Skarb pana Isakowitza - Danny Wattin

Reflow text when sidebars are open.
Mój dziadek nie mówił prawie nic o przeszłości. Ani o dorastaniu jako Żyd w Niemczech lat dwudziestych i trzydziestych, ani o swojej rodzinie, ani o tym, jak trafił do Szwecji. Nie wiem, dlaczego nie mówił nic o tym, kim był i skąd pochodził. Może bał się pamiętać zbyt wiele. Bo się bał. A jego dzieci wiedziały, że lepiej nie pytać. To nie była rodzina, w której zadawało się pytania. Oczywiście mojemu ojcu udawało się coś czasem zasłyszeć. Jak to, że mój dziadek Erwin dorastał w małym mieście Marienwerder, że kochał matkę, a nie lubił ojca, i że jego rodzina prowadziła sklep z konfekcją męską. Nic więcej nie wiedzieliśmy. Przeszłość dziadka była tak rzadkim przedmiotem naszych rozmów, że gdy zapytałem ojca o imię jego dziadka, musiał odnaleźć je w tabeli genealogicznej. Tej, którą uzupełnia, kiedy jego krewni się rodzą i kiedy umierają.
Prowadzenie poszukiwań genealogicznych, gdy jest się dzieckiem i wnukiem ocalałych z Holocaustu, ma bez wątpienia osobliwe wady i zalety. Na przykład łatwo się dowiedzieć, kiedy zmarli krewni, bo naziści byli niezwykle skrupulatni w opisywaniu swoich poczynań w czasie wojny. Natomiast wadą w tym przypadku jest to, że nie pozostało za wiele osób, które można odszukać, i że gałęzie drzewa genealogicznego rosną dziś w przeróżnych częściach świata. Zresztą kontakty między obecnymi gałęziami są niezwykle skomplikowane, jeśli w ogóle są. Tak myśleliśmy my, odłam rodziny ze Szwecji. Wszystko za sprawą młodszego brata dziadka Erwina, jedynego z trójki rodzeństwa, który pozostał przy życiu, mieszka obecnie w Argentynie i nie chce mieć z nami nic wspólnego. Dlaczego, nie wiedzieliśmy. Ale w związku z tym, że my, jak i wszyscy mężczyźni z klanu Wattinów, jesteśmy równie drażliwi, co porywczy, też nie chcieliśmy mieć z nim do czynienia. Zresztą, jak mawia mój ojciec, nie trzeba utrzymywać z kimś kontaktu tylko dlatego, że jest się spokrewnionym. Czasem naprawdę wystarczy wiedzieć, kiedy ktoś z rodziny się rodzi czy umiera.
Nim jednak tę historię porwą nadmiernie szczegółowe rodzinne portrety, należałoby teraz wyjawić jedyną opowieść dziadka Erwina, a mianowicie, że jego ojciec Hermann Isakowitz, zanim zniknął, zakopał pod drzewem w swoim ogrodzie najcenniejsze rzeczy, jakie miał. Ową historię słyszałem wielokrotnie na przestrzeni lat zarówno od ojca, jak i wujka. Choć mówiąc szczerze, w ogóle mnie to nie zastanawiało. Była to jedna z wielu innych rodzinnych opowieści. W końcu wszyscy moi dziadkowie byli żydowskimi uchodźcami. Historie ich życia były bardziej dramatyczne niż większość powieści, toteż jakaś mała zakopana rzecz nie za bardzo mnie poruszyła. W przeciwieństwie do mojego najstarszego syna Leo, który dowiedział się o tym kilka lat temu.
- Co? - zdziwił się. - Mamy skarb?
- No tak - odpowiedziałem - myślę, że można powiedzieć, że mamy. Przynajmniej tak twierdził mój dziadek. Choć co to za skarb, nie mam pojęcia.
- Skarb? Złoto?
- Nie wiem - powiedziałem. - Pewnie jego najcenniejsze rzeczy. Może biżuteria lub coś osobistego. Wiele osób tak wtedy robiło. Zakopywało swoje rzeczy.
- Tak? Dlaczego?
- By mogli je później wykopać, gdy wrócą.
- I udawało im się?
- Co?
- Wykopać?
- Nie, raczej nie.
- A dlaczego?
- Bo... Niemcy wywieźli ich... No, przetransportowali do...
- To musimy go odnaleźć.
- Co takiego?
- Skarb, Danny. Musimy odnaleźć skarb.
Spojrzałem na syna. To było mniej więcej dwa lata temu, więc musiał mieć z siedem lat. Wciąż miał to otwarte spojrzenie na świat, typowe dla dzieci do pewnego wieku, tak niesamowicie naiwne i przenikliwe zarazem. Leo zauważył coś wspaniałego, to, co ja przez moją dorosłość zupełnie przegapiłem. Jeśli ma się skarb, trzeba wyruszyć, by go odszukać, to oczywiste.
Rzecz jasna miał rację. Im więcej o tym myślałem, tym bardziej byłem przekonany. Jednak to nie możliwość wykopania kosztowności pociągała mnie najbardziej. Moje plany były znacznie bardziej dalekosiężne. To miała być wyprawa trzech pokoleń - ja, mój syn i ojciec wrócimy na ziemie przodków, by odnaleźć korzenie naszej rodziny. To miała być podróż ku pokrzepieniu serc. Podróż pojednania. Podróż, dzięki której zbliżymy się do siebie i odnajdziemy wszystko to, co pomimo wielu różnic jednak nas łączy. Taki był mój plan.
Plan mojego ojca był nieco bardziej praktyczny, z czego zdaję sobie sprawę w wieczór przed wyjazdem, gdy siedzę przed komputerem w rodzinnym domu w Upplands Väsby i rezerwuję hotele na naszą podróż.
- Więc tak - zaczyna. - Wstaję wpół do szóstej i robię kanapki. O szóstej wychodzę z psem i potem jemy śniadanie. Wyjeżdżamy o siódmej. Prowadzi najbardziej wyspany.
- Ale prom nie wypływa przed dziewiątą wieczorem - mówię. - A do Karlskrony chyba nie jest tak daleko?
- Chcę być pewny, że będziemy na czas. I chcę zdążyć przed korkami.
- Parę samochodów w godzinie szczytu to chyba nic strasznego.
- Dojeżdżałem do pracy trzydzieści lat. Jedziemy o siódmej.
- Nie możemy ruszyć już po korkach?
- Nie. Jedziemy o siódmej, to będziemy mieli sporo czasu, by po drodze się zatrzymać lub coś zrobić.
Przytakuję, mimo że doskonale wiem, że nie potrzebujemy czternastu godzin na niecałe sześćset kilometrów do Karlskrony. Pomimo wszystko jestem wdzięczny, że ojciec z nami jedzie. Zwłaszcza że nie pociąga go ani podróżowanie, ani ryzyko pakowania się w niezręczne sytuacje - coś, czego prawdopodobieństwo jego zdaniem gwałtownie wzrasta, kiedy towarzyszem podróży jestem ja.
- Właśnie - odzywa się. - Zarezerwowałeś hotele?
- Teraz to robię.
- Teraz? W ostatnim momencie. Robban mówi, że hotele w Polsce są cholernie drogie i że powinniśmy byli zarezerwować dawno temu.
- Właśnie rezerwuję.
- Tak, tak - narzeka dalej - tylko nie chcę spać w jakichś barakach, w których mieszkałeś, gdy podróżowałeś po Azji. Tam można dostać wszy.
- Kupiłem przewodnik - odpowiadam. - Zarezerwuję coś z niego.
- I nie zamierzam spać w samochodzie - ciągnie mój ojciec. - Ostrzegam. Noc w samochodzie w Polsce i zostaniesz bez głowy.
- Nikt ci nie odetnie głowy tylko dlatego, że śpisz w samochodzie - oponuję.
- Tak myślisz? To antysemici, wszyscy co do jednego.
- Wcale nie.
- Tak myślisz?
- Tak, tak myślę - odpowiadam i nim zdążę się pohamować, już jestem w połowie długawej przemowy ważniaka, jak to miałem styczność z mnóstwem przemiłych Polaków, którzy pomogli mi dowiedzieć się czegoś o naszej rodzinie. - Poza tym - dodaję - otwierają w Warszawie muzeum poświęcone historii Żydów. I wszystko wskazuje na to, że będzie przepiękne.
Gdy kończę wywód, ojciec milczy przez chwilę, po czym mówi:
- To możesz spać w samochodzie, a my z Leo pójdziemy do hotelu.
- Nie mam zamiaru spać w samochodzie - odpowiadam. - I nie wszyscy Polacy to antysemici. Nie możesz wrzucać ich do jednego worka tak po prostu.
- Nie, wcale - ojciec nie ustępuje. - A co się stało z polskimi Żydami, którzy przeżyli Holocaust i wrócili po wojnie do domów?
- Tak, ale...
- Czy nie zostali przypadkiem oskarżeni o porywanie polskich dzieci i picie ich krwi? Po raz kolejny?
- Rzeczywiście, ale...
- I nie było może pogromów? Znowu?
- No tak, ale...
- A pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy rząd komunistyczny otwarcie manifestował antysemityzm, historia znów się powtórzyła. Doskonale o tym wiesz.
Tak się właśnie składa, że wiem. To wtedy teść mojego wujka, który jako dziecko cudem przeżył obóz koncentracyjny, w końcu uznał, że ma dość, i wyjechał z Polski. Mimo to nie przyznaję ojcu racji. Zwłaszcza że ta rozmowa może stanowić kolejną wypowiedź w dyskusji, którą prowadzimy, odkąd pamiętam, i która prawdopodobnie będzie się toczyć, aż jeden z nas umrze. Spór, w którym mój ojciec twierdzi, że człowiek rodzi się zły, a ja sądzę, że wcale tak nie jest.
W obronie Polski należy dodać, że tak naprawdę przez setki lat było to jedyne w Europie bezpieczne miejsce dla Żydów. Zresztą trochę antysemityzmu da się wytrzymać. To przecież część odwiecznej tradycji, w ramach której byliśmy między innymi oskarżani o spowodowanie tak niewiarygodnych zdarzeń, jak:
- zarazy i czarna śmierć,?- klęska Niemiec w pierwszej wojnie światowej,
- słabe plony,
- śmierć Jezusa (wprawdzie on sam był Żydem, ale niech będzie),
- konflikt w Darfurze,
- trzęsienia ziemi i huragany (między innymi Katrinę),
- wszystkie kryzysy finansowe włącznie z ostatnim (według trzydziestu procent zapytanych Europejczyków),
- całe zło tego świata (według Mela Gibsona).
W każdym razie po niepotrzebnie długiej dyskusji z ojcem przyznaję mu rację, że nie powinniśmy spać w samochodzie (mimo że nie grozi nam odcięcie głów). Następnie zadowolony z siebie ojciec idzie na górę się położyć, a ja zostaję przy komputerze, by dokończyć rezerwacje i dowiedzieć się czegoś przed podróżą.
- Tylko nie siedź za długo - krzyczy z góry moja matka. - Musicie wstać wcześnie rano.
- Dobranoc - odkrzykuję.
- Co ty tam robisz?
- Pewnie ogląda telewizję - słyszę głos ojca. - Nie mają telewizora w domu.
- Mamy komputer, na którym można oglądać telewizję - krzyczę. - I nie oglądam telewizji. Rezerwuję hotele. Ładne hotele ze śniadaniami.
- Ogląda telewizję - wyjaśnia jej ojciec. - I nie chcesz wiedzieć, co ogląda. Z twojego syna to niezły sprośnik.
- Nie siedź za długo - woła matka. - Pamiętaj, że rano jedziecie samochodem.
- Pamiętam.
- I wyłącz telewizor, jak skończysz oglądać - krzyczy ojciec, po czym wreszcie zapada cisza w domu Wattinów.
Wracam do komputera. Pomimo ironicznych komentarzy cieszę się, że ojciec z nami jedzie, i z myślą o nim postanawiam zarezerwować zdecydowanie lepsze hotele, niż kiedykolwiek bym wybrał, podróżując samotnie.
Wiedząc, że niewiele rzeczy ceni tak wysoko jak dobre śniadanie, wykupuję kilka z rozpędu. Po czym po raz ostatni staram się skontaktować z osobą, z którą najbardziej chcę się spotkać w Polsce. To człowiek, który podobno wie coś ważnego na temat mojego pradziadka i jego sklepu. Sam zbierałem informacje od ponad pół roku i wiem, że dzielnica, w której żył Hermann Isakowitz, została spalona, gdy Rosjanie zajęli Marienwerder pod koniec drugiej wojny światowej. Wiem też, że po wojnie miasto rodzinne Hermanna stało się polskie i zmieniło nazwę na Kwidzyn. Oprócz tego wiem, że spora część dokumentacji o mieście zniknęła po jego zajęciu przez Rosjan, co z kolei sprawia trudności, by dowiedzieć się czegoś na temat mojego pradziadka. Dlatego nie posiadałem się ze szczęścia, gdy przez panią genealog z Warszawy dostałem namiary na polskiego blogera o imieniu Łukasz, który według badaczki "wie najwięcej o tym, czego Pan chce się dowiedzieć". Jednak nie było tak łatwo skontaktować się z tym człowiekiem. Przez kilka miesięcy pisałem do niego e-maile po angielsku i korzystając z translatora Google'a - także po polsku. Bezskutecznie. Aż do dzisiaj, gdy siedzę w swoim rodzinnym domu w nocy przed podróżą. Nagle pojawia się wiadomość od niego w mojej skrzynce odbiorczej. E-mail kończący się następująco:
"Bardzo się cieszę, że Pan napisał do mnie. Jestem jedyną osobą z Kwidzyna, że może coś o Pańskiej rodzinie z Marienwerder powiedzieć. Wiem, gdzie by rozwinąć swój butik i gdzie on (Hermann) mieszkał. W skrócie znam historię o jego życiu".
Budzę się, leżąc na materacu na podłodze w dawnym pokoju mojej siostry. Obok na sofie śpi mój syn. Słyszę z dołu bulgotanie ekspresu do kawy i poszczekiwania psa moich rodziców, które z kolei spotykają się z szorstką reprymendą ojca i okazjonalnymi pomrukami matki. Jednak Leo to nie przeszkadza. Wciąż śpi spokojnie. Wygląda na tak wycieńczonego, że nie chcę go budzić, mimo że jest już po szóstej i ryzykujemy modyfikację świętego planu ojca.
Wymykam się z pokoju, wychodzę na balkon i spoglądam na ulicę, na której bawiłem się, gdy byłem mały. Wygląda niemal jak zawsze. Prawie identyczne domy z cegły stoją w szeregu, samochody dopiero co umyte, trawa przystrzyżona. Jako dziecko nigdy nie rozumiałem, jak bardzo przedmieście, w którym dorastałem, było homogeniczne, ani tego, że wszystkie domy i ulice odlane były niemalże z tej samej formy. Nie zdawałem sobie też sprawy, że podobnie jak moi rodzice większość ludzi, którzy przeprowadzili się tutaj na początku lat siedemdziesiątych po powstaniu osiedla, była prawie równolatkami, miała dzieci w tym samym wieku i posiadała wspólny bagaż kulturowy. Rzecz jasna istniały wyjątki, na przykład adoptowane dzieci z Indii i Chile, które chodziły do mojej szkoły. Jednak pomijając te "białe kruki", nie sądzę, by można było znaleźć bardziej homogeniczne osiedle, nawet jeśliby się szukało. Był to rodzaj miejsca, o którym dzisiejsze europejskie partie ekstremistyczne zdają się marzyć. Świetnie zorganizowane przedmieście, gdzie odpowiedzialni dorośli dojeżdżali do pracy, a w tym czasie ich zdrowe aryjskie potomstwo chodziło do państwowego przedszkola. Dzielnica tak szwedzka, że Hitler, gdyby tylko chodził do mojej klasy, dostawałby lanie, bo przy pozostałych wyglądałby jak jakiś Cygan.
I tutaj, w samym środku aryjskiego snu, mieszkaliśmy my. Najbardziej zasymilowani ze wszystkich odłamów Izraela: podmiejscy Żydzi. My, którzy jedliśmy wieprzowego sznycla podczas rodzinnych obiadów, kosiliśmy trawniki w szabas i mieszaliśmy nabiał z mięsem, gdy tylko nadarzała się okazja. Wątpię, byśmy mogli być bardziej szwedzcy, nawet gdybyśmy chcieli. Mieliśmy psa, łódkę i chodziliśmy do lasu zbierać kurki. Śpiewaliśmy piosenki dla dzieci z kultowej książeczki Nu ska vi sjunga1, tańczyliśmy w midsommar2 wokół ukwieconego pala i mieliśmy rodziców, którzy myli swoje samochody i przycinali trawniki tak samo chorobliwie często jak inni.
Byliśmy, krótko mówiąc, najgorszym koszmarem Hitlera. Obcy element, który wkradł się i zapuścił korzenie. Byliśmy tak zasymilowani, że nikt nie mógł dostrzec, iż nie byliśmy jak wszyscy. Taktyka kameleona idealnie odpowiadała mnie i siostrze, bo nie chcieliśmy się odróżniać; nie chcieliśmy, by ludzie dowiedzieli się, że jesteśmy inni. Jedyne, czego pragnęliśmy, to się dopasować.
Szkoda więc, że gdy zajrzało się pod fasadę, istniało jednak sporo rzeczy, które odróżniały nas od otoczenia. Wywodziliśmy się przecież, na przekór naszej zwodniczej aparycji, z kultury, w której w przeciwieństwie do zwyczajów w Szwecji nie unikało się konfliktów, ale raczej aktywnie się ich poszukiwało, a później robiło się, co mogło, by utrzymać je przy życiu. Gdy się nad tym zastanawiam, to nic nie było na tyle nieistotne, by moja rodzina nie mogła się o to posprzeczać. Żadnej harmonijnej jednomyślności, której nie można by było zachwiać za pomocą paru dobrze dobranych komentarzy, lub przyjemnej ciszy, której nie można by było zelektryzować kilkoma niepotrzebnymi dobrymi radami. W rezultacie mieliśmy ciągłą sprzeczkę. Zajęcie, co zrozumiałem wcześnie, niewystępujące wcale w domach moich szwedzkich kolegów. U nich było zawsze spokojnie i cicho. Ich rodzice trzymali się z boku i nie mieszali się w to, co robiły dzieci. Co najwyżej mówili "hej", gdy przychodziło się do domu, ale zazwyczaj zdawało się, że zajmują się wyłącznie sobą. I wcale nie robili sobie żartów kosztem swoich dzieci!
Nic dziwnego, że ja i moja siostra zazdrościliśmy swym nieżydowskim przyjaciołom i marzyliśmy, by nasza rodzina była choć trochę taka jak ich. Jednak najbardziej zazdrościliśmy im całej tej Gwiazdki. Wydawało nam się, że to święto idealne, graniczące ze snem. Wyobraź sobie coroczną tradycję, gdzie bez konieczności odwzajemniania dostawało się olbrzymie sterty prezentów, jadło się słodycze i oglądało kreskówki. Ojciec, który nie podzielał mojego entuzjazmu, mawiał, że Szwedzi świętują "narodziny Kaczora Donalda". Choć wcale się nie przejmowaliśmy jego drwiną. My, którzy zmuszeni byliśmy obchodzić Chanukę, święto, w czasie którego zapala się światła, by pamiętać o jeszcze jednym zwycięstwie w jeszcze jednej żydowskiej wojnie o wolność i ten marny cud, że starego oleju do lampy starczyło na ponad tydzień. Co prawda podczas ośmiu dni trwającego święta dostawaliśmy upominki, ale w porównaniu z górą prezentów naszych przyjaciół wypadało to kiepsko. Żaden żydowski Mikołaj też nie istniał.
Na dodatek samo celebrowanie Chanuki dalekie było od święta ciszy i spokoju, jak sobie w tamtym czasie wyobrażałem Gwiazdkę. Bo gdy nasza rodzina się zbierała, panował istny kocioł. Wprawdzie nie dotyczyło to krewnych ze strony ojca, rodziny trochę bardziej powściągliwej, ale z pewnością ze strony matki. Gdy byłem mały i wszyscy z pokolenia moich dziadków wciąż żyli, większość świąt odbywała się w domu babci i dziadka ze strony matki w Hässelby i przebiegała mniej więcej w ten sam sposób. Na piętrze stał długi nakryty stół, a wokół niego siedzieli moi rodzice, ich rodzeństwo i kuzyni oraz banda postrzelonych dziadków i cioć. To był dom wariatów. Wszyscy się przekrzykiwali, czytali teksty po hebrajsku, których nikt nie rozumiał, i ubliżali sobie po szwedzku, w jidysz i po niemiecku. Słychać było meszuge tu i dummkopf tam. Pachnący czosnkiem mężczyźni mówili z niemieckim akcentem jeden przez drugiego, a rozhisteryzowane drobne kobiety biegały między kuchnią a jadalnią jak kot z pęcherzem z jedną porcją większą od drugiej. Na tego typu przyjęciach serwowano bowiem ogromne ilości jedzenia. Kilkanaście litrów rosołu z knedlami, gefilte fisz, klopsy, chałkę, sznycle, ziemniaki i kapustę czerwoną, by tylko wymienić kilka potraw, które z prędkością światła lądowały na stole przy ciągle mamrotanej mantrze "zjedz jeszcze trochę" w tle. Mantrze zbytecznej w rodzinie, gdzie gotowanie było wyrazem miłości, które można było zrównoważyć jedynie spożyciem dużych ilości jedzenia.
Na święta przyjeżdżała zawsze ta sama rodzina. Była ciotka Hilde oszukująca przy graniu w karty. Günter, który nigdy się nie ożenił i jak twierdziła moja babcia, objadał ją doszczętnie. Był też zawsze radosny Kiewe, mój gruby dobroduszny dziadek, czyli ojciec mojej matki Ernst, brat dziadka Heinz i jego żona Ruth, której policzki zawsze były czerwone. Ma się rozumieć, była też moja babcia, matka mojej matki, Helga, która paląc nad okapem pall malle bez filtrów, przeważnie mieszała coś w garnku i wypytywała Bogu ducha winną osobę obok: "Kto zrobił ten paskudny, pieprzony ryż?".
Byłem pierwszym wnukiem i nie rozumiałem za wiele z tego, co się działo. Nie wiedziałem nawet, w jaki sposób jestem spokrewniony z nimi wszystkimi ani czemu zachowywali się tak dziwacznie. Choć nad tym zacząłem się zastanawiać dużo później. Jako dziecko pożytkowałem całą energię, by jak najszybciej zjeść, wymknąć się na parter i w spokoju poczytać stare numery "Kaczora Donalda" mojego wujka (by przynajmniej poczuć odrobinę magii chrześcijańskiej Gwiazdki).
Wszystko to jednak miało miejsce dawno temu i najstarsze pokolenie, z którym zwykłem spędzać święta, z wyjątkiem mojej babci Helgi już nie żyje. W rezultacie rodzina straciła po części swoją wyrazistość i stała się z natury bardziej szwedzka. Zdaje się, że razem z siostrą dostaliśmy w końcu to, o co prosiliśmy. Na dobre i na złe.
*
Zamykam drzwi od balkonu i schodzę do kuchni, gdzie mój ojciec masowo produkuje kanapki. Przed sobą ma szesnaście kromek chleba ułożonych w osiem idealnych par, które tylko czekają, by przemienić się w kanapki. Obok leżą potrzebne składniki. Kiełbasa z Lidla (w stu procentach niekoszerna), ser i pokrojone warzywa.
- Ile chcecie? - pyta, wyrównując masło na jednej z kanapek, tak by zakryło całą kromkę aż po brzegi.
- Nie musisz robić mi kanapek - odpowiadam. - Mamy chyba jeszcze trochę czasu?
- Ile chcesz? - powtarza.
- Nie wiem. Może trzy.
Ojciec spogląda na mnie sceptycznie.
- Naprawdę ci starczy? - zastanawia się. - Przecież tyle jesz.
- Starczy - zapewniam.
- A ile będzie chciał Leo? - pyta ojciec.
- Nie wiem.
- Zresztą, gdzie on jest?
- Śpi.
- Nadal. Jak długo ten chłopak będzie właściwie spał?
- Późno się położył, więc pewnie do ósmej.
- Nie ma mowy - mówi ojciec. - Wyjeżdżamy za niecałą godzinę.
Mrugam kilkakrotnie, jakby chcąc przegonić z oczu sen.
- Nie możemy wyjechać trochę później? - proponuję. - By mógł jeszcze trochę pospać.
- Mówiłem, że nie chcę jechać za późno. Teraz wychodzę z psem, w tym czasie możesz obudzić swojego syna.
Obserwuję ojca idącego ulicą ze swoim ukochanym psem. W przeciwieństwie do mnie i mojej siostry zawsze czuł się tu, na przedmieściu, jak w domu. My w zasadzie nigdy takiego poczucia nie mieliśmy. Prawdopodobnie dlatego, że to na wskroś szwedzkie otoczenie uzmysławiało nam, jak inna w gruncie rzeczy jest nasza rodzina. Oczywiście robiliśmy, co mogliśmy, by się dopasować. Zwłaszcza moja siostra, której zaciekłe staranie, by celebrować chrześcijańskie święta, przechodziło wszelkie pojęcie. Bo ona nie tylko chciała obchodzić Gwiazdkę, chciała mieć też choinkę. Życzenie, którego nikt właściwie nie przyjmował z zadowoleniem, gdy co roku późną jesienią moja siostra zgłaszała je pozostałej rodzinie.
- W życiu - oświadczał ojciec stanowczo.
- Kategorycznie nie - stwierdzała równie bezwzględnie moja matka.
Widocznie było w tym coś nadzwyczaj drażliwego. Jak mówiłem, na ogół nie byliśmy za bardzo praktykujący. Kiedy trafiła się wieprzowina, zjedliśmy, malowaliśmy jajka w Wielkanoc i chodziliśmy do kościoła na koniec roku szkolnego. Jednak tutaj, w kwestii choinki ewidentnie przebiegała jakaś niewidoczna granica asymilacji naszych rodziców. Choć moja siostra, z całym szacunkiem dla niej, nie należała do tych, którzy poddają się bez walki.
- Proszę - nie dawała spokoju - dlaczego nie mogę mieć choinki? Wszyscy inni mają.
- Jesteśmy Żydami - podkreślał ojciec. - Nie mamy choinki.
- Ale jedną, malutką - usiłowała ich przekonać moja siostra.
- Nigdy nie będziemy mieć choinki w domu - odzywała się matka. - Po moim trupie.
- Może stać na balkonie - proponowała siostra.
- Wykluczone - odpowiadała matka. - Nie będziemy mieć choinki. To moje ostatnie słowo.
Zazwyczaj dyskusja kończyła się, gdy siostra wykrzykiwała coś w gniewie i trzaskała drzwiami swojego pokoju tak mocno, że o mało nie wypadały z zawiasów. Niezależny obserwator z zewnątrz mógłby uznać to za sygnał, że niniejszym rozmowa dobiegła końca. Aczkolwiek nie w tym przypadku, bo wkrótce po tym działo się, co następuje:
1. Jakiś uprzejmy sąsiad (zachęcony może przez naszych rodziców) ścinał drzewko na swojej działce i ofiarowywał je mojej siostrze.
2. Siostra wnosiła drzewko do siebie, dekorowała je w chrześcijańskim stylu i kładła pod nim swoje prezenty.
Naprawdę dobrze jej szło. Jednak mimo że co roku udawało jej się wygrywać bitwę o Gwiazdkę, wciąż nie była zadowolona. Bo teraz chciała, by wszyscy tańczyli wokół choinki.
- Po moim trupie - oznajmiała matka.
- Jesteśmy Żydami - przypominał ojciec. - Nie tańczymy wokół iglaka.
- Proszę - nalegała siostra - jeden taniec.
Jednak tu naprawdę przebiegała granica. Bo nawet jeśli nie byliśmy wierzący ani nie chodziliśmy do synagogi czy nie mieliśmy pejsów, to doprawdy nie tańczyliśmy wokół drzew. Cała historia kończyła się zazwyczaj w ten sam, trochę smutny sposób. Moja mała kochana siostrzyczka sama jak palec tańczyła wokół swojej choinki, w lewo i w prawo, śpiewając piosenki o radosnych świętach.
Dziś, nieco ponad trzydzieści lat później, idę do pokoju, w którym miała miejsce ta nieustająca walka o Gwiazdkę, i budzę mojego syna. Jest kompletnie wykończony, ale w końcu udaje mu się zwlec po schodach do kuchni, gdzie po powrocie z rekordowo szybkiego spaceru ojciec żwawo wykłada przyszykowane kanapki na trzy talerze.
- Ile chcesz, Leo? - pyta.
Mój syn wzrusza ramionami. Wygląda, jakby się jeszcze nie obudził.
- Masz trzy - postanawia ojciec. - Trzeba się dobrze najeść.
Leo bierze kanapkę i żuje jej skórkę.
- Co mu jest? - Ojciec jest zaniepokojony. - Jest chory?
- Pewnie zmęczony - wyjaśniam.
- Jesteś chory, Leo? - upewnia się ojciec.
- Nie - odpowiada mój syn, ziewając.
- Dobrze - cieszy się ojciec. - To zjedz wszystkie kanapki. Bo musimy zaraz jechać.
Gdy tak siedzimy i siłą wpychamy w siebie śniadanie, moja matka schodzi do nas do kuchni w drodze do pracy. Ojciec, korzystając z okazji, zaczyna się jej żalić:
- Twój syn i wnuk jedzą za mało.
- Naprawdę? - pyta. - To dostaniecie coś na drogę.
- Zjedliśmy minimum po trzy kanapki - odpowiadam.
- Spróbujcie zjeść jeszcze trochę - nie poddaje się mój ojciec. - Nigdy nie wiadomo, kiedy znów będzie coś do jedzenia.
Choć to nieprawda, bo w naszej rodzinie serwuje się posiłki na dobrą sprawę przez cały czas. I gdy tylko słucha się uważnie, wprawne ucho wychwyci, kiedy i w jaki sposób to się wydarzy. Trzeba tylko nauczyć się czytać między wierszami. Poniżej kilka prostych przykładów:
Co mówi rodzina
Co ma na myśli
"Zjedz wszystko. Później już nic nie dostaniesz".
"Niedługo będzie kilka kanapek z pasztetem z wątróbki i serem, parę marchewek i gorąca czekolada".
"W takim razie nie będzie deseru".
"Będą lody z jagodami, no i może trochę szarlotki".
"Możecie wpaść, ale nie mamy w domu nic do jedzenia".
"Mamy w domu tyle jedzenia, że wystarczyłoby nam na trzy miesiące oblężenia, a i tak byśmy przytyli".
"Zjedz jeszcze trochę".
"Zjedz jeszcze wiele, wiele więcej".
"Nic nie jesz, jesteś chory?".
"Dlaczego zjadłeś tylko dwie porcje, nie smakuje ci moje jedzenie?" i "Zjedz jeszcze trochę".
"Nie smakuje ci?".
"Dlaczego zjadłeś tylko trzy porcje, nie kochasz mnie?" i "Zjedz jeszcze trochę".
*
Nie zapominając o często występującym powiedzeniu "Ciut przesolone", które ojciec zwykle komentuje wypowiedzią w stylu "Tak, wczoraj było lepsze", co złości matkę, bo właściwą odpowiedzią jest, co wszyscy wiedzą, "Było bardzo dobre" (czemu z kolei towarzyszy kolejna zachęta, by "zjeść jeszcze trochę").
Jednak te kody dotyczą w gruncie rzeczy rodziny ze strony matki. Kodów ojca, pomimo prawie czterdziestu lat starań, nie udało mi się tak naprawdę złamać. Dmuchając na zimne, zjadam więc jeszcze trochę, po czym dziękuję za królewskie śniadanie i zapewniam z ręką na sercu, że jestem najedzony, wcale nie chory i oczywiście lepszych kanapek w życiu nie jadłem. Później musimy już ruszać, więc żegnamy się z matką, wychodzimy i sadowimy w samochodzie.
- To jedziemy - odzywa się mój ojciec. - Do Polski.