Skarb z leśnego grobowca - Krystyna Śmigielska

Reflow text when sidebars are open.
- Hej! Jajcarz!
Wołanie dochodziło zza płotu. Michał odruchowo spojrzał w stronę ścieżki. Stali na niej dwaj chłopcy. Jeden z rudymi, krótko obciętymi włosami, drugi z czarną, potarganą przez wiatr czupryną.
- Z jajkiem trzeba obchodzić się, jak... z jajkiem! - zaśmiewał się rudy. - Koleś, ty chyba w życiu kury nie widziałeś.
- Uważaj na koguta! Możesz mu się nie spodobać! - wtórował rudemu czarny.
Michał otworzył usta, chciał odpowiedzieć na zaczepki, ale chłopcy ruszyli dalej drogą. Zrobili kilka kroków, zatrzymali się, odwrócili do niego i krzyknęli:
- Sie ma miastowy!
- Sie ma - cicho odpowiedział Michał.
Czuł się fatalnie. Był zły na siebie, rodziców, dziadków. Co za kretyński pomysł, żeby kazać mu całe wakacje siedzieć na zabitej dechami wsi! Nie potrafił zrozumieć babci, która rozpływała się w zachwytach nad urokami sielskiego życia. Może dziadkom mieszka się tu lepiej niż w mieście, tego Michał nie mógł wykluczyć, on jednak nie nadawał się na farmera. Tu nawet sklepu spożywczego nie ma! Co za dziura! A ci chłopcy? Wieśniacy! Silą się na dowcipy, a w mieście sami nie potrafią przejść na drugą stronę ulicy.
Michał z wściekłością wyrzucił trzymane w rękach skorupki jajek.
- Wielkie rzeczy! No to się stłukły! I co? To, że kurom nie umiem podbierać jajek, nie czyni ze mnie zaraz niedorajdy! Jeszcze zobaczymy, kto jest mądrzejszy - odgrażał się szeptem. - Wieśniacy niech zbierają jajka, ja nie muszę!
- Nic nie przyniosłeś? - zapytała zdziwiona babcia, kiedy z pustymi rękami wrócił do domu. - Ani jednego jajka nie zniosły? Chciałam zrobić domowy makaron, no ale trudno, jak nie ma z czego, to będziecie jedli ten ze sklepu.
- Nie ma i już! - warknął Michał.
- A co ty masz na podkoszulku? - dopytywała się najwyraźniej rozbawiona babcia.
- Jeśli trzeba, mogę pojechać do sklepu - Michał starał się załagodzić sytuację.
- Nie trzeba, damy sobie radę. Idź zmienić ubranie! - dodała, śmiejąc się głośno. - Dużo jeszcze musisz się nauczyć, żeby przetrwać na wsi.
- Bardzo śmieszne - fuknął Michał i poszedł na górę po czysty podkoszulek.
Rozłożył się na równiutko posłanym łóżku. Jedyną rzeczą, która podobała mu się w nowym domu dziadków, było właśnie to łóżko. Mógł się wylegiwać na miękkiej pościeli, kiedy tylko miał na to ochotę. Starczyło potem leciutko poprawić narzutę i już nie było śladów jego lenistwa. Położenie pokoju dawało mu wielką swobodę. Było to jedyne pomieszczenie na górze i nikt, oprócz niego, tu nie zaglądał. Włożył pod głowę splecione ręce i wpatrując się w sufit, rozmyślał o wyższości miasta nad wsią. Wszystkie "za" i "przeciw" można było zamknąć w jednym zdaniu: "W mieście są ludzie!".
A tu co? Tylko dwóch zarozumiałych wyrostków, którzy uważają się za znawców prawdziwego życia. Kowboje! Następnym razem zobaczą, co potrafi miastowy! Już ja urządzę dla was zabawę - myślał.
- Michał! Michał, jesteś tam? - wołała z dołu babcia. - Koledzy przyszli do ciebie! Zejdź szybko!
- Koledzy? Ja tu nie mam kolegów! - jęczał, zwlekając się niechętnie z wygodnego łóżka.
W przedpokoju, który dziadek nazywał sienią, stało dwóch tych samych wyrostków, świadków niefortunnej przygody z jajkami. Uśmiechali się przymilnie, ale na ich twarzach widać było lekkie zażenowanie. Michał w jednej chwili poczuł nad nimi przewagę. Ciekawe dlaczego tu przyszli? Czego od niego chcą? Tak, czy siak, on tu rozdaje karty! Jak będzie chciał, to spełni ich prośbę! Ale czy na pewno będzie chciał? Stali i uśmiechali się nawzajem. Głupia sytuacja.
- No, czego chcecie? - spytał butnie Michał.
Chłopcy wymienili spojrzenia. Rudy wyciągnął prawą rękę do powitania.
- Coś ty taki groźny? Na żartach się nie znasz? Pomyśleliśmy, że siedzisz tu sam i pewnie się nudzisz. Jestem Olek, ale wszyscy mówią na mnie Rudy - poklepał się lewą ręką po rudej głowie.
Michał niechętnie podał mu dłoń, starał się jednak dać do zrozumienia, że nie myśli zaprzyjaźniać się z miejscową dzieciarnią.
- Mam na imię Michał i wszyscy mówią na mnie... Michał - wycedził przez zęby.
- No, nie wszyscy! - stwierdził ten z czarną czupryną. - My na ciebie mówimy Jajcarz - i nie zwracając uwagi na zdziwioną minę Michała, złapał jego prawą dłoń i potrząsał nią dłuższą chwilę. - Ja jestem Maciek, ale mów na mnie Szopa, bo tak mnie wszyscy nazywają!
- Jajcarz! Też coś! Ani się ważcie! - krzyknął Michał, gotowy do bójki w obronie własnego, dobrego imienia. - Nigdy na to nie pozwolę!
Rudy powstrzymał go silnym chwytem za ramię.
- Spokojnie! Po co te nerwy? Przezwisko jak przezwisko! Każde jest dobre. Myślę, że możemy zostać kolegami. Tu nikt nie używa imienia, każdy ma jakąś ksywkę. Rudy też nie jest pięknie ani oryginalnie. To kwestia przyzwyczajenia. Przyzwyczaisz się - tłumaczył spokojnie.
- Szopa, to nie od moich włosów - tłumaczył Maciek. - To dlatego, że jak miałem sześć lat, podpaliłem szopę sąsiada. Ale się paliło, no nie Rudy? - śmiał się.
- Trzy wozy strażackie przyjechały! Ale była jazda! Szopa, prawie cię utopili, tak lali wodę! Szopa, to wtedy nauczyłeś się pływać? Musiałeś wypłynąć z pożaru! - Rudy potwierdził słowa kolegi.
Michał wyobraził sobie małego Szopę, wypływającego z płonącej szopy. Mimo woli roześmiał się. Widząc jego reakcję, Rudy i Szopa odetchnęli z ulgą.
- To co, Jajcarz, zgoda? - zapytał Rudy.
Michał wahał się przez chwilę. Z dwojga złego, czemu nie? Może pobyt u dziadków nie będzie aż taki nudny.
- Zgoda - powiedział niepewnie.
- Widzę Jajcarz, że z ciebie równy gość - ucieszył się Rudy. - Mamy do ciebie sprawę - zaczął i ruchem głowy dał znak Szopie.
Michał pomyślał z tryumfem, że jednak chcą czegoś od niego. Szopa zgarbił się i zaczął kiwać głową, jak człowiek mocno niezdecydowany.
- Właśnie, jest sprawa - zagajał. - Ty może nie wiesz, jak żyje się na wsi. Tu jest inaczej niż w mieście. Tu człowiek musi sam sobie radzić.
- Do rzeczy, Szopa! - poganiał go Rudy.
- Chodzi o to, że moja rodzina jest biedna, no, powiedzmy dość biedna. Nie stać nas na opał. Dlatego przez całe wakacje muszę zbierać chrust w lesie! Sam nie uzbieram na całą zimę. Potrzebna mi pomoc! Nie przyłączysz się do nas? - zakończył i odetchnął z ulgą.
- Do nas, to znaczy do kogo? - dopytywał się Michał.
- Pomagamy biduli, jak możemy, ja i inne dzieciaki - Rudy zrobił niewinną minkę.
Michał zastanawiał się. W końcu zbieranie chrustu nie jest chyba ciężką pracą, a dobry uczynek będzie zapisany na jego koncie. Tylko ten "Jajcarz" mu się nie podobał. Doszedł jednak do wniosku, że niczego nie może zmienić w tej sprawie. Wioskowi będą go już tak nazywać, czy chce tego czy nie. Zabawa może być jednak niezła.
- Jeśli uważacie, że mogę pomóc, czemu nie! - zdeklarował się.
- Mówiłem, że z niego równy chłop! - śmiał się Rudy.
- Cieszę się! - podsumował Szopa. - W takim razie wpadniemy po ciebie jutro o piątej! Naszykuj sobie kanapki i coś do picia. Pogoda ma być ładna. Porobimy cały dzień, aż do zmroku.
- O piątej rano - uściślił Rudy. - To my zmykamy! Trzymaj się!
I zanim Michał zdążył zaprotestować, nowo poznani koledzy zamykali drzwi z drugiej strony.
***
- Babciu, znasz tych chłopców? - pytał Michał, zaglądając do lodówki.
- Głodny jesteś! - stwierdziła zadowolona babcia. - Miałam rację, że świeże powietrze pobudzi ci apetyt!
- Nie jestem głodny, raczej znudzony - stwierdził Michał, siadając przy stole. - Już trzy dni tu siedzę! Co ja właściwie mam tu robić? Nawet komputera nie macie!
- Ja się tu nie nudzę - powiedziała babcia i energicznie zabrała się za tłuczenie kotletów. - Chłopców trochę znam. To sąsiedzi. Mieszkają tam, na tej górce - ruchem głowy wskazała kierunek. - Ojciec tego z rudymi włosami jest gajowym, może leśniczym? Nie wiem! - zastanawiała się. - Matka chyba pracuje w szkole, ale tego też nie jestem pewna.
- A ten Szopa? - pytał coraz bardziej zainteresowany Michał.
- Szopa? Ten drugi? On mieszka w ostatnim domu pod lasem. Mają chyba jakieś małe gospodarstwo. Oprócz niego jest tam jeszcze sporo dzieci. Czekaj, niech policzę! Ten mały, co to dopiero zaczyna chodzić, dziewczynka z loczkami i chyba jeszcze jedna, Madzia. No, to razem czwórka! Jest przy kim chodzić! - babcia z uznaniem pokręciła głową. - Szopa? Co to za przezwisko? - zainteresowała się.
- Nie wiem - skłamał Michał. - Ja mu go nie wymyśliłem.
Babcia odłożyła kotlety i spojrzała podejrzliwie na wnuka.
- Nie jesteś zadowolony, że przyszli cię odwiedzić? - zapytała i zaczęła rozglądać się za patelnią. - Nie mogę się przyzwyczaić do tej kuchni! Gdzie ja schowałam te garnki? Po co komu taka wielka kuchnia? - mówiła, otwierając po kolei szafki.
- Niby dlaczego mam się z nimi przyjaźnić? - spytał Michał, nie zwracając uwagi na krzątaninę babci.
Babcia otworzyła następną szafkę. Patelnia z hukiem wypadła na podłogę.
- Jesteś! - ucieszyła się.
Podniosła ją i ustawiła na kuchni. Ułożyła ręce na biodrach i zastanawiała się, co właściwie ma dalej robić. Już trzy miesiące mieszkała na wsi, a ciągle nie umiała sobie zorganizować pracy. Kręciła się, dreptała w miejscu, rozglądała.
- Kiedy ja się w końcu przyzwyczaję? - jęknęła i zaczęła panierować kotlety. - Może nie musisz się zaprzyjaźniać - rzuciła przed siebie. - Myślę jednak, że mógłbyś poznać miejscową młodzież, będziesz tu często przyjeżdżał i dobrze, żebyś miał kolegów.
- Kolegów? To przecież wieśniacy! - Michał warknął przez zaciśnięte zęby.
Babcia przerwała pracę i spojrzała na wnuka.
- Naprawdę myślałam, że jesteś mądrzejszy! Jak można tak mówić? - zganiła go.
- Czy ja kłamię? - bronił się Michał. - Mieszkają na wsi, to wieśniacy!
- Ja z dziadkiem, twoim zdaniem, też jesteśmy wieśniakami? - pytała babcia.
- Wy to co innego - Michał próbował wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.
- A to dlaczego? - babcia nie dawała mu spokoju.
- No... Mieszkaliście w mieście. Sami chcieliście się tu przeprowadzić - stękał.
Babcia wlała olej na rozgrzaną patelnię i zaczęła układać na niej kotlety. Przyjemnie zaskwierczało! Zapach pieczonego mięsa rzeczywiście pobudził Michałowi apetyt.
- Długo jeszcze do obiadu? - zapytał, zadowolony, że babcia, zajęta pracą, nie kontynuowała rozważań na temat "wieśniaków".
Ale z babcią nie poszło mu tak łatwo, jak się spodziewał. Odstawiła patelnię na brzeg kuchni i usiadła przy stole.
- Obiad będzie za pół godziny. Musimy poczekać na dziadka, a jak go znam, nie pojawi się w domu, dopóki nie skosi całego trawnika - powiedziała łagodnie.
- Chętnie pomógłbym mu kosić, ale ta kosa jest jakaś... - Michał szukał właściwego słowa - wadliwa - stwierdził.
- Jeszcze się tu nakosisz - śmiała się babcia. - Dziadkowi szybko znudzi się powrót do natury i w końcu kupi normalną, elektryczną kosiarkę, a wtedy nie wymigasz się od pracy. Wróćmy jednak do naszej rozmowy - w oczach babci widać było wesołe ogniki.
Michał westchnął. Nie udało się. Babcia nie popuści. Na pewno ma już jakiś ciekawy pomysł. To jej stara sztuczka. Nigdy nie mówiła, co jest dobre, a co złe. Wymyślała różne sposoby, żeby samodzielnie wysnuwał właściwe wnioski.
- Mówisz, że się nudzisz - zaczęła. - Nie podobają ci się wiejscy chłopcy? Zgoda, masz do tego prawo! Pamiętaj, nie możesz traktować ich z góry. To normalni ludzie. Zgadzam się jednak z tobą, że miejsce naszego zamieszkania ma wpływ na nasz rozwój i sposób widzenia świata. Nasuwa się więc pytanie: Dlaczego ludzie mieszkający w mieście mają wyższy iloraz inteligencji? Wiesz, co to jest iloraz inteligencji? - spojrzała na niego pytająco.
- Coś tam wiem - bąknął.
- To dobrze - ucieszyła się babcia. - W takim razie rozpoczynamy badania naukowe. Będziesz mógł przeprowadzać eksperymenty na żywych organizmach. Zdaje mi się, że Rudy i Szopa są w twoim wieku. Porozmawiaj z nimi. Zwróć uwagę na ich słownictwo, wiedzę z różnych dziedzin nauki, stosunek do rówieśników i przyrody oraz na to, czy potrafią radzić sobie w trudnych sytuacjach. Na górze znajdziesz jakiś zeszyt. Starannie zapisuj swoje obserwacje. Jeśli chodzi o metody działania, daję ci wolną rękę. Przemyśl dokładnie, czego chcesz się dowiedzieć, i zrób plan swojej pracy. Pod koniec wakacji wspólnie wyciągniemy wnioski. Będziesz wiedział, czy słusznie nazwałeś kolegów wieśniakami - zakończyła zadowolona z siebie babcia. - Teraz nie powinieneś się nudzić - śmiała się.
- Pójdę poszukać zeszytu - powiedział Michał.
Chciał jak najszybciej wymknąć się z kuchni. Mógł przecież przewidzieć reakcję babci. Teraz będzie musiał bawić się w naukowca. Z dwojga złego, lepsze to niż machanie kosą. Już on babci udowodni, że ci dwaj cwaniacy są od niego głupsi!
***
- Po ciężkiej pracy należy się dobry obiad - dziadek wycierał ręce i ostentacyjnie wciągał nosem zapach parującego posiłku.
- Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie możesz kosić kosiarką? Męczysz się bez sensu - dziwiła się babcia.
- Daj mi się nacieszyć - prosił dziadek. - Kupimy kosiarkę, ale teraz sąsiad chce zabrać trawę, więc musi być porządnie przygotowana. Michał, trzeba będzie pograbić i przesuszyć ten pokos - zwrócił się do wnuka.
Dziadek najwyraźniej bardzo dobrze się bawił. Cieszył się jak dziecko z nowej zabawki. Przeprowadzka na wieś sprawiła, że zapomniał o swoim wieku, odmłodniał.
- Praca na roli konserwuje! Zobaczysz, za kilka lat nawet nie pomyślimy o powrocie do miasta, a każda wyprawa poza nasze podwórko będzie dla nas bolesnym przeżyciem - promieniał.
- Patrząc na ciebie dziadku, nie wiem, czy chcę się tak konserwować - Michał nie podzielał jego entuzjazmu.
- Właśnie - przypomniał sobie dziadek - byli u ciebie koledzy?
- To nie są moi koledzy! - energicznie protestował Michał. - Byli. Chcą, żebym zbierał chrust w lesie! Co za idiotyczny pomysł! - i zabrał się za jedzenie zupy, nie patrząc na to, że babcia ciągle krząta się po kuchni.
- Michałku! - upomniał go dziadek. - Babcia jeszcze nie usiadła! Taki jesteś głodny?
- Nasz wnuk będzie prowadził poważne badania naukowe - powiedziała babcia.
- Tak, zaczynam jutro o piątej rano - dopowiedział Michał. - Na obiedzie też mnie nie będzie. Będę badał wieśniaków, towarzysząc im w ciężkiej pracy.
- To wspaniale - pochwalił go dziadek.
- Co może być wspaniałego w zbieraniu suchych gałęzi? - złościł się Michał.
- Dla chłopca z miasta taka całodzienna wyprawa do lasu może być prawdziwą przygodą - dziadek nie dawał za wygraną.
- Przeżywałem już większe przygody i nie łączyły się one z pracą - ponuro odpowiedział wnuk. - Jutro pójdę, bo głupio tak się wycofać, ale niech nie myślą, że będę się bawił w zbieractwo przez całe wakacje! - zapowiadał.
Babcia skończyła przygotowania i nareszcie zabrali się do jedzenia.
- Przygotuję ci prowiant, żebyś nie był głodny - śmiała się.
- Musicie uważać na zwierzęta - przestrzegał dziadek.
- Na jakie zwierzęta? - z niepokojem zapytał Michał.
- Na dzikie zwierzęta! W lesie można spotkać sarny, dziki, lisy - spokojnie tłumaczył dziadek.
- I kleszcze i komary - martwiła się babcia. - Musisz zabrać ze sobą nieprzemakalną kurtkę.
- Będziesz jak prawdziwy pionier, który karczuje dżunglę, żeby na jej miejscu mogło wyrosnąć wspaniałe miasto - ekscytował się dziadek.
- Nic nie mówili o karczowaniu - Michał przeraził się nie na żarty. - Mówili o chruście na opał.
- Widzę, że ta wyprawa łączy przyjemne z pożytecznym - dziadek uparcie szukał dobrych stron ciężkiej pracy w lesie.
Michał zrezygnował. Trudno, chyba nie uda mu się przekonać dziadka, że jutrzejszy dzień będzie dla niego prawdziwą męką. Tyle godzin z tymi dwoma typkami nie może zapowiadać się jak bajka. O czym będzie z nimi rozmawiał? Na pewno będą się przed nim popisywali swoją sprawnością fizyczną i naigrywali z jego miastowego ubrania. Sami wyglądają jak dwaj łachmaniarze. Musi wytrzymać, w końcu to tylko jeden dzień i w każdej chwili może wykręcić się od pracy pod byle pretekstem, mówiąc na przykład, że boli go głowa.