Rozdział 1. Telefon z przeszłości
Rozdział 1
Telefon z przeszłości
Na szybę spadła kropla. Nikt nie usłyszał, jak stuknęła, bo restaurację
wypełniał rozgwar, ten lunchowy, przyjemny, uświadamiający, że najgorszy
moment dnia już za tobą - wstałaś, dotarłaś do pracy, teraz coś zjesz i jakoś przetrwasz jeszcze te trzy, cztery godziny do wyjścia.
Gdybym nie wgapiała się w okno, to bym tej kropli nie zauważyła i nie
mogłabym z wielkim zafascynowaniem śledzić jej pełnej meandrów ścieżki w dół, ku parapetowi. Po chwili na szybie pojawiła się kolejna kropla. I następna. Odczytałam to jako zapowiedź ulewy.
- Krystyno, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Tośka patrzyła z wyrzutem.
- Dlaczego miałabym nie słuchać?
- Bo gapisz się w okno.
- Czy gapienie się w okno...
- ...świadczy o niesłuchaniu? - weszła mi w słowo. - Tak. Moim zdaniem
świadczy. I nie odpowiadaj pytaniami. To strasznie irytujące.
Na końcu języka zaświerzbiło "Twoim zdaniem jestem irytująca?", ale
zacisnęłam zęby. Tośka była jedyną osobą, w stosunku do której mogłam
użyć słowa "przyjaciółka". Użyć co prawda z wahaniem, ale jednak. No
cóż, to nie była łatwa relacja. Żadna relacja w moim życiu na taką nie
wyglądała. Wolałam nie roztrząsać, czy to wina życia, czy moja.
- Zaczęło padać. Dlatego patrzyłam w okno.
Tośka się odwróciła.
- Diabli nasłali.
Zgrzytnęłam zębami. Znowu przekręciła związek frazeologiczny. I to niby
ja jestem ta irytująca?
Podczas gdy mnie nie przeszkadzał spacer w deszczu, dla Tośki było to
nie do pomyślenia. Tkwiło w niej głębokie przekonanie, że powstała z cukru. Z czego to wynikało? Może z tego, że ludzie zbyt często mówili do
niej "Ależ ty jesteś słodka"?
Owszem, była słodka, na szczęście ja znałam ją z innej, tej gorzkiej
strony.
- Możemy jeszcze posiedzieć i poczekać. Może przejdzie?
Tośka przewróciła oczyma...
- W przeciwieństwie do niektórych są tacy, co muszą wrócić do roboty o określonej porze.
- Coś ci uniemożliwia zmianę pracy?
- Życie. Codzienność. Zbieranie na wkład własny, zdolność kredytowa,
takie tam. Wiesz, ile płacę za wynajem?
Tośka była przekonana, że musi, po prostu musi mieć samodzielne
mieszkanie. Współlokatorka? Nie, to niewyobrażalne. Jeśli zamieszkałaby
z kimś, nie miałaby szansy na wejście w odpowiedni związek. Mężczyźni,
jej zdaniem, interesowali się tym, jakie lokum zajmuje ich partnerka.
Nie wymyśliłam tego, Tośka tak to ujmowała: "Odpowiedni mężczyzna, taki,
jakiego chciałabym w swoim życiu, na pewno zwróci uwagę na moją sytuację
lokalową". Tłumaczyłam, że właściwy facet to taki, który pokochałby ją,
nawet gdyby żyła w kartonie po butach, niestety puszczała to mimo uszu.
Nie miałam dziewczynie tego za złe. Też nie słuchałam jej rad. Zwłaszcza
że w przeciwieństwie do moich porady Tośki były jak wyczytane w Bravo
Girl.
Związki w jej wykonaniu? Zawsze wplątywała się w coś katastrofalnego w skutkach. Myślę, że w moim przypadku byłoby podobnie, ale na szczęście
miałam na tyle rozsądku, by się w nic nie pakować.
- Ten twój... - Z odmętów pamięci próbowałam wyłowić imię aktualnego
chłopaka swojej przyjaciółki. Bezskutecznie. Winiłam za to Tośkę oraz
jej zbyt częste i zbyt krótkie relacje z facetami. Gdyby była z kimś
pięć lat, to w końcu wiedziałabym, jak on się nazywa. - Twój partner -
wybrnęłam elegancko - powinien się dokładać do czynszu, skoro z tobą
mieszka. Dlatego właśnie mówi się "partner". Bo mamy partnerstwo, czyli
równość. Chyba że on jest twoim utrzymankiem.
- Istnieje takie słowo czy właśnie je wymyśliłaś?
Skinęłam głową, że istnieje, i pokręciłam, że nie, nie wymyśliłam.
- Nie przestanie mnie dziwić twoja znajomość takich określeń, których
nikt inny nie używa. I ten mój utrzymanek ma imię. Przyznaj przynajmniej
szczerze, że nie pamiętasz jakie.
- Dlaczego sądzisz, że nie pamiętam? - I zanim zdążyła coś powiedzieć,
podjęłam desperacką próbę zmiany kierunku rozmowy: - Pozwalasz facetowi,
by cię wykorzystywał. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, a nie w jakiejś sadze wiejskiej.
- Wcale nie pozwalam się wykorzystywać. Po prostu... on często robi
zakupy. Płaci, gdy gdzieś wychodzimy. To niezręczne poruszać temat
pieniędzy.
- Czyli twoim zdaniem zręczne jest sypianie z gościem, ale rozmowa o czynszu to już nie?
Policzki Tośki się zaczerwieniły.
- Czasem jesteś taka okropna, że ja nie wiem... Po prostu nie wiem, jak z tobą wytrzymuję.
Dobra, Krysiu, udowodnij, że jednak warto z tobą wytrzymywać. Przekop
odmęty pamięci i znajdź to, jakże cenne dla Tośki, imię.
- Mariusz? - zaryzykowałam. Po minie poznałam, że to nie był dobry
strzał. - Marcin?
Tosia postanowiła skrócić moje męki.
- Marcel.
No proszę, jak blisko byłam. Od celu dzieliły mnie dwie litery. Emocje
malujące się na twarzy przyjaciółki stanowiły sygnał, że ta rozważa, czy
obrazić się na mnie śmiertelnie, czy tylko na tydzień.
- Pamiętałabym, gdybyś była z nim dłużej.
- Niedługo obchodzimy trzecią rocznicę.
Serio?
- Mówiłam, że mnie nie słuchasz. - Podniosła się. - Za karę zapłacisz
rachunek.
Chciałam zaprotestować, ale w tym momencie mój telefon zawibrował, a na
ekranie pokazało się imię Feliks.
Tośka natychmiast usiadła. Patrzyła wyczekująco to na mnie, to na
wyświetlacz.
- Nie odbierzesz? - zapytała w końcu.
- Nie.
- Przecież możesz. Mnie to nie przeszkadza.
Komórka ucichła.
- Oddzwoń.
- To na pewno nic ważnego.
Nie potrafiła ukryć rozczarowania.
- To chociaż opowiedz coś o nim - drążyła.
- Kiedy nie ma o czym.
- Imię ma fajne.
- No nie wiem. Mnie kojarzy się z Dzierżyńskim. - Po minie Tośki
poznałam, że akurat tej postaci pan od historii nie poświęcił zbyt wiele
uwagi. - Poza tym to przeszłość.
- Nie powiesz mi prawdy?
Pewne sprawy powinno się ukryć, tak przed innymi ludźmi, jak i przed
sobą. Zwłaszcza jeśli były one prawdą.
Telefon znów się odezwał.
- Coś się ta przeszłość mocno dobija.
- Jeśli myślisz, że zamierzam odebrać albo o tym rozmawiać, to się
mylisz. Nie znam większego drania, samolubnego egoisty i oszusta.
Tośka wyszczerzyła swoje idealnie wyprostowane przez drogiego ortodontę
uzębienie.
- I wyszło szydełko z worka, że przyganiał garnek rondlowi. - I żeby
pokazać mi, jak bardzo jestem gorsza, do tego zlepku przysłów dodała
jeszcze "Nieprawdaż?" z wielkim, naprawdę wielkim znakiem zapytania.
- To moje dawne życie, z czasów, zanim się poznałyśmy.
- I teraz dzwoni? Po ilu latach? Dziesięciu?
Skinęłam głową. Tak naprawdę to słyszeliśmy się trzy lata temu, kilka
dni przed Bożym Narodzeniem. Nie wiem, co mi przyszło wtedy do głowy, że
zadzwoniłam. Życzenia chciałam złożyć, jakąś więź nawiązać... Głupie to
było. Chyba czułam się zbyt zadowolona z życia i postanowiłam to
zrujnować. Sześć zdań, tyle liczyła cała rozmowa, a sprawiła, że nie
spałam przez tydzień, a przez dwa kolejne chodziłam jak struta. Dlatego
gdy osiem miesięcy później Feliks wybrał mój numer, nie wcisnęłam
zielonej słuchawki. Chyba zrozumiał przekaz, bo nie odzywał się aż do
dziś.
- Facet ma tupet.
- Żebyś wiedziała.
Mimo całej niechęci nie potrafiłam się nie uśmiechnąć na myśl, jak
cudownie arogancki potrafił być. Dla niego nie istniały zamknięte drzwi
czy granice, których nie można przekroczyć. To mi zawsze imponowało. Gdy
tylko mogłam sobie na to pozwolić, zachowywałam się tak jak Feliks.
- Jeśli znowu zadzwoni...
- Nie zadzwoni. - To było bardziej życzenie, bo w głębi duszy czułam, że
moje dawne życie właśnie się o mnie upomniało.
Tosia zamówiła ubera. Ja postanowiłam się przejść. Padało dość
intensywnie, ale deszcz nigdy mi nie przeszkadzał. Można powiedzieć, że
nawet wolałam taką aurę. Lepiej rezonowała ze stanem mojej duszy - szaro
na zewnątrz i szaro w środku. Wiele można o mnie powiedzieć, ale nie to,
bym była pogodną osobą. Pewnie dlatego ludzie za mną nie przepadali. I dobrze, bo ja nie przepadałam za ludźmi. Nie miałam dla nich miejsca w swoim ponurym życiu. Trochę przestrzeni dałam Tośce, jednak tylko po to,
by zachować pozór, że jestem normalna. Zbyt ambitna, by upchnąć gdzieś
faceta, ale przecież mam przyjaciółkę, chodzę z nią na lunche i do
teatru, więc nie można mnie nazwać dziwaczką.
Los przeciął nasze drogi, gdy byłam na pierwszym roku studiów, a Tośka -
na trzecim. Pewnego czerwcowego dnia czekałyśmy na egzamin. Ja do
swojego podchodziłam po raz drugi, a Tośce, która właśnie wróciła z Erasmusa, coś tam się nie zgadzało w punktach, więc na łeb na szyję
zaliczała, doliczała, bo chciała jeszcze przed wakacjami obronić
licencjat. Gdyby na korytarzu przebywało więcej osób, pewnie bym ją
zignorowała, niestety znajdowałyśmy się tam tylko my dwie. Owszem, bywam
arogancką outsiderką, ale nie potrafię nie być kulturalna. Przywitałam
się grzecznie, chwilę pogadałyśmy. Ona poszła pierwsza, wyszła
zadowolona. Nie myślałam, że jeszcze ją spotkam. Tymczasem, gdy
opuściłam salę, ona wciąż siedziała na korytarzu.
- No i jak? - zapytała.
- Super - skłamałam.
- To świetnie. Idziemy na kawę?
Chciałam wrócić do domu i tradycyjnie płakać w poduszkę nie nad oblanym
egzaminem, lecz nad tą ścieżką życia, po której zły los nie pozwolił mi
kroczyć. Dlaczego wtedy uznałam, że płacz może zaczekać, aż wypiję kawę?
Do dziś się zastanawiam.
- Idziemy - powiedziałam wbrew sobie.
I w ten zupełnie przypadkowy sposób stałyśmy się osobami związanymi
pewną relacją. Tak mniej więcej przyjaciółkami. Znałam wiele słów, ale
nie znajdywałam takiego, które w pełni oddawałoby charakter tego, co nas
łączy. Przynajmniej z mojej strony. Gdybym miała decydować świadomie,
nie wybrałabym Tośki nie tylko na przyjaciółkę, ale nawet do drużyny
siatkówki na godzinny mecz. Nie bardzo ją lubiłam. Czasem, a gdy mówię
czasem, mam na myśli cały czas, straszliwie mnie irytowała. No ale
jakimś cudem trwała w moim życiu, a to dotychczas nikomu się nie udało,
więc... Na ogół zgadzałam się z Schopenhauerem, który powiedział, że gdy
się nie ma, co się lubi, to się niczego nie lubi, ale wyjątkowo w tym
wypadku starałam się akceptować to, co miałam.
Spojrzałam na zegarek. Nie wiem czemu, ale tak już mój mózg działał, że
zamiast odczytywać godziny, widziałam daty. Teraz też pierwsze, co
przyszło mi na myśl, była bitwa pod Grunwaldem. To znaczyło, że
spóźniłam się czterdzieści minut. Cóż, jak słusznie zauważyła Tośka, nie
miałam takiej pracy, w której ktoś mnie poganiał i rozliczał z roboczogodzin. Moja przyjaciółka już dawno była zalogowana. Pracowała
jako analityk w dużym banku. Na samo wyobrażenie chciało mi się ziewać.
"Dobrze płacą" nie stanowiło argumentu, który przekonałby mnie do
robienia czegoś, co mnie nudzi. Nie było tak, żebym lubiła swoje
zajęcie, ale było satysfakcjonujące. Żadne "zamień pasję w pracę" nie
miało tu miejsca. Po prostu moje życie było do dupy, więc przynajmniej
stanowisko musiało spełniać pewne minimum.
- Pani Krystyno, ktoś czeka - poinformowała recepcjonistka i głową
wskazała starszą panią, typ babuleńka.
- Konkretnie na mnie czy...?
- Nie, nie konkretnie. Ale pani jest jedyna, która nie ma umówionych
spotkań.
Podejrzewałam, że to nieprawda, po prostu recepcjonistka mnie nie
lubiła. Była jeszcze inna, nie pamiętałam imienia, tamta też ze mną nie
sympatyzowała, ale ta... Pewnie coś powiedziałam i żywiła urazę. Czy mnie
to obchodziło? Wcale. Jej emocje, jej problem.
Zaprosiłam babuleńkę do swojego biura. Nie zapomniałam rzucić
recepcjonistce spojrzenia "z góry", które mówiło, że może mnie nie
trawić, ale to ja mam gabinet i ścianę, na której moje dyplomy już się
nie mieszczą. Wystarczy, że powiem dyrektorowi słowo, a ktoś inny będzie
witał gości. No ale nie powiem. Jestem ponad cudze skrupulatnie chowane
urazy.
- Bo ja, wie pani, mam takie coś. - Babuleńka zaczęła gmerać w torebce.
- Nie wiem, czy to coś warte, bo nawet nie bardzo stare, ale teraz w internecie piszą, że wróciła moda na rzeczy z komuny. To tak pomyślałam,
że może ktoś by rzucił okiem.
Zaszeleścił foliowy woreczek. Wyjęła z niego szmatkę, a ze szmatki
ćmielowską panterę, projekt Mieczysława Naruszewicza z lat
sześćdziesiątych. Wyjęłam jej z rąk figurkę. Stan idealny, żadnych
ubytków, gładziutka porcelana. Piękny przedmiot, niesamowita wyobraźnia
projektanta, który kilkoma delikatnymi łukami uchwycił dynamikę
zwierzęcia osaczającego ofiarę. Spojrzałam na brzuszek i aż mnie dreszcz
przeszedł. Jednobarwna sygnatura, dobrze widoczne cyfry oznaczające
model i wzorzec.
- Ja nawet nie bardzo to lubię. Ciotka kupowała takie mojej mamie. Nie
było imienin czy urodzin, żeby jakiegoś zwierzaka nie przyniosła.
- Ma ich pani więcej?
- Ze trzydzieści. Powinnam była je też przynieść? - Wyglądała na
zmartwioną.
- Wszystkie są w takim stanie?
Popatrzyła na mnie, jakby nie rozumiała pytania.
- Z tego samego okresu? Niepotłuczone? - doprecyzowałam.
- Mama trzymała w kredensie, za szybą. A jak zmarła, to ja spakowałam do
pudełka. Tam są jeszcze kotek, lisek, krówka, małpka, jakieś ptaszyska.
Nie pamiętam. - Westchnęła. - Ja to, proszę pani, chciałam sprzedać, bo
wnuczek do komunii idzie. On marzy o telefonie... Trochę mi brakuje i może
jakbym sprzedała...
Ręce mnie świerzbiły do tej figurki. Naruszewicz zmniejszał liczbę
punktów podparcia poprzez łączenie kończyn zwierząt. Z wielkiej czwórki
IWP to on był moim ulubieńcem. Chętnie obejrzałabym całą kolekcję. Na
pewno były tam projekty Hanny Orthwein, Lubomira Tomaszewskiego i Henryka Jędrasiaka.
Pewnie jakbym powiedziała babuleńce, że dam jej za tę figurkę dwa
tysiące, poczułaby się wniebowzięta. Pewnie za pięćdziesiąt sprzedałaby
mi całość, przekonana, że robi interes życia. I nic złego by w tym nie
było. Normalny rynek.
- To mało warte, tak? Dlatego pani nic nie mówi.
Nic nie mówię, bo jestem głupia i toczę wewnętrzną walkę, miałam ochotę
wypalić.
- To jest dużo warte. To jedna z pierwszych serii, na dodatek idealnie
zachowana. Nieobita, niepopękana. Tylko... Spełni pani dziecięce marzenie,
a za rok ten komunijny telefon będzie wart połowę swojej ceny, może
mniej. - Chciała coś powiedzieć, ale jej nie pozwoliłam. - Zna pani
życie, wie, że dzieciństwo nie trwa wiecznie. Zmieniają się potrzeby. A ceny tych figurek wciąż idą do góry. Nie lepiej poczekać i kupić wnukowi
porządny samochód? Albo opłacić studia? Do wkładu na mieszkanie dołożyć?
- Czyli to cenne?
Przytaknęłam.
Ściągnęła usta i widać było, że się głowi.
- A pani co by zrobiła?
- Nie sprzedałabym - odparłam szczerze.
- To może ja poczekam.
Dałam jej wizytówkę i zamówiłam ubera. Pewnie myślała, że to z troski o nią, ale ja myślałam tylko o figurce.
Cóż mogę powiedzieć? Proludzki typ to nie ja.
Rozdział 2. Pod jednym dachem
Rozdział 2
Pod jednym dachem
Brzęczyk domofonu zabrzmiał dziwnie nachalnie, ponaglająco. Wieczór był
już późny, nie spodziewałam się nikogo o tej porze. To znaczy ja nigdy
nikogo się nie spodziewam, osoby aspołeczne tak mają. Mógł sobie
ponaglać, mógł nie ponaglać, ja nie zamierzałam się śpieszyć. Szłam do
przedpokoju zwyczajnie, nawet z pewnym ociąganiem.
Na pytanie "Kto tam?", usłyszałam "To ja". Nie rozpoznałam głosu, jednak
zamiast zadać kilka pytań uściślających, odruchowo nacisnęłam guzik.
Jeśli ktoś z moich sąsiadów zostanie zamordowany, będę miała w tym swój
skromny udział. Czy mnie to martwiło? Wcale. Sama chętnie posłałabym
kilku mieszkańców kamienicy na tamten świat. Zwłaszcza gościa z parteru,
do którego wciąż nie dotarło, czym jest segregacja śmieci, pańcię z pierwszego, która pozwalała swojemu kotu wychodzić na korytarz i obszczywać cudze wycieraczki, "madkę" z drugiego, która notorycznie
zajmowała połowę mojego miejsca parkingowego, przekonana, że skoro mam
motocykl, to nie potrzebuję więcej, i tego...
Niedane mi było dotrzeć do końca listy, bo odezwał się dzwonek do drzwi.
Niestety nie wpuściłam psychopatycznego mordercy, tylko kogoś do mnie.
Gdy naciskałam klamkę, przeszło mi przez głowę, że nachodzenie mnie i zaburzenia psychiczne wcale się nie wykluczają i zanim otworzy się
zamek, warto zerknąć przez wizjer. Refleksja przyszła za późno. Na
szczęście Fortuna czuwa nad bezmyślnymi i to nie był nikt o morderczych
zapędach.
Na progu stała Tośka. Wyglądała dziwnie.
- Dziwnie wyglądasz - poinformowałam ją na wypadek, gdyby jeszcze nie
wiedziała.
Zamiast odpowiedzieć, pomachała rękami tak, jakby tonęła, ryknęła jak
ranny łoś i rzuciła się ku mnie. Z jej oczu popłynęły łzy, a do mnie
dotarło, że to specyficzne na jej twarzy to rozmazany makijaż.
- Co się stało? Umarł ktoś?
- Gorzej - wychrypiała. - On kogoś ma.
- Kto?
- Marcel.
- Kim jest... - zawiesiłam głos. Za Tośką stała wielka różowa walizka. -
Wejdź. I wprowadź tę wielką różową walizę. Wszystko zabrałaś?
- Tylko najpotrzebniejsze... - Głos jej się załamał.
Na czym jak na czym, ale na płaczu to ja się znałam dobrze. Dlatego
wiedziałam, że miną dwie, może nawet trzy godziny, zanim Tośka uspokoi
się na tyle, by móc logicznie odpowiadać na moje pytania.
- Rozgość się, a ja zaparzę ci ziół. W górnej szufladzie komody
znajdziesz pudełko z chusteczkami.
Skinęła głową i poszła do salonu. Czuła się u mnie jak u siebie.
Przed dziewięcioma laty, kiedy Tośka pierwszy raz mnie odwiedziła, bała
się usiąść. "A jeśli niechcący coś zniszczę?" Powiedziałam jej wtedy, że
nie wszystkie stare przedmioty są cenne. Chodzi nie tylko o wiek, lecz
także o unikatowość. Może się zdarzyć, że za wazon z lat
osiemdziesiątych dwudziestego wieku zapłacimy więcej niż za talerz z początku dziewiętnastego stulecia, dlatego że pierwszy to dzieło znanego
projektanta i pochodzi z limitowanej serii, a drugi - przedmiot z manufaktury, jeden z tysięcy, które się zachowały.
- Tu otaczają cię właśnie takie rzeczy. Kupione za grosze na pchlich
targach. Wyglądają na cenne, ale są tylko stare. - Moje słowa niewiele
miały wspólnego z prawdą, ale tę mówi się komuś, komu się ufa, a ja i zaufanie... Cóż mogę powiedzieć? Nie wydaje mi się, żebym w dorosłym życiu
komukolwiek zaufała.
Nawet gdy już poznałam Tośkę na tyle, by wiedzieć, że jest całkiem w porządku, nie prostowałam swoich rozlicznych rozminięć z rzeczywistością. Dlatego przyjaciółka wciąż była przekonana, że
mieszkanie odziedziczyłam po babci, a przedmioty, które ją otaczają, to
bezwartościowe starocie. Pewnie dostałaby palpitacji serca, gdyby się
dowiedziała, że filiżanka, po którą sięgała, gdy chciała sobie zrobić
espresso z mojego wspaniałego super wypasionego ekspresu, należała do
księcia Józefa Poniatowskiego. Tak, tego Józefa Poniatowskiego, którego
pomnik upiększa Krakowskie Przedmieście i który był bratem ostatniego
polskiego króla. Właściwie nie tak całkiem ostatniego. Ostatniego
wybranego w wolnej elekcji, choć słowo "wolna" brzmi tu jak zgryźliwa
ironia. Potem był etap przejściowy i car wysłał nam królourzędnika,
jednak po przemyśleniu uznał, że chce korony dla siebie. A wszystko
przez to, że z Augusta był karierowicz bez politycznej wyobraźni i babiarz z sentymentami. Gdyby na tronie zasiadł właściciel filiżanki,
historia potoczyłaby się zupełnie inaczej.
Podałam jej kubek, porcelit Pruszków, późne lata sześćdziesiąte,
wyjątkowa seria dla warszawskiego Hortexu. Wzięła, spojrzała na mnie z wdzięcznością i znów zalała się łzami.
Usiadłam obok niej na wersalce.
- Chodź, przytul się. Patrz, kocyk mam. Wiem, że jest okropnie, ale
uwierz mi, będzie lepiej.
Wtuliła się we mnie jak dziecko. Płakała, pochlipywała, siorbała zioła.
Gdy waleriana zadziałała, była w końcu w stanie opowiedzieć mi, co się
stało. Opowieść była długa, moja konkluzja - krótka i sprowadzała się do
tego, że nie warto było zaprzątać sobie pamięci imieniem chłopaka Tośki.
- Najgorsze jest to, że on został w mieszkaniu. A umowa jest na mnie. I ja kaucję płaciłam.
- Odda ci pieniądze, a umowę przepisze na siebie. - Jeszcze zanim
zdążyłam skończyć swoją dobrą radę, wiedziałam, że Tośka z niej nie
skorzysta. - Rozmawiałaś z nim o tym?
- To nie była sytuacja sprzyjająca rozmowie. Raczej na siebie
krzyczeliśmy. On krzyczał bardziej.
Chciałam zapytać, czy ona się go boi, jednak nie musiałam. Znałam
odpowiedź.
- Tosiu, szkoda życia na takich patafianów. Znajdź sobie kogoś
przyzwoitego. A jeszcze lepiej przyzwoitego z klarowną sytuacją
lokalową.
Nie miałam pewności, czy dobrze rozszyfrowałam grymas jej twarzy, ale
najprawdopodobniej był to uśmiech.
- A dopóki go nie znajdziesz, możesz zatrzymać się u mnie.
Pościeliłam Tosi na wersalce, poczekałam, aż zaśnie, i wyjęłam z jej
torebki klucze do mieszkania.
To była ta pora, gdy zwykli ludzie dawno już siedzieli w domach, a wielbiciele dzikich rajdów wciąż bawili się w klubach. Ulice świeciły
pustkami, a ja miałam poczucie, że te należą tylko do mnie. I do mojego
Ducati Multistrady.
Facet nie spodziewał się powrotu Tosi, a wizyta jej psiapsi to już
zupełnie go zaskoczyła. Stał więc z lekko otwartymi ustami. Nie wyglądał
jak gapa, raczej jak gapeńka. Miał w sobie pewną nieporadność małego
chłopca. I niestety miał w sobie też rys dziecięcego okrucieństwa.
Widziałam w jego twarzy pierwsze lata życia, okres, gdy nikt nie
wyznaczał mu granic, gdy matka na zmianę to kochała zbyt mocno, to była
nieobecna, bo musiała do pracy, by były pieniądze na Lego i lekcje
angielskiego, gdy ojciec włączał się od czasu do czasu z nudną gadką o sobie w tym wieku i o tym, jak ciężko oboje z matką pracują, by na
wszystko starczyło. A facet wyrósł i nie zanotował, że już jest w dorosłości. Trudno, dowie się tego ode mnie.
- Jakim człowiekiem trzeba być, żeby wyrzucić kobietę z jej mieszkania?
- zaczęłam.
Bąknął, że sama poszła.
- Facet, to było pytanie retoryczne, ja nie przyszłam tu dyskutować, bo
nie chcę się zniżać do twojego poziomu, który szoruje po dnie. Wpadłam
tylko po to, by poinformować, jak będzie. Jeszcze dziś przelejesz Tosi
kasę. Kaucja, czynsz, opłaty, takie tam. A jutro zadzwonisz do
właściciela i przepiszesz umowę na siebie.
- Bo?
- Bo zrobi się nieprzyjemnie. Domyślam się, że dotychczas na swojej
życiowej drodze spotykałeś kobiety takie jak Tosia. Ja, niestety, nie
miałam mamy, która by mnie wychowała na grzeczną dziewczynkę. I wierz
mi, nie chcesz się przekonać, jak bardzo potrafię być niemiła.
Nie wyglądał na przekonanego.
- Zaraz zacznę krzyczeć. Uderzę głową we framugę, by mieć siniaka. Potem
zadzwonię na policję, a w mediach społecznościowych napiszę, jak
próbowałeś mnie zgwałcić. A to dopiero początek. Chyba że zachowasz się
jak należy. To jak?
Mięśnie trzymające mu żuchwę zwiotczały i rozchylenie japy osiągnęło
maksimum. Nie czekałam, aż się ogarnie, nie miałam ochoty zadawać sobie
ból. Żywiłam nadzieję, że mój blef wystarczy. I że Tośka, gdy dostanie
swoje pieniądze, nie uzna tego za cudowne nawrócenie. Nie powinna być z kimś takim.
Dlaczego w ogóle pozwoliłam, by straciła na niego tyle czasu?
Bo byłam kiepską przyjaciółką. W ogóle nienajlepszy ze mnie człowiek.
Ale co mogłam na to poradzić?
Wyrwana z głębokiego, naprawdę głębokiego snu, próbowałam ogarnąć
otaczającą mnie rzeczywistość. Za oknem noc, a na progu mojej sypialni
kobieta. Drzwi były tylko lekko uchylone, a przedpokojowy kinkiet dawał
mało światła, więc potrzebowałam chwili, by rozpoznać sylwetkę. Tośka,
to tylko Tośka. Co ona robiła o tej porze w moim mieszkaniu?
- Co ty robisz o tej porze w moim mieszkaniu?
Tośka prychnęła. Wypuściła z siebie to pełne irytacji prychnięcie,
dające do zrozumienia, że powiedziałam coś nie tak.
- Piłyśmy wczoraj? Gadałyśmy do późna?
Picie wyjaśniałoby moje spowolnione reakcje. Nie czułam jednak suchości
w gardle, a głowa ciążyła z senności, nie z powodu zatrucia etanolem.
- Zostawiłaś telefon w salonie. - Tośka podeszła i rzuciła mi wibrujący
aparat na kołdrę.
Feliks - oznajmiał wyświetlacz.
- Ty teraz ze mną mieszkasz, prawda? - rzuciłam w stronę drzwi, które
właśnie się zamykały.
Bo przecież ona teraz ze mną mieszkała. Spała na wersalce w salonie, w którym tylko ta wersalka była przedmiotem mającym mniej niż sto lat.
Komórka nie przestawała wibrować.
- Czy ty wiesz, która jest godzina? - rzuciłam do aparatu głosem zdolnym
tłuc kamienie na drodze.
- Tak, wiem, przepraszam.
To nie był Feliks. Zaskoczyło mnie to niezmiernie, więc wulgaryzmy,
którymi miałam ochotę go uraczyć, pozostały niewypowiedziane.
- To telefon Feliksa?
- Bałem się, że jeśli zadzwonię ze swojego, nie odbierzesz. Pan Marek za
granicą, a ja pomyślałem, że może ty...
To, gdzie przebywał "pan" Marek, zupełnie mnie nie obchodziło. Ważny był
Feliks.
- Wszystko w porządku?
Oczywistą oczywistość stanowiło, że raczej nie. Nikt nie dzwoniłby do
mnie... Właściwie która godzina? Spojrzałam na zegarek. Ten obcy-nieobcy
ktoś nie dobijałby się do mnie o czwartej nad ranem, gdyby wszystko było
w porządku.
- Jest w szpitalu.
- Wyjdzie z tego?
- To twardy zawodnik, więc mam nadzieję, ale...
To "ale" zawierało w sobie wszystko, o co chciałam zapytać.
- Powinnam być... - Ile będę jechała? O tej porze drogi puste, zatem
pewnie z pięć godzin. - W okolicach dziewiątej. Mogę wiedzieć, co się
stało?
- Lekarz wszystko wyjaśni.
Serio, człowieku, sądzisz, że rozsądnie jest zostawiać kogoś, kto ma
prowadzić przez kilka godzin, w takim stanie niedoinformowania?
- Czy naprawdę...
Nie pozwolił mi skończyć. Rozłączył się. Zadzwonić, nie zadzwonić? Oto
jest pytanie. Postanowiłam nie roztrząsać. Prędzej czy później
wszystkiego się dowiem. Później. Zdecydowanie później. Przede mną pięć
godzin niepewności i nocna jazda.
Wyjęłam z szafy torbę i podjęłam czynności, które przy odrobinie dobrej
woli można by nazwać pakowaniem. W trzech rzeczach nie byłam dobra i właśnie pakowanie, obok obdarzania zaufaniem i relacji międzyludzkich,
znajdowało się na tej krótkiej liście.
Spojrzałam na sakwę tak, jakby to ona była winna. Konia z rzędem temu,
kto w końcu zacznie produkować plecaki z funkcją inteligentnego
pakowania. Wpisywałoby się destynację i czas pobytu, a w odpowiedzi
dostawałoby się listę gatków, skarpetków i kiec, które potem
wystarczyłoby już tylko zrolować i upchnąć. Dopóki takich nie produkują,
muszę sama na ślepo wyciągać to, co w łapy wpadnie, w dodatku z głębokim
przekonaniem, że połowy tych rzeczy nie potrzebuję, a te przydatne,
naprawdę przydatne, zostają w szafie.
W korytarzu natknęłam się na Tośkę. W przeciwieństwie do mnie ona
zawsze, nawet w środku nocy, wyglądała dobrze.
- Jak ty to robisz, że nawet w środku nocy wyglądasz dobrze? - zapytałam
głosem pełnym wyrzutu.
Przyjaciółka spojrzała na mnie z politowaniem.
- Mieszkanie z facetem wymusza pewne standardy.
Poczułam się, jakbym była kosmitą Alfem, który zamiast do przyjaznych
Tannerów trafił do Windsorów.
- I w ogóle to nie przekręcaj kota ogonem, tylko powiedz, o co chodzi.
- Nie odwracaj. Wiesz, że mówi się "nie odwracaj"? Związek
frazeologiczny to stały, podkreślam stały...
- Czy ty nie chcesz ze mną rozmawiać?
Wzruszyłam ramionami.
- Po prostu nie ma o czym.
W zasadzie mogłam jej powiedzieć. Tyle że prawda drapiącą kulką stała mi
w krtani i nie zamierzała się ruszyć z miejsca.
- Kiedy dojrzejesz do szczerej rozmowy, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Kiedy dojrzeję do szczerej rozmowy? Czyli nigdy?
- Dzięki - odparłam, bo czułam, że oczekuje, bym coś powiedziała.
Widać było, że czeka, żebym coś dodała, ale nie miałam zamiaru. I w końcu Tośka się poddała.
Gdy ucichło szeleszczenie jej pościeli, poszłam do łazienki. Wzięłam
tylko szczoteczkę do zębów i pastę. Nie miałam pewności, które słoiczki
i tubki są moje. Zgubiły się w masie eliksirów przybyłych tu wraz z Tośką.
Nie było sekundy, w której nie żałowałam, że gdy stanęła na progu mojego
mieszkania zalana łzami, wykazałam się taką niespotykaną u mnie empatią.
Otuliłam kocem i dobrym słowem, napoiłam herbatą i jeszcze powiedziałam,
że przecież może zostać. Bo tak naprawdę myślałam, że tego nie zrobi. No
hello! Kto chciałby mieszkać ze mną w rupieciarni Feliksa?
Jednak wychowana pod kloszem Tosia łaknęła bycia zaopiekowaną, nawet
jeśli była to taka nieporadna opieka, jakiej dostarczałam ja. Szczerze?
Zazdrościłam jej tego czasu, który spędziła w banieczce rodzicielskiej
troski i uwagi. Nie urody jak z obrazka, nie nóg aż do szyi, tylko tego,
że mogła być dzieckiem nie tylko w dzieciństwie, lecz także w dorosłości. Mnie pewnej zimowej nocy taką możliwość odebrał pijany
kierowca.
Nie stój, nie rozmyślaj, działaj. Czas wyruszyć w drogę. Zapięłam torbę,
napisałam na kartce:
"Ważna sprawa rodzinna. Muszę jechać. Zadzwonię i wszystko wyjaśnię".
Przez chwilę rozważałam dodanie jeszcze tych iksów i kółek oznaczających
uściski i całusy, ale nie byłam pewna, czy pasują do kontekstu.
Ostatecznie zrezygnowałam z pomysłu.
Najciszej, jak potrafiłam, zamknęłam za sobą drzwi.
Rozdział 3. Szpital na peryferiach
Rozdział 3
Szpital na peryferiach
Przyjechałam do Srebrnego Stoku chwilę po dziewiątej rano, a choć po
drodze wypiłam trzy kawy, ogarniała mnie senność.
Zatrzymałam się na szpitalnym parkingu, ale długo przekonywałam samą
siebie, że muszę zsiąść z motoru. Szłam chodnikiem wyłożonym elegancką,
granitową kostką. To nie było biedne miasto. Miejsce, które tak wygląda,
ma dwanaście stoków narciarskich, dysponuje rozbudowaną bazą
turystyczną, do którego łatwo dojechać i samochodem, i pociągiem,
potrafi na siebie zarobić. Elegancki szpital z dobrze wyposażonym
oddziałem chirurgii urazowej to jeden z atutów, bo "może się zdarzyć, że
złamiesz nogę na nartach, ale nasi specjaliści poskładają ją tak szybko,
że jeszcze przed końcem sezonu wrócisz na stok". Serio. Widziałam takie
hasło na jednym z bilbordów przy trasie.
Dostrzegłam szarzejące źdźbło trawy, co głupio postanowiło wyrosnąć na
chodniku, a teraz tego żałowało. Dlaczego tak jest, że gdy wali się
świat, my skupiamy się na szczegółach? Może to sposób, by nie dać się
panice. Czułam, jak czai się w trzewiach. Bałam się szpitali. Gdy
rodzice zginęli, sąsiadka, nieświadoma wyrządzanej krzywdy, zabrała mnie
do nich. Nie wiedziała dokładnie, co się stało. Usłyszała tylko, że
zdarzył się wypadek. Kazała mi włożyć kurtkę i owinąć się szalikiem, bo
zimno. Był wczesny poranek, nawet noc jeszcze. Rodzice często wracali po
północy. No ale wracali. Kiedy się nie zjawili, poszłam do sąsiadki, ona
gdzieś zadzwoniła, by potem ze zmartwioną miną powiedzieć, że mieli
wypadek i są w szpitalu. I ona mnie do nich zawiezie. Na miejscu obie
się dowiedziałyśmy, że niestety moich rodziców nie ma na żadnym
oddziale, bo leżą w szpitalnej kostnicy. Sąsiadka zalała się łzami i po
prostu uciekła. Zostawiła mnie w poczekalni. Samą, zupełnie samą. Trochę
trwało, zanim ktoś się zorientował, że tam jestem, jeszcze dłużej, nim
przyjechała policja. Potem czekałam na kogoś z izby dziecka. Dużo było
tego czekania.
Ta sąsiadka uciekała wzrokiem, ilekroć mijałyśmy się na ulicy.
Odpowiadała burkliwie na moje grzeczne powitania. Zachowywała się tak,
jakby wydarzenia tamtej nocy były moją winą. Sama nigdy nie miałam do
niej pretensji. Chciała dobrze. To nie ona spowodowała wypadek. Tamta
noc była dla mnie tragiczna i bez względu na to, jak by przebiegła, nie
było sposobu, bym uniknęła traumy.
Gdy już uspokoiłam oddech, przekroczyłam szpitalny próg. W recepcji
podałam nazwisko Feliksa i dostałam informację, gdzie go znajdę.
Wkraczając na oddział, czułam się jak intruz. Mijająca mnie pielęgniarka
wyglądała tak, jakby miała zamiar zapytać, co tu robię, jednak
zrezygnowała. Widocznie uznała, że są ważniejsze sprawy.
Weszłam do sali, gdzie przypięty do wielu rurek i całej tej robiącej
"pip-pip" aparatury leżał Feliks. Obok na krześle drzemał facet w wymiętolonej marynarce. Dotarło do mnie, dlaczego głos wydał mi się
znajomy. Znałam tego mężczyznę. Przyjaźnił się z Feliksem, przy czym
słowo "przyjaźń" nie jest najtrafniejsze. To była relacja podobna do
tej, którą miałam z Tośką. Feliks za nim nie przepadał, ale brał, co
życie dało, bo nie był dobry w relacje międzyludzkie i zdawał sobie z tego sprawę. Tak samo jak ja, więc coś nas jednak łączyło.
- Krysia, dobrze cię widzieć - powiedział wymiętolony. Przyłożył obie
dłonie do twarzy i potarł ją powolnymi, silnymi ruchami z dołu do góry i z góry na dół. Jakby chciał zetrzeć sen i tę niezdrową ziemistość,
skutek przemęczenia. - Proszę, nie mów lekarzowi, że nie jestem z rodziny.
- Przecież... - zawahałam się. Jak ja do niego mówiłam? W dzieciństwie
"wujku", później to chyba po imieniu. Na pewno nie per pan. - Przecież
jesteś rodziną. Dla Feliksa na pewno. Co się stało?
- Wylew. Miał dużo szczęścia. Akurat przechodziłem. Nie byliśmy
umówieni, ale tak jakoś... - Przetarł oczy, mocno zaczerwienione, może z niewyspania, może z płaczu, trudno zgadnąć. - Jakbym za nim zatęsknił i pomyślałem "Skoro tędy przechodzę, to zajrzę do tego starego pryka.
Dobrego winka się napijemy". Nie to żebym chodził do niego pić. Wiesz,
że nie?
Machnięciem ręki dałam znak, że to bez znaczenia. Jednak wciąż patrzył
na mnie wyczekująco. Przypomniałam sobie o jego dawnych problemach z alkoholem. Może wciąż się z nimi zmagał? Szary odcień skóry i zaczerwienione oczy mogły mieć inną przyczynę niż zmęczenie.
- Oczywiście - powiedziałam, bo chciałam, by wrócił do tematu.
- Wszedłem na górę, pukam, stukam i nic. Nikt nie odpowiada. Feliks
czasem nakładał słuchawki, pomyślałem, że teraz też, bo z ulicy
widziałem światło w oknie. Naciskam klamkę. Otwarte. Wchodzę. Na całe
gardło krzyczę "Jak się nie będziesz zamykał, to jeszcze cię ukradną!".
I wtedy mnie zmroziło. No bo widzę rękę. Na podłodze, przy drzwiach. Nie
samą rękę. Całość była w pokoju, ale ta ręka... Do końca życia nie
zapomnę. Zacząłem wrzeszczeć, wzywać pomocy. Całkiem bez sensu. Kto
przyjdzie, skoro on tam nie ma sąsiadów? To ja za telefon. Wezwałem
pogotowie. Uratowali go, ale wiesz, trudno będzie. Lekarz ci wszystko
powie.
Spojrzał na mnie tak, jakby oczekiwał, że od razu pójdę szukać doktora.
Nie miałam takiego zamiaru. Nie widziałam Feliksa dziesięć lat. Chciałam
się przywitać. W końcu przez długi czas był najważniejszą osobą w moim
życiu.
Wyglądał mizernie. Zasmuciło mnie to. Zostawiłam dojrzałego mężczyznę, a teraz miałam przed oczyma staruszka. Zmarszczki się pogłębiły, włosy
przerzedziły. Tłustą taflą pokrywały czaszkę, która sprawiała wrażenie,
jakby się skurczyła. Przypomniałam sobie Awanturę o Basię, którą
Feliks czytał mi na dobranoc, i ten motyw z ludem zmniejszającym głowy.
Mój wuj wyglądał tak, jakby padł ich ofiarą.
Podniosłam z pościeli jego dłoń. Skórę miał miękką, paznokcie krótkie i czyste. O ręce i marynarki dbał zawsze. Z resztą różnie bywało. Przez
chwilę trzymałam jego dłoń w swoich.
- Dzień dobry, wujku - powiedziałam. - Przyjechałam sprawdzić, jak się
czujesz. Choć widzę, że nienajgorzej. Już po dziewiątej, a ty jeszcze w łóżku.
Wymiętolony zachichotał, niby ubawiony tym, jak mówię do Feliksa, ale po
oczach poznałam, że śmiech był fałszywy.
- Teraz pójdę znaleźć lekarza, od niego się dowiem, kiedy można cię
zagonić do roboty.
No i poszłam.
- To medycyna, nie matematyka - usłyszałam. - Jedni radzą sobie lepiej,
inni gorzej. My zrobiliśmy, co w naszej mocy. Ale do jakich zmian doszło
przez wylew, czas pokaże.
Potem się dowiedziałam, że to właściwie moja wina, bo nie pilnowałam.
Gdyby chodził po lekarzach i badał się regularnie, nie miałoby miejsca
to, co się zdarzyło.
- Mój wuj na coś chorował?
- Na pewno chorował i na pewno się nie leczył. Przynajmniej nie u nas.
Ma pani jakąś jego dokumentację medyczną?
Pokręciłam głową.
- No właśnie. Pani jest jego jedyną krewną?
Przytaknęłam, a on spojrzał na mnie tak, jakby fakt, że Feliks ma tylko
mnie, był niczym wyrok śmierci.
- Muszę iść, pacjenci czekają.
Pożegnanie przyjęłam z ulgą. Niczego się nie dowiedziałam. Poza tym, że
jestem okropną siostrzenicą. Akurat świadomość tego już miałam. Feliks
nie potrafił podtrzymywać relacji. Ekscentryczny, samolubny samotnik,
który pewnego dnia usłyszał, że został jedyną rodziną sześciolatki. On
serio rozważał oddanie mnie do domu dziecka, przekonany, że tam lepiej
się mną zajmą. W końcu uległ znajomym, którzy go przekonywali, że da
radę wychować siostrzenicę. Nie dał. To znaczy wyrosłam, zdobyłam
wykształcenie i się usamodzielniłam, ale Feliks bardziej mi w tym
przeszkadzał, niż pomagał. Przez wiele lat zupełnie się nie
dogadywaliśmy. Zaczęło się nam całkiem nieźle układać dopiero, gdy byłam
w liceum. No ale wtedy zdarzyła się ta tragedia... Dlatego wyjechałam, a cały swój żal zabrałam ze sobą. Do dziś pozostaliśmy nierozłączni.
Feliks tego nie rozumiał, mówił, że powinnam żyć normalnie, pogodzić
się, zapomnieć. Nie chciałam słuchać, więc przestałam z nim rozmawiać.
Zdziwiło mnie, jaką ulgę przyniosło zerwanie tego kontaktu. Czasem
myślałam o człowieku, który mnie wychował, wolałam jednak o nim nie
myśleć. Wydaje mi się, że wuj miał tak samo. Przypadkowy telefon raz na
trzy lata, i to wystarczyło.
Aż do teraz.
Słyszałam chichot Fortuny. W momencie gdy czułam się bezpieczna, a życie
stało się na tyle poukładane, na ile to możliwe w moim wypadku, Feliksa
powalił wylew. Mógł umrzeć, ale na szczęście lub nieszczęście, tu zdania
są podzielone, lubiący zajrzeć do kieliszka kumpel wuja akurat poczuł,
że go suszy i fajnie by było przetrzebić Feliksową piwniczkę. Czy to nie
złośliwość losu, który zmuszał mnie teraz, bym odpłaciła za te lata
opieki nade mną? Nie wiedziałam tylko, na jak długo i jaka to będzie
opieka. Czy tylko podawanie tabletek i pilnowanie terminarza wizyt
lekarskich, czy też karmienie łyżeczką i zmienianie pieluch.
Niedługo po moim powrocie na salę Feliks zaczął się budzić. Otworzył
oczy, zobaczył mnie i uśmiechnął się krzywo. Potrzebowałam chwili, by
zdać sobie sprawę, że to po prostu paraliż lewej strony twarzy.
Przyszła pielęgniarka, upomniała mnie, bym nie siadała na łóżku.
- Wyczyści taka dupą pół świata, a potem na pościel z tym syfem, z tymi
zarazkami. A jak sepsa, to na nas, bo w szpitalach brudno i bakterie. A to my nanosimy czy krewni? Co?
- Przecież już wstaję.
- Jakby krzeseł nie było. Ale są. Po to są krzesła, żeby na nich siadać.
Łóżka są do leżenia. Dla pacjentów.
- To może my wyjdziemy i przyjdziemy później, co? - Przyjaciel Feliksa
przyszedł mi w sukurs.
Muszę sobie przypomnieć, jak on się nazywał. Wuj mówił o nim zwykle "ta
menda". Cóż, to nie mogło być jego prawdziwe imię, ale póki co musiało
wystarczyć.
Przed szpitalem staliśmy w milczeniu. Nie bardzo wiedziałam, dokąd iść,
co robić. Nie bardzo wiedziałam też, jak się pożegnać.
- Chyba już pójdę? - Zawiesiłam to zdanie gdzieś pośrodku między
pytaniem a oznajmieniem.
- Tak, tak. - Wymiętolona Menda pokiwał głową. - Wyśpij się. Tu nic nie
pomożesz. Wszystko w lekarskich i boskich rękach. Może cię podwieźć? Ja
tu autem przyjechałem.
Podziękowałam, miałam własny środek transportu. Menda pogmerał w kieszeni.
- Gdzie ja głowę podziałem! Byłbym zapomniał, przecież klucze wziąłem. -
Z zawstydzeniem podał mi dwa klucze na kółku. Bez breloczka. -
Zamykałem. Gdy pogotowie pojechało. No wiesz.
Odniosłam wrażenie, że mi się tłumaczy.
- Dobrze, że się wszystkim zająłeś. - Powiedziałam to, bo w tej sytuacji
takich słów użyłby każdy normalny człowiek. To, że sama zachowałabym się
inaczej, nie znaczyło, że nie wiedziałam, jak zachować się należy.
"Sprawiaj wrażenie, że jesteś grzeczna, a w wolnym czasie rób swoje",
tego uczył mnie wuj. - Bardzo dziękuję. To wspaniale, że jesteś naszym
przyjacielem. Feliksa i moim.
Zaczerwienił się nienaturalnie. Poczułam obawę, że zaraz i jemu pęknie
żyłka w mózgu i dojdzie do wylewu. Pożegnałam się pośpiesznie. Czekało
na mnie miejsce, które przez wiele lat nazywałam domem.
Nie wnikałam, jak Feliks wszedł w posiadanie pięknej kamienicy. Gdy
byłam mała, nie interesowało mnie to, a kiedy nadszedł czas, że może i chciałabym wiedzieć, już nie utrzymywaliśmy kontaktu. W każdym razie dwa
lata po wypadku rodziców oświadczył, że musimy się przeprowadzić, bo
jest nam ciasno. Ciasno? Mało powiedziane. Gdy zwiózł swoje klamoty do
dużego pokoju, który rodzicom służył za salon i sypialnię, praktycznie
nie dało się wejść. Feliks pracował w kuchni, a kiedy byłam w szkole,
przy moim biurku. Często nie mogłam odrabiać lekcji, bo "mam tam
porozkładane ważne rzeczy. Nic nie ruszaj".
Kamienica z ładnym frontem, całkiem spora, znajdowała się dosłownie
kilka kroków od rynku, przy skrzyżowaniu ulic Solnej, tej, która
prowadziła prosto do największej atrakcji miasta, czyli wodospadu, i Krupniczej, która wiodła do miejskiego parku i Klejnotowych Stawów. Na
parterze wydzielono miejsce na sklep. Feliks urządził tam antykwariat.
Zajął też piwnicę i piętro. Ja dostałam poddasze - dwa pokoiki z łazienką. Czułam się jak królewna. Miałam okna we wnękach, a latem
mogłam wychodzić na dach. Robiłam to bardzo często, głównie po to, by
pluć na turystów. Nie byłam jakąś lokalną patriotką, ale uważałam, że
obcy nie powinni się tu kręcić. Hałaśliwi bałaganiarze nie zasługiwali
na to, by korzystać z uroków naszego miasta. Przyjeżdżali i zachowywali
się jak u siebie. Wciąż słyszałam "Mogłabym tu żyć". Tyle że jakoś nikt
się nie przeprowadzał. Przypominali przeziębienie - pojawiali się dwa
razy do roku i sprawiali, że chciałeś o nich zapomnieć.
Uznałam, że najlepszym garażem będzie jedna z komórek w podwórzu. Nie
zamierzałam zbyt często korzystać z motocykla. Srebrny Stok należał do
tych miast, po których grzech było jeździć. Lepiej spacerować i podziwiać.
Przekroczyłam próg, weszłam z ociąganiem. Rozejrzałam się wokół.
Spojrzałam na szkic przedstawiający Konstantego Laszczkę, który wisiał w przedpokoju nad szafką z butami. Chłop miał takie smętne spojrzenie czy
po prostu Wyczółkowski rysował wszystkich, jakby właśnie wrócili ze
stypy? To zdecydowanie maniera malarza, bo Laszczka miał się w życiu z czego cieszyć.
Wślizgnęłam się do salonu. Nie wyglądał tak, jak go zapamiętałam. Wiem,
że minęło dziesięć lat i wiele mogło się w tym czasie pozmieniać, ale
to? Być może sanitariusze, skupieni na ratowaniu wuja, nie zwracali
uwagi na szkody, jakie czynili wokół. To wydawało się najrozsądniejszym
wytłumaczeniem. No bo niby dlaczego ktoś miałby przeszukiwać mieszkanie
Feliksa?
Rozdział 4. Nieznośna lekkość bytU
Rozdział 4
Nieznośna lekkość bytU
To był trzeci dzień, któremu rytm nadawały poranne obchody, lekarstwa
przynoszone przez miłe lub niemiłe pielęgniarki, wizyty rehabilitantki,
ignorowane przeze mnie telefony od Tośki, przypadkowe spotkania z ludźmi, których spotykać nie chciałam, dziesiątki "Krysia? Jak miło cię
widzieć" i samotne wieczory. Gdyby nie wspomnienia, samotne wieczory
byłyby najlepsze.
Weszłam do sali Feliksa. Przenieśli go na ogólną. Zajmował środkowe
łóżko. Po lewej leżał pan Kaziu, po prawej - pan Mietek.
- Fajnie, że nareszcie masz towarzystwo - zagruchałam do wuja, gdy
kładłam na stoliku reklamówkę z pomarańczami. - Owocków ci przyniosłam.
Zjesz sobie później.
Nawet gdyby Feliks lubił pomarańcze, a ich nie znosił, to i tak ze słabą
motoryką lewej dłoni nie dałby rady obrać skórki.
Poza cytrusami mój wuj nie znosił też zdrobnień.
- No i jak ci tutaj? Lepiej troszeczkę? Kolegów masz. To dobrze, nie
będziesz tak sam leżał. Telewizorek sobie włączycie, jakieś wiadomości
pooglądacie.
W myślach słyszałam te wszystkie kąśliwe uwagi, którymi uraczyłby mnie
Feliks, gdyby mógł prawidłowo artykułować. Złośliwość wybełkotana traci
moc rażenia. On to wiedział, więc milczał.
Odwróciłam się w stronę pana Mietka, żeby ciepłym słowem zachęcić go do
zawarcia bliższej przyjaźni z Feliksem. To nie był najlepszy pomysł, bo
mój niedoszły interlokutor siedział wygodnie rozparty na łóżku, kołdrę
odrzucił, pewnie było mu za ciepło, a z rozporka piżamy wyglądało... No
wiadomo, co wyglądało. Chciałam się odwrócić, ale w tym momencie pan
Mietek spojrzał na mnie i nawiązaliśmy kontakt wzrokowy.
- Zaraz ptaszek panu wyleci - podzieliłam się spostrzeżeniem.
Przeniósł wzrok z mojej twarzy na swój rozporek.
- On by i chciał! Ale ten biedaczek już nigdy nie pofrunie. - Coś tam
pomanewrował przy spodniach, z marnym skutkiem. Ptak nadal wyglądał z dziupli.
- Żartowniś z pana. Feliks też lubi żarty. Jeśli zna pan jakieś dowcipy,
proszę mu opowiadać. Śmiech to zdrowie.
Feliks spojrzeniem mordował mnie ze szczególnym okrucieństwem. Jednak
jego wzrok mógł tyle, co ptaszek pana Miecia.
- No to ja się będę już zbierać. Jutro wpadnę. Co ci przynieść?
Mandaryneczek może?
- Czej uje.
- Nie sądzisz, że dość tego użalania się nad sobą i udawania, że masz
afazję? Przeszedłeś wylew, czy jak medycyna woli to nazywać: udar
krwotoczny, co jak sądzę samo w sobie nie było za fajne. Załapałeś się
na urlopik w szpitalu, trochę tu poleżałeś, odpocząłeś, ale chyba
wystarczy? Ogarnij się i zacznij mówić jak dorosły człowiek, a nie jak
trzylatek. Przyjdę jutro sprawdzić postępy.
Ktoś nade mną chrząknął. Podniosłam wzrok. Coś mi mówiło, że facet,
który wydał te dźwięki, mógł mnie usłyszeć.
- Możemy porozmawiać?
Czemu nie. Rozmowy z ludźmi są w moim TOP 10 najbardziej ulubionych... A nie, czekaj, jednak nie są.
Wyszliśmy na korytarz.
- Jestem neurologopedą. Pan Feliks to mój pacjent.
Powierzchowność predysponowała go do zawodu fotomodela. Miał przystojną,
pociągłą twarz z mocno wystającymi kośćmi policzkowymi. Czarne brwi
zrastały się na szczycie prostego nosa. Rzęsy, też czarne, gęste i nieprzyzwoicie długie, nadawały spojrzeniu pewną łagodność, choć oczy
miały chłodną, stalową barwę. Na jasnych policzkach zarost tworzył
cienie, podkreślając tym kanciastość szczęki.
- Nie chcę się wtrącać... - zaczął.
Skoro nie chcesz, to tego nie rób. Mamy całkiem przyzwoity ustrój i normy społeczne dające jednostce dość znaczną wolność decyzyjną. Tylko
że ty tak naprawdę chcesz to zrobić. Sądzisz, że dobrym sposobem na
rozpoczynanie znajomości jest kłamanie komuś w oczy?
- Przypadkiem usłyszałem, co pani mówi. I wydaje mi się, że to trochę
zbyt ostro.
Nie sądzę.
- Chory może to zinterpretować tak, że obwinia go pani o to, co zaszło.
A obwinianie się to droga do depresji. Jeśli chcemy, by jak najszybciej
wrócił do zdrowia, powinniśmy okazywać mu pozytywne wsparcie.
Przez chwilę rozważałam, czy poinformować tego miłego człowieka, że
wsparcie, jakie przed chwilą okazałam wujowi, było absolutnie pozytywne.
Ponieważ my jesteśmy specyficznymi osobami, więc i nasze rozumienie
słowa "pozytywny" takie pozostaje. Szybko jednak doszłam do wniosku, że
facet nie zrozumie. Poza tym nie czekał na tłumaczenie, raczej na
przyznanie się do błędu. Proszę bardzo. W końcu ty skłamałeś pierwszy.
- Dziękuję bardzo. Postaram się bardziej.
Miałam nadzieję, że to wystarczy, ale gdzie tam. Zaczął mnie
przepraszać. Bo może mnie uraził. Człowieku, wychował mnie Feliks. Nawet
nie wiesz, jak trudno, bardzo trudno mnie urazić.
- Ja rozumiem, że dla pani to nie jest łatwa sytuacja. Emocje puszczają.
- Nie wyżywam się na wuju, jeśli to pan sugeruje. - Trochę tak, ale
przecież się do tego nie przyznam. - Zawsze odnosiliśmy się do siebie w taki odrobinę szorstki sposób.
- Rozumiem.
Z miny wynikało, że jednak nie.
- Wuj zajął się mną, gdy straciłam rodziców. Uznał chyba, że jeśli
będzie się nadmiernie roztkliwiał, tylko mi zaszkodzi. Nauki Adlera
bardziej do niego przemawiały. Freuda nie uznawał. O podejściu do
dziecka według Korczaka słyszeć nie chciał. I tak to jesteśmy trochę
cyniczni wobec siebie.
Skinął głową, że niby pojął, ale gdzie tam, skoro zaraz dodał, że teraz
sytuacja uległa zmianie i trzeba jednak więcej ciepła.
- Jasne, okażę.
Szkoda, że nie było ze mną Tośki. Mogłabym jej na żywym organizmie
zademonstrować, dlaczego facetom mówię zdecydowane "nie". Oto, proszę,
pan logopeda, lat trzydzieści, może trzydzieści dwa. Wykształcony,
całkiem przystojny, wysportowany, bez obrączki, a wnioskując ze
spojrzenia, jakie w czasie naszej rozmowy rzucały mu przechodzące młode
pielęgniarki, również bez zobowiązań. Czy bym się z nim umówiła? Nie! Bo
głupi. Miał swój obraz świata i nawet nie dopuszczał myśli, że coś w nim
może odbiegać od ususu. Moje zachowanie wobec Feliksa było takie samo
jak przez ostatnie dwie i jedną trzecią dekady. I to nie ja zaczęłam.
Może powinnam mu opowiedzieć o lalkach? To wydarzyło się zaraz po tym,
jak Feliks się wprowadził. Miałam taką lalkę, którą dostałam na
urodziny. Chwilę przed wypadkiem. Cieszyłam się z niej bardzo, marzyłam
o takiej. Bawiłam się nią z pewną nieśmiałością i po zabawie odkładałam
do pudełka. Potem był wypadek i nie sięgałam po zabawki. Gdy Feliks się...
nazwijmy to, urządzał, zobaczył tę lalkę i mi ją zabrał. Powiedział, że
w przyszłości to opakowanie podniesie jej wartość.
- Dużo za nią nie dostaniesz, ale za czterdzieści, pięćdziesiąt lat
ludzie będą tego szukać. Może nawet wcześniej. To zawsze tak jest.
Włącza się sentyment i chcemy kupić rzeczy, które mieliśmy w dzieciństwie. Czasem dla własnych dzieci, czasem dla siebie. To taki
mechanizm zadośćuczynienia stratom, jakby przedmiot mógł nas przenieść w czasie i coś wynagrodzić. Nie rozumiem tego, ale z punktu widzenia
antykwariusza to ważne. Nie zarabiamy na przedmiotach, nie o nie tu
chodzi. Zarabiamy na ludzkich emocjach.
Kiedy po wielu dniach ogromnego stresu w końcu zdobyłam się na odwagę i powiedziałam, że chciałabym lalkę, dał mi stupięćdziesięcioletnią. Taką
z porcelanową twarzą i naturalnymi ludzkimi włosami. Piękną, ale
przerażającą.
- Tylko nie stłucz. Stłuczona nie będzie wiele warta. A ubrankami się
nie martw, jak coś tam pobrudzisz. I tak miała iść do renowacji.
Tym sposobem biedna siedmioletnia dziewczynka została bez lalek.
Mogłam też opowiedzieć o karcie rowerowej. Naprawdę zabawna historia. Bo
ja nie umiałam jeździć. Przed wypadkiem miałam rowerek z bocznymi
kółkami, ale z niego wyrosłam. Tato obiecał, że wiosną kupimy nowy
rower, a on pokaże mi, co i jak. Tyle że ta wiosna się nie wydarzyła.
Dzieci są takie, że nie lubią tego, co inne, nieznane. Wiele mechanizmów
obronnych w nas zostało, a w dzieciństwie najmocniej dochodzą one do
głosu. Nieposiadanie rodziców jest czymś nienormalnym, dlatego inne
dzieciaki patrzyły na mnie podejrzliwie. To była druga klasa, więc wciąż
jeszcze zależało mi na tym, co inni o mnie mówią i myślą. Dopiero
później nabrałam dystansu i całkowicie się wyautowałam.
Próbowałam wszystkiego, żeby się rozchorować, niestety nic nie
zadziałało, a tylko gorączka powyżej trzydziestu ośmiu stopni sprawiała,
że Feliks był skłonny pozwolić mi zostać w domu. Poszłam więc do szkoły
i na egzamin na kartę rowerową. Zacisnęłam zęby, wsiadłam na rower,
przejechałam slalom i zrobiłam ósemkę. Do dziś nie wiem, jakim cudem to
mi się udało.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki