Skarbiec baśni i bajek - Tamara Michałowska

Kup ebooka

14.99 zł
12.29 zł (14,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Skąd wielbłąd ma garb?

W odległej przeszłości, tuż po stworzeniu świata, kiedy pojawił się Człowiek i zaczął panować nad Zwierzętami, żył na pustyni Wielbłąd. Był wyjątkowo leniwy, a przy tym źle wychowany. Żywił się głównie łodygami krzewów ciernistych i tamaryszkiem. O cokolwiek go pytano, zawsze odpowiadał w ten sam sposób:

- Ghrb!

Było to nie tylko nieuprzejme, ale sprawiało również wrażenie, jakby Wielbłąd był czymś bardzo zmęczony i zarazem znudzony.

W poniedziałek rano Wielbłąda odwiedził Koń. Na grzbiecie miał ciężkie siodło, a w pysku niewygodne wędzidło. Zwrócił się do Wielbłąda:

- Wielbłądzie, czemu mieszkasz tu sam? Przyłącz się do nas i pomóż nam w pracy!

- Ghrb! - odburknął mu Wielbłąd.

Koń odszedł i powtórzył rozmowę Człowiekowi.

Następnego dnia Wielbłąda odwiedził Pies. Przyniósł on w zębach kawałek drewna. Zapytał Wielbłąda:

- Wielbłądzie, czemu mieszkasz tu sam? Przyłącz się do nas i pomóż nam w pracy!

Wielbłąd, jak zwykle, odburknął:

- Ghrb!

Pies odszedł i powtórzył rozmowę Człowiekowi.

Trzeciego dnia - w środę - u Wielbłąda zjawił się Wół. Dźwigał na szyi jarzmo.

- Wielbłądzie, czemu mieszkasz tu sam? Przyłącz się do nas i pomóż nam w pracy!

- Ghrb! - odburknął Wielbłąd.

Wół odszedł i powtórzył rozmowę Człowiekowi.

W czwartkowy wieczór Człowiek przywołał swoje Zwierzęta i powiedział:

- Przykro mi, moi drodzy, ale to leniwe i wiecznie narzekające stworzenie, które mieszka na pustyni, najwyraźniej nie nadaje się do pracy. W przeciwnym razie byłoby tu teraz z nami.

Zostawię je w spokoju i pozwolę mu pozostać na pustyni, ale wy, niestety, będziecie musieli pracować podwójnie: za siebie i za niego.

Decyzja Człowieka wywołała spore niezadowolenie w gronie zwierząt. Rozgorzała między nimi burzliwa dyskusja. Niespodziewanie wśród dyskutujących zwierząt pojawił się Wielbłąd.

Przeżuwając coś, spojrzał na nich wyniośle, parsknął śmiechem, burknął swoje "ghrb" i odszedł.

Następnie do dyskutujących przyłączył się Dżin, otoczony kłębem dymu, na którym przyleciał. (Każdy dżin podróżuje w ten właśnie sposób).

- Dżinie, władco pustyni - zwrócił się do gościa Koń - jak myślisz: czy to wypada, aby żyć, nie pracując?

- Oczywiście, że nie - odparł Dżin.

- A tu niedaleko, na pustyni, żyje stworzenie, które ma długą szyję i długie nogi i od początku świata nie przepracowało jeszcze ani chwili - dodał Koń.

- Ależ to mój Wielbłąd! - zawołała Dżin. - Pytaliście go o powód jego bezczynności?

- On z nami nie rozmawia - dodał z wyrzutem Pies.

- Może zechce porozmawiać ze mną - powiedział Dżin z nadzieją w głosie i zniknął w podobny sposób, w jaki się pojawił.

Dżin udał się na pustynię. Znalazł Wielbłąda przeglądającego się w kałuży - jak zwykle nie robił nic pożytecznego.

- Przyjacielu, co ja słyszę. Podobno nie chcesz pracować - zwrócił się do Wielbłąda Dżin.

- Ghrb! - stęknął po swojemu Wielbłąd.

- Przez Ciebie pozostałe zwierzęta muszą pracować podwójnie - dodał z wyrzutem Dżin.

Na Wielbłądzie nie zrobiło to żadnego wrażenia.

- Ghrb! - stęknął jak zwykle.

- Na twoim miejscu bym uważał - powiedział ostrzegawczo i groźnie Dżin - żeby nie powiedzieć tego o jeden raz za dużo.

Ale Wielbłąd ponownie stęknął i wtedy właśnie na jego plecach zaczął rosnąć wielki garb.

- Ghrb! - stęknął z przerażeniem Wielbłąd. - Jak żyć z czymś takim? - zapytał Dżina.

- Dziś jest czwartek, a ty od poniedziałku nie zrobiłeś nic pożytecznego. To twój garb, który sam sobie wyhodowałeś - wyrósł na twoim lenistwie. Odtąd nie masz wyjścia: będziesz pracował.

- Ale jak? - spytał Wielbłąd.

- Ponieważ zmarnowałeś trzy dni, teraz będziesz mógł pracować trzy dni bez jedzenia i picia - żeby nadrobić stracony czas.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

Przygody Sindbada Żeglarza

Dawno temu żył sobie w Bagdadzie Sindbad - jedyny spadkobierca bogatego rodu. Odziedziczył majątek tak wielki, że mógłby postawić tyle pałaców, ile jest dni w roku, i w każdym z nich beztrosko spędzać czas. On jednak nie mógł usiedzieć w miejscu. Wciąż wyprawiał się na morze w poszukiwaniu przygód. Podczas jednej z takich podróży nagle na morzu zerwał się potężny sztorm i w kilka chwil roztrzaskał statek. Wszyscy marynarze utonęli, tylko Sindbad, uczepiony deski, zdołał dopłynąć do brzegu nieznanej wyspy.

Jak okiem sięgnął, widział tylko piaszczystą plażę przechodzącą dalej w pustynię - żadnych drzew i ani śladu ludzi. W oddali, wśród monotonnie płaskiego pejzażu, jaśniał dziwny kształt.

Kiedy Sindbad podszedł bliżej, rozpoznał w nim ogromne jajo. Rozejrzał się, ale nigdzie nie zobaczył ptaka, do którego mogłoby ono należeć. Zrobił więc w skorupie dziurkę i przez kilka tygodni posilał się jej zawartością.

Pewnego ranka plażę okrył głęboki cień, a gdy Sindbad wyjrzał zza jajka, zobaczył olbrzymiego ptaka. Wtedy przypomniał sobie krążące po Bagdadzie legendy o ptaku Roku i domyślił się, że to on zostawił jajo na plaży. Sindbad uznał, że nadarza się świetna okazja do opuszczenia niegościnnej wyspy i bez namysłu wskoczył do pustej skorupy. Rok delikatnie złapał jajo i wzbił się w powietrze.

Po jakimś czasie Sindbad poczuł, że jajo zostało troskliwie złożone na ziemi.

Gdy z niego wyskoczył, zobaczył dno głębokiej kotliny, usiane najpiękniejszymi na świecie diamentami. Napełniwszy nimi worek, sakiewkę i kieszenie, zaczął szukać wyjścia z kotliny. Niestety! Strome ściany, najeżone diamentami, zdawały się sięgać chmur. Co gorsza, ziemia pod stopami Sindbada zaczęła falować, unosić się i wić... tysiącami węży! Przerażony podróżnik rozejrzał się i ujrzał w oddali Roka zgarniającego skrzydłami diamenty z dna Diamentowej Kotliny. Sindbad podbiegł do niego i niepostrzeżenie przywiązał się do jednej z ptasich nóg.

I znowu lecieli wśród chmur. Tym razem, ku wielkiej radości Sindbada, ptak Rok wylądował na wieży pałacu. Sindbad zbiegł długimi schodami do pałacowych komnat. Nigdzie nie napotkał żywego ducha, aż wreszcie w ostatniej komnacie ujrzał królewnę niezwykłej urody.

- Witaj, nieznajomy - powiedziała uprzejmie. - Czy masz może dla mnie parę diamentów?

- Tak - odrzekł zauroczony Sindbad. - Mam diamenty godne twej olśniewającej piękności - to mówiąc, podał jej kilka największych kamieni.

Królewna w jednej chwili je połknęła.

- Mmm, przepyszne - westchnęła, a widząc zdumienie Sindbada, wyjaśniła: - Diamenty są moim jedynym pożywieniem. Mój ukochany ptak Rok przynosi mi je codziennie, ale nigdy nie jadłam tak dorodnych!

Sindbad z miejsca zakochał się w niezwykłej królewnie.

- Porzuć samotne życie w tej pustelni! - zawołał. - Zostań moją żoną i wróć razem ze mną do Bagdadu!

- Och, nie wiem - odparła z wahaniem królewna. - A czy znajdziesz dla mnie dość diamentów?

- Obsypię cię diamentami wspanialszymi od tych! - powiedział Sindbad, pokazując jej zawartość worka i sakiewki.

Wtedy królewna zgodziła się wrócić z nim do jego rodzinnego miasta. Wymknęli się z pałacu, dotarli do portu, a tam wsiedli na pierwszy okręt płynący do Bagdadu.

W końcu diamentowe zapasy Sindbada wyczerpały się, a królewna zaczęła kaprysić i tęsknić za swoim pałacem i ptakiem Rokiem, który - jak mówiła - dbał o nią o wiele lepiej niż Sindbad.

Wszyscy pasażerowie statku również mieli już dość uciążliwego towarzystwa królewny, która pozjadała im wszystkie kamienie z pierścionków, naszyjników i turbanów. W największą rozpacz i gniew wpadł pewien kupiec, wiozący do Bagdadu kufer diamentów, kiedy przekonał się, że i jego kosztowności, choć dobrze ukryte, padły łupem żarłocznej piękności. Wreszcie któregoś ranka kapitan ujrzał na horyzoncie Roka, a wtedy królewna przywołała ptaka, wsiadła na jego grzbiet i wróciła do swego pałacu.

A Sindbad? Odetchnął z ulgą, kiedy wreszcie statek szczęśliwie dopłynął do Bagdadu. Mogłoby się wydawać, że będzie miał dość dalekomorskich podróży, jednak niebawem ponownie wyprawił się na morze. Ale to już zupełnie inna historia...