Rickowi Riversowi,mojemu najlepszemu przyjacielowi i największej miłości.Nasze życie jest niekończącą się przygodą.
Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca wyraża sięw opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniachi w zachowaniu siebie samego nieskalanym od wpływów świata.
jk 1,27
Rozdział 1
Północna Kalifornia, 1875
Kathryn chwyciła się mocno, gdy dyliżans ponownie wjechał na wyboisty odcinek drogi. Była cała obolała i miała zapuchnięte oczy. Wcześniejsza podróż drugą klasą kolei transkontynentalnej była o niebo wygodniejsza od tej nużącej wyprawy w nieznaną przyszłość. Dwa dni dręczenia przez wstrząsy, dwie noce w przydrożnych hotelikach na drewnianych płytach zamiast łóżka, jeden mocno wytarty koc, coś w rodzaju gulaszu na obiad - właściciele nie chcieli jej zdradzić, z jakiego mięsa - i prosta owsianka na śniadanie.
Może lepiej było spędzić te kilka dni w Truckee, gdzie wysiadła z pociągu, zamiast ruszać pospiesznie w ostatni odcinek podróży. Miała jednak do wyboru wsiąść od razu do dyliżansu albo czekać tydzień na następny, a dłuższy pobyt w tym dzikim mieście, gdzie więcej było knajp niż hoteli, mógł się okazać za drogi. Poza tym widok tego miejsca był dla niej szokiem - lokalna ludność składała się głównie z górników, drwali i kolejarzy, za to kobiet było jak na lekarstwo. Nigdy wcześniej nie widziała na oczy Chińczyków, jedynie czytała o tym, jak tysiącami przemierzali Pacyfik, by pracować za niskie pensje przy niebezpiecznym wysadzaniu i drążeniu tuneli na potrzeby kolei w kamiennych górach Sierra Nevada. Teraz, gdy ten gigantyczny projekt został ukończony, wzgardzeni imigranci szukali innych sposobów na życie. Kilku podeszło do Kathryn, jak tylko wysiadła z pociągu, więc zleciła jednemu z nich, by zaniósł jej kufer do odpowiedniego lokum. Mężczyzna, choć niski i żylasty, wrzucił jej bagaż na rozklekotany wózek i odjechał w takim tempie, że ledwie była w stanie go dogonić.
W biegu Kathryn omijała parujące sterty końskiego łajna i kałuże. Stresowało ją zainteresowanie, jakie wzbudzała. Mężczyźni gapili się na nią. Dostrzegła tylko kilka kobiet, z których żadna nie była ubrana tak wytwornie jak ona, i one też się gapiły. Kathryn dogoniła w końcu swojego tragarza, gdy wchodził do hotelu nad rzeką. Kiedy przekroczyła próg, w holu pełnym mężczyzn zapadła cisza. Zignorowała ją jednak i ruszyła prosto do recepcji, gdzie zameldowała się, złakniona odosobnienia, kąpieli, dobrego posiłku i łóżka. Spędziła siedem dni w wagonie pasażerskim, gdzie jej uszy nieustannie wypełniał stukot kół na żelaznych torach. Z buchającego żarem komina lokomotywy sypały się przez okno popiół i żużel, wypalając dziurki w jej ciemnozielonym, batystowym kostiumie podróżnym. Pociąg zatrzymywał się tylko po węgiel i wodę do lokomotywy, przez co ledwie miała czas zjeść coś w pobliskich knajpkach.
Chiński tragarz wtaszczył jej kufer na piętro i postawił go w małym pokoiku wyposażonym w łóżko, stół i dzbanek wody. Gorzko rozczarowana, ale zbyt zmęczona, by wracać na dół i prosić o lepszy pokój, Kathryn rozwiązała wstążki, zdjęła kapelusz i wyciągnęła się na łóżku. Śniło jej się, że jest z powrotem w Bostonie, w posiadłości Hylandów-Pershingów, i stoi w drzwiach apartamentu na piętrze. Jej promieniejąca szczęściem matka grucha nad swym nowo narodzonym synem, a ojczym Kathryn siedzi na brzegu łóżka z baldachimem, z dumnym uśmiechem na zwykle pochmurnej twarzy. Kiedy Kathryn powiedziała coś do nich, nikt jej nie usłyszał. Stała tak, ich niedawno wydziedziczona córka, i przyglądała się ich radości. Czy już o niej zapomnieli?
Obudziła się zapłakana w blasku wschodzącego słońca. Na wpół przytomna i zdezorientowana, usiadła w pomiętym ubraniu i z rozpuszczonymi włosami. Burczenie w brzuchu przypomniało jej, że od wczoraj nic nie jadła. Nalała lodowatej wody do miski i obmyła twarz. Och, jak bardzo tęskniła za kąpielą, ale ile by kosztowało wniesienie na górę wanny z gorącą wodą? Zdjęła i złożyła swój kostium podróżny, po czym włożyła suknię od Dolly Varden, którą otrzymała na krótko przed wiadomością, że zostaje wysłana do Kalifornii.
Hotelowa jadalnia była otwarta i prawie pusta. Kathryn zamówiła jajecznicę na bekonie, smażone ziemniaki i ciastka z dżemem. Najedzona, ucięła sobie pogawędkę z recepcjonistą i dowiedziała się, że usługę, której szuka, może znaleźć w sąsiedniej łaźni. Kiedy jednak ujrzała kolejkę czekających przed nią mężczyzn, stwierdziła, że to nie jest zbyt bezpieczne miejsce dla damy. Przygnębiona udała się z powrotem na dworzec kolejowy poszukać transportu do Calvady. Przed stacją stał zaprzęgnięty w konie dyliżans.
- Calvada? - Kasjer pokręcił przecząco głową. - W życiu nie słyszałem.
Kathryn poczuła przypływ paniki.
- Mają tam urząd pocztowy.
- W górach Sierra może być ze sto górniczych miasteczek, panienko. Niektóre nawet nie mają nazw. Calvada brzmi jak osada przy granicy, ale musi pani wiedzieć, czy to na północy, czy na południu.
List przewodni, który otrzymała wraz z testamentem wuja Caseya, wspominał o dwóch innych miastach. Wręczyła go kasjerowi, a ten przejrzał go szybko i skinął głową.
- To na południu, a podróż tam zajmie trzy dni, o ile nie będzie po drodze wypadków. Ma pani szczęście. Dyliżans odjeżdża za godzinę. Jeśli pani na niego nie zdąży, to na kolejny trzeba będzie czekać tydzień.
Dyliżans znowu podskoczył i Kathryn uderzyła obolałym już siedzeniem o ławkę. Powoził zwalisty brodacz imieniem Cussler, wzrostu około sześciu stóp, który po drodze górskim szlakiem ciskał przekleństwa na swoich sześć gniadych koni. Zastanawiała się, co czeka na nią w Calvadzie.
Wśród całego tego potrząsania i kołysania Kathryn wróciła myślami do ostatniego wieczoru przed wyjazdem z Bostonu. Jej matka i ojczym poszli z przyjaciółmi do teatru, a Kathryn jadła w kuchni obiad ze służbą. Pożegnanie z ludźmi, których kochała, łamało jej serce. Wszelka nadzieja, że matka zmieni zdanie, umarła następnego ranka, kiedy sędzia podszedł do niej w głównym holu i oznajmił, że odprowadzi ją na pociąg, by ją pożegnać. Sprawiał wrażenie, jakby chciał się upewnić, że na pewno wsiądzie do niego i odjedzie.
Lawrence Pershing nie odezwał się do niej, dopóki nie dotarli pod stację. Tam wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza kopertę.
- Ten dokument przenosi prawa spadkowe twojej matki na ciebie. Wszelki majątek, jaki twój wuj posiadał w chwili śmierci, jest teraz twoją własnością. Ale wątpię, by było tego dużo. Dołożyłem wystarczająco dużo pieniędzy, by zapewnić ci dobry start. O ile będziesz mądra i oszczędna - dodał z nutą sarkazmu. - Trochę potrwa, zanim znajdziesz odpowiedni zawód. Zapłaciłem za twój przejazd do Truckee, ale sama musisz znaleźć sposób, by stamtąd dostać się do Calvady.
Zawód. Co by to miało być? Miała lepsze wykształcenie niż większość kobiet, głównie dzięki zakradaniu się do biblioteki sędziego i podbieraniu mu książek. Ale nic z tego, czego się nauczyła, nie wystarczy jej do pracy.
Dyliżans podskoczył gwałtownie i sprowadził Kathryn z powrotem do rzeczywistości. Przez chwilę poczuła powietrze między sobą a ławką, po czym wylądowała z głuchym "klap", co wyrwało z niej wybitnie nieeleganckie chrząknięcie. Cussler rzucał bluźniercze obelgi pod adresem koni i trzaskał z bicza. Kiedy pojazd się chwiał, Kathryn musiała mocno się trzymać. Jej granatowa spódnica i żakiet były szare od kurzu, a w zębach trzeszczał piach. Swędziała ją głowa, mimo że przykryła włosy kapeluszem. Ile czasu do następnego postoju? Zaschło jej w gardle i starała się nie myśleć o tym, jak cudownie smakowałaby szklanka zimnej, czystej wody.
Pierwszego dnia jechało z nią jeszcze czterech innych pasażerów, lecz wszyscy jeden po drugim wysiadali po drodze. Henry Call, trzydziestoparoletni dżentelmen w okularach, wsiadł do dyliżansu na ostatnim przystanku i przyłączył się do niej podczas posiłku, którym był podejrzany gulasz. Właściciel przysięgał, że to kurczak, ale Cussler twierdził, że smakuje jak grzechotnik. Kathryn wolała nie drążyć. I tak była zbyt głodna, by się tym przejmować. Po posiłku pan Call odprowadził ją do dyliżansu, gdzie obydwoje zamilkli, świadomi, że wszelka próba rozmowy może zakończyć się jedzeniem kurzu. Otworzył torbę i wyciągnął z niej jakąś teczkę. Od czasu do czasu zdejmował i czyścił okulary.
Cussler zawołał: "Prrr" i dyliżans zatrzymał się. Krzyczał coś jeszcze, używając nieznanych Kathryn słów, na dźwięk których twarz pana Calla oblała się czerwienią.
- Ty idioto! Co ty sobie wyobrażasz, że tak wtarabaniasz się na drogę?
Odpowiedział mu ochrypły, rozbawiony głos.
- A jak inaczej mam sobie zapewnić przejażdżkę?
- Kup bilet, jak wszyscy!
- Weźmiesz mnie ze sobą, czy zostawisz na przynętę dla niedźwiedzi?
Kathryn spojrzała ze strachem na pana Calla.
- Tu są niedźwiedzie?
- Tak, proszę pani. W tych górach roi się od grizzly.
Jakby niedobór kobiet nie był wystarczającym zmartwieniem! Ma się jeszcze obawiać okolicznych zwierząt?
Drzwi dyliżansu otworzyły się i wsiadł mężczyzna w wytartym, poplamionym kapeluszu. Uniósł swą brodatą, pokrytą szarymi smugami twarz i zobaczył Kathryn.
- O święty Jehoszafacie! Toż to dama! - Na jego ogorzałej, pomarszczonej twarzy pojawił się uśmiech. Wciąż schylony, zdjął kapelusz. - Cóż, nie spodziewałem się zobaczyć kogoś takiego!
Kathryn mogłaby powiedzieć to samo.
Dyliżans ruszył ponownie i staruszkiem szarpnęło gwałtownie do tyłu. Upadł bezwładnie obok pana Calla i wyrwał mu się brzydki wyraz, który w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin usłyszała ze sto razy od Cusslera. Wytknął głowę przez okno.
- Hej, Cussler, kiedy nauczysz się powozić? Chcesz mnie zabić?
- Powinienem był cię rozjechać i zostawić twoje truchło na drodze - odkrzyknął Cussler.
Nowo przybyły roześmiał się, bynajmniej nie urażony, i usadowił z powrotem na miejscu.
- Najmocniej panią przepraszam, nie miałem nic złego na myśli. Znamy się z Cusslerem od dawna.
Kathryn posłała mu zbolały uśmiech i zamknęła oczy. Dokuczała jej głowa, a także inne części ciała. Na ostatnim postoju musiała się mocno powstrzymywać, by po wyjściu z dyliżansu nie rozmasować sobie pośladków.
Mężczyzna podrapał się po brodzie.
- Zawsze łapię okazję, zanim droga zrobi się niebezpieczna. Raz próbowałem ją przejść pieszo i musiałem uciekać na drzewo, bo inaczej by mnie rozjechali.
Kathryn wyjrzała przez okno i odsunęła się zszokowana.
- Jeśli spojrzy pani w dół urwiska przy następnym zakręcie, to zobaczy tam pani dyliżans. Woźnica zbytnio się spieszył. Zdarza się raz na jakiś czas.
Cussler ponownie strzelił z bata i pogonił konie do szybszego galopu. Kathryn przełknęła ślinę.
- Nigdy się nie wie, kiedy przyjdzie umrzeć - uderzył w filozoficzny ton staruszek. - A czy nam się uda, to zależy.
- Od czego? - ośmieliła się zapytać Kathryn.
- Ile Cussler wypił na ostatnim postoju.
Kathryn spojrzała na Henry'ego Calla, ale ten tylko wzruszył ramionami. Co było w tym wielkim kuflu, który zarządca stacji podał Cusslerowi? Chwyciła się mocno oparcia, podczas gdy dyliżans pokonywał kolejny zakręt. Nie mogła się powstrzymać i spojrzała w dół urwiska. Dyliżans przechylił się gwałtownie i drzwiczki otworzyły się, a Kathryn wychyliła się za nie z krzykiem. Poczuła, jak ktoś chwyta ją za spódnicę i wciąga z powrotem do środka. Staruszek zatrzasnął drzwiczki. Cała trójka siedziała i wpatrywała się w siebie nawzajem. Kathryn nie wiedziała, komu podziękować i bała się zgadywać.
Henry Call odchrząknął.
- Mówiono mi, że Cussler to najlepszy woźnica na szlaku, więc nie mamy się czego obawiać.
Stary prychnął i wetknął sobie coś za policzek. Szczęki pracowały mu jak u żującego muła, gdy badawczo lustrował Kathryn, począwszy od jej trzewików z guzikami, aż po kapelusz z mnóstwem wstążek i dwoma zakurzonymi piórami.
- Z jakiego ptaka są te pióra?
- Ze strusia.
- Z czego?
- Ze stru-sia. To taki ptak afrykański.
- Pewnie sporo kosztowały. - Wychylił się przez okno i wypluł strumień brązowego soku.
Kathryn niemal się zakrztusiła. Staruszek jeszcze nie skończył jej się przyglądać. Zirytowana, sama zlustrowała go uważnie, poczynając od brudnego kapelusza, przez znoszoną koszulę w kratę, wytarty skórzany płaszcz i płócienne niebieskie spodnie, aż po zakurzone buciory. Mężczyzna śmierdział jak piżmak albo przynajmniej tak, jak według jej przekonania śmierdzi piżmak. Ale z drugiej strony, kim była, żeby zadzierać nosa? Sama od wyjazdu z Bostonu nie wzięła pełnej kąpieli. Cały czas chodziła w zaciśniętych fiszbinach i co gorsza, swędziała ją pod nimi skóra, a turniura u podstawy kręgosłupa ciążyła jej jak kamień.
Dyliżans sunął gładko i Kathryn odprężyła się, aż nagle Cussler krzyknął:
- Trzymajcie się, ludzie! Przed nami droga jak tara!
Zanim zdążyła zapytać, co ma na myśli, staruszek położył swoje brudne buciory na krawędzi siedzenia obok niej i złapał się mocno oparcia. Dyliżans wystrzelił wysoko do góry, a Kathryn razem z nim. Tylko ozdobny kapelusz uchronił ją przed rozbiciem czaszki. Wylądowała na siedzeniu z bolesnym łupnięciem i "uffff". Jedno podbicie zamieniło się w całą serię. "Aj... aj... aj... aj..." Przywarła do futryny drzwiczek i zbierała regularne lanie w pośladki. Udręka zakończyła się równie gwałtownie, jak się zaczęła.
Strusie pióra zawisły jej między oczami, a turniura wielkości kurzej klatki osunęła się w dół. Kathryn przesunęła się na siedzeniu, ale to tylko pogorszyło jej sytuację.
Obaj mężczyźni zapytali, czy wszystko w porządku.
- Tak, oczywiście. O której dotrzemy do Calvady?
- Niedługo, jak sądzę. W każdym razie przed zachodem słońca. Cussler ma dobre tempo.
Zrezygnowana Kathryn pogodziła się z cierpieniem. Henry Call odłożył swoje papiery.
- To długa podróż jak na samotną, młodą damę, panno Walsh. Z pewnością tęskni pani za Bostonem.
- W rzeczy samej.
Jak do tej pory ta podróż jedynie przypominała jej, ile kosztuje wierność swoim przekonaniom. Staruszek się rozpromienił.
- Boston! Wiedziałem, żeś pani ze wschodu. Masz wokół siebie tę aurę wspaniałości. Nie mamy tu zbyt wielu dam. - Przyklapnięte i połamane strusie pióra jakby go zahipnotyzowały. - Mamy za to mnóstwo kobiet innego rodzaju.
Henry Call chrząknął znacząco. Staruszek zerknął na niego i nagle zrozumiał, co powiedział.
- No co, przecież sama się przekona, prawda? - Ponownie odwrócił się do Kathryn. - Po co pani tam jedzie?
- Dopilnować rodzinnych spraw, sir.
Przy okazji, on mógłby pilnować swoich. Staruszek uniósł brwi i przyjrzał jej się ponownie.
- Nikt w życiu nie nazwał mnie sir. Różnie mnie nazywano, ale nie tak. Nie, z pewnością nie ma w Calvadzie nikogo takiego jak pani. Proszę się nie obrażać, że tak mówię, to czysty komplement.
- Tam, skąd pochodzę, też nie ma wielu takich jak pan, panie...
- Żaden "panie". Wiley jestem. Wiley Baer.
Pan Call zdjął okulary, wyczyścił je i wetknął do kieszonki na piersi.
- Czy ma pani rodzinę w Calvadzie, panno Walsh?
- Miałam wuja. Zmarł i zostawił po sobie spadek.
- W Calvadzie? - prychnął Wiley. - To życzę powodzenia. - Spojrzał na nią zmrużonymi oczami. - Jeśli ma jakąś wartość, to ktoś już się o niego upomniał.
- Może będę w stanie pomóc - wtrącił Call. - Jestem prawnikiem. Jeśli będzie pani potrzebowała pomocy w dochodzeniu prawa własności, bez wahania proszę przyjść do mnie.
- To bardzo miło z pana strony, panie Call.
Wiley wetknął sobie kolejną szczyptę tytoniu za policzek i przyjrzał się uważnie Henry'emu.
- Równie dobrze możesz pan od razu zawrócić, zamiast marnować czas na wieszanie szyldu w Calvadzie. Mamy tam więcej prawników niż pcheł. I są tam równie potrzebni.
- Mam już pracę, Wiley. Zostanę w Calvadzie najwyżej kilka miesięcy, a potem wracam do Sacramento.
- Dla kogo pracujesz? Dla Morgana Sandersa? - Wiley ponownie oparł bucior o ławkę. - Tego wrednego... - tu spojrzał na Kathryn - psa myśliwskiego?
- Nie mogę powiedzieć.
- Cóż, w Calvadzie jest tylko dwóch mężczyzn, którzy mają pieniądze na sprowadzenie sobie fikuśnego prawnika z Sacramento, czy skąd tam pan pochodzisz. Sanders albo Beck, i nie chciałbym się wtrącać między tych dwóch.
- Kim oni są, Wiley? - Kathryn chciała się dowiedzieć czegoś więcej o mieście, które miało stać się jej domem.
- Morgan Sanders to właściciel kopalni Madera. Wynajmuje chaty swoim pracownikom i prowadzi sklep firmowy, gdzie muszą kupować najpotrzebniejsze towary. Beck przybył niedawno, wszedł w spółkę z Paulem Langnorem. Dobry był człowiek z tego Langnora. Nigdy nie rozwadniał swojej whisky. Odkąd Langnor umarł, Beckowi dobrze idzie w knajpie i kasynie. Postawił sobie hotel. Beck słonia zobaczył1 i miał dosyć brykania tygrysa2. Był wystarczająco sprytny, by znaleźć sobie inne zajęcie i dorobić się na nim fortunki.
- Słonie i tygrysy? - Kathryn poczuła, jak jej niepokój narasta.
Henry Call uśmiechnął się.
- Zobaczyć słonia oznacza dostać ciężką lekcję życia, panno Walsh. Brykanie tygrysa to potoczna nazwa gry karcianej w faro. Ta gra powstała w Europie i używano w niej kart z wizerunkami egipskich faraonów na odwrocie.
- Gram w nią, odkąd przybyłem na zachód w tysiąc osiemset czterdziestym dziewiątym roku - pochwalił się Wiley.
- Chcesz powiedzieć, że uprawiasz hazard. - Kathryn zrozu-miała teraz, dlaczego sprawiał wrażenie, jakby miał w życiu tylko jedno znoszone ubranie i wydarte buty.
- Życie to hazard, prawda? We wszystkim jest ryzyko - rzekł mędrzec Wiley Baer.
- Co może mi pan powiedzieć o Calvadzie?
- Cóż, że to na pewno nie Boston! - parsknął śmiechem. - Tyle mogę pani powiedzieć.
- Pracujesz w kopalni Madera, Wiley?
- Robić dla Sandersa? Głupi nie jestem. Kto raz zejdzie w te szyby, już z nich nie wychodzi. Mam kopalnię w górach, w której sam pracuję. Na podstawie aktu własności aż z tysiąc osiemset pięćdziesiątego drugiego roku. Mam dokumenty na potwierdzenie. To dobrze, bo biuro rejestrowe spłonęło dwa lata później. I jeszcze raz w pięćdziesiątym ósmym. Kopię tyle, ile potrzebuję, by przetrwać. W ten sposób rudy starczy mi do końca życia. - Spojrzał podejrzliwie na Henry'ego Calla. - I nikt poza mną nie wie, gdzie ona jest. - Pomyślał przez chwilę i znowu splunął przez okno. - Od czasu do czasu facet musi pojechać do większego miasta. - Puścił oko do Henry'ego. - Problem w tym, że chyba mam wszy...
- Wszy? - Na samą myśl Kathryn już zaswędziało.
- Jak nic. Niektóre wielkie na cal.
Pan Call pokręcił głową.
- Naciągana bujda, panno Walsh.
- Kto tak twierdzi? - Wiley Baer spojrzał gniewnie na Calla, po czym uśmiechnął się niewinnie do Kathryn. - Uwierzy pani prawnikowi czy uczciwemu człowiekowi, który mieszka w tych górach od ponad dwudziestu lat? Mówię pani, mamy kleszcze, które można siodłać i ujeżdżać. Komary noszą pod skrzydłami nietoperze, żeby im żądła ostrzyły. Ale proszę się nie martwić, jest sprawdzony sposób, żeby się ich pozbyć. Ja rysuję sobie linię na brzuchu, na wysokości pasa, golę wszystkie włosy po jednej stronie, drugą polewam naftą i podpalam zapałką. Paskudy uciekają na gołą stronę, a wtedy dźgam je moim nożem myśliwskim. - Wyciągnął jeden z pochwy przy pasie i podniósł go tak, by mogła zobaczyć dziewięciocalowe ostrze.
Rzuciła mu rozbawione spojrzenie.
- To lepiej, żebyś dobrze trafiał.
Wiley się roześmiał.
- No pewnie. - Znowu puścił oko, tym razem do niej.
- Czy w Calvadzie jest wiele kobiet, Wiley?
- Kobiet? O tak, paniusiu, sądzę, że około dwudziestu, jeśli nic się nie zmieniło. Mamy jednak niewiele dam, a na pewno żadnej takiej jak pani. - Przyjrzał się jej ponownie. - A pani wolna czy zajęta?
- Przepraszam? - Kathryn zarumieniła się, zaskoczona, że zadał jej tak osobiste pytanie.
- Jest pani zaręczona albo zamężna? - Podniósł głos, jakby nie usłyszała jego pytania wśród brzęku uprzęży i tętentu kopyt.
- Nie.
- W takim razie ta dobra wiadomość rozniesie się lotem błyskawicy. - Wyszczerzył zęby. - Jeśliby pani chciała męża, to może go znaleźć jeszcze przed zmrokiem.
Czyżby to były oświadczyny w stylu kalifornijskim?
- Nie, dziękuję.
- Tutejsi mężczyźni tęsknią za żonami, a pani mi wygląda na pierwszorzędną kandydatkę.
Uznała, że miał to być komplement, ale poczuła się jak soczysty stek na talerzu.
- Nie przyjechałam tu szukać męża, tylko przejąć spadek i mieć władzę nad swoim życiem.
- To będzie pani potrzebowała ochrony.
Czyżby on ją oferował?
- Kupię sobie broń.
Dyliżans szarpnął ostro i Kathryn chwyciła się ramy okiennej. Każdy mięsień w jej ciele wołał o wytchnienie.
- Ludzie, pobudka! - krzyknął Cussler. - Calvada za zakrętem.
Pan Call sprawdził swoją teczkę.
- Czy ktoś po panią wyjdzie, panno Walsh?
- Po przyjeździe mam się skontaktować z panem Neumannem.
Wiley wypluł przez okno kulkę tytoniu.
- Herr Neumannem?
- Tak. Znasz tego dżentelmena?
- To golibroda. Omal nie odciął mi ucha, kiedy ostatnio byłem u niego w zakładzie.
Sądząc po długości włosów Wileya, było to kilka lat temu.
- Kiepski golibroda, ale poczciwy człowiek. Jak jest trzeźwy. Jeśli nie będzie go w zakładzie, to znajdzie go pani w knajpie u Becka.
Rozległy się odgłosy huku i Kathryn aż się wzdrygnęła.
- Czy to były strzały?
- Zgadza się. - Wiley podrapał się po brodzie. - Brzmi jak Smith & Wesson. W Calvadzie strzelaniny są na porządku dziennym. Mężczyźni robią się nieco agresywni po paru kolejkach whisky. - Wychylił się przez okno dyliżansu, gdy wjeżdżali w zakręt. - Nie widać żadnych ciał na ulicy. - Usiadł z powrotem. - Mogło być gorzej. Raz widziałem, jak sześciu facetów goniło psa po Chump Street. Byli tak pijani, że żaden z nich nie trafił, a kulkę w łeb zarobił oczywiście Bogu ducha winny klient w pasmanterii.
Kathryn nie wiedziała, czy mu wierzyć, czy nie. Henry Call tym razem nie skomentował, że to naciągana bujda. Co to za miejsce ta Calvada?
- Czy szeryf aresztował tych mężczyzn?
- Nie ma szeryfa.
- Z pewnością istnieje jakieś prawo...
- Owszem. Mężczyźni zebrali się w knajpie i obgadali sprawę. Uznali, że śmierć tego biedaka była zrządzeniem Bożym. Szkoda mi go, ale każdy musi kiedyś odejść.
Kathryn wlepiła w niego oczy.
- I tylko tyle zrobili w sprawie tego zmarłego?
- No nie, wypili jeszcze kilka drinków ku jego pamięci, zrobili zbiórkę i następnego dnia zorganizowali mu pochówek w nowiutkim garniturze.
Kathryn już miała to skomentować, ale nagle poczuła smród tak obrzydliwy, że aż się zakrztusiła. Zakryła sobie usta i nos.
- Co to, u diabła, za fetor?
Na wpół uśmiechnięty Wiley Baer posmutniał.
- Jak już mówiłem, Calvada to nie Boston. Za kilka dni przyzwyczai się pani do tego zapachu.
Dyliżans zatrzymał się z szarpnięciem, po czym rozległy się trzy kolejne strzały. Czyżby zbłąkana kula trafiła Cusslera lub jednego z koni? Wiley otworzył drzwiczki i zeskoczył na ziemię. Rozejrzał się i zajrzał z powrotem do środka.
- Znowu padało. Błoto po kostki, więc lepiej niech pani wyjdzie po drugiej stronie. W mieście są tak głębokie dziury, że czasami mężczyźni w nie wpadali i zostawali w nich jako łata na drodze.
Powietrze było ciężkie od "perfum" z kanału, błota i końskiego łajna. Rozległ się kolejny strzał, dźwięk tłuczonego szkła i męskie krzyki. Brzmiało to tak, jakby w szynku po drugiej stronie ulicy wybuchła awantura. Wiley brodził przez błoto.
- Dobiegło z knajpy Becka, ale wygląda na to, że strzelanina się skończyła.
Pan Call wysiadł z dyliżansu, stanął na bocznym chodniku z desek i podał rękę Kathryn. Drżąca, na miękkich kolanach zeskoczyła na deski, gdzie Wiley Baer stał i zeskrobywał sobie z buciorów kawały oślizgłego, cuchnącego błota. Po drugiej stronie ulicy otworzyły się wahadłowe drzwi i wyleciał przez nie jakiś facet. Spadł tyłem z drewnianego chodnika prosto na środek błotnistej drogi. Za nim przez drzwi wyszedł wysoki, barczysty mężczyzna o ciemnych włosach.
- A ten bawół to Matthias Beck. Właśnie sieje postrach.
Kathryn patrzyła, jak siłacz schodzi z drewnianego chodnika na środek drogi i wywleka wyrzuconego klienta z błota. Wzdrygała się za każdym razem, gdy wymierzał biedakowi ciosy: jeden, drugi, i jeszcze jeden, zanim go puścił. Z knajpy wybiegli inni mężczyźni i ustawili się na deskach chodnika, by go dopingować. Beck chwycił swoją ofiarę za kołnierz, zawlókł ją do koryta dla koni i wrzucił do środka. Klient wynurzył się na powierzchnię, wypluwając fontannę wody, ale Beck wepchnął go tam z powrotem. Nieszczęśnik to się wyrywał do góry, to znowu szedł pod wodę, zupełnie jakby Beck robił pranie.
Kathryn patrzyła przerażona.
- Z czego ci ludzie się śmieją? Czy ktoś nie powinien powstrzymać tego bandyty, zanim utopi biedaka?
Henry Call pokręcił głową.
- Najlepiej trzymać się z dala od takich sytuacji, zwłaszcza gdy nie wiadomo, co się wydarzyło.
Spojrzała na Wileya, ale ten tylko uniósł ręce do góry.
- Proszę na mnie nie patrzeć, ja się tam nie ładuję.
- Ludzie! - krzyknęła zirytowana Kathryn, robiąc krok ku krawędzi drewnianego chodnika. - Przestańcie natychmiast! Zostawcie go w spokoju!
Mężczyźni spod knajpy popatrzyli w jej stronę, ale Beck w ogóle się nie zatrzymał, ani nawet na nią nie spojrzał. Okładany biedak młócił rękami powietrze, gdy Beck ponownie wepchnął go pod wodę, po czym wyciągnął go i przerzucił za krawędź koryta. Topielec zawisł głową w dół i zaczął wymiotować, a kiedy już opróżnił żołądek, Beck chwycił go za przód koszuli i coś do niego syknął, patrząc mu prosto w oczy.
Biedak zdołał wyczołgać się z koryta, ale poślizgnął się i ponownie upadł w błoto jak długi. Przeturlał się na brzuch i poczołgał w kierunku chodnika, a Beck odwrócił się i spojrzał prosto na Kathryn.
Masz ci los. Przełknęła ślinę.
- O nie! - jęknął Wiley. - On tu idzie. Powodzenia i miło było panią poznać. - Zarechotał, zeskoczył na błotnistą ulicę i pobiegł pomagać jakiemuś młodzianowi wyprzęgać konie.
Serce Kathryn biło szybciej z każdym krokiem, który Matthias Beck robił w jej stronę. Cofnęła się instynktownie, kiedy wszedł na deski chodnika. Przypomniała sobie, że w ciągu ostatnich lat wielokrotnie wdawała się w konflikt z sędzią Lawrence'em Pershingiem. Beck się nie odzywał. Po prostu na nią patrzył. Poczuła, jak ściska ją w płucach i położyła dłoń na brzuchu. Zaniepokojona dziwnymi doznaniami odwróciła się pośpiesznie w poszukiwaniu swojego kufra.
- No, Henry, proszę, proszę - odezwał się Beck, zaciągając głębokim, południowym akcentem. - Nie wspominałeś mi, że przywieziesz damę.
Zesztywniała Kathryn odwróciła się i spojrzała w górę.
- Nie jestem jego damą.
- To jeszcze lepiej. - Uśmiechnął się tak, że miała ochotę uderzyć go w twarz, zwłaszcza że ten uśmiech wzbudził w jej ciele fale gorąca.
Henry odchrząknął.
- Matthiasie, to jest panna Kathryn Walsh. Przyjechała, aby się tu osiedlić...
- Jestem pewna, że pana Becka ani trochę nie interesują moje sprawy.
- Ależ interesuje mnie wszystko, co pani dotyczy.
Kathryn zignorowała tę uwagę.
- Pochodzi z Bostonu - wyrwał się Wiley.
- I na taką wygląda. - Beck zlustrował ją od stóp do głów i zatrzymał wzrok na strusich piórach, dyndających przed jej twarzą. Ledwie się powstrzymała, by nie zerwać kapelusza i nie zdzielić go nim.
- Dostała list od Herra o jakimś spadku - wygadał znowu Wiley.
- Wileyu Baerze! - zaprotestowała. Dlaczego jej towarzysze z dyliżansu uważają, że o jej sprawach należy informować Becka?
- Obawiam się, że Herr Neumann nie jest w stanie rozmawiać teraz o interesach ani o niczym innym - oznajmił Beck.
Kathryn uniosła podbródek.
- A skąd pan to wie, sir?
- Bo zemdlał w moim barze godzinę temu i kazałem zanieść go do domu. Do rana odeśpi. W międzyczasie może ja mógłbym w czymś pomóc? - zapytał poważnym tonem.
- Dziękuję, ale nie sądzę.
- Wygląda na to, że jaśnie pani mnie nie akceptuje.
Tą "jaśnie panią" zagrał jej na nerwach.
- Wiem o panu tyle, że jest pan właścicielem przybytku po drugiej stronie ulicy, że pobił pan tego biednego człowieka i niemal utopił go w korycie.
- Bo zachciało mu się świętować wygraną przy stoliku do faro i zaczął strzelać. Na szczęście nikogo nie zabił.
Ta informacja zmieniła obraz sytuacji, ale Kathryn wciąż nie pochwalała reakcji w postaci publicznego łomotu.
- Czy nie lepiej byłoby przekazać go w ręce konstabla za zakłócanie spokoju?
- Myśli jak w Bostonie - westchnął Wiley. - Macie już szeryfa, Matthiasie?
- Jeszcze nie.
Wiley podrapał się po klatce piersiowej.
- Miło było się z panią przejechać, panienko, ale teraz sprawię sobie mocnego drinka, kąpiel, porządny posiłek i przejdę się do Domku dla Lalek. - Odwrócił się i ruszył do knajpy Becka.
Kathryn zmarszczyła brwi. Domek dla lalek?
- Walsh. - Beck zmarszczył brwi. - Czy jest pani może kuzynką City'ego Walsha?
Kathryn spojrzała na niego.
- City? Mój wuj nazywał się Casey Teague Walsh.
Casey Teague. Inicjały "C.T." w wymowie brzmią zupełnie jak "City". Być może ci ludzie znali go jako "City'ego".
Ostatni promyk dobrego nastroju zniknął z twarzy mężczyzny.
- Proszę wybaczyć, że to powiem, ale na końcu tej tęczy nie znajdzie pani garnka ze złotem.
Zamrugała oczami i poczuła dziwny ciężar w żołądku. To by było na tyle, jeśli chodzi o wielkie marzenia, nie żeby jakieś snuła. Sędzia nie przekazałby jej przecież kopalni złota.
- Cóż, cokolwiek otrzymam w spadku, będzie musiało wystarczyć. - Skinęła głową w stronę Henry'ego. - Miło było pana poznać, panie Call. Panowie, proszę wybaczyć.
Weszła do biura przy stacji dyliżansów i zapytała, czy może przechować kufer w ich przechowalni bagażu oraz gdzie znajdzie hotel.
- Mój hotel, ten po drugiej stronie ulicy, jest najlepszy w mieście - rzucił Beck za jej plecami.
Jej puls przyspieszył gwałtownie. Nie odrywała wzroku od zawiadowcy stacji.
- Musi być jakiś inny hotel...
- Hotel Sanders znajduje się kilka przecznic stąd po prawej stronie, ale nie poleciłbym go takiej damie jak pani. - Beck stanął w drzwiach.
- Ale uważa pan, że pańska knajpa jest odpowiednia?
- Knajpa jest na parterze, jaśnie pani. Pokoje są na piętrze, w pełni umeblowane, każdy z zamkiem w drzwiach. Pod moim dachem będzie pani bezpieczna.
Żar w jego oczach sprawił, że pomyślała coś zgoła odwrotnego.
- Nie, dziękuję panu, panie Beck. - Wzięła swój sakwojaż i skierowała się do drzwi. Beck ani drgnął.
- Dopilnuję, żeby Herr wytrzeźwiał, zanim pani się zadomowi.
Głośno zaburczało jej w brzuchu, aż się zarumieniła. Drgnął mu kącik ust.
- I wskażę pani dobry lokal na posiłek.
- Proszę się odsunąć, sir.
Twarz mu stężała.
- Nie pójdzie pani do hotelu Sandersa.
Jej ojczym często używał wobec niej władczego tonu i zawsze drażnił tym jej ognisty temperament. Posłała mu mocno sztuczny i ironiczny uśmiech.
- Czy w ten sposób nakręca pan swój biznes, panie Beck? Nagabując kobiety w przechowalni bagażu?
Beck odsunął się i pokłonił przed nią szyderczo. Gdy ostrożnie go mijała, czuła żar bijący od jego ciała.
- Lepiej pani będzie w domu wuja - mruknął za nią, gdy zrobiła kilka kroków.
Rozbłysła w niej nadzieja.
- Jest jakiś dom?
- No nie do końca.
- Czy mógłby mi pan uprzejmie powiedzieć, dokąd mam iść?
- Och, z przyjemnością. - Skinął podbródkiem. - Prosto tą ulicą i dom jest kilka budynków dalej, po lewej. Między knajpą Łeb Niedźwiedzia a klubem fandango Barrery.
Spojrzała na niego, przełknęła konwulsyjnie ślinę i skinęła lekko głową.
- Dziękuję, panie Beck. - Czuła na plecach jego wzrok, gdy szła zgodnie z jego wskazówkami.
- Proszę pozdrowić ode mnie Scribe'a - zawołał za nią.
Kathryn zatrzymała się i odwróciła.
- Scribe'a?
- Chłopak pracował dla pani wuja. Mieszka tam od śmierci City'ego. Nie miał dokąd pójść. Proszę mu powiedzieć, żeby przyszedł do mojej knajpy. - Odwrócił się do Henry'ego, szepnął mu coś cicho na ucho i oddalił się z nim ulicą.