Skaza - Robert Małecki

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

- To ty? - Na od­głos kro­ków męż­czy­zna dźwi­gnął scho­ro­wane ciało z sie­dzi­ska w łódce, a na jego zzięb­nię­tej, wo­sko­wej twa­rzy po­ja­wił się gry­mas bólu. Trząsł się z zimna.

Cze­kał na za­mar­z­nię­tym, po­grą­żo­nym w gę­stej mgle je­zio­rze, już długo. Mróz wgry­zał się w buty, ką­sał ze­sztyw­niałe dło­nie i prze­ni­kał przez war­stwy zi­mo­wych ubrań. Jesz­cze przed przy­jaz­dem, kiedy wy­bie­rał kurtkę, nie spraw­dził, że za­mek bły­ska­wiczny jest wy­szczer­biony. Ucie­szył się, bo była czy­sta, pach­niała świeżo prosz­kiem do pra­nia. Oka­zało się jed­nak, że su­wak trzy­mał tylko u dołu, więc poły okry­cia roz­cho­dziły się na boki.

Bał się, że nie do­czeka. Że leki za­czną szyb­ciej dzia­łać i że wszystko weź­mie w łeb.

Kiedy tu przy­szedł, do­strzegł na dnie łódki bu­telkę. Od­krę­cił ją i po­wą­chał. Za­war­tość pach­niała świeżą, jakby roz­ko­paną wio­senną glebą. Od razu przy­po­mniał so­bie o węd­kach. Nie zdą­żył ich ku­pić, a tak na­prawdę chyba zwy­czaj­nie za­po­mniał, my­ślał o waż­niej­szych spra­wach. Te­raz ucie­szył się, że chło­pak był tu chwilę przed nim. Li­czył, że na­dal jest gdzieś w po­bliżu i ob­ser­wuje go z ukry­cia. Spraw­dza. Może się waha, może się boi.

Po­now­nie usły­szał od­głos kro­ków. Były wy­raźne, ale nie wie­dział, skąd do­cho­dzi ten dźwięk. Miał wra­że­nie, jakby do­cie­rał do niego z każ­dej strony.

- To ty? - po­wtó­rzył.

Zmru­żył oczy, żeby le­piej wi­dzieć.

Z mgły wy­ła­niała się wolno po­stać.

Sta­rał się uśmiech­nąć. Lo­do­wata skóra się na­cią­gnęła.

Zgra­bia­łymi rę­koma się­gnął do za­wie­szo­nego na szyi łań­cu­cha z przy­cze­pio­nym klu­czem.

- Wi­dzisz? - po­wie­dział gło­śniej, niż za­mie­rzał. - Mam go, tak jak obie­ca­łem. Nie bój się. Po­dejdź.

Męż­czy­zna do­dat­kowo za­chę­cił nad­cho­dzą­cego ge­stem, po czym wy­chry­piał:

- Mamy mało czasu.

Po­chy­lił się i oparł udami o burtę. W pierw­szej chwili chciał prze­ło­żyć przez nią nogi i ru­szyć w kie­runku roz­ma­zy­wa­nej przez kłęby mgły po­staci, która te­raz wy­da­wała się jakby z in­nego wy­miaru. Wie­dział, że to po­nad jego siły. Za­mru­gał i po­now­nie wy­tę­żył wzrok. Spoj­rzał przed sie­bie i na boki. Znowu się po­chy­lił.

Do­tarło do niego, że tam, gdzie pa­trzy, ni­kogo już nie ma.

Może miał zwidy. To przez te leki, po­my­ślał.

Nie pod­dał się. Z tru­dem uniósł nogę, by prze­ło­żyć ją przez burtę i ru­szyć po lo­dzie w tamtą stronę.

- Nie rób tego. - Usły­szał czyjś szept za ple­cami.

Za­sko­czony, od­wró­cił się gwał­tow­nie i spoj­rzał na męż­czy­znę sto­ją­cego przy ło­dzi.

- Chry­ste! - jęk­nął. Jego źre­nice się po­więk­szyły. Po­now­nie chwy­cił skost­niałą dło­nią klucz za­wie­szony na szyi, jakby to był krzyż, który miał go bro­nić przed de­mo­nami z prze­szło­ści. Po­czuł szarp­nię­cie i na­gle zro­zu­miał, że zo­stał bez swo­jego ta­li­zmanu.

- Ej - Chciał krzyk­nąć, ale le­d­wie szep­nął.

Ukląkł i ro­zej­rzał się wo­kół, ale nie wi­dział już ni­czego. Czuł się zu­peł­nie bez­silny. Za­czął pła­kać, gdy gdzieś w od­dali usły­szał głu­chy trzask, a po nim chlu­pot wody. Krótki i in­ten­sywny.

Osu­nął się na dno ło­dzi i po­czuł, jak zimno go po­chła­nia, od­biera mu czu­cie i zmy­sły. Jego ciało wpa­dło w drgawki.

Zda­wało mu się, że za­nu­rza się w gę­stej i zim­nej ga­la­re­to­wa­tej wo­dzie. Trwało to ja­kiś czas, aż w pew­nej chwili nie­zno­śny chłód zmie­nił się w de­li­katne cie­pło. Jakby do­tyk czy­jejś cie­płej dłoni, lekki ma­saż przy­wra­ca­jący wła­ściwe krą­że­nie. Ko­li­ste ru­chy ogrze­wały go, jak pierw­sze wio­senne pro­mie­nie słońca. Po­czuł się le­piej, tak jak wtedy, gdy koń­czył śnić swój naj­gor­szy kosz­mar. I żeby się o tym prze­ko­nać, otwo­rzył oczy.

Wi­dział te­raz wy­raź­nie oświe­tlone słoń­cem gę­ste ko­rony drzew, pełne ja­sno­zie­lo­nych li­ści, pół­cie­nie i cie­nie, które ukry­wały się mię­dzy ga­łę­ziami, i głę­boką czerń w tle, w po­bliżu po­tęż­nych pni. Sły­szał szmer wody ob­my­wa­ją­cej piasz­czy­sty brzeg je­ziora i trele pta­ków gdzieś nad głową.

Ode­pchnął łódkę od brzegu i w krysz­ta­łowo czy­stej toni, w któ­rej pły­wały ko­lo­rowe ryby, za­nu­rzył wio­sło. Zmą­ciło wodę i wy­wo­łało drobne zmarszczki, które ro­ze­szły się ko­li­ście małą falą. Dno, które miał pod sobą, mie­niło się zło­tym pia­skiem. Ci­chy chlu­pot był ko­jący. Wio­sło­wał spo­koj­nie w stronę środka je­ziora, wciąż czu­jąc na ogo­rza­łej skó­rze po­wiewy go­rą­cego wia­tru.

Słońce go ośle­piało, dla­tego przy­ło­żył dłoń do czoła, for­mu­jąc da­szek. Chciał zo­ba­czyć, gdzie do­kład­nie jest, ale nie zdą­żył.

Bo na­gle wszystko zga­sło.

*

Kiedy ko­mi­sarz Ber­nard Gross usta­wił znicz na gro­bie ko­biety, którą za­bił, deszcz ze śnie­giem cięły z ukosa.

I te­raz, i wtedy było ciemno.

Gross po­sta­wił koł­nierz skó­rza­nej kurtki, sku­lił się z chłodu i usta­wił ple­cami do wia­tru. Wciąż nie od­ry­wał wzroku od na­grobka. Li­chy pło­mień dy­go­tał, oświe­tla­jąc nie­wielki frag­ment brą­zo­wego, gład­kiego mar­muru chło­sta­nego desz­czem. Na jego po­wierzchni po­ja­wiały się i zni­kały okręgi.

Ta­kie same wi­dział dawno temu, ale z zu­peł­nie in­nej per­spek­tywy. Le­żał obok z nie­ru­cho­mym, jakby mar­twym wzro­kiem wbi­tym w marsz­czoną wia­trem ka­łużę przed wła­snym do­mem. Czuł na po­liczku chłód kostki gra­ni­to­wej. Woda ście­kała po wy­ło­żo­nym tą kostką chod­niku i spły­wała da­lej ra­zem z krwią z pęk­nię­tej skóry na gło­wie. A ko­bieta, którą za­bił, mu­siała le­żeć kil­ka­dzie­siąt me­trów przed nim, da­leko poza za­się­giem jego wzroku.

Na cmen­tarz przy­cho­dził co roku. Za­wsze wie­czo­rem, tak by ro­dzina ko­biety nie mu­siała go oglą­dać, wy­zy­wać od mor­der­ców, jak to miało miej­sce wcze­śniej. Przy­cho­dził tu, za­pa­lał znicz i za­sta­na­wiał się, co się tak na­prawdę wy­da­rzyło je­sie­nią dwa ty­siące ósmego roku. Od tam­tych zda­rzeń mi­nęło dzie­sięć lat.

Ra­zem z je­de­na­sto­let­nim sy­nem wra­cali wtedy z za­ku­pów. Po fali lu­to­wych mro­zów po­ja­wiła się od­wilż, a wraz z nią desz­cze. Śnieg nie zdą­żył jesz­cze stop­nieć. Gross za­par­ko­wał vo­lvo przy domu na Kwia­to­wej w To­ru­niu i od­niósł wra­że­nie, że blask re­flek­to­rów od­bił się w oknach w sa­lo­nie. Krót­ko­trwały re­fleks. Wy­glą­dało na to, że Agnieszka po­ga­siła świa­tła. Może ko­lejna fala mi­greny, po­my­ślał. Wła­śnie z po­wodu bólu głowy żona Grossa zo­stała w domu.

Nie wje­chał do ga­rażu, bo po­rdze­wiały kon­te­ner wy­peł­niony gru­zem i po­zo­sta­ło­ściami po re­mon­cie kuchni oraz ła­zienki blo­ko­wał wjazd. Gross wy­siadł i chro­niąc się przed desz­czem, prze­szedł do ba­gaż­nika. Bar­tek, jego syn, zro­bił to samo. Wzięli po kilka re­kla­mó­wek, które na­tych­miast za­częły wrzy­nać się im w palce. Wolną ręką za­trza­snął klapę i wtedy to usły­szał.

Bar­tek jak na­krę­cony opo­wia­dał mu o ce­nie no­wej gry kom­pu­te­ro­wej, ale Gross się wy­łą­czył, bo do jego uszu przez szum desz­czu przedarł się stłu­miony krzyk. Znie­ru­cho­miał jak pies, który wy­czuł wroga.

A po­tem wszystko działo się bły­ska­wicz­nie. Rzu­cił torby i po­biegł w stronę furtki. Da­lej, w świe­tle żół­tej lampy, która wi­siała nad wej­ściem do ganku, zo­ba­czył otwarte drzwi do domu. Resztę pa­mię­tał jak przez mgłę.

Wpadł do wnę­trza, roz­glą­da­jąc się. Bar­tek był krok za nim. Gross wy­krzyk­nął imię żony. Na par­te­rze, w sa­lo­nie i kuchni, jej nie było. Po­gnał na górę do sy­pialni. Drzwi były uchy­lone. Pchnął je i wtedy świa­tło z ko­ry­ta­rza wlało się tra­pe­zem do po­miesz­cze­nia.

Na łóżku zo­ba­czył męż­czy­znę w ko­mi­niarce sie­dzą­cego okra­kiem na Agnieszce i przy­ci­ska­ją­cego po­duszkę do jej twa­rzy. Ręka żony zwi­sała bez­wład­nie. Ude­rze­nie ad­re­na­liny za­śle­piło Grossa.

Walka, ból, me­ta­liczny po­smak krwi i rana, jaką za­dał na­past­ni­kowi. Tylko tyle za­pa­mię­tał. Go­nił męż­czy­znę, zbiegł na dół. Zna­lazł się w kuchni. Chwy­cił nóż i naj­pierw prze­ciął nim po­wie­trze, ale póź­niej tra­fił w prawą ło­patkę ban­dyty. Na­cię­cie na blu­zie i krwawy ślad na ostrzu były ko­lej­nymi prze­bły­skami z tam­tych zda­rzeń. Ucie­ki­nier ryk­nął, ale zdo­łał wy­biec z domu.

Da­lej Gross miał jesz­cze więk­sze dziury w pa­mięci. Nie wie­dział, co się w tym cza­sie działo z jego sy­nem i żoną. Nie wie­dział, jak i skąd w swo­jej dłoni doj­rzał pi­sto­let, po­li­cyj­nego wal­thera. Nie no­sił wtedy przy so­bie służ­bo­wej broni, nie trzy­mał jej też w domu. Wy­biegł na ze­wnątrz. Znowu miał przed sobą plecy ucie­ki­niera. Wy­mie­rzył do niego, gdy po dru­giej stro­nie drogi do­strzegł ko­bietę. Ale było już za późno.

I wów­czas, wraz z hu­kiem wy­strzału, stra­cił świa­do­mość. Obu­dził się dwa dni póź­niej w szpi­talu.

Po kilku mie­sią­cach uzy­skał do­stęp do akt śledz­twa pro­wa­dzo­nego w tej spra­wie przez po­li­cjan­tów z Po­zna­nia. I cho­ciaż znał te usta­le­nia na pa­mięć, to wciąż ob­wi­niał się za to, co się wtedy stało. Nie cho­dziło tylko o Agnieszkę, nie cho­dziło o wy­rzą­dzoną jego ro­dzi­nie krzywdę, ale o tę Bogu du­cha winną ko­bietę po dru­giej stro­nie jezdni.

Gross, wpa­tru­jąc się w pło­nący znicz, wciąż są­dził, że to on ją za­bił.

No­sił w so­bie tę winę już dzie­sięć lat.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki