Skarby przeszłości - Nora Roberts

Reflow text when sidebars are open.
1
Razem z głuchym pomrukiem grzmotu zawitał do sklepu niewysoki mężczyzna. Spojrzał przepraszająco, jakby hałas powstał z jego winy, a nie za sprawą natury, wetknął pod ramię jakąś paczuszkę i zyskawszy w ten sposób wolną rękę, zamknął pasiasty, czarno-biały parasol. Parasol ten, podobnie jak jego właściciel stojący na prostokątnej wycieraczce, ociekał wodą. Obaj wyglądali żałośnie. Po drugiej stronie drzwi zimny wiosenny deszcz wytrwale bębnił w chodnik, a przybysz stał, tam gdzie się zatrzymał, jakby nie miał pewności, czy jest mile widziany.
Laine obróciła ku niemu głowę, powitała go lekkim skinieniem i zdawkowym uśmiechem. Taki wyraz twarzy jej przyjaciele nazywali miną uprzejmej sprzedawczyni.
Do diabła, w końcu przecież była uprzejmą sprzedawczynią, a na dodatek los wystawił ją na ciężką próbę!
Gdyby przewidziała, że deszcz zwabi klientów, a nie, jak sądziła, zatrzyma ludzi w domu, nie dałaby Jenny wolnego. Z drugiej strony jednak, nie miała nic przeciwko pracy w sklepie. Bo i po co otwierałaby interes w jakiejś dziurze zabitej dechami, gdyby nie była pewna, że z przyjemnością poświęci mu co najmniej tyle samo czasu, uwagi i serca, co pogaduszkom, słuchaniu ploteczek oraz rozstrzyganiu przyjacielskich sporów?
I bardzo dobrze, pomyślała Laine, wszystko w porządku.
Tyle tylko, że gdyby Jenny została w pracy, zamiast siedzieć w domu, malować paznokcie u nóg i gapić się na opery mydlane, to właśnie Jenny, a nie ona, zajmowałaby się teraz bliźniaczkami.
Darla Price Davis i Carla Price Gohen. Obie miały włosy ufarbowane na ten sam kolor popielatego blondu, ubrane były w identyczne gładkie niebieskie płaszcze przeciwdeszczowe, w dłoniach trzymały torebki od kompletu. Zazwyczaj wzajemnie kończyły po sobie zdania, a na dodatek porozumiewały się za pomocą specyficznego kodu, złożonego z częstego unoszenia brwi, wydymania warg, wzruszania ramionami oraz kiwania głową.
Zachowanie takie, czarujące u ośmiolatek, u kobiet czterdziestoośmioletnich było trudne do zniesienia.
Laine miała jednak na względzie fakt, że bliźniaczki nigdy nie wychodziły z jej sklepiku, opatrzonego dumnym szyldem: Skarby Przeszłości, z pustymi rękami. Owszem, niekiedy mijały całe godziny, zanim coś wybrały, ale zawsze dokonywały jakiegoś zakupu. A mało co podnosiło Laine na duchu tak skutecznie, jak dźwięk brzęczyka przy kasie.
Dzisiaj siostry szukały zaręczynowego prezentu dla kuzynki. Nie powstrzymały ich ani ulewa, ani grzmiące pioruny, nie przejmowały się także lekko wystraszoną parą młodych ludzi, którzy ponoć zajrzeli do Angel's Gap w drodze do Waszyngtonu. Ani tym człowieczkiem z pasiastym parasolem, zdaniem Laine jakby trochę niespokojnym i wystraszonym.
Obdarzyła klienta nieco cieplejszym uśmiechem.
-?Jedną chwileczkę -?obiecała i ponownie zwróciła się do bliźniaczek.
-?Rozejrzyjcie się jeszcze -?zaproponowała. -?Zastanówcie się spokojnie. Ja tylko...
Carla chwyciła ją za nadgarstek i Laine zyskała absolutną pewność, że nigdzie nie ucieknie.
-?Musimy się na coś zdecydować. Carrie jest mniej więcej w twoim wieku, kochanie. Co ty chciałabyś dostać na prezent zaręczynowy?
Laine nie musiała zatrudniać tłumacza, by zrozumieć ten mało subtelny przytyk. W końcu rzeczywiście miała dwadzieścia osiem lat -?i nie była mężatką. Nie była nawet zaręczona. Na domiar złego właściwie nie miała chłopaka. Według bliźniaczek Price to srogi występek przeciwko naturze.
-?Posłuchaj -?podjęła Carla piskliwym głosem -?nasza Carrie poznała Paula zeszłej jesieni na kolacji, przy spaghetti. Powinnaś częściej bywać między ludźmi, Laine.
-?To prawda -?przyznała Laine z uśmiechem.
Oczywiście gdybym chciała się zaręczyć z łysiejącym, rozwiedzionym urzędniczyną, wiecznie chorym na zatoki.
-?Carrie tak czy inaczej będzie zachwycona waszym wyborem -?zapewniła klientki. -?Wydaje mi się, że od ciotek mogłaby dostać coś bardziej osobistego niż świeczniki. Są rzeczywiście śliczne, ale popatrzcie, na przykład ten komplecik toaletowy jest taki kobiecy... -?Wzięła do ręki szczotkę do włosów inkrustowaną srebrem. -?Widzę w wyobraźni, jak panna młoda czesze włosy w noc poślubną...
-?Coś bardziej osobistego -?zaczęła Darla. -?Bardziej...
-?...dziewczęcego. Tak! Mogłybyśmy wziąć świeczniki na...
-?...prezent ślubny. Ale obejrzyjmy jeszcze biżuterię. Masz, kochana, coś z perłami? Coś...
-?...starego, miałaby od razu na ceremonię ślubną. Odłóż na bok te świeczniki i komplet toaletowy też, kochanie. Zerkniemy na biżuterię i jeszcze się zastanowimy.
Rozmowa przypominała mecz ping-ponga. Jak piłeczka po serwie, odbijana raz z jednej strony, raz z drugiej, tak tutaj słowa szybowały z jednych do drugich identycznych ust umalowanych taką samą koralową szminką. Laine z niekłamaną dumą pogratulowała sobie refleksu oraz koncentracji, dzięki którym udawało jej się stale dotrzymywać bliźniaczkom kroku i wiedzieć, która co powiedziała.
-?Świetny pomysł. -?Ujęła w dłonie wspaniałe drezdeńskie świeczniki. Nikt nie mógł zarzucić siostrom braku gustu ani skąpstwa.
Gdy ruszyła do lady, drogę zastąpił jej ten niewysoki mężczyzna.
Był jej wzrostu, więc spojrzała mu prosto w oczy -?bladoniebieskie, jakby spłowiałe, o zaczerwienionych białkach. Kto wie, może z powodu braku snu, przez alkohol albo uczulenie? Postawiła na brak snu, bo pod oczami klienta rysowały się ciemne worki, wyraźny sygnał zmęczenia. Włosy miał jak siwy mop, oszalały na deszczu. Ubrany był w elegancki płaszcz Burberry, ale trzymał w dłoni parasol za trzy dolary. Golił się najwyraźniej w pośpiechu, bo wzdłuż szczęki pozostał ciemny pasek szorstkiego zarostu.
-?Laine...
Wypowiedział jej imię z dziwnym naciskiem, zupełnie jakby byli w zażyłych stosunkach.
Uśmiech na twarzy Laine Tavish ustąpił miejsca konsternacji.
-?Przepraszam, czy my się znamy?
-?Nie pamiętasz mnie... -?Wydawało się, że oklapł jak balon, z którego uszło całe powietrze. -?Dawno się nie widzieliśmy, ale myślałem...
-?Proszę pani! -?zawołała kobieta jadąca do Waszyngtonu. -?Dostarczają państwo kupione rzeczy pod wskazany adres?
-?Tak, oczywiście -?zapewniła Laine. Bliźniaczki, pochylone nad kolczykami oraz broszką, prowadziły jedną ze swoich stenograficznych debat, natomiast podróżująca do Waszyngtonu para najwyraźniej dojrzała do tego, by coś kupić. A niepozorny mężczyzna przyglądał się Laine z nadzieją i jakoś dziwnie ufnie, aż cierpła jej od tego skóra.
-?Bardzo przepraszam, akurat większy ruch dzisiaj... -?Zrobiła krok, odstawiła świeczniki na ladę. Ufność i zażyłość nie była przecież niczym dziwnym w małych miasteczkach. Ten mężczyzna pewnie był tu już kiedyś, tyle tylko, że ona go nie zapamiętała. -?Czy szuka pan czegoś konkretnego, czy chce się pan rozejrzeć?
-?Potrzebuję twojej pomocy. Zostało niewiele czasu. -?Wyciągnął wizytówkę, wetknął Laine w dłoń prostokątny kartonik. -?Zadzwoń do mnie, jak tylko będziesz mogła.
-?Proszę pana... -?Zerknęła na nazwisko. -?Panie Peterson, naprawdę nie rozumiem, o co chodzi. Czy pan chce coś sprzedać?
-?Nie, skądże! -?W jego śmiechu rozbrzmiały nutki histerii, aż Laine ucieszyła się, że nie jest z nim w sklepie sama. -?Teraz już nie. Wszystko wyjaśnię, tylko nie w tej chwili. -?Rozejrzał się po sklepie. - I nie tutaj. Nie powinienem był tu przychodzić. Zadzwoń. -?Chwycił ją za rękę tak gwałtownie, że Laine musiała powstrzymać nagły odruch, by ją wyrwać z uścisku. -?Obiecaj.
Pachniał deszczem, mydłem i... wodą toaletową Brut. Ten zapach budził jakieś odległe wspomnienie.
Mężczyzna mocniej zacisnął palce.
-?Obiecaj -?powtórzył ochrypłym szeptem, a ona wciąż widziała w nim tylko niezwykłego klienta w mokrym płaszczu.
-?Zadzwonię. Obiecuję.
Obserwowała go, gdy ruszył w stronę drzwi i na progu otworzył tani parasol. Odetchnęła z ulgą, kiedy wyszedł na deszcz. Był stanowczo dziwaczny.
Raz jeszcze spojrzała na wizytówkę.
Wydrukowano na niej imię i nazwisko: Jasper R. Peterson, a numer telefonu dopisano ręcznie i dwukrotnie podkreślono.
Wetknęła kartonik do kieszeni i skierowała się w stronę małżeństwa, które najwyraźniej potrzebowało przyjacielskiej rady. I w tej właśnie chwili z ulicy dobiegł pisk hamulców, a sekundę później zabrzmiały przerażone okrzyki. Laine obróciła się gwałtownie. Usłyszała straszny dźwięk, głuche stuknięcie, którego nie miała zapomnieć do końca życia. Sekundę później dziwaczny mężczyzna w eleganckim płaszczu odbił się od witryny jej sklepu.
Jednym szarpnięciem otworzyła drzwi i skoczyła w strugi deszczu. Na chodniku stukały kroki, gdzieś niedaleko rozległ się rozdzierający zgrzyt metalu trącego o metal, i zaraz potem brzęk tłuczonej szyby.
-?Proszę pana! -?Laine chwyciła nieznajomego za rękę, pochyliła się nad nim, osłaniając sobą zakrwawione ciało przed deszczem, choć niewiele to dawało. -?Niech pan się nie rusza. -?Odwróciła się do gapiów. - Wezwijcie karetkę! -?krzyknęła. Pośpiesznie ściągnęła żakiet i przykryła rannego.
-?Widziałem go. Widziałem. Laine, nie powinienem był tu przychodzić.
-?Pomoc jest już w drodze.
-?Zostawiłem ci wszystko. Bo on chciał, żebym ci to dał.
-?Rozumiem. -?Odgarnęła z oczu włosy ociekające wodą i wzięła podsuniętą przez kogoś parasolkę. Osłoniła leżącego, a gdy lekko pociągnął ją za rękę, pochyliła się niżej.
-?Bądź ostrożna. Wybacz mi, dziecino. Bądź bardzo ostrożna.
-?Dobrze. Będę ostrożna. Niech pan postara się uspokoić, musi pan wziąć się w garść. Zaraz będzie pogotowie.
-?Ty nic nie pamiętasz... -?Krew cienkim strumyczkiem wypłynęła mu z ust. -?Moja maleńka Lainie. -?Z trudem zaczerpnął tchu i natychmiast zakrztusił się krwią. Z dali dobiegło wycie karetki, a mężczyzna zaczął nucić niepewnym głosem.
-?"Pakuj wszystkie troski i kłopoty -?rozległy się chrapliwe słowa - żegnaj, drogi kosie".
Patrzyła na jego poranioną twarz i robiło jej się coraz zimniej. Wróciły do niej wspomnienia, dawno temu zepchnięte w niepamięć.
-?Wujek Willy? O, Boże...
-?Lubiłem kiedyś tę piosenkę... Zawaliłem sprawę. -?Brakowało mu tchu. - Wybacz mi. Myślałem, że jest bezpiecznie. Nie wolno mi było tu przyjść.
-?Nie rozumiem. -?Coś dławiło ją w gardle, po policzkach płynęły łzy. Umierał. Umierał, ponieważ go nie rozpoznała, bo wyrzuciła go na deszcz. -?Przepraszam. Tak mi przykro.
-?Teraz on wie, gdzie jesteś. -?Oczy zaczęły mu uciekać pod powieki. - Ukryj psiaka.
-?Co? -?Pochyliła się niżej, prawie dotykając go wargami. -?Nie słyszę! -?Ale ręka, którą ściskała w dłoni, nagle stała się przerażająco bezwładna.
Któryś z sanitariuszy odsunął ją na bok. Obijały się o nią krótkie zdania pełne treści, medyczny żargon znany z telewizyjnych seriali. W zasadzie mogłaby cytować niektóre zwroty. Tyle że tym razem wszystko działo się w rzeczywistości. Krew rozmywana deszczem była prawdziwa.
Jakaś kobieta o piskliwym głosie powtarzała w kółko to samo, szlochając:
-?Wybiegł mi pod koła. Nie zdążyłam zahamować. Wybiegł mi pod koła. Wyzdrowieje, prawda? Wyjdzie z tego. Wyzdrowieje, prawda?
Nie, chciała powiedzieć Laine. Nie wyzdrowieje.
-?Chodź, kochanie. -?Darla objęła ją za ramiona i poprowadziła w stronę sklepu. -?Przemokłaś do nitki. Nic już tutaj nie pomożesz.
-?Powinnam była coś zrobić. -?Wpatrywała się w połamany pasiasty parasol, ubłocony i poplamiony krwią.
Powinna była usadzić przybysza przy kominku. Dać mu coś ciepłego do picia i pozwolić się ogrzać. Gdyby tak zrobiła, nadal by żył. Opowiadałby jej najprzeróżniejsze anegdotki i niemądre dowcipy.
Niestety, nie poznała go, dlatego teraz umierał.
Nie mogła wejść do ciepłego, suchego wnętrza. Nie mogła zostawić tego mężczyzny samego wśród obcych. Ale też nie mogła nic już dla niego zrobić. Mogła tylko bezradnie patrzeć, jak lekarze walczą o jego życie, jak tracą człowieka, który przed laty śmiał się z jej spalonych dowcipów i śpiewał jej głupawe rymowanki. Umarł przed drzwiami jej sklepu, w którego stworzenie włożyła wiele wysiłku, i obudził wszystkie wspomnienia, przed którymi tak długo uciekała.
*
Była kobietą interesu, uznanym członkiem miejscowej społeczności -?i oszustką. Na zapleczu sklepu nalała dwie filiżanki kawy, wiedząc, że będzie musiała okłamać człowieka, którego uważała za przyjaciela. I wyprzeć się znajomości z drugim, którego kiedyś kochała.
Ze wszystkich sił starała się uspokoić. Przygładziła dłońmi wilgotne pasma jasnorudych włosów, normalnie związanych w sięgający ramion koński ogon. Była blada, deszcz spłukał jej z twarzy makijaż, zawsze tak starannie nakładany, więc piegi na wąskim nosie oraz policzkach wystąpiły tym wyraźniej. Oczy miała jasnoniebieskie, spojrzenie szkliste, zamglone smutkiem. Usta, odrobinę za duże w tej szczupłej twarzy, lekko drżały.
Na ścianie wisiało lustro oprawione w ramę z pozłacanego drewna. Laine uważnie przyjrzała się swojemu odbiciu. I zobaczyła całą prawdę. Cóż, zrobi co trzeba, żeby przetrwać. Willy na pewno by to zrozumiał.
Najpierw obowiązki, pomyślała, a potem się zobaczy, co dalej.
Odetchnęła głębiej, wzdrygnęła się mimowolnie, wreszcie sięgnęła po kawę. Gdy wchodziła do sklepu, dłonie już jej prawie wcale nie drżały. Układała w myślach fałszywe zeznanie dla szeryfa Angel's Gap.
-?Wybacz, że tak długo to trwało -?odezwała się, podchodząc do klinkierowego kominka, przy którym stał Vince Burger.
Szeryf miał posturę niedźwiedzia i jasnoblond włosy tak sztywne, że nieomal stały pionowo, jakby zdumione, że znalazły się nad taką wyrazistą, przystojną twarzą. Oczy w kolorze rozmytego błękitu, otoczone wachlarzykiem zmarszczek od śmiechu, błyszczały współczuciem.
Był mężem Jenny, a dla Laine stał się bliski jak rodzony brat. Teraz jednak musiała pamiętać, że rozmawia z nią gliniarz, a gra toczy się o wszystko, na co tak długo i tak ciężko pracowała.
-?Laine, może byś usiadła? Sporo przeszłaś...
-?Czuję się ogłuszona. -?To akurat była prawda. Nie musiała kłamać w każdym słowie. Mimo wszystko nie usiadła. Z kubkiem kawy w ręku przeszła kilka kroków, stanęła przy wystawie i zapatrzyła się w deszcz, żeby nie mieć przed sobą tych oczu pełnych smutku i zrozumienia. -?Doceniam, że przyjechałeś tutaj spisać moje zeznanie. Wiem, że jesteś bardzo zajęty.
-?Tak sobie pomyślałem, że nie będę cię ciągał na komendę.
Lepiej okłamywać przyjaciela niż obcego, pomyślała z goryczą.
-?Nie wiem, co właściwie mam ci powiedzieć. Nie widziałam wypadku. Tylko usłyszałam... pisk hamulców, krzyki, okropny huk, a potem zobaczyłam... - Nie, nie zamknie oczu. Gdyby je zamknęła, zobaczyłaby to raz jeszcze. - Zobaczyłam, jak uderzył w szybę, jakby go ktoś na nią rzucił. Wybiegłam i zostałam z nim do przyjazdu karetki. Szybko przyjechali. Wydawało mi się, że czekamy całe godziny, ale tak naprawdę minęło tylko kilka minut.
-?Przed wypadkiem był w sklepie.
Teraz zamknęła oczy. I przygotowała się do zrobienia tego, co musiała zrobić, żeby ochronić siebie.
-?Tak. Dziś rano wbrew moim oczekiwaniom zjawiło się kilku klientów, nie powinnam była zwalniać Jenny. Przyszły bliźniaczki i jakieś małżeństwo, które zatrzymało się u nas w drodze do Waszyngtonu. Kiedy wszedł ten mężczyzna, byłam zajęta, więc jakiś czas rozglądał się po sklepie.
-?Ta kobieta spoza miasta odniosła wrażenie, że się znacie.
-?Naprawdę? -?Odwróciła się do niego ze zdumieniem na twarzy, oddanym perfekcyjnie, jak przez zdolnego artystę na dobrym portrecie. Zrobiła kilka kroków, usiadła w jednym z dwóch foteli ustawionych przed kominkiem. -?Nie wiem dlaczego.
-?Takie odniosła wrażenie. -?Vince zbył sprawę wzruszeniem ramion. Usiadł powoli i ostrożnie, pamiętając o swoich potężnych rozmiarach. - Powiedziała, że wziął cię za rękę.
-?Podaliśmy sobie ręce -?sprostowała Laine. -?I dał mi wizytówkę. - Wyjmując kartonik z kieszeni, zmusiła się, by całą uwagę skupić na twarzy Vince'a. Płomienie strzelały w kominku, dając miłe ciepło, lecz ona poczuła chłód. A nawet zimno. -?Powiedział, że chciałby ze mną porozmawiać, kiedy będę mniej zajęta. Wspomniał o czymś interesującym do kupienia -?wyjaśniła. -?Spotykam się z tym prawie na co dzień - dorzuciła, podając Vince'owi wizytówkę. -?Właśnie dzięki temu utrzymuję się w branży.
-?Wszystko jasne. -?Wsunął kartonik do kieszeni na piersi. -?Czy dostrzegłaś w tym człowieku coś charakterystycznego?
-?Uderzyło mnie tylko to, że ubrany był w piękny płaszcz, a w ręku trzymał kompletnie bezsensowny tandetny parasol. No i nie wyglądał mi na takiego, który lubi spacery po niewielkich miasteczkach. Wyglądał na mieszkańca dużej metropolii.
-?Tak jak i ty, jeszcze parę lat temu. Właściwie... -?zmrużył oczy, lekko pogładził ją po policzku -?jeszcze ci to nie przeszło.
Uśmiechnęła się, bo tego właśnie oczekiwał.
-?Vince -?odezwała się już poważnym tonem. -?Przykro mi, że nie potrafię ci pomóc. To było straszne.
-?Na razie mamy cztery różne zeznania świadków. Wszyscy widzieli człowieka, który wybiegł na ulicę, prosto pod koła samochodu, jakby przestraszony. Czy twoim zdaniem on się czegoś bał?
-?Nie zwracałam na niego aż takiej uwagi. Widzisz, Vince, właściwie w pewnym sensie go wyprosiłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie zamierza nic kupować. Miałam w sklepie klientów. -?Pokręciła głową, głos jej się załamał. -?Zachowałam się gruboskórnie...
Szeryf pocieszająco poklepał ją po dłoni, a Laine poczuła się jeszcze podlej.
-?Nie wiedziałaś przecież, co się stanie. Po wypadku byłaś przy nim pierwsza.
-?Leżał tuż za drzwiami. -?Musiała pociągnąć duży łyk kawy, zmyć nutę smutku. -?Prawie na progu.
-?Mówił coś do ciebie.
-?Tak. -?Znowu sięgnęła po kawę. -?Ale to nie miało żadnego sensu. Kilka razy przepraszał... Chyba nie wiedział, do kogo mówi ani co się stało. Przypuszczam, że bredził. Zaraz potem przyjechała karetka i... i wtedy umarł. Co teraz? Znaczy, chodzi mi o to, że ten mężczyzna jest tutaj obcy. Na wizytówce napisał numer z Nowego Jorku. Zastanawiam się, czy był tu tylko przejazdem? Dokąd jechał, skąd pochodził...
-?Będziemy szukali odpowiedzi na te pytania, musimy zawiadomić jego rodzinę. -?Vince wstając położył Laine rękę na ramieniu. -?Nie będę ci radził, żebyś się starała o tym nie myśleć. Na razie i tak nie dasz rady. Ale powiem, że zrobiłaś wszystko, co w ludzkiej mocy. Nikt nie zrobiłby dla niego więcej.
-?Dzięki. Na dzisiaj już koniec. Zamykam i wracam do domu.
-?Dobry pomysł. Podwieźć cię?
-?Nie, dziękuję. -?W równej mierze sympatia jak i poczucie winy kazały jej wspiąć się na palce i cmoknąć powoli i ostrożnie Vince'a Burgera w policzek. -?Powiedz Jenny, że jutro na nią czekam.
*
Nazywał się Willy Young, w każdym razie pod takim nazwiskiem go znała.
Przypuszczalnie William, pomyślała Laine, prowadząc samochód nierówną żwirową alejką. Nie był jej prawdziwym wujkiem, o ile wiedziała, raczej piastował tę godność z nadania. I zawsze miał w kieszeni cukierki z likworem dla znajomej małej dziewczynki.
Nie widziała go od dwudziestu lat. Wtedy był szatynem i miał okrąglejszą twarz. I zawsze chodził żwawym krokiem.
Nic dziwnego, że nie rozpoznała go w tym przygarbionym, niespokojnym człowieczku, który nieśmiało wsunął się do sklepu.
Jak ją znalazł? Dlaczego jej szukał?
Ponieważ był najbliższym przyjacielem jej ojca, zapewne podobnie jak on parał się złodziejstwem i oszustwem. Nie takich znajomości potrzebowała szanowana kobieta interesu.
Tylko dlaczego, u licha, czuła się winna i przygnębiona?
Wcisnęła hamulec, a gdy samochód stanął, dłuższą chwilę siedziała, słuchając monotonnego rytmu wycieraczek i przyglądając się swojemu ślicznemu domowi na wzniesieniu.
Uwielbiała to miejsce. Jej własne. Prawdziwy dom. Piętrowy budynek był, szczerze mówiąc, za duży dla samotnej kobiety, ale uwielbiała po nim błądzić. Każda minuta spędzona na starannym urządzaniu wnętrz była prawdziwą rozkoszą. Wszystko musiało być dokładnie tak, jak sobie życzyła. Ona -?i tylko ona.
Zbyt dobrze wiedziała, jakie to uczucie: pakować się w ekspresowym tempie, przy dźwiękach pioseneczki Żegnaj, kosie i brać nogi za pas. Nie zamierzała tego robić już nigdy w życiu.
Uwielbiała krzątać się po podwórku, pracować w ogrodzie, przycinać krzewy, podlewać trawnik, wyrywać chwasty. Najzwyklejsze czynności na świecie. Proste, zwykłe zajęcia, w sam raz dla kogoś, kto w ciągu pierwszej połowy życia niewiele zaznał normalności.
Miała prawo być teraz sobą. Być Laine Tavish i korzystać ze wszystkiego, co się z tym łączyło. Miała swój sklepik, mieszkała w sielskim miasteczku, we własnym domu, znalazła wokół przyjaciół... miała swoje życie. I miała prawo korzystać z wizerunku, jaki sama sobie stworzyła.
Willowi nic by nie pomogło, gdyby powiedziała szeryfowi prawdę. Nic by to nie zmieniło, a dla niej równałoby się trzęsieniu ziemi. Vince dowiedziałby się, że mężczyzna leżący w miejskiej kostnicy nie był żadnym Jasperem R. Petersonem, ale Williamem Youngiem z mnóstwem pseudonimów. Znalazłby też wpisy w kartotece, ponieważ Willy zrobił z jej ojcem niejeden skok. Byli jak bracia.
Zirytowana wyskoczyła z samochodu, żwawym krokiem podeszła do drzwi domu i stanowczym gestem wyciągnęła klucze.
Wystarczyło, że weszła do środka, a natychmiast się uspokoiła. Otoczyła ją przyjazna atmosfera. Balsamiczna cisza, zapach olejku cytrynowego, który własnoręcznie wcierała w każdy kawałek drewna, subtelna słodycz wiosennych kwiatów przyniesionych z własnego ogródka... Od razu lepiej, spokojniej, prawdziwe ukojenie dla napiętych nerwów.
Odłożyła klucze na gliniany rustykalny talerz ustawiony na stoliku w przedpokoju, wyjęła z torebki telefon komórkowy i od razu podłączyła do ładowarki. Zsunęła z nóg pantofle, zdjęła żakiet i powiesiła go na słupku od poręczy. Torebkę postawiła na najniższym stopniu.
Jak zwykle poszła od razu do kuchni. Normalnie nastawiłaby w czajniku wodę na herbatę i czekając, aż się zagotuje, przejrzałaby pocztę, zabraną ze skrzynki u wylotu alejki.
Dziś jednak nalała sobie duży kieliszek wina.
Stanęła przy zlewie, zapatrzona w ogródek na tyłach domu.
Kiedyś już mieszkała w domu z ogródkiem... nawet więcej niż raz... kiedyś, jako dziecko. Pamiętała jeden taki ogródek... gdzie on był, w Nebrasce? W Iowa?
Co za różnica, pomyślała i wypiła długi łyk.
Lubiła tamten ogródek, bo na środku rosło wielkie drzewo. Powiesił na nim starą oponę na grubych linach.
I huśtał ją tak wysoko, aż chwilami zdawało jej się, że fruwa.
Jak długo tam mieszkali -?nie pamiętała. Samego domu w ogóle nie potrafiła sobie przypomnieć. Większa część dzieciństwa zachowała się we wspomnieniach Laine jako pasmo niewyraźnych, coraz to innych miejsc i twarzy: ciągłe podróże samochodem, szybkie pakowanie skromnego bagażu. A w tym wszystkim on, ojciec, o donośnym, dźwięcznym głosie i wielkich dłoniach, z szelmowskim uśmiechem, któremu trudno się oprzeć, sypiący beztrosko obietnicami bez pokrycia.
Pierwszych dziesięć lat życia kochała go całym sercem, a przez wszystkie następne robiła co w ludzkiej mocy, by zapomnieć o jego istnieniu.
Jeśli nawet znowu miał kłopoty, to nie jej sprawa.
Nie była już malutką Lainie, ukochaną córeczką Jacka O'Hary. Teraz była Laine Tavish, poważaną obywatelką Angel's Gap.
Zerknęła na butelkę wina, wzruszyła ramionami i nalała sobie drugi kieliszek. Była w końcu dorosła, miała prawo ubzdryngolić się we własnej kuchni, zwłaszcza w dniu, kiedy przybysz z niechlubnej przeszłości wyzionął ducha u jej stóp.
Z kieliszkiem w ręku podeszła do drzwi przedpokoju, skąd dobiegało pełne tęsknoty popiskiwanie.
Wpadł do środka jak kula armatnia -?włochata, ozdobiona miękkimi zwisającymi uszami. Łapami wsparł się jej na piersiach, szturchnął ją w twarz długim pyskiem i zaczął energicznie lizać po policzkach, pełen wylewnej, bezwarunkowej miłości.
-?Dobrze już, dobrze, ja też się cieszę, że cię widzę.
Obojętne, w jakim nastroju wracała do domu, po powitaniu Henry'ego, niesamowitego kundla z przewagą krwi psa gończego, zawsze odzyskiwała humor.
Ocaliła mu życie. W każdym razie tak to właśnie postrzegała. Dwa lata temu wybrała się do schroniska z zamiarem wybrania sympatycznego szczeniaka. Zawsze chciała mieć przy sobie jakąś psią słodycz, rozbrajające śliczności, które wychowa od małego.
Tymczasem natknęła się na niego -?wielkiego, niezgrabnego, nieprawdopodobnie pospolitego psa z ziemistą sierścią. Skrzyżowanie niedźwiedzia z mrówkojadem.
I zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, gdy przez drzwiczki boksu spojrzała mu w oczy.
Każdy zasługuje na drugą życiową szansę, pomyślała, i zabrała Henry'ego do domu.
Nigdy nie dał jej powodu, by żałowała tego impulsywnego gestu. Kochał ją miłością absolutną, tak wielką, że nawet kiedy sypała do jego miski karmę, nie odrywał od swojej pani wzroku pełnego uwielbienia.
-?Można jeść, kolego.
Dopiero na polecenie Henry wsadził pysk do miski.
Ona też powinna coś przekąsić, zrobić choćby mizerny podkład pod wino, ale nie miała ochoty na jedzenie. Jeszcze odrobina trunku w krwiobiegu - i będzie mogła przestać myśleć, zastanawiać się, niepokoić.
Przedpokój zostawiła otwarty, ale sprawdziła zamki w zewnętrznych drzwiach. Gdyby ktoś bardzo się uparł, dostałby się do środka przez wejście dla psa, ale wtedy Henry natychmiast wszcząłby alarm.
Poszczekiwał za każdym razem, gdy alejką pod domem przejeżdżał jakiś samochód i choć przywitałby każdego intruza, oblizując go z zachwytem - oczywiście wówczas, kiedy już przestałby się go bać -?to jednak korzyść z jego szczekania była bezdyskusyjna: nikt nigdy Laine swoją wizytą nie zaskoczył. No i nigdy, podczas tych czterech lat pobytu w Angel's Gap, nie miała żadnych nieproszonych gości ani w domu, ani w sklepie.
Aż do dzisiaj, poprawiła się w myślach.
W końcu postanowiła jednak zamknąć także drzwi do przedpokoju i wypuścić Henry'ego na wieczorny spacer.
Przez chwilę miała ochotę zadzwonić do mamy, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Bo i po co? Mama już od dawna prowadziła wymarzone uczciwe życie z wymarzonym uczciwym mężczyzną. Zasłużyła sobie na ten luksus. Nie było sensu niszczyć jej tego idealnego świata, mówiąc: "Cześć, wiesz wpadłam dzisiaj na wujka Willy'ego, a potem to samo zrobił dżip cherokee".
Z kieliszkiem w ręku poszła na piętro. Naszykuje sobie coś do przegryzienia, weźmie gorącą kąpiel i wcześniej się położy.
Zapomni o tym, co się dzisiaj stało.
"Zostawił dla ciebie". Tak powiedział. Pewnie bredził. A poza tym jeśli cokolwiek zostawił, i tak tego nie chciała.
Miała już wszystko, co było jej potrzebne do szczęścia.
*
Max Gannon dostał złe wiadomości na temat Willy'ego od recepcjonisty w Zajeździe pod Czerwonym Dachem, dokąd sprowadził go świeży trop tego drobnego cwaniaczka. Lokalne władze dotarły do motelu wcześniej, lecz Max mimo wszystko zainwestował pierwszy tego dnia banknot dwudziestodolarowy w informację o numerze oraz klucz.
Gliniarze nie zabrali jeszcze rzeczy denata, a nawet, co było widać gołym nieuzbrojonym okiem, nie przeprowadzili solidnego przeszukania. Bo i niby po co mieliby się szczególnie interesować pokojem wynajętym przez ofiarę ulicznego wypadku. Dopiero kiedy się dowiedzą, kim był zabity, wrócą i znacznie staranniej przyłożą się do roboty.
Nawet nie zdążył się rozpakować, zauważył Max.
W jedynej walizce -?od Louisa Vuittona -?zostały skarpetki, bielizna oraz starannie poskładane garniturowe koszule. Willy należał do porządnickich i lubił rzeczy firmowe. Garnitur powiesił w szafie. Elegancki odcień szarości, jednorzędowa marynarka, Hugo Boss. Do tego para czarnych półbutów Ferragamo, usztywnionych prawidłami, ustawionych porządnie na dnie szafy.
Max przeszukał kieszenie, uważnie sprawdził podszewkę. Wyjął z butów prawidła i wetknął palce aż po czubki.
Przeszedł do łazienki. Dokładnie sprawdził zestaw kosmetyków od Diora. Podniósł pokrywę rezerwuaru, potem ukucnął i poszukał za sedesem, zajrzał pod umywalkę.
W sypialni wysunął po kolei wszystkie szuflady, następnie przetrząsnął samą walizkę oraz jej zawartość. Sprawdził też materac na standardowym dwuosobowym łóżku.
Nie minęła godzina, a on wiedział już z całą pewnością, że Willy nie zostawił nic godnego uwagi. Gdy wychodził, pokój wyglądał tak samo dziewiczo jak przed jego wejściem.
Zastanowił się, czy by nie zostawić recepcjoniście jeszcze jednej dwudziestki, z prośbą, żeby o jego wizycie nie wspominał glinom, ale doszedł do wniosku, że w ten sposób tylko skłoniłby tego faceta do niepotrzebnych domysłów.
Wsiadł do swojego Porsche, włączył Springsteena i pojechał do miejskiej kostnicy upewnić się, że jego najważniejszy trop śledztwa spoczywa w lodówce.
Wetknął strażnikowi dwudziestaka i w zamian dostał milczącą zgodę na obejrzenie ciała. Z doświadczenia wiedział, że portret Andrew Jacksona toruje drogę szybciej i skuteczniej niż wszelkie wyjaśnienia, dokumenty oraz biurokracja.
-?Głupek. Cholera, Willy, myślałem, że jesteś mądrzejszy.
Patrząc na poranioną twarz trupa, wziął długi oddech.
Po kiego diabła uciekałeś? I co cię ściągnęło do tej dziury zabitej dechami w stanie Maryland?
Co albo może: kto?
Ponieważ Willy nie zamierzał mu nic powiedzieć, Max wrócił na drogę prowadzącą do Angel's Gap, by tam podjąć trop wart miliony dolarów.
*
Jeśli chcesz posłuchać małomiasteczkowych plotek, musisz pójść tam, gdzie przesiadują mieszkańcy. Gdzie za dnia zbierają się przy kawie i przekąskach, natomiast wieczorem schodzą się na coś mocniejszego.
Max, podjąwszy decyzję, że zostanie w Angel's Gap jeszcze dzień lub dwa, zameldował się w Hotelu Strudzony Podróżnik. Najpierw zafundował sobie gorący prysznic i zmył z siebie pierwsze dwanaście godzin mijającego dnia. Najwyższy czas ruszyć szlakiem numer dwa.
Zjadł całkiem przyzwoity ciepły posiłek przyniesiony do pokoju, przeglądając jednocześnie w laptopie stronę stworzoną przez Informację Turystyczną Angel's Gap. W oknie poświęconym życiu nocnemu znalazł kilka interesujących barów, klubów i kawiarni. Szukał jakiegoś lokalnego pubu, do którego wpada się na piwo, by zamienić parę słów z przyjaciółmi.
Znalazł trzy, które mogły odpowiadać jego oczekiwaniom, zajrzał do adresów i dokończył jedzenie nad wydrukiem mapy.
Sympatyczne miasteczko, uznał.
Otoczone górami. Piękne widoki, mnóstwo miejsc rekreacyjnych, zwłaszcza dla entuzjastów sportu albo miłośników spędzania urlopu w przyczepie lub pod namiotem. Wystarczająco spokojne dla tych, którzy pragnęli odpocząć od wielkomiejskiego życia, ale z pełną klasy ofertą kulturalną, a na dodatek w rozsądnej odległości od kilku większych aglomeracji, więc doskonałe także dla tych, którzy chcieliby wyskoczyć w góry tylko na weekend.
Informacja turystyczna zachęcała do skorzystania z oferty polowania, łowienia ryb, górskich wycieczek i innych form spędzania czasu na świeżym powietrzu. Żadna z nich nie wydała się atrakcyjna mieszczuchowi tkwiącemu w Maksie. On, gdyby chciał zobaczyć niedźwiedzia albo jelenia w naturalnym otoczeniu, włączyłby kanał Discovery.
Tak czy inaczej miasteczko miało swój niezaprzeczalny urok, piękne strome uliczki, stare domy z solidnej ciemnoczerwonej cegły... Potomac toczył wody szeroko, dzieląc miejscowość na dwie części, brzegi spinały piękne łuki mostów. Wiele kościelnych iglic strzelało w niebo, na niektórych miedź pokryła się miękką zielenią świadczącą o upływie czasu i zmiennej pogodzie. Z daleka dobiegł długi sygnał nadjeżdżającego pociągu, powtórzony przez echo.
Na pewno jesienią, gdy drzewa stroiły się w tysiące barw, okolica stanowiła prawdziwą ucztę dla oka. A zimą, gdy wszystko otulał biały śnieg, musiało być tu pięknie jak na pocztówce. Wszystko to jednak nie wyjaśniało, dlaczego Willy Young dał się przejechać akurat tutaj, na Market Street.
Max byl zdecydowany znaleźć odpowiedź na to pytanie. Wyłączył komputer, chwycił ukochaną kurtkę lotniczą i ruszył w kurs po barach.
2
Pierwszy minął, nawet się nie zatrzymując. Stłoczone przed wejściem Hogi i Harleye wyraźnie określały go jako przystanek dla motocyklistów, a w takim miejscu spokojni mieszkańcy miasteczka nie plotkują o swoich sprawach nad drinkiem.
Drugi bar szybko zaklasyfikował jako knajpkę studencką, gdzie tło muzyczne zapewniała jakaś dziwaczna kapela alternatywna, w kącie dwóch smutasów grało w szachy, a reszta gości odbywała standardowe rytuały godowe.
Trzeci okazał się właściwy.
Pub U Artiego był miejscem, gdzie facet może zaprosić żonę, ale nie kochankę. W takim właśnie lokalu umawiasz się z przyjaciółmi, spotykasz znajomych albo wpadasz na jednego w drodze do domu.
Max gotów był się założyć, że dziewięćdziesiąt procent bywalców mówi sobie "ty", a wcale niemała część jest wręcz spokrewniona ze sobą.
Usiadł przy barze, zamówił Becka z beczki i rozejrzał się dookoła. Odbiornik telewizyjny z wyłączonym dźwiękiem, przekąski do piwa w plastikowych koszyczkach, wielki Murzyn za kontuarem i dwie kelnerki roznoszące drinki.
Pierwsza z kelnerek przypominała mu bibliotekarkę z liceum, która zawsze zdawała się widzieć wszystko i wiecznie była z czegoś niezadowolona. Niska, o rozłożystych biodrach, dobiegała czterdziestki. Błysk w jej oku zdradzał, że nie znosiła plotek.
Druga miała dwadzieścia kilka lat i była z gatunku zalotnych. Chętnie demonstrowała swoje zgrabne ciałko wciśnięte w gładki czarny sweterek i opięte dżinsy. Dzieliła czas pracy równo na dwie połowy: tyle samo poświęcała odrzucaniu blond włosów, ile zbieraniu pustych szklanek. Z tego, w jaki sposób odchodziła od służbowego stolika, jak strzelała oczami, Max mógł się założyć, że była kopalnią informacji i że podzieli się nimi z przyjemnością.
Wziął jeszcze trochę na wstrzymanie, ale w końcu uśmiechnął się do niej szeroko, kiedy stanęła przy barze, by złożyć zamówienia.
-?Straszny dzisiaj ruch -?zagadnął.
Odpowiedziała mu równie szerokim uśmiechem.
-?Nie jest tak źle. -?Przeniosła ciężar ciała na drugą nogę, odwracając się w jego stronę, co w języku ciała niezawodnie oznaczało zaproszenie do rozmowy. -?Pan nietutejszy?
-?Dużo jeżdżę. W interesach.
-?Mówi pan jak chłopak z południa.
-?Rozszyfrowałaś mnie. Jestem z Savannah, ale dawno już nie zaglądałem do domu. -?Wyciągnął rękę. -?Max.
-?Miło mi. Ja jestem Angie. Co to za interesy sprowadziły cię do Gap?
-?Ubezpieczenia.
Jej wujek sprzedawał polisy ubezpieczeniowe, ale z pewnością nie byłby tak atrakcyjną dekoracją barowego stołka. Ten tutaj miał ponad metr osiemdziesiąt, z czego przeważającą część stanowiły długie nogi. Zbudowany niczego sobie, ważył, tak na oko, osiemdziesiąt kilka dobrze rozmieszczonych kilogramów. A Angie wiedziała, że potrafi dobrze ocenić na oko. Szczupłą twarz obcego o dość ostrych rysach otaczała szopa ciemnych włosów, które po deszczu ułożyły się w miękkie fale. Ciemnobrązowe oczy patrzyły przyjaźnie i bystro. Przeciągał słowa, jakby w rozmarzeniu. Gdyby nie lekko skrzywiona trójka, miałby uśmiech doskonały.
Podobali jej się bystrzy faceci, nie całkiem doskonali.
-?Ubezpieczenia? Mnie byś na to nie naciągnął.
-?Nikt nie zna swojego losu. -?Wrzucił do ust krakersa, błyskając w uśmiechu białymi zębami. -?A większość ludzi ryzykuje. Zupełnie jakby sądzili, że będą żyli wiecznie. -?Pociągając łyk piwa, zauważył, że kelnerka zerknęła na jego lewą dłoń. Sprawdziła, czy ma obrączkę, czy jest żonaty. -?A przecież każdy musi umrzeć. Podobno nie dalej jak dziś rano jakiś biedak dał się przerobić na miazgę na Main Street.
-?Market Street -?poprawiła odruchowo, a Max Gannon przywołał na twarz wyraz zaciekawienia. -?To się stało na Market Street. Facet wybiegł prosto pod koła dżipa panny Leager. Biedaczka, nie może dojść do siebie.
-?Przykra sprawa. Zwłaszcza że to chyba nie była jej wina.
-?No właśnie. Mnóstwo ludzi widziało ten wypadek, nic się nie dało zrobić. Wybiegł jej prosto pod koła.
-?Fatalnie. I jeszcze pewnie go znała... Tak to już bywa w małych miasteczkach.
-?A, nie, nikt go nie znał. Nie był stąd. Podobno akurat wychodził ze Skarbów Przeszłości... Pracuję tam na pół etatu. Sprzedajemy antyki, różne pamiątki i drobiazgi... Może szukał czegoś na prezent. Straszne. Po prostu okropność.
-?Co zrobić, takie życie. Widziałaś wypadek?
-?Nie... Akurat miałam wolne -?zamilkła, jakby próbowała zdecydować, czy jest jej z tego powodu żal, czy wręcz przeciwnie, cieszy się, że nie była świadkiem czyjejś śmierci. -?Jakoś nie mogę zrozumieć, dlaczego on tak wypadł na ulicę. Strasznie wtedy lało... Pewnie nie widział samochodu.
-?Po prostu pech.
-?No właśnie.
-?Angie, rozniesiesz wreszcie te drinki, czy zaczekasz, aż pójdą same? - odezwała się bibliotekarka.
Angie przewróciła oczami.
-?Już idę. -?Puściła do Maxa perskie oko i wzięła ciężką tacę. - Pogadamy później?
-?Jasne.
Zanim wrócił do hotelu, miał całkiem niezłe pojęcie o poczynaniach Willy'ego. Niebieski ptaszek zameldował się w motelu poprzedniego wieczora, około dziesiątej, i z góry zapłacił gotówką za trzydniowy pobyt. No, raczej nie upomni się o zwrot nadpłaconej sumy. Następnego ranka samotnie zjadł śniadanie w barku, a potem wynajętym samochodem pojechał na Market Street, gdzie zaparkował dwie przecznice na północ od Skarbów Przeszłości.
Ponieważ Willy'ego najwyraźniej nie interesowały w tej okolicy żadne sklepy, kawiarnie ani inne miejsca poza sklepikiem z antykami, nasuwało się jedyne logiczne rozwiązanie: zaparkował daleko od celu i mimo ulewnego deszczu szedł na piechotę z ostrożności. Albo cierpiał na paranoję.
Ponieważ stracił życie, należało postawić na ostrożność.
Teraz nasuwało się pytanie, czego Willy szukał w sklepiku z pamiątkami w Angel's Gap, dokąd przyjechał aż z Nowego Jorku, starannie zacierając za sobą ślady.
Czy tam był punkt przerzutowy? Jakiś kontakt?
Max ponownie włączył komputer i wszedł na stronę główną miasta. Po kilku kliknięciach znalazł wizytówkę Skarbów Przeszłości. Antyki, stara rodowa biżuteria, różne gratki dla kolekcjonerów. Kupno i sprzedaż.
Zapisał nazwę sklepu na podkładce i dodał "Paser?". Otoczył słowo podwójnym okręgiem.
Obejrzał godziny otwarcia, numery telefonu i faksu, adres elektroniczny, zwracając uwagę na fakt, że kupione rzeczy wysyłano na cały świat.
A potem zauważył nazwisko właścicielki.
Laine Tavish.
Był przekonany, że nie miał tego nazwiska na swojej liście, ale i tak dla pewności zerknął w zapiski. Żadnej Laine, upewnił się, żadnej Tavish. Ale była Elaine O'Hara. Jedyna córka Wielkiego Jacka.
Wydął wargi w zamyśleniu i odchylił się na oparcie krzesła. Miałaby dziś jakieś... dwadzieścia osiem, może dwadzieścia dziewięć lat. Interesujące. Może nieodrodna córeczka poszła w ślady tatuśka i też została złodziejką? Zmieniła imię, nazwisko i przycupnęła w jakimś zabitym dechami górskim miasteczku?
No, wreszcie zaczęło to wszystko nabierać trochę sensu.
*
Po czterech latach w Angel's Gap Laine wiedziała, czego się spodziewać rano po otwarciu Skarbów Przeszłości.
Pierwsza przyjdzie Jenny, odrobinę spóźniona, przyniesie świeże ciastka, może pączki. Była w szóstym miesiącu ciąży i rzadko zdarzało jej się przetrwać dłużej niż dwadzieścia minut bez zjedzenia czegoś ociekającego cukrem i tłuszczem. W rezultacie Laine także zaczynała spoglądać na swoją wagę łazienkową z pewną niechęcią. Jenny zwykle popijała ciastka jakąś ziołową herbatką zaparzoną w termosie, od której wyraźnie się uzależniła.
Najpierw zacznie wypytywać o wydarzenia poprzedniego dnia. Chociaż jako żona szefa policji miała już informacje od męża, to wcale nie pogardzi wersją Laine.
Dokładnie o dziesiątej zaczną się schodzić ciekawscy.
Niektórzy, pomyślała Laine, wkładając do kasy drobne na wydawanie reszty, będą udawali, że chcą coś kupić, inni nawet nie zadadzą sobie trudu, by ukrywać, że przyszli po najświeższe plotki.
Znowu będzie musiała przejść przez to wszystko. Znowu będzie kłamała, a w każdym razie unikała szczerych odpowiedzi, udając, że nigdy wcześniej nie widziała mężczyzny, który przedstawił się jako Jasper Peterson. Już dawno nauczyła się ukrywać twarz za odpowiednią maską, by przetrwać kolejny dzień. Przerażające, do jakiej doszła wprawy.
Gdy pojawiła się Jenny, spóźniona zaledwie pięć minut, Laine była już gotowa.
Żona miejscowego stróża prawa przywodziła na myśl psotnego aniołka. Była krągła i miękka, różowo-biała, miała piwne oczy o lekko uniesionych zewnętrznych kącikach. Gęste czarne włosy spinała często, tak jak dzisiaj, w luźny kok na czubku głowy. Ubrana była w obszerny czerwony sweter, rozciągnięty na wystającym brzuchu, workowate dżinsy i stare martensy.
Stanowiła absolutne przeciwieństwo Laine: nieporządna, impulsywna, niezdyscyplinowana, prawdziwa emocjonalna trąba powietrzna. Dokładnie za taką przyjaciółką Laine tęskniła przez całe dzieciństwo. I uważała tę znajomość za jeden z najcudniejszych uśmiechów losu.
-?Umieram z głodu -?oznajmiła Jenny. -?A ty? -?Rzuciła na ladę pudełko z logo piekarni i gorączkowym ruchem rozdarła wieczko. -?Ślinka mi leci od samego zapachu. Myślałam, że nie dojdę, chociaż od Krosena to przecież dwa kroki. Mało brakowało, a zaczęłabym wyć. -?Wepchnęła do ust większą część ciastka z galaretką. -?Martwiłam się o ciebie. Co prawda zapewniałaś mnie wczoraj, że wszystko w porządku, to tylko ból głowy i nie ma o czym mówić, i tak dalej, ale przez telefon można sobie gadać, co się chce. A ja się o ciebie martwię i już.
-?Nic mi się nie stało. To wszystko było straszne, ale jakoś przeżyłam.
Jenny podsunęła jej pudełko.
-?Zjedz coś słodkiego.
-?Boże... Czy ty wiesz, ile trzeba się potem namęczyć, żeby to zrzucić z bioder?
Jenny tylko się uśmiechnęła, a Laine sięgnęła po ciastko z kremem.
-?Daj spokój, twoje biodra zniosą to jedno ciastko. -?Okrągłymi ruchami pogładziła wystający brzuch. -?Coś mi się zdaje, że mało dzisiaj spałaś.
-?Jakoś nie mogłam się ułożyć. -?Choć bardzo się starała nie patrzeć w stronę okna, jednak zerknęła na witrynę. -?Byłam ostatnią osobą, z jaką rozmawiał, a spławiłam go, bo miałam klientów!
-?Wyobrażasz sobie, jak się dzisiaj czuje Missy? A w końcu nie jest bardziej winna niż ty. -?Ruszyła na zaplecze kaczkowatym chodem charakterystycznym dla ciężarnych i po chwili wróciła z dwoma kubkami. - Popij ten cukier herbatą. Przyda ci się trochę energii, bo inaczej nie wytrzymasz tej karuzeli, jaka się zacznie minutę po otwarciu. Zajrzy tu każda żywa dusza.
-?Wiem.
-?Vince nie zamierza puszczać pary z ust, póki nie dowie się czegoś konkretnego, ale plotka i tak się rozejdzie, a w końcu my też mamy prawo wiedzieć.
Zaczyna się, pomyślała Laine.
-?Co mamy prawo wiedzieć?
-?No, na przykład, jak się nazywał. Bo przecież nie tak, jak na tej wizytówce, co ci ją dał.
-?Słucham?
-?Na prawie jazdy i na kartach kredytowych znajdowało się inne imię i nazwisko -?ciągnęła Jenny podekscytowana. -?Na wizytówce był pseudonim. Naprawdę nazywał się William Young. Mało tego, to dawny skazaniec.
Laine z przykrością słuchała, jak mężczyznę, którego wspominała tak ciepło, nazywano dawnym skazańcem, jakby to określenie najpełniej go charakteryzowało. Nienawidziła siebie za to, że nie zrobiła nic, by go bronić.
-?Żartujesz. Ten kurdupel?
-?Kradzież, oszustwo, paserstwo -?tyle mu udowodniono. Z tego, co mi się udało wydobyć od Vince'a, podejrzewano go o znacznie więcej. Zawodowy kryminalista. A do nas przyjechał pewnie po to, żeby obrobić jakiś sklep!
-?Jenny, oglądasz stanowczo za dużo kryminałów.
-?Nieprawda! Kto wie, co by się stało, gdybyś była tutaj sama! A gdyby miał broń?
Laine strzepnęła cukier z palców.
-?A miał?
-?No nie, nie miał... Ale mógł mieć. Mógł cię obrabować.
-?Zawodowy kryminalista miałby się fatygować aż do Angel's Gap, żeby obrabować mój sklep? Rany, reklama w Internecie rzeczywiście czyni cuda.
Jenny bardzo chciała zrobić oburzoną minę, ale nie zdołała i wybuchnęła śmiechem.
-?Dobra, niech ci będzie, pewnie nie planował skoku i nie chciał obrabować twojego ukochanego kramu.
-?Będę zobowiązana, jeśli przestaniesz nazywać mój sklep kramem.
-?Tak czy inaczej, coś planował. Dał ci wizytówkę, no nie?
-?Owszem, ale...
-?Więc może miał nadzieję, że sprzeda u ciebie jakieś skradzione rzeczy. Kto przy zdrowych zmysłach szukałby w takim miejscu gorącego towaru? To samo powiedziałam Vince'owi: pewnie niedawno zrobił skok, a że jego normalny kanał się zablokował albo coś w tym stylu, musiał szukać sposobu, żeby się pozbyć trefnych gadżetów, i to pewnie szybko.
-?I ze wszystkich sklepików z antykami na tym świecie wybrał właśnie mój! -?Roześmiała się Laine, ale serce podeszło jej do gardła, bo kto wie, może faktycznie taka była przyczyna pojawienia się Willy'ego na jej progu.
-?No wiesz, gdzieś musiał pójść, dlaczego akurat nie tu?
-?Bo to życie, a nie serial telewizyjny?
-?Musisz przyznać, że to dziwne.
-?Tak, przyznaję, to dziwne i smutne. Ale, ale: wybiła dziesiąta. Otwieramy -?i zobaczymy, co przyniesie dzień.
Tak jak oczekiwała, pojawili się plotkarze i ciekawscy żądni sensacji. Jenny świetnie sobie radziła: z zapałem omawiała kolejne teorie, a jednocześnie cudownie zajmowała się sprzedażą. Laine stchórzyła. Zasłaniając się papierkową robotą, uciekła na zaplecze, zostawiła obsługę klientów pomocnicy. Niestety, udało jej się skraść tylko dwadzieścia minut.
-?Chodź. -?Jenny wetknęła głowę w drzwi prowadzące na zaplecze. -?Musisz zobaczyć to zjawisko.
-?Jeżeli to nie pies żonglujący w czasie jazdy na jednokołowym rowerze, nie odrywaj mnie od pracy.
-?Co tam pies! Lepszy cyrk! -?Jenny spojrzała przez ramię i wróciła do sklepu, zostawiając otwarte drzwi.
Ciekawość zwyciężyła, Laine wyszła z zaplecza.
Trzymał w ręku zielony kielich z grubego szkła. Oglądał go pod światło. Kruchy przedmiot wydawał się zbyt delikatny, zbyt kobiecy dla wysokiego mężczyzny, ubranego w zniszczoną kurtkę lotniczą i sportowe buty. Ale ten wyjątkowy okaz odstawił naczynie z niespotykaną delikatnością i podniósł drugie, identyczne, by je poddać równie uważnym oględzinom.
-?Mmm... -?Jenny wydała taki sam dźwięk jak wówczas, gdy z apetytem spoglądała na ciastko z galaretką. -?No, z takiego źródła każda kobieta chętnie będzie piła wielkimi haustami.
-?Ciężarna kobieta i w dodatku mężatka nie powinna się ślinić na widok obcych mężczyzn.
-?Jestem ciężarną kobietą i mężatką, ale nie ślepym bezguściem.
-?Niech ci będzie. -?Laine trąciła przyjaciółkę łokciem. -?Dosyć tego. Do roboty.
-?Ty się nim zajmij. Ja muszę wyjść. Wiesz, jak to ciężarna kobieta, na siusiu.
Zanim Laine zdążyła zaprotestować, Jenny zniknęła. Nie było się o co złościć, sytuacja wydawała się raczej zabawna.
-?Dzień dobry -?powitała klienta.
Oczywiście miała na twarzy uśmiech sympatycznej sprzedawczyni.
Odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy.
Nagle świat zawirował i nogi się pod nią ugięły. Odniosła wrażenie, jakby coś wysysało jej z głowy wszystkie sensowne myśli, a na ich miejscu zostało jedynie: O rany! O kurczę! No, no, no!
-?Witam. -?Nadal trzymał w ręku szkło.
Ma oczy jak tygrys, pomyślała Laine nieprzytomnie. Wielkie, groźne, drapieżne. I ten półuśmieszek, z jakim szacował ją wzrokiem... Obudził w niej pożądanie! Zaskoczona własną reakcją roześmiała się cicho i pokręciła głową.
-?Przepraszam, zamyśliłam się. Pan coś kolekcjonuje?
-?Jeszcze nie. Za to moja mama, owszem.
-?Rozumiem. -?Dba o mamę! Przesłodki! -?Interesuje ją coś szczególnego?
Pokazał w uśmiechu wszystkie zęby, a Laine raptem straciła resztki przytomności umysłu.
-?Nie ogranicza się do konkretnej dziedziny. Ceni sobie różnorodność i niespodzianki. Ja też. -?Odstawił szkło. -?Podobałoby jej się tutaj.
-?Słucham?
-?Pani sklepik to raj dla kolekcjonera.
-?Dziękuję.
Podobnie jak ty, pomyślał Max całkiem niespodziewanie. Taka promienna. Włosy, oczy, uśmiech... Śliczna jak deser truskawkowy, ale o niebo bardziej seksowna. Nie tak jak ta brunetka, wylewna, prawie trywialna, o nie... Ta jest dyskretna, zaskakująca, intrygująca...
-?Pan z Georgii? -?spytała.
Leciutko uniósł lewą brew.
-?Brawo.
-?Poznałam po wymowie. Znam się na tym. Szuka pan prezentu urodzinowego dla mamy?
-?Przestała obchodzić urodziny jakieś dziesięć lat temu. Od tamtej pory ten dzień roku nazywamy po prostu dniem Marlene i nie liczymy upływających lat.
-?Mądra kobieta. Te kielichy, które pan oglądał, to fragment zastawy do podwieczorku, nieczęsto można je znaleźć. Rzadko się spotyka cały komplet, sześć sztuk, na dodatek w takim stanie. Zaproponuję panu korzystną cenę.
Znowu wziął do ręki szkło, ale patrzył na Laine.
-?Powinienem się targować?
-?Tak każe dobry obyczaj. -?Przysunęła się o krok, podniosła drugi kieliszek, pokazała mu przyklejoną pod spodem cenę. -?Jak pan widzi, są po pięćdziesiąt za sztukę, ale jeśli weźmie pan komplet, oddam za dwieście siedemdziesiąt pięć.
-?Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale... ślicznie pani pachnie. -?Zapach był przytłumiony, subtelny, niezauważalny aż do chwili, gdy mocno uderzył w nozdrza. -?Naprawdę urzekająco. Dwieście dwadzieścia pięć.
Nigdy w życiu nie flirtowała, zwłaszcza z klientami, tym razem jednak, sama nie zdając sobie z tego sprawy, odwróciła się do niego, stając nieco bliżej niż przy jakimkolwiek innym kupującym i uśmiechnęła się ciepło wprost do tych groźnych oczu drapieżnika.
-?Cieszę się, że się panu podobają. Jeśli wezmę dwieście sześćdziesiąt, dam się obrabować.
-?Proszę dorzucić przesyłkę do Savannah i kolację w moim towarzystwie, a dobijemy targu.
Strasznie dawno, stanowczo zbyt dawno czuła ostatni raz ten wewnętrzny dreszcz niepokojący ciało.
-?Dzisiaj dostawa oraz drink, z uwzględnieniem możliwości kolacji w terminie późniejszym. To uczciwa oferta.
-?Rzeczywiście. O siódmej? Może w Hotelu Strudzony Podróżnik? Mają tam ponoć dość sympatyczny bar.
-?Jak najbardziej. Może być o siódmej. Jak pan chce zapłacić?
Podał jej kartę kredytową.
-?Max Gannon -?przeczytała. -?Tak po prostu: Max? Nie Maxwell, Maximillian, Maxfield? -?Skrzywił się lekko, a ona wybuchnęła śmiechem. -?Czyli Maxfield, jak Maxfield Parrish.
-?Zwyczajnie Max -?oznajmił stanowczo.
-?Niech będzie "zwyczajnie Max" -?zgodziła się gładko. -?Mam kilka bardzo dobrze oprawionych plakatów Parrisha.
-?Zapamiętam.
Weszła za ladę, położyła na blacie formularz dostawy.
-?Proszę to wypełnić, wyślemy towar dziś po południu.
-?I jeszcze operatywna. -?Oparł się na kontuarze i zaczął wypełniać rubryczki. -?Pani już wie, jak się nazywam. Powie mi pani coś o sobie?
-?Nazywam się Laine Tavish.
Ciągle uśmiechnięty, podniósł na nią oczy.
-?Zwyczajnie Laine? Nie Elaine?
Nawet nie mrugnęła.
-?Zwyczajnie Laine. -?Wstukała należność w kasę i podała mu uroczą kartkę na życzenia. -?Opakujemy prezent odświętnie i dołączymy tę wizytówkę, jeśli zechce pan do mamy napisać kilka słów.
W tej chwili odezwał się dzwonek nad drzwiami i do sklepu weszły bliźniaczki.
-?Laine -?Carla zmierzała prosto do lady. -?Jak się trzymasz?
-?Dobrze. Doskonale. Zaraz do was podejdę.
-?Martwiłyśmy się o ciebie, prawda, Darlo?
-?O tak, i to bardzo.
-?Niepotrzebnie -?zawołała Jenny dziwnie wystraszona. Interludium z Maxem pozwoliło jej zapomnieć o smutku i niepokoju, a teraz znów przypomniała sobie o Willym. -?Zaraz przyniosę wasze drobiazgi, tylko skończę.
-?Nie śpiesz się. -?Carla przekrzywiła głowę, żeby przeczytać miejsce dostawy. -?Nasza kochana Laine jest dumna z jakości obsługi - poinformowała Maxa.
-?I jakości dostawy także, jak sądzę. Drogie panie, stanowicie prawdziwą ucztę dla oka.
Bliźniaczki równocześnie spiekły raka.
-?Pańska karta -?odezwała się Laine. -?I rachunek.
-?Dziękuję pani.
-?Mam nadzieję, że prezent spodoba się mamie.
-?Na pewno. -?Zaśmiał się do niej samymi oczami i zwrócił do bliźniaczek: -?Żegnam panie.
Trzy kobiety odprowadziły go wzrokiem. Po jego wyjściu dłuższy czas panowała cisza, aż wreszcie Carla wypuściła długo wstrzymywany oddech.
-?O rrrany -?powiedziała. I nic więcej.
Max spoważniał od razu za progiem.
Nie ma powodu, żebym czuł się winny, przekonywał sam siebie. Zaproszenie atrakcyjnej kobiety na drinka to nic szczególnego, zwykła uprzejmość oraz jego niezaprzeczalne prawo jako samotnego mężczyzny bez szczególnych zobowiązań.
A poza tym w ogóle nie miał przekonania do poczucia winy. Kłamstwo, mijanie się z prawdą, udawanie i oszustwo stanowiły część jego pracy. Przy tym należało także pamiętać, że w zasadzie przecież jej nie okłamał... na razie.
Wkrótce stanął w miejscu, skąd doskonale widać było fragment ulicy, gdzie Willy stracił życie.
Okłamie ją jedynie wówczas, gdy się okaże, że jest w to wszystko zamieszana. A jeśli jest, to kłamstwa będą tylko drobnym preludium do koszmarnego ciągu dalszego.
Martwił go brak pewności, brak nawet najlżejszego przeczucia. Zwykle miał nosa do takich spraw, właśnie dlatego był taki dobry w swoim fachu. Tymczasem Laine Tavish otumaniła go tak kompletnie, że nie czuł nic poza słodkim, wszechogarniającym zawrotem głowy, grożącym kompletnym odurzeniem.
Gdy udawało mu się wyrzucić z pamięci wielkie błękitne oczy oraz kuszący uśmiech i skupić się na rachunku prawdopodobieństwa, dochodził do wniosku, że ta kobieta siedzi w całej sprawie po samą smukłą szyję. A on zawsze wierzył rachunkowi prawdopodobieństwa. Willy złożył jej wizytę, następnie zaś gwałtownie zakończył życie tuż przed jej sklepem. Wystarczy się dowiedzieć, dlaczego tak się stało, a będzie to duży krok w stronę błyskotliwego, a nawet lśniącego zakończenia tej historii.
Gdyby natomiast musiał wykorzystać Laine, żeby do tego końca dotrzeć, takie zawroty głowy byłyby mocno niewskazane.
Wrócił do hotelu, wyjął z kieszeni rachunek i starannie wyselekcjonował odciski palców. Znalazł całkiem przyzwoity ślad kciuka oraz palca wskazującego. Zeskanował je i wysłał do przyjaciela, który pchnie sprawę dalej, nie zadając zbędnych pytań.
Potem usiadł wygodniej, ułożył palce jak pianista szykujący się do koncertu i włączył się do ruchu na informatycznej autostradzie.
Pogrążony w pracy wypił kawę, zjadł kanapkę z kurczakiem i poprawił naprawdę całkiem przyzwoitą szarlotką. Znalazł domowy adres Laine, a gdzieś między telefonem i e-mailem informację, że kupiła dom oraz założyła sklepik na Market Street przed czterema laty. Poprzednio mieszkała w Filadelfii. Jeszcze odrobina poszukiwań i okazało się, że zajmowała wtedy lokal w apartamentowcu.
Posługując się metodami nie do końca etycznymi, poświęcił jeszcze trochę czasu na zapoznanie się z życiorysem Laine Tavish i w końcu zaczął uzyskiwać dość spójny obraz. Edukację ukończyła w Pensylwanii. Była wtedy pod opieką rodziców: Marilyn i Roberta Tavishów.
Dziwne. Max w zamyśleniu zabębnił palcami o blat biurka. Żona Jacka O'Hary ma... czy też może miała na imię Marilyn. Czy to aby odrobinę nie za duży zbieg okoliczności?
-?Siedzisz w tym po uszy, ślicznotko -?mruknął i zdecydował, że czas poważniej zabrać się do roboty.
Znał różne sposoby i sposobiki na wydobycie szczątków informacji, które prowadziły do kolejnych równie niewielkich, lecz istotnych fragmentów wiedzy. Pozwolenie na prowadzenie handlu antykami pani Laine Tavish było, zgodnie z wymogami prawa, umieszczone w sklepie na widocznym miejscu. Numer licencji posłużył Maxowi jako odskocznia. Kilka finezyjnych posunięć doprowadziło go do jej wniosku o wydanie dokumentu oraz numeru ubezpieczenia.
To mu wystarczyło. Korzystając z cyfr, intuicji oraz prowadzony nienasyconą ciekawością, wyśledził swój obiekt, dotarł aż do jej domu, w archiwach sądowych odszukał nazwę banku udzielającego kredytu, a gdyby złamał jeszcze kilka paragrafów, dotarłby nawet do podania o pożyczkę.
Byłaby to interesująca rozrywka, bo Max uwielbiał wykorzystywać możliwości podsuwane przez współczesną technologię, ale dowiedziałby się jedynie, skąd pochodziła, a nie, co się z nią działo teraz.
Cofnął się do jej rodziców i zatonął w poszukiwaniach, które -?jak się wkrótce okazało -?wymagały zamówienia drugiego dzbanka kawy. Kiedy w końcu odnalazł Roberta oraz Marilyn Tavishów w Taos, w stanie Nowy Meksyk, pokręcił głową z powątpiewaniem.
Laine nie pasowała mu na mieszkankę zachodu. Nie. Stanowczo pochodziła ze wschodu, z jakiegoś dużego miasta. Tymczasem gdy tak o tym rozmyślał, dotarł do informacji, że Bob i Marilyn są właścicielami czegoś o nazwie Rundka, co okazało się knajpką z grillem, ulokowaną na zachodzie kraju i reklamowaną na odrębnej stronie w Sieci.
Dzisiaj już każdy ma swoją stronę, pomyślał Max.
Znajdowało się na niej nawet zdjęcie szeroko uśmiechniętej pary właścicieli obok gigantycznego kartonowego kowboja z lassem. Max powiększył i wydrukował fotografię, następnie ruszył dalej w internetową dżunglę. Menu wyeksponowane na wirtualnej stronie robiło nienajgorsze wrażenie, a "Diabelnie ostry sos Roba" można było zamówić drogą elektroniczną.
Rob, zanotował sobie w pamięci Max. Nie Bob, tylko Rob.
Zadowoleni z życia, uznał, przyglądając się odbitce. Zwykli ludzie pracy, prowadzący własny interes. Marilyn Tavish nie wyglądała ani na byłą żonę złodzieja i oszusta, ani na podejrzaną wspólniczkę tego szachraja, który nie tylko snuł zuchwałe plany, ale i dążył do ich spełnienia. Sprawiała raczej wrażenie kobiety, która z przyjemnością przyszykuje kanapkę, a potem z uśmiechem na ustach pójdzie wieszać pranie.
Zanotował, że Rundka działa od ośmiu lat, co oznaczało, że musieli zacząć prowadzić interes, kiedy Laine była w college'u. Na chybił trafił zalogował się na stronie lokalnej gazety, zanurkował w archiwa i szperał w poszukiwaniu Tavishów.
Znalazł aż sześć takich rodzin, co go nieco zdziwiło. O pierwszej z nich wspomniano przy okazji otwarcia restauracji. Przeczytał uważnie cały artykuł, zwracając baczną uwagę na wtręty zdradzające szczegóły życia osobistego opisywanych osób. Takie jak ten, że Tavishowie byli małżeństwem od sześciu lat, że poznali się, według autora artykułu w Chicago, gdzie Marilyn pracowała jako kelnerka, a Rob sprzedawał samochody marki Chrysler. Znalazła się tam także krótka wzmianka o córce, która na Wschodnim Wybrzeżu kończyła college na wydziale handlu. Rob zawsze marzył o otwarciu własnego interesu i tak dalej, w końcu namówił żonę, by wykorzystała swoje kulinarne talenty profesjonalnie, a nie tylko karmiąc przyjaciół i sąsiadów na piknikach.
W innych artykułach Max znalazł informacje o zainteresowaniu Roba miejscową polityką; Marilyn natomiast związała się z radą artystyczną Taos. Kolejne zdjęcie upamiętniało obchody piątej rocznicy istnienia Rundki, przyjęcie na świeżym powietrzu, połączone z przejażdżkami na kucykach dla dzieci.
A także rozpromienioną parę, obejmującą roześmianą Laine.
Jezu, była niesamowita. Głowę odrzuciła do tyłu, serdecznie obejmowała matkę w pasie, a ojczyma za ramiona. Ubrana była w bluzkę koszulową w kowbojskim stylu, z frędzlami przy kieszeniach, co, nie wiedzieć czemu, Maxa potwornie rozzłościło.
Patrząc na matkę i córkę, nietrudno było się doszukać podobieństw: te same oczy, identyczne usta... Ale włosy córka wzięła po ojcu. Po Wielkim Jacku. Teraz już Max nie miał żadnych wątpliwości.
Wszystko zgadzało się w czasie aż za dobrze. Marilyn O'Hara wystąpiła o rozwód, kiedy Jack odsiadywał krótki wyrok w stanie Indiana. Zabrała dziecko i wyniosła się do Jacksonville na Florydzie. Władze miały na nią oko przez kilka miesięcy, ale zachowywała się wzorowo, pracowała jako kelnerka.
Jakiś czas jeździła trochę po kraju. Teksas, Filadelfia, Kansas. W którymś momencie zniknęła, spadła z radaru, niecałe dwa lata przed ślubem z Robem.
Może chciała zacząć wszystko od początku. Dla dobra dziecka, dla własnego spokoju. A może wszystko to było jednym wielkim oszustwem.
Max postanowił dotrzeć do prawdy.
3
Co mnie napadło? To nie w moim stylu.
Jenny zerknęła nad ramieniem Laine na ich wspólne odbicie w łazienkowym lustrze.
-?Wybierasz się na drinka z nieziemskim przystojniakiem. To nie jest problem, który trzeba koniecznie przedyskutować z psychoterapeutą.
-?Nawet nie wiem, kim on właściwie jest. -?Laine odłożyła szminkę, choć nie zrobiła z niej użytku. -?A mimo to poleciałam na niego. Na litość boską, podrywałam go we własnym sklepie!
-?Jeżeli kobieta nie może poderwać seksownego faceta nawet we własnym sklepie, to gdzie? Umaluj usta. -?Spojrzała na psa, który walił ogonem w podłogę. -?Widzisz, Henry się ze mną zgadza.
-?Powinnam zadzwonić do hotelu i zostawić mu wiadomość, że nie mogę przyjść.
-?Laine, łamiesz mi serce. -?Jenny podała jej szminkę. -?Maluj.
-?Jakim cudem namówiłaś mnie do zamknięcia sklepu pół godziny wcześniej? W dodatku nie musiałaś się specjalnie wysilać. I jeszcze przyjechałam do domu, żeby się przebrać... Od razu wiadomo, że traktuję to spotkanie jak randkę.
-?A co w tym złego?
-?Chyba nic... -?Laine wreszcie pociągnęła wargi szminką i zastygła bez ruchu, wpatrując się w pomadkę. -?Nie mogę zebrać myśli. On mnie... zwalił z nóg. Miałam ochotę zedrzeć mu koszulę i zjeść go żywcem.
-?Będziesz miała okazję.
Laine obróciła się ze śmiechem.
-?Nic z tego. Wypijemy drinka, nie ma sprawy. Byłabym nieuprzejma, gdybym się nie zjawiła. Ale zaraz potem zdrowy rozsądek znowu dojdzie do głosu, wrócę grzecznie do domu i tak się zakończy ta dziwaczna przygoda. -?Rozłożyła ręce na boki. -?Jak wyglądam, ujdzie w tłoku?
-?Lepiej.
-?Lepiej niż "ujdzie w tłoku" oznacza: dobrze. Czas już na mnie.
-?Idź. Ja zamknę Henry'ego w przedpokoju, bo jak się zaczniecie żegnać, to będzie cię czuć psem, a nie perfumami. Jedź już, ja wszystko pozamykam.
-?Dzięki. Wdzięczność po grób. I za wsparcie moralne też. Czuję się jak skończona idiotka.
-?Słuchaj, jeśli będziesz miała ochotę przedłużyć miły wieczór, to tylko do mnie zadzwoń. Zabiorę Henry'ego, pobyczymy się razem.
-?Dziękuję ci, ale niczego nie będę przedłużała. Jeden drink. Za godzinę wracam. -?Cmoknęła Jenny w policzek, a potem, ryzykując jednak przesiąknięcie zapachem eau de Henry, ucałowała psa w pysk tuż nad nosem. -?Do jutra! -?zawołała, ruszając w stronę schodów.
Zachowała się niemądrze, przyjeżdżając do domu tylko po to, by zaraz wracać do miasta, ale cieszył ją ten nierozsądny krok. Choć nawet Jenny nie zdołała jej przekonać do włożenia małej czarnej -?bo to mówiłoby o jej stosunku do tej randki stanowczo zbyt wiele -?cieszyła się, że zmieniła ubranie. W miękkim swetrze koloru spokojnej leśnej zieleni było jej wyjątkowo do twarzy, a jest to strój na tyle niedbały, że na pewno nie będzie wysyłała żadnych fałszywych sygnałów.
Chociaż na razie nie miała pojęcia, jakie właściwie sygnały chciałaby wysyłać...
Wchodząc do hotelu, przeżyła chwilę niepewności. W zasadzie nie potwierdzili spotkania. Całe to umawianie się było kwestią impulsu, takie to dla niej nietypowe... Co będzie, jeśli on w ogóle nie przyjdzie? Albo, co gorsza, zejdzie do baru i będzie zaskoczony jej widokiem? Niezadowolony? Zły...?
Fatalnie. Skoro tyle nerwów kosztowało ją coś tak nieskomplikowanego jak wypicie drinka w sympatycznym hotelowym barze, wniosek nasuwał się tylko jeden: stanowczo za rzadko umawiała się na randki.
Weszła przez drzwi z rżniętymi szybami i uśmiechnęła się do kobiety za barem z czarnego dębu.
-?Cześć, Jackie.
-?Witaj, Laine. Co ci podać?
-?Na razie nic. -?Rozejrzała się po nastrojowo mrocznym wnętrzu, przesunęła wzrokiem po kanapach i krzesłach obitych czerwonym pluszem. Dostrzegła kilku biznesmenów, dwie pary i trzy młode kobiety, najwyraźniej rozpoczynające rozrywkową noc od wymyślnego drinka. Maxa Gannona nie było.
Usiadła przy stoliku, tak że mogła obserwować drzwi. Sięgnęła po menu tylko po to, żeby coś zrobić z rękami, jednak w pół gestu zmieniła zdanie, bo doszła do wniosku, że wyglądałaby na znudzoną. Albo głodną. Boże!
W końcu wyjęła z torebki telefon komórkowy i zadzwoniła do automatycznej sekretarki w domu. Nie było nowych wiadomości i nic dziwnego, wyszła stamtąd najwyżej przed dwudziestoma minutami. Były tylko dwa głuche połączenia, w odstępie kilku minut.
Ściągnęła brwi, zastanawiając się nad ich przyczyną.
-?Złe wieści? -?usłyszała nad sobą głos Maxa.
-?Nie. -?Jednocześnie zadowolona i niespokojna rozłączyła się, a potem wrzuciła telefon do torebki. -?Nic ważnego.
-?Spóźniłem się?
-?Nie, to ja jestem irytująco punktualna. -?Zaskoczył ją, bo usiadł obok niej, na niewielkiej kanapie, zamiast, jak się spodziewała, zająć miejsce na krześle po przeciwnej stronie stolika. -?Nic na to nie poradzę.
-?Wspominałem już, że ślicznie pachniesz?
-?Owszem. Za to ja jeszcze cię nie spytałam, co robisz w Angel's Gap.
-?Muszę tu załatwić kilka spraw. Poszczęściło mi się i zostanę jeszcze parę dni. Ze względu na miejscowe atrakcje.
-?Nietrudno cię zrozumieć. -?Już nie była zdenerwowana, nawet się trochę dziwiła, czemu przedtem miała takie obiekcje. -?Na pewno nie będziesz się nudził. Mamy piękne szlaki górskie, jeśli lubisz chodzić, to prawdziwa gratka.
-?A ty? -?Musnął palcami grzbiet jej dłoni. -?Lubisz górskie wycieczki?
-?Nie bardzo mam na nie czas. Prowadzenie sklepu wymaga sporo pracy. A czym ty się zajmujesz?
-?Zarabiam na życie. -?Podniósł wzrok na kelnerkę, która akurat podeszła do ich stolika.
-?Co mogę podać?
Była nowa, Laine jej nie znała.
-?Bombay martini z dwiema oliwkami, na lodzie -?zdecydowała Laine.
-?Brzmi nieźle. Niech będzie razy dwa. -?Gdy kelnerka odeszła, zwrócił się znów do Laine. -?Mieszkasz tu od urodzenia?
-?Nie, ale szczerze mówiąc, nie miałabym nic przeciwko temu. To miasteczko jest miłe, bo ma zalety i miasta, i wsi, a wad ani jednego, ani drugiego. Poza tym lubię góry. -?Trzeba przyznać, że nieźle sobie radziła w tej części rytuału związanego z randkami. Nie miała aż tak długiej przerwy. -?Ty nadal mieszkasz w Savannah?
-?W zasadzie przeprowadziłem się do Nowego Jorku, ale sporo podróżuję.
-?Dlaczego?
-?Dlatego, że takie mam zajęcie i dlatego że lubię. Pracuję w ubezpieczeniach, ale nie bój się, nie sprzedaję polis.
Pojawiła się kelnerka ze szklankami i szejkerami na tacy. Nalała drinki. Ustawiła na stole srebrną miseczkę ze słodzonymi orzeszkami i dyskretnie się wycofała.
Laine podniosła szklankę i uśmiechnęła się do Maxa.
-?Za twoją mamę.
-?Dziękuję w jej imieniu. -?Stuknął szklanką o jej martini i oboje upili po łyku. -?Jak to się stało, że masz sklep z antykami?
-?Marzył mi się własny interes. Zawsze lubiłam starocie, pociąga mnie ich historia, korzenie. Nie mam nic przeciwko robocie papierkowej, ale nie chciałam całymi dniami przesiadywać w biurze. -?Zupełnie rozluźniona, odstawiła szklankę i obróciła się nieco, by nie siedzieć bokiem i móc na niego patrzeć. -?Lubię kupować i sprzedawać, lubię obserwować, jak ludzie kupują i sprzedają. Złożywszy to wszystko razem i przemyślawszy sprawę, otworzyłam Skarby Przeszłości. Teraz ty: w jakich ubezpieczeniach siedzisz?
-?Głównie dużych firm. Sama nuda. Masz w okolicy rodzinę?
Aha, pomyślała. Nie bardzo ma ochotę opowiadać o pracy.
-?Rodzice mieszkają w Nowym Meksyku. Przeprowadzili się tam parę lat temu.
-?Masz jakieś rodzeństwo?
-?Nie, jestem jedynaczką. A ty?
-?Mam brata i siostrę. Dzięki nim przybyło mi dwóch bratanków i siostrzenica.
-?Zazdroszczę ci -?wyznała szczerze. -?Zawsze chciałam mieć liczną rodzinę, tęskniłam za gwarem, wspólnymi kłopotami, przyjaźniami, współzawodnictwem...
-?O tak, tego wszystkiego nam nie brakuje. Wracając do ciebie: skoro nie pochodzisz z tych stron, to gdzie się wychowywałaś?
-?Często się przeprowadzaliśmy. Ojciec miał taką pracę.
-?Skąd ja to znam... -?Przegryzł orzeszek i podjął lekkim, obojętnym tonem. -?A co robił?
-?Pracował... w handlu. -?Jak inaczej określić jego zajęcie w cywilizowanym towarzystwie? -?Potrafił diabłu ogień sprzedać.
Usłyszał w jej głosie nutkę dumy, za to w oczach dostrzegł cień smutku.
-?Zmienił zawód?
Milczała chwilę, upiła ze szklanki długi łyk, by zyskać czas do namysłu.
Jak najbliżej prawdy, upomniała się w duchu.
-?Rodzice otworzyli restauracyjkę w Taos. To dla nich coś w rodzaju emerytury. Oboje uwielbiają to zajęcie. Cieszą się jak dzieci.
-?Tęsknisz za nimi.
-?To prawda, ale nie byłabym tam szczęśliwa. No i wylądowałam tutaj. Kocham Angel's Gap. Czuję się tu naprawdę u siebie. Masz takie miejsce?
-?Pewnie tak. Tylko jeszcze go nie znalazłem.
Zatrzymała się przy nich kelnerka.
-?Jeszcze raz to samo?
Laine pokręciła głową.
-?Przyjechałam samochodem.
Max poprosił o rachunek, a potem ujął Laine za rękę.
-?Na wypadek, gdybyś zmieniła zdanie, zarezerwowałem stolik w restauracji. Laine, proszę cię, zmień zdanie i zjedz ze mną kolację.
Jakie on ma nieziemskie oczy. I ten aksamitny głos, jak bourbon z lodem... Mogłaby go słuchać bez końca. W zasadzie -?co w tym złego...?
-?Dobrze. Z przyjemnością.
*
Powtarzał sobie, że nie ma nic niewłaściwego w łączeniu pracy z przyjemnością, jeśli tylko pamięta się o priorytetach. Doskonale potrafił kierować rozmową, wydobywać informacje. A fakt, że był tą kobietą zainteresowany nie tylko zawodowo, lecz także prywatnie, nie miał żadnego wpływu na jakość pracy.
I nie będzie miał żadnego wpływu na jakość pracy.
Trudno mu było z taką samą pewnością, jaką miał jeszcze niedawno, twierdzić, że Laine Tavish jest uwikłana w sprawę. Ale ta zmiana osądu nie miała nic, ale to absolutnie nic wspólnego z tym, że go ciągnęło do Laine. Jej matka osiadła z mężem numer dwa w Nowym Meksyku, sama Laine zadomowiła się w Maryland, a Wielki Jack przepadł jak kamień w wodę.
Nie bardzo widział możliwość, żeby działali we trójkę. Znał się na ludziach na tyle dobrze, by widzieć, że sklep nie jest dla Laine Tavish tylko przykrywką. Uwielbiała go, kochała tę pracę i naprawdę podobało jej się w Angel's Gap.
Wszystko to jednak nie tłumaczyło ani wizyty Willy'ego, ani jego śmierci. Nie wyjaśniało także, dlaczego Laine nie wspomniała policji, że ofiara wypadku nie była jej obca. Ale to wcale nie świadczyło o jej winie.
Stanowczo nie miała ochoty opowiadać o swoim dzieciństwie, wyjątkowo gładko przeszła od ojca do ojczyma. Mniej uważny słuchacz mógłby odnieść wrażenie, że to ten sam człowiek.
Nie zająknęła się słowem na temat rozwodu rodziców. Udowodniła w ten sposób, że potrafi ukryć fakty, na których odsłanianiu jej nie zależało.
Nie bez żalu Max włączył do miłej rozmowy ducha Willy'ego Younga.
-?Słyszałem o tym wypadku, który się zdarzył pod twoim sklepem. - Zauważył, że kurczowo ścisnęła łyżeczkę, aż na moment pobielały jej kłykcie. Była to jedyna oznaka, że pytanie wywarło na niej większe wrażenie.
-?Tak, to naprawdę straszne. -?Teraz już spokojnie mieszała kawę zamówioną na koniec kolacji. -?Zdaje się, że nie zobaczył samochodu... okropnie wtedy lało.
-?Był w twoim sklepie?
-?Tak, właśnie ode mnie wyszedł. Nic nie kupił ani nie sprzedał, tylko się rozejrzał kilka chwil. Zamieniłam z nim wszystkiego dwa słowa, bo miałam innych klientów, a byłam sama; akurat dałam wolne Jenny, mojej pracownicy. Trudno kogokolwiek winić za to okropne zdarzenie. Po prostu fatalny przypadek.
-?Ten człowiek był miejscowy?
-?W moim sklepie zjawił się pierwszy raz. -?Patrzyła mu prosto w oczy. - Może chciał się schować przed deszczem, pogoda była naprawdę paskudna.
-?Wiem coś na ten temat. Akurat wtedy prowadziłem po górach. Przyjechałem tu dosłownie dwie godziny po wypadku. Aż do wieczora wszędzie słyszałem tylko o tym zabitym i najróżniejsze wersje zdarzeń. Na przykład na stacji benzynowej dowiedziałem się, że był międzynarodowym złodziejem klejnotów uciekającym przed policją.
Oczy jej zawilgotniały, najwyraźniej ze smutku.
-?Międzynarodowy złodziej... -?szepnęła. -?Nie, wcale nie wyglądał na kogoś takiego. Ludzie gadają, co im ślina na język przyniesie.
-?To prawda. -?Po raz pierwszy od chwili przyjęcia zlecenia uwierzył, że Laine Tavish alias Elaine O'Hara nie miała rzeczywiście najmniejszego pojęcia, co jej ojciec wraz z Williamem Youngiem oraz jak dotąd niezidentyfikowaną trzecią osobą zrobili półtora miesiąca wcześniej.
Odprowadzając Laine do samochodu, zastanawiał się, w jaki sposób i do jakiego stopnia mógłby wykorzystać tę znajomość. Co zdradzić, a czego nie, kiedy nadejdzie właściwy czas.
Chociaż, szczerze mówiąc, nie był to najwłaściwszy temat do rozmyślań w ten wczesny wiosenny wieczór, gdy wiatr rozrzucał włosy Laine, odurzając go jej zapachem.
-?Zimno się zrobiło -?zauważył Max.
-?Noce mogą być chłodne aż do czerwca. Albo pogoda zmieni się w ciągu jednej chwili i już w maju będzie jak w piekarniku. -?A ty, przystojniaku, znikniesz, zanim noce zapomną o zimowych przymrozkach, dodała w myślach. Trzeba o tym pamiętać. Koniecznie zachować rozsądek. Zawsze była rozsądna. Niech to szlag. -?Dziękuję za miły wieczór. - Obróciła się twarzą do niego, przesunęła dłońmi po jego torsie, splotła mu je na karku i pociągnęła go w dół, do swoich ust.
Tego właśnie chciała i do diabła z rozsądkiem! Stęskniła się za tym uczuciem, za podniecającym ryzykiem, za przyśpieszonym biciem serca, jakie nieodmiennie wywoływał ten niebezpieczny krok. Żyła tak spokojnie. Tak nudno. Stale pod znakiem bezpieczeństwa.
O, teraz lepiej. Niecierpliwie nacierające na siebie wargi, natrętny język, ostre zęby, gorączka pożądania, o tak, to dużo lepsze niż bezpieczeństwo. Wreszcie czuła, że żyje, przypomniała sobie, jak to jest po prostu brać to, na co się ma ochotę.
Jak mogła zapomnieć ten dreszcz rozkoszy, budzący się, gdy robiła, co chciała, nie bacząc na konsekwencje?
Max już wiedział, że Laine potrafi zaskakiwać. Wiedział to od chwili, gdy pierwszy raz spojrzał jej prosto w oczy. Ale czegoś takiego się nie spodziewał. Nie było to słodkie cmoknięcie ani gładki buziaczek mieszczący się w granicach flirtu, ale wibrujący namiętnością pocałunek, który wrzucił jego pożądanie na piąty bieg.
W jednej chwili stała wtulona w niego całym jędrnym, kształtnym ciałem, zupełnie jakby byli parą rozbitków, a w następnej, mruknąwszy coś, trochę jak kot, poczęstowany śmietanką, wolno się odsunęła, niesamowitym, elastycznym ruchem, zdawałoby się niemającym początku ani końca, którego oszołomiony Max nie potrafił zatrzymać, bo zabrakło mu przytomności umysłu.
Oblizała wargi. Seksowne i wilgotne. Uśmiechnęła się.
-?Dobrej nocy, Max.
-?Zaraz, zaraz, chwileczkę! -?Położył dłoń na drzwiczkach wozu, zanim zdążyła je otworzyć. I tak został, oparty o samochód, jakby się bał, że straci równowagę.
Nadal się uśmiechała... miękkie usta, rozmarzone oczy... Miała teraz siłę, potężną moc -?oboje doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Jak to się stało, u licha ciężkiego?
-?Odsyłasz mnie tam -?głową kiwnął w stronę hotelu, mniej więcej w kierunku swojego pokoju -?samego? To nie w porządku.
-?Wiem. -?Leciutko przechyliła głowę i przyjrzała mu się uważnie. -?Nie chcę, ale muszę. Obojgu nam wyjdzie to na zdrowie.
-?Zapraszam cię na śniadanie. Nie, właściwie na jakąś nocną przekąskę. A, diabli tam, chodź, napijemy się brandy.
Roześmiała się głośno.
-?Wcale nie masz ochoty na brandy.
-?Fakt. Posłużyłem się nieszczególnie wyrafinowanym eufemizmem, zamiast zaprosić cię na dziką orgię. Chodź do hotelu. -?Pogładził ją po włosach. -?Tam jest ciepło.
-?Jest mi naprawdę, naprawdę bardzo przykro, ale nie mogę. -?Otworzyła drzwiczki, rozmyślnie rzuciła mu przez ramię prowokujące spojrzenie i wsiadła. -?Czeka na mnie Henry.
Cofnął się chwiejnie pół kroku, jakby go ktoś uderzył.
-?Aha.
Dusząc w sobie śmiech, zatrzasnęła drzwiczki, odczekała jeszcze chwilę i dopiero wtedy opuściła szybę.
-?Henry to mój pies. Dzięki za kolację, Max. Dobrej nocy.
Śmiała się całą drogę powrotną. Kiedy to ostatnio czuła się tak ożywiona? Spotkają się jeszcze, na pewno. A potem się zobaczy.
Włączyła radio na cały regulator i śpiewała z Sheryl Crow, prowadząc odrobinę za szybko. Beztroska była słodka i seksowna. Przyprawiała o gęsią skórkę.
Skręciła na swój podjazd i zatrzymała samochód przed domem. Lekki wiatr poruszał gałęziami drzew, które ledwo co zaczęły wypuszczać pąki, a pół księżyca oblewało srebrem lampki o bursztynowych szybkach. Zawsze zostawiała na ganku zapalone światło.
Kilka chwil siedziała w samochodzie, zachwycona muzyką i blaskiem księżyca, przypominając sobie każdy ruch i każdą nutę smaku tego niesamowitego pocałunku.
O, tak, stanowczo miała ochotę na następne spotkanie z Maxem Gannonem rodem z Georgii, mężczyzną o tygrysich oczach.
Ścieżkę wiodącą do wejścia pokonała z pieśnią na ustach. Otworzyła frontowe drzwi, rzuciła klucze na talerz, podłączyła komórkę do ładowarki, a potem spojrzała w stronę salonu.
Całe rozkoszne podniecenie momentalnie się ulotniło.
W pokoju panował nieopisany chaos. Otomana leżała wywrócona, rozprute poduszki walały się po podłodze, komódka z wiśniowego drzewa, służąca jako bufet, stała otwarta, całkowicie opróżniona. Trzy afrykańskie fiołki, które Laine wyhodowała od samego początku, ukorzeniając pojedyncze listki, zostały wyrwane z doniczek i ciśnięte w kąt, ziemię ktoś rozsypał po podłodze. Stoliki poprzewracane, szuflady wyciągnięte, oprawione szkice ze ścian walały się na dywanie.
Nieskończoną chwilę stała nieruchomo, jak zaklęta, jakby ten bezruch miał odwrócić bieg zdarzeń. To wcale nie jest tak. To nie jej dom, nie jej rzeczy, nie jej świat. Jej odrętwiały umysł przecięła straszna myśl, jedno słowo nabrzmiałe strachem.
-?Henry!
Depcząc po rozrzuconych w korytarzu przedmiotach, skoczyła do kuchni, pod stopami zazgrzytało jej jakieś potłuczone szkło i rozsypane jedzenie.
Gdy w odpowiedzi usłyszała głośne szczekanie, aż się popłakała z ulgi. Jednym szarpnięciem otworzyła na oścież drzwi do przedpokoju, skąd wypadł na nią rozdygotany, przerażony pies. Kucnęła, ledwo utrzymując równowagę na rozsypanym cukrze, i przycisnęła do siebie tę futrzastą kulę strachu na czterech łapach, która wpychała jej się na kolana.
-?Nic nam się nie stało -?szepnęła. Serce waliło jej jak młotem. - Jesteśmy cali i zdrowi. To najważniejsze. Nic nam się nie stało. - Gładziła Henry'ego od nosa po czubek ogona. -?Mój piesek najpiękniejszy! Moje kochanie! -?Mówiła do niego pieszczotliwymi słowami, jednocześnie dotykając kosmatego cielska, by się upewnić, że nie ma skaleczeń, że nie stała mu się żadna krzywda. Łzy spływały jej po policzkach. -?Dzięki Bogu! Nic ci nie zrobili.
Henry zaskomlał cicho i polizał swoją panią po twarzy. Wzajemnie szukali w sobie pocieszenia.
-?Trzeba wezwać policję. -?Laine ukryła twarz w ciepłej sierści. - Wezwiemy policję i spróbujemy popatrzeć, czy jest bardzo źle.
Było bardzo źle. Przez kilka godzin jej nieobecności włamywacz wyniósł z domu wiele rzeczy i narobił potwornych szkód. Poniszczył jej ukochane skarby, ukradł wartościowe drobiazgi, dotknął każdego przedmiotu, który przecież stanowił jej osobistą własność i obejrzawszy -?zabrał lub odrzucił.
Była kompletnie załamana, straciła poczucie bezpieczeństwa.
A potem narosła w niej złość.
Zanim pojawił się Vince, zrobiła się już przyzwoicie wściekła. Wolała ten gniew niż bezsilność. Było w nim coś potężnego, rodziła się z niego moc, znacznie bardziej przydatna niż zaskoczenie i strach.
Vince przede wszystkim zatroszczył się o nią samą.
-?Wszystko w porządku? -?Chwycił ją za ręce i ścisnął mocno.
-?Jestem cała, jeśli o to pytasz. Kiedy wróciłam do domu, już nikogo nie było. Henry siedział zamknięty w przedpokoju. Nie był dla nich groźny, więc zostawili go w spokoju. O rany, Jenny! Vince, jak wychodziłam, Jenny jeszcze tu była! Jeśli ją zastali...
-?Zdążyła wyjść. Jest cała i zdrowa. Opowiedz mi wszystko po kolei.
-?Dobrze. Już. -?Odetchnęła głęboko. -?Wróciłam mniej więcej o wpół do jedenastej. Otworzyłam frontowe drzwi, weszłam i zobaczyłam salon. - Gestem wskazała pomieszczenie.
-?Drzwi były zamknięte?
-?Tak.
-?Tam stłuczono szybę. -?Skinął głową w stronę okna wychodzącego na alejkę. -?Najwyraźniej tamtędy weszli. Widzę, że ukradli ci sprzęt grający.
-?I telewizor z pokoju na górze. A w kuchni miałam przenośny telewizorek, też go nie ma. Jeszcze nie sprawdzałam dokładnie, ale wygląda na to, że zabrali sprzęt elektroniczny i kosztowności. Mam komplecik całkiem niezłych brązów art déco, kilka innych ładnych drobiazgów, wszystko zostało. Zniknęła biżuteria, część była sztuczna. - Rozłożyła ręce.
-?A gotówka?
-?Kilkaset dolarów w szufladzie biurka. Aha, i ukradli komputer.
-?No i narobili potwornego bałaganu. Kto wiedział, że dzisiaj nie będzie cię w domu?
-?Jenny, facet, z którym wyszłam na drinka... W końcu zjedliśmy razem kolację. Mieszka w Hotelu Strudzony Podróżnik. Nazywa się Max Gannon.
-?Jenny powiedziała, że poznaliście się w sklepie nie dalej jak dzisiaj.
Gorąca fala zalała ją aż po szyję.
-?Vince, po prostu wypiliśmy po drinku i zjedliśmy razem kolację.
-?Przecież ja nic nie mówię. Laine, słuchaj, trzeba dokładnie sprawdzić twój dom, będziemy się tu kręcili jeszcze jakiś czas, może przenocujesz u nas?
-?Nie, wolę zostać u siebie. Ale dzięki za propozycję.
-?Nie ma sprawy. Jenny od razu mi powiedziała, że tak będzie. -?Słysząc podjeżdżający radiowóz, wielką dłonią lekko ścisnął ją za ramię i ruszył do drzwi. -?Będziemy się streszczać. Zacznij robić listę skradzionych rzeczy.
Poszła na górę, do gabinetu.
Henry zwinął się w kłębek i przycisnął do jej stóp. Zaczęła spisywać przedmioty, których brak już spostrzegła. Od czasu do czasu zaglądali z jakimś pytaniem a to Vince, a to inny policjant. W pewnym momencie nabrała ochoty na kawę, ale ponieważ cały zapas wylądował na kuchennej podłodze, pozostała jej tylko herbata w torebkach. Wypiła pełen dzbanek.
Doskonale zdawała sobie sprawę, że jej uczucia: strach, gniew, niepewność -?były klasyczną reakcją ofiary włamania, tak samo jak niedowierzanie, które stale dominowało nad wszelkimi innymi doznaniami. Nie w tym rzecz, by w Angel's Gap nie zdarzały się przestępstwa, ale takie włamanie, połączone ze złośliwym zniszczeniem wszystkiego, co w ręce wpadło, z pewnością było szczególnym przypadkiem.
A Laine odebrała tę napaść bardzo osobiście.
Minęła już pierwsza po północy, gdy wreszcie została sama. Vince proponował, że któryś z policjantów zostanie przed domem na straży, ale podziękowała za ochronę. Z wdzięcznością natomiast przyjęła propozycję zabezpieczenia stłuczonej szyby solidną deską.
Po wyjściu funkcjonariuszy pozamykała drzwi i okna na wszystkie zamki, a potem jeszcze raz je sprawdziła. Henry nie odstępował jej na krok. Już w czasie, gdy policjanci wykonywali swoją pracę, Laine ponownie zaczęła odczuwać gniew, który odsunął na bok zmęczenie. Wykorzystała tę energię na doprowadzenie kuchni do porządku.
Do ogromnego worka na śmieci powrzucała wszystkie potłuczone naczynia. Powstrzymywała łzy, napływające do oczu, gdy po raz ostatni brała do ręki kawałki tak starannie dobieranej kolorowej porcelany stołowej. Zmiotła cukier, kawę, mąkę, sól i herbatę, na koniec umyła mopem beżową terakotę.
Zmęczyła się. Wolnym krokiem poszła na górę do sypialni. A tam... łóżko odarte z pościeli, materac ściągnięty na podłogę, opróżnione szufladki ukochanej mahoniowej toaletki, wielkie dziury w starej skrzynce aptekarskiej, która pełniła funkcję szkatułki na biżuterię... Wrócił smutek.
Nie! Nie da się wypędzić z własnego domu, z własnej sypialni.
Z zaciśniętymi zębami wciągnęła materac z powrotem na łóżko. Powlokła pościel. Powiesiła w szafie wyrzucone ubrania, poukładała rzeczy w szufladach. Położyła się dopiero po trzeciej. Łamiąc świętą zasadę, poklepała prześcieradło, zachęcająco patrząc na Henry'ego. Dzisiaj będą spali razem.
Wyciągnęła rękę, żeby zgasić lampkę, lecz cofnęła dłoń. Może to głupie i tchórzliwe, dziecinne i niepoważne spać przy włączonym świetle, ale co tam. Wyjątkowo.
Przypomniała sobie, że przecież jest ubezpieczona. Tym lepiej. Wszystkie rzeczy, ukradzione czy zniszczone, to tylko martwe przedmioty. Można je zastąpić innymi. Kupić nowe. A ona zarabiała na życie kupowaniem i sprzedawaniem.
Ułożyła się pod kocem, przytuliła kosmate ciepłe cielsko.
-?To tylko przedmioty, Henry. Nie są aż takie ważne.
Zamknęła oczy, westchnęła. Już prawie zasypiała, gdy przed oczami pojawiła jej się twarz Willy'ego.
"Teraz on wie, gdzie jesteś".
Usiadła gwałtownie, oddech jej się rwał. Co to miało znaczyć? O kim on mówił?
Willy zjawił się nagle po dwudziestu latach i stracił życie nieomal na progu jej sklepu. Potem ktoś się włamał do jej domu, ogołocił go z większości wartościowych przedmiotów, a resztę zniszczył.
To nie był przypadek. Bo niby jakim cudem?, zadała sobie retoryczne pytanie. Tylko czego ten ktoś u niej szukał? Przecież nie miała niczego szczególnego.
4
Niekompletnie ubrany, z ociekającymi wodą włosami Max, który właśnie wyszedł spod prysznica, usłyszał pukanie do drzwi. Otworzył z jedną tylko myślą w głowie: kawa.
Rozczarowanie to jeszcze nic. W końcu człowiek przyzwyczaja się do niego przez całe życie. Ot, choćby najświeższy przykład: minioną noc Max spędził sam. Ale że za drzwiami stał gliniarz -?to już zupełnie osobna sprawa. Oznaczało to, że trzeba będzie ruszyć szarymi komórkami w sytuacji, gdy odmówiono mu niezaprzeczalnego prawa do porannej dawki kofeiny.
Obejrzał sobie miejscowego stróża porządku: wielki, silny i podejrzliwy. Na próbę uśmiechnął się do niego przyjaźnie, choć nie kryjąc zaskoczenia.
-?Dzień dobry. Sądząc po mundurze, nie jest pan z obsługi hotelowej, więc raczej nie dostanę od pana kawy i jajek...
-?Jestem tutaj szefem policji, panie Gannon. Nazywam się Burger. Mogę panu zająć kilka minut?
-?Jasne. -?Max cofnął się i obrzucił wzrokiem pokój. Łóżko było niepościelone, zza uchylonych drzwi łazienki ciągle jeszcze wydobywała się para.
Biurko wyglądało jak normalne biurko w pokoju hotelowym pierwszego z brzegu biznesmena: laptop, parę teczek i dyskietek, notes elektroniczny, telefon komórkowy -?wszystko jak należy. Max miał zwyczaj zawsze zamykać teczki i usuwać z zasięgu wzroku interesujące papiery.
-?Zapraszam. -?Uczynił nieokreślony gest w stronę krzesła. -?Niech pan siada. -?Podszedł do szafy, wyjął z niej koszulę. -?Co się stało?
Vince nie usiadł, a twarz miał kamienną, bez śladu uśmiechu.
-?Pan zna Laine Tavish.
-?Tak. -?W głowie Maxa rozdzwoniła się cała orkiestra dzwonków alarmowych, na usta pchały się pytania. Mimo to spokojnie włożył koszulę. -?To właścicielka Skarbów Przeszłości. Wczoraj kupiłem u niej prezent dla matki. -?Teraz pozwolił sobie na odrobinę zatroskania w głosie. -?Są jakieś kłopoty z moją kartą kredytową?
-?Nic mi o tym nie wiadomo. Natomiast wczoraj w nocy włamano się do domu pani Tavish.
-?Co z nią? Nic jej się nie stało? -?Tym razem nie musiał udawać troski, a dzwony alarmowe omal go nie ogłuszyły. Dłonie, zapinające guziki, znieruchomiały. -?Gdzie ona jest?
-?Nie było jej w domu podczas włamania. Z jej zeznania wynika, że w tym czasie przybywała z panem.
-?Zjedliśmy razem kolację. -?Rozległo się zdecydowane pukanie. -?Co jest?! -?Ponieważ kawa gwałtownie spadła z priorytetowego miejsca na jego liście, Max zirytował się, słysząc jakiegoś intruza. -?Jedną sekundę -?przeprosił Vince'a. -?Otworzył drzwi i zobaczył drobną blondyneczkę stojącą obok kelnerskiego wózka.
-?Dzień dobry panu. Przywiozłam śniadanie.
-?Aaa... Tak, dziękuję. Proszę gdzieś postawić... gdziekolwiek.
Wprowadzając wózek do pokoju, dziewczyna zauważyła Vince'a.
-?O, cześć, szeryfie.
-?Cześć, Sherry. Co u ciebie?
-?Nic nowego. -?Bardzo się starała nie okazać ciekawości. -?Przynieść panu kubek do kawy?
-?Nie trzeba. Przed wyjściem z domu wypiłem dwie.
-?Jakby pan zmienił zdanie, to pan zadzwoni. -?Zdjęła pokrywę z talerza, odsłaniając smażone jajka i plaster bekonu. -?W porządku -?oceniła. Podała Maxowi skórzaną okładkę z rachunkiem i zaczekała, aż gość go podpisze. -?Życzę smacznego.
Wyszła z pokoju, jeszcze zza progu rzuciła przez ramię zaciekawione spojrzenie i zamknęła drzwi.
-?Niech pan je -?odezwał się Vince. -?Nie ma sensu czekać, aż to wszystko wystygnie. Karmią tutaj zupełnie przyzwoicie.
-?Co to za włamanie? Kradzież?
-?Tak. Jak to się stało, że pani Tavish spędziła z panem wczorajszy wieczór?
Max usiadł i nalał sobie kawy.
-?Będąc w sklepie, zaprosiłem ją na drinka. Przyjęła zaproszenie. A ponieważ miałem nadzieję, że da się zaprosić także na kolację, a ona nie miała nic przeciwko temu, po drinku w barze przeszliśmy do restauracji.
-?Zawsze pan się umawia z kobietami, u których pan kupuje prezenty dla matki?
-?Gdyby tak było, mama miałaby ode mnie znacznie więcej upominków. -?Max podniósł kubek i wypił długi łyk, patrząc Vince'owi w oczy. -?Laine jest atrakcyjną i wyjątkowo interesującą kobietą. Chciałem ją poznać, umówiłem się z nią i bardzo mi przykro, że ma kłopoty.
-?Złodziej włamał się do jej domu dokładnie w czasie, gdy była z panem.
-?Dotarło to do mnie. -?Max uznał, że nie ma powodu marnować śniadania. Odkroił kawałek jajka widelcem. -?Przyszło panu do głowy, że startuję do atrakcyjnych babek w sklepach, a potem, kiedy bawię się w czarusia podczas kolacji, mój wspólnik obrabia im domy? To naciągana teoria, komendancie, bo wczoraj zobaczyłem Laine pierwszy raz w życiu i aż do teraz nie wiedziałem, gdzie mieszka ani że ma w domu coś wartego uwagi. W zasadzie, logicznie rzecz biorąc, łatwiej by było obrobić sklep. Jest tam sporo niezłego towaru.
Vince tylko patrzył, nie odzywając się słowem.
-?W łazience są szklanki -?rzucił Max po chwili. -?Gdyby pan jednak nabrał ochoty na tę kawę...
-?Nie, dziękuję. Co pan robi w Angel's Gap, panie Gannon?
-?Jestem zatrudniony w towarzystwie ubezpieczeniowym Reliance Insurance, przyjechałem na zlecenie firmy.
-?Jakie to zlecenie?
-?Szeryfie, może pan zadzwonić do Aarona Slakera, szefa firmy, i sprawdzić moje powiązania ze spółką. Ma siedzibę w Nowym Jorku. Mnie jednak nie wolno omawiać szczegółów zlecenia bez zgody klienta.
-?To jakieś nowe zwyczaje w tej dziedzinie.
-?Ubezpieczenia bywają różne.
Max otworzył mikroskopijny słoiczek i rozsmarował na trójkątnej grzance dżem truskawkowy.
-?Ma pan jakiś dokument tożsamości?
-?Oczywiście.
Podszedł do szafki i wyjął z portfela prawo jazdy. Podał je policjantowi i usiadł.
-?Nie mówi pan jak Nowojorczyk -?stwierdził Vince.
-?Georgia wyłazi mi z butów. -?Był zirytowany, celowo przeciągał słowa. -?Nie jestem złodziejem, szeryfie. Ja tylko zjadłem kolację z piękną kobietą. Niech pan zadzwoni do Slakera.
Vince położył prawo jazdy obok talerza Maxa.
-?Zadzwonię. -?Ruszył do drzwi, ale z ręką na klamce jeszcze się odwrócił. -?Jak długo planuje pan zostać w naszym mieście, panie Gannon?
-?Aż skończę pracę. -?Włożył do ust następny kawałek jajka. -?Szeryfie, miał pan całkowitą rację, dobrze tutaj karmią.
Za policjantem zamknęły się drzwi, a Max siedział i jadł. I myślał. Glina jest gliną, sprawdzi go na pewno. A kiedy już sprawdzi, dowie się, że cztery lata służył w armii. Będzie też wiedział o licencji detektywa. A w małym miasteczku wieści szybko się rozchodzą i niedługo Laine zostanie o wszystkim poinformowana.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki