Jak wszyscy pamiętamy, w Śnie nocy letniej Szekspira Oberonowi - królowi elfów z lasu ateńskiego - służy skrzat Puk, który na rozkaz władcy oddaje się magii i czarom, a już dla własnej satysfakcji płata figle wieśniakom. Jego czary mają niekiedy skomplikowane i nieoczekiwane konsekwencje, w gruncie rzeczy jest jednak duszkiem bardziej swawolnym niż złośliwym, a już na pewno nieodparcie sympatycznym. W 1884 roku podczas warszawskiej prapremiery Snu nocy letniej rolę Puka zagrała dwudziestosześcioletnia Maria Wisnowska. Sukces był niesłychany. W jednej chwili stała się ulubienicą i gwiazdą Warszawy. Pisze Andrzej Żurowski: "Jej Puk zadziwił i zachwycił Warszawę. Należał do ról, którymi w tym właśnie czasie Wisnowska budowała swą krótką, acz oszałamiającą popularność...". W jednomyślnie panegirycznych recenzjach czytamy między innymi: "wesołego Puka panna Wisnowska gra wybornie: inteligentna artystka umiała opromienić tę uroczą postać napowietrznego wiercipięty uśmiechem prawdziwej, kipiącej wesołości. Puk panny W. bawi się sam serdecznie swoimi psotami; rzuca się w migotliwy zamęt z szaloną ochotą, z łakomstwem wrażeń cechujących szczerą młodość...". Wisnowska i przedtem nie narzekała na brak powodzenia (w 1881 sześć ról, w 1882 - dziesięć, w tym Doryny w Świętoszku Moliera, w 1883 - siedem, w tym Klary w Zemście Fredry). Teraz jednak, wobec swoistej wisnomanii, propozycje posypały się jak z rękawa. Może nawet zbyt obficie. Dość, że do triumfu Puka już się nie zbliżyła. W roli Ofelii (1888), po której bardzo wiele sobie obiecywała, pomimo nastawionej a priori entuzjastycznie widowni, wypadła wręcz słabo.
Pisze Żurowski:
"Wierni wspomnieniu kreacji Modrzejewskiej recenzenci nie zostawili na Wisnowskiej suchej nitki. Pod eleganckim piórem Rajchmana "raziła atmosferą salonowego dialogu". Żeromski był bardziej dosadny: "Nie mówię o Ofelii Wisnowskiej, bo mnie febra trzęsie. Ta sroka głupia w scenie obłąkania kokietowała oczami oficerów z pierwszego rzędu krzeseł, grała wszystko naiwnie, głupio, naiwnie tak, że najobskurantniejszy widz nie zdołałby pojąć, dlaczego by właściwie ta pensjonarka miała dostać obłędu". Biorąc nawet poprawkę na właściwą Żeromskiemu żółciowość sądów, ale i pod uwagę zdanie Rajchmana, irytacja młodego pisarza nie wydaje się pozbawiona racji. "Filuterne", "kokietliwe" i "pieszczotliwe" aktorstwo Wisnowskiej liczyć mogło na poklask głównie rozanielonych panów "z pierwszych rzędów krzeseł". Tych wszakże zawsze na widowni wielu i aktorstwo zwane dzisiaj "komercyjnym" ma u nich szanse niezachwiane".
Tyle że nie tylko o "komercyjność" tu chodziło. Żeromski nie bez kozery pisze nie ogólnie o "panach", ale bardzo konkretnie, w czym zawarta jest nieprzyjemna sugestia, o "oficerach z pierwszego rzędu krzeseł". Nie zapominajmy zaś, że jesteśmy w końcu dziewiętnastego wieku, pod rozbiorem rosyjskim, a ci oficerowie to właśnie oficerowie rosyjscy. Stosunki między ludnością polską Warszawy a urzędnikami, tym bardziej zaś wojskowymi rosyjskimi, były wtedy regulowane przez bardzo skomplikowany, często pełen hipokryzji kod postępowania, którego Polacy przede wszystkim starali się starannie przestrzegać, poczytując to sobie za narodowy obowiązek.
Pisze Agata Tuszyńska:
"Owa Warszawa Prusa i Gierymskiego w relacjach i wspomnieniach jest niemal sielska. Myśli wypełnione zdrową ideą pracy u podstaw, czas spędzany na partyjkach szachów, na przejażdżkach w Aleje albo wizytach w salonie wiekowej Deotymy. Dlaczego Wokulski nigdy nie zirytował się na konieczność wymalowania nowego rosyjskiego szyldu w witrynie sklepowej, nie pokłócił się o dorożkę z rosyjskim oficerem, nie był na oficjalnym raucie w ratuszu, nie oburzył wyczynami wojska stacjonującego w Łazienkach? (...) Bojkot Rosjan był niepisanym prawem, jedyną formą buntu po klęsce. Swoistym rozbrojeniem przeciwnika poprzez paradoksalne może kwestionowanie jego obecności i praw, utrwalanych siłą na wszystkich płaszczyznach życia. - Nie ma Rosjan - mówiono sobie, patrząc z konieczności na tysięczne oznaki ich panowania. Unieobecniani w świadomości Polaków, bardzo rzadko pojawiali się na kartach ich książek i gazet, na rysunkach, obrazach i fotografiach...".
Rzeczywiście w Lalce Bolesława Prusa odnajdujemy sympatycznego Suzina, który jednak mieszka w Moskwie, a z Wokulskim spotyka się w... Paryżu, i dwukrotnie zaznaczone mamy, że w sądach urzędnicy mówią z... rosyjskim akcentem. Nie ma Rosjan w Warszawie Prusa! Mógłby on na to znaleźć jedną wymówkę. Oto Wokulski obraca się w wysokich sferach, tymczasem Rosjanie służący w Warszawie nie mieli dobrej opinii nawet wśród swoich. Wiadomo było, że jest "Priwislinje" prowincją wielkiej Rosji i jadą tam tylko nieudacznicy, którym bliżej Petersburga nie udało się zrobić kariery, albo spekulanci chcący się obłowić. Takie tłumaczenie obciążało jednak tych, którzy z Rosjanami utrzymywali stosunki, a tym bardziej ważyli się zaprzyjaźniać. W tym kontekście kokieteria Wisnowskiej wobec "pierwszych rzędów" stawała się jeszcze bardziej dwuznaczna.
Owszem, ludziom ze środowisk artystycznych wybaczano więcej niż niebujającym w obłokach zjadaczom chleba. Polski schyłek XIX wieku nie odbiegał od standardów la belle epoque w jej zamiłowaniu do alkoholu i narkotyków (Przybyszewski, Witkacy), rozwiązłości seksualnej, fascynacji śmiercią i makabrą, perwersyjną radością łamania obyczajowych tabu.
Pisze Agata Tuszyńska, iż:
"Aktorska wyobraźnia Wisnowskiej lubowała się w truciznach, sztyletach, rewolwerach. Opowiadała, że pierścionek, który stale nosiła na palcu, wypełniony jest kurarą, silną, paraliżującą trucizną, jakiej południowoamerykańscy Indianie używają do zatruwania ostrzy strzał. Wiedziała, że jej wyciąg otrzymywany jest z różnych gatunków drzewa "strychnos". Interesowała się Kleopatrą, egipską królową i jej samobójczą śmiercią od jadu węża, Katarzyną de Medici - słynną trucicielką czasów średniowiecza i później królującą Toffaną. Swój buduar ozdobiła dwoma szkieletami z kości słoniowej. (...) Ustawicznie mówiła o śmierci, choć w rzeczywistości bardzo się jej bała. Kolekcjonowała rekwizyty grozy, tak jakby śmierć była jeszcze jednym zmysłowym przeżyciem, którego nie można ominąć. Już wkrótce zacznie ją prowokować. A i teraz wysyła czasami listy z żałobną obwódką. Korci ją myśl o tym, jak inni zareagują na jej śmierć".
Nie ma w tym właściwie niczego oryginalnego. Warszawska Sara Bernhardt. Ale, ale... Francuska la belle epoque poczytywała się za wyzwoloną pod każdym względem: rozpustna, szalona, kosmopolityczna. W Warszawie miała ona o jeden przymiotnik mniej. Wszystko by zapewne wybaczono ślicznej Wisnowskiej. Nawet te "pierwsze rzędy". Ona jednak postanowiła postawić krok jeszcze dalej. Czy wiedziała, że przekracza Rubikon? Zapewne nie, zapewne nawet się nad tym nie zastanawiała.
On nazywał się Aleksander Bartieniew. Zachowało się, a w każdym razie znane jest, tylko jedno jego zdjęcie. Nic szczególnego. Na pierwszy rzut oka kupiec bławatny z ostrym wąsikiem podstrzyżonym na końcach, wysokim czołem i wąskimi brwiami. Urodzony w 1867 roku (a więc młodszy od Wisnowskiej o dziewięć lat) w guberni tambowskiej, potomek bogatej rodziny szlacheckiej (jego antenat był nawet w początkach XVII wieku skarbnikiem u Aleksandra Romanowa). Był kornetem, czyli chorążym huzarów.
Oddajmy jeszcze raz glos Agacie Tuszyńskiej: