Około południa bardzo gorącego
dnia czerwcowego "Dogfish", jeden z największych parowców osobowo -
pocztowych na Arkanzas, rozbijał swemi potężnemi kołami fale rzeki.
Wczesnym rankiem opuścił on Little Rock, a wkrótce miał dotrzeć do
Lewisburga, aby tam przybić do brzegu.
Upał spędził garstkę zamożniejszych pasażerów do kabin i
kajut, większość natomiast podróżnych pokładowych leżała poza
beczkami, pakami i innemi pakunkami, które użyczały im skąpego
cienia. Dla tych pasażerów kapitan kazał urządzić pod rozpiętem
płótnem "bed - and - board", na którym stały wszelkiego rodzaju
szklanki i flaszki, a ostra ich zawartość przeznaczona była
naturalnie nie dla zbyt delikatnych języków i podniebień. Za
szynkwasem siedział kelner z zamkniętemi oczami i, wyczerpany
upałem, kiwał głową, a ilekroć podniósł powieki, z poza warg jego
wychodziło przekleństwo albo jakieś dosadne słowo. Ta jego niechęć
zwracała się ku grupie około dwudziestu mężczyzn, którzy, siedząc
na ziemi przy stole, podawali sobie z rąk do rąk kubek z kośćmi.
Grano o tak zw. "drink", to znaczy, że przegrywający musiał po
skończeniu partji zapłacić każdemu z partnerów szklankę wódki; to
ostatnie właśnie było przyczyną niechęci kelnera, budzonego ciągle
z drzemki. Ludzie ci nie spotkali się z pewnością dopiero tutaj na
pokładzie steamera, gdyż zachowali się bardzo poufale względem
siebie i było widocznem z ich przypadkowych wynurzeń, że znali się
dokładnie. Mimo tej powszechnej poufałości jeden wśród nich cieszył
się pewnego rodzaju uszanowaniem. Nazywano go kornelem, co jest
zwykłem przekształceniem słowa colonel, pułkownik.
Był to człowiek długi i chudy; jego, gładko wygoloną, ostro
i kanciasto zarysowaną twarz okalała ruda, szczecinowata broda;
krótko ostrzyżone włosy były także ryże, jak to można było widzieć,
gdyż stary, zużyty kapelusz filcowy zesunął się daleko na kark.
Ubranie jego składało się z ciężkich butów skórzanych, podbitych
gwoździami, ze spodni nankinowych i krótkiej bluzy z tejże materji.
Kamizelki nie miał, a zamiast niej nosił pomiętą i brudną koszulę,
której kołnierz, nie przytrzymywany chustką, był szeroko otwarty i
ukazywał nagie, spalone od słońca piersi. Dookoła bioder miał
owinięty czerwony szal, z poza którego wyglądała rękojeść noża i
głownie dwu pistoletów. Obok leżał prawie nowy karabin i torba
skórzana, zaopatrzona we dwa rzemienie, przy których pomocy nosił
ją na plecach.
Inni mężczyźni ubrani byli w podobny sposób, niestarannie i
równie brudno, ale zato również bardzo dobrze uzbrojeni. Nie było
wśród nich ani jednego, któryby na pierwszy rzut oka mógł wzbudzić
zaufanie. Grali namiętnie, a toczyli przytem rozmowę w tak grubych
wyrazach, że choć trochę porządniejszy człowiek nie zatrzymałby się
przy nich ani na chwilę. W każdym razie łyknęli już niejeden
"drink", gdyż twarze ich były rozgorączkowane nietylko od słońca;
także wódka roztaczała nad nimi swą władzę.
Kapitan opuścił mostek i udał się na tylny pokład do
sternika, aby mu udzielić kilku niezbędnych wskazówek. Kiedy to
uczynił, odezwał się ten ostatni:
- Co pan sądzi, kapitanie, o tych drabach, którzy tam na
przodzie siedzą przy kościach? Zdaje mi się, że należą oni do tego
rodzaju ludzi, których nie widzi się chętnie na pokładzie.
- Tak i ja myślę, - odparł zapytany. - Podali się wprawdzie
za "harvesterów", udających się na Zachód, by się nająć do pracy na
farmach, ale nie chciałbym być tym, u którego pytaliby o pracę.
- Well, sir. Ja nawet uważam ich za rzeczywistych trampów.
Może przynajmniej tu na pokładzie zachowają się spokojnie.
- Nie radziłbym im uprzykrzać się nam więcej, niż jesteśmy
do tego przyzwyczajeni. Mamy na pokładzie dosyć rąk, by ich
wszystkich wrzucić do starej, błogosławionej Arkanzas. Zresztą
przygotujcie się do lądowania, bo w ciągu dziesięciu minut
zobaczymy Lewisburg.
Kapitan wrócił na swój mostek, by wydać zwykłe rozkazy przy
lądowaniu. Wkrótce ukazały się domy wspomnianej miejscowości, którą
okręt pozdrowił przeciągłym świstem syreny. Z przystani dano znak,
że steamer ma zabrać pakunki i pasażerów. Podróżni, znajdujący się
dotąd pod pokładem, wyszli, aby zażyć choć tej krótkiej przerwy w
nudnej podróży.
Jednakże widok, jaki im się ukazał, nie był bardzo
zajmujący. Lewisburg nie miał wówczas jeszcze tego znaczenia, co
dzisiaj. W przystani stało tylko trochę próżniaków, do zabrania
leżało kilka pak i pakunków, a nowych pasażerów, którzy weszli na
pokład, nie było więcej, jak trzech.
Jeden z nich był białym o wysokiej i nadzwyczaj silnej
postaci. Nosił tak gęstą i ciemną brodę, że widać było z poza niej
tylko oczy, nos i górną część policzków. Na głowie miał starą
czapkę bobrową, która w ciągu lat stała się prawie nagą - określić
jej dawny kształt było niemożliwością - najprawdopodobniej przeszła
już wszelkie możliwe formy. Ubranie tego człowieka składało się ze
spodni i bluzy z mocnego, szarego płótna. Za szerokim pasem tkwiły
dwa rewolwery, nóż i kilka niezbędnych dla westmana drobiazgów;
pozatem miał ciężką dubeltówkę, do której łożyska przywiązany był
długi topór.
Kiedy zapłacił należność za przejazd, rzucił badawczo okiem
po pokładzie. Porządnie odziani pasażerowie kajutowi zdawali się go
nie obchodzić. Spojrzenie jego padało na resztę, która wstała od
gry, by przyjrzeć się wchodzącym na pokład; przesuwając wzrok na
każdego z osobna, ujrzał kornela: wtedy szybko odwrócił oczy, jak
gdyby go zupełnie nie zauważył; podciągając jednak na mocne uda
cholewy wysokich butów, mruczał cicho do siebie:
- Behold! Jeśli to nie jest czerwony Brinkley, to niech mię
uwędzą i pożrą razem z łupiną! Widocznie nie zna mnie!
Ten, o którym myślał, ździwił się również jego widokiem i
zwrócił się cicho do swych towarzyszy:
- Spojrzyjcie tylko na tego czarnego draba! Czy zna go który
z was?
Na pytanie odpowiedziano przecząco.
- Hm, musiałem go już kiedyś widzieć i to wśród okoliczności
dla mnie nie bardzo przyjemnych. Plącze mi się jakieś niejasne
wspomnienie o tem.
- To i on musiałby cię też znać, - odparł jeden. - Tymczasem
spojrzał na nas, a ciebie przytem zupełnie nie zauważył.
- Hm! Może jeszcze wpadnę na to, albo lepiej zapytam go o
nazwisko. Gdy je usłyszę, będę zaraz wiedział, na czem stoję.
Zróbmy więc z nim "drink"?
- Jeśli tylko zechce!
- Nie? To byłoby haniebną obrazą, jak wiecie. Ten, komu
odmówią "drinku", ma w tym kraju prawo odpowiedzieć nożem lub
rewolwerem, a jeśli zakłuje obrażającego, nie zapyta o to ani pies
kulawy.
- Ależ czarny nie wygląda na to, by go można było zmusić do
tego, co mu nie będzie miłem.
- Pshaw! Załóżmy się!
- Dobrze! Zakład, zakład! - rozległo się wokół. -
Przegrywający płaci każdemu trzy szklanki.
- Zgadzam się! - oświadczył kornel.
- Ja też - odpowiedział drugi. - Ale musi być sposobność
rewanżu. Trzy zakłady i trzy drinki.
- Z kim?
- Najpierw z czarnym, którego, jak utrzymujesz, znasz, ale
nie wiesz kim jest. Potem z jednym z tych gentlemanów, którzy gapią
się na brzeg. Weźmy tego wielkiego draba, który wygląda przy nich,
jak olbrzym między karłami. A wreszcie z tym czerwonym Indjaninem,
który przyszedł na pokład ze synkiem. A może się go boisz?
Odpowiedzią był ogólny śmiech, a kornel odparł pogardliwym
tonem:
- Ja boję się tego czerwonego błazna? Pshaw! A może także
tego olbrzyma, przeciw któremu mię podszczuwasz? All devils! ten
człowiek musi być silny! Ale właśnie tacy giganci mają zwykle
najmniej odwagi, a ten jest tak dobrze i pięknie ubrany, że z
pewnością umie się obracać tylko w salonie, a nie wśród ludzi
naszego pokroju. A więc, przyjmuję zakład. Drink z trzech szklanek
z każdym z nich. A teraz do dzieła!
Ostatnie trzy zdania wypowiedział tak głośno, że musieli go
słyszeć wszyscy podróżni. Każdy amerykanin i każdy westman zna
znaczenie słowa "drink", zwłaszcza gdy zostanie wypowiedziane tak
głośno i groźnie, jak to tu miało miejsce. Dlatego oczy wszystkich
zwróciły się na kornela. Widziano, że jest już na pół pijany tak,
jak i jego towarzysze, a mimo to nikt nie odchodził, ponieważ każdy
oczekiwał ciekawej sceny. Kornel kazał napełnić szklanki, wziął
swoją do ręki, podszedł do czarnego i rzekł:
- Good day, sir! Chciałbym wam ofiarować tę szklankę brandy.
Uważam was naturalnie za gentlemana, bo pijam tylko z ludźmi
rzeczywiście szlachetnymi; spodziewam się, że wypróżnicie tę
szklankę za moje zdrowie!
Broda zagadniętego zrazu rozszerzyła się, a potem ściągnęła,
z czego można było wnosić, że przez twarz jego przebiegł uśmiech
zadowolenia.
- Well, - odpowiedział. - Nie jestem od tego; mogę uczynić
wam tę przyjemność, ale chciałbym przedtem wiedzieć, kto mi
wyświadcza ten nieoczekiwany zaszczyt.
- Zupełnie słusznie, sir! Powinno się wiedzieć, z kim się
pije. Nazywam się Brinkley, kornel Brinkley, jeśli wam się podoba.
A wy?
- Moje nazwisko jest Grosser, Tomasz Grosser, jeśli nie
macie nic przeciw temu. A więc za wasze zdrowie, kornelu!
Wypróżnił szklankę, przyczem wypili i inni, i zwrócił ją
"pułkownikowi". Ten poczuł się zwycięzcą, obejrzał go w sposób
prawie obrażający od stóp do głowy i zapytał:
- Zdaje mi się, że to jest nazwisko niemieckie. Jesteście
więc przeklętym dutchmanem, hę?
- Nie, lecz germanem, sir, - odpowiedział Niemiec, w sposób
bardzo uprzejmy, nie dając się wyprowadzić z równowagi tem
grubijaństwem. - Swego przeklętego dutchmana musicie skierować pod
innym adresem; wobec mnie to jest nie na miejscu. A więc dziękuję
za drink i z tem hallo!
Obrócił się energicznie na obcasie i odszedł szybko, mówiąc
do siebie po cichu:
- A więc rzeczywiście Brinkley! I nazywa się teraz Kornelem!
Ten drab knuje coś niedobrego. Muszę mieć oczy otwarte.
Brinkley wygrał wprawdzie pierwszą część zakładu, lecz nie
wyglądał przytem bardzo na zwycięzcę; mina jego zmieniła się teraz,
a wskazywała na to, że się złości. Spodziewał się, że Grosser
będzie się wzbraniał wypić i da się zmusić do tego tylko groźbą;
ten jednak był mądrzejszym: najpierw wypił, a potem powiedział
zupełnie otwarcie, że jest za mądry, by dawać powód do zwady. To
gryzło kornela. Napełniwszy jednak szklankę, zbliżył się do drugiej
ofiary, Indjanina.
Wraz z Grosserem weszło mianowicie na pokład dwu Indjan.
Jeden starszy, drugi młodszy, liczący może piętnaście lat.
Uderzające podobieństwo ich twarzy kazało się domyślać, że są to
ojciec i syn. Byli tak jednakowo ubrani i uzbrojeni, że syn wydawał
się odmłodzonym portretem ojca.
Odzież ich składała się ze skórzanych legginów, ozdobionych
po bokach frędzlami, i żółtych mokassynów. Koszuli czy bluzy
myśliwskiej widać nie było, gdyż ciało od ramion nosili okryte
pstremi i lśniącemi kocami zuni, z tego gatunku, które kosztują
często ponad sześćdziesiąt dolarów za sztukę. Czarne włosy, gładko
zaczesane w tył, opadały na barki, nadając im kobiecy wygląd.
Pełne, okrągłe twarze miały nadzwyczaj dobroduszny wyraz, a
powiększało go jeszcze i to, że policzki ich były pomalowane
cynobrem na kolor jasno czerwony. Flinty, które trzymali w rękach,
wydawały się niewarte razem ani dolara; wogóle wyglądali obaj
zupełnie nie niebezpiecznie, a przytem tak osobliwie, że, jak
wspomnieliśmy, wywołali śmiech wśród pijących. Odeszli oni
nieśmiało na bok, jakby bali się ludzi, i oparli się o szeroką i
długą skrzynię z silnego drzewa, wysokości człowieka.
Tam, zdawało się, że na nic nie zwracają uwagi, i, nawet
kiedy kornel zbliżył się teraz ku nim, nie podnieśli głów, aż
stanął tuż obok i przemówił:
- Gorąco dziś! A może nie, wy czerwoni chłopcy? Na to dobrze
robi napój. Weź tu, stary, i wysyp to na język!
Indjanin nie poruszył się i odpowiedział łamanym językiem
angielskim:
- Not to drink - nie pić.
- Co, nie chcesz? - wrzasnął właściciel czerwonej brody. -
To jest drink, zrozumiano? drink! Odmowa jest dla każdego
prawdziwego gentlemana, jakim ja jestem, śmiertelną obrazą, na
którą odpowiada się nożem. Jak się nazywasz?
- Nintropan - hauey - odpowiedział zapytany spokojnie i
skromnie.
- Do jakiego szczepu należysz?
- Tonkawa.
- Więc do tych łagodnych czerwonych, którzy obawiają się
nawet kota? Zrozumiano? Nawet kota, choćby to był nawet najmniejszy
kotek! Z tobą nie będę robił żadnych ceregieli. A więc chcesz pić?
- Ja nie pić woda ognista.
Powiedział to, mimo groźby kornela, równie spokojnie, jak
przedtem. Ten jednak zamachnął się i wymierzył mu głośny policzek.
- Tu masz nagrodę, czerwony tchórzu! - zawołał. - Nie będę
się inaczej mścił, bo taka kanalja stoi dla mnie zbyt nizko.
Zaledwie cios został wymierzony, młody Indjanin sięgnął ręką
pod koc, z pewnością po broń, a równocześnie spojrzenie jego
pobiegło ku twarzy ojca, co ten uczyni i powie.
Twarz czerwonego stała się zupełnie inną tak, że prawie nie
można było jej poznać. Zdawało się, że urósł; oczy mu zabłysły, a
przez rysy przebiegł nagle żywy płomień. Lecz równie prędko opadły
jego powieki i postać skurczyła się, a twarz przybrała poprzedni
wyraz pokory.
- No, cóż na to odpowiesz? - zapytał kornel szyderczo.
- Nintropan - hauey dziękować.
- Czy policzek tak ci przypadł do smaku, że mi za niego
dziękujesz? Dobrze, masz jeszcze jeden!
Zamierzył się, lecz ponieważ Indjanin błyskawicznie pochylił
głowę, uderzył ręką o pakę, o którą Indsman się opierał; ta wydała
głośny, pusty dźwięk. Nagle w środku jednak dało się słyszeć
krótkie, ostre mruczenie i parskanie, które prędko przeszło w dziki
i straszliwy krzyk, po którym nastąpił tak ogłuszający ryk, iż
zdawało się, ze okręt drży od tych przeraźliwych dźwięków.
Kornel odskoczył o kilka kroków, wypuścił szklankę i
krzyknął przerażony:
- Heavens! Co to? Co za bestja tkwi w tej pace? Ze strachu
można umrzeć!
Strach ogarnął także i innych podróżnych i tylko czterech z
nich ani nie mrugnęło powieką: czarnobrody, siedzący teraz zupełnie
na przodzie przy bugu, ów olbrzymi pan, którego Brinkley chciał
zaprosić do trzeciego drinku, i obaj Indjanie. Te cztery osoby
musiały mieć wielką moc panowania nad sobą, osiągniętą długiem
ćwiczeniem.
Ryk usłyszano także w kajutach i wiele pań zjawiło się na
pokładzie wśród strasznego krzyku.
- To nic, ladies i messurs! - zawołał bardzo przyzwoicie
odziany pan, który właśnie wyszedł ze swej kabiny. - To tylko
panterka, malutka panterka, więcej nic! Bardzo miła Felis panthera,
tylko czarna, messurs!
- Co? czarna pantera! - krzyknął mały człowieczek w
okularach, po którym widać było, że znał dzikie zwierzęta jedynie z
książek zoologicznych. - Czarna pantera jest prawie
najniebezpieczniejszem ze wszystkich bydląt, a jest większą i
dłuższą od lwa i tygrysa! I morduje z czystej żądzy krwi, a nie
tylko z głodu. W jakim ona wieku?
- Ma tylko trzy lata, sir, nie więcej!
- Tylko? I to pan nazywasz "tylko"? - To przecież zupełnie
dojrzała! Mój Boże! I taka bestja znajduje się tu na pokładzie!
Któż zechce za to odpowiadać?
- Ja sir, ja - odpowiedział elegancki pan, kłaniając się
damom i mężczyznom. - Pozwólcie mi, myladies i gentleman,
przedstawić się. Jestem Jonatan Boyler, właściciel słynnej
menażerji, i przebywam od pewnego czasu z moją trupą w Van Bueren.
Ponieważ ta czarna pantera nadeszła dla mnie do Nowego Orleanu,
udałem się tam z moim doświadczonym pogromcą zwierząt, aby ją
odebrać. Kapitan tego dzielnego statku udzielił mi za wysokiem
wynagrodzeniem pozwolenia załadowania tego zwierzęcia, stawiając
przytem warunek, by pasażerowie, o ile możności, nie dowiedzieli
się, w jakiem znajdują się towarzystwie. Dlatego karmiłem panterę
tylko w nocy i dawałem jej zawsze, całe cielę, aby się tak nażarła,
by się ruszać nie mogła i cały dzień przespała. Ale jeżeli
pięściami bić w skrzynię, to się musi obudzić i wtedy daje się
słyszeć także jej głos. Mam nadzieję, że szanowne damy i panowie
nie wezmą za złe pobytu na okręcie tej panterki, bo przecież nie
sprawia najmniejszej zawady.
- Co, - zakrzyczał mały pan w okularach. - Nie sprawia
żadnej zawady? Nie brać za złe? Do wszystkich djabłów! Muszę
przyznać, że z takiem żądaniem nie zwracano się do mnie jeszcze
nigdy! Ja mam przebywać na tym okręcie z czarną panterą? Niech mnie
powieszą, jeśli to uczynię! Albo ona musi iść stąd precz, albo
pójdę ja. Wrzućcie tę bestję do wody! Albo wysadźcie klatkę na
brzeg!
- Ależ, sir; niema rzeczywiście żadnego niebezpieczeństwa -
zapewniał właściciel menażerji. - Przypatrzcie się tylko tej silnej
skrzyni i....
- Ach, co tam skrzynia - przerwał człowieczek. - Tę skrzynię
potrafię ja rozbić, a cóż dopiero pantera!
- Proszę, pozwólcież mi wyjaśnić, że w pace znajduje się
właściwa klatka żelazna, której nawet dziesięć lwów czy panter nie
mogłoby rozbić.
- Czy aby naprawdę? Pokażcie nam tę klatkę! Musimy wiedzieć,
jak jest, - zawołało dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści głosów.
Właściciel menażerji był Jankesem i pochwycił tę sposobność,
by ogólne żądanie obrócić na swą korzyść.
- Bardzo chętnie, bardzo chętnie, - odpowiedział. - Ale,
myladies and gentleman, łatwo to zrozumieć, że nie można oglądać
klatki, nie widząc pantery; na to nie mogę jednak pozwolić bez
pewnego wynagrodzenia. Aby przyjemność tego rzadkiego widowiska
podnieść, nakażę karmienie zwierzęcia. Urządzimy trzy miejsca;
pierwsze za dolara, drugie za 50, a trzecie za 25 centów. Lecz
ponieważ tu znajdują się jedynie ladies i gentlemanowie, więc
jestem przekonany, że zgóry możemy wykreślić drugie i trzecie
miejsce. A może jest ktoś taki, kto chce płacić tylko pół, a nawet
ćwierć dolara?
Nikt naturalnie nie odpowiedział.
- A więc tylko pierwsze miejsca. Proszę, myladies and
mylords; dolara od osoby.
Zdjął kapelusz i zbierał dolary, podczas gdy pogromca,
którego przywołał, czynił przygotowania do przedstawienia.
Podróżni byli przeważnie jankesami i jako tacy oświadczyli,
że zgadzają się zupełnie z tym zwrotem sprawy. Jeśli przedtem
większość z nich oburzało, że kapitan zezwolił na transport tak
niebezpiecznego zwierzęcia na swym steamerze, to teraz wszystkich
pogodziła okoliczność, że to właśnie przyniesie pożądaną rozrywkę w
nudnem życiu na statku. Nawet mały uczony przemógł swą obawę i
przyglądał się przygotowaniom z wielkiem zaciekawieniem.
- Słuchajcie, chłopcy! - rzekł kornel do swych towarzyszy. -
Jeden zakład wygrałem, drugi przegrałem, bo czerwony drab nie
wypił. To się znosi. Trzeci zakład zrobimy teraz nie o trzy
szklanki brandy, lecz o dolara wstępu, który mamy zapłacić. Czy
zgadzacie się?
Towarzysze przyjęli naturalnie tę propozycję, bo olbrzym nie
wyglądał na takiego, któryby dał sobie napędzić strachu.
- Dobrze, - zawołał kornel, którego obfite użycie wódki
uczyniło pewnym zwycięstwa - uważajcie, jak chętnie i prędko ten
goljat będzie pił ze mną.
Kazał napełnić szklankę i zbliżył się do wspomnianego.
Kształty tego człowieka musiało się rzeczywiście uważać za
olbrzymie. Był jeszcze wyższy i szerszy niż czarnobrody, który
nazywał się wielgusem, a liczył pewnie lat czterdzieści. Jego
gładko wygolona twarz była brunatna od słońca; po męsku piękne rysy
miały śmiały zakrój, a siwe oczy ów szczególny, nie dający się
opisać, wyraz, którym odznaczają się ludzie, żyjący na wielkich
płaszczyznach, gdzie horyzontu nic nie zacieśnia, a więc marynarze,
mieszkańcy pustyni i ludzie prerji. Nosił piękny garnitur podróżny,
a broni przy nim nie było widać. Obok stał kapitan, który zeszedł z
mostku, aby również przyjrzeć się przedstawieniu z panterą.
Teraz przystąpił do nich kornel, stanął szeroko rozkraczony
przed swą domniemaną trzecią ofiarą i rzekł:
- Sir, proponuję wam drink. Prawdopodobnie nie będziecie się
wzdragać powiedzieć mi, jako prawdziwemu gentlemanowi, kim
jesteście.
Zagadnięty rzucił na niego ździwione spojrzenie i odwrócił
się, aby ciągnąć dalej rozmowę z kapitanem, przerwaną przez
zuchwałego pijaka.
- Pooh! - zawołał kornel - czyście ogłuchli, czy nie chcecie
mnie słuchać! Tego drugiego bym nie radził, bo nie znam żartów, gdy
mi kto odmówi drinku. Życzliwie radzę wam wziąć sobie przykład z
indsmana.
Zaczepiony wzruszył lekko ramionami i zapytał kapitana:
- Czy pan słyszał, co ten chłopczyna do mnie mówił?
- Yes, sir, każde słowo, - przytaknął zapytany.
- Well, a więc jesteście świadkiem, że ja go nie
przywołałem.
- Co? - wrzasnął kornel. - Nazywacie mię chłopczyną? A
drinku odmawiacie? Czy ma się wam przydarzyć to, co Indjaninowi,
któremu ja...
Więcej nie powiedział, bo w tej chwili otrzymał od olbrzyma
tak potężny policzek, że padł na ziemię, po której potoczył się
daleko, a w końcu nawet zrobił koziołka. Tam leżał przez chwilę,
jak martwy, lecz zerwał się szybko, wyciągnął nóż, i, podniósłszy
go do ciosu, rzucił się na olbrzyma.
Ten wsadził obie ręce do kieszeni od spodni i stał tak
spokojnie, jakby mu nie groziło najmniejsze niebezpieczeństwo i
jakby kornela zupełnie nie było. Ostatni ryczał:
- Psie! Mnie policzek? To się płaci krwią i to twoją!
Kapitan chciał się wmieszać, ale olbrzym wstrzymał go
energicznem skinieniem głowy, a kiedy kornel zbliżył się do niego
na dwa kroki, podniósł prawą nogę i przyjął go takiem kopnięciem w
brzuch, że uderzony padł po raz drugi i potoczył się po ziemi.
- A teraz dość, bo inaczej... - zawołał groźnie Goljat.
Lecz kornel zerwał się znowu, zasadził nóż za pas i rycząc z
gniewu, wyciągnął jeden z pistoletów, kierując go ku przeciwnikowi;
ten jednak wyjął prawą rękę z kieszeni, uzbrojoną w rewolwer.
- Precz z pistoletem! - zawołał, zwracając lufę swej małej
broni ku prawej ręce napastnika. Jeden - dwa - trzy cienkie, ale
ostre trzaski... kornel krzyknął i wypuścił pistolet.
- Tak chłopcze - rzekł olbrzym. - Nie prędko będziesz znowu
wymierzał policzki, gdy kto odmówi pić ze szklanki, w której
przedtem umaczałeś twój wielki pysk. A jeżeli chcesz jeszcze teraz
wiedzieć, kim jestem, to...
- Do djabła z twojem nazwiskiem! - pienił się kornel. - Nie
chcę go słyszeć! Ciebie jednak samego chcę i muszę dostać. Hej, na
niego chłopcy, go on!
Teraz dopiero pokazało się, że draby tworzyli prawdziwą
bandę, w której wszyscy stawali za jednego. Wyrwali noże z za pasów
i rzucili się na olbrzyma; ten jednak wyciągnął nogę, podniósł
ramiona i krzyknął:
- Chodźcie, jeśli macie odwagę zadzierać z Old Firehandem!
Dźwięk tego imienia wywołał natychmiastowy skutek; Brinkley,
który chwycił znowu za nóż niezranioną lewą ręką, zawołał
przerażony:
- Old Firehand! Do wszystkich djabłów, ktoby to pomyślał!
Dlaczego nie powiedzieliście tego przedtem!
- Czy tylko nazwisko chroni gentlemana przed waszą
niegrzecznością? Zabierajcie się stąd, siadajcie spokojnie w kącie
i nie pokazujcie mi się więcej na oczy, bo was wszystkich zdmuchnę!
- Well, pomówimy jeszcze potem!
Kornel odwrócił się i poszedł na przód okrętu, towarzysze za
nim, jak obite psy; usiadłszy na boku, zawiązali swemu przywódcy
rękę, rozmawiając przytem cicho a żywo i rzucając ku sławnemu
myśliwemu spojrzenia, które wprawdzie wcale nie były przyjazne, ale
przynajmniej wskazywały, jak wielką mieli przed nim obawę.
Lecz nie tylko na nich wywarło to znane nazwisko wrażenie.
Wśród pasażerów nie było z pewnością ani jednego, któryby nie
słyszał już o tym odważnym człowieku, którego całe życie złożone
było z najniebezpieczniejszych czynów i przygód. Kapitan podał mu
rękę i rzekł w tonie najuprzejmiejszym:
- Ależ, sir, to powinienem był wiedzieć! Byłbym wam odstąpił
własną kajutę. Na Boga, toż to jest zaszczyt dla "Dogfisha", że
wasze stopy dotknęły jego desek. Dlaczego nazwaliście się inaczej?
- Powiedziałem wam moje prawdziwe nazwisko. "Old Firehandem"
nazywają mię westmani, bo ogień z mej strzelby, kierowany moją
ręką, przynosi zawsze zgubę.
- Słyszałem, że nigdy nie chybiacie?
- Pshaw! Każdy dobry westman potrafi to tak samo, jak ja.
Ale widzicie, jaką korzyść daje znane nazwisko wojenne. Gdyby mego
nie wymieniano tak szeroko i daleko, przyszłoby z pewnością do
walki.
- I wy musielibyście ulec przemocy.
- Tak sądzicie? - zapytał Old Firehand, a po twarzy jego
przebiegł lekki uśmiech. - Jak długo idzie tylko o walkę na noże,
nie obawiam się niczego; trzymałbym się z pewnością, aż nadeszliby
wasi ludzie.
- Ci w każdym razie nie zawiedliby. Ale, co mam teraz zrobić
z tymi łotrami? Jestem panem i sędzią na okręcie. Czy mam ich zakuć
w kajdany?
- Nie.
- A może mam ich wysadzić na brzeg?
- I to nie. Chyba nie chcecie po raz ostatni odbywać podróży
na waszym steamerze?
- O tem ani myślę! Mam nadzieję, że jeszcze przez wiele lat
będę płynął w dół i w górę starej Arkanzas.
- Dobrze! A zatem strzeżcie się narazić na zemstę tych
ludzi! Są oni w stanie usadowić się gdziebądź na brzegu i wypłatać
wam figla, który kosztowałby was nie tylko statek, ale i życie.
Teraz dopiero spostrzegł Old Firehand czarnobrodego, który
się zbliżył i stanął w pobliżu, utkwiwszy w myśliwym wzrok,
wyrażający jakieś skromne życzenie.
Old Firehand przystąpił do niego i zapytał:
- Czy chcecie ze mną mówić, sir? Czy mogę wyświadczyć wam
jaką przysługę?
- Bardzo wielką - odrzekł Niemiec. - Pozwólcie mi uścisnąć
waszą rękę. sir! To wszystko, o co was proszę. Potem zadowolony
odejdę i nie będę się wam więcej naprzykrzał, tę zaś godzinę będę
wspominał z radością przez całe życie.
Widać było po jego otwartem spojrzeniu i po tonie, że te
słowa pochodziły rzeczywiście z serca, Old Firehand wyciągnął do
niego rękę i zapytał:
- Czy daleko jedziecie?
- Tym okrętem? Tylko do portu Gibson, a potem dalej łódką.
Obawiam się, że wy, nieustraszony, weźmiecie mię za tchórza,
ponieważ przedtem przyjąłem drink od tego tak zwanego "kornela".
- O nie! Mogę was tylko pochwalić, że byliście tak rozważni.
Chociaż, kiedy potem uderzył Indjanina, postanowiłem dać mu ostrą
nauczkę.
- Prawdopodobnie posłuży mu ona za przestrogę, a wreszcie
jeśliście mu dokładnie przestrzelili palce, to skończył już swoją
karjerę jako westman. Nie wiem jednak, co myśleć o czerwonym,
zachował się jak prawdziwy tchórz, a wszak ani trochę się nie
przeraził, usłyszawszy ryk pantery. Nie wiem, co o tem sądzić.
- Więc ja wam w tem pomogę. Czy znacie Indjanina?
- Słyszałem, jak wymówił swe nazwisko, ale jest to słowo, na
którem można sobie język połamać.
- Bo posługiwał się językiem ojczystym, w każdym razie, aby
kornel nie domyślił się z kim ma doczynienia. Nazwisko jego brzmi
Nintropan - hauey, a syn jego nazywa się Nintropan - homosz, to
znaczy Wielki Niedźwiedź i mały Niedźwiedź.
- Czy to możliwe? O tych dwu słyszałem w istocie już nieraz.
Tonkawa się wyrodzili i tylko ci dwaj Nintropanowie odziedziczyli
po przodkach zamiłowanie do wojny i snują się po górach i prerji.
- Tak ci dwaj są dzielnymi ludźmi! Czy nie widzieliście, jak
syn sięgnął pod koc po nóż albo tomahawk? Tylko zobaczywszy, że
twarz ojca pozostała nieporuszoną, zaniechał natychmiastowej zemsty
za tę obelgę. Mówię wam, tym Indsmenom wystarczy mały rzut oka tam,
gdzie my biali potrzebujemy długiej mowy. Od tej chwili, gdy kornel
uderzył Indjanina w twarz, śmierć jego jest rzeczą postanowioną.
Obaj "Niedźwiedzie" nie prędzej porzucą jego tropu, aż go zdmuchną.
Ale, wymieniliście mu wasze nazwisko, które, jak poznałem, jest
niemieckiem; Jesteśmy więc krajanami.
- Jak, sir? Wy jesteście także Niemcem? - zapytał wielgus
ździwiony.
- Moje właściwe nazwisko jest Winter. I ja takie jadę tym
okrętem na dość znaczną odległość, więc będziemy mieli jeszcze
nieraz sposobność porozmawiać. Czy jesteście na Zachodzie dopiero
od niedawna?
- No, - odrzekł brodacz skromnie - jestem tu już nieco
dłużej. Nazywam się Tomasz Grosser. Nazwisko rodowe się tu pomija,
z Tomasza robi się Toma, a ponieważ noszę tak potężną i czarną
brodę, nazywają mię Czarnym Tomem.
- Jak? Co? - zawołał Old Firehand. - Wy jesteście Czarnym T
omem, słynnym rafterem?
- Tom się nazywam, rafterem jestem, a czy słynnym, w to
wątpię. Ale, sir, kornel nie powinien słyszeć mojego nazwiska, gdyż
mógłby mię po niem poznać.
- A więc mieliście już z nim do czynienia?
- Trochę. Opowiem wam to jeszcze. Wy go nie znacie?
- Widziałem go dziś po raz pierwszy, jeśli jednak dłużej
pozostanie na pokładzie, będę mu baczniej patrzył między palce. I
was muszę także bliżej poznać. Jesteście człowiekiem, jakiego mi
potrzeba. Jeśliście się już gdzie nie obiecali, mógłbym was
potrzebować.
- No, - powiedział Tom, patrząc w zamyśleniu ku ziemi -
zaszczyt przebywania z wami wart jest daleko więcej niż wszystko
inne. Wprawdzie zawarłem umowę z innymi rafterami. a nawet obrali
mię za swego dowódcę, ale jeśli mi tylko dacie czas zawiadomić ich
o tem, to umowę da się łatwo rozwiązać. Ale patrzcie! Zdaje mi się,
że przedstawienie się zaczyna.
Właściciel menażerji przygotował z pak i pakunków kilka
rzędów siedzeń i teraz w pompatycznych słowach zapraszał
publiczność do zajęcia miejsc. Tak się też stało; również załoga
statku mogła przyglądać się widowisku, o ile nie była zajętą; tylko
kornel nie zjawił się ze swymi ludźmi, stracił bowiem całą ochotę.
Obu Indjan nie pytano o to, czy zechcą wziąć udział w
przedstawieniu. Dwu indsmenów obok ladies and gentleman, płacących
po dolarze od osoby! Na taki zarzut nie chciał się narazić
właściciel zwierzęcia. Stali oni więc zdala i zdawało się, że nie
zwracają uwagi ani na klatkę, ani na widzów, ale ich bystrym
ukradkowym spojrzeniom nie uszła, nawet najmniejsza drobnostka.
Większość z siedzących, przed zamkniętą jeszcze paką, widzów
nie miała należytego pojęcia o czarnej panterze. Rabusie z rodziny
kotów, żyjący w Nowym Świecie, są znacznie mniejsi i mniej groźni
niż koty Starego Świata. Gaucho naprzykład chwyta jaguara, którego
nazywają tygrysem amerykańskim, na lasso i ciągnie za sobą. Na to
nie odważyłby się z królewskim tygrysem bengalskim. A, lew
amerykański, puma ucieka przed człowiekiem, nawet głodem dręczona.
To też większość widzów spodziewała się, że zobaczy wcale
niestrasznego rabusia, wysokiego co najwyżej na pół metra. Jakże
się ździwili, kiedy usunięto przednią ścianę paki i zobaczyli
panterę.
Od Nowego Orleanu leżała ona w ciemności, bo pakę otwierano
tylko w nocy; teraz więc po raz pierwszy zobaczyła znowu światło
dzienne, które ją oślepiło. Zamknęła więc oczy i leżała dalej
wyciągnięta; potem mrugnęła lekko powiekami, przyczem zobaczyła
siedzących dokoła ludzi. W mgnieniu oka zerwała się i wydała ryk,
który wywarł takie wrażenie, że większość widzów zerwała się do
ucieczki.
Tak, był to wyrośnięty, wspaniały egzemplarz, wysoki z
pewnością na metr, a dwa długi. Pantera chwyciła pręty żelaznej
klatki przedniemi łapami i potrząsnęła niemi, że skrzynia się
poruszyła, a przytem pokazała straszliwe uzębienie.
- Myladies and gentleman! - powiedział właściciel menażerji
tonem objaśnienia. - Czarna odmiana pantery zamieszkuje wyspy
Sunda, ale te zwierzęta są małe. Prawdziwa czarna pantera, która
jednak jest bardzo rzadką, pochodzi z Afryki północnej - na granicy
Sahary. Jest ona równie silną, a znacznie niebezpieczniejszą od lwa
i jest w stanie unieść w swej paszczy dużego wołu. Co potrafią jej
zęby zaraz zobaczycie, bo karmienie się zaczyna.
Pogromca przyniósł pół owcy i położył przed klatką. Pantera,
czując mięso, zachowywała się jak wściekła: rzucała się, parskała i
ryczała tak, że bojaźliwsi z widzów cofnęli się jeszcze dalej.
Zajęty przy maszynie negr nie mógł oprzeć się ciekawości i
wślizgnął się między patrzących, ale kapitan, zobaczywszy to, kazał
mu natychmiast wracać do pracy. Kiedy jednak czarny nie posłuchał
zaraz, pochwycił linę i wymierzył mu kilka uderzeń. Skarcony cofnął
się szybko, a stanąwszy w otworze, prowadzącym do hali maszyn,
zrobił pod adresem kapitana kilka groźnych grymasów i pogroził mu
pięścią; ponieważ jednak widzowie patrzyli tylko na panterę, nie
zauważyli tego. Ale spostrzegł to kornel i rzekł do towarzyszy:
- Ten nigger nie jest dla kapitana przyjaźnie usposobiony,
jak się zdaje. Musimy się nim zająć. Kilka dolarów sprawia u
murzynów cuda.
Teraz silnie zbudowany pogromca wsunął mięso między pręty
klatki, spojrzał badawczo na widzów i powiedział potem kilka stów
po cichu do swego pana, który potrząsnął z powątpiewaniem głową;
tamten jednak tłumaczył mu coś dalej i zdawało się, że rozproszył
jego obawy, bo właściciel menażerji skinął wreszcie głową i
oświadczył głośno:
- Myladies and messurs! Mówię wam, macie ogromne szczęście.
Ułaskawionej czarnej pantery nie widziano jeszcze nigdy,
przynajmniej tu w Stanach. W czasie trzechtygodniowego pobytu w
Nowym Orleanie mój pogromca wziął panterę do swej szkoły i teraz
oświadcza, że po raz pierwszy wejdzie publicznie do klatki j
usiądzie obok zwierzęcia, jeśli mu przyrzekniecie odpowiednie
wynagrodzenie.
Pantera rzuciła się na swe żarcie, a jej zęby miażdżyły
kości jak papier; zdawało się, że patrzy tylko na swój żer, to też
można było mniemać, że wejście właśnie teraz do klatki nie będzie
połączone ze zbytniem niebezpieczeństwem.
Nie kto inny, jak mały uczony, poprzednio tak bojaźliwy,
odpowiedział zachwycony:
- To byłoby wspaniałe, sir! Czyn brawurowy, za który można
już coś zapłacić. Ile ten człowiek chce?
- Sto dolarów, sir. Niebezpieczeństwo, na jakie się naraża,
jest niemałe, bo nie jest jeszcze zupełnie pewny zwierzęcia.
- Dobrze! Nie jestem wprawdzie bogaty, ale pięć dolarów
ofiaruję. Messurs, kto jeszcze co da?
Zgłosiło się tylu chętnych, że potrzebna suma się zebrała.
Widowisko należało zupełnie wykorzystać. Nawet kapitan dał się
opanować gorączce i zaproponował zakład.
- Sir! - ostrzegł go Old Firehand. - Nie popełniajcie
głupstwa! Proszę was, nie pozwalajcie na to! Właśnie ponieważ ten
człowiek nie jest jeszcze zupełnie pewny swego zwierzęcia, macie
obowiązek zabronić przedstawienia.
- Zabronić? - zaśmiał się kapitan. - Pshaw! Czy jestem może
niańką pogromcy? Tu w tym błogosławionym kraju każdy ma prawo
wystawiać swą skórę na sprzedaż według własnego upodobania. Jeśli
go pantera rozszarpie, no, to jest rzecz jego i pantery, a nie
moja. A więc, gentlemani! Ja twierdzę, że ten człowiek nie wyjdzie
bez szwanku, jeśli wejdzie do klatki, i stawiam w zakład sto
dolarów. Kto się zakłada? Dziesięć procent wygranej otrzyma
pogromca!
Ten przykład zaelektryzował ludzi; zawarto zakłady o wcale
znaczne sumy i pokazało się, że pogromcy, jeśli szalony zamiar się
uda, przyniesie to około trzystu dolarów.
Nie było powiedziane, czy pogromca ma być uzbrojony, to też
przyniósł on "zabijak", bicz, którego rękojeść zawierała kulę
eksplodującą; gdyby zwierzę rzuciło się na niego, to trzeba było
tylko silnego uderzenia by panterę zabić w jednej chwili.
- Ja niedowierzam nawet "zabijakowi" - odezwał się Old
Firehand do Czarnego Toma. - Fajerwerk byłby daleko lepszy, bo
odstraszyłby zwierzę, nie zabijając go.
Tymczasem pogromca wypowiedział do publiczności krótką
przemowę i zwrócił się potem do klatki, a odjąwszy ciężką zasuwę,
odsunął na bok wązką kratę, która tworzyła drzwi, mające niecałe
pięć stóp wysokości. By wejść do środka, musiał się schylić i
przytem kratę rękami przytrzymać, a potem, będąc już w klatce,
zamknąć ją za sobą; dlatego wziął "zabijak" w zęby, przez co stał
się zupełnie bezbronny, chociaż tylko na jedną chwilę. Wprawdzie
był nieraz w klatce, ale wśród zupełnie innych okoliczności.
Wówczas pantera nie przebywała całemi dniami w ciemności i nie było
w pobliżu tylu ludzi, a także nie płoszyło jej stukanie maszyny,
szum i łoskot kół. Tych okoliczności nie wziął pod uwagę, ani
właściciel menażerji, ani pogromca, a skutki okazały się
natychmiast.
Kiedy pantera usłyszała szelest kraty, obróciła się. Właśnie
w tej chwili pogromca wsadził do klatki głowę, schyliwszy się.
Prawie jak myśl szybkie poruszenie zwierza, błyskawiczne drgnięcie
i głowa, z której wypad "zabijak", znalazła się w paszczy pantery
i.... jedno pociśnięcie zmiażdżyło ją na miazgę.
Krzyku, jaki się w tej chwili podniósł przed klatką, nie da
się wprost opisać. Wszystko się zerwało i jęcząc uciekało. Tylko
trzech ludzi pozostało na miejscu: właściciel menażerji, Old
Firehand i Czarny Tom. Pierwszy usiłował zasunąć drzwi klatki, ale
to było niemożliwem, bo ciało leżało częścią w środku, a częścią
nazewnątrz, wtedy chciał trupa chwycić za nogi i wyciągnąć.
- Na miłość boską, tylko nie to! - zawołał Old Firehand. -
Pantera wyjdzie za niem. Wepchnijcie ciało zupełnie do wnętrza,
przecież to tylko trup, a wtedy dadzą się drzwi zamknąć.
Pantera leżała przed trupem pozbawionym głowy; rozwarta,
skrwawiona paszcza, w której tkwiły potrzaskane kości, zwracała
błyszczące oczy na swego pana; zdawało się, że odgaduje jego
zamiar, bo ryknęła gniewnie i poczołgała się wzdłuż trupa,
przytrzymując go ciężarem swego ciała. Głowa jej była zaledwie o
kilka cali od otworu.
- Precz, precz! Wychodzić! - krzyknął Old Firehand. - Tom,
wasz karabin! Wasz karabin! Rewolwer tylko powiększy nieszczęście!
Od chwili, kiedy pogromca wszedł do klatki, upłynęło
zaledwie dziesięć sekund. Cały statek tworzył mieszaninę
uciekających i krzyczących z trwogi, a drzwi do kajut i pod pokład
zostały zupełnie zapchane. Uciekający schylali się poza beczki i
paki, i znowu biegli dalej, nie czując się nigdzie bezpiecznie.
Kapitan rzucił się ku swemu mostkowi i wskoczył nań,
przesadzając po trzy, cztery schody naraz; za nim szedł Old
Firehand; właściciel menażerji schronił się za tylną ścianę klatki,
a Czarny Tom pobiegł po swój karabin; po drodze jednak,
przypomniawszy sobie, że przywiązał do niego topór, a więc nie
będzie go mógł natychmiast użyć, wyrwał starszemu Indsmenowi
strzelbę z ręki.
- Sam strzelać - rzekł ten, wyciągając rękę ku broni.
- Puść! - krzyknął rozkazująco brodacz. - Ja strzelam w
każdym razie lepiej, niż ty!
Odwrócił się ku klatce, którą pantera teraz opuściła i
podniósłszy głowę do góry - ryknęła. Czarny Tom złożył się i
strzelił; strzał zagrzmiał, ale kula chybiła; wyrwał więc spiesznie
młodszemu Indjaninowi strzelbę i wypalił z niej ku zwierzęciu - z
tym samym skutkiem.
- Źle strzelać. Karabin nie znać, - rzekł Stary Niedźwiedź
tak spokojnie, jakby siedział bezpiecznie w swym wigwamie przy
pieczeni.
Niemiec nie zważając na te słowa, odrzucił strzelbę i
pobiegł ku przodowi, gdzie leżała broń ludzi kornela. Ci gentlemani
nie mieli bynajmniej ochoty podjąć walki ze zwierzem, lecz
czemprędzej się pokryli.
Wtem w pobliżu mostku kapitańskiego rozległ się straszny
krzyk. Pewna kobieta chciała się tam schronić, kiedy ujrzała ją
pantera, i, przysiadłszy, skoczyła w długich, dalekich rzutach ku
niej. Kobieta znajdowała się jeszcze u dołu, gdy Old Firehand stał
na piątym lub szóstym stopniu; w mgnieniu oka pochwycił ją,
przyciągnął ku sobie i podniósł silnemi ramionami w górę, gdzie
odebrał ją kapitan. Było to dziełem dwu sekund. Pantera znalazła
się teraz przy mostku, a oparłszy przednie łapy na jednym ze
stopni, już kurczyła się, by skoczyć na Old Firehanda, gdy ten
wymierzył jej potężne kopnięcie w nos i strzelił pozostałemi trzema
kulami rewolweru w głowę.
Ten sposób obrony był właściwie śmieszny; kopnięciem i kilku
kulkami rewolwerowemi, nie większemi od grochu, nie odstraszy się
czarnej pantery, ale Old Firehand nie miał pod ręką skuteczniejsze]
broni był przekonany, że zwierzę pochwyci go teraz, lecz się stało
inaczej: pantera, pozostając w postawie wyprostowanej na schodach,
odwróciła powoli głowę, jakby się inaczej rozmyśliła. Czyżby kula,
która mogła na milimetr przebić się przez twardą czaszkę,
wystrzelona z takiej blizkości, przyprawiła panterę o pewnego
rodzaju otumanienie? A może kopnięcie, wymierzone w jej czuły nos,
było za bolesne? Dość na tem, że nie zwróciła więcej oczu na Old
Firehanda, lecz na pokład przedni, gdzie stała teraz może
trzynastoletnia dziewczynka bez ruchu, jakby odurzona strachem,
wyciągając obie ręce ku mostkowi. Była to córka owej kobiety, którą
Old Firehand uratował przed panterą. Dziecko samo uciekało, gdy
zobaczywszy matkę w niebezpieczeństwie, osłupiało z przerażenia, a
jasna, zdala widoczna sukienka wpadła w oczy zwierza. Ten zdjął
łapy ze schodów, obrócił się i w długich, na sześć do ośmiu łokci,
skokach rzucił się na dziewczynkę.
- Moje dziecko, moje dziecko! - jęczała matka.
Wszyscy widząc to krzyczeli, lecz nikt nie mógł pomóc. Nikt?
przecież znalazł się jeden i to ten, któremu najmniej przypisano by
odwagi i przytomności umysłu: młody Indjanin.
Stał on z ojcem w oddaleniu może dziesięciu kroków od
dziewczynki, kiedy spostrzegł straszne niebezpieczeństwo; błysnął
oczyma i spojrzał na prawo i lewo, jakby szukając drogi ratunku;
potem zrzucił koc z ramion, a krzyknąwszy na ojca w języku Tonkawa.
"Tiakaitat, szai szoyana - pozostań; będę pływał!" - skoczył w dwu
susach ku dziewczynce, chwycił ją wpół rzucił się z nią ku
relingowi i stanął na nim. Tam zatrzymał się na chwilę, aby się
obejrzeć. Pantera była poza nim i właśnie gotowała się do
ostatniego skoku. Zaledwie łapy jednak oderwała od podłogi, gdy
młody Indjanin rzucił się z poręczy w rzekę, nabierając rozpędu w
bok, aby w wodzie nie znaleźć się obok zwierzęcia. Woda zakryła go
wraz z dziewczynką; w tej chwili pantera, której siła skoku była
tak wielka, że nie mogła się wstrzymać, skoczyła na poręcz i runęła
w rzekę.
- Stop, stop, na miejscu! - zakomenderował przytomny kapitan
przez tubę do hali maszyn.
Inżynier dał kontraparę, steamer zatrzymał się i stanął
spokojnie, bo koła nabierały tylko tyle wody, ile było potrzeba, by
uniknąć cofania się.
Ponieważ niebezpieczeństwo dla podróżnych minęło, wszyscy
wybiegli pośpiesznie ze swych kryjówek ku burcie. Matka dziecka
popadła w omdlenie, a ojciec krzyczał przeraźliwie:
- Tysiąc dolarów za uratowanie mej córki! Dwa, trzy, pięć
tysięcy dolarów!
Nikt go jednak nie słuchał: wszyscy pochylili się nad burtą,
patrząc w rzekę, gdzie pantera, jako znakomity pływak, leżała w
wodzie z szeroko rozłożonemi łapami i oglądała się za łupem -
nadaremnie.
- Utonęli, dostali się pod koło! - jęczał ojciec, wyrywając
sobie włosy.
Nagle jednak rozległ się po drugiej stronie statku, ostry
głos starego Indjanina:
- Nintropan - homosz być mądry; przepłynąć pod okrętem, żeby
pantera nie zobaczyć. Tu być w dole!
Podróżni tłoczyli się ku sterowi, a kapitan rozkazał
wyrzucić liny. Rzeczywiście w dole, tuż przy ścianie okrętu, płynął
nawznak, by go nie uniosły fale, Młody Niedźwiedź, podtrzymując
nieprzytomną dziewczynkę. Liny prędko znalazły się pod ręką i
zrzucono je; chłopiec jedną przewiązał dziewczynkę pod ramiona, a
sam wdrapał się zwinnie po drugiej na pokład.
Przyjęto go burzliwie i radośnie, lecz on odszedł dumnie,
nie wyrzekłszy ani słowa. Kiedy jednak przechodził koło kornela,
który również się przypatrywał, stanął przed nim i odezwał się tak
głośno, by każdy musiał go usłyszeć:
- No, czy Tonkawa obawia się małego wściekłego kota? Kornel
uciekł wraz z dwudziestu bohaterami, a Tonkawa skierował wielkiego
potwora na siebie, aby uratować dziewczynkę i pasażerów. Kornel
wnet jeszcze więcej słyszeć o Tonkawa!
Uratowaną wyciągnięto i zaniesiono do kajuty. Wtem sternik
wskazał ręką ku przodowi okrętu i zawołał:
- Patrzcie na panterę! Patrzcie, tratwa!
Teraz skoczyli wszyscy ku wskazanej stronie, gdzie
oczekiwało ich nowe, niemniej wzruszające widowisko. Nie
spostrzeżono przedtem małej tratewki, zbudowanej z chróstu i
sitowia, na której siedziały dwie osoby, chcące z prawego brzegu
rzeki dostać się do steamera, robiły one wiosłami, sporządzonemi
byle jak z gałęzi. Jedną z tych osób był chłopiec, drugą, jak się
zdawało, kobieta, ubrana bardzo osobliwie. Zobaczono nakrycie
głowy, podobne do starego czepka; pod niem widać było pełną,
rumianą twarz z małemi oczkami. Reszta postaci tkwiła w szerokim
worku czy czemś podobnem, fasonu czego i kroju nie można było
określić, bo osoba ta siedziała. Czarny Tom, stojący obok Old
Firehanda, zapytał go:
- Sir, znacie tę kobietę?
- Nie. Czy ona jest tak słynną, że powinienem ją znać?
- Tak sądzę. Nie jest to mianowicie kobieta, lecz mężczyzna
- myśliwy prerjowy i zastawiacz sideł. A tam płynie pantera.
Zobaczycie teraz, czego potrafi dokonać kobieta, która jest
mężczyzną.
Potem pochylił się przez poręcz i krzyknął:
- Holla! Ciotko Droll, baczność! To bydlę chce was pożreć!
Tratwa była oddalona od steamera o jakie pięćdziesiąt
kroków. Pantera, szukając swych ofiar, jeszcze ciągle pływała obok
okrętu; teraz zobaczyła tratwę i skierowała się ku niej. Domniemana
kobieta, znajdująca się na tratwie, spojrzała na pokład, a
poznawszy tego, który ku niej wołał, odpowiedziała wysokim głosem
fistułowym:
- Good lack, czy to wy Tom? Bardzo się cieszę, że was tu
widzę, jeśli to potrzebne! Co to za zwierzę?
- Czarna pantera, która skoczyła z okrętu. Zejdźcie jej z
drogi! Prędko, prędko!
- Oho! Ciotka Droll nie ucieka przed nikim, nawet przed
panterą, obojętne - czarną, niebieską, czy zieloną. Czy można to
bydlę zastrzelić?
- Pytanie! Ale tego nie dokażecie! Należała ona do
menażerji, a jest najniebezpieczniejszym na świecie drapieżcą.
Uciekajcie na drugą stronę okrętu!
Śmieszna postać zdawała się znajdować przyjemność w igraniu
ze ścigającą panterą; poruszała kruchem wiosłem prawdziwie po
mistrzowsku i umiała ze zdumiewającą zręcznością omijać zwierzę. W
czasie tego zawołała swym fistułowym głosem:
- Zaraz ci pokażę, stary Tomie, gdzie się strzela do takiej
kreatury, jeśli to potrzebne?
- W oko! - odpowiedział Old Firehand.
- Well! Pozwólmy teraz temu szczurowi wodnemu zbliżyć się.
Po tych słowach przyciągnął wiosło i chwycił za strzelbę,
leżącą obok niego. Tratwa i pantera posunęły się szybko ku sobie.
Drapieżca szeroko otwartemi nieruchomemi oczyma patrzył na wroga,
który, przyłożywszy dłoń do ramienia, zmierzył krótko i wypalił
dwukrotnie. Odłożyć strzelbę, chwycić za wiosło i cofnąć tratwę -
było dziełem jednej chwili. Pantera zniknęła, a tam, gdzie ją po
raz pierwszy widziano, wir wskazywał na miejsce walki jej ze
śmiercią; potem zobaczono, że wypłynęła znacznie niżej na
powierzchnię bez ruchu i martwa; płynęła tak przez kilka sekund,
poczem woda pociągnęła ją znowu w głąb.
- Mistrzowski strzał! - zawołał Tom z pokładu, a zachwyceni
pasażerowie wtórowali mu z wyjątkiem właściciela menażerji,
zasmuconego utratą cennej pantery i pogromcy.
- Były dwa strzały - odpowiedziała awanturnicza postać na
rzece. - W każde oko jeden! Dokąd płynie ten steamer, jeśli to
potrzebne?
- Tam, gdzie znajdzie dość wody - odparł kapitan.
- Chcemy się dostać na pokład i w tym celu zbudowaliśmy w
górze, na brzegu, tę tratwę. Czy zechcecie nas przyjąć?
- Czy możecie zapłacić za jazdę, maam, czy też sir? Nie wiem
rzeczywiście, czy mam was wyciągnąć na pokład jako mężczyznę, czy
jako kobietę.
- Jako ciotkę, sir. Jestem mianowicie ciotką Droll,
zrozumiano, jeśli to potrzebne? A co się tyczy zapłaty, to zwykłem
płacić dobrem złotem albo nawet nuggetami.
- To chodźcie na pokład! Musimy odjeżdżać z tego
nieszczęśliwego miejsca.
Kiedy spuszczono drabinę sznurową, wszedł na pokład chłopiec,
który również był uzbrojony w strzelbę. Poczem "ciotka",
zarzuciwszy karabin na plecy, podniósł się, chwycił drabinę,
odepchnął tratwę i z kocią zręcznością wdrapał się na pokład, gdzie
go przyjęto wielkiemi, niezmiernie ździwionemi spojrzeniami.