Na Zo­fiówce! - po­wtó­rzył. - Nie ro­zu­mie­cie? W ba­raku Ko­chań­skiego! Bolo nie żyje!

Przez tłum prze­bie­gło drże­nie, szepty zmie­niły się w okrzyki prze­ra­że­nia, a po­tem stu­dencka masa po­de­rwała się z krze­seł. Bolo Ko­chań­ski, asy­stent w Ka­te­drze Fi­zyki Eks­pe­ry­men­tal­nej, był ulu­bień­cem wszyst­kich. Wy­so­kiego, bar­dzo szczu­płego blon­dyna ze strze­chą wło­sów opa­da­ją­cych na nie­bie­skie oczy jedni uwa­żali za nie­szko­dli­wego wa­riata, a inni za ge­niu­sza. Ci pierwsi dla żartu, ci dru­dzy z pełną po­wagą na­zy­wali go Ein­ste­inem.

- Do­rożkę! - Szpi­lecki za­cho­wał zimną krew, choć i na jego po­liczki wy­stą­pił ru­mie­niec. - Zdzi­siek, je­dziemy!

Chwilę póź­niej - we trzech, bo do ich po­wozu wsko­czył jesz­cze dzie­kan wy­działu, pro­fe­sor Zier­hof­fer - z tur­ko­tem kół gnali ko­lej­nymi uli­cami: za­tło­czoną Aka­de­micką, po­tem nieco luź­niej­szą Wo­ło­ską i w końcu św. Zo­fii. Prze­mknęli obok miej­skiego ką­pie­li­ska, z po­śli­zgiem skrę­cili w Po­mor­ską i omal nie wpa­dli ca­łym pę­dem w po­li­cyj­nego fiata, za­par­ko­wa­nego przed czymś czar­nym, roz­le­głym i wciąż dy­mią­cym. Wy­sie­dli.

Spo­dzie­wali się pło­ną­cego ba­raku, ewen­tu­al­nie stosu osma­lo­nych, roz­rzu­co­nych wy­bu­chem de­sek, z któ­rych skle­cone było la­bo­ra­to­rium Bola - ale nie cze­goś ta­kiego.

Wciąż oszo­ło­mieni tym, co roz­cią­gało się przed ich oczami, zbli­żyli się do kręgu wy­pa­lo­nej ziemi. Nie było żad­nego po­żaru, żad­nych osma­lo­nych de­sek. W ogóle nic nie było - poza dy­mią­cym krę­giem, cią­gle jesz­cze bu­cha­ją­cym pie­kiel­nym ża­rem. Ba­rak, wy­peł­nia­jąca go apa­ra­tura, a także Bolo Ko­chań­ski - znik­nęli.

- Świad­ko­wie mó­wią o ośle­pia­ją­cym bły­sku, huku i grzy­bie ognia, który wzniósł się nad oko­licą - po­wie­dział ci­cho po­ste­run­kowy, który roz­po­znał w nich "pro­fe­so­rów od Jana Ka­zi­mie­rza". - Co to mu­siało dup­nąć, że wszystko wy­pa­ro­wało?

Igno­ru­jąc po­li­cjanta i nie ba­cząc na to, że za­czy­nają mu się tlić po­de­szwy bu­tów, pro­fe­sor Szpi­lecki wkro­czył na po­go­rze­li­sko. Przez chwilę pa­trzył uważ­nie pod nogi, a po­tem za­wo­łał:

- Zdzi­siu, po­patrz!

Pro­fe­sor Zdzi­sław Paz­dro zbli­żył się do kręgu.

- Wi­try­fi­ka­cja - szep­nął. - Ze­szklony pia­sek. Boże, jaka tu mu­siała być tem­pe­ra­tura...

Jesz­cze przez mo­ment obaj ga­pili się w roz­to­pioną, za­sty­ga­jącą zie­mię.

- A to? - Szpi­lecki wska­zał dro­binki iskrzące się wśród czar­nej krze­mionki.

Paz­dro wy­jął z kie­szeni ma­ry­narki chustkę do nosa i przez ma­te­riał ujął jedno z ta­kich ma­leństw. Dłuż­szą chwilę ostroż­nie oglą­dał je pod słońce.

- Co to jest? - nie­cier­pli­wił się Szpi­lecki.

- Gdyby to nie było kom­plet­nie nie­moż­liwe... - za­wa­hał się Paz­dro - po­wie­dział­bym, że to dia­ment.

- Dia­ment?! - prych­nął sto­jący kilka kro­ków za nimi Zier­hof­fer. - Dia­menty nie ro­dzą się na traw­niku. Na­wet spa­lo­nym. Dia­menty po­wstają we wnę­trzu Ziemi, gdzie...

- ...pa­nuje ci­śnie­nie sie­dem­dzie­się­ciu ty­sięcy ki­lo­gra­mów na cen­ty­metr kwa­dra­towy i tem­pe­ra­tura ty­siąca trzy­stu stopni - do­koń­czył za niego Paz­dro.

I za­raz po­wtó­rzył:

- Boże, co się tu­taj stało?

***

Go­dzinę póź­niej znacz­nie wol­niej wra­cali do­rożką na ulicę św. Mi­ko­łaja.

- W ca­łym tym nie­szczę­ściu - prze­rwał w końcu mil­cze­nie Zier­hof­fer - gra­tu­luję so­bie, że upar­łem się, aby Ko­chań­ski nie pro­wa­dził swo­ich eks­pe­ry­men­tów na te­re­nie uni­wer­sy­tetu. Zgo­dzisz się chyba, Jó­ziu?

Szpi­lecki ob­rzu­cił go nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

- Szkoda tylko - dzie­kan wy­raź­nie po­sta­no­wił zła­go­dzić ton swo­jej wy­po­wie­dzi - że Bolo nie po­zo­sta­wił po so­bie żad­nych za­pi­sków.

Przez chwilę je­chali, nie od­zy­wa­jąc się ani sło­wem.

- Nad czym on wła­ści­wie pra­co­wał? - po­now­nie ode­zwał się dzie­kan.

- Nad zja­wi­skiem so­no­lu­mi­ne­scen­cji - od­po­wie­dział Szpi­lecki.