Skarb królów - Dariusz Rekosz

Reflow text when sidebars are open.
Spotkali się w berlińskiej kawiarni przy Alei Pod Lipami. Zamówili dwie kawy, które korpulentna kelnerka przyniosła dosłownie po kilku sekundach. Rozejrzeli się, czy będą mogli swobodnie rozmawiać.
- Arnold wspominał, że tym razem planujesz coś wyjątkowego.
- Zgadza się - przytaknął.
- Co to ma być?
- Cenna rzecz.
- No, gdyby nie była cenna, to w ogóle by mnie tu teraz nie było - żachnął się. - Innych nie kolekcjonuję.
- Takiej jeszcze nie masz. Nikt nie ma.
Upił łyk kawy.
- A gdzie jest teraz?
- W Polsce. W Krakowie.
- Jak chcesz ją ukraść?
Uśmiechnął się pod nosem.
- To jest właśnie to coś wyjątkowego.
- To znaczy?
- Polacy sami nam ją oddadzą.
Zastygł w bezruchu.
- Ale jak?
- Mój człowiek już nad tym pracuje.
*
Podszedł do recepcji i prawie poprawną polszczyzną poprosił o klucz do pokoju numer sto dziesięć. Ubrana w idealnie białą bluvzkę, czerwoną marynarkę i granatową spódniczkę recepcjonistka podniosła się ze swojego siedziska i sięgnęła na półeczkę.
- Proszę - podała plastikowy prostokąt, na końcu którego dyndał żółty klucz.
Uśmiechnęła się i zatrzepotała powiekami. Klaus Heinze zacisnął wargi, sztucznie odwzajemniając uśmiech, zmrużył oczy i spokojnie odszedł w stronę schodów prowadzących na piętro. Żarówki w kinkietach osadzonych tuż pod sufitem zapaliły się automatycznie, gdy tylko znalazł się na ich ostatnim stopniu. Ściany korytarza były wyłożone tapetą o niezbyt skomplikowanym wzorze, w którym przeważał kolor dojrzałych pomarańczy. Gruba wykładzina doskonale tłumiła kroki, dzięki czemu kobiety wracające późno do swoich pokoi nie przeszkadzały stukotem obcasów innym gościom.
Przekręcił klucz i nacisnął klamkę. Zapachniało sandałowcem. Wszystkie pokoje na pierwszym piętrze wyposażono w aplikatory z tym zapachem. Heinze zmarszczył nos i dokładnie zamknął za sobą drzwi. Zzuł buty i wszedł do łazienki. Przemył dłonie, twarz i spojrzał na swoje odbicie. Chociaż miał trzydzieści dwa lata, wyglądał na dużo starszego. Zmarszczki przy kącikach oczu oraz niewyraźna blizna, ciągnąca się od lewego ucha aż prawie do nosa, dodawały mu co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lat.
Gdy chodził do niemieckiej podstawówki, wdał się w bijatykę z chłopakiem z sąsiedniego podwórka. Nie wiedział, że będzie musiał uciekać przed całą bandą wyrostków. Przeskakując przez ogrodzenie, zaczepił o wystający drut. Skończyło się na dwunastu szwach, bólu i zakrwawionym ubraniu. Ale to było dawno. Wystarczająco dawno, żeby zapomnieć o strachu. Teraz miał do wykonania dużo trudniejsze i niebezpieczniejsze zadanie.
Przetarł twarz i bardzo dokładnie osuszył dłonie. Zgasił łazienkową lampkę i przeszedł do części sypialnej. Spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma rano.
*
Ostry dźwięk dzwonka wypełnił szkolny korytarz. Uczniowie zaczęli się wpychać do swoich sal, gwar powoli zanikał, aż zrobiło się całkiem pusto i cicho. Tylko na parterze było słychać powolne szuranie miotły, którą sprawnie operowała pani Regina - woźna i szefowa sprzątaczek.
Wojtek zajął swoje miejsce, ziewnął ukradkiem i sięgnął do plecaka po podręcznik i zeszyt. Pierwszą lekcją w tym dniu miała być historia. I była. Pani Malicka - nauczycielka i zarazem wychowawczyni - pojawiła się tuż za ostatnim uczniem, który o mały włos nie przyciął jej nosa drzwiami.
- Siadajcie - rzuciła wesoło i położyła dziennik na biurku.
Odczekała dwie chwile, aż zrobi się w miarę cicho, i założyła ręce na piersiach.
- Co, szósta klaso? - uniosła brodę. - Już niedługo końcówka, co? Pójdzie się w wielki świat.
- Do gimnazjum! - wyrwało się komuś spod okna.
- Będziemy za panią tęsknić - odezwała się Patrycja z drugiej ławki.
- Będziemy za panią tęsknić - ironicznie powtórzył Mariusz Pruszczyński, naśladując głos Patrycji.
Połowa klasy buchnęła śmiechem.
- Taaak? - nauczycielka zmarszczyła czoło. - W takim razie chodź no tutaj, kolego.
- Ale, proszę pani... - próbował się bronić.
- Chodź, chodź! - nie dawała za wygraną.
Pani Malicka usiadła przy biurku i oparła łokieć o blat.
- Zobaczymy, jak bardzo za mną tęsknisz...
*
Heinze rozsiadł się wygodnie na hotelowym łożu, ułożył poduszkę za plecami, podkurczył nogi i włączył laptop. Ekran zamrugał i pojawiły się znajome obrazki. Sięgnął do kieszeni koszuli po zmiętą kartkę. Odszukał w internecie odpowiednią stronę i zalogował się jako Pastuch. Niemal od razu w prawym dolnym narożniku ekranu wyskoczyło okienko rozmowy. Przy komputerze po drugiej stronie zasiadł Szakal.
Szakal: Walet pik.
Heinze ponownie spojrzał na świstek. Odszukał hasło.
Pastuch: Dama kier.
Szakal: OK, który klucz cię interesuje?
Pastuch: Katalog Waw-12.
Szakal: To będzie kosztowało ekstra.
Pastuch: Ile?
Szakal: W sumie 250 tysięcy.
Pastuch: Zgoda.
Szakal: Jak chcesz zapłacić?
Pastuch: VISA?
Szakal: Może być. Podaj dane.
Na ekranie pojawiło się drugie okienko, umożliwiające przeprowadzenie płatności online. Heinze odłożył kawałek papieru i jeszcze raz zagłębił dłoń w bocznej kieszeni koszuli. Wyjął prostokątny kawałek plastiku. Przepisał wszystkie konieczne dane, podał kwotę i ze spokojem obserwował, jak pasek postępu wypełnia się niebieskim kolorem. "Transakcja została zakończona" - poinformował program, a w pierwszym okienku pojawiła się nowa wiadomość od Szakala.
Szakal: W porządku. Podaję kod...
Niemiec nerwowo podskoczył i odstawił laptop na boczny stolik. Wysunął górną szufladę komody i chwycił leżący na jej dnie długopis. Na ekranie wyświetliło się osiem znaków: W12XMK27. Heinze zapisał je szybko na pierwszej stronie hotelowego notesu. Połączenie zostało przerwane.
*
- No i co, panie Pruszczyński? Może chociaż wymieni pan kraje, które dokonały drugiego rozbioru Polski, co? - pani Malicka maglowała niesfornego ucznia pod tablicą.
Chłopak pocił się i czerwienił. Na nic nie zdały się jego mocne bicepsy, którymi popisywał się, grając w siatkówkę. Na nic szerokie dżinsy z przepastnymi kieszeniami, w których podobno udawało mu się ukrywać papierosy. Chociaż wiedział, czym to grozi, zdarzało się nie raz, że dyrektor musiał wzywać rodziców Mariusza, żeby przekazać im paczkę tych czy innych fajek. Państwo Pruszczyńscy obiecywali, że to się więcej nie powtórzy, ale na obietnicach się kończyło.
- Więc? - nauczycielka spojrzała na coraz bardziej zrezygnowanego chłopaka.
- Ruscy, Niemcy i Austria - wydukał w końcu.
Po klasie przeleciał pomruk. Ktoś jęknął cicho, kto inny się zaśmiał.
- Cisza! - pani Malicka postukała końcówką długopisu o blat biurka. - Nie Ruscy, ale Rosja. I nie Niemcy, lecz Prusy. A poza tym... odpowiedź jest błędna. Kto pomoże koledze? - zwróciła się do klasy.
Wojtek, jakby od niechcenia, od razu podniósł rękę. Był chyba znudzony i znużony poziomem odpowiedzi Mariusza.
- Sokół? Proszę - powiedziała pani Malicka.
Wstał.
- Austria nie brała udziału w drugim rozbiorze Polski - wypalił bez zastanowienia. - Tylko Rosja i Prusy.
- I o to chodziło - podkreśliła nauczycielka. - Siadaj. A ty - spojrzała na Pruszczyńskiego - nie zapomnij, że w przyszłym tygodniu macie test. Warto byłoby go zdać.
Lekcje mijały dość leniwie. Wojtek miał jednak wrażenie, że Pruszczyński cały czas mu się przygląda. Na przerwach ciągle wodził za nim wzrokiem i na lekcjach też ukradkiem zerkał w jego stronę. Z błyskiem w oczach, z zaciśniętymi zębami. Jakby chciał go zetrzeć na pył samą tylko siłą woli. Wojtek pomyślał, że na dużej przerwie chłopak będzie szukał zaczepki i skończy się szarpaniną gdzieś na boisku albo w ubikacji. Dziwne, ale do niczego takiego nie doszło. Dziwne było także to, że i po lekcjach Pruszczyński nie czekał na niego w szatni. Sprawa wyjaśniła się dopiero wówczas, gdy Wojtek wyszedł w stronę domu i znalazł się w wąskim przejściu pomiędzy szkołą a ogrodzeniem sklepu z meblami. Mariusz zaszedł mu drogę. I do tego nie był sam. Towarzyszyło mu dwóch chudzielców i jeden grubas z gimnazjum. Banda Grubego. Wojtek pamiętał ich jeszcze z czasów, gdy chodzili do szóstej. Dwa razy dostali naganę na szkolnym apelu, a raz to ich nawet policja o coś pytała w gabinecie dyrektora. Teraz okazało się, że i Pruszczyński do nich dołączył. Albo oni do niego.
- No i co, sokole? Orzełku zakichany... - zaczął zaczepnie.
Gimnazjaliści zarechotali.
- Fajnie było się podlizać Malickiej? - kontynuował Pruszczyński.
- Nie podlizywałem się - Wojtek wzruszył ramionami.
Pruszczyński uderzył pięścią w otwartą dłoń.
- Zapytała, to odpowiedziałem - dokończył, niezrażony tym gestem.
- Odpowiedziałem, odpowiedziałem... A nie trza było podpowiedzieć, co? Za trudne dla sokoła?
- Nie mówi się "trza", tylko "trzeba" - odburknął Wojtek, nie chcąc dać się zastraszyć.
- Słuchaj no! - Mariusz nie wytrzymał. Szarpnął pasek Wojtkowego plecaka. Plecak spadł na trawnik, a Wojtek przechylił się w lewo.
- Weź przestań! - rzucił do Pruszczyńskiego.
- Spokojnie, sokoliku! Jarząbku!
Pruszczyński chwycił kolegę, niższego prawie o głowę, za ciuchy i przyciągnął do siebie.
- Coś ci się nie podoba?
Dwóch chudych i grubas przystąpili jeszcze bliżej. Stanęli niemal za plecami osiłka z szóstej A.
- Odczep się! - warknął Wojtek, próbując się wyswobodzić.
Napastnik zrobił szybki ruch głową i walnął Wojtka czołem w łuk brwiowy. Poleciała krew...
- A może spróbujesz się ze mną, co? - usłyszeli nagle od strony szkoły.
Na ścieżce pojawiła się Małgośka Wieczorek. Niewysoka, szczupła, z kruczoczarnym warkoczem, który często przewieszała przez ramię. Chodziła do tej samej klasy co Wojtek i Mariusz i zazwyczaj siadała w pierwszej ławce, tuż przy drzwiach. Stanęła w lekkim rozkroku, złapała się pod boki i, mrużąc oczy, czekała na odpowiedź.
- Spadaj, mała - rzucił do niej Gruby.
- Sam spadaj, obleśny wieprzu!
Postąpiła krok naprzód.
Gimnazjalista ruszył w jej kierunku, zaciskając pięści.
- Czekaj! - Pruszczyński chwycił go za ramię.
Wojtek dotknął dłonią skroni. Krew nie płynęła ciurkiem, ale i tak wszystkie palce miał usmarowane na czerwono. Wytarł rękę o dżinsy.
- Wieczorek, nie wtrącaj się - Mariusz wsadził ręce do kieszeni. - Nie twoja sprawa.
- Co z tego? - odburknęła. - Co?
Podeszła bliżej i z tylnej kieszeni spodni wyciągnęła paczkę chusteczek higienicznych. Podała ją Wojtkowi.
- Trzymaj, przyłóż, żeby zatamować...
Zawahał się, ale wziął chusteczki.
- Co?! - warknęła ponownie w stronę bandy. - Mnie też macie zamiar pobić? No?!
- Phi! Adwokatka się znalazła - parsknął Pruszczyński. - Chodźcie, chłopaki - zwrócił się do swoich kompanów. - Szkoda naszego czasu. A ty - wskazał na Wojtka - uważaj, bo na drugi raz może ci zabraknąć obrońcy.
Zarechotał. Banda Grubego zawtórowała. Obrócili się na pięcie i ruszyli w stronę głównej bramy. Małgosia odprowadziła ich wzrokiem, po czym zwróciła się do Wojtka.
- Nic ci nie jest? - zapytała z troską w głosie.
Chłopak wyjmował właśnie kolejną chusteczkę i przykładał do czoła. Cztery poprzednie, ze śladami krwi, ściskał w drugiej dłoni. Nie bardzo wiedział, co z nimi zrobić.
- Boli? - zainteresowała się ponownie dziewczyna, zbliżając twarz do skroni Wojtka.
- Daj mi spokój! - warknął.
Cofnęła się jak oparzona.
- Chciałam...
- Po co się wtrącasz? Nie twój interes. Sam bym sobie poradził.
- Właśnie widziałam - przestąpiła z nogi na nogę.
- Niczego nie widziałaś, rozumiesz?!
- Wojtek...
- Daj mi spokój! - powtórzył jeszcze ostrzej.
Rzucił zakrwawione zwitki na ziemię i sięgnął po plecak.
- Nie potrzebuję pomocy.
- Jasne - pokiwała głową. - Bohater się znalazł.
- Żebyś wiedziała. Cześć!
Szybkim krokiem przeszedł przez zwężony chodnik i pomaszerował w stronę ulicy Kopernika.
Małgosia została sama.
- Nie musisz mi dziękować - rzuciła do kolegi, ale doskonale wiedziała, że jej nie usłyszał. Był za daleko.
Poprawiła plecak i poszła w swoją stronę. Ale w duchu przyrzekła sobie, że nie da się zbyć.
*
Dom rodziny Sokołów wyróżniał się już na pierwszy rzut oka. Piętrowa, przedwojenna willa stała na rogu, przy skrzyżowaniu ulic Daszyńskiego i Zielonej. Przy Daszyńskiego był to w zasadzie jedyny budynek tego rodzaju, bo kilkanaście metrów od posesji Sokołów wyrosło osiedle czteropiętrowych bloków, w których prawie pół wieku temu zamieszkali osadnicy z całej Polski, przybyli do Sosnowa w czasie uruchamiania wielkich fabryk, zlokalizowanych na Śląsku, w Zagłębiu, a także w Krakowie. Stąd było bowiem jednakowo blisko do stolicy Małopolski i do Katowic. Dzięki nowym osiedlom Sosnowo szybko się rozrosło i mogło wchłonąć sąsiednie wioski, które automatycznie zamieniły się w dzielnice miasta.
Przy Zielonej z kolei stały nowocześniejsze domy jednorodzinne, nierzadko wyposażone w spore ogródki z kilkoma drzewkami albo co najmniej dwa garaże. Kiedyś mówiono o Zielonej "dzielnica bogaczy", ale gdy we wschodniej części miasta pojawiły się wypasione apartamentowce, wille na Zielonej straciły na wartości i teraz mógł sobie na nie pozwolić nawet przeciętny Kowalski.
Tak czy siak, dom Wojtka nie przystawał ani do blokowiska, ani do byłej "dzielnicy bogaczy", zwłaszcza że wybudowano go w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym. Świadczyła o tym tabliczka z jasnego piaskowca, wmurowana tuż nad wejściem do budynku - "AD 1936". Zresztą i wejście było nietypowe. Na parterze willi, od frontu, znajdował się antykwariat. Dlatego gdy wchodziło się do budynku, trafiało się najpierw do sklepiku pachnącego starymi książkami, mapami i innymi papierzyskami, których wszędzie było pełno.
Pomieszczenia mieszkalne znajdowały się na piętrze i można się było do nich dostać albo przez zaplecze antykwariatu, albo tylnym wejściem - od ogródka. Sam ogródek nie wyglądał okazale. Ot, kilka metrów trawnika i dwie jabłonki. Ale wystarczyło. Wiosną drzewka obsypywało mrowie białego kwiecia, latem można się było pod nimi schronić przed żarem słońca, wczesną jesienią zrywać pyszne owoce, a zimą wieszać na gałęziach karmnik dla wygłodniałych ptaków.
Tomasz Sokół - ojciec Wojtka - sam kosił trawę i bielił jabłonki z początkiem marca. Potem doglądał jabłek, a te, które dojrzały i spadły, zbierał do drewnianych skrzynek i przechowywał na stryszku. Stryszek nie był duży. Pachniał starym drewnem i czymś jeszcze, czego Wojtek nie potrafił rozpoznać. Na piętro wchodziło się po stromych i wąskich schodkach. Po lewej stronie, na górze, znajdował się pokój gościnny. Okno i nieduży balkonik wychodziły na główną ulicę. Po przeciwległej stronie była kuchnia. Dalej, po prawej - łazienka i toaleta, a na samym końcu krótkiego przedpokoju - dwoje drzwi. Za lewymi znajdowała się większa, a za prawymi - mniejsza sypialnia. Ją właśnie zajmował Wojtek.
Meble w pokoju chłopca miały ładny, brązowy odcień. Pierwsza po lewej stała wąska komoda, a obok zwykła szafa ubraniowa. Pod drugą ścianą ustawiono rozkładaną kanapę, na której w ciągu dnia można się było lenić, a w nocy spać. W narożnik pokoju wkomponowano regał z książkami i komiksami. To znaczy regał na początku był pusty, dopiero później Wojtek umieścił na półkach swoje ulubione tytuły. A było tego całkiem sporo. Książki leżały nawet na tych, które stały pionowo. Do regału przylegało biurko, ustawione pod oknem, za którym poruszały się liście jabłoni trącane wiatrem. Biurko służyło zarówno do nauki, jak i do rozrywki. W szafce i szufladzie Wojtek chował szkolne książki, zeszyty, ołówki, kredki i wszystkie inne rzeczy potrzebne szóstoklasiście. Na blacie stały dziewiętnastocalowy monitor, lampka i drukarka. Reszta komputera zajmowała boczną półkę. Wzdłuż tylnej ściany ustawiono jeszcze jedną szafę oraz mniejszą szafkę z telewizorem i odtwarzaczem DVD. Przed kanapą, na podłodze, leżał niebiesko-brązowo-kremowy dywan. Pokoik, chociaż ciasny, był prawdziwym azylem Wojtka i chłopak go uwielbiał.
Antykwariat w willi przy skrzyżowaniu Daszyńskiego z Zieloną prowadził jeszcze dziadek Tomasza, Edward. To on wybudował dom i on otworzył tutaj sklepik w trzydziestym szóstym. Szczęśliwie w czasie wojny nie został uszkodzony i już w kwietniu czterdziestego piątego zaczął ponownie funkcjonować. Później antykwariat odziedziczył Karol Sokół - ojciec Tomasza.
Ponieważ z handlowania starymi książkami trudno się było utrzymać, Tomaszowi udawało się od czasu do czasu złapać dodatkowe zajęcie, polegające na redagowaniu tekstów dla jakiegoś czasopisma. Kilka razy w tygodniu, najczęściej późnym wieczorem, otrzymywał treść artykułu, który trzeba było przejrzeć, poprawić, a czasami nawet skrócić, gdy dziennikarz za bardzo się rozpisał. Zdarzało się także, że sam pisał teksty, które zamieszczano w rubryce "Kultura i sztuka". Kiedyś nawet by nie przypuścił, że zostanie współpracownikiem poczytnego pisma.
W szkole najbardziej pociągała go... chemia. Bardzo lubił wszelkie doświadczenia, dokładne odmierzanie i mieszanie różnych składników, przepuszczanie ich przez dziwaczne rurki, a nawet kilkugodzinne ślęczenie nad aparaturą. Myślał nawet o studiach chemicznych, ale ostatecznie zdecydował się na zupełnie inny kierunek. Ukończył zarządzanie i marketing, po czym objął antykwariat po swoim ojcu, który nagle ciężko zachorował, a po pół roku zmarł i zostawił mu cały dobytek. Matka Tomasza - Krystyna - przeniosła się wówczas do Gdańska, gdzie zamieszkała z córką Grażyną.
Antykwariat i dom Sokołów miały kilka swoich tajemnic, smaczków, ale największą atrakcję i rodzinną tajemnicę skrywał ogródek. Część jego ogrodzenia przylegała do dawnej fabryki, produkującej kiedyś śruby różnego rodzaju: długie, krótkie, grube, cienkie, połyskujące, matowe, ciężkie i całkiem lekkie. Gdy zakład przestał funkcjonować, na jego terenie zlokalizowano jakieś magazyny, a potężna ściana jak została postawiona, tak stała do dziś. Na ogrodzeniu przylegającym do tej ściany Tomasz zawiesił tarczę strzelniczą, do której od czasu do czasu mierzył z najprawdziwszej wiatrówki. Jednym z jego koników było podziwianie rewolwerowców ze starych westernów, które mógł oglądać na okrągło.
Strzelał z różnych pozycji - na stojąco, klęcząc na jednym kolanie, a nawet leżąc. Czasami i Wojtkowi udało się wyprosić jedną lub dwie kolejki, ale ojcu nie bardzo się to podobało. Nie chciał, żeby chłopak rozpowiadał w szkole, że w domu pozwalają mu się bawić bronią. Wojtek obiecał solennie, że nie będzie się chwalił, i jak na razie obietnicy tej dotrzymywał. Jak każda rodzina, dom Sokołów miał swoje tajemnice, ale prywatna strzelnica - to było coś!
Wojtek, który właśnie dochodził do budynku, zastanawiał się czasami, czy i on będzie kiedyś właścicielem sklepu, czy też zostanie na przykład kierowcą tira, o czym skrycie marzył.
Przyciskając do czoła ostatnią z chusteczek, które dostał od Małgosi, doczłapał do Daszyńskiego i postanowił jak najszybciej przemknąć do swojego schronienia. Chciał przebiec przez antykwariat, bo liczył na to, że ojciec będzie zajęty obsługiwaniem jakiegoś klienta. Gdyby próbował wejść do domu od ogrodu, tato na pewno zainteresowałby się, kto otwiera tylne drzwi. A tak była przynajmniej jakaś szansa.
Niestety okazało się, że sklep był pusty, a na ojca natknął się zaraz po tym, jak nacisnął klamkę. Tomasz Sokół wieszał akurat na drzwiach nowy szyld z godzinami pracy antykwariatu.
- Uwaga! - krzyknął, ale nie zdołał przytrzymać szyldu i ten zsunął się na podłogę.
Wojtek zatrzymał się tylko na chwilę, ale to wystarczyło, żeby ojciec dostrzegł rozcięty łuk brwiowy.
- Co ci się stało? - zapytał zaniepokojony.
- Nic takiego. Uderzyłem się... - wzruszył ra-mionami chłopak.
- Uderzyłeś się?
- Tak.
- Sam?
- Tak.
Zrobił pół obrotu i już miał odejść, gdy ojciec złapał go za rękę i przyjrzał mu się nieco uważniej.
- Moment! Może trzeba z tym pójść do lekarza?
- Nie trzeba. Nic mi nie jest...
- Pechowe to uderzenie.
Wojtek ponownie uniósł barki i je opuścił.
- Lodu chociaż przyłóż.
- Przyłożę.
- A jakbyś chciał pogadać o pechowych uderzeniach...
- Nie, nie będę chciał! - odparł szybko.
- Wojtek...
- Daj mi spokój, tato, co? Nie mam nastroju na gadanie.
Tomasz założył ręce na piersiach.
- Zawsze mnie zbywasz - zauważył z wyrzutem. - Matki tak nie traktowałeś.
- Matki? - Wojtek zatrzymał się w pół kroku.
- Tak, matki.
- A gdzie ona jest dzisiaj? - zapytał ironicznie.
- Jak to: gdzie...
- No, gdzie? - przerwał ojcu. - Tak bardzo potrafiła się z nami dogadać, że mnie zostawiła, kiedy szedłem do zerówki, a z tobą to nawet rozwieść się po ludzku nie potrafiła. Myślisz, że nie wiem? Tato... Ja już nie noszę pieluch... Nie traktowałem... Phi! Też mi coś! Miałem wtedy sześć lat.
- Synku...
Próbował podejść do chłopca.
- Daj spokój. Co to za matka?! To właśnie przez nią tak teraz jest. Popatrz na siebie.
- Ale zawsze to twoja matka...
- Tato, przepraszam cię, ale nie umiem jej wy-baczyć. Rozumiem, że chciała wyjechać do tego zasmarkanego Londynu, żeby zarobić i żeby nam się trochę lepiej żyło. Ale związywać się z innym facetem i fruwać po świecie? Gdzie dzisiaj jest? W Stanach? Czy w Australii? A może na Kajmanach?
- Skąd o tym wszystkim wiesz?
Wojtek przełknął ślinę. Miał wrażenie, że powiedział jedno zdanie za dużo.
- W czwartej klasie przez przypadek trafiłem na waszą korespondencję. Przepraszam, może nie powinienem jej czytać, ale chciałem zrozumieć mamę. Ale ani nie zrozumiałem, ani jej nie wybaczyłem. Coś mi się robi, gdy moi kumple opowiadają o swoich matkach...
Łzy stanęły mu w oczach i nie mógł już powiedzieć ani słowa. Tomasz podszedł do syna i mocno go przytulił.
- Nie umiem do końca ci jej zastąpić - wyszeptał.
Wojtek spojrzał ojcu w oczy.
- Dlatego nie mogę jej tego wybaczyć - odpowiedział, pociągając nosem. - Chciałbym mieć normalną mamę...
Dalsza część tego dnia minęła bez większych rewelacji. Tomasz zajął się porządkowaniem kilku półek z wiekowymi książkami, a Wojtek zjadł obiad i zaszył się w swoim pokoju. Najpierw pograł trochę na kompie, później przeleciał przez kilka ulubionych programów w telewizji, a dopiero na koniec zabrał się do lekcji. Gdy je odrobił, przysiadł z ojcem w stołowym, żeby obejrzeć drugą część Nieśmiertelnego z Lambertem i Connerym w rolach głównych. Uwielbiał tego ostatniego aktora. Tomasz zaraził nim syna poprzez stare filmy z Bondem. Od tego czasu Wojtek starał się dotrzeć do każdego nośnika, na którym byłby zarejestrowany film z Seanem. Zgromadził kilka płyt DVD, trzy czy cztery pliki AVI, a nawet trochę kaset VHS, których za bardzo nie miał na czym odtworzyć. Obiecał sobie jednak, że gdy uzbiera trochę kieszonkowego, pójdzie do Telesatu. Telesat był firmą, gdzie oprócz zrobienia sesji zdjęciowej lub filmu można było także zamówić przegranie materiału z taśmy lub kasety do wersji cyfrowej. Miałeś film na kasecie wideo? Telesat przenosił go na DVD. Zabawa kosztowała dziewiętnaście złotych, więc gdy Wojtek przeliczył wszystkie swoje kasety i przemnożył przez tę kwotę, wyszła mu całkiem pokaźna sumka. A nie chciał nosić po jednej. Gromadził kasę.
Nazajutrz, w piątek, lekcje rozpoczynały się od godziny wychowawczej. Pani Malicka od razu zauważyła plaster na czole jednego z uczniów. Coś tam przebąknęła o tym, żeby na siebie uważać, i zabrała się do omawiania egzaminu końcowego, który miał się odbyć w następnym tygodniu. Gdy zabrzmiał dzwonek na przerwę i wszyscy poderwali się ze swoich miejsc, podeszła do Wojtka i poprosiła:
- Zostań. Chcę z tobą porozmawiać.
Klasa wysypała się na korytarz. Nauczycielka podeszła do drzwi i zamknęła je, zmniejszając poziom hałasu, który dobiegał spoza sali.
- Co się stało? - wskazała na opatrunek.
- Nic - odparł bardzo szybko. - Uderzyłem się.
- Tak?
- Tak.
- A ja słyszałam, że... ktoś cię uderzył.
- Kto pani to powiedział?
Przysiadła na biurku i uśmiechnęła się.
- A więc jednak? - zapytała.
- Nieee... - zmieszał się. - Chciałbym się tylko dowiedzieć, kto kłamie na mój temat.
- A ty uważasz, że mówisz prawdę, tak?
Lekko się zaczerwienił i wzruszył ramionami. Nauczycielka przenikliwie patrzyła na Wojtka. Odwrócił wzrok.
- Uderzyłem się... - powtórzył nieco drżącym głosem.
- Jak chcesz - westchnęła. - Gdybyś jednak zmienił zdanie...
Spojrzeli sobie w oczy. Ta chwila zdawała się nie mieć końca. Przerwał ją dopiero dzwonek na następną lekcję.
- Mogę już iść? - zapytał.
- Oczywiście. Ach! Wojtek! Zapomniałabym... - zatrzymała go gestem dłoni. - Twój tato prowadzi antykwariat, prawda?
- Tak.
- Szukam pewnej książki, wydanej ponad pół wieku temu. Macie takie u siebie czy handlujecie tylko używanymi podręcznikami?
- Tato podręczników w ogóle nie skupuje. A niektóre książki to ma jeszcze sprzed wojny.
- To dobrze. Do której jest otwarte?
- Do osiemnastej.
- Przyjdę - uśmiechnęła się. - Leć na lekcję.
Chwycił plecak i pognał w stronę sali gimnastycznej. Nie mógł sobie pozwolić, żeby stracić chociaż chwilę wuefu. Zwłaszcza że pan Barwiński zapowiedział na dziś miniturniej koszykówki. Grali trzech na trzech. Wojtek miał nadzieję, że zagra przeciwko Pruszczyńskiemu...
*
Małgosia skończyła zajęcia wcześniej niż Wojtek. Dziewczyny nie miały wuefu, więc w domu była już po czterech lekcjach. Szybko uporała się z odrobieniem pracy domowej, z nudów posprzątała nawet w swoim pokoju i pomogła mamie przy obiedzie.
Pani Maria Wieczorek, mama Małgosi, była wysoką brunetką. Wyższą od swojego męża, co jednak nie przeszkadzało ani jej, ani jemu. Gdy chodziła do liceum, grała w siatkówkę w drużynie, która zdobyła wicemistrzostwo Polski. Potem poznała Michała, zakochała się i... przestała trenować. Po skończeniu szkoły średniej poszli razem na studia ekonomiczne. On dodatkowo ukończył kurs menedżerski i zaczął pracować jako szef działu handlowego w jednej z firm. Ona była najpierw księgową, a potem pracowała w marketingu. Dwa lata temu zdecydowała się na założenie własnego interesu. Pomagała małym przedsiębiorstwom prowadzić rozliczenia finansowe.
Małgosia była do niej podobna. To właśnie po mamie odziedziczyła kolor włosów i ciemne oczy. Po ojcu zaś odwagę i to, żeby nie dać sobie w kaszę dmuchać. Rodzina Michała Wieczorka, tak jak on sam, pochodziła ze Śląska. Stąd często w domu Małgosi gościł śląski żurek albo kluski z dziurką, albo mięsne rolady z ogórkiem w środku. No i obowiązkowa czerwona kapusta.
Wieczorkowie mieszkali przy ulicy Kościuszki, na pierwszym piętrze w bloku numer pięćdziesiąt osiem. Na parterze, tuż pod ich balkonem, mieścił się sklep spożywczy. Ich sąsiadką z naprzeciwka była Rozalia Wnuk - samotna starsza pani, którą okoliczne dzieciaki nazywały po prostu ciocią Rozalką. Na spacery wychodziła z olbrzymim wilczurem, wabiącym się Cygan. Miał piękną, długą, czarnobrązową sierść, mądre ślepia i prawie zawsze wywalony jęzor. W tym cudnym futrze musiało mu być niesamowicie gorąco. Cygan uwielbiał dzieci, a one uwielbiały Cygana. Często przynosiły mu różne smakołyki, a on dawał się głaskać do woli. Kiedy ciocia Rozalka była chora, pozwalał się też wyprowadzać na niedaleki skwerek, ale szybko wracał, bo tęsknił za swoją panią.
W bloku nie było windy. Po wejściu po schodach na piętro od razu wyczuwało się miły zapach lawendy, rozchodzący się od drzwi cioci Rozalki.
Mieszkanie Wieczorków składało się z trzech pokoi, kuchni i łazienki z toaletą. Kiedy się stało przy drzwiach wejściowych, po prawej ręce miało się kuchnię, a zaraz obok był pokój, w którym mama Małgosi przyjmowała interesantów. Na wprost znajdowały się drzwi do łazienki. Po lewej był przesmyk do drugiej części przedpokoju, skąd można się było dostać albo do dużego pokoju, albo do królestwa Małgorzaty - jak żartobliwie nazywał pokój córki pan Michał.
Dziewczyna była najlepsza w klasie z matematyki. W pierwszym półroczu szóstej klasy wzięła nawet udział w wojewódzkiej olimpiadzie z tego przedmiotu i zajęła trzecie miejsce. Rodzice byli z niej dumni. Tuż po feriach zimowych natrafiła w internecie na ofertę wakacyjnego wyjazdu. I nie byłoby w niej nic szczególnego, gdyby nie to, że wyjazd ten miał charakter prawie... wojskowy. Spanie w żołnierskich namiotach, łażenie nocą po lesie, podchody, mycie się w rzece i samodzielne przygotowywanie wszystkich posiłków. Prawdziwy surwiwal.
Mama Małgosi nie była zachwycona tym pomysłem. Nawet trochę się pokłóciły. Tato starał się przekonywać i tłumaczyć, ale wiedział, że gdy córka wbije sobie coś do głowy, wszelkimi sposobami będzie się starała to osiągnąć. Poddał się i zostawił decyzję żonie.
- Jak zobaczę na świadectwie końcowym dobre zachowanie i jeszcze lepsze oceny, to będziemy mogły wrócić do tematu - próbowała uciąć rozmowę.
- Ale, mamo...
- Nie "ale, mamo", tylko staraj się.
- Wtedy to może już być za późno - sarknęła.
- Do kiedy są zgłoszenia?
- Do końca czerwca.
- No to spokojnie zdążymy.
- Akurat. Jak już nie będzie wolnych miejsc...
- Zawsze można pojechać gdzie indziej... Nad morze albo w góry... Nie podobało ci się w Pieninach?
- Podobało...
- No widzisz... Nic się nie przejmuj...
- Taaa... Jasne...
Obróciła się na pięcie i poszła do swojego pokoju.
Ściany jej królestwa wyłożone były żółtą tapetą w niebieskie fosforyzujące gwiazdki. Miały tę właściwość, że wieczorem, po zgaszeniu światła, jeszcze przez kilka chwil błyszczały w ciemnościach. Pod oknem stała granatowa kanapa, na ścianie po lewej wisiała półka z kilkoma drobiazgami, a po prawej stały biurko z komputerem oraz szafka, do granic możliwości napakowana książkami. W kąciku tato Małgosi zainstalował telewizor.
Przysiadła na kanapie i zapatrzyła się w okno. Na zewnątrz wiatr smagał gałęzie drzew. Słońce niepewnie przedzierało się między konarami. Dwadzieścia metrów dalej stał kolejny blok, a za nim jeszcze jeden.
Do pokoju zajrzał ojciec Małgosi.
- Można? - nieśmiało wsunął głowę między futrynę a drzwi.
- No jasne - odparła.
Pan Wieczorek przysiadł na krzesełku, które stało przy biurku.
- Tak bardzo ci zależy na tym wyjeździe? - zagadnął.
Pokiwała głową.
- Dlaczego?
Opuściła kolana, które trzymała pod brodą, i poprawiła bluzkę.
- Bo bardzo chciałabym przeżyć jakąś fajną przygodę... Wiesz... Żeby się trochę pobać albo coś w tym stylu...
- No wiem.
- A jak jadę z wami, to... też jest fajnie... Ale, tato... No wiesz...
- Wiem - powtórzył i położył córce dłoń na kolanie. - Zobaczymy. Pogadam z mamą.
- Kocham cię, tatku - objęła go i pocałowała w policzek.
- Ale niczego nie obiecuję - zarzekł się od razu.
- Dobra. Będę trzymała kciuki.
- Trzymaj.
- Tak bym chciała przeżyć jakąś przygodę... - powtórzyła.
- Kto wie, gdzie czai się prawdziwa przygoda? - Pan Wieczorek uśmiechnął się dobrotliwie i wyszedł z pokoju córki.
Małgosia przysiadła na łóżku i sięgnęła pod nie. Wysunęła różowe pudełko, z którego wyjęła swój "sekretny sekretnik" - jak mówiła o zielonym notesie. To znaczy zielone były tylko okładki notesu, bo wewnątrz kartki miały bardzo jasny groszkowy odcień, a każdą z nich zdobił od dołu wymyślny es-flores. Dziewczyna traktowała go trochę jak pamiętnik, a trochę jak zeszyt na różne zapiski. Dlatego można w nim było znaleźć relację ze szkolnej dyskoteki, plany na nadchodzący tydzień oraz listę rzeczy, które koniecznie musiała kupić z obiecanego kieszonkowego. Co jakiś czas pojawiał się także wpis specjalny. Najczęściej było nim mniejsze lub większe serduszko, wewnątrz którego lądowały litery G. I W. G jak Gośka i W jak Wojtek...
*
Heinze siedział na jednej z wielu ławek, które ustawiono w parku Tureckim jeszcze w latach siedemdziesiątych, z okazji wykreślonego z kalendarza święta 22 Lipca. Sam park nie zawdzięczał swojej nazwy Turcji ani żadnemu tureckiemu dostojnikowi, ale przedwojennemu właścicielowi jednego z banków - Janowi Tureckiemu. To właśnie on, na starych hałdach górniczych, zaprojektował rozległe zielone miejsce wypoczynku dla tutejszych mieszkańców, a potem sfinansował jego powstanie. Jedna z ulic, biegnąca wzdłuż parku, nosiła także jego imię.
Niewiele osób kręciło się w pobliżu. Od strony parkingu samochodowego prowadziła szeroka aleja, która trochę dalej rozdzielała się na trzy węższe dróżki, biegnące w trzech różnych kierunkach. Jedna z nich wiodła do kawiarenki o dźwięcznej nazwie "Rusałka", druga - na mostek, przedzielający niewielki stawek, a trzecia ginęła między drzewami. To właśnie przy niej stała ławka, na której przysiadł Niemiec.
Ścieżką od "Rusałki" szła korpulentna kobieta, prowadząca dziecięcy wózek. Tuż przed nią jechał na małym rowerku pięcioletni brzdąc, który podśpiewywał sobie coś po nosem. Z przeciwległej strony majestatycznym krokiem nadchodził starszy pan ze złożonym parasolem. Heinze czekał. Umówiony kurier miał mu dostarczyć jeszcze jedną wskazówkę. To dzięki niej będzie mógł dotrzeć do kolejnego elementu układanki. A potem...
Kobieta z wózkiem przybliżyła się, a jej syn nieostrożnie najechał Heinzemu na stopę. Ten syknął i już miał przygadać matce rowerzysty, gdy starszy pan upuścił parasol. Wszystkie oczy skierowały się ku niemu. Chłopczyk odstawił swój pojazd i podał dziadkowi parasol. Tamten podziękował, wręczył małemu cukierka wysupłanego z kieszeni marynarki i matka ze swoimi pociechami poszła dalej. Gdy starszy pan mijał Heinzego, ponownie sięgnął do kieszeni i... wyjął z niej kolejnego cukierka. Podał go zaskoczonemu Niemcowi i z uśmiechem oddalił się w stronę parkingu.
Cukierek. Cóż... Najnormalniejszy cukierek w papierku. Owocowy. Ale zaraz! Pod kolorowym papierkiem jest jeszcze jeden, biały. Czym prędzej odwinął go i rozprostował kawałek zwykłej kartki. Po cichu odczytał zapisany na niej adres i dwie inne informacje. Podniósł się z ławki, wyrzucił oba papierki do kosza i włożył landrynkę do ust.