Krzyk w ciemnościach
Leciwa obywatelka północnej części Warszawy, pani Chaja Markowska (Nowolipki 69), schodząc wczoraj po południu do piwnicy, poczuła w ciemności, że ktoś ją chwyta w ramiona i wyciska na ustach namiętny pocałunek. Pani Chaja z przerażenia dostała bicia serca. Dalej wypadki potoczyły się tak błyskawicznie i z tak żelazną konsekwencją, że pani Chaja zupełnie straciła głowę. Dopiero panna Michalińcia Wrońcówna, idąc na umówione w tejże piwnicy spotkanie ze swym narzeczonym, dzielnym strażakiem, panem Bonifacym Bromkowskim, narobiła wrzasku. Zupełnie nie wiadomo dlaczego, bo przecież nikt jej w ciemności nie chwytał, jak dziki tygrys. Pani Chaja odzyskała przytomność i zaczęła również wrzeszczeć, że ją mordują. W piwnicy zrobiło się takie piekło, że w jednej chwili powstał na nogi cały dom. Dopiero przy pomocy policji sprawa wyjaśniła się trochę, ale też niezupełnie. Pan Bonifacy twierdzi, że się omylił i wziął panią Chaję za swoją narzeczoną.
Ale dlaczego w takim razie krzyczała panna Michalinka?
Przeraźliwy krzyk rozległ się wczoraj na balkonie kina miejskiego w chwilę po zapadnięciu ciemności. Orkiestra urwała w pół taktu i w jednej chwili rozbłysły wszystkie światła. To osiemnastoletnia panna, piękna Chawa Giewontszusznycler (Dzika 12), krzyczała jak zarzynana. Ucichła dopiero w ramionach dzielnego posterunkowego, pana Sussera, który uspokoiwszy panienkę jął rozpytywać o przyczynę alarmu.
Okazało się, że jakiś łotr ukłuł niewinne dziewczę szpilką w miejsce, którego nazwać się wstydzi.
O ten niesmaczny czyn podejrzewa swego eks-narzeczonego Beńka Karminkowicza (Miła 46), który z przesadnie obojętną miną siedział czery rzędy za nią. Na wątpliwości posterunkowego, czy można z tej odległości ukłuć kogo i trafić tak po ciemku, panienka zawołała gorąco:
- On mógł mieć igłę na lasce, a po ciemku to ten łobuż lepiej widzi, jak na widno!
Co najmniej niesmaczne metody pedagogiczne stosuje pan Awrum Goldberg (Wolska 45), świeżo zaślubiony małżonek uroczej pani Rojzy. Wczoraj odbyło się wesele. Wieczorem, kiedy państwo młodzi wrócili do domu, pan Awrum ucałował serdecznie panią Rojzę. Potem wydobył z kieszeni butelkę pejsachówki, wypił połowę, resztę podał żonie, mówiąc:
- Znaj sprawiedliwość małżeńską!
Na koniec, trzasnąwszy znienacka dozgonną towarzyszkę butelką w głowę, rzekł:
- Znaj posłuszeństwo małżeńskie!
Ofiarę stanowczości mężowskiej opatrzyło pogotowie.
W kołach złotej - złoto doublé - młodzieży warszawskiej znana jest pod nazwą Sulamitki pewna wspaniała bruneta o cudownie rzeźbionych rysach i płomiennych oczach. W rzeczywistości nazwisko jej brzmi Necha Krawiec, a adres - znany tylko nielicznym - Pańska 64.
Sulamitka, osoba o bogatej lecz tajemniczej przeszłości, władająca biegle kilkoma językami, obraca się wśród młodych, ale bardzo zamożnych ludzi. Wraca do domu późno, przeważnie taksówką.
Wczoraj zupełnie niespodziewanie aresztowano piękną Sulamitkę. Szczegóły śledztwa trzymane są w tajemnicy.
W jednym z poczytnych dzienników krakowskich znajdujemy onegdaj w dziale ogłoszeń ciekawe ostrzeżenie przed strasznym uwodzicielem, grasującym po Małopolsce: "KOBIETY! Strzeżcie się Lejby Strausa, zamieszkałego w Mielcu! Niżej podpisany zawiadamia, że dnia 15 maja br. zaczepił tenże Lejb Straus niemoralnie na stacji kolejowej w Tarnobrzegu panią Peslę Schmalz z Rozwadowa, obejmując ją gwałtem namiętnie, po czym przemocą prowadził ją pod ramię za miasto Tarnobrzeg, a w drodze wyraził się do tej kobiety takiemi niemoralnemi słowami, z czego wnioskuję, że chciał tę kobietę zbałamucić i do czegoś namówić. Mąż Mojżesz Schmalz."
Biedna pani Pesla Schmalz! Objęta gwałtem namiętnie, poszła wraz z uwodzicielem za miasto Tarnobrzeg, tak przelękniona, że nawet nie mogła wyrwać się z uścisków pogromcy serc z Mielca.
Jakżeż bohatersko postąpił jej mąż, dając powyższe ogłoszenie! Jeśli pan Lejba Straus przyjedzie kiedy do Warszawy, każda warszawianka ucieknie przed nim, pomna jego strasznych wyczynów na dworcu w Tarnobrzegu, kiedy to zaczepił niemoralnie - mógł przecież zaczepić moralnie! - panią Peslę.
Ma zdaje się słuszność jej mąż twierdząc, że uwodziciel z Mielca chciał tę kobietę zbałamucić i do czegoś namówić.
Tylko do czego? Oto zagadka.
Znany tygrys na cnotę kobiecą, pan Leon Ajbuszyc z ul. Ostrowskiej 12, doszedł do wniosku, że mundur wojskowy wybitnie sprzyja powodzeniu. Co tu dużo gadać, wojak ma zawsze pierwszeństwo przed cywilem.
Z tej racji pan Ajbuszyc udał się do wypożyczalni kostiumów teatralnych, dobrał sobie kurtkę, czapkę, nawet bagnet i tak wystrojony pojechał taksówką do parku Traugutta.
Zapomniał tylko o spodniach.
Trzeba trafu, że pierwsza kobieta, do której zrobił oko, znała się na mundurach. Była nią panna Róża Brajtkopf (Bonifraterska 31), ekspedientka ze składu gotowych ubrań.
- Przepraszam - spytała - a w jakim to pułku noszą sztuczkowe spodnie?
- W trzydziestym szóstym - bąknął speszony Leon.
Pannie Róży przypomniał się mord przy ul. Ceglanej, zalecanki w Ogrodzie Saskim i inne okoliczności. Nieufnym wzrokiem przeszyła uwodziciela i odeszła. Następnie dała znać policjantowi, że jakiś podejrzany żołnierz zaczepia w parku samotne kobiety.
Gdy posterunkowy Janusz Małecki ukazał się w alei parkowej, Ajbuszyc zaczął uciekać. Wybiegł za bramę i puścił się kłusem bocznicą kolejową w kierunku Dworca Gdańskiego. Ujęto go na placu Broni.
W komisariacie II przyznał się szczerze do chęci zaimponowania pannom mundurem wojskowym. Zdemoblizowano go, bagnet uległ konfiskacie, a kurta i czapka wróciły do rupieciarni. Leonek stanie przed sądem pokoju za nieprawne noszenie uniformu.
W drukarni pana Gutsztata przy ul. Waliców 15 wrzała praca. Sam pan Gutsztat bardzo zdenerwowany biegał po lokalu, popędzając personel.
- Prendzy! - krzyczał. - Prendzy, bo może przyjść policja!
I wyzwał wilka z lasu. Policja przyszła, obejrzała gotowy materiał i skonfiskowała pięć tysięcy egzemplarzy broszurki pt. Miłość sensacyjna. Oprócz tego zabrano tyleż sztuk okładek do następnego dzieła z tej samej serii pt. Jak należy całować.
Jednocześnie komisariat rządu pociągnął do odpowiedzialności autora i wydawcę tych dzieł naukowych, pana Wolfa Opatowskiego.
Była godzina dziesiąta wieczór, gdy pan Stefan Makowski, kierowca samochodowy (Mariańska 10), udał się z panną Ireną Jasiakówną (Bielańska 17) na przechadzkę do Ogrodu Saskiego.
W ogrodzie panował tłok. W tłoku znajdą się zawsze osoby źle wychowane, toteż pannę Jasiakównę zaczepiono. Podczas awantury, jaka na tym tle wynikła, policjant aresztował dwu brutali, Szymona Widerszala (Nalewki 19) i Szmula Herszenhorna (Nowolipki 68).
Po złożeniu zeznań w komisariacie i po odprowadzeniu panny Ireny do mieszkania, gdy pan Makowski wracał do domu, na placu Bankowym obstąpili go przyjaciele aresztowanych. Rozległy się krzyki:
- Bij go! Wal!
Uderzony kastetem w twarz, pan Stefan padł nieprzytomny. Bito go jeszcze laskami, póki nie nadbiegła policja. Napastnicy uciekli. Rannego opatrzono w ambulatorium pogotowia.