Skarb królów - Dariusz Rekosz

-
Proszę czekać

Transakcja

Spo­tka­li się w ber­liń­skiej ka­wiar­ni przy Alei Pod Li­pa­mi. Za­mó­wi­li dwie kawy, któ­re kor­pu­lent­na kel­ner­ka przy­nio­sła do­słow­nie po kil­ku se­kun­dach. Ro­zej­rze­li się, czy będą mo­gli swo­bod­nie roz­ma­wiać.

- Ar­nold wspo­mi­nał, że tym ra­zem pla­nu­jesz coś wy­jąt­ko­we­go.

- Zga­dza się - przy­tak­nął.

- Co to ma być?

- Cen­na rzecz.

- No, gdy­by nie była cen­na, to w ogó­le by mnie tu te­raz nie było - żach­nął się. - In­nych nie ko­lek­cjo­nu­ję.

- Ta­kiej jesz­cze nie masz. Nikt nie ma.

Upił łyk kawy.

- A gdzie jest te­raz?

- W Pol­sce. W Kra­ko­wie.

- Jak chcesz ją ukraść?

Uśmiech­nął się pod no­sem.

- To jest wła­śnie to coś wy­jąt­ko­we­go.

- To zna­czy?

- Po­la­cy sami nam ją od­da­dzą.

Za­stygł w bez­ru­chu.

- Ale jak?

- Mój czło­wiek już nad tym pra­cu­je.

*

Pod­szedł do re­cep­cji i pra­wie po­praw­ną pol­sz­czy­zną po­pro­sił o klucz do po­ko­ju nu­mer sto dzie­sięć. Ubra­na w ide­al­nie bia­łą blu­vz­kę, czer­wo­ną ma­ry­nar­kę i gra­na­to­wą spód­nicz­kę re­cep­cjo­nist­ka pod­nio­sła się ze swo­je­go sie­dzi­ska i się­gnę­ła na pó­łecz­kę.

- Pro­szę - po­da­ła pla­sti­ko­wy pro­sto­kąt, na koń­cu któ­re­go dyn­dał żół­ty klucz.

Uśmiech­nę­ła się i za­trze­po­ta­ła po­wie­ka­mi. Klaus He­in­ze za­ci­snął war­gi, sztucz­nie od­wza­jem­nia­jąc uśmiech, zmru­żył oczy i spo­koj­nie od­szedł w stro­nę scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro. Ża­rów­ki w kin­kie­tach osa­dzo­nych tuż pod su­fi­tem za­pa­li­ły się au­to­ma­tycz­nie, gdy tyl­ko zna­lazł się na ich ostat­nim stop­niu. Ścia­ny ko­ry­ta­rza były wy­ło­żo­ne ta­pe­tą o nie­zbyt skom­pli­ko­wa­nym wzo­rze, w któ­rym prze­wa­żał ko­lor doj­rza­łych po­ma­rań­czy. Gru­ba wy­kła­dzi­na do­sko­na­le tłu­mi­ła kro­ki, dzię­ki cze­mu ko­bie­ty wra­ca­ją­ce póź­no do swo­ich po­koi nie prze­szka­dza­ły stu­ko­tem ob­ca­sów in­nym go­ściom.

Prze­krę­cił klucz i na­ci­snął klam­kę. Za­pach­nia­ło san­da­łow­cem. Wszyst­kie po­ko­je na pierw­szym pię­trze wy­po­sa­żo­no w apli­ka­to­ry z tym za­pa­chem. He­in­ze zmarsz­czył nos i do­kład­nie za­mknął za sobą drzwi. Zzuł buty i wszedł do ła­zien­ki. Prze­mył dło­nie, twarz i spoj­rzał na swo­je od­bi­cie. Cho­ciaż miał trzy­dzie­ści dwa lata, wy­glą­dał na dużo star­sze­go. Zmarszcz­ki przy ką­ci­kach oczu oraz nie­wy­raź­na bli­zna, cią­gną­ca się od le­we­go ucha aż pra­wie do nosa, do­da­wa­ły mu co naj­mniej kil­ka, je­śli nie kil­ka­na­ście lat.

Gdy cho­dził do nie­miec­kiej pod­sta­wów­ki, wdał się w bi­ja­ty­kę z chło­pa­kiem z są­sied­nie­go po­dwór­ka. Nie wie­dział, że bę­dzie mu­siał ucie­kać przed całą ban­dą wy­rost­ków. Prze­ska­ku­jąc przez ogro­dze­nie, za­cze­pił o wy­sta­ją­cy drut. Skoń­czy­ło się na dwu­na­stu szwach, bólu i za­krwa­wio­nym ubra­niu. Ale to było daw­no. Wy­star­cza­ją­co daw­no, żeby za­po­mnieć o stra­chu. Te­raz miał do wy­ko­na­nia dużo trud­niej­sze i nie­bez­piecz­niej­sze za­da­nie.

Prze­tarł twarz i bar­dzo do­kład­nie osu­szył dło­nie. Zga­sił ła­zien­ko­wą lamp­kę i prze­szedł do czę­ści sy­pial­nej. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła ósma rano.

*

Ostry dźwięk dzwon­ka wy­peł­nił szkol­ny ko­ry­tarz. Ucznio­wie za­czę­li się wpy­chać do swo­ich sal, gwar po­wo­li za­ni­kał, aż zro­bi­ło się cał­kiem pu­sto i ci­cho. Tyl­ko na par­te­rze było sły­chać po­wol­ne szu­ra­nie mio­tły, któ­rą spraw­nie ope­ro­wa­ła pani Re­gi­na - woź­na i sze­fo­wa sprzą­ta­czek.

Woj­tek za­jął swo­je miej­sce, ziew­nął ukrad­kiem i się­gnął do ple­ca­ka po pod­ręcz­nik i ze­szyt. Pierw­szą lek­cją w tym dniu mia­ła być hi­sto­ria. I była. Pani Ma­lic­ka - na­uczy­ciel­ka i za­ra­zem wy­cho­waw­czy­ni - po­ja­wi­ła się tuż za ostat­nim uczniem, któ­ry o mały włos nie przy­ciął jej nosa drzwia­mi.

- Sia­daj­cie - rzu­ci­ła we­so­ło i po­ło­ży­ła dzien­nik na biur­ku.

Od­cze­ka­ła dwie chwi­le, aż zro­bi się w mia­rę ci­cho, i za­ło­ży­ła ręce na pier­siach.

- Co, szó­sta kla­so? - unio­sła bro­dę. - Już nie­dłu­go koń­ców­ka, co? Pój­dzie się w wiel­ki świat.

- Do gim­na­zjum! - wy­rwa­ło się ko­muś spod okna.

- Bę­dzie­my za pa­nią tę­sk­nić - ode­zwa­ła się Pa­try­cja z dru­giej ław­ki.

- Bę­dzie­my za pa­nią tę­sk­nić - iro­nicz­nie po­wtó­rzył Ma­riusz Prusz­czyń­ski, na­śla­du­jąc głos Pa­try­cji.

Po­ło­wa kla­sy buch­nę­ła śmie­chem.

- Ta­aak? - na­uczy­ciel­ka zmarsz­czy­ła czo­ło. - W ta­kim ra­zie chodź no tu­taj, ko­le­go.

- Ale, pro­szę pani... - pró­bo­wał się bro­nić.

- Chodź, chodź! - nie da­wa­ła za wy­gra­ną.

Pani Ma­lic­ka usia­dła przy biur­ku i opar­ła ło­kieć o blat.

- Zo­ba­czy­my, jak bar­dzo za mną tę­sk­nisz...

*

He­in­ze roz­siadł się wy­god­nie na ho­te­lo­wym łożu, uło­żył po­dusz­kę za ple­ca­mi, pod­kur­czył nogi i włą­czył lap­top. Ekran za­mru­gał i po­ja­wi­ły się zna­jo­me ob­raz­ki. Się­gnął do kie­sze­ni ko­szu­li po zmię­tą kart­kę. Od­szu­kał w in­ter­ne­cie od­po­wied­nią stro­nę i za­lo­go­wał się jako Pa­stuch. Nie­mal od razu w pra­wym dol­nym na­roż­ni­ku ekra­nu wy­sko­czy­ło okien­ko roz­mo­wy. Przy kom­pu­te­rze po dru­giej stro­nie za­siadł Sza­kal.

Sza­kal: Wa­let pik.

He­in­ze po­now­nie spoj­rzał na świ­stek. Od­szu­kał ha­sło.

Pa­stuch: Dama kier.

Sza­kal: OK, któ­ry klucz cię in­te­re­su­je?

Pa­stuch: Ka­ta­log Waw-12.

Sza­kal: To bę­dzie kosz­to­wa­ło eks­tra.

Pa­stuch: Ile?

Sza­kal: W su­mie 250 ty­się­cy.

Pa­stuch: Zgo­da.

Sza­kal: Jak chcesz za­pła­cić?

Pa­stuch: VISA?

Sza­kal: Może być. Po­daj dane.

Na ekra­nie po­ja­wi­ło się dru­gie okien­ko, umoż­li­wia­ją­ce prze­pro­wa­dze­nie płat­no­ści on­li­ne. He­in­ze odło­żył ka­wa­łek pa­pie­ru i jesz­cze raz za­głę­bił dłoń w bocz­nej kie­sze­ni ko­szu­li. Wy­jął pro­sto­kąt­ny ka­wa­łek pla­sti­ku. Prze­pi­sał wszyst­kie ko­niecz­ne dane, po­dał kwo­tę i ze spo­ko­jem ob­ser­wo­wał, jak pa­sek po­stę­pu wy­peł­nia się nie­bie­skim ko­lo­rem. "Trans­ak­cja zo­sta­ła za­koń­czo­na" - po­in­for­mo­wał pro­gram, a w pierw­szym okien­ku po­ja­wi­ła się nowa wia­do­mość od Sza­ka­la.

Sza­kal: W po­rząd­ku. Po­da­ję kod...

Nie­miec ner­wo­wo pod­sko­czył i od­sta­wił lap­top na bocz­ny sto­lik. Wy­su­nął gór­ną szu­fla­dę ko­mo­dy i chwy­cił le­żą­cy na jej dnie dłu­go­pis. Na ekra­nie wy­świe­tli­ło się osiem zna­ków: W12XM­K27. He­in­ze za­pi­sał je szyb­ko na pierw­szej stro­nie ho­te­lo­we­go no­te­su. Po­łą­cze­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne.

*

- No i co, pa­nie Prusz­czyń­ski? Może cho­ciaż wy­mie­ni pan kra­je, któ­re do­ko­na­ły dru­gie­go roz­bio­ru Pol­ski, co? - pani Ma­lic­ka ma­glo­wa­ła nie­sfor­ne­go ucznia pod ta­bli­cą.

Chło­pak po­cił się i czer­wie­nił. Na nic nie zda­ły się jego moc­ne bi­cep­sy, któ­ry­mi po­pi­sy­wał się, gra­jąc w siat­ków­kę. Na nic sze­ro­kie dżin­sy z prze­past­ny­mi kie­sze­nia­mi, w któ­rych po­dob­no uda­wa­ło mu się ukry­wać pa­pie­ro­sy. Cho­ciaż wie­dział, czym to gro­zi, zda­rza­ło się nie raz, że dy­rek­tor mu­siał wzy­wać ro­dzi­ców Ma­riu­sza, żeby prze­ka­zać im pacz­kę tych czy in­nych fa­jek. Pań­stwo Prusz­czyń­scy obie­cy­wa­li, że to się wię­cej nie po­wtó­rzy, ale na obiet­ni­cach się koń­czy­ło.

- Więc? - na­uczy­ciel­ka spoj­rza­ła na co­raz bar­dziej zre­zy­gno­wa­ne­go chło­pa­ka.

- Ru­scy, Niem­cy i Au­stria - wy­du­kał w koń­cu.

Po kla­sie prze­le­ciał po­mruk. Ktoś jęk­nął ci­cho, kto inny się za­śmiał.

- Ci­sza! - pani Ma­lic­ka po­stu­ka­ła koń­ców­ką dłu­go­pi­su o blat biur­ka. - Nie Ru­scy, ale Ro­sja. I nie Niem­cy, lecz Pru­sy. A poza tym... od­po­wiedź jest błęd­na. Kto po­mo­że ko­le­dze? - zwró­ci­ła się do kla­sy.

Woj­tek, jak­by od nie­chce­nia, od razu pod­niósł rękę. Był chy­ba znu­dzo­ny i znu­żo­ny po­zio­mem od­po­wie­dzi Ma­riu­sza.

- So­kół? Pro­szę - po­wie­dzia­ła pani Ma­lic­ka.

Wstał.

- Au­stria nie bra­ła udzia­łu w dru­gim roz­bio­rze Pol­ski - wy­pa­lił bez za­sta­no­wie­nia. - Tyl­ko Ro­sja i Pru­sy.

- I o to cho­dzi­ło - pod­kre­śli­ła na­uczy­ciel­ka. - Sia­daj. A ty - spoj­rza­ła na Prusz­czyń­skie­go - nie za­po­mnij, że w przy­szłym ty­go­dniu ma­cie test. War­to by­ło­by go zdać.

Wszystko przez matkę?

Lek­cje mi­ja­ły dość le­ni­wie. Woj­tek miał jed­nak wra­że­nie, że Prusz­czyń­ski cały czas mu się przy­glą­da. Na prze­rwach cią­gle wo­dził za nim wzro­kiem i na lek­cjach też ukrad­kiem zer­kał w jego stro­nę. Z bły­skiem w oczach, z za­ci­śnię­ty­mi zę­ba­mi. Jak­by chciał go ze­trzeć na pył samą tyl­ko siłą woli. Woj­tek po­my­ślał, że na du­żej prze­rwie chło­pak bę­dzie szu­kał za­czep­ki i skoń­czy się szar­pa­ni­ną gdzieś na bo­isku albo w ubi­ka­cji. Dziw­ne, ale do ni­cze­go ta­kie­go nie do­szło. Dziw­ne było tak­że to, że i po lek­cjach Prusz­czyń­ski nie cze­kał na nie­go w szat­ni. Spra­wa wy­ja­śni­ła się do­pie­ro wów­czas, gdy Woj­tek wy­szedł w stro­nę domu i zna­lazł się w wą­skim przej­ściu po­mię­dzy szko­łą a ogro­dze­niem skle­pu z me­bla­mi. Ma­riusz za­szedł mu dro­gę. I do tego nie był sam. To­wa­rzy­szy­ło mu dwóch chu­dziel­ców i je­den gru­bas z gim­na­zjum. Ban­da Gru­be­go. Woj­tek pa­mię­tał ich jesz­cze z cza­sów, gdy cho­dzi­li do szó­stej. Dwa razy do­sta­li na­ga­nę na szkol­nym ape­lu, a raz to ich na­wet po­li­cja o coś py­ta­ła w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra. Te­raz oka­za­ło się, że i Prusz­czyń­ski do nich do­łą­czył. Albo oni do nie­go.

- No i co, so­ko­le? Orzeł­ku za­ki­cha­ny... - za­czął za­czep­nie.

Gim­na­zja­li­ści za­re­cho­ta­li.

- Faj­nie było się pod­li­zać Ma­lic­kiej? - kon­ty­nu­ował Prusz­czyń­ski.

- Nie pod­li­zy­wa­łem się - Woj­tek wzru­szył ra­mio­na­mi.

Prusz­czyń­ski ude­rzył pię­ścią w otwar­tą dłoń.

- Za­py­ta­ła, to od­po­wie­dzia­łem - do­koń­czył, nie­zra­żo­ny tym ge­stem.

- Od­po­wie­dzia­łem, od­po­wie­dzia­łem... A nie trza było pod­po­wie­dzieć, co? Za trud­ne dla so­ko­ła?

- Nie mówi się "trza", tyl­ko "trze­ba" - od­burk­nął Woj­tek, nie chcąc dać się za­stra­szyć.

- Słu­chaj no! - Ma­riusz nie wy­trzy­mał. Szarp­nął pa­sek Wojt­ko­we­go ple­ca­ka. Ple­cak spadł na traw­nik, a Woj­tek prze­chy­lił się w lewo.

- Weź prze­stań! - rzu­cił do Prusz­czyń­skie­go.

- Spo­koj­nie, so­ko­li­ku! Ja­rząb­ku!

Prusz­czyń­ski chwy­cił ko­le­gę, niż­sze­go pra­wie o gło­wę, za ciu­chy i przy­cią­gnął do sie­bie.

- Coś ci się nie po­do­ba?

Dwóch chu­dych i gru­bas przy­stą­pi­li jesz­cze bli­żej. Sta­nę­li nie­mal za ple­ca­mi osił­ka z szó­stej A.

- Od­czep się! - wark­nął Woj­tek, pró­bu­jąc się wy­swo­bo­dzić.

Na­past­nik zro­bił szyb­ki ruch gło­wą i wal­nął Wojt­ka czo­łem w łuk brwio­wy. Po­le­cia­ła krew...

- A może spró­bu­jesz się ze mną, co? - usły­sze­li na­gle od stro­ny szko­ły.

Na ścież­ce po­ja­wi­ła się Mał­goś­ka Wie­czo­rek. Nie­wy­so­ka, szczu­pła, z kru­czo­czar­nym war­ko­czem, któ­ry czę­sto prze­wie­sza­ła przez ra­mię. Cho­dzi­ła do tej sa­mej kla­sy co Woj­tek i Ma­riusz i za­zwy­czaj sia­da­ła w pierw­szej ław­ce, tuż przy drzwiach. Sta­nę­ła w lek­kim roz­kro­ku, zła­pa­ła się pod boki i, mru­żąc oczy, cze­ka­ła na od­po­wiedź.

- Spa­daj, mała - rzu­cił do niej Gru­by.

- Sam spa­daj, ob­le­śny wie­przu!

Po­stą­pi­ła krok na­przód.

Gim­na­zja­li­sta ru­szył w jej kie­run­ku, za­ci­ska­jąc pię­ści.

- Cze­kaj! - Prusz­czyń­ski chwy­cił go za ra­mię.

Woj­tek do­tknął dło­nią skro­ni. Krew nie pły­nę­ła ciur­kiem, ale i tak wszyst­kie pal­ce miał usma­ro­wa­ne na czer­wo­no. Wy­tarł rękę o dżin­sy.

- Wie­czo­rek, nie wtrą­caj się - Ma­riusz wsa­dził ręce do kie­sze­ni. - Nie two­ja spra­wa.

- Co z tego? - od­burk­nę­ła. - Co?

Po­de­szła bli­żej i z tyl­nej kie­sze­ni spodni wy­cią­gnę­ła pacz­kę chu­s­te­czek hi­gie­nicz­nych. Po­da­ła ją Wojt­ko­wi.

- Trzy­maj, przy­łóż, żeby za­ta­mo­wać...

Za­wa­hał się, ale wziął chu­s­tecz­ki.

- Co?! - wark­nę­ła po­now­nie w stro­nę ban­dy. - Mnie też ma­cie za­miar po­bić? No?!

- Phi! Ad­wo­kat­ka się zna­la­zła - par­sk­nął Prusz­czyń­ski. - Chodź­cie, chło­pa­ki - zwró­cił się do swo­ich kom­pa­nów. - Szko­da na­sze­go cza­su. A ty - wska­zał na Wojt­ka - uwa­żaj, bo na dru­gi raz może ci za­brak­nąć obroń­cy.

Za­re­cho­tał. Ban­da Gru­be­go za­wtó­ro­wa­ła. Ob­ró­ci­li się na pię­cie i ru­szy­li w stro­nę głów­nej bra­my. Mał­go­sia od­pro­wa­dzi­ła ich wzro­kiem, po czym zwró­ci­ła się do Wojt­ka.

- Nic ci nie jest? - za­py­ta­ła z tro­ską w gło­sie.

Chło­pak wyj­mo­wał wła­śnie ko­lej­ną chu­s­tecz­kę i przy­kła­dał do czo­ła. Czte­ry po­przed­nie, ze śla­da­mi krwi, ści­skał w dru­giej dło­ni. Nie bar­dzo wie­dział, co z nimi zro­bić.

- Boli? - za­in­te­re­so­wa­ła się po­now­nie dziew­czy­na, zbli­ża­jąc twarz do skro­ni Wojt­ka.

- Daj mi spo­kój! - wark­nął.

Cof­nę­ła się jak opa­rzo­na.

- Chcia­łam...

- Po co się wtrą­casz? Nie twój in­te­res. Sam bym so­bie po­ra­dził.

- Wła­śnie wi­dzia­łam - prze­stą­pi­ła z nogi na nogę.

- Ni­cze­go nie wi­dzia­łaś, ro­zu­miesz?!

- Woj­tek...

- Daj mi spo­kój! - po­wtó­rzył jesz­cze ostrzej.

Rzu­cił za­krwa­wio­ne zwit­ki na zie­mię i się­gnął po ple­cak.

- Nie po­trze­bu­ję po­mo­cy.

- Ja­sne - po­ki­wa­ła gło­wą. - Bo­ha­ter się zna­lazł.

- Że­byś wie­dzia­ła. Cześć!

Szyb­kim kro­kiem prze­szedł przez zwę­żo­ny chod­nik i po­ma­sze­ro­wał w stro­nę uli­cy Ko­per­ni­ka.

Mał­go­sia zo­sta­ła sama.

- Nie mu­sisz mi dzię­ko­wać - rzu­ci­ła do ko­le­gi, ale do­sko­na­le wie­dzia­ła, że jej nie usły­szał. Był za da­le­ko.

Po­pra­wi­ła ple­cak i po­szła w swo­ją stro­nę. Ale w du­chu przy­rze­kła so­bie, że nie da się zbyć.

*

Dom ro­dzi­ny So­ko­łów wy­róż­niał się już na pierw­szy rzut oka. Pię­tro­wa, przed­wo­jen­na wil­la sta­ła na rogu, przy skrzy­żo­wa­niu ulic Da­szyń­skie­go i Zie­lo­nej. Przy Da­szyń­skie­go był to w za­sa­dzie je­dy­ny bu­dy­nek tego ro­dza­ju, bo kil­ka­na­ście me­trów od po­se­sji So­ko­łów wy­ro­sło osie­dle czte­ro­pię­tro­wych blo­ków, w któ­rych pra­wie pół wie­ku temu za­miesz­ka­li osad­ni­cy z ca­łej Pol­ski, przy­by­li do So­sno­wa w cza­sie uru­cha­mia­nia wiel­kich fa­bryk, zlo­ka­li­zo­wa­nych na Ślą­sku, w Za­głę­biu, a tak­że w Kra­ko­wie. Stąd było bo­wiem jed­na­ko­wo bli­sko do sto­li­cy Ma­ło­pol­ski i do Ka­to­wic. Dzię­ki no­wym osie­dlom So­sno­wo szyb­ko się roz­ro­sło i mo­gło wchło­nąć są­sied­nie wio­ski, któ­re au­to­ma­tycz­nie za­mie­ni­ły się w dziel­ni­ce mia­sta.

Przy Zie­lo­nej z ko­lei sta­ły no­wo­cze­śniej­sze domy jed­no­ro­dzin­ne, nie­rzad­ko wy­po­sa­żo­ne w spo­re ogród­ki z kil­ko­ma drzew­ka­mi albo co naj­mniej dwa ga­ra­że. Kie­dyś mó­wio­no o Zie­lo­nej "dziel­ni­ca bo­ga­czy", ale gdy we wschod­niej czę­ści mia­sta po­ja­wi­ły się wy­pa­sio­ne apar­ta­men­tow­ce, wil­le na Zie­lo­nej stra­ci­ły na war­to­ści i te­raz mógł so­bie na nie po­zwo­lić na­wet prze­cięt­ny Ko­wal­ski.

Tak czy siak, dom Wojt­ka nie przy­sta­wał ani do blo­ko­wi­ska, ani do by­łej "dziel­ni­cy bo­ga­czy", zwłasz­cza że wy­bu­do­wa­no go w roku ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym szó­stym. Świad­czy­ła o tym ta­blicz­ka z ja­sne­go pia­skow­ca, wmu­ro­wa­na tuż nad wej­ściem do bu­dyn­ku - "AD 1936". Zresz­tą i wej­ście było nie­ty­po­we. Na par­te­rze wil­li, od fron­tu, znaj­do­wał się an­ty­kwa­riat. Dla­te­go gdy wcho­dzi­ło się do bu­dyn­ku, tra­fia­ło się naj­pierw do skle­pi­ku pach­ną­ce­go sta­ry­mi książ­ka­mi, ma­pa­mi i in­ny­mi pa­pie­rzy­ska­mi, któ­rych wszę­dzie było peł­no.

Po­miesz­cze­nia miesz­kal­ne znaj­do­wa­ły się na pię­trze i moż­na się było do nich do­stać albo przez za­ple­cze an­ty­kwa­ria­tu, albo tyl­nym wej­ściem - od ogród­ka. Sam ogró­dek nie wy­glą­dał oka­za­le. Ot, kil­ka me­trów traw­ni­ka i dwie ja­błon­ki. Ale wy­star­czy­ło. Wio­sną drzew­ka ob­sy­py­wa­ło mro­wie bia­łe­go kwie­cia, la­tem moż­na się było pod nimi schro­nić przed ża­rem słoń­ca, wcze­sną je­sie­nią zry­wać pysz­ne owo­ce, a zimą wie­szać na ga­łę­ziach karm­nik dla wy­głod­nia­łych pta­ków.

To­masz So­kół - oj­ciec Wojt­ka - sam ko­sił tra­wę i bie­lił ja­błon­ki z po­cząt­kiem mar­ca. Po­tem do­glą­dał ja­błek, a te, któ­re doj­rza­ły i spa­dły, zbie­rał do drew­nia­nych skrzy­nek i prze­cho­wy­wał na strysz­ku. Stry­szek nie był duży. Pach­niał sta­rym drew­nem i czymś jesz­cze, cze­go Woj­tek nie po­tra­fił roz­po­znać. Na pię­tro wcho­dzi­ło się po stro­mych i wą­skich schod­kach. Po le­wej stro­nie, na gó­rze, znaj­do­wał się po­kój go­ścin­ny. Okno i nie­du­ży bal­ko­nik wy­cho­dzi­ły na głów­ną uli­cę. Po prze­ciw­le­głej stro­nie była kuch­nia. Da­lej, po pra­wej - ła­zien­ka i to­a­le­ta, a na sa­mym koń­cu krót­kie­go przed­po­ko­ju - dwo­je drzwi. Za le­wy­mi znaj­do­wa­ła się więk­sza, a za pra­wy­mi - mniej­sza sy­pial­nia. Ją wła­śnie zaj­mo­wał Woj­tek.

Me­ble w po­ko­ju chłop­ca mia­ły ład­ny, brą­zo­wy od­cień. Pierw­sza po le­wej sta­ła wą­ska ko­mo­da, a obok zwy­kła sza­fa ubra­nio­wa. Pod dru­gą ścia­ną usta­wio­no roz­kła­da­ną ka­na­pę, na któ­rej w cią­gu dnia moż­na się było le­nić, a w nocy spać. W na­roż­nik po­ko­ju wkom­po­no­wa­no re­gał z książ­ka­mi i ko­mik­sa­mi. To zna­czy re­gał na po­cząt­ku był pu­sty, do­pie­ro póź­niej Woj­tek umie­ścił na pół­kach swo­je ulu­bio­ne ty­tu­ły. A było tego cał­kiem spo­ro. Książ­ki le­ża­ły na­wet na tych, któ­re sta­ły pio­no­wo. Do re­ga­łu przy­le­ga­ło biur­ko, usta­wio­ne pod oknem, za któ­rym po­ru­sza­ły się li­ście ja­bło­ni trą­ca­ne wia­trem. Biur­ko słu­ży­ło za­rów­no do na­uki, jak i do roz­ryw­ki. W szaf­ce i szu­fla­dzie Woj­tek cho­wał szkol­ne książ­ki, ze­szy­ty, ołów­ki, kred­ki i wszyst­kie inne rze­czy po­trzeb­ne szó­sto­kla­si­ście. Na bla­cie sta­ły dzie­więt­na­sto­ca­lo­wy mo­ni­tor, lamp­ka i dru­kar­ka. Resz­ta kom­pu­te­ra zaj­mo­wa­ła bocz­ną pół­kę. Wzdłuż tyl­nej ścia­ny usta­wio­no jesz­cze jed­ną sza­fę oraz mniej­szą szaf­kę z te­le­wi­zo­rem i od­twa­rza­czem DVD. Przed ka­na­pą, na pod­ło­dze, le­żał nie­bie­sko-brą­zo­wo-kre­mo­wy dy­wan. Po­ko­ik, cho­ciaż cia­sny, był praw­dzi­wym azy­lem Wojt­ka i chło­pak go uwiel­biał.

An­ty­kwa­riat w wil­li przy skrzy­żo­wa­niu Da­szyń­skie­go z Zie­lo­ną pro­wa­dził jesz­cze dzia­dek To­ma­sza, Edward. To on wy­bu­do­wał dom i on otwo­rzył tu­taj skle­pik w trzy­dzie­stym szó­stym. Szczę­śli­wie w cza­sie woj­ny nie zo­stał uszko­dzo­ny i już w kwiet­niu czter­dzie­ste­go pią­te­go za­czął po­now­nie funk­cjo­no­wać. Póź­niej an­ty­kwa­riat odzie­dzi­czył Ka­rol So­kół - oj­ciec To­ma­sza.

Po­nie­waż z han­dlo­wa­nia sta­ry­mi książ­ka­mi trud­no się było utrzy­mać, To­ma­szo­wi uda­wa­ło się od cza­su do cza­su zła­pać do­dat­ko­we za­ję­cie, po­le­ga­ją­ce na re­da­go­wa­niu tek­stów dla ja­kie­goś cza­so­pi­sma. Kil­ka razy w ty­go­dniu, naj­czę­ściej póź­nym wie­czo­rem, otrzy­my­wał treść ar­ty­ku­łu, któ­ry trze­ba było przej­rzeć, po­pra­wić, a cza­sa­mi na­wet skró­cić, gdy dzien­ni­karz za bar­dzo się roz­pi­sał. Zda­rza­ło się tak­że, że sam pi­sał tek­sty, któ­re za­miesz­cza­no w ru­bry­ce "Kul­tu­ra i sztu­ka". Kie­dyś na­wet by nie przy­pu­ścił, że zo­sta­nie współ­pra­cow­ni­kiem po­czyt­ne­go pi­sma.

W szko­le naj­bar­dziej po­cią­ga­ła go... che­mia. Bar­dzo lu­bił wszel­kie do­świad­cze­nia, do­kład­ne od­mie­rza­nie i mie­sza­nie róż­nych skład­ni­ków, prze­pusz­cza­nie ich przez dzi­wacz­ne rur­ki, a na­wet kil­ku­go­dzin­ne ślę­cze­nie nad apa­ra­tu­rą. My­ślał na­wet o stu­diach che­micz­nych, ale osta­tecz­nie zde­cy­do­wał się na zu­peł­nie inny kie­ru­nek. Ukoń­czył za­rzą­dza­nie i mar­ke­ting, po czym ob­jął an­ty­kwa­riat po swo­im ojcu, któ­ry na­gle cięż­ko za­cho­ro­wał, a po pół roku zmarł i zo­sta­wił mu cały do­by­tek. Mat­ka To­ma­sza - Kry­sty­na - prze­nio­sła się wów­czas do Gdań­ska, gdzie za­miesz­ka­ła z cór­ką Gra­ży­ną.

An­ty­kwa­riat i dom So­ko­łów mia­ły kil­ka swo­ich ta­jem­nic, smacz­ków, ale naj­więk­szą atrak­cję i ro­dzin­ną ta­jem­ni­cę skry­wał ogró­dek. Część jego ogro­dze­nia przy­le­ga­ła do daw­nej fa­bry­ki, pro­du­ku­ją­cej kie­dyś śru­by róż­ne­go ro­dza­ju: dłu­gie, krót­kie, gru­be, cien­kie, po­ły­sku­ją­ce, ma­to­we, cięż­kie i cał­kiem lek­kie. Gdy za­kład prze­stał funk­cjo­no­wać, na jego te­re­nie zlo­ka­li­zo­wa­no ja­kieś ma­ga­zy­ny, a po­tęż­na ścia­na jak zo­sta­ła po­sta­wio­na, tak sta­ła do dziś. Na ogro­dze­niu przy­le­ga­ją­cym do tej ścia­ny To­masz za­wie­sił tar­czę strzel­ni­czą, do któ­rej od cza­su do cza­su mie­rzył z naj­praw­dziw­szej wia­trów­ki. Jed­nym z jego ko­ni­ków było po­dzi­wia­nie re­wol­we­row­ców ze sta­rych we­ster­nów, któ­re mógł oglą­dać na okrą­gło.

Strze­lał z róż­nych po­zy­cji - na sto­ją­co, klę­cząc na jed­nym ko­la­nie, a na­wet le­żąc. Cza­sa­mi i Wojt­ko­wi uda­ło się wy­pro­sić jed­ną lub dwie ko­lej­ki, ale ojcu nie bar­dzo się to po­do­ba­ło. Nie chciał, żeby chło­pak roz­po­wia­dał w szko­le, że w domu po­zwa­la­ją mu się ba­wić bro­nią. Woj­tek obie­cał so­len­nie, że nie bę­dzie się chwa­lił, i jak na ra­zie obiet­ni­cy tej do­trzy­my­wał. Jak każ­da ro­dzi­na, dom So­ko­łów miał swo­je ta­jem­ni­ce, ale pry­wat­na strzel­ni­ca - to było coś!

Woj­tek, któ­ry wła­śnie do­cho­dził do bu­dyn­ku, za­sta­na­wiał się cza­sa­mi, czy i on bę­dzie kie­dyś wła­ści­cie­lem skle­pu, czy też zo­sta­nie na przy­kład kie­row­cą tira, o czym skry­cie ma­rzył.

Przy­ci­ska­jąc do czo­ła ostat­nią z chu­s­te­czek, któ­re do­stał od Mał­go­si, do­czła­pał do Da­szyń­skie­go i po­sta­no­wił jak naj­szyb­ciej prze­mknąć do swo­je­go schro­nie­nia. Chciał prze­biec przez an­ty­kwa­riat, bo li­czył na to, że oj­ciec bę­dzie za­ję­ty ob­słu­gi­wa­niem ja­kie­goś klien­ta. Gdy­by pró­bo­wał wejść do domu od ogro­du, tato na pew­no za­in­te­re­so­wał­by się, kto otwie­ra tyl­ne drzwi. A tak była przy­najm­niej ja­kaś szan­sa.

Nie­ste­ty oka­za­ło się, że sklep był pu­sty, a na ojca na­tknął się za­raz po tym, jak na­ci­snął klam­kę. To­masz So­kół wie­szał aku­rat na drzwiach nowy szyld z go­dzi­na­mi pra­cy an­ty­kwa­ria­tu.

- Uwa­ga! - krzyk­nął, ale nie zdo­łał przy­trzy­mać szyl­du i ten zsu­nął się na pod­ło­gę.

Woj­tek za­trzy­mał się tyl­ko na chwi­lę, ale to wy­star­czy­ło, żeby oj­ciec do­strzegł roz­cię­ty łuk brwio­wy.

- Co ci się sta­ło? - za­py­tał za­nie­po­ko­jo­ny.

- Nic ta­kie­go. Ude­rzy­łem się... - wzru­szył ra-mio­na­mi chło­pak.

- Ude­rzy­łeś się?

- Tak.

- Sam?

- Tak.

Zro­bił pół ob­ro­tu i już miał odejść, gdy oj­ciec zła­pał go za rękę i przyj­rzał mu się nie­co uważ­niej.

- Mo­ment! Może trze­ba z tym pójść do le­ka­rza?

- Nie trze­ba. Nic mi nie jest...

- Pe­cho­we to ude­rze­nie.

Woj­tek po­now­nie uniósł bar­ki i je opu­ścił.

- Lodu cho­ciaż przy­łóż.

- Przy­ło­żę.

- A jak­byś chciał po­ga­dać o pe­cho­wych ude­rze­niach...

- Nie, nie będę chciał! - od­parł szyb­ko.

- Woj­tek...

- Daj mi spo­kój, tato, co? Nie mam na­stro­ju na ga­da­nie.

To­masz za­ło­żył ręce na pier­siach.

- Za­wsze mnie zby­wasz - za­uwa­żył z wy­rzu­tem. - Mat­ki tak nie trak­to­wa­łeś.

- Mat­ki? - Woj­tek za­trzy­mał się w pół kro­ku.

- Tak, mat­ki.

- A gdzie ona jest dzi­siaj? - za­py­tał iro­nicz­nie.

- Jak to: gdzie...

- No, gdzie? - prze­rwał ojcu. - Tak bar­dzo po­tra­fi­ła się z nami do­ga­dać, że mnie zo­sta­wi­ła, kie­dy sze­dłem do ze­rów­ki, a z tobą to na­wet roz­wieść się po ludz­ku nie po­tra­fi­ła. My­ślisz, że nie wiem? Tato... Ja już nie no­szę pie­luch... Nie trak­to­wa­łem... Phi! Też mi coś! Mia­łem wte­dy sześć lat.

- Syn­ku...

Pró­bo­wał po­dejść do chłop­ca.

- Daj spo­kój. Co to za mat­ka?! To wła­śnie przez nią tak te­raz jest. Po­patrz na sie­bie.

- Ale za­wsze to two­ja mat­ka...

- Tato, prze­pra­szam cię, ale nie umiem jej wy-ba­czyć. Ro­zu­miem, że chcia­ła wy­je­chać do tego za­smar­ka­ne­go Lon­dy­nu, żeby za­ro­bić i żeby nam się tro­chę le­piej żyło. Ale zwią­zy­wać się z in­nym fa­ce­tem i fru­wać po świe­cie? Gdzie dzi­siaj jest? W Sta­nach? Czy w Au­stra­lii? A może na Kaj­ma­nach?

- Skąd o tym wszyst­kim wiesz?

Woj­tek prze­łknął śli­nę. Miał wra­że­nie, że po­wie­dział jed­no zda­nie za dużo.

 

- W czwar­tej kla­sie przez przy­pa­dek tra­fi­łem na wa­szą ko­re­spon­den­cję. Prze­pra­szam, może nie po­wi­nie­nem jej czy­tać, ale chcia­łem zro­zu­mieć mamę. Ale ani nie zro­zu­mia­łem, ani jej nie wy­ba­czy­łem. Coś mi się robi, gdy moi kum­ple opo­wia­da­ją o swo­ich mat­kach...

Łzy sta­nę­ły mu w oczach i nie mógł już po­wie­dzieć ani sło­wa. To­masz pod­szedł do syna i moc­no go przy­tu­lił.

- Nie umiem do koń­ca ci jej za­stą­pić - wy­szep­tał.

Woj­tek spoj­rzał ojcu w oczy.

- Dla­te­go nie mogę jej tego wy­ba­czyć - od­po­wie­dział, po­cią­ga­jąc no­sem. - Chciał­bym mieć nor­mal­ną mamę...

Cukierek

Dal­sza część tego dnia mi­nę­ła bez więk­szych re­we­la­cji. To­masz za­jął się po­rząd­ko­wa­niem kil­ku pół­ek z wie­ko­wy­mi książ­ka­mi, a Woj­tek zjadł obiad i za­szył się w swo­im po­ko­ju. Naj­pierw po­grał tro­chę na kom­pie, póź­niej prze­le­ciał przez kil­ka ulu­bio­nych pro­gra­mów w te­le­wi­zji, a do­pie­ro na ko­niec za­brał się do lek­cji. Gdy je od­ro­bił, przy­siadł z oj­cem w sto­ło­wym, żeby obej­rzeć dru­gą część Nie­śmier­tel­ne­go z Lam­ber­tem i Con­ne­rym w ro­lach głów­nych. Uwiel­biał tego ostat­nie­go ak­to­ra. To­masz za­ra­ził nim syna po­przez sta­re fil­my z Bon­dem. Od tego cza­su Woj­tek sta­rał się do­trzeć do każ­de­go no­śni­ka, na któ­rym był­by za­re­je­stro­wa­ny film z Se­anem. Zgro­ma­dził kil­ka płyt DVD, trzy czy czte­ry pli­ki AVI, a na­wet tro­chę ka­set VHS, któ­rych za bar­dzo nie miał na czym od­two­rzyć. Obie­cał so­bie jed­nak, że gdy uzbie­ra tro­chę kie­szon­ko­we­go, pój­dzie do Te­le­sa­tu. Te­le­sat był fir­mą, gdzie oprócz zro­bie­nia se­sji zdję­cio­wej lub fil­mu moż­na było tak­że za­mó­wić prze­gra­nie ma­te­ria­łu z ta­śmy lub ka­se­ty do wer­sji cy­fro­wej. Mia­łeś film na ka­se­cie wi­deo? Te­le­sat prze­no­sił go na DVD. Za­ba­wa kosz­to­wa­ła dzie­więt­na­ście zło­tych, więc gdy Woj­tek prze­li­czył wszyst­kie swo­je ka­se­ty i prze­mno­żył przez tę kwo­tę, wy­szła mu cał­kiem po­kaź­na sum­ka. A nie chciał no­sić po jed­nej. Gro­ma­dził kasę.

Na­za­jutrz, w pią­tek, lek­cje roz­po­czy­na­ły się od go­dzi­ny wy­cho­waw­czej. Pani Ma­lic­ka od razu za­uwa­ży­ła pla­ster na czo­le jed­ne­go z uczniów. Coś tam prze­bąk­nę­ła o tym, żeby na sie­bie uwa­żać, i za­bra­ła się do oma­wia­nia eg­za­mi­nu koń­co­we­go, któ­ry miał się od­być w na­stęp­nym ty­go­dniu. Gdy za­brzmiał dzwo­nek na prze­rwę i wszy­scy po­de­rwa­li się ze swo­ich miejsc, po­de­szła do Wojt­ka i po­pro­si­ła:

- Zo­stań. Chcę z tobą po­roz­ma­wiać.

Kla­sa wy­sy­pa­ła się na ko­ry­tarz. Na­uczy­ciel­ka po­de­szła do drzwi i za­mknę­ła je, zmniej­sza­jąc po­ziom ha­ła­su, któ­ry do­bie­gał spo­za sali.

- Co się sta­ło? - wska­za­ła na opa­tru­nek.

- Nic - od­parł bar­dzo szyb­ko. - Ude­rzy­łem się.

- Tak?

- Tak.

- A ja sły­sza­łam, że... ktoś cię ude­rzył.

- Kto pani to po­wie­dział?

Przy­sia­dła na biur­ku i uśmiech­nę­ła się.

- A więc jed­nak? - za­py­ta­ła.

- Nie­ee... - zmie­szał się. - Chciał­bym się tyl­ko do­wie­dzieć, kto kła­mie na mój te­mat.

- A ty uwa­żasz, że mó­wisz praw­dę, tak?

Lek­ko się za­czer­wie­nił i wzru­szył ra­mio­na­mi. Na­uczy­ciel­ka prze­ni­kli­wie pa­trzy­ła na Wojt­ka. Od­wró­cił wzrok.

- Ude­rzy­łem się... - po­wtó­rzył nie­co drżą­cym gło­sem.

- Jak chcesz - wes­tchnę­ła. - Gdy­byś jed­nak zmie­nił zda­nie...

Spoj­rze­li so­bie w oczy. Ta chwi­la zda­wa­ła się nie mieć koń­ca. Prze­rwał ją do­pie­ro dzwo­nek na na­stęp­ną lek­cję.

- Mogę już iść? - za­py­tał.

- Oczy­wi­ście. Ach! Woj­tek! Za­po­mnia­ła­bym... - za­trzy­ma­ła go ge­stem dło­ni. - Twój tato pro­wa­dzi an­ty­kwa­riat, praw­da?

- Tak.

- Szu­kam pew­nej książ­ki, wy­da­nej po­nad pół wie­ku temu. Ma­cie ta­kie u sie­bie czy han­dlu­je­cie tyl­ko uży­wa­ny­mi pod­ręcz­ni­ka­mi?

- Tato pod­ręcz­ni­ków w ogó­le nie sku­pu­je. A nie­któ­re książ­ki to ma jesz­cze sprzed woj­ny.

- To do­brze. Do któ­rej jest otwar­te?

- Do osiem­na­stej.

- Przyj­dę - uśmiech­nę­ła się. - Leć na lek­cję.

Chwy­cił ple­cak i po­gnał w stro­nę sali gim­na­stycz­nej. Nie mógł so­bie po­zwo­lić, żeby stra­cić cho­ciaż chwi­lę wu­efu. Zwłasz­cza że pan Bar­wiń­ski za­po­wie­dział na dziś mi­ni­tur­niej ko­szy­ków­ki. Gra­li trzech na trzech. Woj­tek miał na­dzie­ję, że za­gra prze­ciw­ko Prusz­czyń­skie­mu...

*

Mał­go­sia skoń­czy­ła za­ję­cia wcze­śniej niż Woj­tek. Dziew­czy­ny nie mia­ły wu­efu, więc w domu była już po czte­rech lek­cjach. Szyb­ko upo­ra­ła się z od­ro­bie­niem pra­cy do­mo­wej, z nu­dów po­sprzą­ta­ła na­wet w swo­im po­ko­ju i po­mo­gła ma­mie przy obie­dzie.

Pani Ma­ria Wie­czo­rek, mama Mał­go­si, była wy­so­ką bru­net­ką. Wyż­szą od swo­je­go męża, co jed­nak nie prze­szka­dza­ło ani jej, ani jemu. Gdy cho­dzi­ła do li­ceum, gra­ła w siat­ków­kę w dru­ży­nie, któ­ra zdo­by­ła wi­ce­mi­strzo­stwo Pol­ski. Po­tem po­zna­ła Mi­cha­ła, za­ko­cha­ła się i... prze­sta­ła tre­no­wać. Po skoń­cze­niu szko­ły śred­niej po­szli ra­zem na stu­dia eko­no­micz­ne. On do­dat­ko­wo ukoń­czył kurs me­ne­dżer­ski i za­czął pra­co­wać jako szef dzia­łu han­dlo­we­go w jed­nej z firm. Ona była naj­pierw księ­go­wą, a po­tem pra­co­wa­ła w mar­ke­tin­gu. Dwa lata temu zde­cy­do­wa­ła się na za­ło­że­nie wła­sne­go in­te­re­su. Po­ma­ga­ła ma­łym przed­się­bior­stwom pro­wa­dzić roz­li­cze­nia fi­nan­so­we.

Mał­go­sia była do niej po­dob­na. To wła­śnie po ma­mie odzie­dzi­czy­ła ko­lor wło­sów i ciem­ne oczy. Po ojcu zaś od­wa­gę i to, żeby nie dać so­bie w ka­szę dmu­chać. Ro­dzi­na Mi­cha­ła Wie­czor­ka, tak jak on sam, po­cho­dzi­ła ze Ślą­ska. Stąd czę­sto w domu Mał­go­si go­ścił ślą­ski żu­rek albo klu­ski z dziur­ką, albo mię­sne ro­la­dy z ogór­kiem w środ­ku. No i obo­wiąz­ko­wa czer­wo­na ka­pu­sta.

Wie­czor­ko­wie miesz­ka­li przy uli­cy Ko­ściusz­ki, na pierw­szym pię­trze w blo­ku nu­mer pięć­dzie­siąt osiem. Na par­te­rze, tuż pod ich bal­ko­nem, mie­ścił się sklep spo­żyw­czy. Ich są­siad­ką z na­prze­ciw­ka była Ro­za­lia Wnuk - sa­mot­na star­sza pani, któ­rą oko­licz­ne dzie­cia­ki na­zy­wa­ły po pro­stu cio­cią Ro­zal­ką. Na spa­ce­ry wy­cho­dzi­ła z ol­brzy­mim wil­czu­rem, wa­bią­cym się Cy­gan. Miał pięk­ną, dłu­gą, czar­no­brą­zo­wą sierść, mą­dre śle­pia i pra­wie za­wsze wy­wa­lo­ny ję­zor. W tym cud­nym fu­trze mu­sia­ło mu być nie­sa­mo­wi­cie go­rą­co. Cy­gan uwiel­biał dzie­ci, a one uwiel­bia­ły Cy­ga­na. Czę­sto przy­no­si­ły mu róż­ne sma­ko­ły­ki, a on da­wał się gła­skać do woli. Kie­dy cio­cia Ro­zal­ka była cho­ra, po­zwa­lał się też wy­pro­wa­dzać na nie­da­le­ki skwe­rek, ale szyb­ko wra­cał, bo tę­sk­nił za swo­ją pa­nią.

W blo­ku nie było win­dy. Po wej­ściu po scho­dach na pię­tro od razu wy­czu­wa­ło się miły za­pach la­wen­dy, roz­cho­dzą­cy się od drzwi cio­ci Ro­zal­ki.

Miesz­ka­nie Wie­czor­ków skła­da­ło się z trzech po­koi, kuch­ni i ła­zien­ki z to­a­le­tą. Kie­dy się sta­ło przy drzwiach wej­ścio­wych, po pra­wej ręce mia­ło się kuch­nię, a za­raz obok był po­kój, w któ­rym mama Mał­go­si przyj­mo­wa­ła in­te­re­san­tów. Na wprost znaj­do­wa­ły się drzwi do ła­zien­ki. Po le­wej był prze­smyk do dru­giej czę­ści przed­po­ko­ju, skąd moż­na się było do­stać albo do du­że­go po­ko­ju, albo do kró­le­stwa Mał­go­rza­ty - jak żar­to­bli­wie na­zy­wał po­kój cór­ki pan Mi­chał.

Dziew­czy­na była naj­lep­sza w kla­sie z ma­te­ma­ty­ki. W pierw­szym pół­ro­czu szó­stej kla­sy wzię­ła na­wet udział w wo­je­wódz­kiej olim­pia­dzie z tego przed­mio­tu i za­ję­ła trze­cie miej­sce. Ro­dzi­ce byli z niej dum­ni. Tuż po fe­riach zi­mo­wych na­tra­fi­ła w in­ter­ne­cie na ofer­tę wa­ka­cyj­ne­go wy­jaz­du. I nie by­ło­by w niej nic szcze­gól­ne­go, gdy­by nie to, że wy­jazd ten miał cha­rak­ter pra­wie... woj­sko­wy. Spa­nie w żoł­nier­skich na­mio­tach, ła­że­nie nocą po le­sie, pod­cho­dy, my­cie się w rze­ce i sa­mo­dziel­ne przy­go­to­wy­wa­nie wszyst­kich po­sił­ków. Praw­dzi­wy sur­wi­wal.

Mama Mał­go­si nie była za­chwy­co­na tym po­my­słem. Na­wet tro­chę się po­kłó­ci­ły. Tato sta­rał się prze­ko­ny­wać i tłu­ma­czyć, ale wie­dział, że gdy cór­ka wbi­je so­bie coś do gło­wy, wszel­ki­mi spo­so­ba­mi bę­dzie się sta­ra­ła to osią­gnąć. Pod­dał się i zo­sta­wił de­cy­zję żo­nie.

- Jak zo­ba­czę na świa­dec­twie koń­co­wym do­bre za­cho­wa­nie i jesz­cze lep­sze oce­ny, to bę­dzie­my mo­gły wró­cić do te­ma­tu - pró­bo­wa­ła uciąć roz­mo­wę.

- Ale, mamo...

- Nie "ale, mamo", tyl­ko sta­raj się.

- Wte­dy to może już być za póź­no - sark­nę­ła.

- Do kie­dy są zgło­sze­nia?

- Do koń­ca czerw­ca.

- No to spo­koj­nie zdą­ży­my.

- Aku­rat. Jak już nie bę­dzie wol­nych miejsc...

- Za­wsze moż­na po­je­chać gdzie in­dziej... Nad mo­rze albo w góry... Nie po­do­ba­ło ci się w Pie­ni­nach?

- Po­do­ba­ło...

- No wi­dzisz... Nic się nie przej­muj...

- Taaa... Ja­sne...

Ob­ró­ci­ła się na pię­cie i po­szła do swo­je­go po­ko­ju.

Ścia­ny jej kró­le­stwa wy­ło­żo­ne były żół­tą ta­pe­tą w nie­bie­skie fos­fo­ry­zu­ją­ce gwiazd­ki. Mia­ły tę wła­ści­wość, że wie­czo­rem, po zga­sze­niu świa­tła, jesz­cze przez kil­ka chwil błysz­cza­ły w ciem­no­ściach. Pod oknem sta­ła gra­na­to­wa ka­na­pa, na ścia­nie po le­wej wi­sia­ła pół­ka z kil­ko­ma dro­bia­zga­mi, a po pra­wej sta­ły biur­ko z kom­pu­te­rem oraz szaf­ka, do gra­nic moż­li­wo­ści na­pa­ko­wa­na książ­ka­mi. W ką­ci­ku tato Mał­go­si za­in­sta­lo­wał te­le­wi­zor.

Przy­sia­dła na ka­na­pie i za­pa­trzy­ła się w okno. Na ze­wnątrz wiatr sma­gał ga­łę­zie drzew. Słoń­ce nie­pew­nie prze­dzie­ra­ło się mię­dzy ko­na­ra­mi. Dwa­dzie­ścia me­trów da­lej stał ko­lej­ny blok, a za nim jesz­cze je­den.

Do po­ko­ju zaj­rzał oj­ciec Mał­go­si.

- Moż­na? - nie­śmia­ło wsu­nął gło­wę mię­dzy fu­try­nę a drzwi.

- No ja­sne - od­par­ła.

Pan Wie­czo­rek przy­siadł na krze­seł­ku, któ­re sta­ło przy biur­ku.

- Tak bar­dzo ci za­le­ży na tym wy­jeź­dzie? - za­gad­nął.

Po­ki­wa­ła gło­wą.

- Dla­cze­go?

Opu­ści­ła ko­la­na, któ­re trzy­ma­ła pod bro­dą, i po­pra­wi­ła bluz­kę.

- Bo bar­dzo chcia­ła­bym prze­żyć ja­kąś faj­ną przy­go­dę... Wiesz... Żeby się tro­chę po­bać albo coś w tym sty­lu...

- No wiem.

- A jak jadę z wami, to... też jest faj­nie... Ale, tato... No wiesz...

- Wiem - po­wtó­rzył i po­ło­żył cór­ce dłoń na ko­la­nie. - Zo­ba­czy­my. Po­ga­dam z mamą.

- Ko­cham cię, tat­ku - ob­ję­ła go i po­ca­ło­wa­ła w po­li­czek.

- Ale ni­cze­go nie obie­cu­ję - za­rzekł się od razu.

- Do­bra. Będę trzy­ma­ła kciu­ki.

- Trzy­maj.

- Tak bym chcia­ła prze­żyć ja­kąś przy­go­dę... - po­wtó­rzy­ła.

- Kto wie, gdzie czai się praw­dzi­wa przy­go­da? - Pan Wie­czo­rek uśmiech­nął się do­bro­tli­wie i wy­szedł z po­ko­ju cór­ki.

Mał­go­sia przy­sia­dła na łóż­ku i się­gnę­ła pod nie. Wy­su­nę­ła ró­żo­we pu­deł­ko, z któ­re­go wy­ję­ła swój "se­kret­ny se­kret­nik" - jak mó­wi­ła o zie­lo­nym no­te­sie. To zna­czy zie­lo­ne były tyl­ko okład­ki no­te­su, bo we­wnątrz kart­ki mia­ły bar­dzo ja­sny grosz­ko­wy od­cień, a każ­dą z nich zdo­bił od dołu wy­myśl­ny es-flo­res. Dziew­czy­na trak­to­wa­ła go tro­chę jak pa­mięt­nik, a tro­chę jak ze­szyt na róż­ne za­pi­ski. Dla­te­go moż­na w nim było zna­leźć re­la­cję ze szkol­nej dys­ko­te­ki, pla­ny na nad­cho­dzą­cy ty­dzień oraz li­stę rze­czy, któ­re ko­niecz­nie mu­sia­ła ku­pić z obie­ca­ne­go kie­szon­ko­we­go. Co ja­kiś czas po­ja­wiał się tak­że wpis spe­cjal­ny. Naj­czę­ściej było nim mniej­sze lub więk­sze ser­dusz­ko, we­wnątrz któ­re­go lą­do­wa­ły li­te­ry G. I W. G jak Goś­ka i W jak Woj­tek...

*

He­in­ze sie­dział na jed­nej z wie­lu ła­wek, któ­re usta­wio­no w par­ku Tu­rec­kim jesz­cze w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, z oka­zji wy­kre­ślo­ne­go z ka­len­da­rza świę­ta 22 Lip­ca. Sam park nie za­wdzię­czał swo­jej na­zwy Tur­cji ani żad­ne­mu tu­rec­kie­mu do­stoj­ni­ko­wi, ale przed­wo­jen­ne­mu wła­ści­cie­lo­wi jed­ne­go z ban­ków - Ja­no­wi Tu­rec­kie­mu. To wła­śnie on, na sta­rych hał­dach gór­ni­czych, za­pro­jek­to­wał roz­le­głe zie­lo­ne miej­sce wy­po­czyn­ku dla tu­tej­szych miesz­kań­ców, a po­tem sfi­nan­so­wał jego po­wsta­nie. Jed­na z ulic, bie­gną­ca wzdłuż par­ku, no­si­ła tak­że jego imię.

Nie­wie­le osób krę­ci­ło się w po­bli­żu. Od stro­ny par­kin­gu sa­mo­cho­do­we­go pro­wa­dzi­ła sze­ro­ka ale­ja, któ­ra tro­chę da­lej roz­dzie­la­ła się na trzy węż­sze dróż­ki, bie­gną­ce w trzech róż­nych kie­run­kach. Jed­na z nich wio­dła do ka­wia­ren­ki o dźwięcz­nej na­zwie "Ru­sał­ka", dru­ga - na mo­stek, prze­dzie­la­ją­cy nie­wiel­ki sta­wek, a trze­cia gi­nę­ła mię­dzy drze­wa­mi. To wła­śnie przy niej sta­ła ław­ka, na któ­rej przy­siadł Nie­miec.

Ścież­ką od "Ru­sał­ki" szła kor­pu­lent­na ko­bie­ta, pro­wa­dzą­ca dzie­cię­cy wó­zek. Tuż przed nią je­chał na ma­łym ro­wer­ku pię­cio­let­ni brzdąc, któ­ry pod­śpie­wy­wał so­bie coś po no­sem. Z prze­ciw­le­głej stro­ny ma­je­sta­tycz­nym kro­kiem nad­cho­dził star­szy pan ze zło­żo­nym pa­ra­so­lem. He­in­ze cze­kał. Umó­wio­ny ku­rier miał mu do­star­czyć jesz­cze jed­ną wska­zów­kę. To dzię­ki niej bę­dzie mógł do­trzeć do ko­lej­ne­go ele­men­tu ukła­dan­ki. A po­tem...

Ko­bie­ta z wóz­kiem przy­bli­ży­ła się, a jej syn nie­ostroż­nie na­je­chał He­in­ze­mu na sto­pę. Ten syk­nął i już miał przy­ga­dać mat­ce ro­we­rzy­sty, gdy star­szy pan upu­ścił pa­ra­sol. Wszyst­kie oczy skie­ro­wa­ły się ku nie­mu. Chłop­czyk od­sta­wił swój po­jazd i po­dał dziad­ko­wi pa­ra­sol. Tam­ten po­dzię­ko­wał, wrę­czył ma­łe­mu cu­kier­ka wy­su­pła­ne­go z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i mat­ka ze swo­imi po­cie­cha­mi po­szła da­lej. Gdy star­szy pan mi­jał He­in­ze­go, po­now­nie się­gnął do kie­sze­ni i... wy­jął z niej ko­lej­ne­go cu­kier­ka. Po­dał go za­sko­czo­ne­mu Niem­co­wi i z uśmie­chem od­da­lił się w stro­nę par­kin­gu.

Cu­kie­rek. Cóż... Naj­nor­mal­niej­szy cu­kie­rek w pa­pier­ku. Owo­co­wy. Ale za­raz! Pod ko­lo­ro­wym pa­pier­kiem jest jesz­cze je­den, bia­ły. Czym prę­dzej od­wi­nął go i roz­pro­sto­wał ka­wa­łek zwy­kłej kart­ki. Po ci­chu od­czy­tał za­pi­sa­ny na niej ad­res i dwie inne in­for­ma­cje. Pod­niósł się z ław­ki, wy­rzu­cił oba pa­pier­ki do ko­sza i wło­żył lan­dryn­kę do ust.