Skasowany mózg. Osobisty portret rodzinny z alzheimerem w tle - Katarina Gos

Kup ebooka

26.99 zł
22.13 zł (21,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Epizod 2. Cmen­tarz i bia­ły ser

Co ma bia­ły ser do cmen­ta­rza? Ano to, że jed­no i dru­gie za­częło wy­stępo­wać w na­szym domu cy­klicz­nie. Po śmier­ci mat­ki oj­ciec w ka­żdą nie­dzie­lę je­ździł na cmen­tarz. W ka­żdą nie­dzie­lę ro­bił też bia­ły ser. Cmen­tarz stał się więc ry­tu­ałem ko­lo­sal­nym - bez względu na po­go­dę, porę roku czy epi­de­mię, oj­ciec tam je­chał. Do mo­men­tu kie­dy prze­stał do nie­go tra­fiać.

Na po­cząt­ku cho­ro­by za­pi­sy­wał so­bie tra­sę do­jaz­du w ma­łym czer­wo­nym no­te­si­ku. Taki i taki tram­waj, po­tem au­to­bus, ca­ło­ść roz­pi­sa­na z in­ży­nie­ryj­ną do­kład­no­ścią.

Często śle­dzi­łam ojca i ob­ser­wo­wa­łam, jak prze­pusz­cza ko­lej­ne tram­wa­je. Ten wi­dok ła­mał mi ser­ce: mój tata, sam na przy­stan­ku, la­tem w zi­mo­wym płasz­czu i z czer­wo­nym no­te­si­kiem w ręku. Pod­cho­dzi­łam wte­dy "niby przy­pad­kiem" i wsa­dza­łam go we wła­ści­wy śro­dek lo­ko­mo­cji.

Po­tra­fił nie wra­cać go­dzi­na­mi, a ja zmar­twio­na, tar­ga­na nie­pew­no­ścią cze­ka­łam, da­jąc mu ko­lej­ną szan­sę na sa­mo­dziel­ny po­wrót do domu. Je­chać czy nie je­chać? Szu­kać czy nie szu­kać? Oj­ciec wra­cał, pó­źno, bo pó­źno, ale wra­cał.

Nie­dłu­go po­tem ni­g­dzie już nie mógł sa­mo­dziel­nie po­je­chać. Ani na cmen­tarz, ani do przy­chod­ni, gdzie jako od lat cho­ry na bia­łacz­kę co trzy mie­si­ące od­da­wał krew, ani do ap­te­ki, skle­pu czy ko­ścio­ła. Za­jęta swo­im nor­mal­nym i zdro­wym ży­ciem, nie za­wsze mia­łam czas i ocho­tę mu to­wa­rzy­szyć. Po­ja­wi­ły się pierw­sze wy­rzu­ty su­mie­nia.

- Nie je­dzie­my na cmen­tarz? Nie idzie­my do ko­ścio­ła? - pyta wy­ra­źnie za­wie­dzio­ny oj­ciec. Stoi ubra­ny przy drzwiach, pa­trząc na mnie z wy­rzu­tem.

- Tato, je­stem zmęczo­na, po­je­dzie­my za ty­dzień - od­po­wia­dam, a oj­ciec bez sło­wa wy­cho­dzi z domu i dzwo­ni po paru go­dzi­nach, że nie wie, gdzie jest i jak ma wró­cić.

Jesz­cze wte­dy był w sta­nie za­dzwo­nić.

- Tato, prze­czy­taj na­zwę uli­cy i nie ru­szaj się, już jadę! A naj­le­piej, pro­szę, znaj­dź ja­ki­kol­wiek przy­sta­nek i tam zo­stań, ni­g­dzie nie idź!

Ner­wy, stres, szu­ka­nie, po­wro­ty do domu o czwar­tej nad ra­nem. Wte­dy uświa­do­mi­łam so­bie, że przy­sze­dł czas, aby ojcu za­brać klu­cze i tym sa­mym po pro­stu po­zba­wić go mo­żli­wo­ści wy­jścia.

Za­nim to jed­nak na­stąpi­ło, była ce­gła i otwar­te drzwi.

Oj­ciec ubz­du­rał so­bie, że aby bez­piecz­nie wró­cić, kie­dy gdzieś wy­cho­dzi, musi zo­sta­wić za sobą otwar­te drzwi. Na po­cząt­ku znaj­do­wał ka­mień lub ce­głę i blo­ko­wał nimi drzwi we­jścio­we do klat­ki scho­do­wej.

"Aha, jest ce­gła" - wra­ca­łam po pra­cy do domu i już wie­dzia­łam, że tata udał się w pod­róż, któ­ra nie wia­do­mo kie­dy i jak się za­ko­ńczy. Po­tem blo­ko­wał też tzw. drzwi we­wnętrz­ne. Lo­gi­ka cho­re­go umy­słu pod­po­wia­da­ła mu, że dwo­je otwar­tych na oścież drzwi ozna­cza po­dwój­ne za­bez­pie­cze­nie mo­żli­wo­ści po­wro­tu. Dzia­ła­ło to do mo­men­tu, gdy za­czął gu­bić do­mo­we klu­cze.

Dzwo­ni te­le­fon.

- Nie wiem, co się sta­ło, nie mogę we­jść do miesz­ka­nia - oznaj­mia oj­ciec, a ja rzu­cam wszyst­ko, pędzę na łeb na szy­ję ni­czym stra­żak do po­ża­ru, przy­by­wam na ra­tu­nek.

Po­tem, gdy wy­cho­dził, zo­sta­wiał rów­nież otwar­te drzwi do na­sze­go miesz­ka­nia. I blo­ko­wał je ce­głą. Tak da­lej być nie mo­gło.

- Od dzi­siaj nie wy­cho­dzisz z domu - oznaj­miam, kon­fi­sku­jąc mu klu­cze.

- To mam być wi­ęźniem i będę mu­siał ska­kać z bal­ko­nu?

- Tak - od­po­wia­dam, otwie­ra­jąc bal­kon. - Skacz, na­wet te­raz. To pierw­sze pi­ętro, nie po­tłu­czesz się.

Kwe­stia by­cia wi­ęźniem we wła­snym domu po­wra­ca­ła ka­żde­go dnia. I klu­czy, któ­rych nie­ustan­nie szu­kał ca­ły­mi go­dzi­na­mi. Po­czu­cie winy sta­wa­ło mi w gar­dle i za­wi­ązy­wa­ło żo­łądek na su­peł.

Pew­ne­go dnia oj­ciec prze­stał ich szu­kać i chcieć gdzie­kol­wiek wy­cho­dzić, a ta­kie te­ma­ty jak wy­jście na cmen­tarz, do ko­ścio­ła czy le­ka­rza uma­rły śmier­cią na­tu­ral­ną.

I tym sa­mym roz­po­częła się Era Wiel­kie­go Sie­dze­nia. Sie­dze­nia w domu przed te­le­wi­zo­rem.

Epizod 4. Ze­szy­ty wa­ria­ta i śmier­cio­no­śne pu­de­łecz­ko

Za­nim oj­ciec za­cho­ro­wał na de­men­cję, le­czył się na prze­wle­kłą bia­łacz­kę szpi­ko­wą typu Phi­la­del­phia, któ­ra to, jego zda­niem, mia­ła go uśmier­cić po upły­wie sze­ściu lat. Tak więc, cu­dow­nie oca­lo­ny i ogar­ni­ęty ob­se­sją zbli­ża­jącej się śmier­ci, trak­to­wał swo­je le­cze­nie z re­li­gij­ną wręcz skru­pu­lat­no­ścią. Nie było dnia, żeby po­mi­nął prze­pi­sa­ne le­kar­stwo, ni­g­dy też nie za­po­mniał o okre­so­wej wi­zy­cie w przy­chod­ni he­ma­to­lo­gicz­nej i o po­bra­niu krwi.

Nie było rów­nież dnia, żeby o tej słyn­nej bia­łacz­ce ko­muś nie opo­wie­dział, do­pi­su­jąc do ca­łej hi­sto­rii co­raz to nowe i fan­ta­stycz­ne szcze­gó­ły. Po któ­re­jś ko­lej­nej wi­zy­cie u pro­wa­dzącej go le­kar­ki, oprócz stan­dar­do­we­go skie­ro­wa­nia na ba­da­nia krwi po­ja­wi­ło się pierw­sze skie­ro­wa­nie do psy­chia­try.

Oj­ciec co­raz częściej kon­fa­bu­lo­wał, ale ka­żda pró­ba na­kło­nie­nia go do wi­zy­ty u neu­ro­lo­ga - za­mia­na na­zwy spe­cja­li­sty była ce­lo­wa - ko­ńczy­ła się zna­czącym pu­ka­niem w czo­ło i jed­no­znacz­nym "ni­g­dzie nie idę!".

Wraz z cho­ro­bą w na­szym domu po­ja­wi­ło się więc ma­gicz­ne pu­de­łecz­ko na leki, jak rów­nież ci­śnie­nio­mierz, a wła­ści­wie kil­ka, bo oj­ciec ni­czym roz­pa­sku­dzo­ne dziec­ko ci­ągle na­by­wał nowe. Tłu­ma­czył, że ten sta­ry szwan­ko­wał i źle mie­rzył, co oczy­wi­ście było nie­praw­dą.

Oj­ciec, przy oka­zji kup­na ko­lej­ne­go apa­ra­tu, wbił so­bie do gło­wy, że je­dy­nym i pra­wi­dło­wym wy­ni­kiem po­mia­ru ci­śnie­nia u do­ro­słe­go czło­wie­ka jest sto dwa­dzie­ścia na osiem­dzie­si­ąt. Taką in­for­ma­cję prze­czy­tał na jed­nej z ulo­tek od pro­du­cen­ta. Na nic się zda­ły tłu­ma­cze­nia, że ten wy­nik jest przy­bli­żo­ny i u oso­by w star­szym wie­ku może się tro­chę ró­żnić.

Oj­ciec po­cząt­ko­wo mie­rzył i za­pi­sy­wał ci­śnie­nie raz dzien­nie. Po ka­żdym po­mia­rze wcho­dził za­fra­so­wa­ny do kuch­ni i ko­mu­ni­ko­wał:

- Ci­śnie­nie mi sko­czy­ło!

- Tak, a na ja­kie? - py­tam z tro­ską, pod­no­sząc gło­wę znad lap­to­pa.

- Sto trzy­dzie­ści na osiem­dzie­si­ąt! - Sły­szę w od­po­wie­dzi. W gło­sie ojca po­brzmie­wa nuta tra­ge­dii.

- To nor­mal­ne, nie przej­muj się. - Wra­cam do pra­cy, ale moje lek­ce­wa­że­nie te­ma­tu wca­le go nie uspo­ka­ja.

- Ale po­win­no być sto dwa­dzie­ścia na osiem­dzie­si­ąt, więc jest za wy­so­kie - do­da­je po chwi­li.

Ko­lej­ne tłu­ma­cze­nie, uspo­ka­ja­nie, po­ka­zy­wa­nie in­for­ma­cji w in­ter­ne­cie, be­tle­jem­ska szop­ka i ka­ba­ret w jed­nym.

Po­tem mie­rze­nie ci­śnie­nia sta­wa­ło się ob­se­syj­ne - na­wet kil­ka­na­ście razy dzien­nie. Z taką też często­tli­wo­ścią oj­ciec za­pi­sy­wał je w spe­cjal­nie prze­zna­czo­nym do tego no­te­sie. Oka­zał się pa­cjen­tem ide­al­nym: ro­bił po­mia­ry, brał leki, prze­strze­gał har­mo­no­gra­mu. Rze­czy­wi­sto­ść była po­wta­rzal­na i upo­rząd­ko­wa­na, ale dało się ją prze­cież ulep­szyć od­po­wied­nim sprzętem. Oj­ciec do­ko­nał więc ko­lej­ne­go za­ku­pu, ja­kim było ma­gicz­ne pu­de­łecz­ko na leki.

Rze­czo­ny kon­te­ne­rek z szyb­ka­mi miał prze­gród­ki na ka­żdy dzień ty­go­dnia. Wy­pe­łnia­ło się je le­ka­mi w nie­dzie­lę i ka­żde­go dnia pu­ste miej­sce wska­zy­wa­ło, że wła­ści­wa ta­blet­ka zo­sta­ła po­łk­ni­ęta. Oj­ciec, wy­ra­źnie zbi­ty z tro­pu bra­kiem ta­blet­ki w okien­ku, ka­żde­go ran­ka wy­pe­łniał pu­stą prze­gród­kę i po raz ko­lej­ny brał tę samą daw­kę le­kar­stwa.

- Zo­bacz... - mówi oj­ciec, po­trząsa­jąc pu­stym pu­de­łkiem - ...nie mam już le­ków na bia­łacz­kę!

Zim­ny dreszcz prze­bie­ga mi po kręgo­słu­pie, gdyż opa­ko­wa­nie li­czące trzy­dzie­ści ta­ble­tek ode­bra­li­śmy ty­dzień temu.

Za­gro­że­nie otru­cia i per­spek­ty­wa płu­ka­nia żo­łąd­ka spra­wia­ją, że za­bie­ram śmier­cio­no­śne pu­de­łecz­ko i za­czy­nam do­zo­wać leki. Oj­ciec przez ko­lej­ne ty­go­dnie prze­szu­ku­je miesz­ka­nie.

- Nie wi­dzia­łaś gdzieś mo­ich le­ków na bia­łacz­kę? - Sły­szę to samo py­ta­nie kil­ka­na­ście razy dzien­nie i kil­ka­na­ście razy dzien­nie po­twier­dzam, że po­da­łam mu już leki, więc nie ma po­wo­du do zmar­twień.

Oj­ciec, nie­co uspo­ko­jo­ny, wra­ca do mie­rze­nia ci­śnie­nia. Po­mia­ry są prze­pro­wa­dza­ne rów­no co go­dzi­nę. Ka­żdy wy­nik za­pi­su­je su­mien­nie w no­te­si­ku, za­pe­łnia­jąc od góry do dołu ko­lej­ne kart­ki rów­niut­kim pi­smem wy­tre­no­wa­nej ręki in­ży­nie­ra.

Pa­trząc na za­pi­ski ojca, mi­mo­wol­nie przy­po­mi­nam so­bie wszyst­kie obej­rza­ne kry­mi­na­ły, w któ­rych to przy­szła ofia­ra od­kry­wa swo­je imię za­pi­sa­ne mi­lion razy w ze­szy­ci­ku mor­der­cy-wa­ria­ta. Cho­wam głębo­ko na dnie sza­fy wszyst­kie zna­le­zio­ne ci­śnie­nio­mie­rze.

Epizod 3. Pra­nie i za­sy­sa­nie

Mó­wią, że w ka­żdym sza­le­ństwie jest me­to­da. Ja twier­dzę, że w ka­żdym sza­le­ństwie jest wspó­łu­czest­nik. Na po­cząt­ku był tyl­ko mój bunt, któ­ry ni­czym tar­cza ra­cjo­nal­no­ści i spa­do­chron bez­pie­cze­ństwa, chro­nił mnie przed po­stępu­jącym sza­le­ństwem. Bunt wy­pro­du­ko­wa­ny przez zdro­wy mózg. Gdy jego obron­ne funk­cje z cza­sem osła­bły, moja po­cząt­ko­wa rola bier­nej ob­ser­wa­tor­ki wy­da­rzeń we­szła w fazę ak­tyw­ną. Sta­łam się ich czyn­ną uczest­nicz­ką.

Tak było z pra­niem.

Zro­bić pra­nie to tyl­ko z po­zo­ru pro­za­icz­na i zwy­czaj­na rzecz. Za­częło się jak zwy­kle nie­win­nie.

- Mu­sisz pil­no­wać pra­nia. - Sły­szę pew­ne­go dnia.

- Tak, a dla­cze­go? - py­tam, nie spo­dzie­wa­jąc się ani przez chwi­lę nad­cho­dzące­go tor­na­da zda­rzeń.

- No bo jak nie otwo­rzysz na­tych­miast po sy­gna­le, to się za­ssie i trze­ba będzie we­zwać ser­wi­san­ta.

- Co ty, ta­tuś, za bzdu­ry opo­wia­dasz? - pod­no­szę głos lek­ko po­iry­to­wa­na.

- Ja to wiem, je­stem in­ży­nie­rem i tam w bęb­nie robi się ci­śnie­nie i za­sy­sa.

- OK. - Sta­ram się za­cho­wać zim­ną krew. - To my­ślisz, że mi­lio­ny lu­dzi na ca­łym świe­cie, gdy ro­bią pra­nie, to po­tem na­tych­miast otwie­ra­ją pral­kę, bo jak nie, to się za­ssie?

Wci­ąż jesz­cze opa­no­wa­na, pró­bu­ję użyć ra­cjo­nal­ne­go ar­gu­men­tu.

- No tak, to wła­śnie dla­te­go pro­du­cent pral­ki wy­my­ślił ten sy­gnał, żeby się nie za­sy­sa­ło.

Po­wa­lo­na na ło­pat­ki, zno­kau­to­wa­na lo­gi­ką sza­le­ńca pod­da­ję się.

Ro­bi­ąc śred­nio jed­no pra­nie w ty­go­dniu, wy­słu­cha­łam hi­sto­rii ojca o za­sy­sa­niu się pral­ki pi­ęćdzie­si­ąt dwa razy w roku. Ry­tu­ał po­wta­rzał się przez ko­lej­ny rok, co daje w su­mie sto czte­ry po­wtór­ki. Po­cząt­ko­wo oj­ciec pil­no­wał pral­ki przez cały cykl pra­nia, czuj­ny i skon­cen­tro­wa­ny, stał w ła­zien­ce przez bite pó­łto­rej go­dzi­ny, ob­ser­wu­jąc bacz­nie eta­py pra­cy urządze­nia. Moje licz­ne pró­by prze­ko­na­nia go, żeby opu­ścił ła­zien­kę, zby­wał wzru­sze­niem ra­mion i krót­ką ri­po­stą: "Bo się za­ssie".

Po­sta­na­wiam w ko­ńcu użyć siły fi­zycz­nej i do­słow­nie wy­ci­ągam go za fra­ki z ła­zien­ki, to zna­czy za pa­sek od szla­fro­ka.

- Prze­stań tak tu ster­czeć! - ry­czę, za­my­kam drzwi na klucz i cho­wam go do kie­sze­ni.

- Ale przy­pil­nu­jesz pral­ki? - pyta oj­ciec.

- Tak, oczy­wi­ście, że przy­pil­nu­ję.

- Bo się za­ssie i będzie­my mu­sie­li we­zwać ser­wi­san­ta.

Człap, człap, człap. Oj­ciec sia­da na ka­na­pie przed te­le­wi­zo­rem. Mija pięć mi­nut. Człap, człap, człap, stoi przed ła­zien­ką i szar­pie za drzwi.

- Ta­tuś! - ry­czę. - Odej­dź od tych cho­ler­nych drzwi i prze­stań tam ster­czeć!

- Ale przy­pil­nu­jesz?

- Tak, przy­pil­nu­ję.

Ko­niec cy­klu pra­nia, sy­gnał. Otwie­ram drzwi do ła­zien­ki, na­ci­skam gu­zik blo­ka­dy pral­ki na czas, za­raz po sy­gna­le, żeby się nie za­ssa­ło. Przez ko­lej­ne lata raz w ty­go­dniu sta­wa­łam się czyn­nym uczest­ni­kiem sza­le­ństwa i gra­łam swo­ją rolę. Te­raz już wiem, że znaj­do­wa­łam się na z góry ska­za­nej na prze­gra­ną po­zy­cji, bo z sza­le­ństwem się nie wy­gry­wa. Moja po­ra­żka, prze­wi­dy­wa­na od sa­me­go po­cząt­ku, była ca­łko­wi­ta i osta­tecz­na.

- Przy­pil­nu­jesz?

- Tak, przy­pil­nu­ję.

Epizod 1. Rów­nia po­chy­ła

Je­śli my­śli­cie, że de­men­cja nie boli, to je­ste­ście w błędzie.

Nie cier­pi by­naj­mniej oso­ba cho­ra, lecz ta, któ­ra spra­wu­je nad nią opie­kę - cór­ka, syn, brat, sio­stra lub wspó­łma­łżo­nek. Ból, cier­pie­nie i bez­gra­nicz­ne po­czu­cie stra­ty to uczu­cia, któ­re im to­wa­rzy­szą od pierw­sze­go do ostat­nie­go dnia cho­ro­by. Boli wszyst­ko, co utra­co­ne na za­wsze, bo "zde­men­cia­ły" czło­wiek, ten z po­zo­ru ego­istycz­ny i po­zba­wio­ny em­pa­tii zom­bie, nie jest już oso­bą, któ­rą się zna­ło i ko­cha­ło, oj­cem, mat­ką czy ro­dze­ństwem. Jest ob­cym, któ­ry za­miesz­kał w na­szym domu.

De­men­cja ruj­nu­je wszyst­ko, co jest ko­twi­cą na­sze­go czło­wie­cze­ństwa, za­bie­ra bo­wiem cho­rym pa­mi­ęć, prze­strzeń i po­czu­cie cza­su. Okra­da ich z pór roku, wspo­mnień i zro­zu­mie­nia świa­ta wo­kół, bli­skich i przy­ja­ciół, a w za­mian izo­lu­je i wy­co­fu­je z ży­cia ro­dzin­ne­go.

Bo­ha­ter tej opo­wie­ści, mój oj­ciec, rocz­nik 1944, wy­cho­wa­ny w wier­no­ści de­wi­zie "Bóg, ho­nor, oj­czy­zna", ab­sol­went po­wo­jen­ne­go MELU-u2), był od za­wsze czło­wie­kiem pra­co­wi­tym, oczy­ta­nym i żąd­nym wie­dzy. O ta­kich jak on mó­wi­ło się "sta­rej daty". Na wszyst­ko za­pra­co­wał sam, nic mu nie było dane czy przy­nie­sio­ne na ta­le­rzu wraz z ro­dzin­ną for­tu­ną. Jako nie­mow­lę cu­dem prze­żył po­wsta­nie war­szaw­skie, a dzie­ci­ństwo spędził w ru­inach zbu­rzo­ne­go mia­sta, na­wi­ązu­jąc przy­ja­źnie, któ­re prze­trwa­ły przez całe jego ży­cie.

2) MEL - Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej.

Dla ta­kich jak on ro­dzi­na była świ­ęto­ścią i w ta­kim też du­chu wy­cho­wy­wał swo­je dzie­ci. Za­wsze był moim ido­lem, opo­ką, osto­ją i bez­piecz­ną przy­sta­nią.

To z mat­ką da­rłam koty, z nim ni­g­dy. Roz­ma­wia­li­śmy ze sobą całe ży­cie, często po­le­mi­zu­jąc z uwa­gi na od­mien­ne po­glądy, czy to re­li­gij­ne, czy to po­li­tycz­ne, zwłasz­cza w okre­sie mo­jej bun­tow­ni­czej mło­do­ści. Jed­nak mimo ró­żni­cy zdań, za­wsze mo­głam na nie­go li­czyć. By­łam có­recz­ką swo­je­go ta­tu­sia. Lata mi­ja­ły, a do­ro­słe ży­cie, prze­wa­la­jąc ni­czym fale przy­pły­wu ko­lej­nych mężów, kon­ty­nen­ty i pra­ce, jed­ną rzecz po­zo­sta­wia­ło nie­zmien­ną - ojca, któ­ry ni­czym la­tar­nia mor­ska w za­cisz­nej przy­sta­ni wska­zy­wał dro­gę do por­tu.

"Ta­tu­siu, po­móż!" - w ka­żdej chwi­li mo­głam za­dzwo­nić po ra­tu­nek, a oj­ciec, ni­czym ka­pi­tan na stat­ku, rzu­cał mi ko­lej­ne koło ra­tun­ko­we.

Mi­ło­ść bez gra­nic. Mi­ło­ść bez wa­run­ków. Mi­ło­ść ro­dzi­ca do dziec­ka.

Oj­ciec, ob­da­rzo­ny przez na­tu­rę da­rem pa­mi­ęci pra­wie do­sko­na­łej, przez całe swo­je ży­cie nie­ustan­nie czy­tał i po­głębiał wie­dzę za­wo­do­wą. Dys­ku­sje z nim sta­no­wi­ły więc nie lada wy­zwa­nie, gdyż był ni­czym En­cy­klo­pe­dia Bri­tan­ni­ca3) i na po­par­cie swo­ich wy­wo­dów oraz tez za­wsze przy­wo­ły­wał so­lid­ne fak­ty, daty i wy­da­rze­nia. Tym wi­ęk­szy ból ro­dził się we mnie, gdy z ka­żdym mie­si­ącem po­stępu cho­ro­by co­raz częst­sze były za­ni­ki pa­mi­ęci, po­wta­rza­nie tych sa­mych zdań i hi­sto­rii czy brak lo­gicz­ne­go my­śle­nia. Z cza­sem zdo­mi­no­wa­ły ka­żdą roz­po­czętą roz­mo­wę. Do tego do­szły co­raz bar­dziej eks­tre­mal­ne i pry­mi­tyw­ne po­glądy - mój oj­ciec z ele­ganc­kie­go in­te­lek­tu­ali­sty prze­kszta­łcał się w pry­mi­tyw­ne­go ko­łtu­na.

3) Britannica - anglojęzyczna encyklopedia powszechna wydana po raz pierwszy w latach 1768-1771 w Edynburgu przez Colina Macfarquhara i Williama Smellie'ego, a od 1901 rroku wychodząca w Stanach Zjednoczonych. Od 2012 roku dostępna tylko w wersji online.

- Bo wszyst­kie­mu są win­ne te kor­po­ra­cje! - oświad­cza pew­ne­go dnia w kon­te­kście roz­wo­du mo­je­go bra­ta.

- Tato, co ty opo­wia­dasz? Nikt nie wie, jaki był rze­czy­wi­sty po­wód - od­po­wia­dam dy­plo­ma­tycz­nie, choć mam świa­do­mo­ść, że jest ina­czej.

Przed ocza­mi sta­je mi ob­raz oty­łe­go i wiecz­nie spo­co­ne­go mon­strum, spędza­jące­go noce na grach kom­pu­te­ro­wych, a w ci­ągu dnia ci­ągle nie­wy­spa­ne­go i za­sad­ni­czo nie­wy­dol­ne­go, za­nie­dbu­jące­go obo­wi­ąz­ki za­rów­no ojca, jak i męża.

- Mó­wię ci, wszyst­kie­mu są win­ne ży­dow­skie ban­ki i je­den po­rządek świa­ta! - po­hu­ku­je oj­ciec, a mnie opa­da­ją ręce i tra­cę chęć do ja­kiej­kol­wiek dal­szej dys­ku­sji.

De­men­cja to nie ka­tar, nie ist­nie­je ża­den ty­po­wy prze­bieg cho­ro­by i ka­żdy przy­pa­dek jest tro­chę inny.

Czło­wiek z otępie­niem może prze­stać jeść albo mieć wil­czy ape­tyt, cier­pieć z po­wo­du de­pre­sji lub być nie­zdro­wo we­so­łko­wa­tym, funk­cjo­no­wać w dzień lub tyl­ko w nocy, nie roz­ró­żniać twa­rzy, ale roz­po­zna­wać przed­mio­ty, a żonę po­my­lić z ka­pe­lu­szem4) czy­sto zło­śli­wie, a nie w wy­ni­ku po­stępu­jącej cho­ro­by.

4) Mężczy­zna, któ­ry po­my­lił swo­ją żonę z ka­pe­lu­szem to ksi­ążka (pol­skie wy­da­nie Zysk i S-ka, 1994) Oli­ve­ra Sack­sa, bry­tyj­skie­go neu­ro­lo­ga, opi­su­jąca m.in. przy­pa­dek czło­wie­ka cier­pi­ące­go na pro­zo­pa­gno­zję.

De­men­cja przy­cho­dzi nie­po­strze­że­nie, ma­ły­mi krocz­ka­mi, nie spie­sząc się, jak w przy­pad­ku mo­je­go ojca. Jej pierw­szym zna­czącym symp­to­mem była na­gła ra­dy­ka­li­za­cja po­glądów. Oj­ciec z nie­gro­źne­go na­cjo­na­li­sty prze­isto­czył się w fa­szy­stę. Jego te­le­fon prze­stał dzwo­nić, od­su­nęli się od nie­go zna­jo­mi i skłó­co­na po­li­tycz­nie ro­dzi­na.

Oj­ciec, wci­ąż czyn­ny za­wo­do­wo, za­czy­nał mieć po­wa­żne pro­ble­my w pra­cy: po­wta­rzał się, za­po­mi­nał o czy­mś, my­lił pro­jek­ty, aż pew­ne­go dnia przy­sze­dł do domu z bu­kie­tem kwia­tów i krysz­ta­łem.

- Zwol­ni­li mnie - oznaj­mia po­nu­ro od pro­gu, a ja od­dy­cham z ulgą.

- Ta­tuś, naj­wy­ższy czas, że­byś prze­stał pra­co­wać! Słod­ka eme­ry­tu­ra, wy­jaz­dy, tro­pi­ki, te­raz to so­bie po­ży­jesz!

Nie­dłu­go pó­źniej mój oj­ciec, zom­bie, nie wie­dząc na­wet, że stał się wi­ęźniem wła­sne­go umy­słu, za­ko­ńczył swą słod­ką eme­ry­tu­rę, za­nim ją tak na­praw­dę roz­po­czął.