Skarby przeszłości - Nora Roberts

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Razem z głu­chym pomru­kiem grzmotu zawi­tał do sklepu nie­wy­soki męż­czy­zna. Spoj­rzał prze­pra­sza­jąco, jakby hałas powstał z jego winy, a nie za sprawą natury, wetknął pod ramię jakąś paczuszkę i zyskaw­szy w ten spo­sób wolną rękę, zamknął pasia­sty, czarno-biały para­sol. Para­sol ten, podob­nie jak jego wła­ści­ciel sto­jący na pro­sto­kąt­nej wycie­raczce, ocie­kał wodą. Obaj wyglą­dali żało­śnie. Po dru­giej stro­nie drzwi zimny wio­senny deszcz wytrwale bęb­nił w chod­nik, a przy­bysz stał, tam gdzie się zatrzy­mał, jakby nie miał pew­no­ści, czy jest mile widziany.

Laine obró­ciła ku niemu głowę, powi­tała go lek­kim ski­nie­niem i zdaw­ko­wym uśmie­chem. Taki wyraz twa­rzy jej przy­ja­ciele nazy­wali miną uprzej­mej sprze­daw­czyni.

Do dia­bła, w końcu prze­cież była uprzejmą sprze­daw­czy­nią, a na doda­tek los wysta­wił ją na ciężką próbę!

Gdyby prze­wi­działa, że deszcz zwabi klien­tów, a nie, jak sądziła, zatrzyma ludzi w domu, nie dałaby Jenny wol­nego. Z dru­giej strony jed­nak, nie miała nic prze­ciwko pracy w skle­pie. Bo i po co otwie­ra­łaby inte­res w jakiejś dziu­rze zabi­tej dechami, gdyby nie była pewna, że z przy­jem­no­ścią poświęci mu co naj­mniej tyle samo czasu, uwagi i serca, co poga­dusz­kom, słu­cha­niu plo­te­czek oraz roz­strzy­ga­niu przy­ja­ciel­skich spo­rów?

I bar­dzo dobrze, pomy­ślała Laine, wszystko w porządku.

Tyle tylko, że gdyby Jenny została w pracy, zamiast sie­dzieć w domu, malo­wać paznok­cie u nóg i gapić się na opery mydlane, to wła­śnie Jenny, a nie ona, zaj­mo­wa­łaby się teraz bliź­niacz­kami.

Darla Price Davis i Carla Price Gohen. Obie miały włosy ufar­bo­wane na ten sam kolor popie­la­tego blondu, ubrane były w iden­tyczne gład­kie nie­bie­skie płasz­cze prze­ciw­desz­czowe, w dło­niach trzy­mały torebki od kom­pletu. Zazwy­czaj wza­jem­nie koń­czyły po sobie zda­nia, a na doda­tek poro­zu­mie­wały się za pomocą spe­cy­ficz­nego kodu, zło­żo­nego z czę­stego uno­sze­nia brwi, wydy­ma­nia warg, wzru­sza­nia ramio­nami oraz kiwa­nia głową.

Zacho­wa­nie takie, cza­ru­jące u ośmio­la­tek, u kobiet czter­dzie­sto­ośmio­let­nich było trudne do znie­sie­nia.

Laine miała jed­nak na wzglę­dzie fakt, że bliź­niaczki ni­gdy nie wycho­dziły z jej skle­piku, opa­trzo­nego dum­nym szyl­dem: Skarby Prze­szło­ści, z pustymi rękami. Ow­szem, nie­kiedy mijały całe godziny, zanim coś wybrały, ale zawsze doko­ny­wały jakie­goś zakupu. A mało co pod­no­siło Laine na duchu tak sku­tecz­nie, jak dźwięk brzę­czyka przy kasie.

Dzi­siaj sio­stry szu­kały zarę­czy­no­wego pre­zentu dla kuzynki. Nie powstrzy­mały ich ani ulewa, ani grzmiące pio­runy, nie przej­mo­wały się także lekko wystra­szoną parą mło­dych ludzi, któ­rzy ponoć zaj­rzeli do Angel's Gap w dro­dze do Waszyng­tonu. Ani tym czło­wiecz­kiem z pasia­stym para­so­lem, zda­niem Laine jakby tro­chę nie­spo­koj­nym i wystra­szo­nym.

Obda­rzyła klienta nieco cie­plej­szym uśmie­chem.

-?Jedną chwi­leczkę -?obie­cała i ponow­nie zwró­ciła się do bliź­nia­czek.

-?Rozej­rzyj­cie się jesz­cze -?zapro­po­no­wała. -?Zasta­nów­cie się spo­koj­nie. Ja tylko...

Carla chwy­ciła ją za nad­gar­stek i Laine zyskała abso­lutną pew­ność, że ni­gdzie nie uciek­nie.

-?Musimy się na coś zde­cy­do­wać. Car­rie jest mniej wię­cej w twoim wieku, kocha­nie. Co ty chcia­ła­byś dostać na pre­zent zarę­czy­nowy?

Laine nie musiała zatrud­niać tłu­ma­cza, by zro­zu­mieć ten mało sub­telny przy­tyk. W końcu rze­czy­wi­ście miała dwa­dzie­ścia osiem lat -?i nie była mężatką. Nie była nawet zarę­czona. Na domiar złego wła­ści­wie nie miała chło­paka. Według bliź­nia­czek Price to srogi wystę­pek prze­ciwko natu­rze.

-?Posłu­chaj -?pod­jęła Carla piskli­wym gło­sem -?nasza Car­rie poznała Paula zeszłej jesieni na kola­cji, przy spa­ghetti. Powin­naś czę­ściej bywać mię­dzy ludźmi, Laine.

-?To prawda -?przy­znała Laine z uśmie­chem.

Oczy­wi­ście gdy­bym chciała się zarę­czyć z łysie­ją­cym, roz­wie­dzio­nym urzęd­ni­czyną, wiecz­nie cho­rym na zatoki.

-?Car­rie tak czy ina­czej będzie zachwy­cona waszym wybo­rem -?zapew­niła klientki. -?Wydaje mi się, że od cio­tek mogłaby dostać coś bar­dziej oso­bi­stego niż świecz­niki. Są rze­czy­wi­ście śliczne, ale popa­trz­cie, na przy­kład ten kom­ple­cik toa­le­towy jest taki kobiecy... -?Wzięła do ręki szczotkę do wło­sów inkru­sto­waną sre­brem. -?Widzę w wyobraźni, jak panna młoda cze­sze włosy w noc poślubną...

-?Coś bar­dziej oso­bi­stego -?zaczęła Darla. -?Bar­dziej...

-?...dziew­czę­cego. Tak! Mogły­by­śmy wziąć świecz­niki na...

-?...pre­zent ślubny. Ale obej­rzyjmy jesz­cze biżu­te­rię. Masz, kochana, coś z per­łami? Coś...

-?...sta­rego, mia­łaby od razu na cere­mo­nię ślubną. Odłóż na bok te świecz­niki i kom­plet toa­le­towy też, kocha­nie. Zer­k­niemy na biżu­te­rię i jesz­cze się zasta­no­wimy.

Roz­mowa przy­po­mi­nała mecz ping-ponga. Jak piłeczka po ser­wie, odbi­jana raz z jed­nej strony, raz z dru­giej, tak tutaj słowa szy­bo­wały z jed­nych do dru­gich iden­tycz­nych ust uma­lo­wa­nych taką samą kora­lową szminką. Laine z nie­kła­maną dumą pogra­tu­lo­wała sobie refleksu oraz kon­cen­tra­cji, dzięki któ­rym uda­wało jej się stale dotrzy­my­wać bliź­niacz­kom kroku i wie­dzieć, która co powie­działa.

-?Świetny pomysł. -?Ujęła w dło­nie wspa­niałe drez­deń­skie świecz­niki. Nikt nie mógł zarzu­cić sio­strom braku gustu ani skąp­stwa.

Gdy ruszyła do lady, drogę zastą­pił jej ten nie­wy­soki męż­czy­zna.

Był jej wzro­stu, więc spoj­rzała mu pro­sto w oczy -?bla­do­nie­bie­skie, jakby spło­wiałe, o zaczer­wie­nio­nych biał­kach. Kto wie, może z powodu braku snu, przez alko­hol albo uczu­le­nie? Posta­wiła na brak snu, bo pod oczami klienta ryso­wały się ciemne worki, wyraźny sygnał zmę­cze­nia. Włosy miał jak siwy mop, osza­lały na desz­czu. Ubrany był w ele­gancki płaszcz Bur­berry, ale trzy­mał w dłoni para­sol za trzy dolary. Golił się naj­wy­raź­niej w pośpie­chu, bo wzdłuż szczęki pozo­stał ciemny pasek szorst­kiego zaro­stu.

-?Laine...

Wypo­wie­dział jej imię z dziw­nym naci­skiem, zupeł­nie jakby byli w zaży­łych sto­sun­kach.

Uśmiech na twa­rzy Laine Tavish ustą­pił miej­sca kon­ster­na­cji.

-?Prze­pra­szam, czy my się znamy?

-?Nie pamię­tasz mnie... -?Wyda­wało się, że oklapł jak balon, z któ­rego uszło całe powie­trze. -?Dawno się nie widzie­li­śmy, ale myśla­łem...

-?Pro­szę pani! -?zawo­łała kobieta jadąca do Waszyng­tonu. -?Dostar­czają pań­stwo kupione rze­czy pod wska­zany adres?

-?Tak, oczy­wi­ście -?zapew­niła Laine. Bliź­niaczki, pochy­lone nad kol­czy­kami oraz broszką, pro­wa­dziły jedną ze swo­ich ste­no­gra­ficz­nych debat, nato­miast podró­żu­jąca do Waszyng­tonu para naj­wy­raź­niej doj­rzała do tego, by coś kupić. A nie­po­zorny męż­czy­zna przy­glą­dał się Laine z nadzieją i jakoś dziw­nie ufnie, aż cier­pła jej od tego skóra.

-?Bar­dzo prze­pra­szam, aku­rat więk­szy ruch dzi­siaj... -?Zro­biła krok, odsta­wiła świecz­niki na ladę. Ufność i zaży­łość nie była prze­cież niczym dziw­nym w małych mia­stecz­kach. Ten męż­czy­zna pew­nie był tu już kie­dyś, tyle tylko, że ona go nie zapa­mię­tała. -?Czy szuka pan cze­goś kon­kret­nego, czy chce się pan rozej­rzeć?

-?Potrze­buję two­jej pomocy. Zostało nie­wiele czasu. -?Wycią­gnął wizy­tówkę, wetknął Laine w dłoń pro­sto­kątny kar­to­nik. -?Zadzwoń do mnie, jak tylko będziesz mogła.

-?Pro­szę pana... -?Zer­k­nęła na nazwi­sko. -?Panie Peter­son, naprawdę nie rozu­miem, o co cho­dzi. Czy pan chce coś sprze­dać?

-?Nie, skądże! -?W jego śmie­chu roz­brzmiały nutki histe­rii, aż Laine ucie­szyła się, że nie jest z nim w skle­pie sama. -?Teraz już nie. Wszystko wyja­śnię, tylko nie w tej chwili. -?Rozej­rzał się po skle­pie. - I nie tutaj. Nie powi­nie­nem był tu przy­cho­dzić. Zadzwoń. -?Chwy­cił ją za rękę tak gwał­tow­nie, że Laine musiała powstrzy­mać nagły odruch, by ją wyrwać z uści­sku. -?Obie­caj.

Pach­niał desz­czem, mydłem i... wodą toa­le­tową Brut. Ten zapach budził jakieś odle­głe wspo­mnie­nie.

Męż­czy­zna moc­niej zaci­snął palce.

-?Obie­caj -?powtó­rzył ochry­płym szep­tem, a ona wciąż widziała w nim tylko nie­zwy­kłego klienta w mokrym płasz­czu.

-?Zadzwo­nię. Obie­cuję.

Obser­wo­wała go, gdy ruszył w stronę drzwi i na progu otwo­rzył tani para­sol. Ode­tchnęła z ulgą, kiedy wyszedł na deszcz. Był sta­now­czo dzi­waczny.

Raz jesz­cze spoj­rzała na wizy­tówkę.

Wydru­ko­wano na niej imię i nazwi­sko: Jasper R. Peter­son, a numer tele­fonu dopi­sano ręcz­nie i dwu­krot­nie pod­kre­ślono.

Wetknęła kar­to­nik do kie­szeni i skie­ro­wała się w stronę mał­żeń­stwa, które naj­wy­raź­niej potrze­bo­wało przy­ja­ciel­skiej rady. I w tej wła­śnie chwili z ulicy dobiegł pisk hamul­ców, a sekundę póź­niej zabrzmiały prze­ra­żone okrzyki. Laine obró­ciła się gwał­tow­nie. Usły­szała straszny dźwięk, głu­che stuk­nię­cie, któ­rego nie miała zapo­mnieć do końca życia. Sekundę póź­niej dzi­waczny męż­czy­zna w ele­ganc­kim płasz­czu odbił się od witryny jej sklepu.

Jed­nym szarp­nię­ciem otwo­rzyła drzwi i sko­czyła w strugi desz­czu. Na chod­niku stu­kały kroki, gdzieś nie­da­leko roz­legł się roz­dzie­ra­jący zgrzyt metalu trą­cego o metal, i zaraz potem brzęk tłu­czo­nej szyby.

-?Pro­szę pana! -?Laine chwy­ciła nie­zna­jo­mego za rękę, pochy­liła się nad nim, osła­nia­jąc sobą zakrwa­wione ciało przed desz­czem, choć nie­wiele to dawało. -?Niech pan się nie rusza. -?Odwró­ciła się do gapiów. - Wezwij­cie karetkę! -?krzyk­nęła. Pośpiesz­nie ścią­gnęła żakiet i przy­kryła ran­nego.

-?Widzia­łem go. Widzia­łem. Laine, nie powi­nie­nem był tu przy­cho­dzić.

-?Pomoc jest już w dro­dze.

-?Zosta­wi­łem ci wszystko. Bo on chciał, żebym ci to dał.

-?Rozu­miem. -?Odgar­nęła z oczu włosy ocie­ka­jące wodą i wzięła pod­su­niętą przez kogoś para­solkę. Osło­niła leżą­cego, a gdy lekko pocią­gnął ją za rękę, pochy­liła się niżej.

-?Bądź ostrożna. Wybacz mi, dzie­cino. Bądź bar­dzo ostrożna.

-?Dobrze. Będę ostrożna. Niech pan postara się uspo­koić, musi pan wziąć się w garść. Zaraz będzie pogo­to­wie.

-?Ty nic nie pamię­tasz... -?Krew cien­kim stru­mycz­kiem wypły­nęła mu z ust. -?Moja maleńka Lainie. -?Z tru­dem zaczerp­nął tchu i natych­miast zakrztu­sił się krwią. Z dali dobie­gło wycie karetki, a męż­czy­zna zaczął nucić nie­pew­nym gło­sem.

-?"Pakuj wszyst­kie tro­ski i kło­poty -?roz­le­gły się chra­pliwe słowa - żegnaj, drogi kosie".

Patrzyła na jego pora­nioną twarz i robiło jej się coraz zim­niej. Wró­ciły do niej wspo­mnie­nia, dawno temu zepchnięte w nie­pa­mięć.

-?Wujek Willy? O, Boże...

-?Lubi­łem kie­dyś tę pio­senkę... Zawa­li­łem sprawę. -?Bra­ko­wało mu tchu. - Wybacz mi. Myśla­łem, że jest bez­piecz­nie. Nie wolno mi było tu przyjść.

-?Nie rozu­miem. -?Coś dła­wiło ją w gar­dle, po policz­kach pły­nęły łzy. Umie­rał. Umie­rał, ponie­waż go nie roz­po­znała, bo wyrzu­ciła go na deszcz. -?Prze­pra­szam. Tak mi przy­kro.

-?Teraz on wie, gdzie jesteś. -?Oczy zaczęły mu ucie­kać pod powieki. - Ukryj psiaka.

-?Co? -?Pochy­liła się niżej, pra­wie doty­ka­jąc go war­gami. -?Nie sły­szę! -?Ale ręka, którą ści­skała w dłoni, nagle stała się prze­ra­ża­jąco bez­władna.

Któ­ryś z sani­ta­riu­szy odsu­nął ją na bok. Obi­jały się o nią krót­kie zda­nia pełne tre­ści, medyczny żar­gon znany z tele­wi­zyj­nych seriali. W zasa­dzie mogłaby cyto­wać nie­które zwroty. Tyle że tym razem wszystko działo się w rze­czy­wi­sto­ści. Krew roz­my­wana desz­czem była praw­dziwa.

Jakaś kobieta o piskli­wym gło­sie powta­rzała w kółko to samo, szlo­cha­jąc:

-?Wybiegł mi pod koła. Nie zdą­ży­łam zaha­mo­wać. Wybiegł mi pod koła. Wyzdro­wieje, prawda? Wyj­dzie z tego. Wyzdro­wieje, prawda?

Nie, chciała powie­dzieć Laine. Nie wyzdro­wieje.

-?Chodź, kocha­nie. -?Darla objęła ją za ramiona i popro­wa­dziła w stronę sklepu. -?Prze­mo­kłaś do nitki. Nic już tutaj nie pomo­żesz.

-?Powin­nam była coś zro­bić. -?Wpa­try­wała się w poła­many pasia­sty para­sol, ubło­cony i popla­miony krwią.

Powinna była usa­dzić przy­by­sza przy kominku. Dać mu coś cie­płego do picia i pozwo­lić się ogrzać. Gdyby tak zro­biła, na­dal by żył. Opo­wia­dałby jej naj­prze­róż­niej­sze aneg­dotki i nie­mą­dre dow­cipy.

Nie­stety, nie poznała go, dla­tego teraz umie­rał.

Nie mogła wejść do cie­płego, suchego wnę­trza. Nie mogła zosta­wić tego męż­czy­zny samego wśród obcych. Ale też nie mogła nic już dla niego zro­bić. Mogła tylko bez­rad­nie patrzeć, jak leka­rze wal­czą o jego życie, jak tracą czło­wieka, który przed laty śmiał się z jej spa­lo­nych dow­ci­pów i śpie­wał jej głu­pawe rymo­wanki. Umarł przed drzwiami jej sklepu, w któ­rego stwo­rze­nie wło­żyła wiele wysiłku, i obu­dził wszyst­kie wspo­mnie­nia, przed któ­rymi tak długo ucie­kała.

*

Była kobietą inte­resu, uzna­nym człon­kiem miej­sco­wej spo­łecz­no­ści -?i oszustką. Na zaple­czu sklepu nalała dwie fili­żanki kawy, wie­dząc, że będzie musiała okła­mać czło­wieka, któ­rego uwa­żała za przy­ja­ciela. I wyprzeć się zna­jo­mo­ści z dru­gim, któ­rego kie­dyś kochała.

Ze wszyst­kich sił sta­rała się uspo­koić. Przy­gła­dziła dłońmi wil­gotne pasma jasno­ru­dych wło­sów, nor­mal­nie zwią­za­nych w się­ga­jący ramion koń­ski ogon. Była blada, deszcz spłu­kał jej z twa­rzy maki­jaż, zawsze tak sta­ran­nie nakła­dany, więc piegi na wąskim nosie oraz policz­kach wystą­piły tym wyraź­niej. Oczy miała jasno­nie­bie­skie, spoj­rze­nie szkli­ste, zamglone smut­kiem. Usta, odro­binę za duże w tej szczu­płej twa­rzy, lekko drżały.

Na ścia­nie wisiało lustro opra­wione w ramę z pozła­ca­nego drewna. Laine uważ­nie przyj­rzała się swo­jemu odbi­ciu. I zoba­czyła całą prawdę. Cóż, zrobi co trzeba, żeby prze­trwać. Willy na pewno by to zro­zu­miał.

Naj­pierw obo­wiązki, pomy­ślała, a potem się zoba­czy, co dalej.

Ode­tchnęła głę­biej, wzdry­gnęła się mimo­wol­nie, wresz­cie się­gnęła po kawę. Gdy wcho­dziła do sklepu, dło­nie już jej pra­wie wcale nie drżały. Ukła­dała w myślach fał­szywe zezna­nie dla sze­ryfa Angel's Gap.

-?Wybacz, że tak długo to trwało -?ode­zwała się, pod­cho­dząc do klin­kie­ro­wego kominka, przy któ­rym stał Vince Bur­ger.

Sze­ryf miał posturę niedź­wie­dzia i jasno­blond włosy tak sztywne, że nie­omal stały pio­nowo, jakby zdu­mione, że zna­la­zły się nad taką wyra­zi­stą, przy­stojną twa­rzą. Oczy w kolo­rze roz­my­tego błę­kitu, oto­czone wachla­rzy­kiem zmarsz­czek od śmie­chu, błysz­czały współ­czu­ciem.

Był mężem Jenny, a dla Laine stał się bli­ski jak rodzony brat. Teraz jed­nak musiała pamię­tać, że roz­ma­wia z nią gli­niarz, a gra toczy się o wszystko, na co tak długo i tak ciężko pra­co­wała.

-?Laine, może byś usia­dła? Sporo prze­szłaś...

-?Czuję się ogłu­szona. -?To aku­rat była prawda. Nie musiała kła­mać w każ­dym sło­wie. Mimo wszystko nie usia­dła. Z kub­kiem kawy w ręku prze­szła kilka kro­ków, sta­nęła przy wysta­wie i zapa­trzyła się w deszcz, żeby nie mieć przed sobą tych oczu peł­nych smutku i zro­zu­mie­nia. -?Doce­niam, że przy­je­cha­łeś tutaj spi­sać moje zezna­nie. Wiem, że jesteś bar­dzo zajęty.

-?Tak sobie pomy­śla­łem, że nie będę cię cią­gał na komendę.

Lepiej okła­my­wać przy­ja­ciela niż obcego, pomy­ślała z gory­czą.

-?Nie wiem, co wła­ści­wie mam ci powie­dzieć. Nie widzia­łam wypadku. Tylko usły­sza­łam... pisk hamul­ców, krzyki, okropny huk, a potem zoba­czy­łam... - Nie, nie zamknie oczu. Gdyby je zamknęła, zoba­czy­łaby to raz jesz­cze. - Zoba­czy­łam, jak ude­rzył w szybę, jakby go ktoś na nią rzu­cił. Wybie­głam i zosta­łam z nim do przy­jazdu karetki. Szybko przy­je­chali. Wyda­wało mi się, że cze­kamy całe godziny, ale tak naprawdę minęło tylko kilka minut.

-?Przed wypad­kiem był w skle­pie.

Teraz zamknęła oczy. I przy­go­to­wała się do zro­bie­nia tego, co musiała zro­bić, żeby ochro­nić sie­bie.

-?Tak. Dziś rano wbrew moim ocze­ki­wa­niom zja­wiło się kilku klien­tów, nie powin­nam była zwal­niać Jenny. Przy­szły bliź­niaczki i jakieś mał­żeń­stwo, które zatrzy­mało się u nas w dro­dze do Waszyng­tonu. Kiedy wszedł ten męż­czy­zna, byłam zajęta, więc jakiś czas roz­glą­dał się po skle­pie.

-?Ta kobieta spoza mia­sta odnio­sła wra­że­nie, że się zna­cie.

-?Naprawdę? -?Odwró­ciła się do niego ze zdu­mie­niem na twa­rzy, odda­nym per­fek­cyj­nie, jak przez zdol­nego arty­stę na dobrym por­tre­cie. Zro­biła kilka kro­ków, usia­dła w jed­nym z dwóch foteli usta­wio­nych przed komin­kiem. -?Nie wiem dla­czego.

-?Takie odnio­sła wra­że­nie. -?Vince zbył sprawę wzru­sze­niem ramion. Usiadł powoli i ostroż­nie, pamię­ta­jąc o swo­ich potęż­nych roz­mia­rach. - Powie­działa, że wziął cię za rękę.

-?Poda­li­śmy sobie ręce -?spro­sto­wała Laine. -?I dał mi wizy­tówkę. - Wyj­mu­jąc kar­to­nik z kie­szeni, zmu­siła się, by całą uwagę sku­pić na twa­rzy Vince'a. Pło­mie­nie strze­lały w kominku, dając miłe cie­pło, lecz ona poczuła chłód. A nawet zimno. -?Powie­dział, że chciałby ze mną poroz­ma­wiać, kiedy będę mniej zajęta. Wspo­mniał o czymś inte­re­su­ją­cym do kupie­nia -?wyja­śniła. -?Spo­ty­kam się z tym pra­wie na co dzień - dorzu­ciła, poda­jąc Vince'owi wizy­tówkę. -?Wła­śnie dzięki temu utrzy­muję się w branży.

-?Wszystko jasne. -?Wsu­nął kar­to­nik do kie­szeni na piersi. -?Czy dostrze­głaś w tym czło­wieku coś cha­rak­te­ry­stycz­nego?

-?Ude­rzyło mnie tylko to, że ubrany był w piękny płaszcz, a w ręku trzy­mał kom­plet­nie bez­sen­sowny tan­detny para­sol. No i nie wyglą­dał mi na takiego, który lubi spa­cery po nie­wiel­kich mia­stecz­kach. Wyglą­dał na miesz­kańca dużej metro­po­lii.

-?Tak jak i ty, jesz­cze parę lat temu. Wła­ści­wie... -?zmru­żył oczy, lekko pogła­dził ją po policzku -?jesz­cze ci to nie prze­szło.

Uśmiech­nęła się, bo tego wła­śnie ocze­ki­wał.

-?Vince -?ode­zwała się już poważ­nym tonem. -?Przy­kro mi, że nie potra­fię ci pomóc. To było straszne.

-?Na razie mamy cztery różne zezna­nia świad­ków. Wszy­scy widzieli czło­wieka, który wybiegł na ulicę, pro­sto pod koła samo­chodu, jakby prze­stra­szony. Czy twoim zda­niem on się cze­goś bał?

-?Nie zwra­ca­łam na niego aż takiej uwagi. Widzisz, Vince, wła­ści­wie w pew­nym sen­sie go wypro­si­łam, kiedy zda­łam sobie sprawę, że nie zamie­rza nic kupo­wać. Mia­łam w skle­pie klien­tów. -?Pokrę­ciła głową, głos jej się zała­mał. -?Zacho­wa­łam się gru­bo­skór­nie...

Sze­ryf pocie­sza­jąco pokle­pał ją po dłoni, a Laine poczuła się jesz­cze pod­lej.

-?Nie wie­dzia­łaś prze­cież, co się sta­nie. Po wypadku byłaś przy nim pierw­sza.

-?Leżał tuż za drzwiami. -?Musiała pocią­gnąć duży łyk kawy, zmyć nutę smutku. -?Pra­wie na progu.

-?Mówił coś do cie­bie.

-?Tak. -?Znowu się­gnęła po kawę. -?Ale to nie miało żad­nego sensu. Kilka razy prze­pra­szał... Chyba nie wie­dział, do kogo mówi ani co się stało. Przy­pusz­czam, że bre­dził. Zaraz potem przy­je­chała karetka i... i wtedy umarł. Co teraz? Zna­czy, cho­dzi mi o to, że ten męż­czy­zna jest tutaj obcy. Na wizy­tówce napi­sał numer z Nowego Jorku. Zasta­na­wiam się, czy był tu tylko prze­jaz­dem? Dokąd jechał, skąd pocho­dził...

-?Będziemy szu­kali odpo­wie­dzi na te pyta­nia, musimy zawia­do­mić jego rodzinę. -?Vince wsta­jąc poło­żył Laine rękę na ramie­niu. -?Nie będę ci radził, żebyś się sta­rała o tym nie myśleć. Na razie i tak nie dasz rady. Ale powiem, że zro­bi­łaś wszystko, co w ludz­kiej mocy. Nikt nie zro­biłby dla niego wię­cej.

-?Dzięki. Na dzi­siaj już koniec. Zamy­kam i wra­cam do domu.

-?Dobry pomysł. Pod­wieźć cię?

-?Nie, dzię­kuję. -?W rów­nej mie­rze sym­pa­tia jak i poczu­cie winy kazały jej wspiąć się na palce i cmok­nąć powoli i ostroż­nie Vince'a Bur­gera w poli­czek. -?Powiedz Jenny, że jutro na nią cze­kam.

*

Nazy­wał się Willy Young, w każ­dym razie pod takim nazwi­skiem go znała.

Przy­pusz­czal­nie Wil­liam, pomy­ślała Laine, pro­wa­dząc samo­chód nie­równą żwi­rową alejką. Nie był jej praw­dzi­wym wuj­kiem, o ile wie­działa, raczej pia­sto­wał tę god­ność z nada­nia. I zawsze miał w kie­szeni cukierki z likwo­rem dla zna­jo­mej małej dziew­czynki.

Nie widziała go od dwu­dzie­stu lat. Wtedy był sza­ty­nem i miał okrą­glej­szą twarz. I zawsze cho­dził żwa­wym kro­kiem.

Nic dziw­nego, że nie roz­po­znała go w tym przy­gar­bio­nym, nie­spo­koj­nym czło­wieczku, który nie­śmiało wsu­nął się do sklepu.

Jak ją zna­lazł? Dla­czego jej szu­kał?

Ponie­waż był naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem jej ojca, zapewne podob­nie jak on parał się zło­dziej­stwem i oszu­stwem. Nie takich zna­jo­mo­ści potrze­bo­wała sza­no­wana kobieta inte­resu.

Tylko dla­czego, u licha, czuła się winna i przy­gnę­biona?

Wci­snęła hamu­lec, a gdy samo­chód sta­nął, dłuż­szą chwilę sie­działa, słu­cha­jąc mono­ton­nego rytmu wycie­ra­czek i przy­glą­da­jąc się swo­jemu ślicz­nemu domowi na wznie­sie­niu.

Uwiel­biała to miej­sce. Jej wła­sne. Praw­dziwy dom. Pię­trowy budy­nek był, szcze­rze mówiąc, za duży dla samot­nej kobiety, ale uwiel­biała po nim błą­dzić. Każda minuta spę­dzona na sta­ran­nym urzą­dza­niu wnętrz była praw­dziwą roz­ko­szą. Wszystko musiało być dokład­nie tak, jak sobie życzyła. Ona -?i tylko ona.

Zbyt dobrze wie­działa, jakie to uczu­cie: pako­wać się w eks­pre­so­wym tem­pie, przy dźwię­kach pio­se­neczki Żegnaj, kosie i brać nogi za pas. Nie zamie­rzała tego robić już ni­gdy w życiu.

Uwiel­biała krzą­tać się po podwórku, pra­co­wać w ogro­dzie, przy­ci­nać krzewy, pod­le­wać traw­nik, wyry­wać chwa­sty. Naj­zwy­klej­sze czyn­no­ści na świe­cie. Pro­ste, zwy­kłe zaję­cia, w sam raz dla kogoś, kto w ciągu pierw­szej połowy życia nie­wiele zaznał nor­mal­no­ści.

Miała prawo być teraz sobą. Być Laine Tavish i korzy­stać ze wszyst­kiego, co się z tym łączyło. Miała swój skle­pik, miesz­kała w siel­skim mia­steczku, we wła­snym domu, zna­la­zła wokół przy­ja­ciół... miała swoje życie. I miała prawo korzy­stać z wize­runku, jaki sama sobie stwo­rzyła.

Wil­lowi nic by nie pomo­gło, gdyby powie­działa sze­ry­fowi prawdę. Nic by to nie zmie­niło, a dla niej rów­na­łoby się trzę­sie­niu ziemi. Vince dowie­działby się, że męż­czy­zna leżący w miej­skiej kost­nicy nie był żad­nym Jaspe­rem R. Peter­so­nem, ale Wil­lia­mem Youn­giem z mnó­stwem pseu­do­ni­mów. Zna­la­złby też wpisy w kar­to­tece, ponie­waż Willy zro­bił z jej ojcem nie­je­den skok. Byli jak bra­cia.

Ziry­to­wana wysko­czyła z samo­chodu, żwa­wym kro­kiem pode­szła do drzwi domu i sta­now­czym gestem wycią­gnęła klu­cze.

Wystar­czyło, że weszła do środka, a natych­miast się uspo­ko­iła. Oto­czyła ją przy­ja­zna atmos­fera. Bal­sa­miczna cisza, zapach olejku cytry­no­wego, który wła­sno­ręcz­nie wcie­rała w każdy kawa­łek drewna, sub­telna sło­dycz wio­sen­nych kwia­tów przy­nie­sio­nych z wła­snego ogródka... Od razu lepiej, spo­koj­niej, praw­dziwe uko­je­nie dla napię­tych ner­wów.

Odło­żyła klu­cze na gli­niany rusty­kalny talerz usta­wiony na sto­liku w przed­po­koju, wyjęła z torebki tele­fon komór­kowy i od razu pod­łą­czyła do łado­warki. Zsu­nęła z nóg pan­to­fle, zdjęła żakiet i powie­siła go na słupku od porę­czy. Torebkę posta­wiła na naj­niż­szym stop­niu.

Jak zwy­kle poszła od razu do kuchni. Nor­mal­nie nasta­wi­łaby w czaj­niku wodę na her­batę i cze­ka­jąc, aż się zago­tuje, przej­rza­łaby pocztę, zabraną ze skrzynki u wylotu alejki.

Dziś jed­nak nalała sobie duży kie­li­szek wina.

Sta­nęła przy zle­wie, zapa­trzona w ogró­dek na tyłach domu.

Kie­dyś już miesz­kała w domu z ogród­kiem... nawet wię­cej niż raz... kie­dyś, jako dziecko. Pamię­tała jeden taki ogró­dek... gdzie on był, w Nebra­sce? W Iowa?

Co za róż­nica, pomy­ślała i wypiła długi łyk.

Lubiła tam­ten ogró­dek, bo na środku rosło wiel­kie drzewo. Powie­sił na nim starą oponę na gru­bych linach.

I huś­tał ją tak wysoko, aż chwi­lami zda­wało jej się, że fruwa.

Jak długo tam miesz­kali -?nie pamię­tała. Samego domu w ogóle nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć. Więk­sza część dzie­ciń­stwa zacho­wała się we wspo­mnie­niach Laine jako pasmo nie­wy­raź­nych, coraz to innych miejsc i twa­rzy: cią­głe podróże samo­cho­dem, szyb­kie pako­wa­nie skrom­nego bagażu. A w tym wszyst­kim on, ojciec, o dono­śnym, dźwięcz­nym gło­sie i wiel­kich dło­niach, z szel­mow­skim uśmie­chem, któ­remu trudno się oprzeć, sypiący bez­tro­sko obiet­ni­cami bez pokry­cia.

Pierw­szych dzie­sięć lat życia kochała go całym ser­cem, a przez wszyst­kie następne robiła co w ludz­kiej mocy, by zapo­mnieć o jego ist­nie­niu.

Jeśli nawet znowu miał kło­poty, to nie jej sprawa.

Nie była już malutką Lainie, uko­chaną córeczką Jacka O'Hary. Teraz była Laine Tavish, powa­żaną oby­wa­telką Angel's Gap.

Zer­k­nęła na butelkę wina, wzru­szyła ramio­nami i nalała sobie drugi kie­li­szek. Była w końcu doro­sła, miała prawo ubz­dryn­go­lić się we wła­snej kuchni, zwłasz­cza w dniu, kiedy przy­bysz z nie­chlub­nej prze­szło­ści wyzio­nął ducha u jej stóp.

Z kie­lisz­kiem w ręku pode­szła do drzwi przed­po­koju, skąd dobie­gało pełne tęsk­noty popi­ski­wa­nie.

Wpadł do środka jak kula armat­nia -?wło­chata, ozdo­biona mięk­kimi zwi­sa­ją­cymi uszami. Łapami wsparł się jej na pier­siach, szturch­nął ją w twarz dłu­gim pyskiem i zaczął ener­gicz­nie lizać po policz­kach, pełen wylew­nej, bez­wa­run­ko­wej miło­ści.

-?Dobrze już, dobrze, ja też się cie­szę, że cię widzę.

Obo­jętne, w jakim nastroju wra­cała do domu, po powi­ta­niu Henry'ego, nie­sa­mo­wi­tego kun­dla z prze­wagą krwi psa goń­czego, zawsze odzy­ski­wała humor.

Oca­liła mu życie. W każ­dym razie tak to wła­śnie postrze­gała. Dwa lata temu wybrała się do schro­ni­ska z zamia­rem wybra­nia sym­pa­tycz­nego szcze­niaka. Zawsze chciała mieć przy sobie jakąś psią sło­dycz, roz­bra­ja­jące ślicz­no­ści, które wychowa od małego.

Tym­cza­sem natknęła się na niego -?wiel­kiego, nie­zgrab­nego, nie­praw­do­po­dob­nie pospo­li­tego psa z zie­mi­stą sier­ścią. Skrzy­żo­wa­nie niedź­wie­dzia z mrów­ko­ja­dem.

I zako­chała się w nim od pierw­szego wej­rze­nia, gdy przez drzwiczki boksu spoj­rzała mu w oczy.

Każdy zasłu­guje na drugą życiową szansę, pomy­ślała, i zabrała Henry'ego do domu.

Ni­gdy nie dał jej powodu, by żało­wała tego impul­syw­nego gestu. Kochał ją miło­ścią abso­lutną, tak wielką, że nawet kiedy sypała do jego miski karmę, nie odry­wał od swo­jej pani wzroku peł­nego uwiel­bie­nia.

-?Można jeść, kolego.

Dopiero na pole­ce­nie Henry wsa­dził pysk do miski.

Ona też powinna coś prze­ką­sić, zro­bić choćby mizerny pod­kład pod wino, ale nie miała ochoty na jedze­nie. Jesz­cze odro­bina trunku w krwio­biegu - i będzie mogła prze­stać myśleć, zasta­na­wiać się, nie­po­koić.

Przed­po­kój zosta­wiła otwarty, ale spraw­dziła zamki w zewnętrz­nych drzwiach. Gdyby ktoś bar­dzo się uparł, dostałby się do środka przez wej­ście dla psa, ale wtedy Henry natych­miast wsz­cząłby alarm.

Poszcze­ki­wał za każ­dym razem, gdy alejką pod domem prze­jeż­dżał jakiś samo­chód i choć przy­wi­tałby każ­dego intruza, obli­zu­jąc go z zachwy­tem - oczy­wi­ście wów­czas, kiedy już prze­stałby się go bać -?to jed­nak korzyść z jego szcze­ka­nia była bez­dy­sku­syjna: nikt ni­gdy Laine swoją wizytą nie zasko­czył. No i ni­gdy, pod­czas tych czte­rech lat pobytu w Angel's Gap, nie miała żad­nych nie­pro­szo­nych gości ani w domu, ani w skle­pie.

Aż do dzi­siaj, popra­wiła się w myślach.

W końcu posta­no­wiła jed­nak zamknąć także drzwi do przed­po­koju i wypu­ścić Henry'ego na wie­czorny spa­cer.

Przez chwilę miała ochotę zadzwo­nić do mamy, ale szybko zre­zy­gno­wała z tego pomy­słu. Bo i po co? Mama już od dawna pro­wa­dziła wyma­rzone uczciwe życie z wyma­rzo­nym uczci­wym męż­czy­zną. Zasłu­żyła sobie na ten luk­sus. Nie było sensu nisz­czyć jej tego ide­al­nego świata, mówiąc: "Cześć, wiesz wpa­dłam dzi­siaj na wujka Willy'ego, a potem to samo zro­bił dżip che­ro­kee".

Z kie­lisz­kiem w ręku poszła na pię­tro. Naszy­kuje sobie coś do prze­gry­zie­nia, weź­mie gorącą kąpiel i wcze­śniej się położy.

Zapo­mni o tym, co się dzi­siaj stało.

"Zosta­wił dla cie­bie". Tak powie­dział. Pew­nie bre­dził. A poza tym jeśli cokol­wiek zosta­wił, i tak tego nie chciała.

Miała już wszystko, co było jej potrzebne do szczę­ścia.

*

Max Gan­non dostał złe wia­do­mo­ści na temat Willy'ego od recep­cjo­ni­sty w Zajeź­dzie pod Czer­wo­nym Dachem, dokąd spro­wa­dził go świeży trop tego drob­nego cwa­niaczka. Lokalne wła­dze dotarły do motelu wcze­śniej, lecz Max mimo wszystko zain­we­sto­wał pierw­szy tego dnia bank­not dwu­dzie­sto­do­la­rowy w infor­ma­cję o nume­rze oraz klucz.

Gli­nia­rze nie zabrali jesz­cze rze­czy denata, a nawet, co było widać gołym nie­uzbro­jo­nym okiem, nie prze­pro­wa­dzili solid­nego prze­szu­ka­nia. Bo i niby po co mie­liby się szcze­gól­nie inte­re­so­wać poko­jem wyna­ję­tym przez ofiarę ulicz­nego wypadku. Dopiero kiedy się dowie­dzą, kim był zabity, wrócą i znacz­nie sta­ran­niej przy­łożą się do roboty.

Nawet nie zdą­żył się roz­pa­ko­wać, zauwa­żył Max.

W jedy­nej walizce -?od Louisa Vuit­tona -?zostały skar­petki, bie­li­zna oraz sta­ran­nie poskła­dane gar­ni­tu­rowe koszule. Willy nale­żał do porząd­nic­kich i lubił rze­czy fir­mowe. Gar­ni­tur powie­sił w sza­fie. Ele­gancki odcień sza­ro­ści, jed­no­rzę­dowa mary­narka, Hugo Boss. Do tego para czar­nych pół­bu­tów Fer­ra­gamo, usztyw­nio­nych pra­wi­dłami, usta­wio­nych porząd­nie na dnie szafy.

Max prze­szu­kał kie­sze­nie, uważ­nie spraw­dził pod­szewkę. Wyjął z butów pra­wi­dła i wetknął palce aż po czubki.

Prze­szedł do łazienki. Dokład­nie spraw­dził zestaw kosme­ty­ków od Diora. Pod­niósł pokrywę rezer­wu­aru, potem ukuc­nął i poszu­kał za sede­sem, zaj­rzał pod umy­walkę.

W sypialni wysu­nął po kolei wszyst­kie szu­flady, następ­nie prze­trzą­snął samą walizkę oraz jej zawar­tość. Spraw­dził też mate­rac na stan­dar­do­wym dwu­oso­bo­wym łóżku.

Nie minęła godzina, a on wie­dział już z całą pew­no­ścią, że Willy nie zosta­wił nic god­nego uwagi. Gdy wycho­dził, pokój wyglą­dał tak samo dzie­wi­czo jak przed jego wej­ściem.

Zasta­no­wił się, czy by nie zosta­wić recep­cjo­ni­ście jesz­cze jed­nej dwu­dziestki, z prośbą, żeby o jego wizy­cie nie wspo­mi­nał gli­nom, ale doszedł do wnio­sku, że w ten spo­sób tylko skło­niłby tego faceta do nie­po­trzeb­nych domy­słów.

Wsiadł do swo­jego Porsche, włą­czył Spring­ste­ena i poje­chał do miej­skiej kost­nicy upew­nić się, że jego naj­waż­niej­szy trop śledz­twa spo­czywa w lodówce.

Wetknął straż­ni­kowi dwu­dzie­staka i w zamian dostał mil­czącą zgodę na obej­rze­nie ciała. Z doświad­cze­nia wie­dział, że por­tret Andrew Jack­sona toruje drogę szyb­ciej i sku­tecz­niej niż wszel­kie wyja­śnie­nia, doku­menty oraz biu­ro­kra­cja.

-?Głu­pek. Cho­lera, Willy, myśla­łem, że jesteś mądrzej­szy.

Patrząc na pora­nioną twarz trupa, wziął długi oddech.

Po kiego dia­bła ucie­ka­łeś? I co cię ścią­gnęło do tej dziury zabi­tej dechami w sta­nie Mary­land?

Co albo może: kto?

Ponie­waż Willy nie zamie­rzał mu nic powie­dzieć, Max wró­cił na drogę pro­wa­dzącą do Angel's Gap, by tam pod­jąć trop wart miliony dola­rów.

*

Jeśli chcesz posłu­chać mało­mia­stecz­ko­wych plo­tek, musisz pójść tam, gdzie prze­sia­dują miesz­kańcy. Gdzie za dnia zbie­rają się przy kawie i prze­ką­skach, nato­miast wie­czo­rem scho­dzą się na coś moc­niej­szego.

Max, pod­jąw­szy decy­zję, że zosta­nie w Angel's Gap jesz­cze dzień lub dwa, zamel­do­wał się w Hotelu Stru­dzony Podróż­nik. Naj­pierw zafun­do­wał sobie gorący prysz­nic i zmył z sie­bie pierw­sze dwa­na­ście godzin mija­ją­cego dnia. Naj­wyż­szy czas ruszyć szla­kiem numer dwa.

Zjadł cał­kiem przy­zwo­ity cie­pły posi­łek przy­nie­siony do pokoju, prze­glą­da­jąc jed­no­cze­śnie w lap­to­pie stronę stwo­rzoną przez Infor­ma­cję Tury­styczną Angel's Gap. W oknie poświę­co­nym życiu noc­nemu zna­lazł kilka inte­re­su­ją­cych barów, klu­bów i kawiarni. Szu­kał jakie­goś lokal­nego pubu, do któ­rego wpada się na piwo, by zamie­nić parę słów z przy­ja­ciółmi.

Zna­lazł trzy, które mogły odpo­wia­dać jego ocze­ki­wa­niom, zaj­rzał do adre­sów i dokoń­czył jedze­nie nad wydru­kiem mapy.

Sym­pa­tyczne mia­steczko, uznał.

Oto­czone górami. Piękne widoki, mnó­stwo miejsc rekre­acyj­nych, zwłasz­cza dla entu­zja­stów sportu albo miło­śni­ków spę­dza­nia urlopu w przy­cze­pie lub pod namio­tem. Wystar­cza­jąco spo­kojne dla tych, któ­rzy pra­gnęli odpo­cząć od wiel­ko­miej­skiego życia, ale z pełną klasy ofertą kul­tu­ralną, a na doda­tek w roz­sąd­nej odle­gło­ści od kilku więk­szych aglo­me­ra­cji, więc dosko­nałe także dla tych, któ­rzy chcie­liby wysko­czyć w góry tylko na week­end.

Infor­ma­cja tury­styczna zachę­cała do sko­rzy­sta­nia z oferty polo­wa­nia, łowie­nia ryb, gór­skich wycie­czek i innych form spę­dza­nia czasu na świe­żym powie­trzu. Żadna z nich nie wydała się atrak­cyjna miesz­czu­chowi tkwią­cemu w Mak­sie. On, gdyby chciał zoba­czyć niedź­wie­dzia albo jele­nia w natu­ral­nym oto­cze­niu, włą­czyłby kanał Disco­very.

Tak czy ina­czej mia­steczko miało swój nie­za­prze­czalny urok, piękne strome uliczki, stare domy z solid­nej ciem­no­czer­wo­nej cegły... Poto­mac toczył wody sze­roko, dzie­ląc miej­sco­wość na dwie czę­ści, brzegi spi­nały piękne łuki mostów. Wiele kościel­nych iglic strze­lało w niebo, na nie­któ­rych miedź pokryła się miękką zie­le­nią świad­czącą o upły­wie czasu i zmien­nej pogo­dzie. Z daleka dobiegł długi sygnał nad­jeż­dża­ją­cego pociągu, powtó­rzony przez echo.

Na pewno jesie­nią, gdy drzewa stro­iły się w tysiące barw, oko­lica sta­no­wiła praw­dziwą ucztę dla oka. A zimą, gdy wszystko otu­lał biały śnieg, musiało być tu pięk­nie jak na pocz­tówce. Wszystko to jed­nak nie wyja­śniało, dla­czego Willy Young dał się prze­je­chać aku­rat tutaj, na Mar­ket Street.

Max byl zde­cy­do­wany zna­leźć odpo­wiedź na to pyta­nie. Wyłą­czył kom­pu­ter, chwy­cił uko­chaną kurtkę lot­ni­czą i ruszył w kurs po barach.

Rozdział 2

2

Pierw­szy minął, nawet się nie zatrzy­mu­jąc. Stło­czone przed wej­ściem Hogi i Har­leye wyraź­nie okre­ślały go jako przy­sta­nek dla moto­cy­kli­stów, a w takim miej­scu spo­kojni miesz­kańcy mia­steczka nie plot­kują o swo­ich spra­wach nad drin­kiem.

Drugi bar szybko zakla­sy­fi­ko­wał jako knajpkę stu­dencką, gdzie tło muzyczne zapew­niała jakaś dzi­waczna kapela alter­na­tywna, w kącie dwóch smu­ta­sów grało w sza­chy, a reszta gości odby­wała stan­dar­dowe rytu­ały godowe.

Trzeci oka­zał się wła­ściwy.

Pub U Artiego był miej­scem, gdzie facet może zapro­sić żonę, ale nie kochankę. W takim wła­śnie lokalu uma­wiasz się z przy­ja­ciółmi, spo­ty­kasz zna­jo­mych albo wpa­dasz na jed­nego w dro­dze do domu.

Max gotów był się zało­żyć, że dzie­więć­dzie­siąt pro­cent bywal­ców mówi sobie "ty", a wcale nie­mała część jest wręcz spo­krew­niona ze sobą.

Usiadł przy barze, zamó­wił Becka z beczki i rozej­rzał się dookoła. Odbior­nik tele­wi­zyjny z wyłą­czo­nym dźwię­kiem, prze­ką­ski do piwa w pla­sti­ko­wych koszycz­kach, wielki Murzyn za kon­tu­arem i dwie kel­nerki roz­no­szące drinki.

Pierw­sza z kel­ne­rek przy­po­mi­nała mu biblio­te­karkę z liceum, która zawsze zda­wała się widzieć wszystko i wiecz­nie była z cze­goś nie­za­do­wo­lona. Niska, o roz­ło­ży­stych bio­drach, dobie­gała czter­dziestki. Błysk w jej oku zdra­dzał, że nie zno­siła plo­tek.

Druga miała dwa­dzie­ścia kilka lat i była z gatunku zalot­nych. Chęt­nie demon­stro­wała swoje zgrabne ciałko wci­śnięte w gładki czarny swe­te­rek i opięte dżinsy. Dzie­liła czas pracy równo na dwie połowy: tyle samo poświę­cała odrzu­ca­niu blond wło­sów, ile zbie­ra­niu pustych szkla­nek. Z tego, w jaki spo­sób odcho­dziła od służ­bo­wego sto­lika, jak strze­lała oczami, Max mógł się zało­żyć, że była kopal­nią infor­ma­cji i że podzieli się nimi z przy­jem­no­ścią.

Wziął jesz­cze tro­chę na wstrzy­ma­nie, ale w końcu uśmiech­nął się do niej sze­roko, kiedy sta­nęła przy barze, by zło­żyć zamó­wie­nia.

-?Straszny dzi­siaj ruch -?zagad­nął.

Odpo­wie­działa mu rów­nie sze­ro­kim uśmie­chem.

-?Nie jest tak źle. -?Prze­nio­sła cię­żar ciała na drugą nogę, odwra­ca­jąc się w jego stronę, co w języku ciała nie­za­wod­nie ozna­czało zapro­sze­nie do roz­mowy. -?Pan nie­tu­tej­szy?

-?Dużo jeż­dżę. W inte­re­sach.

-?Mówi pan jak chło­pak z połu­dnia.

-?Roz­szy­fro­wa­łaś mnie. Jestem z Savan­nah, ale dawno już nie zaglą­da­łem do domu. -?Wycią­gnął rękę. -?Max.

-?Miło mi. Ja jestem Angie. Co to za inte­resy spro­wa­dziły cię do Gap?

-?Ubez­pie­cze­nia.

Jej wujek sprze­da­wał polisy ubez­pie­cze­niowe, ale z pew­no­ścią nie byłby tak atrak­cyjną deko­ra­cją baro­wego stołka. Ten tutaj miał ponad metr osiem­dzie­siąt, z czego prze­wa­ża­jącą część sta­no­wiły dłu­gie nogi. Zbu­do­wany niczego sobie, ważył, tak na oko, osiem­dzie­siąt kilka dobrze roz­miesz­czo­nych kilo­gra­mów. A Angie wie­działa, że potrafi dobrze oce­nić na oko. Szczu­płą twarz obcego o dość ostrych rysach ota­czała szopa ciem­nych wło­sów, które po desz­czu uło­żyły się w mięk­kie fale. Ciem­no­brą­zowe oczy patrzyły przy­jaź­nie i bystro. Prze­cią­gał słowa, jakby w roz­ma­rze­niu. Gdyby nie lekko skrzy­wiona trójka, miałby uśmiech dosko­nały.

Podo­bali jej się bystrzy faceci, nie cał­kiem dosko­nali.

-?Ubez­pie­cze­nia? Mnie byś na to nie nacią­gnął.

-?Nikt nie zna swo­jego losu. -?Wrzu­cił do ust kra­kersa, bły­ska­jąc w uśmie­chu bia­łymi zębami. -?A więk­szość ludzi ryzy­kuje. Zupeł­nie jakby sądzili, że będą żyli wiecz­nie. -?Pocią­ga­jąc łyk piwa, zauwa­żył, że kel­nerka zer­k­nęła na jego lewą dłoń. Spraw­dziła, czy ma obrączkę, czy jest żonaty. -?A prze­cież każdy musi umrzeć. Podobno nie dalej jak dziś rano jakiś bie­dak dał się prze­ro­bić na mia­zgę na Main Street.

-?Mar­ket Street -?popra­wiła odru­chowo, a Max Gan­non przy­wo­łał na twarz wyraz zacie­ka­wie­nia. -?To się stało na Mar­ket Street. Facet wybiegł pro­sto pod koła dżipa panny Leager. Bie­daczka, nie może dojść do sie­bie.

-?Przy­kra sprawa. Zwłasz­cza że to chyba nie była jej wina.

-?No wła­śnie. Mnó­stwo ludzi widziało ten wypa­dek, nic się nie dało zro­bić. Wybiegł jej pro­sto pod koła.

-?Fatal­nie. I jesz­cze pew­nie go znała... Tak to już bywa w małych mia­stecz­kach.

-?A, nie, nikt go nie znał. Nie był stąd. Podobno aku­rat wycho­dził ze Skar­bów Prze­szło­ści... Pra­cuję tam na pół etatu. Sprze­da­jemy antyki, różne pamiątki i dro­bia­zgi... Może szu­kał cze­goś na pre­zent. Straszne. Po pro­stu okrop­ność.

-?Co zro­bić, takie życie. Widzia­łaś wypa­dek?

-?Nie... Aku­rat mia­łam wolne -?zamil­kła, jakby pró­bo­wała zde­cy­do­wać, czy jest jej z tego powodu żal, czy wręcz prze­ciw­nie, cie­szy się, że nie była świad­kiem czy­jejś śmierci. -?Jakoś nie mogę zro­zu­mieć, dla­czego on tak wypadł na ulicę. Strasz­nie wtedy lało... Pew­nie nie widział samo­chodu.

-?Po pro­stu pech.

-?No wła­śnie.

-?Angie, roz­nie­siesz wresz­cie te drinki, czy zacze­kasz, aż pójdą same? - ode­zwała się biblio­te­karka.

Angie prze­wró­ciła oczami.

-?Już idę. -?Puściła do Maxa per­skie oko i wzięła ciężką tacę. - Poga­damy póź­niej?

-?Jasne.

Zanim wró­cił do hotelu, miał cał­kiem nie­złe poję­cie o poczy­na­niach Willy'ego. Nie­bie­ski pta­szek zamel­do­wał się w motelu poprzed­niego wie­czora, około dzie­sią­tej, i z góry zapła­cił gotówką za trzy­dniowy pobyt. No, raczej nie upo­mni się o zwrot nad­pła­co­nej sumy. Następ­nego ranka samot­nie zjadł śnia­da­nie w barku, a potem wyna­ję­tym samo­cho­dem poje­chał na Mar­ket Street, gdzie zapar­ko­wał dwie prze­cznice na pół­noc od Skar­bów Prze­szło­ści.

Ponie­waż Willy'ego naj­wy­raź­niej nie inte­re­so­wały w tej oko­licy żadne sklepy, kawiar­nie ani inne miej­sca poza skle­pi­kiem z anty­kami, nasu­wało się jedyne logiczne roz­wią­za­nie: zapar­ko­wał daleko od celu i mimo ulew­nego desz­czu szedł na pie­chotę z ostroż­no­ści. Albo cier­piał na para­noję.

Ponie­waż stra­cił życie, nale­żało posta­wić na ostroż­ność.

Teraz nasu­wało się pyta­nie, czego Willy szu­kał w skle­piku z pamiąt­kami w Angel's Gap, dokąd przy­je­chał aż z Nowego Jorku, sta­ran­nie zacie­ra­jąc za sobą ślady.

Czy tam był punkt prze­rzu­towy? Jakiś kon­takt?

Max ponow­nie włą­czył kom­pu­ter i wszedł na stronę główną mia­sta. Po kilku klik­nię­ciach zna­lazł wizy­tówkę Skar­bów Prze­szło­ści. Antyki, stara rodowa biżu­te­ria, różne gratki dla kolek­cjo­ne­rów. Kupno i sprze­daż.

Zapi­sał nazwę sklepu na pod­kładce i dodał "Paser?". Oto­czył słowo podwój­nym okrę­giem.

Obej­rzał godziny otwar­cia, numery tele­fonu i faksu, adres elek­tro­niczny, zwra­ca­jąc uwagę na fakt, że kupione rze­czy wysy­łano na cały świat.

A potem zauwa­żył nazwi­sko wła­ści­cielki.

Laine Tavish.

Był prze­ko­nany, że nie miał tego nazwi­ska na swo­jej liście, ale i tak dla pew­no­ści zer­k­nął w zapi­ski. Żad­nej Laine, upew­nił się, żad­nej Tavish. Ale była Ela­ine O'Hara. Jedyna córka Wiel­kiego Jacka.

Wydął wargi w zamy­śle­niu i odchy­lił się na opar­cie krze­sła. Mia­łaby dziś jakieś... dwa­dzie­ścia osiem, może dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Inte­re­su­jące. Może nie­odrodna córeczka poszła w ślady tatuśka i też została zło­dziejką? Zmie­niła imię, nazwi­sko i przy­cup­nęła w jakimś zabi­tym dechami gór­skim mia­steczku?

No, wresz­cie zaczęło to wszystko nabie­rać tro­chę sensu.

*

Po czte­rech latach w Angel's Gap Laine wie­działa, czego się spo­dzie­wać rano po otwar­ciu Skar­bów Prze­szło­ści.

Pierw­sza przyj­dzie Jenny, odro­binę spóź­niona, przy­nie­sie świeże ciastka, może pączki. Była w szó­stym mie­siącu ciąży i rzadko zda­rzało jej się prze­trwać dłu­żej niż dwa­dzie­ścia minut bez zje­dze­nia cze­goś ocie­ka­ją­cego cukrem i tłusz­czem. W rezul­ta­cie Laine także zaczy­nała spo­glą­dać na swoją wagę łazien­kową z pewną nie­chę­cią. Jenny zwy­kle popi­jała ciastka jakąś zio­łową her­batką zapa­rzoną w ter­mo­sie, od któ­rej wyraź­nie się uza­leż­niła.

Naj­pierw zacznie wypy­ty­wać o wyda­rze­nia poprzed­niego dnia. Cho­ciaż jako żona szefa poli­cji miała już infor­ma­cje od męża, to wcale nie pogar­dzi wer­sją Laine.

Dokład­nie o dzie­sią­tej zaczną się scho­dzić cie­kaw­scy.

Nie­któ­rzy, pomy­ślała Laine, wkła­da­jąc do kasy drobne na wyda­wa­nie reszty, będą uda­wali, że chcą coś kupić, inni nawet nie zada­dzą sobie trudu, by ukry­wać, że przy­szli po naj­śwież­sze plotki.

Znowu będzie musiała przejść przez to wszystko. Znowu będzie kła­mała, a w każ­dym razie uni­kała szcze­rych odpo­wie­dzi, uda­jąc, że ni­gdy wcze­śniej nie widziała męż­czy­zny, który przed­sta­wił się jako Jasper Peter­son. Już dawno nauczyła się ukry­wać twarz za odpo­wied­nią maską, by prze­trwać kolejny dzień. Prze­ra­ża­jące, do jakiej doszła wprawy.

Gdy poja­wiła się Jenny, spóź­niona zale­d­wie pięć minut, Laine była już gotowa.

Żona miej­sco­wego stróża prawa przy­wo­dziła na myśl psot­nego aniołka. Była krą­gła i miękka, różowo-biała, miała piwne oczy o lekko unie­sio­nych zewnętrz­nych kąci­kach. Gęste czarne włosy spi­nała czę­sto, tak jak dzi­siaj, w luźny kok na czubku głowy. Ubrana była w obszerny czer­wony swe­ter, roz­cią­gnięty na wysta­ją­cym brzu­chu, wor­ko­wate dżinsy i stare mar­tensy.

Sta­no­wiła abso­lutne prze­ci­wień­stwo Laine: nie­po­rządna, impul­sywna, nie­zdy­scy­pli­no­wana, praw­dziwa emo­cjo­nalna trąba powietrzna. Dokład­nie za taką przy­ja­ciółką Laine tęsk­niła przez całe dzie­ciń­stwo. I uwa­żała tę zna­jo­mość za jeden z naj­cud­niej­szych uśmie­chów losu.

-?Umie­ram z głodu -?oznaj­miła Jenny. -?A ty? -?Rzu­ciła na ladę pudełko z logo pie­karni i gorącz­ko­wym ruchem roz­darła wieczko. -?Ślinka mi leci od samego zapa­chu. Myśla­łam, że nie dojdę, cho­ciaż od Kro­sena to prze­cież dwa kroki. Mało bra­ko­wało, a zaczę­ła­bym wyć. -?Wepchnęła do ust więk­szą część ciastka z gala­retką. -?Mar­twi­łam się o cie­bie. Co prawda zapew­nia­łaś mnie wczo­raj, że wszystko w porządku, to tylko ból głowy i nie ma o czym mówić, i tak dalej, ale przez tele­fon można sobie gadać, co się chce. A ja się o cie­bie mar­twię i już.

-?Nic mi się nie stało. To wszystko było straszne, ale jakoś prze­ży­łam.

Jenny pod­su­nęła jej pudełko.

-?Zjedz coś słod­kiego.

-?Boże... Czy ty wiesz, ile trzeba się potem namę­czyć, żeby to zrzu­cić z bio­der?

Jenny tylko się uśmiech­nęła, a Laine się­gnęła po ciastko z kre­mem.

-?Daj spo­kój, twoje bio­dra zniosą to jedno ciastko. -?Okrą­głymi ruchami pogła­dziła wysta­jący brzuch. -?Coś mi się zdaje, że mało dzi­siaj spa­łaś.

-?Jakoś nie mogłam się uło­żyć. -?Choć bar­dzo się sta­rała nie patrzeć w stronę okna, jed­nak zer­k­nęła na witrynę. -?Byłam ostat­nią osobą, z jaką roz­ma­wiał, a spła­wi­łam go, bo mia­łam klien­tów!

-?Wyobra­żasz sobie, jak się dzi­siaj czuje Missy? A w końcu nie jest bar­dziej winna niż ty. -?Ruszyła na zaple­cze kacz­ko­wa­tym cho­dem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla cię­żar­nych i po chwili wró­ciła z dwoma kub­kami. - Popij ten cukier her­batą. Przyda ci się tro­chę ener­gii, bo ina­czej nie wytrzy­masz tej karu­zeli, jaka się zacznie minutę po otwar­ciu. Zaj­rzy tu każda żywa dusza.

-?Wiem.

-?Vince nie zamie­rza pusz­czać pary z ust, póki nie dowie się cze­goś kon­kret­nego, ale plotka i tak się rozej­dzie, a w końcu my też mamy prawo wie­dzieć.

Zaczyna się, pomy­ślała Laine.

-?Co mamy prawo wie­dzieć?

-?No, na przy­kład, jak się nazy­wał. Bo prze­cież nie tak, jak na tej wizy­tówce, co ci ją dał.

-?Słu­cham?

-?Na pra­wie jazdy i na kar­tach kre­dy­to­wych znaj­do­wało się inne imię i nazwi­sko -?cią­gnęła Jenny pod­eks­cy­to­wana. -?Na wizy­tówce był pseu­do­nim. Naprawdę nazy­wał się Wil­liam Young. Mało tego, to dawny ska­za­niec.

Laine z przy­kro­ścią słu­chała, jak męż­czy­znę, któ­rego wspo­mi­nała tak cie­pło, nazy­wano daw­nym ska­zań­cem, jakby to okre­śle­nie naj­peł­niej go cha­rak­te­ry­zo­wało. Nie­na­wi­dziła sie­bie za to, że nie zro­biła nic, by go bro­nić.

-?Żar­tu­jesz. Ten kur­du­pel?

-?Kra­dzież, oszu­stwo, paser­stwo -?tyle mu udo­wod­niono. Z tego, co mi się udało wydo­być od Vince'a, podej­rze­wano go o znacz­nie wię­cej. Zawo­dowy kry­mi­na­li­sta. A do nas przy­je­chał pew­nie po to, żeby obro­bić jakiś sklep!

-?Jenny, oglą­dasz sta­now­czo za dużo kry­mi­na­łów.

-?Nie­prawda! Kto wie, co by się stało, gdy­byś była tutaj sama! A gdyby miał broń?

Laine strzep­nęła cukier z pal­ców.

-?A miał?

-?No nie, nie miał... Ale mógł mieć. Mógł cię obra­bo­wać.

-?Zawo­dowy kry­mi­na­li­sta miałby się faty­go­wać aż do Angel's Gap, żeby obra­bo­wać mój sklep? Rany, reklama w Inter­ne­cie rze­czy­wi­ście czyni cuda.

Jenny bar­dzo chciała zro­bić obu­rzoną minę, ale nie zdo­łała i wybuch­nęła śmie­chem.

-?Dobra, niech ci będzie, pew­nie nie pla­no­wał skoku i nie chciał obra­bo­wać two­jego uko­cha­nego kramu.

-?Będę zobo­wią­zana, jeśli prze­sta­niesz nazy­wać mój sklep kra­mem.

-?Tak czy ina­czej, coś pla­no­wał. Dał ci wizy­tówkę, no nie?

-?Ow­szem, ale...

-?Więc może miał nadzieję, że sprzeda u cie­bie jakieś skra­dzione rze­czy. Kto przy zdro­wych zmy­słach szu­kałby w takim miej­scu gorą­cego towaru? To samo powie­dzia­łam Vince'owi: pew­nie nie­dawno zro­bił skok, a że jego nor­malny kanał się zablo­ko­wał albo coś w tym stylu, musiał szu­kać spo­sobu, żeby się pozbyć tref­nych gadże­tów, i to pew­nie szybko.

-?I ze wszyst­kich skle­pi­ków z anty­kami na tym świe­cie wybrał wła­śnie mój! -?Roze­śmiała się Laine, ale serce pode­szło jej do gar­dła, bo kto wie, może fak­tycz­nie taka była przy­czyna poja­wie­nia się Willy'ego na jej progu.

-?No wiesz, gdzieś musiał pójść, dla­czego aku­rat nie tu?

-?Bo to życie, a nie serial tele­wi­zyjny?

-?Musisz przy­znać, że to dziwne.

-?Tak, przy­znaję, to dziwne i smutne. Ale, ale: wybiła dzie­siąta. Otwie­ramy -?i zoba­czymy, co przy­nie­sie dzień.

Tak jak ocze­ki­wała, poja­wili się plot­ka­rze i cie­kaw­scy żądni sen­sa­cji. Jenny świet­nie sobie radziła: z zapa­łem oma­wiała kolejne teo­rie, a jed­no­cze­śnie cudow­nie zaj­mo­wała się sprze­dażą. Laine stchó­rzyła. Zasła­nia­jąc się papier­kową robotą, ucie­kła na zaple­cze, zosta­wiła obsługę klien­tów pomoc­nicy. Nie­stety, udało jej się skraść tylko dwa­dzie­ścia minut.

-?Chodź. -?Jenny wetknęła głowę w drzwi pro­wa­dzące na zaple­cze. -?Musisz zoba­czyć to zja­wi­sko.

-?Jeżeli to nie pies żon­glu­jący w cza­sie jazdy na jed­no­ko­ło­wym rowe­rze, nie odry­waj mnie od pracy.

-?Co tam pies! Lep­szy cyrk! -?Jenny spoj­rzała przez ramię i wró­ciła do sklepu, zosta­wia­jąc otwarte drzwi.

Cie­ka­wość zwy­cię­żyła, Laine wyszła z zaple­cza.

Trzy­mał w ręku zie­lony kie­lich z gru­bego szkła. Oglą­dał go pod świa­tło. Kru­chy przed­miot wyda­wał się zbyt deli­katny, zbyt kobiecy dla wyso­kiego męż­czy­zny, ubra­nego w znisz­czoną kurtkę lot­ni­czą i spor­towe buty. Ale ten wyjąt­kowy okaz odsta­wił naczy­nie z nie­spo­ty­kaną deli­kat­no­ścią i pod­niósł dru­gie, iden­tyczne, by je pod­dać rów­nie uważ­nym oglę­dzi­nom.

-?Mmm... -?Jenny wydała taki sam dźwięk jak wów­czas, gdy z ape­ty­tem spo­glą­dała na ciastko z gala­retką. -?No, z takiego źró­dła każda kobieta chęt­nie będzie piła wiel­kimi hau­stami.

-?Cię­żarna kobieta i w dodatku mężatka nie powinna się śli­nić na widok obcych męż­czyzn.

-?Jestem cię­żarną kobietą i mężatką, ale nie śle­pym bez­gu­ściem.

-?Niech ci będzie. -?Laine trą­ciła przy­ja­ciółkę łok­ciem. -?Dosyć tego. Do roboty.

-?Ty się nim zaj­mij. Ja muszę wyjść. Wiesz, jak to cię­żarna kobieta, na siu­siu.

Zanim Laine zdą­żyła zapro­te­sto­wać, Jenny znik­nęła. Nie było się o co zło­ścić, sytu­acja wyda­wała się raczej zabawna.

-?Dzień dobry -?powi­tała klienta.

Oczy­wi­ście miała na twa­rzy uśmiech sym­pa­tycz­nej sprze­daw­czyni.

Odwró­cił się i spoj­rzał jej pro­sto w oczy.

Nagle świat zawi­ro­wał i nogi się pod nią ugięły. Odnio­sła wra­że­nie, jakby coś wysy­sało jej z głowy wszyst­kie sen­sowne myśli, a na ich miej­scu zostało jedy­nie: O rany! O kur­czę! No, no, no!

-?Witam. -?Na­dal trzy­mał w ręku szkło.

Ma oczy jak tygrys, pomy­ślała Laine nie­przy­tom­nie. Wiel­kie, groźne, dra­pieżne. I ten pół­u­śmie­szek, z jakim sza­co­wał ją wzro­kiem... Obu­dził w niej pożą­da­nie! Zasko­czona wła­sną reak­cją roze­śmiała się cicho i pokrę­ciła głową.

-?Prze­pra­szam, zamy­śli­łam się. Pan coś kolek­cjo­nuje?

-?Jesz­cze nie. Za to moja mama, ow­szem.

-?Rozu­miem. -?Dba o mamę! Prze­słodki! -?Inte­re­suje ją coś szcze­gól­nego?

Poka­zał w uśmie­chu wszyst­kie zęby, a Laine rap­tem stra­ciła resztki przy­tom­no­ści umy­słu.

-?Nie ogra­ni­cza się do kon­kret­nej dzie­dziny. Ceni sobie róż­no­rod­ność i nie­spo­dzianki. Ja też. -?Odsta­wił szkło. -?Podo­ba­łoby jej się tutaj.

-?Słu­cham?

-?Pani skle­pik to raj dla kolek­cjo­nera.

-?Dzię­kuję.

Podob­nie jak ty, pomy­ślał Max cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie. Taka pro­mienna. Włosy, oczy, uśmiech... Śliczna jak deser tru­skaw­kowy, ale o niebo bar­dziej sek­sowna. Nie tak jak ta bru­netka, wylewna, pra­wie try­wialna, o nie... Ta jest dys­kretna, zaska­ku­jąca, intry­gu­jąca...

-?Pan z Geo­r­gii? -?spy­tała.

Leciutko uniósł lewą brew.

-?Brawo.

-?Pozna­łam po wymo­wie. Znam się na tym. Szuka pan pre­zentu uro­dzi­no­wego dla mamy?

-?Prze­stała obcho­dzić uro­dziny jakieś dzie­sięć lat temu. Od tam­tej pory ten dzień roku nazy­wamy po pro­stu dniem Mar­lene i nie liczymy upły­wa­ją­cych lat.

-?Mądra kobieta. Te kie­li­chy, które pan oglą­dał, to frag­ment zastawy do pod­wie­czorku, nie­czę­sto można je zna­leźć. Rzadko się spo­tyka cały kom­plet, sześć sztuk, na doda­tek w takim sta­nie. Zapro­po­nuję panu korzystną cenę.

Znowu wziął do ręki szkło, ale patrzył na Laine.

-?Powi­nie­nem się tar­go­wać?

-?Tak każe dobry oby­czaj. -?Przy­su­nęła się o krok, pod­nio­sła drugi kie­li­szek, poka­zała mu przy­kle­joną pod spodem cenę. -?Jak pan widzi, są po pięć­dzie­siąt za sztukę, ale jeśli weź­mie pan kom­plet, oddam za dwie­ście sie­dem­dzie­siąt pięć.

-?Pro­szę mnie źle nie zro­zu­mieć, ale... ślicz­nie pani pach­nie. -?Zapach był przy­tłu­miony, sub­telny, nie­zau­wa­żalny aż do chwili, gdy mocno ude­rzył w noz­drza. -?Naprawdę urze­ka­jąco. Dwie­ście dwa­dzie­ścia pięć.

Ni­gdy w życiu nie flir­to­wała, zwłasz­cza z klien­tami, tym razem jed­nak, sama nie zda­jąc sobie z tego sprawy, odwró­ciła się do niego, sta­jąc nieco bli­żej niż przy jakim­kol­wiek innym kupu­ją­cym i uśmiech­nęła się cie­pło wprost do tych groź­nych oczu dra­pież­nika.

-?Cie­szę się, że się panu podo­bają. Jeśli wezmę dwie­ście sześć­dzie­siąt, dam się obra­bo­wać.

-?Pro­szę dorzu­cić prze­syłkę do Savan­nah i kola­cję w moim towa­rzy­stwie, a dobi­jemy targu.

Strasz­nie dawno, sta­now­czo zbyt dawno czuła ostatni raz ten wewnętrzny dreszcz nie­po­ko­jący ciało.

-?Dzi­siaj dostawa oraz drink, z uwzględ­nie­niem moż­li­wo­ści kola­cji w ter­mi­nie póź­niej­szym. To uczciwa oferta.

-?Rze­czy­wi­ście. O siód­mej? Może w Hotelu Stru­dzony Podróż­nik? Mają tam ponoć dość sym­pa­tyczny bar.

-?Jak naj­bar­dziej. Może być o siód­mej. Jak pan chce zapła­cić?

Podał jej kartę kre­dy­tową.

-?Max Gan­non -?prze­czy­tała. -?Tak po pro­stu: Max? Nie Maxwell, Maxi­mil­lian, Maxfield? -?Skrzy­wił się lekko, a ona wybuch­nęła śmie­chem. -?Czyli Maxfield, jak Maxfield Par­rish.

-?Zwy­czaj­nie Max -?oznaj­mił sta­now­czo.

-?Niech będzie "zwy­czaj­nie Max" -?zgo­dziła się gładko. -?Mam kilka bar­dzo dobrze opra­wio­nych pla­ka­tów Par­ri­sha.

-?Zapa­mię­tam.

Weszła za ladę, poło­żyła na bla­cie for­mu­larz dostawy.

-?Pro­szę to wypeł­nić, wyślemy towar dziś po połu­dniu.

-?I jesz­cze ope­ra­tywna. -?Oparł się na kon­tu­arze i zaczął wypeł­niać rubryczki. -?Pani już wie, jak się nazy­wam. Powie mi pani coś o sobie?

-?Nazy­wam się Laine Tavish.

Cią­gle uśmiech­nięty, pod­niósł na nią oczy.

-?Zwy­czaj­nie Laine? Nie Ela­ine?

Nawet nie mru­gnęła.

-?Zwy­czaj­nie Laine. -?Wstu­kała należ­ność w kasę i podała mu uro­czą kartkę na życze­nia. -?Opa­ku­jemy pre­zent odświęt­nie i dołą­czymy tę wizy­tówkę, jeśli zechce pan do mamy napi­sać kilka słów.

W tej chwili ode­zwał się dzwo­nek nad drzwiami i do sklepu weszły bliź­niaczki.

-?Laine -?Carla zmie­rzała pro­sto do lady. -?Jak się trzy­masz?

-?Dobrze. Dosko­nale. Zaraz do was podejdę.

-?Mar­twi­ły­śmy się o cie­bie, prawda, Darlo?

-?O tak, i to bar­dzo.

-?Nie­po­trzeb­nie -?zawo­łała Jenny dziw­nie wystra­szona. Inter­lu­dium z Maxem pozwo­liło jej zapo­mnieć o smutku i nie­po­koju, a teraz znów przy­po­mniała sobie o Wil­lym. -?Zaraz przy­niosę wasze dro­bia­zgi, tylko skoń­czę.

-?Nie śpiesz się. -?Carla prze­krzy­wiła głowę, żeby prze­czy­tać miej­sce dostawy. -?Nasza kochana Laine jest dumna z jako­ści obsługi - poin­for­mo­wała Maxa.

-?I jako­ści dostawy także, jak sądzę. Dro­gie panie, sta­no­wi­cie praw­dziwą ucztę dla oka.

Bliź­niaczki rów­no­cze­śnie spie­kły raka.

-?Pań­ska karta -?ode­zwała się Laine. -?I rachu­nek.

-?Dzię­kuję pani.

-?Mam nadzieję, że pre­zent spodoba się mamie.

-?Na pewno. -?Zaśmiał się do niej samymi oczami i zwró­cił do bliź­nia­czek: -?Żegnam panie.

Trzy kobiety odpro­wa­dziły go wzro­kiem. Po jego wyj­ściu dłuż­szy czas pano­wała cisza, aż wresz­cie Carla wypu­ściła długo wstrzy­my­wany oddech.

-?O rrrany -?powie­działa. I nic wię­cej.

Max spo­waż­niał od razu za pro­giem.

Nie ma powodu, żebym czuł się winny, prze­ko­ny­wał sam sie­bie. Zapro­sze­nie atrak­cyj­nej kobiety na drinka to nic szcze­gól­nego, zwy­kła uprzej­mość oraz jego nie­za­prze­czalne prawo jako samot­nego męż­czy­zny bez szcze­gól­nych zobo­wią­zań.

A poza tym w ogóle nie miał prze­ko­na­nia do poczu­cia winy. Kłam­stwo, mija­nie się z prawdą, uda­wa­nie i oszu­stwo sta­no­wiły część jego pracy. Przy tym nale­żało także pamię­tać, że w zasa­dzie prze­cież jej nie okła­mał... na razie.

Wkrótce sta­nął w miej­scu, skąd dosko­nale widać było frag­ment ulicy, gdzie Willy stra­cił życie.

Okła­mie ją jedy­nie wów­czas, gdy się okaże, że jest w to wszystko zamie­szana. A jeśli jest, to kłam­stwa będą tylko drob­nym pre­lu­dium do kosz­mar­nego ciągu dal­szego.

Mar­twił go brak pew­no­ści, brak nawet naj­lżej­szego prze­czu­cia. Zwy­kle miał nosa do takich spraw, wła­śnie dla­tego był taki dobry w swoim fachu. Tym­cza­sem Laine Tavish otu­ma­niła go tak kom­plet­nie, że nie czuł nic poza słod­kim, wszech­ogar­nia­ją­cym zawro­tem głowy, gro­żą­cym kom­plet­nym odu­rze­niem.

Gdy uda­wało mu się wyrzu­cić z pamięci wiel­kie błę­kitne oczy oraz kuszący uśmiech i sku­pić się na rachunku praw­do­po­do­bień­stwa, docho­dził do wnio­sku, że ta kobieta sie­dzi w całej spra­wie po samą smu­kłą szyję. A on zawsze wie­rzył rachun­kowi praw­do­po­do­bień­stwa. Willy zło­żył jej wizytę, następ­nie zaś gwał­tow­nie zakoń­czył życie tuż przed jej skle­pem. Wystar­czy się dowie­dzieć, dla­czego tak się stało, a będzie to duży krok w stronę bły­sko­tli­wego, a nawet lśnią­cego zakoń­cze­nia tej histo­rii.

Gdyby nato­miast musiał wyko­rzy­stać Laine, żeby do tego końca dotrzeć, takie zawroty głowy byłyby mocno nie­wska­zane.

Wró­cił do hotelu, wyjął z kie­szeni rachu­nek i sta­ran­nie wyse­lek­cjo­no­wał odci­ski pal­ców. Zna­lazł cał­kiem przy­zwo­ity ślad kciuka oraz palca wska­zu­ją­cego. Zeska­no­wał je i wysłał do przy­ja­ciela, który pchnie sprawę dalej, nie zada­jąc zbęd­nych pytań.

Potem usiadł wygod­niej, uło­żył palce jak pia­ni­sta szy­ku­jący się do kon­certu i włą­czył się do ruchu na infor­ma­tycz­nej auto­stra­dzie.

Pogrą­żony w pracy wypił kawę, zjadł kanapkę z kur­cza­kiem i popra­wił naprawdę cał­kiem przy­zwo­itą szar­lotką. Zna­lazł domowy adres Laine, a gdzieś mię­dzy tele­fo­nem i e-mailem infor­ma­cję, że kupiła dom oraz zało­żyła skle­pik na Mar­ket Street przed czte­rema laty. Poprzed­nio miesz­kała w Fila­del­fii. Jesz­cze odro­bina poszu­ki­wań i oka­zało się, że zaj­mo­wała wtedy lokal w apar­ta­men­towcu.

Posłu­gu­jąc się meto­dami nie do końca etycz­nymi, poświę­cił jesz­cze tro­chę czasu na zapo­zna­nie się z życio­ry­sem Laine Tavish i w końcu zaczął uzy­ski­wać dość spójny obraz. Edu­ka­cję ukoń­czyła w Pen­syl­wa­nii. Była wtedy pod opieką rodzi­ców: Mari­lyn i Roberta Tavi­shów.

Dziwne. Max w zamy­śle­niu zabęb­nił pal­cami o blat biurka. Żona Jacka O'Hary ma... czy też może miała na imię Mari­lyn. Czy to aby odro­binę nie za duży zbieg oko­licz­no­ści?

-?Sie­dzisz w tym po uszy, ślicz­notko -?mruk­nął i zde­cy­do­wał, że czas poważ­niej zabrać się do roboty.

Znał różne spo­soby i spo­so­biki na wydo­by­cie szcząt­ków infor­ma­cji, które pro­wa­dziły do kolej­nych rów­nie nie­wiel­kich, lecz istot­nych frag­men­tów wie­dzy. Pozwo­le­nie na pro­wa­dze­nie han­dlu anty­kami pani Laine Tavish było, zgod­nie z wymo­gami prawa, umiesz­czone w skle­pie na widocz­nym miej­scu. Numer licen­cji posłu­żył Maxowi jako odskocz­nia. Kilka fine­zyj­nych posu­nięć dopro­wa­dziło go do jej wnio­sku o wyda­nie doku­mentu oraz numeru ubez­pie­cze­nia.

To mu wystar­czyło. Korzy­sta­jąc z cyfr, intu­icji oraz pro­wa­dzony nie­na­sy­coną cie­ka­wo­ścią, wyśle­dził swój obiekt, dotarł aż do jej domu, w archi­wach sądo­wych odszu­kał nazwę banku udzie­la­ją­cego kre­dytu, a gdyby zła­mał jesz­cze kilka para­gra­fów, dotarłby nawet do poda­nia o pożyczkę.

Byłaby to inte­re­su­jąca roz­rywka, bo Max uwiel­biał wyko­rzy­sty­wać moż­li­wo­ści pod­su­wane przez współ­cze­sną tech­no­lo­gię, ale dowie­działby się jedy­nie, skąd pocho­dziła, a nie, co się z nią działo teraz.

Cof­nął się do jej rodzi­ców i zato­nął w poszu­ki­wa­niach, które -?jak się wkrótce oka­zało -?wyma­gały zamó­wie­nia dru­giego dzbanka kawy. Kiedy w końcu odna­lazł Roberta oraz Mari­lyn Tavi­shów w Taos, w sta­nie Nowy Mek­syk, pokrę­cił głową z powąt­pie­wa­niem.

Laine nie paso­wała mu na miesz­kankę zachodu. Nie. Sta­now­czo pocho­dziła ze wschodu, z jakie­goś dużego mia­sta. Tym­cza­sem gdy tak o tym roz­my­ślał, dotarł do infor­ma­cji, że Bob i Mari­lyn są wła­ści­cie­lami cze­goś o nazwie Rundka, co oka­zało się knajpką z gril­lem, ulo­ko­waną na zacho­dzie kraju i rekla­mo­waną na odręb­nej stro­nie w Sieci.

Dzi­siaj już każdy ma swoją stronę, pomy­ślał Max.

Znaj­do­wało się na niej nawet zdję­cie sze­roko uśmiech­nię­tej pary wła­ści­cieli obok gigan­tycz­nego kar­to­no­wego kow­boja z las­sem. Max powięk­szył i wydru­ko­wał foto­gra­fię, następ­nie ruszył dalej w inter­ne­tową dżun­glę. Menu wyeks­po­no­wane na wir­tu­al­nej stro­nie robiło nie­naj­gor­sze wra­że­nie, a "Dia­bel­nie ostry sos Roba" można było zamó­wić drogą elek­tro­niczną.

Rob, zano­to­wał sobie w pamięci Max. Nie Bob, tylko Rob.

Zado­wo­leni z życia, uznał, przy­glą­da­jąc się odbitce. Zwy­kli ludzie pracy, pro­wa­dzący wła­sny inte­res. Mari­lyn Tavish nie wyglą­dała ani na byłą żonę zło­dzieja i oszu­sta, ani na podej­rzaną wspól­niczkę tego sza­chraja, który nie tylko snuł zuchwałe plany, ale i dążył do ich speł­nie­nia. Spra­wiała raczej wra­że­nie kobiety, która z przy­jem­no­ścią przy­szy­kuje kanapkę, a potem z uśmie­chem na ustach pój­dzie wie­szać pra­nie.

Zano­to­wał, że Rundka działa od ośmiu lat, co ozna­czało, że musieli zacząć pro­wa­dzić inte­res, kiedy Laine była w col­lege'u. Na chy­bił tra­fił zalo­go­wał się na stro­nie lokal­nej gazety, zanur­ko­wał w archiwa i szpe­rał w poszu­ki­wa­niu Tavi­shów.

Zna­lazł aż sześć takich rodzin, co go nieco zdzi­wiło. O pierw­szej z nich wspo­mniano przy oka­zji otwar­cia restau­ra­cji. Prze­czy­tał uważ­nie cały arty­kuł, zwra­ca­jąc baczną uwagę na wtręty zdra­dza­jące szcze­góły życia oso­bi­stego opi­sy­wa­nych osób. Takie jak ten, że Tavi­sho­wie byli mał­żeń­stwem od sze­ściu lat, że poznali się, według autora arty­kułu w Chi­cago, gdzie Mari­lyn pra­co­wała jako kel­nerka, a Rob sprze­da­wał samo­chody marki Chry­sler. Zna­lazła się tam także krótka wzmianka o córce, która na Wschod­nim Wybrzeżu koń­czyła col­lege na wydziale han­dlu. Rob zawsze marzył o otwar­ciu wła­snego inte­resu i tak dalej, w końcu namó­wił żonę, by wyko­rzy­stała swoje kuli­narne talenty pro­fe­sjo­nal­nie, a nie tylko kar­miąc przy­ja­ciół i sąsia­dów na pik­ni­kach.

W innych arty­ku­łach Max zna­lazł infor­ma­cje o zain­te­re­so­wa­niu Roba miej­scową poli­tyką; Mari­lyn nato­miast zwią­zała się z radą arty­styczną Taos. Kolejne zdję­cie upa­mięt­niało obchody pią­tej rocz­nicy ist­nie­nia Rundki, przy­ję­cie na świe­żym powie­trzu, połą­czone z prze­jażdż­kami na kucy­kach dla dzieci.

A także roz­pro­mie­nioną parę, obej­mu­jącą roze­śmianą Laine.

Jezu, była nie­sa­mo­wita. Głowę odrzu­ciła do tyłu, ser­decz­nie obej­mo­wała matkę w pasie, a ojczyma za ramiona. Ubrana była w bluzkę koszu­lową w kow­boj­skim stylu, z frędz­lami przy kie­sze­niach, co, nie wie­dzieć czemu, Maxa potwor­nie roz­zło­ściło.

Patrząc na matkę i córkę, nie­trudno było się doszu­kać podo­bieństw: te same oczy, iden­tyczne usta... Ale włosy córka wzięła po ojcu. Po Wiel­kim Jacku. Teraz już Max nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Wszystko zga­dzało się w cza­sie aż za dobrze. Mari­lyn O'Hara wystą­piła o roz­wód, kiedy Jack odsia­dy­wał krótki wyrok w sta­nie Indiana. Zabrała dziecko i wynio­sła się do Jack­so­nville na Flo­ry­dzie. Wła­dze miały na nią oko przez kilka mie­sięcy, ale zacho­wy­wała się wzo­rowo, pra­co­wała jako kel­nerka.

Jakiś czas jeź­dziła tro­chę po kraju. Tek­sas, Fila­del­fia, Kan­sas. W któ­rymś momen­cie znik­nęła, spa­dła z radaru, nie­całe dwa lata przed ślu­bem z Robem.

Może chciała zacząć wszystko od początku. Dla dobra dziecka, dla wła­snego spo­koju. A może wszystko to było jed­nym wiel­kim oszu­stwem.

Max posta­no­wił dotrzeć do prawdy.

Rozdział 3

3

Co mnie napa­dło? To nie w moim stylu.

Jenny zer­k­nęła nad ramie­niem Laine na ich wspólne odbi­cie w łazien­ko­wym lustrze.

-?Wybie­rasz się na drinka z nie­ziem­skim przy­stoj­nia­kiem. To nie jest pro­blem, który trzeba koniecz­nie prze­dys­ku­to­wać z psy­cho­te­ra­peutą.

-?Nawet nie wiem, kim on wła­ści­wie jest. -?Laine odło­żyła szminkę, choć nie zro­biła z niej użytku. -?A mimo to pole­cia­łam na niego. Na litość boską, pod­ry­wa­łam go we wła­snym skle­pie!

-?Jeżeli kobieta nie może pode­rwać sek­sow­nego faceta nawet we wła­snym skle­pie, to gdzie? Uma­luj usta. -?Spoj­rzała na psa, który walił ogo­nem w pod­łogę. -?Widzisz, Henry się ze mną zga­dza.

-?Powin­nam zadzwo­nić do hotelu i zosta­wić mu wia­do­mość, że nie mogę przyjść.

-?Laine, łamiesz mi serce. -?Jenny podała jej szminkę. -?Maluj.

-?Jakim cudem namó­wi­łaś mnie do zamknię­cia sklepu pół godziny wcze­śniej? W dodatku nie musia­łaś się spe­cjal­nie wysi­lać. I jesz­cze przy­je­cha­łam do domu, żeby się prze­brać... Od razu wia­domo, że trak­tuję to spo­tka­nie jak randkę.

-?A co w tym złego?

-?Chyba nic... -?Laine wresz­cie pocią­gnęła wargi szminką i zasty­gła bez ruchu, wpa­tru­jąc się w pomadkę. -?Nie mogę zebrać myśli. On mnie... zwa­lił z nóg. Mia­łam ochotę zedrzeć mu koszulę i zjeść go żyw­cem.

-?Będziesz miała oka­zję.

Laine obró­ciła się ze śmie­chem.

-?Nic z tego. Wypi­jemy drinka, nie ma sprawy. Była­bym nie­uprzejma, gdy­bym się nie zja­wiła. Ale zaraz potem zdrowy roz­są­dek znowu doj­dzie do głosu, wrócę grzecz­nie do domu i tak się zakoń­czy ta dzi­waczna przy­goda. -?Roz­ło­żyła ręce na boki. -?Jak wyglą­dam, ujdzie w tłoku?

-?Lepiej.

-?Lepiej niż "ujdzie w tłoku" ozna­cza: dobrze. Czas już na mnie.

-?Idź. Ja zamknę Henry'ego w przed­po­koju, bo jak się zacznie­cie żegnać, to będzie cię czuć psem, a nie per­fu­mami. Jedź już, ja wszystko poza­my­kam.

-?Dzięki. Wdzięcz­ność po grób. I za wspar­cie moralne też. Czuję się jak skoń­czona idiotka.

-?Słu­chaj, jeśli będziesz miała ochotę prze­dłu­żyć miły wie­czór, to tylko do mnie zadzwoń. Zabiorę Henry'ego, poby­czymy się razem.

-?Dzię­kuję ci, ale niczego nie będę prze­dłu­żała. Jeden drink. Za godzinę wra­cam. -?Cmok­nęła Jenny w poli­czek, a potem, ryzy­ku­jąc jed­nak prze­siąk­nię­cie zapa­chem eau de Henry, uca­ło­wała psa w pysk tuż nad nosem. -?Do jutra! -?zawo­łała, rusza­jąc w stronę scho­dów.

Zacho­wała się nie­mą­drze, przy­jeż­dża­jąc do domu tylko po to, by zaraz wra­cać do mia­sta, ale cie­szył ją ten nie­roz­sądny krok. Choć nawet Jenny nie zdo­łała jej prze­ko­nać do wło­że­nia małej czar­nej -?bo to mówi­łoby o jej sto­sunku do tej randki sta­now­czo zbyt wiele -?cie­szyła się, że zmie­niła ubra­nie. W mięk­kim swe­trze koloru spo­koj­nej leśnej zie­leni było jej wyjąt­kowo do twa­rzy, a jest to strój na tyle nie­dbały, że na pewno nie będzie wysy­łała żad­nych fał­szy­wych sygna­łów.

Cho­ciaż na razie nie miała poję­cia, jakie wła­ści­wie sygnały chcia­łaby wysy­łać...

Wcho­dząc do hotelu, prze­żyła chwilę nie­pew­no­ści. W zasa­dzie nie potwier­dzili spo­tka­nia. Całe to uma­wia­nie się było kwe­stią impulsu, takie to dla niej nie­ty­powe... Co będzie, jeśli on w ogóle nie przyj­dzie? Albo, co gor­sza, zej­dzie do baru i będzie zasko­czony jej wido­kiem? Nie­za­do­wo­lony? Zły...?

Fatal­nie. Skoro tyle ner­wów kosz­to­wało ją coś tak nie­skom­pli­ko­wa­nego jak wypi­cie drinka w sym­pa­tycz­nym hote­lo­wym barze, wnio­sek nasu­wał się tylko jeden: sta­now­czo za rzadko uma­wiała się na randki.

Weszła przez drzwi z rżnię­tymi szy­bami i uśmiech­nęła się do kobiety za barem z czar­nego dębu.

-?Cześć, Jac­kie.

-?Witaj, Laine. Co ci podać?

-?Na razie nic. -?Rozej­rzała się po nastro­jowo mrocz­nym wnę­trzu, prze­su­nęła wzro­kiem po kana­pach i krze­słach obi­tych czer­wo­nym plu­szem. Dostrze­gła kilku biz­nes­me­nów, dwie pary i trzy młode kobiety, naj­wy­raź­niej roz­po­czy­na­jące roz­ryw­kową noc od wymyśl­nego drinka. Maxa Gan­nona nie było.

Usia­dła przy sto­liku, tak że mogła obser­wo­wać drzwi. Się­gnęła po menu tylko po to, żeby coś zro­bić z rękami, jed­nak w pół gestu zmie­niła zda­nie, bo doszła do wnio­sku, że wyglą­da­łaby na znu­dzoną. Albo głodną. Boże!

W końcu wyjęła z torebki tele­fon komór­kowy i zadzwo­niła do auto­ma­tycz­nej sekre­tarki w domu. Nie było nowych wia­do­mo­ści i nic dziw­nego, wyszła stam­tąd naj­wy­żej przed dwu­dzie­stoma minu­tami. Były tylko dwa głu­che połą­cze­nia, w odstę­pie kilku minut.

Ścią­gnęła brwi, zasta­na­wia­jąc się nad ich przy­czyną.

-?Złe wie­ści? -?usły­szała nad sobą głos Maxa.

-?Nie. -?Jed­no­cze­śnie zado­wo­lona i nie­spo­kojna roz­łą­czyła się, a potem wrzu­ciła tele­fon do torebki. -?Nic waż­nego.

-?Spóź­ni­łem się?

-?Nie, to ja jestem iry­tu­jąco punk­tu­alna. -?Zasko­czył ją, bo usiadł obok niej, na nie­wiel­kiej kana­pie, zamiast, jak się spo­dzie­wała, zająć miej­sce na krze­śle po prze­ciw­nej stro­nie sto­lika. -?Nic na to nie pora­dzę.

-?Wspo­mi­na­łem już, że ślicz­nie pach­niesz?

-?Ow­szem. Za to ja jesz­cze cię nie spy­ta­łam, co robisz w Angel's Gap.

-?Muszę tu zała­twić kilka spraw. Poszczę­ściło mi się i zostanę jesz­cze parę dni. Ze względu na miej­scowe atrak­cje.

-?Nie­trudno cię zro­zu­mieć. -?Już nie była zde­ner­wo­wana, nawet się tro­chę dzi­wiła, czemu przed­tem miała takie obiek­cje. -?Na pewno nie będziesz się nudził. Mamy piękne szlaki gór­skie, jeśli lubisz cho­dzić, to praw­dziwa gratka.

-?A ty? -?Musnął pal­cami grzbiet jej dłoni. -?Lubisz gór­skie wycieczki?

-?Nie bar­dzo mam na nie czas. Pro­wa­dze­nie sklepu wymaga sporo pracy. A czym ty się zaj­mu­jesz?

-?Zara­biam na życie. -?Pod­niósł wzrok na kel­nerkę, która aku­rat pode­szła do ich sto­lika.

-?Co mogę podać?

Była nowa, Laine jej nie znała.

-?Bom­bay mar­tini z dwiema oliw­kami, na lodzie -?zde­cy­do­wała Laine.

-?Brzmi nie­źle. Niech będzie razy dwa. -?Gdy kel­nerka ode­szła, zwró­cił się znów do Laine. -?Miesz­kasz tu od uro­dze­nia?

-?Nie, ale szcze­rze mówiąc, nie mia­ła­bym nic prze­ciwko temu. To mia­steczko jest miłe, bo ma zalety i mia­sta, i wsi, a wad ani jed­nego, ani dru­giego. Poza tym lubię góry. -?Trzeba przy­znać, że nie­źle sobie radziła w tej czę­ści rytu­ału zwią­za­nego z rand­kami. Nie miała aż tak dłu­giej prze­rwy. -?Ty na­dal miesz­kasz w Savan­nah?

-?W zasa­dzie prze­pro­wa­dzi­łem się do Nowego Jorku, ale sporo podró­żuję.

-?Dla­czego?

-?Dla­tego, że takie mam zaję­cie i dla­tego że lubię. Pra­cuję w ubez­pie­cze­niach, ale nie bój się, nie sprze­daję polis.

Poja­wiła się kel­nerka ze szklan­kami i szej­ke­rami na tacy. Nalała drinki. Usta­wiła na stole srebrną miseczkę ze sło­dzo­nymi orzesz­kami i dys­kret­nie się wyco­fała.

Laine pod­nio­sła szklankę i uśmiech­nęła się do Maxa.

-?Za twoją mamę.

-?Dzię­kuję w jej imie­niu. -?Stuk­nął szklanką o jej mar­tini i oboje upili po łyku. -?Jak to się stało, że masz sklep z anty­kami?

-?Marzył mi się wła­sny inte­res. Zawsze lubi­łam sta­ro­cie, pociąga mnie ich histo­ria, korze­nie. Nie mam nic prze­ciwko robo­cie papier­ko­wej, ale nie chcia­łam całymi dniami prze­sia­dy­wać w biu­rze. -?Zupeł­nie roz­luź­niona, odsta­wiła szklankę i obró­ciła się nieco, by nie sie­dzieć bokiem i móc na niego patrzeć. -?Lubię kupo­wać i sprze­da­wać, lubię obser­wo­wać, jak ludzie kupują i sprze­dają. Zło­żyw­szy to wszystko razem i prze­my­ślaw­szy sprawę, otwo­rzy­łam Skarby Prze­szło­ści. Teraz ty: w jakich ubez­pie­cze­niach sie­dzisz?

-?Głów­nie dużych firm. Sama nuda. Masz w oko­licy rodzinę?

Aha, pomy­ślała. Nie bar­dzo ma ochotę opo­wia­dać o pracy.

-?Rodzice miesz­kają w Nowym Mek­syku. Prze­pro­wa­dzili się tam parę lat temu.

-?Masz jakieś rodzeń­stwo?

-?Nie, jestem jedy­naczką. A ty?

-?Mam brata i sio­strę. Dzięki nim przy­było mi dwóch bra­tan­ków i sio­strze­nica.

-?Zazdrosz­czę ci -?wyznała szcze­rze. -?Zawsze chcia­łam mieć liczną rodzinę, tęsk­ni­łam za gwa­rem, wspól­nymi kło­po­tami, przy­jaź­niami, współ­za­wod­nic­twem...

-?O tak, tego wszyst­kiego nam nie bra­kuje. Wra­ca­jąc do cie­bie: skoro nie pocho­dzisz z tych stron, to gdzie się wycho­wy­wa­łaś?

-?Czę­sto się prze­pro­wa­dza­li­śmy. Ojciec miał taką pracę.

-?Skąd ja to znam... -?Prze­gryzł orze­szek i pod­jął lek­kim, obo­jęt­nym tonem. -?A co robił?

-?Pra­co­wał... w han­dlu. -?Jak ina­czej okre­ślić jego zaję­cie w cywi­li­zo­wa­nym towa­rzy­stwie? -?Potra­fił dia­błu ogień sprze­dać.

Usły­szał w jej gło­sie nutkę dumy, za to w oczach dostrzegł cień smutku.

-?Zmie­nił zawód?

Mil­czała chwilę, upiła ze szklanki długi łyk, by zyskać czas do namy­słu.

Jak naj­bli­żej prawdy, upo­mniała się w duchu.

-?Rodzice otwo­rzyli restau­ra­cyjkę w Taos. To dla nich coś w rodzaju eme­ry­tury. Oboje uwiel­biają to zaję­cie. Cie­szą się jak dzieci.

-?Tęsk­nisz za nimi.

-?To prawda, ale nie była­bym tam szczę­śliwa. No i wylą­do­wa­łam tutaj. Kocham Angel's Gap. Czuję się tu naprawdę u sie­bie. Masz takie miej­sce?

-?Pew­nie tak. Tylko jesz­cze go nie zna­la­złem.

Zatrzy­mała się przy nich kel­nerka.

-?Jesz­cze raz to samo?

Laine pokrę­ciła głową.

-?Przy­je­cha­łam samo­cho­dem.

Max popro­sił o rachu­nek, a potem ujął Laine za rękę.

-?Na wypa­dek, gdy­byś zmie­niła zda­nie, zare­zer­wo­wa­łem sto­lik w restau­ra­cji. Laine, pro­szę cię, zmień zda­nie i zjedz ze mną kola­cję.

Jakie on ma nie­ziem­skie oczy. I ten aksa­mitny głos, jak bour­bon z lodem... Mogłaby go słu­chać bez końca. W zasa­dzie -?co w tym złego...?

-?Dobrze. Z przy­jem­no­ścią.

*

Powta­rzał sobie, że nie ma nic nie­wła­ści­wego w łącze­niu pracy z przy­jem­no­ścią, jeśli tylko pamięta się o prio­ry­te­tach. Dosko­nale potra­fił kie­ro­wać roz­mową, wydo­by­wać infor­ma­cje. A fakt, że był tą kobietą zain­te­re­so­wany nie tylko zawo­dowo, lecz także pry­wat­nie, nie miał żad­nego wpływu na jakość pracy.

I nie będzie miał żad­nego wpływu na jakość pracy.

Trudno mu było z taką samą pew­no­ścią, jaką miał jesz­cze nie­dawno, twier­dzić, że Laine Tavish jest uwi­kłana w sprawę. Ale ta zmiana osądu nie miała nic, ale to abso­lut­nie nic wspól­nego z tym, że go cią­gnęło do Laine. Jej matka osia­dła z mężem numer dwa w Nowym Mek­syku, sama Laine zado­mo­wiła się w Mary­land, a Wielki Jack prze­padł jak kamień w wodę.

Nie bar­dzo widział moż­li­wość, żeby dzia­łali we trójkę. Znał się na ludziach na tyle dobrze, by widzieć, że sklep nie jest dla Laine Tavish tylko przy­krywką. Uwiel­biała go, kochała tę pracę i naprawdę podo­bało jej się w Angel's Gap.

Wszystko to jed­nak nie tłu­ma­czyło ani wizyty Willy'ego, ani jego śmierci. Nie wyja­śniało także, dla­czego Laine nie wspo­mniała poli­cji, że ofiara wypadku nie była jej obca. Ale to wcale nie świad­czyło o jej winie.

Sta­now­czo nie miała ochoty opo­wia­dać o swoim dzie­ciń­stwie, wyjąt­kowo gładko prze­szła od ojca do ojczyma. Mniej uważny słu­chacz mógłby odnieść wra­że­nie, że to ten sam czło­wiek.

Nie zająk­nęła się sło­wem na temat roz­wodu rodzi­ców. Udo­wod­niła w ten spo­sób, że potrafi ukryć fakty, na któ­rych odsła­nia­niu jej nie zale­żało.

Nie bez żalu Max włą­czył do miłej roz­mowy ducha Willy'ego Younga.

-?Sły­sza­łem o tym wypadku, który się zda­rzył pod twoim skle­pem. - Zauwa­żył, że kur­czowo ści­snęła łyżeczkę, aż na moment pobie­lały jej kłyk­cie. Była to jedyna oznaka, że pyta­nie wywarło na niej więk­sze wra­że­nie.

-?Tak, to naprawdę straszne. -?Teraz już spo­koj­nie mie­szała kawę zamó­wioną na koniec kola­cji. -?Zdaje się, że nie zoba­czył samo­chodu... okrop­nie wtedy lało.

-?Był w twoim skle­pie?

-?Tak, wła­śnie ode mnie wyszedł. Nic nie kupił ani nie sprze­dał, tylko się rozej­rzał kilka chwil. Zamie­ni­łam z nim wszyst­kiego dwa słowa, bo mia­łam innych klien­tów, a byłam sama; aku­rat dałam wolne Jenny, mojej pra­cow­nicy. Trudno kogo­kol­wiek winić za to okropne zda­rze­nie. Po pro­stu fatalny przy­pa­dek.

-?Ten czło­wiek był miej­scowy?

-?W moim skle­pie zja­wił się pierw­szy raz. -?Patrzyła mu pro­sto w oczy. - Może chciał się scho­wać przed desz­czem, pogoda była naprawdę paskudna.

-?Wiem coś na ten temat. Aku­rat wtedy pro­wa­dzi­łem po górach. Przy­je­cha­łem tu dosłow­nie dwie godziny po wypadku. Aż do wie­czora wszę­dzie sły­sza­łem tylko o tym zabi­tym i naj­róż­niej­sze wer­sje zda­rzeń. Na przy­kład na sta­cji ben­zy­no­wej dowie­dzia­łem się, że był mię­dzy­na­ro­do­wym zło­dzie­jem klej­no­tów ucie­ka­ją­cym przed poli­cją.

Oczy jej zawil­got­niały, naj­wy­raź­niej ze smutku.

-?Mię­dzy­na­ro­dowy zło­dziej... -?szep­nęła. -?Nie, wcale nie wyglą­dał na kogoś takiego. Ludzie gadają, co im ślina na język przy­nie­sie.

-?To prawda. -?Po raz pierw­szy od chwili przy­ję­cia zle­ce­nia uwie­rzył, że Laine Tavish alias Ela­ine O'Hara nie miała rze­czy­wi­ście naj­mniej­szego poję­cia, co jej ojciec wraz z Wil­lia­mem Youn­giem oraz jak dotąd nie­zi­den­ty­fi­ko­waną trze­cią osobą zro­bili pół­tora mie­siąca wcze­śniej.

Odpro­wa­dza­jąc Laine do samo­chodu, zasta­na­wiał się, w jaki spo­sób i do jakiego stop­nia mógłby wyko­rzy­stać tę zna­jo­mość. Co zdra­dzić, a czego nie, kiedy nadej­dzie wła­ściwy czas.

Cho­ciaż, szcze­rze mówiąc, nie był to naj­wła­ściw­szy temat do roz­my­ślań w ten wcze­sny wio­senny wie­czór, gdy wiatr roz­rzu­cał włosy Laine, odu­rza­jąc go jej zapa­chem.

-?Zimno się zro­biło -?zauwa­żył Max.

-?Noce mogą być chłodne aż do czerwca. Albo pogoda zmieni się w ciągu jed­nej chwili i już w maju będzie jak w pie­kar­niku. -?A ty, przy­stoj­niaku, znik­niesz, zanim noce zapo­mną o zimo­wych przy­mroz­kach, dodała w myślach. Trzeba o tym pamię­tać. Koniecz­nie zacho­wać roz­są­dek. Zawsze była roz­sądna. Niech to szlag. -?Dzię­kuję za miły wie­czór. - Obró­ciła się twa­rzą do niego, prze­su­nęła dłońmi po jego tor­sie, splo­tła mu je na karku i pocią­gnęła go w dół, do swo­ich ust.

Tego wła­śnie chciała i do dia­bła z roz­sąd­kiem! Stę­sk­niła się za tym uczu­ciem, za pod­nie­ca­ją­cym ryzy­kiem, za przy­śpie­szo­nym biciem serca, jakie nie­odmien­nie wywo­ły­wał ten nie­bez­pieczny krok. Żyła tak spo­koj­nie. Tak nudno. Stale pod zna­kiem bez­pie­czeń­stwa.

O, teraz lepiej. Nie­cier­pli­wie nacie­ra­jące na sie­bie wargi, natrętny język, ostre zęby, gorączka pożą­da­nia, o tak, to dużo lep­sze niż bez­pie­czeń­stwo. Wresz­cie czuła, że żyje, przy­po­mniała sobie, jak to jest po pro­stu brać to, na co się ma ochotę.

Jak mogła zapo­mnieć ten dreszcz roz­ko­szy, budzący się, gdy robiła, co chciała, nie bacząc na kon­se­kwen­cje?

Max już wie­dział, że Laine potrafi zaska­ki­wać. Wie­dział to od chwili, gdy pierw­szy raz spoj­rzał jej pro­sto w oczy. Ale cze­goś takiego się nie spo­dzie­wał. Nie było to słod­kie cmok­nię­cie ani gładki buzia­czek miesz­czący się w gra­ni­cach flirtu, ale wibru­jący namięt­no­ścią poca­łu­nek, który wrzu­cił jego pożą­da­nie na piąty bieg.

W jed­nej chwili stała wtu­lona w niego całym jędr­nym, kształt­nym cia­łem, zupeł­nie jakby byli parą roz­bit­ków, a w następ­nej, mruk­nąw­szy coś, tro­chę jak kot, poczę­sto­wany śmie­tanką, wolno się odsu­nęła, nie­sa­mo­wi­tym, ela­stycz­nym ruchem, zda­wa­łoby się nie­ma­ją­cym początku ani końca, któ­rego oszo­ło­miony Max nie potra­fił zatrzy­mać, bo zabra­kło mu przy­tom­no­ści umy­słu.

Obli­zała wargi. Sek­sowne i wil­gotne. Uśmiech­nęła się.

-?Dobrej nocy, Max.

-?Zaraz, zaraz, chwi­leczkę! -?Poło­żył dłoń na drzwicz­kach wozu, zanim zdą­żyła je otwo­rzyć. I tak został, oparty o samo­chód, jakby się bał, że straci rów­no­wagę.

Na­dal się uśmie­chała... mięk­kie usta, roz­ma­rzone oczy... Miała teraz siłę, potężną moc -?oboje dosko­nale zda­wali sobie z tego sprawę. Jak to się stało, u licha cięż­kiego?

-?Odsy­łasz mnie tam -?głową kiw­nął w stronę hotelu, mniej wię­cej w kie­runku swo­jego pokoju -?samego? To nie w porządku.

-?Wiem. -?Leciutko prze­chy­liła głowę i przyj­rzała mu się uważ­nie. -?Nie chcę, ale muszę. Obojgu nam wyj­dzie to na zdro­wie.

-?Zapra­szam cię na śnia­da­nie. Nie, wła­ści­wie na jakąś nocną prze­ką­skę. A, dia­bli tam, chodź, napi­jemy się brandy.

Roze­śmiała się gło­śno.

-?Wcale nie masz ochoty na brandy.

-?Fakt. Posłu­ży­łem się nie­szcze­gól­nie wyra­fi­no­wa­nym eufe­mi­zmem, zamiast zapro­sić cię na dziką orgię. Chodź do hotelu. -?Pogła­dził ją po wło­sach. -?Tam jest cie­pło.

-?Jest mi naprawdę, naprawdę bar­dzo przy­kro, ale nie mogę. -?Otwo­rzyła drzwiczki, roz­myśl­nie rzu­ciła mu przez ramię pro­wo­ku­jące spoj­rze­nie i wsia­dła. -?Czeka na mnie Henry.

Cof­nął się chwiej­nie pół kroku, jakby go ktoś ude­rzył.

-?Aha.

Dusząc w sobie śmiech, zatrza­snęła drzwiczki, odcze­kała jesz­cze chwilę i dopiero wtedy opu­ściła szybę.

-?Henry to mój pies. Dzięki za kola­cję, Max. Dobrej nocy.

Śmiała się całą drogę powrotną. Kiedy to ostat­nio czuła się tak oży­wiona? Spo­tkają się jesz­cze, na pewno. A potem się zoba­czy.

Włą­czyła radio na cały regu­la­tor i śpie­wała z She­ryl Crow, pro­wa­dząc odro­binę za szybko. Bez­tro­ska była słodka i sek­sowna. Przy­pra­wiała o gęsią skórkę.

Skrę­ciła na swój pod­jazd i zatrzy­mała samo­chód przed domem. Lekki wiatr poru­szał gałę­ziami drzew, które ledwo co zaczęły wypusz­czać pąki, a pół księ­życa oble­wało sre­brem lampki o bursz­ty­no­wych szyb­kach. Zawsze zosta­wiała na ganku zapa­lone świa­tło.

Kilka chwil sie­działa w samo­cho­dzie, zachwy­cona muzyką i bla­skiem księ­życa, przy­po­mi­na­jąc sobie każdy ruch i każdą nutę smaku tego nie­sa­mo­wi­tego poca­łunku.

O, tak, sta­now­czo miała ochotę na następne spo­tka­nie z Maxem Gan­no­nem rodem z Geo­r­gii, męż­czy­zną o tygry­sich oczach.

Ścieżkę wio­dącą do wej­ścia poko­nała z pie­śnią na ustach. Otwo­rzyła fron­towe drzwi, rzu­ciła klu­cze na talerz, pod­łą­czyła komórkę do łado­warki, a potem spoj­rzała w stronę salonu.

Całe roz­koszne pod­nie­ce­nie momen­tal­nie się ulot­niło.

W pokoju pano­wał nie­opi­sany chaos. Oto­mana leżała wywró­cona, roz­prute poduszki walały się po pod­ło­dze, komódka z wiśnio­wego drzewa, słu­żąca jako bufet, stała otwarta, cał­ko­wi­cie opróż­niona. Trzy afry­kań­skie fiołki, które Laine wyho­do­wała od samego początku, uko­rze­nia­jąc poje­dyn­cze listki, zostały wyrwane z doni­czek i ciśnięte w kąt, zie­mię ktoś roz­sy­pał po pod­ło­dze. Sto­liki poprzew­ra­cane, szu­flady wycią­gnięte, opra­wione szkice ze ścian walały się na dywa­nie.

Nie­skoń­czoną chwilę stała nie­ru­chomo, jak zaklęta, jakby ten bez­ruch miał odwró­cić bieg zda­rzeń. To wcale nie jest tak. To nie jej dom, nie jej rze­czy, nie jej świat. Jej odrę­twiały umysł prze­cięła straszna myśl, jedno słowo nabrzmiałe stra­chem.

-?Henry!

Dep­cząc po roz­rzu­co­nych w kory­ta­rzu przed­mio­tach, sko­czyła do kuchni, pod sto­pami zazgrzy­tało jej jakieś potłu­czone szkło i roz­sy­pane jedze­nie.

Gdy w odpo­wie­dzi usły­szała gło­śne szcze­ka­nie, aż się popła­kała z ulgi. Jed­nym szarp­nię­ciem otwo­rzyła na oścież drzwi do przed­po­koju, skąd wypadł na nią roz­dy­go­tany, prze­ra­żony pies. Kuc­nęła, ledwo utrzy­mu­jąc rów­no­wagę na roz­sy­pa­nym cukrze, i przy­ci­snęła do sie­bie tę futrza­stą kulę stra­chu na czte­rech łapach, która wpy­chała jej się na kolana.

-?Nic nam się nie stało -?szep­nęła. Serce waliło jej jak mło­tem. - Jeste­śmy cali i zdrowi. To naj­waż­niej­sze. Nic nam się nie stało. - Gła­dziła Henry'ego od nosa po czu­bek ogona. -?Mój pie­sek naj­pięk­niej­szy! Moje kocha­nie! -?Mówiła do niego piesz­czo­tli­wymi sło­wami, jed­no­cze­śnie doty­ka­jąc kosma­tego ciel­ska, by się upew­nić, że nie ma ska­le­czeń, że nie stała mu się żadna krzywda. Łzy spły­wały jej po policz­kach. -?Dzięki Bogu! Nic ci nie zro­bili.

Henry zaskom­lał cicho i poli­zał swoją panią po twa­rzy. Wza­jem­nie szu­kali w sobie pocie­sze­nia.

-?Trzeba wezwać poli­cję. -?Laine ukryła twarz w cie­płej sier­ści. - Wezwiemy poli­cję i spró­bu­jemy popa­trzeć, czy jest bar­dzo źle.

Było bar­dzo źle. Przez kilka godzin jej nie­obec­no­ści wła­my­wacz wyniósł z domu wiele rze­czy i naro­bił potwor­nych szkód. Ponisz­czył jej uko­chane skarby, ukradł war­to­ściowe dro­bia­zgi, dotknął każ­dego przed­miotu, który prze­cież sta­no­wił jej oso­bi­stą wła­sność i obej­rzaw­szy -?zabrał lub odrzu­cił.

Była kom­plet­nie zała­mana, stra­ciła poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.

A potem naro­sła w niej złość.

Zanim poja­wił się Vince, zro­biła się już przy­zwo­icie wście­kła. Wolała ten gniew niż bez­sil­ność. Było w nim coś potęż­nego, rodziła się z niego moc, znacz­nie bar­dziej przy­datna niż zasko­cze­nie i strach.

Vince przede wszyst­kim zatrosz­czył się o nią samą.

-?Wszystko w porządku? -?Chwy­cił ją za ręce i ści­snął mocno.

-?Jestem cała, jeśli o to pytasz. Kiedy wró­ci­łam do domu, już nikogo nie było. Henry sie­dział zamknięty w przed­po­koju. Nie był dla nich groźny, więc zosta­wili go w spo­koju. O rany, Jenny! Vince, jak wycho­dzi­łam, Jenny jesz­cze tu była! Jeśli ją zastali...

-?Zdą­żyła wyjść. Jest cała i zdrowa. Opo­wiedz mi wszystko po kolei.

-?Dobrze. Już. -?Ode­tchnęła głę­boko. -?Wró­ci­łam mniej wię­cej o wpół do jede­na­stej. Otwo­rzy­łam fron­towe drzwi, weszłam i zoba­czy­łam salon. - Gestem wska­zała pomiesz­cze­nie.

-?Drzwi były zamknięte?

-?Tak.

-?Tam stłu­czono szybę. -?Ski­nął głową w stronę okna wycho­dzą­cego na alejkę. -?Naj­wy­raź­niej tam­tędy weszli. Widzę, że ukra­dli ci sprzęt gra­jący.

-?I tele­wi­zor z pokoju na górze. A w kuchni mia­łam prze­no­śny tele­wi­zorek, też go nie ma. Jesz­cze nie spraw­dza­łam dokład­nie, ale wygląda na to, że zabrali sprzęt elek­tro­niczny i kosz­tow­no­ści. Mam kom­ple­cik cał­kiem nie­złych brą­zów art déco, kilka innych ład­nych dro­bia­zgów, wszystko zostało. Znik­nęła biżu­te­ria, część była sztuczna. - Roz­ło­żyła ręce.

-?A gotówka?

-?Kil­ka­set dola­rów w szu­fla­dzie biurka. Aha, i ukra­dli kom­pu­ter.

-?No i naro­bili potwor­nego bała­ganu. Kto wie­dział, że dzi­siaj nie będzie cię w domu?

-?Jenny, facet, z któ­rym wyszłam na drinka... W końcu zje­dli­śmy razem kola­cję. Mieszka w Hotelu Stru­dzony Podróż­nik. Nazywa się Max Gan­non.

-?Jenny powie­działa, że pozna­li­ście się w skle­pie nie dalej jak dzi­siaj.

Gorąca fala zalała ją aż po szyję.

-?Vince, po pro­stu wypi­li­śmy po drinku i zje­dli­śmy razem kola­cję.

-?Prze­cież ja nic nie mówię. Laine, słu­chaj, trzeba dokład­nie spraw­dzić twój dom, będziemy się tu krę­cili jesz­cze jakiś czas, może prze­no­cu­jesz u nas?

-?Nie, wolę zostać u sie­bie. Ale dzięki za pro­po­zy­cję.

-?Nie ma sprawy. Jenny od razu mi powie­działa, że tak będzie. -?Sły­sząc pod­jeż­dża­jący radio­wóz, wielką dło­nią lekko ści­snął ją za ramię i ruszył do drzwi. -?Będziemy się stresz­czać. Zacznij robić listę skra­dzio­nych rze­czy.

Poszła na górę, do gabi­netu.

Henry zwi­nął się w kłę­bek i przy­ci­snął do jej stóp. Zaczęła spi­sy­wać przed­mioty, któ­rych brak już spo­strze­gła. Od czasu do czasu zaglą­dali z jakimś pyta­niem a to Vince, a to inny poli­cjant. W pew­nym momen­cie nabrała ochoty na kawę, ale ponie­waż cały zapas wylą­do­wał na kuchen­nej pod­ło­dze, pozo­stała jej tylko her­bata w toreb­kach. Wypiła pełen dzba­nek.

Dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że jej uczu­cia: strach, gniew, nie­pew­ność -?były kla­syczną reak­cją ofiary wła­ma­nia, tak samo jak nie­do­wie­rza­nie, które stale domi­no­wało nad wszel­kimi innymi dozna­niami. Nie w tym rzecz, by w Angel's Gap nie zda­rzały się prze­stęp­stwa, ale takie wła­ma­nie, połą­czone ze zło­śli­wym znisz­cze­niem wszyst­kiego, co w ręce wpa­dło, z pew­no­ścią było szcze­gól­nym przy­pad­kiem.

A Laine ode­brała tę napaść bar­dzo oso­bi­ście.

Minęła już pierw­sza po pół­nocy, gdy wresz­cie została sama. Vince pro­po­no­wał, że któ­ryś z poli­cjan­tów zosta­nie przed domem na straży, ale podzię­ko­wała za ochronę. Z wdzięcz­no­ścią nato­miast przy­jęła pro­po­zy­cję zabez­pie­cze­nia stłu­czo­nej szyby solidną deską.

Po wyj­ściu funk­cjo­na­riu­szy poza­my­kała drzwi i okna na wszyst­kie zamki, a potem jesz­cze raz je spraw­dziła. Henry nie odstę­po­wał jej na krok. Już w cza­sie, gdy poli­cjanci wyko­ny­wali swoją pracę, Laine ponow­nie zaczęła odczu­wać gniew, który odsu­nął na bok zmę­cze­nie. Wyko­rzy­stała tę ener­gię na dopro­wa­dze­nie kuchni do porządku.

Do ogrom­nego worka na śmieci powrzu­cała wszyst­kie potłu­czone naczy­nia. Powstrzy­my­wała łzy, napły­wa­jące do oczu, gdy po raz ostatni brała do ręki kawałki tak sta­ran­nie dobie­ra­nej kolo­ro­wej por­ce­lany sto­ło­wej. Zmio­tła cukier, kawę, mąkę, sól i her­batę, na koniec umyła mopem beżową tera­kotę.

Zmę­czyła się. Wol­nym kro­kiem poszła na górę do sypialni. A tam... łóżko odarte z pościeli, mate­rac ścią­gnięty na pod­łogę, opróż­nione szu­fladki uko­cha­nej maho­nio­wej toa­letki, wiel­kie dziury w sta­rej skrzynce apte­kar­skiej, która peł­niła funk­cję szka­tułki na biżu­te­rię... Wró­cił smu­tek.

Nie! Nie da się wypę­dzić z wła­snego domu, z wła­snej sypialni.

Z zaci­śnię­tymi zębami wcią­gnęła mate­rac z powro­tem na łóżko. Powlo­kła pościel. Powie­siła w sza­fie wyrzu­cone ubra­nia, poukła­dała rze­czy w szu­fla­dach. Poło­żyła się dopiero po trze­ciej. Łamiąc świętą zasadę, pokle­pała prze­ście­ra­dło, zachę­ca­jąco patrząc na Henry'ego. Dzi­siaj będą spali razem.

Wycią­gnęła rękę, żeby zga­sić lampkę, lecz cof­nęła dłoń. Może to głu­pie i tchórz­liwe, dzie­cinne i nie­po­ważne spać przy włą­czo­nym świe­tle, ale co tam. Wyjąt­kowo.

Przy­po­mniała sobie, że prze­cież jest ubez­pie­czona. Tym lepiej. Wszyst­kie rze­czy, ukra­dzione czy znisz­czone, to tylko mar­twe przed­mioty. Można je zastą­pić innymi. Kupić nowe. A ona zara­biała na życie kupo­wa­niem i sprze­da­wa­niem.

Uło­żyła się pod kocem, przy­tu­liła kosmate cie­płe ciel­sko.

-?To tylko przed­mioty, Henry. Nie są aż takie ważne.

Zamknęła oczy, wes­tchnęła. Już pra­wie zasy­piała, gdy przed oczami poja­wiła jej się twarz Willy'ego.

"Teraz on wie, gdzie jesteś".

Usia­dła gwał­tow­nie, oddech jej się rwał. Co to miało zna­czyć? O kim on mówił?

Willy zja­wił się nagle po dwu­dzie­stu latach i stra­cił życie nie­omal na progu jej sklepu. Potem ktoś się wła­mał do jej domu, ogo­ło­cił go z więk­szo­ści war­to­ścio­wych przed­mio­tów, a resztę znisz­czył.

To nie był przy­pa­dek. Bo niby jakim cudem?, zadała sobie reto­ryczne pyta­nie. Tylko czego ten ktoś u niej szu­kał? Prze­cież nie miała niczego szcze­gól­nego.

Rozdział 4

4

Nie­kom­plet­nie ubrany, z ocie­ka­ją­cymi wodą wło­sami Max, który wła­śnie wyszedł spod prysz­nica, usły­szał puka­nie do drzwi. Otwo­rzył z jedną tylko myślą w gło­wie: kawa.

Roz­cza­ro­wa­nie to jesz­cze nic. W końcu czło­wiek przy­zwy­czaja się do niego przez całe życie. Ot, choćby naj­śwież­szy przy­kład: minioną noc Max spę­dził sam. Ale że za drzwiami stał gli­niarz -?to już zupeł­nie osobna sprawa. Ozna­czało to, że trzeba będzie ruszyć sza­rymi komór­kami w sytu­acji, gdy odmó­wiono mu nie­za­prze­czal­nego prawa do poran­nej dawki kofe­iny.

Obej­rzał sobie miej­sco­wego stróża porządku: wielki, silny i podejrz­liwy. Na próbę uśmiech­nął się do niego przy­jaź­nie, choć nie kry­jąc zasko­cze­nia.

-?Dzień dobry. Sądząc po mun­du­rze, nie jest pan z obsługi hote­lo­wej, więc raczej nie dostanę od pana kawy i jajek...

-?Jestem tutaj sze­fem poli­cji, panie Gan­non. Nazy­wam się Bur­ger. Mogę panu zająć kilka minut?

-?Jasne. -?Max cof­nął się i obrzu­cił wzro­kiem pokój. Łóżko było nie­po­ście­lone, zza uchy­lo­nych drzwi łazienki cią­gle jesz­cze wydo­by­wała się para.

Biurko wyglą­dało jak nor­malne biurko w pokoju hote­lo­wym pierw­szego z brzegu biz­nes­mena: lap­top, parę teczek i dys­kie­tek, notes elek­tro­niczny, tele­fon komór­kowy -?wszystko jak należy. Max miał zwy­czaj zawsze zamy­kać teczki i usu­wać z zasięgu wzroku inte­re­su­jące papiery.

-?Zapra­szam. -?Uczy­nił nie­okre­ślony gest w stronę krze­sła. -?Niech pan siada. -?Pod­szedł do szafy, wyjął z niej koszulę. -?Co się stało?

Vince nie usiadł, a twarz miał kamienną, bez śladu uśmie­chu.

-?Pan zna Laine Tavish.

-?Tak. -?W gło­wie Maxa roz­dzwo­niła się cała orkie­stra dzwon­ków alar­mo­wych, na usta pchały się pyta­nia. Mimo to spo­koj­nie wło­żył koszulę. -?To wła­ści­cielka Skar­bów Prze­szło­ści. Wczo­raj kupi­łem u niej pre­zent dla matki. -?Teraz pozwo­lił sobie na odro­binę zatro­ska­nia w gło­sie. -?Są jakieś kło­poty z moją kartą kre­dy­tową?

-?Nic mi o tym nie wia­domo. Nato­miast wczo­raj w nocy wła­mano się do domu pani Tavish.

-?Co z nią? Nic jej się nie stało? -?Tym razem nie musiał uda­wać tro­ski, a dzwony alar­mowe omal go nie ogłu­szyły. Dło­nie, zapi­na­jące guziki, znie­ru­cho­miały. -?Gdzie ona jest?

-?Nie było jej w domu pod­czas wła­ma­nia. Z jej zezna­nia wynika, że w tym cza­sie przy­by­wała z panem.

-?Zje­dli­śmy razem kola­cję. -?Roz­le­gło się zde­cy­do­wane puka­nie. -?Co jest?! -?Ponie­waż kawa gwał­tow­nie spa­dła z prio­ry­te­to­wego miej­sca na jego liście, Max ziry­to­wał się, sły­sząc jakie­goś intruza. -?Jedną sekundę -?prze­pro­sił Vince'a. -?Otwo­rzył drzwi i zoba­czył drobną blon­dy­neczkę sto­jącą obok kel­ner­skiego wózka.

-?Dzień dobry panu. Przy­wio­złam śnia­da­nie.

-?Aaa... Tak, dzię­kuję. Pro­szę gdzieś posta­wić... gdzie­kol­wiek.

Wpro­wa­dza­jąc wózek do pokoju, dziew­czyna zauwa­żyła Vince'a.

-?O, cześć, sze­ry­fie.

-?Cześć, Sherry. Co u cie­bie?

-?Nic nowego. -?Bar­dzo się sta­rała nie oka­zać cie­ka­wo­ści. -?Przy­nieść panu kubek do kawy?

-?Nie trzeba. Przed wyj­ściem z domu wypi­łem dwie.

-?Jakby pan zmie­nił zda­nie, to pan zadzwoni. -?Zdjęła pokrywę z tale­rza, odsła­nia­jąc sma­żone jajka i pla­ster bekonu. -?W porządku -?oce­niła. Podała Maxowi skó­rzaną okładkę z rachun­kiem i zacze­kała, aż gość go pod­pi­sze. -?Życzę smacz­nego.

Wyszła z pokoju, jesz­cze zza progu rzu­ciła przez ramię zacie­ka­wione spoj­rze­nie i zamknęła drzwi.

-?Niech pan je -?ode­zwał się Vince. -?Nie ma sensu cze­kać, aż to wszystko wysty­gnie. Kar­mią tutaj zupeł­nie przy­zwo­icie.

-?Co to za wła­ma­nie? Kra­dzież?

-?Tak. Jak to się stało, że pani Tavish spę­dziła z panem wczo­raj­szy wie­czór?

Max usiadł i nalał sobie kawy.

-?Będąc w skle­pie, zapro­si­łem ją na drinka. Przy­jęła zapro­sze­nie. A ponie­waż mia­łem nadzieję, że da się zapro­sić także na kola­cję, a ona nie miała nic prze­ciwko temu, po drinku w barze prze­szli­śmy do restau­ra­cji.

-?Zawsze pan się uma­wia z kobie­tami, u któ­rych pan kupuje pre­zenty dla matki?

-?Gdyby tak było, mama mia­łaby ode mnie znacz­nie wię­cej upo­min­ków. -?Max pod­niósł kubek i wypił długi łyk, patrząc Vince'owi w oczy. -?Laine jest atrak­cyjną i wyjąt­kowo inte­re­su­jącą kobietą. Chcia­łem ją poznać, umó­wi­łem się z nią i bar­dzo mi przy­kro, że ma kło­poty.

-?Zło­dziej wła­mał się do jej domu dokład­nie w cza­sie, gdy była z panem.

-?Dotarło to do mnie. -?Max uznał, że nie ma powodu mar­no­wać śnia­da­nia. Odkroił kawa­łek jajka widel­cem. -?Przy­szło panu do głowy, że star­tuję do atrak­cyj­nych babek w skle­pach, a potem, kiedy bawię się w cza­ru­sia pod­czas kola­cji, mój wspól­nik obra­bia im domy? To nacią­gana teo­ria, komen­dan­cie, bo wczo­raj zoba­czy­łem Laine pierw­szy raz w życiu i aż do teraz nie wie­dzia­łem, gdzie mieszka ani że ma w domu coś war­tego uwagi. W zasa­dzie, logicz­nie rzecz bio­rąc, łatwiej by było obro­bić sklep. Jest tam sporo nie­złego towaru.

Vince tylko patrzył, nie odzy­wa­jąc się sło­wem.

-?W łazience są szklanki -?rzu­cił Max po chwili. -?Gdyby pan jed­nak nabrał ochoty na tę kawę...

-?Nie, dzię­kuję. Co pan robi w Angel's Gap, panie Gan­non?

-?Jestem zatrud­niony w towa­rzy­stwie ubez­pie­cze­nio­wym Reliance Insu­rance, przy­je­cha­łem na zle­ce­nie firmy.

-?Jakie to zle­ce­nie?

-?Sze­ry­fie, może pan zadzwo­nić do Aarona Sla­kera, szefa firmy, i spraw­dzić moje powią­za­nia ze spółką. Ma sie­dzibę w Nowym Jorku. Mnie jed­nak nie wolno oma­wiać szcze­gó­łów zle­ce­nia bez zgody klienta.

-?To jakieś nowe zwy­czaje w tej dzie­dzi­nie.

-?Ubez­pie­cze­nia bywają różne.

Max otwo­rzył mikro­sko­pijny sło­iczek i roz­sma­ro­wał na trój­kąt­nej grzance dżem tru­skaw­kowy.

-?Ma pan jakiś doku­ment toż­sa­mo­ści?

-?Oczy­wi­ście.

Pod­szedł do szafki i wyjął z port­fela prawo jazdy. Podał je poli­cjan­towi i usiadł.

-?Nie mówi pan jak Nowo­jor­czyk -?stwier­dził Vince.

-?Geo­r­gia wyłazi mi z butów. -?Był ziry­to­wany, celowo prze­cią­gał słowa. -?Nie jestem zło­dzie­jem, sze­ry­fie. Ja tylko zja­dłem kola­cję z piękną kobietą. Niech pan zadzwoni do Sla­kera.

Vince poło­żył prawo jazdy obok tale­rza Maxa.

-?Zadzwo­nię. -?Ruszył do drzwi, ale z ręką na klamce jesz­cze się odwró­cił. -?Jak długo pla­nuje pan zostać w naszym mie­ście, panie Gan­non?

-?Aż skoń­czę pracę. -?Wło­żył do ust następny kawa­łek jajka. -?Sze­ry­fie, miał pan cał­ko­witą rację, dobrze tutaj kar­mią.

Za poli­cjan­tem zamknęły się drzwi, a Max sie­dział i jadł. I myślał. Glina jest gliną, spraw­dzi go na pewno. A kiedy już spraw­dzi, dowie się, że cztery lata słu­żył w armii. Będzie też wie­dział o licen­cji detek­tywa. A w małym mia­steczku wie­ści szybko się roz­cho­dzą i nie­długo Laine zosta­nie o wszyst­kim poin­for­mo­wana.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki