Skarby
Ewa - cukiernica Rosenthala (I)
Furtka skrzypi przeciągle. Stawiam niepewne kroki na popękanych płytach chodnika, jakby rzuconych w błoto podwórza. Wchodzę na klatkę. Podłoga drewniana, zniszczona. Odgłos spuszczanej wody na chwilę zatrzymuje mnie w bezruchu. Nagle drzwi przede mną otwierają się na oścież. Z toalety na klatce - jednej na piętro - wychodzi pan Roman. Dopiero po chwili rozpoznaje mnie w panującym półmroku.
- Czeka na panią. Mówiłem jej, że pani ma to coś, że pani słucha - zaczyna, a ja głupio potakuję, bo nie wiem, co mam na to odpowiedzieć.
Pana Romana poznałam poprzedniego dnia. Po spotkaniu autorskim ustawił się ostatni w kolejce. W średnim wieku, potężny, z dużym wąsem, z oczu mu dobrze patrzyło. Wydawać by się mogło, że to ten typ, co zaraz poprosi o dedykację dla żony lub córki. Ale nie - gdy ja pisałam: "Dla Romana...", on opowiadał o żydowskim cmentarzu, który zniszczyli wcale nie w czasie wojny, tylko w latach sześćdziesiątych, i o kobiecie do dziś mieszkającej obok.
- W latach sześćdziesiątych powstał tam sad - dodaje teraz pan Roman. - Macewy wywozili i podmurówki z nich robili. A w tym sadzie rosły gruszki, najlepsze, najsłodsze. Chodziliśmy tam z dzieciakami, choć rodzice ostrzegali: "Nie jedzcie tych gruszek, bo tam Żydzi leżą w ziemi". Żydzi w ziemi? Żydzi to nam się tylko ze skarbami kojarzyli. Mówiło się: "Przy Skośnej była żydowska kamienica, złoto pod nią ukryto". Podwórko przy Skośnej nie było zabetonowane. Chodziło się tam, kopało. Ziemia tak przeorana została, że ziemniaki by można sadzić. My nie kopaliśmy. Jak myśmy dorastali, to już tam wszystko było przekopane, a fundamenty rozkute. Ale gruszki z sadu zjadaliśmy, bo lepszych nie było.
- Teraz to nawet grusz nie ma... - zauważam, wyglądając przez wąskie okienko na dawny sad za kamienicą.
- Teraz to zaraz tu osiedle pobudują. Już miasto deweloperowi ziemię sprzedało.
- Na cmentarzu?
- W ich dokumentach nie ma na ten temat ani słowa. Chodziłem, pokazywałem stare papiery, a oni mi na to, żebym bzdur nie opowiadał. Że cmentarz to był dalej, przy torach. I że te świstki, co mam, to żadne dowody. Dlatego tu panią przyprowadziłem. Już tylko Ewa pamięta kirkut. I tylko ona pamięta o tych z macew. Spisuje ich imiona. Zresztą sama opowie. Dzwonek nie działa. Niech pani popchnie drzwi po prostu. Ona się pani spodziewa.
Wchodzimy do małego mieszkania. Sieniokuchnia od razu otwiera się na pokój z dużym stołem. Pan Roman odzywa się pierwszy:
- Pani chce o macewach rozmawiać.
Pani Ewa jest drobna i krucha, jakby się miała zaraz rozpaść. Podchodzę i wręczam jej pączki. Pan Roman zasiada przy szklance do połowy wypitej herbaty, ale po chwili zrywa się na gwizd czajnika. W sieniokuchni zalewa herbatę dla mnie. To on uważał, że pani Ewa i ja powinnyśmy się spotkać. I to on zadaje pierwsze pytania: gdzie był ten cmentarz? Gdzie były groby? Po każdej wolno udzielanej przez nią odpowiedzi precyzuje i dodaje coś od siebie.
- Tam, gdzie był przystanek, a naprzeciwko trzy sosny... - zaczyna pani Ewa.
- Czyli na rogu Lwowskiej, tak, pani Ewo? - dopytuje pan Roman.
- Kostnica stała tam, gdzie się kończy pusta łąka - to pani Ewa.
- Dziś tam stoi blok - znów pan Roman.
- Jak byłam mała, to mieliśmy taką paczkę. Chodziliśmy tam, na tych grobach siadaliśmy, opowiadaliśmy sobie historie o duchach. Jeden drugiego straszył. Ale to porządne chłopaki były i dziewuchy. Nie powinniśmy byli, ale w sumie nie robiliśmy nic złego. Wtedy stał jeszcze drewniany parkan. Nawet po wojnie, choć tam już nie było komu chodzić. Parkanu nikt nie rozebrał. On znikał i znikał po trochu. Szedł na opał. Na macewach kobiety z miasta prały, bo chropowate. Ludzie sobie robili żarna, ostrzałki do noży, płyty do studni...
- Wcale mnie nie dziwi, że ludzie wykorzystywali te nagrobki w gospodarstwach domowych. Po wojnie była bieda - wtrąca pan Roman. - W Brzezince to ja nawet pamiętam, jak jeszcze w osiemdziesiątych latach ludzie dzierżawili pola, kosili tam trawę i ziemia oddawała, co wcześniej dostała: pierścionki, złoto.
Pani Ewa wstaje i wyjmuje z szuflady album fotograficzny. Gdy pochyla się nad nim, z koka wypada jej kosmyk białych włosów. Odbitki przedstawiają fragmenty macew. Pod każdą znajduje się ręcznie zapisane łacińskim alfabetem imię, czasem kilka innych słów. Gdy kobieta przewraca kolejne strony, w dotyku jej chudych, pomarszczonych palców jest delikatna czułość. Udaje nam się przez chwilę milczeć. Czuję, że zaraz cisza zostanie brutalnie przerwana, więc sama zadaję pytanie:
- Zawsze tu pani mieszkała?
- W żydowskiej części miasta, pani Ewo - doprecyzowuje pan Roman.
- A dlaczego żydowskiej? Tu różni mieszkali. I katolicy, i ewangelicy też. Choć na Krakowskiej to może więcej żydów. Tam synagoga stała, widziałam ją z okna. Zawsze brata tam ciągałam pod górę, mama nam dawała drobne, bo tam stał taki kiosk ze słodyczami. Najlepsze czekoladowe z marcepanem. Czasem szliśmy aż do synagogi. Ale dalej już nie, bo nie było wolno. Helcia mieszkała dwa domy obok. Razem chodziłyśmy do szkoły. Zatrzymywałyśmy się codziennie na mostku, żeby rzucać patyki do rzeki. Patrzyłyśmy, który wypłynie pierwszy.
- Czyli mieliście żydowskich sąsiadów? - nie daje odetchnąć pan Roman.
- Pamiętam jak dziś: '39 rok, mieszkaliśmy na piętrze. Zawsze siadałam na oknie. Była piękna pogoda. Nagle zaczęły latać samoloty. Tak nisko, że pilota widziałam. Dwupłatowce to były. Pociski wypuszczały po kolei we wszystkie obiekty, które były żydowskie. Synagogę spalili.
- Mówiła pani, że mama się przyjaźniła z Żydami - znów przerywa pan Roman.
- U nas w kamienicy mieszkała sąsiadka Żydówka. I jeszcze druga przyjaciółka mamy też była Żydówką. Wszystkich Żydów zwieźli w jedno miejsce, to był budynek, mieli ich stamtąd brać do Oświęcimia. Mama nam pakowała do torby jedzenie dla nich i ja tam nosiłam z bratem. Stawałam na gzyms, brat mnie podnosił, a ja torbę podawałam do środka. Raz żołnierz podbiegł z takim ogromnym owczarkiem, złapał mnie, ale brat wybłagał, żeby nas puścili. I puścili, ale mamusia mnie więcej tam nie wysyłała. I folksdojcze też w naszej kamienicy mieszkali. Nikomu szkody nie zrobili. Nam to nawet pomogli. Po wyzwoleniu baliśmy się ich samych zostawiać w domu, bo nawet nie chcę mówić, co mogliby im zrobić. Ludzie są wredni. I jedna taka gadzina doniosła w końcu Rosjanom, że to Niemcy. Rosjanie ich wyciągnęli, tych staruszków. Ją wywlekli, jego zabrali. I więcej nie wrócił.
Pani Ewa wstaje, szura powoli w stronę przeszklonej serwantki, niepasującej do biednego wnętrza jej mieszkania. Przekręca kluczyk, uchyla drzwi i obiema rękami, jakby się bała, że upuści, bierze cukiernicę, po czym znów szurając, niesie ją i stawia przede mną.
- To Rosenthal - mówi, zanim zdążę rzucić coś głupiego, na przykład że dziękuję, nie słodzę. - Którejś nocy, zanim mieli Żydów wywozić, usłyszeliśmy pukanie od strony sadu. Sąsiadka. Miała porcelanę, swoją najlepszą, której moja mama jej tak zawsze zazdrościła. "Przechowamy dla was", obiecała mama. "Używajcie, używajcie", mówiła tamta. Stanęłam obok. Sąsiadka mnie nagle tak mocno przytuliła, a potem zaczęła całować. "Otwórz ręce", powiedziała i włożyła mi w dłoń pierścionki, kolczyki, łańcuszki. "Tylko trzymaj mocno, żeby ci nic nie wyleciało". Zaciskałam piąstki, bo sobie przetłumaczyłam, że jak upuszczę, to mnie zabiorą jak tę Wajsmanową. Ona jeszcze dodała: "To jest teraz twoje wiano. Mnie już nic nie będzie trzeba, bo my już nie wrócimy".
Pani Ewa uchyla wieko cukiernicy. Nie ma w środku cukru - tylko pierścionki, kolczyki, łańcuszki. Patrzę na nie bez słowa. Nawet pan Roman nie ma nowych pytań.
- Wie pani, jak zginął mój brat? - Pani Ewa znów poprawia niesforny kosmyk włosów. - W łapance go wzięli. Do Oświęcimia. Stawiał się, to go zastrzelili od razu na rampie. A tatusia zbłąkany pocisk trafił na podwórku. Wyszedł rano w piżamie, mama go po coś wysłała. Trzy dni konał. Pojechali po żydowskiego lekarza, co się ukrywał na wiosce, ale tata nie doczekał. Ten Żyd przeżył. I jego córki też. Wrócili po wszystkim do domu. A potem zniknęli i nikt nie wiedział, co się z nimi stało. Mówiono, że do Palestyny pojechali. Ile człowiek jest w stanie przeżyć, to się w głowie nie mieści. Ile ja przeżyłam... W nocy nie śpię i zależy, na jaką taśmę filmową w głowie natrafię, mogę klatka po klatce odtworzyć swoje przeżycia. Same nieszczęścia. Mama powtarzała, że to ta cukiernica. Że się cudzego za darmo nie bierze.
- Pani Ewo... - próbuje jej przerwać pan Roman.
- U nas w kamienicy - ciągnie ona - w 1950 roku powiesił się syn dozorczyni. Dwa razy wcześniej umierał w czasie wojny. Raz, gdy Niemcy ich otoczyli. Wyprowadzili wszystkich, strzelili, ale jego nie trafili, kula przeszła bokiem. Obudził się w nocy, wylazł z dołu, poszedł do domu, a tam jego ojciec na środku zabity. Przebrał się w ciuchy mamy za kobietę i poszedł do lasu, do partyzantów. Walczył przeciwko Niemcom, aresztowali go. Znów się wywinął. Mówili, że sam by się nie powiesił, że mu pomogli. A w 1968 na śliwce powiesił się inny młody chłopak, nasz sąsiad. A w latach osiemdziesiątych w suterenie małżeństwo się powiesiło. Jadźka w jedną sobotę, a na drugą niedzielę Loluś, jej mąż. Ona w kuchni, a on w pokoju.
- Niech pani opowie jeszcze o tych Żydach, bo pani Patrycja zaraz musi iść - zmienia temat pan Roman, ale to nie zatrzymuje pani Ewy.
- Gdyby mi ktoś powiedział: "Będziesz żyła osiemdziesiąt siedem lat", tobym go chyba przegoniła. A żyję. I co zrobić? Poznałam męża, jak to się wszystko uspokoiło. Znacznie ode mnie starszy. Miał słabe serce. Córkę urodziłam w 1956 roku, a syna w '59. Córka któregoś dnia zasłabła. Lekarz powiedział, że to złośliwa anemia. Rak krwi. Jeździłam z nią aż do Krakowa. Tak strasznie, strasznie chciałam ją uratować. Oni ją tam badali i badali, a ona słabła i słabła. Wierzyłam wciąż, że ona z tego wyjdzie, nie miałam innego życia, tylko klinika i dom. Moja matka kiedyś zeszła do mnie na dół, bo mieszkała w tej samej kamienicy na piętrze, położyła mi rękę na ramieniu i wiedziałam, że nie mówi na głos tego, co obie wiemy. Zaraz po Janusi umarł mój mąż. Jego serce więcej nie wytrzymało. A ja jestem człowiek z żelaza.
- Pokażę pani Patrycji, gdzie się kirkut zaczynał. - Pan Roman wstaje. Ja mam utkwiony wzrok w cukiernicy, pani Ewa nie przestaje mówić.
- Tamtego dnia, 19 czerwca 1977 roku, mój syn po prostu wyskoczył do sklepu w klapkach. Ciepło było. Jeszcze zanim poszedł, to drzwi uchylił i powiedział: "Zaraz wrócę, mać". Tak czasem mówił. Mama do mnie zeszła. Herbatę nam robiłam, kiedy to usłyszałyśmy. Pisk opon i taki trzask. Wyjrzałam przez okno, mówię: "Mamo, chyba ciężarówka zabiła jakiegoś psa, bo tam ludzie wyszli z domów i patrzą, co się stało". Wszyscy się schodzą i zaglądają. To i ja popatrzę. Z daleka poznałam, po ubraniu. "O Jezu!", zaczęłam wrzeszczeć i płakać. Mama się domyśliła, mnie złapała, widzę ją w tym ułamku sekundy do dziś. Wyrwałam się i zaczęłam iść, iść do swojego dziecka. I ile razy się ruszyłam, tyle upadłam. Ile razy musiałam upaść i wstać, żeby dojść do swojego dziecka. "Cukiernica!", wyła moja mama. "To żydowska klątwa jest!"
Pan Roman chrząka znacząco, lekko zażenowany, jakby chciał te ostatnie słowa czymś przykryć. Co sobie teraz pani Patrycja pomyśli. Spogląda na mnie, ja na panią Ewę, pani Ewa na cukiernicę. Milczy bardzo długą chwilę.
- Wajsmanowa miała córkę w moim wieku - mówi w końcu, patrząc mi w oczy.
Skarb państwa
30 listopada 1962 roku Benjamin Gold, siostrzeniec pradziadka Michelle Levy, starszy pan wtedy już od ponad czterdziestu lat mieszkający w Nowym Jorku, wysłał uprzejmy list adresowany do przewodniczącego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Rzeszowie. Wydział Leśny i Rolnictwa, Polska Rzeczpospolita Ludowa. W adnotacji pod hasłem "dotyczy" zapisał: "Prawa własności nieruchomości położonych w gminie Niechobrz, powiat Rzeszów".
Ja, niżej podpisany Benjamin Gold, false Majerowicz, zamieszkały [dokładny adres na Bronxie, Nowy Jork], powołując się na Okólnik Ministerstwa Finansów Nr ZG/1591/2/61 z dnia 6 maja 1961 r., pozwalam sobie uprzejmie prosić o udzielenie mi następującej informacji potrzebnej mi dla przedłożenia jej przed Foreign Claims Settlement Commission of the United States[1], w związku z wnioskiem przed tą Komisją Nr PO/3297.
Moja rodzina była właścicielką różnych nieruchomości w gminie NIECHOBRZ, powiat Rzeszów, a w szczególności:
1) LAZAR GOLD false MAJEROWICZ i RYFKA GOLD false MAJEROWICZ, z domu DEBEL, moi rodzice, byli właścicielami domu mieszkalnego z podwórzem i zabudowaniami gospodarskimi oraz pola w gminie NIECHOBRZ, powiat Rzeszów.
2) NATAN GOLD false MAJEROWICZ, mój wuj, i żona jego PERL GOLD false MAJEROWICZ byli właścicielami domu mieszkalnego z podwórzem i zabudowaniami gospodarskimi oraz pola w gminie NIECHOBRZ, powiat Rzeszów.
3) DAWID DEBEL, brat mojej matki, i żona jego RUCHEL DEBEL byli właścicielami domu mieszkalnego z podwórzem i zabudowaniami gospodarskimi oraz pola w gminie NIECHOBRZ, powiat Rzeszów.
4) FISZEL GOLD false MAJEROWICZ, mój kuzyn, był właścicielem domu mieszkalnego z podwórzem i zabudowaniami gospodarskimi oraz pola w gminie NIECHOBRZ, powiat Rzeszów.
5) CHAIM BIRNBAUM, mój kuzyn, był właścicielem domu mieszkalnego z podwórzem i zabudowaniami gospodarskimi oraz pola w gminie NIECHOBRZ, powiat Rzeszów.
6) PEJSACH PLAWKE, mój kuzyn, był właścicielem domu mieszkalnego z podwórzem i zabudowaniami gospodarskimi oraz pola w gminie NIECHOBRZ, powiat Rzeszów.
Wszystkie osoby wymienione w punktach od 1 do 6 zginęły podczas II wojny światowej.
Niniejszym pozwalam sobie uprzejmie prosić:
A) O łaskawe przysłanie mi opisu tych nieruchomości, gdzie by było też uwzględnione oznaczenie hipoteczne, oraz zaświadczenie, że stanowiły one do roku 1939 własność wyżej wymienionych osób.
B) O łaskawe zapodanie mi, w czyim posiadaniu i pod czyim zarządem wspomniane nieruchomości od 1945 r. się znajdują. Gdyby wspomniane nieruchomości zostały przejęte przez Skarb Państwa, to uprzejmie prosiłbym o łaskawe zapodanie mi: a) kiedy to nastąpiło, b) wartość nieruchomości w 1939 r. i w chwili przejęcia ich przez Skarb Państwa, c) wysokość polisy ubezpieczeniowej oraz płaconych rocznych podatków od nieruchomości.
W razie możności prosiłbym też uprzejmie o odpis ewent. postanowienia, na podstawie którego nastąpiło przejęcie nieruchomości przez Skarb Państwa.
C) O łaskawe zapodanie mi, czy wspomniane nieruchomości uległy jakiemukolwiek uszkodzeniu w czasie II wojny światowej, tj. od września 1939 r. do maja 1945 r., a w szczególności, czy uległy one zniszczeniu w czasie działań wojennych, względnie rozbiórce z polecenia lub winy okupanta.
W pozytywnym wypadku uprzejmie prosiłbym o łaskawe wyszczególnienie, na czym to zniszczenie polega, kiedy i w jakich okolicznościach ono nastąpiło, oraz wysokość strat poniesionych wskutek tego zniszczenia.
W razie gdyby Prezydium nie było w stanie udzielić mi którejś z powyższych informacji, uprzejmie proszę o wskazanie mi urzędu, do którego mógłbym się w tej sprawie zwrócić.
W załączeniu przesyłam międzynarodowe znaczki pocztowe na łaskawą odpowiedź, a w razie zaistnienia dalszych kosztów proszę o łaskawe przysłanie odpowiedzi za pośrednictwem Konsulatu PRL w Waszyngtonie, gdzie ja wszelkie należności opłacę.
W oczekiwaniu na łaskawą odpowiedź z góry uprzejmie dziękuję i pozostaję z szacunkiem, Benjamin Gold false Majerowicz.
Ani na ten, ani na kolejne trzy równie grzeczne pisma - w tym ostatnie skierowane do władz w Warszawie - nigdy nie otrzymał odpowiedzi. Łaskawej ani żadnej innej.
Marek, czyli skorby (I)
Marek mieszka obok nieistniejącego cmentarza. Dosłownie. Był cmentarz, cmentarza nie ma. Nikt tam na groby nie chodzi, nikt się z zadumą nie zatrzymuje, bo tam po prostu biegnie ulica i stoją domy. Pobudowali na pustym placu. Gdy w 1941 roku Niemcy po raz drugi weszli do Orli na Podlasiu, część Żydów zmuszono do pracy przy cmentarzu. Ich rękoma wywożono macewy do utwardzania dróg.
U dziadków Marka na strychu znajdowało się wiele ciekawych przedmiotów, które jakoś do niczego nie pasowały. Przyjrzał im się dopiero po latach, bo choć dziadków już nie ma, to przedmioty nadal tam stoją. Wśród nich oparcie od otomany obite skórą. Drugiej części - tej do siedzenia - brakowało. Podobno to Żydzi przywieźli te rzeczy na przechowanie do dziadka Marka. Cenną otomanę rozdzielili pomiędzy dwa strychy. Nie wrócili. I już nic o nich nie wiadomo. Może gdyby dziadek żył, toby powiedział. Ale Marek wtedy nie pytał. Więc rzeczy są i czekają na swoje miejsce. Leżą tak już ponad siedemdziesiąt lat. Na innych strychach i w piwnicach też zalegały takie przedmioty. Każdy dom w Orli albo jest pożydowski, albo ma w środku coś żydowskiego. Ale i tak większość przedmiotów zaginęła. Marek słyszał od starszego znajomego, jak to w latach pięćdziesiątych ludzie "sczaili", że można ze strychów mnóstwo powyciągać. Odsuwało się dachy przykryte strzechą i właziło do środka. Wyciągano wszystko, co się dało. Były tam menory, świeczniki. A że wtedy właśnie ogłoszono wielką akcję skupowania metali kolorowych, to je tam ludzie znosili za opłatą. Niektórzy za wielokrotną, bo się włamywali do skupu, wyciągali wcześniej przyniesione metalowe przedmioty i na drugi dzień przynosili je znowu. Przyjmujący musiał mieć świadomość, co to za rzeczy. Wiedział, że ukradzione, ale nic nie powiedział, choć ludzie opowiadali bajki. Na przykład że syn nurkował w rzece i znalazł złote kielichy. Albo że łowił, łowił i wyłowił.
Wielu szukało pożydowskich skarbów. Kuli w ścianach synagogi. Na placu, gdzie był kiedyś cmentarz, kopali wielkie doły. Gdy Marek liczył sobie jakieś siedemnaście lat, wybierali się z kolegą Miszą na zabawę. Nie mieli pieniędzy. Nagle wpada Misza i przynosi złoty mostek protetyczny. Mówi: "Marek, ty masz wujka technika dentystycznego - trzeba opylić". Marek wujkowi zaniósł, wujek nie pytał. Za to Marka po wielu latach tknęło, gdy sobie przypomniał tamtą sytuację. Skąd ten mostek?
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.