Skąpiec. Lektura z opracowaniem - Molière

Kup ebooka

4.99 zł

-
Proszę czekać

AKT I

SCENA PIERW­SZA

Wa­lery, Eliza

WA­LERY

Cóż to, na­dobna Elizo, za­pa­dłaś, wi­dzę, w smu­tek po chwili ser­decz­nego za­pału, który spra­wił, iż tak wspa­nia­ło­myśl­nie od­da­łaś mi wiarę i słowo? Wzdy­chasz, gdy ja je­stem tak pe­łen ra­do­ści? Po­wiedz, mia­łaż­byś1 ża­ło­wać, żeś mnie uczy­niła szczę­śli­wym? Chcia­łaż­byś cof­nąć za­da­tek uczuć, do któ­rego mi­łość moja zdo­łała cię na­kło­nić?

ELIZA

Nie, Wa­lery, nie ża­łuję ni­czego. Zbyt słodka ja­kaś wła­dza nie­woli mnie ku to­bie; nie mam na­wet siły pra­gnąć, aby się to nie było stało. Ale je­żeli mam być szczerą, przy­szłość na­peł­nia mnie nie­po­ko­jem; wielce się oba­wiam, że mi­łość za­pro­wa­dziła mnie da­lej, niżby się go­dziło.

WA­LERY

I cze­muż twoje ustęp­stwo na­peł­nia cię obawą? Cze­góż się lę­kasz?

ELIZA

Ach! nie jed­nej, ale stu rze­czy: po­ryw­czo­ści ojca, wy­mó­wek ro­dziny, sądu świata; ale nade wszystko, Wa­lery, od­miany twego serca i tego okrut­nego zo­bo­jęt­nie­nia, ja­kim wy, męż­czyźni, od­pła­ca­cie naj­czę­ściej zbyt tkliwe do­wody nie­win­nego uczu­cia.

WA­LERY

Ach, nie czyń mi tej krzywdy i nie sądź we­dle in­nych. Po­są­dzaj mnie o wszystko ra­czej, Elizo, niż o to, bym mógł uchy­bić temu, com ci po­wi­nien. Na­zbyt cię ko­cham, a mi­łość moja trwać bę­dzie do grobu.

ELIZA

Ach, Wa­lery, każdy wszak mówi to samo! W sło­wach wszy­scy męż­czyźni po­dobni są do sie­bie; czyny do­piero od­sła­niają róż­nice.

WA­LERY

Skoro więc czyny je­dy­nie dają po­znać, czym w isto­cie je­ste­śmy, za­cze­kaj przy­naj­mniej, aż bę­dziesz mo­gła we­dle nich osą­dzić me serce, i nie obar­czaj mnie zbrod­niami, czer­pa­nymi w przed­wcze­snych po­dej­rze­niach. Nie rań mnie, bła­gam, tak do­tkli­wym cio­sem i zo­staw mi czas, abym ty­sią­cz­nymi do­wo­dami mógł ci do­wieść sta­ło­ści mych pło­mieni.

ELIZA

Ach, jakże ła­two jest nas prze­ko­nać, gdy ko­goś ko­chamy! O tak, Wa­lery! i ja mnie­mam, że serce twoje nie­zdolne by­łoby mnie za­wieść. Wie­rzę, że ko­chasz praw­dzi­wie i że mi bę­dziesz wierny: nie chcę wąt­pić o tym i drżę już je­dy­nie przed po­tę­pie­niem świata.

WA­LERY

Ale skąd tak czarne przy­pusz­cze­nia?

ELIZA

Nie lę­ka­ła­bym się ni­czego, gdyby każdy pa­trzał na cię mo­imi oczyma: w oso­bie twej znaj­duję do­sta­teczne uspra­wie­dli­wie­nie wszyst­kiego, com uczy­niła2. Moje serce, na swoją obronę, może się po­wo­łać na wszyst­kie twoje przy­mioty, po­parte jesz­cze dłu­giem wdzięcz­no­ści, który niebo ka­zało mi wzglę­dem cie­bie za­cią­gnąć. Co chwila staje mi przed oczami strasz­liwe nie­bez­pie­czeń­stwo, które po raz pierw­szy zbli­żyło nas do sie­bie; szla­chetna od­waga, z jaką nie wa­ha­łeś się na­ra­zić ży­cia, aby mnie wy­drzeć wście­kło­ści wzbu­rzo­nych fal; pełna tkli­wo­ści opieka, jaką mnie oto­czy­łeś, wy­do­byw­szy z wody, oraz te wy­trwałe świa­dec­twa żar­li­wej mi­ło­ści, któ­rej ani czas, ani prze­szkody nie zdo­łały od­strę­czyć. Wię­cej jesz­cze! wszakże ta mi­łość każe ci za­po­mi­nać o domu i oj­czyź­nie, za­trzy­muje cię w tym mie­ście, zmu­sza cię, abyś, ze względu na mnie, trzy­mał w ukry­ciu stan i na­zwi­sko, a wresz­cie skła­nia do tego, iż aby mnie wi­dy­wać, przy­ją­łeś obo­wiązki do­mow­nika mego ojca. Wszystko to nie mo­gło mnie nie przy­wią­zać do cie­bie i wy­star­cza naj­zu­peł­niej w mo­ich oczach, aby wy­tłu­ma­czyć krok, na jaki się zgo­dzi­łam; nie wy­star­czy może jed­nak, aby go unie­win­nić w oczach lu­dzi. Ach, wcale nie je­stem pewna, czy świat ze­chce zro­zu­mieć moje uczu­cia!

WA­LERY

Ze wszyst­kiego, coś tu na mą ko­rzyść wy­mie­niła, je­dy­nie mej mi­ło­ści pra­gnął­bym przy­pi­sać ja­kąś za­sługę; co zaś do skru­pu­łów, to sam oj­ciec stara się aż nadto, aby po­stę­pek twój uczy­nić zro­zu­mia­łym dla świata. Ten bez­miar skąp­stwa i su­ro­wość, z jaką ob­cho­dzi się z dziećmi, zdolne są uspra­wie­dli­wić naj­śmiel­szą de­cy­zję. Prze­bacz mi, uro­cza Elizo, że się wy­ra­żam w ten spo­sób; wiesz wszakże, że trudno by było zła­go­dzić sąd w tej mie­rze. Skoro jed­nak, jak się spo­dzie­wam, uda mi się od­szu­kać ro­dzi­ców, z ła­two­ścią przyj­dzie nam ich ubła­gać. Ocze­kuję z ca­łym upra­gnie­niem wia­do­mo­ści i sam go­tów je­stem udać się po nie, je­śli rzecz bę­dzie się prze­wle­kała.

ELIZA

Ach, Wa­lery, nie ru­szaj się stąd, bła­gam, sta­raj się tylko zjed­nać przy­chyl­ność ojca!

WA­LERY

Wi­dzisz sama, jak usil­nie pra­cuję nad tym, i ile trzeba było zręcz­no­ści, aby do­stać się do jego domu; jak się ma­skuję nie­ustan­nie, byle mu się przy­po­do­bać, i jaką rolę od­gry­wam tu­taj, je­dy­nie dla ku­pie­nia so­bie jego życz­li­wo­ści. Czy­nię w niej zresztą za­dzi­wia­jące po­stępy. Prze­ko­nuję się, że aby po­zy­skać so­bie lu­dzi, nie ma na świe­cie lep­szej drogi, jak stroić się we wła­sne ich skłon­no­ści, przej­mo­wać się ich mnie­ma­niami, pa­trzeć z za­chwy­tem na ich wady i przy­kla­ski­wać wszyst­kim uczyn­kom. Nie ma obawy, aby można było prze­sa­dzić w tej ko­me­dii, choćby się ją grało w spo­sób naj­wi­docz­niej­szy w świe­cie. Gdy cho­dzi o po­chleb­stwo, naj­mę­drsi lu­dzie po­sia­dają istne skarby na­iw­no­ści; nie ma nic tak bez­czel­nego ani tak nie­do­rzecz­nego, czego by nie po­łknęli, skoro się na­le­ży­cie rzecz za­prawi po­chwa­łami. Szcze­rość szwan­kuje co­kol­wiek przy ta­kim za­trud­nie­niu, ale cóż, kiedy się po­trze­buje ko­goś, trzeba się doń na­giąć! Skoro to jest je­dyny spo­sób zdo­by­cia uf­no­ści, wina nie leży po stro­nie po­chleb­ców, lecz tych, któ­rzy do­ma­gają się po­chleb­stwa.

ELIZA

Ale czemu nie pró­bu­jesz rów­nież zjed­nać so­bie po­par­cia mego brata, na wy­pa­dek, gdyby słu­żą­cej przy­szła ochota zdra­dzić ta­jem­nicę?

WA­LERY

Nie można za­bie­gać na­raz o jedno i dru­gie; cha­rak­ter ojca i syna są tak sprzeczne, że trudno by utrzy­mać się w po­dwój­nej roli. Ale ty, ze swej strony, sta­raj się wpły­nąć na brata i sko­rzy­staj z przy­jaźni, jaką ma dla cie­bie, aby go na­stroić przy­chyl­nie. Idzie wła­śnie. Od­cho­dzę. Po­mów z nim i od­słoń mu tyle, ile uznasz za sto­sowne.

ELIZA

Nie wiem, czy po­tra­fię się zdo­być na to wy­zna­nie.

SCENA DRUGA

Kle­ant, Eliza

KLE­ANT

Bar­dzo rad je­stem, że cię samą za­staję, sio­stro; pra­gną­łem po­mó­wić z tobą i zwie­rzyć się z pew­nego se­kretu.

ELIZA

Z miłą chę­cią, bra­cie. Cóż masz mi do po­wie­dze­nia?

KLE­ANT

Wiele rze­czy, moja sio­stro; i to w jed­nym sło­wie. Ko­cham.

ELIZA

Ko­chasz?

KLE­ANT

Tak, ko­cham. Ale nim po­wiem coś­kol­wiek da­lej, wiem, że za­leżny je­stem od ojca, i że po­win­ność syna czyni mnie pod­wład­nym jego woli; że nie go­dzi się przyj­mo­wać zo­bo­wią­za­nia bez ze­zwo­le­nia tych, któ­rym za­wdzię­czamy ży­cie; że niebo uczy­niło ich pa­nami na­szych uczuć i że wolno nam roz­rzą­dzać sobą je­dy­nie za ich wska­zówką; że, nie ule­ga­jąc wpły­wom sza­leń­czej na­mięt­no­ści, mogą mieć sąd o wiele zdrow­szy i le­piej wi­dzieć, co jest dla nas od­po­wied­nie; że ra­czej trzeba po­le­gać na by­stro­ści ich roz­sądku, niż na za­śle­pie­niu żą­dzy, i że mło­dzień­cze po­rywy pro­wa­dzą nas naj­czę­ściej ku nie­bez­piecz­nym prze­pa­ściom. Mó­wię to wszystko, sio­stro, abyś ty nie po­trze­bo­wała so­bie za­da­wać tego trudu; mi­łość moja bo­wiem nie chce o ni­czym sły­szeć, i pro­szę cię, byś oszczę­dziła so­bie wszel­kich per­swa­zji.

ELIZA

Czy już zwią­za­łeś się3, bra­cie, wo­bec tej, którą tak ko­chasz?

KLE­ANT

Nie; ale je­stem na to zu­peł­nie przy­go­to­wany i bła­gam raz jesz­cze, nie sta­raj się mnie od­wo­dzić.

ELIZA

Czyż je­stem, bra­cie, tak ogra­ni­czoną?

KLE­ANT

Nie, sio­stro, ale ty nie ko­chasz; nie znasz słod­kiej po­tęgi, z jaką tkliwe uczu­cie owłada ser­cem; dla­tego lę­kam się twego roz­sądku.

ELIZA

Ach, bra­cie, nie mówmy o moim roz­sądku; nie ma czło­wieka, któ­rego by on nie zdra­dził przy­naj­mniej raz w ży­ciu. Gdy­bym ci otwo­rzyła serce, być może, oka­za­ła­bym się w two­ich oczach jesz­cze mniej roz­sądną od cie­bie.

KLE­ANT

Och, dałby Bóg, aby twoje serce, po­dob­nie jak moje...

ELIZA

Omów­myż4 naj­pierw twoją sprawę; po­wiedz mi, kto jest ta, którą po­ko­cha­łeś?

KLE­ANT

Młoda osoba, która od nie­dawna mieszka w tej dziel­nicy. Zda się, niebo samo stwo­rzyło ją po to, aby na­tchnęła mi­ło­ścią każ­dego, kto się do niej zbliży. Na świe­cie nie może ist­nieć nic po­wab­niej­szego; wy­znaję, iż stra­ci­łem zmy­sły od pierw­szej chwili, kiedy ją uj­rza­łem. Na­zywa się Ma­rianna; mieszka z po­czciwą matką, która pra­wie cią­gle jest chora i do któ­rej przy­wią­zana jest w spo­sób wprost nie­wia­ry­godny. Pie­lę­gnuje ją, tuli i po­cie­sza z czu­ło­ścią, która by cię wzru­szyła do głębi. Wszystko, co czyni, tchnie ja­kimś nie­wy­mow­nym wdzię­kiem; w każ­dym po­stępku miesz­czą się ty­siące po­wa­bów, sło­dycz pełna uroku, po­cią­ga­jąca do­broć, uczci­wość bez zmazy... ach, sio­stro, chciał­bym, abyś ją mo­gła po­znać.

ELIZA

Po­zna­łam już nie­mal, bra­cie, z tego, co mó­wisz; abym zaś czuła dla niej sym­pa­tię, wy­star­czą mi, że ty ją ko­chasz.

KLE­ANT

Do­my­śli­łem się, choć nic mi o tym nie mó­wiły, że nie są w zbyt świet­nych sto­sun­kach5 i że, mimo skrom­nego trybu, za­le­d­wie mogą na­star­czyć po­trze­bom. Czy ty poj­mu­jesz, sio­stro, co to za szczę­ście móc się przy­czy­nić do po­pra­wie­nia losu osoby, którą się ko­cha; zręcz­nie udzie­lać nie­znacz­nej po­mocy skrom­nym po­trze­bom za­cnej ro­dziny! Zro­zum tedy, jak bo­le­sne jest uczu­cie, że wsku­tek skąp­stwa ojca nie­po­do­bień­stwem jest dla mnie kosz­to­wać tej sło­dy­czy i zło­żyć uko­cha­nej w ca­łej pełni świa­dec­two mej mi­ło­ści.

ELIZA

Och, do­sko­nale od­czu­wam, jak to musi być przy­kro.

KLE­ANT

Ach, sio­stro, bar­dziej, niż so­bie można wy­obra­zić! Bo, po­wiedz, czy może być coś bar­dziej nie­ludz­kiego, niż te dro­bia­zgowe braki, które cier­pimy w tym domu, i ta straszna su­ro­wość, w ja­kiej ję­czymy bez prze­rwy? I na cóż się nam przyda, że bę­dziemy mieli kie­dyś ma­ją­tek, skoro po­sią­dziemy go wów­czas, gdy miną naj­pięk­niej­sze lata! Toż dziś, aby się utrzy­mać, mu­szę wręcz za­dłu­żać się na wszyst­kie strony; je­stem, jak i ty zresztą, znie­wo­lony ucie­kać się do ła­ski kup­ców, aby po pro­stu ubrać się przy­zwo­icie. Sło­wem, chcia­łem z tobą mó­wić, abyś mi do­po­mo­gła wy­ba­dać ojca, jak się za­pa­truje na moje uczu­cie; gdy­bym na­po­tkał na prze­szkody, zde­cy­do­wany je­stem wraz z uko­chaną szu­kać szczę­ścia gdzie in­dziej... Na wszyst­kie strony sta­ram się w tym celu ze­brać po­trzebną sumę. Je­śli ty, sio­stro, znaj­du­jesz się w po­dob­nym po­ło­że­niu i je­śli oj­ciec bę­dzie się sprze­ci­wiał na­szym pra­gnie­niom, opu­ścimy go oboje i wy­zwo­limy się z prze­mocy, w ja­kiej nie­zno­śne skąp­stwo więzi nas od tak dawna.

ELIZA

To prawda, z każ­dym dniem daje on nam wię­cej po­wo­dów do opła­ki­wa­nia przed­wcze­snej śmierci matki...

KLE­ANT

Sły­szę jego głos; od­dalmy się nieco dla do­koń­cze­nia zwie­rzeń, na­stęp­nie zaś po­łą­czymy siły, aby prze­wal­czyć oj­cow­ską ty­ra­nię.

SCENA TRZE­CIA

Har­pa­gon, Strzałka

HAR­PA­GON

Precz mi stąd za­raz, w tej chwili, bez tłu­ma­czeń! Da­lej, za­bie­rać mi się z domu, ty ar­cy­hul­taju, ty uro­dzony wi­siel­cze!

STRZAŁKA

na stro­nie

Nie wi­dzia­łem w ży­ciu ta­kiej złej be­stii, jak ten prze­klęły sta­rzec! Do­prawdy, my­ślę cza­sem, że on ma dia­bła w so­bie.

HAR­PA­GON

Mru­czysz jesz­cze?

STRZAŁKA.

Za co mnie pan wy­ga­nia?

HAR­PA­GON

Bę­dziesz się py­tał, za co, ob­wie­siu je­den? Umy­kaj czym prę­dzej, bo cię ubiję na miej­scu!

STRZAŁKA

Cóż ja zro­bi­łem?

HAR­PA­GON

To zro­bi­łeś, że chcę, abyś się wy­no­sił.

STRZAŁKA

Mój pan, a syn pań­ski, ka­zał mi tu cze­kać.

HAR­PA­GON

To idź, cze­kaj na ulicy, a nie stercz mi w domu, jak szyl­dwach6 na war­cie, aby pod­pa­try­wać, co się dzieje, i cią­gnąć ze wszyst­kiego ko­rzy­ści. Nie chcę mieć bez ustanku pod no­sem szpiega, zdrajcy, któ­rego prze­klęte oczy śle­dzą wciąż, co ro­bię, po­że­rają wszystko, co po­sia­dam, i mysz­kują na wsze7 strony, czyby się nie udało cze­goś zła­so­wać8.

STRZAŁKA

Jakże pan chcesz, u dia­bła, aby panu można było coś zła­so­wać? Ja­kim cu­dem tego do­ka­zać, skoro wszystko za­my­kasz pod klu­czem i sto­isz na straży we dnie jak i w nocy?

HAR­PA­GON

Będę za­my­kał, co mi się po­doba, i stał na straży, ile tylko ze­chcę. Pa­trz­cie mi wścib­skich, któ­rzy czu­wają nad każ­dym moim kro­kiem!

po ci­chu na stro­nie

Drżę cały, czy on nie do­my­śla się cze­goś o mo­ich pie­nią­dzach.

gło­śno

Ty może był­byś zdolny roz­sie­wać plotki, że ja mam scho­wane pie­nią­dze?

STRZAŁKA

Pan ma scho­wane pie­nią­dze?

HAR­PA­GON

Nie, ło­trze, nie mó­wię tego wcale.

po ci­chu

To można osza­leć!

gło­śno

Py­tam, ot tak, czy nie pusz­czasz ta­kich ba­je­czek, aby mi na złość ­zro­bić?

STRZAŁKA

Ech, cóż komu na tym za­leży, czy pan masz, czy nie masz; dla nas to wy­cho­dzi na jedno i to samo.

HAR­PA­GON

za­mie­rza­jąc się, aby mu dać po­li­czek

Bę­dziesz mę­dr­ko­wał! Ja ci to mę­dr­ko­wa­nie prędko wy­biję z głowy! Za­bie­raj się; ostatni raz ci po­wia­dam.

STRZAŁKA

Do­brze więc: za­bie­ram się.

HAR­PA­GON

Cze­kaj: nie wy­no­sisz czego z domu?

STRZAŁKA

Et! cóż bym mógł stąd wy­nieść?

HAR­PA­GON

Chodź, chodź tu­taj, niech zo­ba­czę. Po­każ ręce.

STRZAŁKA

Oto.

HAR­PA­GON

Dru­gie!

STRZAŁKA

Dru­gie?

HAR­PA­GON

Tak.

STRZAŁKA

Oto.

HAR­PA­GON

wska­zu­jąc na spodnie Strzałki

Nic tu­taj nie scho­wa­łeś?

STRZAŁKA

Niechże pan zo­ba­czy.

HAR­PA­GON

ob­ma­cu­jąc spodnie Strzałki

Te sze­ro­kie haj­da­wery9, to jakby stwo­rzone na ma­ga­zyny zło­dziej­skie. Bar­dzo bym rad, aby kogo za­pro­wa­dziły na szu­bie­nicę.

STRZAŁKA

na stro­nie

Ach, jakże taki czło­wiek wart byłby swego losu, i z ja­kąż ra­do­ścią okradł­bym go na­prawdę!

HAR­PA­GON

Hę?

STRZAŁKA

Co?

HAR­PA­GON

Co ty mó­wisz o okra­dze­niu?

STRZAŁKA

Mó­wię, że może pan wszystko prze­trzą­snąć, aby się prze­ko­nać, czy go nie okra­dłem.

HAR­PA­GON

Wła­śnie, wła­śnie.

Har­pa­gon prze­trząsa kie­sze­nie Strzałki.

STRZAŁKA

na stro­nie

Niech za­raza wy­gnie­cie skąp­stwo i du­si­gro­szów!10

HAR­PA­GON

Hę? Co po­wia­dasz?

STRZAŁKA

Co po­wia­dam?

HAR­PA­GON

Tak; co po­wia­dasz o skąp­stwie i du­si­gro­szach?

STRZAŁKA

Mó­wię, żeby za­raza wy­gnio­tła skąp­stwo i du­si­gro­szów.

HAR­PA­GON

O kimże to chcesz mó­wić?

STRZAŁKA

O du­si­gro­szach.

HAR­PA­GON

Któż to są ci du­si­gro­sze?

STRZAŁKA

Obrzy­dliwcy i bru­dasy.

HAR­PA­GON

Ale kogo przez to ro­zu­miesz?...

STRZAŁKA

Cóż się pan o to tak trosz­czy?

HAR­PA­GON

Bo mi się po­doba.

STRZAŁKA

My­śli pan, że chcia­łem mó­wić o panu?

HAR­PA­GON

My­ślę, co my­ślę; ale chcę, abyś po­wie­dział, do ko­goś to mó­wił.

STRZAŁKA

Mó­wi­łem... mó­wi­łem do mo­jej czapki.

HAR­PA­GON

Ejże, bo ja prze­mó­wię do two­jego grzbietu.

STRZAŁKA

Za­broni mi pan wy­my­ślać na skąp­ców?

HAR­PA­GON

Nie; ale za­bro­nię od­po­wia­dać i być zu­chwa­łym. Mil­czeć!

STRZAŁKA

Nie wy­mie­ni­łem ni­kogo.

HAR­PA­GON

Pi­śnij jesz­cze, a ko­ści ci po­ła­mię.

STRZAŁKA

Uderz w stół...

HAR­PA­GON

Nie zmil­czysz?

STRZAŁKA

Niech stracę.

HAR­PA­GON

Ej! ej!

STRZAŁKA

po­ka­zu­jąc Har­pa­go­nowi jesz­cze jedną kie­szeń

O, jesz­cze jedna: czyś pan za­do­wo­lony?

HAR­PA­GON

Da­lej, od­daj bez ob­szu­ki­wa­nia.

STRZAŁKA

Co?

HAR­PA­GON

To, co wzią­łeś.

STRZAŁKA

Nic nie wzią­łem.

HAR­PA­GON

Z pew­no­ścią?

STRZAŁKA

Z pew­no­ścią.

HAR­PA­GON

No, to z pa­nem Bo­giem. Ru­szaj do wszyst­kich dia­błów!

STRZAŁKA

na stro­nie

Ładna od­prawa, daję słowo!

HAR­PA­GON

Od­po­wiesz za to przed twoim su­mie­niem.

1 mia­łaż­byś (dawn.) - czyż­byś miała.

2 com uczy­niła (dawn.) - co uczy­ni­łam, ru­choma koń­cówka cza­sow­nika.

3 zwią­zać się wo­bec ko­goś - tu w zna­cze­niu: oświad­czyć się, zwią­zać się przy­sięgą.

4 omów­myż - forma z uży­ciem par­ty­kuły wzmac­nia­ją­cej -ż.

5 nie są w zbyt świet­nych sto­sun­kach - tu w zna­cze­niu: nie są w naj­lep­szej sy­tu­acji ma­te­rial­nej.

6 szyl­dwach (dawn., niem.) - war­tow­nik, straż­nik.

7 wsze (dawn.) - wszyst­kie.

8 zła­so­wać (dawn.) - wy­jeść po kry­jomu.

9 haj­da­wery (dawn., ukr.) - sze­ro­kie spodnie, sza­ra­wary.

10 du­si­grosz - ską­piec, sknera.

Pro­ble­ma­tyka

Główne wątki w Skąpcu są oparte na an­tycz­nej ko­me­dii Plauta za­ty­tu­ło­wa­nej Au­lu­la­ria. Z tego utworu Mo­li­?re za­czerp­nął wą­tek skrzyni z pie­niędzmi za­ko­pa­nej w ogro­dzie i ob­se­syjny lęk głów­nego bo­ha­tera, Eu­ka­liona, że zo­sta­nie ona skra­dziona. Eu­ka­lion po­nadto za­mie­rza wy­dać swoją córkę Fa­edrię za star­szego męż­czy­znę, nie zwa­ża­jąc na jej zwią­zek z Ly­ko­ni­de­sem. Mo­li­?re prze­two­rzył i twór­czo roz­wi­nął wątki z ko­me­dii Plauta, trzeba jed­nak pa­mię­tać, że w XVII-wiecz­nej Fran­cji da­leko po­su­nięte na­śla­do­wa­nie utwo­rów an­tycz­nych nie było ni­czym na­gan­nym, a sto­su­nek do ory­gi­nal­no­ści dzieła był zu­peł­nie inny niż obec­nie. Wzo­ro­wa­nie się na sztuce an­tyku było po­żą­dane i wy­soko oce­niane przez kry­ty­ków, zgod­nie z wy­mo­gami po­etyki kla­sy­cy­stycz­nej.

W mo­men­cie wy­sta­wie­nia Skąpca po raz pierw­szy w 1668 roku w te­atrze Pa­lais Royal ze­spół te­atralny Mo­li­?re'a był w szcze­gól­nym mo­men­cie. Grupa cie­szyła się wciąż kró­lew­skim pa­tro­na­tem, ale spa­dała na nią co­raz sil­niej­sza kry­tyka ze względu na śmiałe i bez­kom­pro­mi­sowe po­dej­mo­wa­nie nie­któ­rych te­ma­tów i uka­zy­wa­nie przy­war spo­łe­czeń­stwa fran­cu­skiego.

Mo­li­?re stwo­rzył od­rębny ga­tu­nek dra­ma­tyczny, wy­my­ka­jący się ja­snym kla­sy­fi­ka­cjom ga­tun­ko­wym, od jego pseu­do­nimu na­zy­wany ko­me­dią mo­lie­row­ską. Ko­me­die Mo­li­?re'a łą­czyły ce­chy kla­sycz­nej ko­me­dii, co­me­dia dell'arte, farsy, tra­ge­dii oraz ko­me­dii in­trygi i cha­rak­te­rów. Ak­cja jest skon­stru­owana tak, aby uwy­pu­klić ce­chy głów­nego bo­ha­tera, w przy­padku Skąpca zmie­rza ona do tego, aby pod­kre­ślić sto­su­nek Har­pa­gona do gro­ma­dze­nia i wy­da­wa­nia pie­nię­dzy. Wy­ra­zi­ście za­ry­so­wana, ko­miczna syl­wetka głów­nego bo­ha­tera skrywa naj­czę­ściej tra­giczne losy - skąp­stwo Har­pa­gona jest za­bawne i prze­ry­so­wane, ale jego wpływ na głów­nego bo­ha­tera i jego re­la­cje ro­dzinne jest już mniej za­bawny, a bar­dziej przej­mu­jący i smutny. Mo­li­?re ko­rzy­sta z trzech ro­dza­jów ko­mi­zmu: po­staci (Har­pa­gon, Fro­zyna, służba), sy­tu­acyj­nego (np. w sce­nie, w któ­rej Ja­kub jest po­śred­ni­kiem w kon­flik­cie Har­pa­gona i Kle­anta) i ję­zy­ko­wego (wy­po­wie­dzi słu­żą­cych i Fro­zyny). Wy­ko­rzy­sta­nie licz­nych lap­su­sów i omy­łek na­daje ko­me­diom Mo­li­?re'a cech farsy, a ak­cja oparta na in­te­rak­cjach wy­ra­zi­stych, prze­ry­so­wa­nych, "ma­rio­net­ko­wych" po­staci upo­dab­nia je do co­me­dia dell'arte. Mo­li­?re wie­rzył w edu­ka­cyjny po­ten­cjał ko­me­dii, swo­imi utwo­rami chciał nie tylko ba­wić pu­blikę, ale także prze­obra­żać ją, bez­li­to­śnie wy­ty­ka­jąc wady fran­cu­skiego spo­łe­czeń­stwa i ko­men­tu­jąc pro­blemy i na­pię­cia spo­łeczne. Ostrze jego sa­tyry było wy­ce­lo­wane przede wszyst­kim w skost­niałe formy ży­cia, fałsz, hi­po­kry­zję i okru­cień­stwo. Mo­li­?re za­wsze opo­wia­dał się po stro­nie mło­dych, au­ten­tycz­nych, wraż­li­wych po­staci chcą­cych po­dą­żać wła­sną drogą, skon­tra­sto­wa­nych ze star­szymi, okrut­nymi i ob­łud­nymi. W swo­ich ko­me­diach stwo­rzył ga­le­rię po­staci, re­pre­zen­tu­ją­cych różne typy ludz­kie (np. Ską­piec, Świę­to­szek, Mi­zan­trop).

Pie­nią­dze są jed­nym z naj­waż­niej­szych te­ma­tów w Skąpcu. Ob­se­sja gro­ma­dze­nia pie­nię­dzy wa­run­kuje wszyst­kie de­cy­zje i za­cho­wa­nia Har­pa­gona, z ko­lei Kle­ant uważa je za śro­dek do pro­wa­dze­nia do­stat­niego i przy­jem­nego ży­cia, ale z po­wodu skąp­stwa ojca jest zmu­szony zdo­by­wać je na różne spo­soby. Z ko­lei An­zelm nie przy­wią­zuje do nich więk­szej wagi - naj­pierw re­zy­gnuje z po­sagu Elizy, na­stęp­nie go­dzi się po­nieść wszel­kie koszty, je­śli ma to za­gwa­ran­to­wać szczę­ście jego dzieci - waż­niej­sze są dla niego re­la­cje z bli­skimi. Pro­ble­ma­tyka zwią­zana z pie­niędzmi i sto­sun­kiem lu­dzi do nich zo­sta­nie roz­wi­nięta na więk­szą skalę w li­te­ra­tu­rze XIX wieku (np. w cy­klu Ko­me­dia ludzka Ho­no­riu­sza Bal­zaka czy po­wie­ściach Char­lesa Dic­kensa). Mo­li­?re kon­cen­truje się ra­czej na re­la­cji czło­wieka z pie­niędzmi, a nie na po­trze­bach eko­no­micz­nych. Har­pa­gon jest ogar­nięty ob­se­sją gro­ma­dze­nia pie­nię­dzy nie dla­tego, że są mu po­trzebne, ale dla sa­mego ich po­sia­da­nia. Nie używa ich jako środka do osią­gnię­cia celu, są dla niego ce­lem sa­mym w so­bie. Aby po­mno­żyć ma­ją­tek, zaj­muje się li­chwą, udzie­la­niem po­ży­czek na bar­dzo wy­soki pro­cent. Jako że nie jest ak­cep­to­walny spo­łecz­nie spo­sób za­ra­bia­nia, Har­pa­gon nie robi tego jaw­nie, ko­rzy­sta z po­śred­ni­ków, co przy oka­zji czyni z niego ob­łud­nika. Po­cząt­kowo Har­pa­gon spra­wia wra­że­nie śmiesz­nego star­szego pana, kur­czowo przy­wią­za­nego do swo­jego ma­jątku i ga­nią­cego syna za roz­rzut­ność. W ko­lej­nych sce­nach wi­dać jed­nak, jak skąp­stwo wpływa na Har­pa­gona oraz jego ro­dzinę. Oszczęd­ność i po­mna­ża­nie ma­jątku za­mie­nia się w ob­se­sję, która kie­ruje wszyst­kimi de­cy­zjami głów­nego bo­ha­tera. Swoje dzieci trak­tuje ob­ce­sowo i okrut­nie, ocze­kuje od nich cał­ko­wi­tego po­słu­szeń­stwa, a za­ra­zem nie­ustan­nie po­dej­rzewa je o okra­da­nie go, chce się jak naj­szyb­ciej po­zbyć ich z domu, nie uszczu­pla­jąc swo­jego ma­jątku. Nie li­czy się z ich zda­niem, nie dba o ich szczę­ście. Dzieci także po­strze­gają go jako ty­rana, spod wła­dzy któ­rego pra­gną się wy­zwo­lić. Więzi ro­dzinne ule­gły to­tal­nemu roz­pa­dowi - w fi­na­ło­wej sce­nie Kle­ant i Eliza od­cho­dzą z na­rze­czo­nymi, a Har­pa­gon idzie uści­skać szka­tułkę z pie­niędzmi, która jest jego praw­dziwą na­mięt­no­ścią.

Ską­piec zo­stał osa­dzony w re­aliach XVII-wiecz­nego spo­łe­czeń­stwa fran­cu­skiego, dla­tego też re­la­cje ro­dzinne znacz­nie od­bie­gają od współ­cze­snych. Jest to wi­doczne zwłasz­cza w przy­padku po­zy­cji ko­biet. Eliza jest cał­ko­wi­cie za­leżna od ojca, je­dyną szansą na uwol­nie­nie się spod jego wła­dzy jest mał­żeń­stwo. Nie może jed­nak swo­bod­nie de­cy­do­wać o tym, kogo po­ślubi, w tej kwe­stii także jest zdana na ojca, który chce ją wy­dać za mąż jak naj­mniej­szym kosz­tem - naj­le­piej, aby kan­dy­dat na męża zre­zy­gno­wał z po­sagu, który po­wi­nien wy­pła­cić oj­ciec panny mło­dej. Z ko­lei ucieczka z Wa­le­rym i mał­żeń­stwo wbrew woli ojca okry­łyby dziew­czynę hańbą, dla­tego też Eliza bier­nie czeka, aż jej uko­chany i Kle­ant znajdą wyj­ście z sy­tu­acji. W nie­wiele lep­szej sy­tu­acji jest Ma­rianna, która nie po­siada ma­jątku, a jej je­dyną szansą na zdo­by­cie sta­bi­li­za­cji eko­no­micz­nej jest mał­żeń­stwo, dla­tego też Fro­zyna prze­ko­nuje ją do chłod­nej kal­ku­la­cji: Har­pa­gon jest co prawda stary, ale to ozna­cza, że szybko umrze, ­zo­sta­wia­jąc mło­dej żo­nie ma­ją­tek. Jako młoda, za­można wdowa ­bę­dzie mo­gła uło­żyć so­bie ży­cie na nowo. Nie są ja­sne ­mo­ty­wa­cje Har­pa­gona, do­ty­czące mał­żeń­stwa z Ma­rianną. Praw­do­po­dob­nie li­czy na otrzy­ma­nie po­sagu, ale dziew­czyna nie na­leży do ma­jęt­nych, co ­Fro­zyna pró­buje ukryć przed Har­pa­go­nem.

W od­mien­nej sy­tu­acji od Elizy i Ma­rianny jest Fro­zyna - także nie po­siada ma­jątku, jej sta­tus jest nie­ja­sny (nie wia­domo, czy ma męża, czy jest wdową, czy ni­gdy nie wy­szła za mąż), utrzy­muje się z po­śred­nic­twa i swa­ta­nia, wy­ko­rzy­stu­jąc swoje zna­jo­mo­ści oraz ta­lenty. To jed­nak spra­wia, że jest za­leżna od ka­pry­sów osób ko­rzy­sta­ją­cych z jej usług - Har­pa­gon spryt­nie unika pła­ce­nia Fro­zy­nie. Kle­ant także nie jest w pełni sa­mo­dzielny. Co prawda po­cho­dzi z za­moż­nej ro­dziny, ale przez skąp­stwo ojca nie może żyć na po­zio­mie wła­ści­wym dla jego klasy spo­łecz­nej, pie­nią­dze zdo­bywa po­przez za­cią­ga­nie dłu­gów i grę w karty. Warto zwró­cić uwagę, że w XVII wieku byt ro­dziny był w naj­wyż­szym stop­niu za­leżny od głowy rodu. Nie ist­niała praca za­rob­kowa w dzi­siej­szym jej ro­zu­mie­niu, wiele ście­żek ka­riery (np. woj­sko­wych, du­chow­nych czy dwor­skich) było za­leż­nych od po­sia­da­nego ma­jątku, dla­tego też Kle­ant jest za­leżny od de­cy­zji ojca. W po­łą­cze­niu z jego skąp­stwem i oschło­ścią wo­bec dzieci syn także nie oka­zuje przy­wią­za­nia wzglę­dem ojca, lekko rę­cząc, że zwróci dług w prze­ciągu kilku mie­sięcy, spo­dziewa się bo­wiem ry­chłej śmierci ojca, który zo­stawi mu ma­ją­tek. Wy­dzie­dzi­cze­nie, któ­rym Har­pa­gon wie­lo­krot­nie grozi Kle­an­towi, po­zbawi go ja­kich­kol­wiek per­spek­tyw ży­cio­wych.

Prze­ciw­wagą dla Har­pa­gona jest An­zelm, który sta­wia re­la­cje ro­dzinne na pierw­szym miej­scu. Zrzeka się po­sagu Elizy, po­nie­waż za­leży mu przede wszyst­kim na to­wa­rzyszce ży­cia, ale kiedy do­wia­duje się, że jej serce na­leży do in­nego, ustę­puje i nie za­mie­rza kon­ku­ro­wać z mło­dzień­cem. Kiedy od­naj­duje swoje dzieci, Wa­le­rego i Ma­riannę, za­leży mu przede wszyst­kim na ich szczę­ściu. Go­dzi się po­nieść wszel­kie koszty, aby tylko jego dzieci były szczę­śliwe i mo­gły po­ślu­bić tych, któ­rych ko­chają. Naj­waż­niej­sze jest dla niego po­nowne spo­tka­nie z żoną, pod­czas gdy dla Har­pa­gona naj­waż­niej­sze jest od­zy­ska­nie szka­tułki z pie­niędzmi, nie­ważne, ile osób skrzyw­dzi na dro­dze do osią­gnię­cia tego celu.

W Skąpcu nie ma roz­te­rek i in­tryg mi­ło­snych, od po­czątku wia­domo, jak mają wy­glą­dać pary, które zo­staną złą­czone wę­złem mał­żeń­skim. Waż­niej­sze jest, jak ten cel osią­gają. W tym wy­padku skon­tra­sto­wane zo­stały po­stawy Wa­le­rego i Kle­anta. Wa­lery chce zdo­być przy­chyl­ność Har­pa­gona po­przez po­chleb­stwa, ale droga ta pro­wa­dzi do­ni­kąd, Wa­lery zga­dza się z pla­nem Har­pa­gona, aby wy­dać Elizę za An­zelma ze wzglę­dów fi­nan­so­wych i mło­dzie­niec nie wie, jak wy­brnąć z tej sy­tu­acji. Ina­czej po­stę­puje Kle­ant, który wcho­dzi nie­jed­no­krot­nie w otwarty kon­flikt z oj­cem, a osta­tecz­nie de­cy­duje się na szan­taż, aby zmu­sić ojca do re­zy­gna­cji z mał­żeń­stwa z Ma­rianną. Po­stawa Kle­anta jest znacz­nie bar­dziej sku­teczna niż stra­te­gia Wa­le­rego. Au­tor nie po­zo­sta­wia złu­dzeń i gorzko oce­nia za­śle­pie­nie Har­pa­gona pie­niędzmi. W tej walce po­ko­leń Mo­li­?re sta­now­czo opo­wiada się po stro­nie mło­dych, któ­rzy mają prawo do wy­boru wła­snej ścieżki ży­cio­wej i szu­ka­nia szczę­ścia.

Ską­piec mógłby zo­stać uznany za utwór bli­ski re­aliom ży­cia, jed­nak pod ko­niec ko­me­dii wpro­wa­dzone zo­stało fan­ta­styczne, mało praw­do­po­dobne roz­wią­za­nie. W mo­men­cie, kiedy nie­moż­liwe jest szczę­śliwe za­koń­cze­nie, a sy­tu­acja jest pa­towa - Har­pa­gon wy­dzie­dzi­cza Kle­anta, nie za­mie­rza re­zy­gno­wać z mał­żeń­stwa z Ma­rianną, a Wa­le­rego oskarża o kra­dzież szka­tułki z pie­niędzmi i uwie­dze­nie Elizy, która ma zo­stać wy­słana do klasz­toru - na­stę­puje od­kry­cie toż­sa­mo­ści Wa­le­rego. Przed­sta­wia się on jako syn To­ma­sza d'Al­burci, ne­apo­li­tań­czyka, który uciekł z mia­sta w trak­cie za­mie­szek i za­gi­nął. Na do­wód swo­jego po­cho­dze­nia ma ru­bi­nową pie­częć, bran­so­letę z aga­tów i słowa sta­rego sługi. Ma­rianna roz­po­znaje w Wa­le­rym ­za­gi­nio­nego brata, a An­zelm, który miał się że­nić z Elizą, wy­znaje, że to on sam jest To­ma­szem d'Al­burci. Do tej pory był prze­ko­nany, że jego ro­dzina zgi­nęła, a sam przy­jął nowe imię i na­zwi­sko, by unik­nąć prze­śla­do­wań. Ta­kie roz­wią­za­nie, na­zy­wane czę­sto deus ex ma­china (dosł. bóg z ma­szyny, roz­wią­za­nie sto­so­wane w dra­ma­tach an­tycz­nych, bo­ska in­ter­wen­cja prze­ry­wała nie­moż­liwą do roz­wią­za­nia w inny spo­sób sy­tu­ację), spra­wia, że utwór można uznać za ko­me­dię dzięki szczę­śli­wemu, choć mało re­ali­stycz­nemu za­koń­cze­niu. Wszyst­kie pary na­rze­czo­nych mogą się po­brać, Kle­ant i Eliza wy­zwa­lają się spod wła­dzy ojca. Bez tego mało re­ali­stycz­nego roz­wią­za­nia utwór cią­żyłby w kie­runku tra­ge­dii - skąp­stwo i okru­cień­stwo Har­pa­gona do­pro­wa­dziło do roz­padu ro­dziny, a po­ło­że­nie wszyst­kich bo­ha­te­rów jest zgoła bez­na­dziejne. Dla­tego też Ta­de­usz Boy-Że­leń­ski, tłu­macz i znawca Mo­li­?re'a, na­zwał ten utwór ko­me­dią po­nurą - tra­gizm sy­tu­acji zo­staje przy­kryty szczę­śli­wym, choć mało praw­do­po­dob­nym roz­wią­za­niem, a ko­mizm, choć mi­strzow­sko za­sto­so­wany w syl­wetce głów­nego bo­ha­tera i far­so­wych sce­nach, jest ra­czej gorz­kim śmie­chem z ty­tu­ło­wego skąpca.

Ską­piec - naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje!

ko­me­dia mo­lie­row­ska wy­sta­wiony po raz pierw­szy w 1668 roku źró­dła ko­mi­zmu: ko­mizm po­staci (Har­pa­gon, słu­żący, Fro­zyna), sy­tu­acyjny (Ja­kub jako po­śred­nik w kon­flik­cie Har­pa­gona i Kle­anta), ję­zy­kowy (wy­po­wie­dzi słu­żą­cych, Fro­zyny) skąp­stwo jako ce­cha de­pra­wu­jąca sa­mego Har­pa­gona, jak i pro­wa­dząca do roz­padu więzi ro­dzin­nych kon­flikt po­ko­leń (Har­pa­gon - Kle­ant, Eliza); au­tor wy­raź­nie opo­wiada się po stro­nie do­ro­słych dzieci