MILENA
14 listopada, godz. 23.23, piątekWILCZY KAMIEŃ
Słyszę za sobą kroki. Zdyszana przyklejam się do chłodnej ściany. Nasłuchuję i tłumiąc szloch, próbuję przebić wzrokiem przestrzeń przede mną. Ostatni raz byłam tu dwadzieścia lat temu. Strach nie daje mi logicznie myśleć. Tak bardzo żałuję, że nie mam przy sobie telefonu! Lodowate powietrze owiewa mi łopatki. Gdzieś niedaleko musi być wyjście ewakuacyjne. Pamięć zaczyna mi wracać, chociaż kilkanaście minut temu ktoś uderzył mnie w głowę.
Upadłam na płytki PCV i na chwilę straciłam przytomność, a potem zaczęłam się czołgać. W ciemnościach nie miałam pojęcia, dokąd uciekam, ale podświadomie czułam, że muszę być jak najdalej od niego! Nie widziałam jego twarzy. Krew spływała mi na czoło i na mokrą od łez twarz, rozmazując mocny makijaż. Po chwili z trudem wstałam.
Czepiając się ścian, bezszelestnie wlokłam się przed siebie. Nie wiem, kiedy zgubiłam eleganckie czerwone szpilki, ale w nich nie dałabym rady uciekać. Moje stopy w czarnych rajstopach ślizgały się bez przerwy. Bałam się krzyczeć, bo on wciąż tam był! Wydawało mi się, że słyszę jego oddech i czuję jego wzrok na nagich plecach. Moja wieczorowa sukienka ma z tyłu ogromne rozcięcie, wąskie ramiączka i utrudniający oddech gorset. Kupiłam ją dwa dni temu właśnie na ten wieczór, a teraz plątała mi się pod nogami i utrudniała ucieczkę.
Trzymając się ścian, dotarłam do schodów. Przypomniało mi się, że na dole są szatnie z szerokimi metalowymi boksami. Tam jest drugie wyjście! Przynajmniej było... dwadzieścia lat temu... wyjście na boisko... zielone dwuskrzydłowe drzwi...
Tak bardzo pragnę do nich dotrzeć! Śmiertelnie przerażona robię kilka kroków w ciemnościach i nasłuchuję. Wszystkie zmysły mam napięte do ostatnich granic. Nie czuję już bólu rozciętej skóry nad szyją. Jego uderzenie stłumił kok, który zrobiła mi fryzjerka dziś rano. Mam bardzo długie włosy. Czepiam się myśli o nich wręcz obsesyjnie, żeby wmówić sobie, że nic mi nie jest. Kilkanaście minut temu na pustym korytarzu ktoś mocno uderzył mnie w tył głowy, jednak to właśnie włosy mnie uratowały.
Dziś tu wróciłam... ale ten budynek się zmienił, jest zimny... jest w nim zła energia. Człowiek, który mnie uderzył, czai się w ciemnościach i czeka, aż popełnię błąd.
Dłonie mi drżą, ale to tylko strach, nie alkohol, bo wcale nie wypiłam dużo... może dwa kieliszki wina i trochę szampana... Oni pili więcej... To był cudowny wieczór... Jak go nazwali na naszej tajnej grupie na Facebooku? Listopadowy zjazd absolwentów? Najlepsi z najlepszych? Spóźniona impreza w Halloween dla wybranych? Nie pamiętam, kto to wymyślił, bo w naszej klasowej grupie jest siedemnaście osób, i już nie pamiętam, kto rzucił ten pomysł...
Teraz, zagryzając wargi do krwi, próbuję iść w stronę, z której dociera tu, do szatni, lodowate powietrze. Moje ciało kurczy się z zimna. Przesuwam dłonie po metalowych kratach. Boksy w ciemnej szatni są zamknięte na kłódki i wszystkie są puste, ale wpada tu trochę światła z zewnątrz. To siny blask, który rzucają latarnie na boisku. Tylko dwie, bo oszczędzają prąd w tej starej szkole, która stała się dla mnie pułapką. Moje dawne liceum na obrzeżach Wilczego Kamienia. Miejsce, które do tej pory wspominałam ze wzruszeniem... Ja, dawna prymuska, laureatka olimpiad językowych, ulubienica nauczycieli, zawsze grzeczna i perfekcyjnie przygotowana do lekcji, dałam się namówić i tu wróciłam. Tyle osób pisało na naszej zamkniętej grupie, że musimy się spotkać dwadzieścia lat po maturze, że to najlepsza okazja do wspomnień... bo nasza klasa była zgrana, cr?me de la cr?me, jak mówiła Rugniewska, nasza wychowawczyni.
Śmiertelnie przerażona i przemarznięta robię kolejny krok do przodu. W szkolnej szatni jest zimno jak w chłodni. Mam wrażenie, że łzy zamarzają mi na lodowatych policzkach. Próbuję myśleć logicznie, ale uderzenie w głowę sprawiło, że niektórych detali dzisiejszego wieczoru w ogóle nie pamiętam! Tylko marzę, żeby stąd uciec, zniknąć... ze starego ceglanego budynku, w którym czai się człowiek, który chce mnie zabić! Kim jest? Dlaczego?
Mówili, że szkoła jest pusta i będziemy tu sami. Ten wieczór miał wyglądać zupełnie inaczej! Najpierw elegancka kolacja absolwentów liceum w Wilczym Kamieniu. Ktoś, już nie pamiętam kto, zarezerwował nam salę w jedynym zajeździe na rynku, a po kilku godzinach biesiadowania ktoś zaproponował nocne odwiedziny w naszej starej szkole...
Kto wpadł na ten pomysł? Kto nam powiedział, że łatwo tu wejść, bo alarm jest wyłączony? Dyrekcja mocno oszczędza na rachunkach za prąd, dlatego boisko oświetlają tylko dwie latarnie. A dozorca? Czy tu jest?! To on mnie uderzył? Obserwował nas? Obserwuje mnie?
Łzy zalewają mi oczy, strach narasta. Robię kolejne dwa kroki i odwracam się przez ramię. Cisza... Żadnego szmeru, żadnego drgania powietrza. Jeżeli on tu jest, to obserwuje mnie w ciemnościach... Powinnam mówić do niego? Błagać?! Tłumaczyć? Przecież nie chcieliśmy nic ukraść!
Chcieliśmy tylko wejść do naszego liceum po dwudziestu latach od matury.
Chcieliśmy przywołać wspomnienia...
Teraz czuję, że nie powinniśmy tego robić...
DANIEL
14 listopada, godz. 23.45, piątekWILCZY KAMIEŃ
Spoglądam na nowoczesny zegar zawieszony na białej ścianie w pokoju nauczycielskim. Zbliża się północ. Prawie nie słyszę własnych myśli. Nie tylko przez wódę, która sprawiła, że wszystko zajebiście mnie bawi. Śmieję się do siebie nawet wtedy, gdy oni przestają rechotać. Muzyka z włączonego niemal na full radia także poprawia mi humor. Chwiejnie wstaję od stołu konferencyjnego. Trzymając się parapetu, podchodzę do nowoczesnego odbiornika stojącego na jednym z regałów i podkręcam muzę na full - lecą przeboje disco polo. To sprzęt nauczycielki angielskiego. Wiem, że nie powinienem grzebać w jej szafce, ale przecież za chwilę wszystko wróci na miejsce. Wykonując dziwaczne ruchy w rytm muzyki, wracam na swoje krzesło.
Cała ta sytuacja wywołuje u mnie napad histerycznego śmiechu. Dlaczego? To proste. Dwadzieścia lat temu zdawałem w tym liceum maturę, a teraz od ponad dwóch miesięcy uczę tu plastyki. Byłem jednym z najgorszych uczniów w klasie, a częste wizyty w pokoju nauczycielskim przyprawiały mnie o palpitacje serca.
A teraz mam tu swoje stałe miejsce i szafkę z własnym nazwiskiem. Dzieciaki mówią do mnie "panie profesorze", a ja... wciąż nie dowierzam, że wróciłem na stare śmieci. Teraz jako nauczyciel. Ale nie miałem wyjścia. Niemal rok temu zjawiłem się w rodzinnym domu w Wilczym Kamieniu spłukany i zadłużony. Starzy nie komentowali tego, bo i po co, skoro od początku wiedzieli, że tak będzie, gdy postanowiłem zdawać na Akademię Sztuk Pięknych. Od razu czuli, że nie znajdę kupców na moje obrazy, a żadna licząca się galeria nie będzie chciała ich u siebie wystawiać. Są makabryczne, to niezdarne małpowanie Beksińskiego, jak przeczytałem w recenzji z jednej z nielicznych zbiorowych wystaw, w których udało mi się wziąć udział. Potem było jeszcze gorzej. Robienie portretów na zamówienie w ogóle mi nie wychodziło, bo zawsze w fizjonomii modela czy modelki wyłapywałem szczegół, który na moim obrazie przemieniał się w makabreskę wzbudzającą obrzydzenie.
- Polewamy jeszcze raz? Gdzie Milena?
- W kiblu! - odpowiadam Patrykowi, z trudem tłumiąc napad śmiechu.
- Tak długo?
- Wiesz, jakie są baby! Pewnie poprawia makijaż!
- Ale po co? - Patryk z trudem tłumi czkawkę.
Ciągle jest niemożliwie przystojny. Na takich teraz mówią "kocur". Gęste włosy, wysoki, umięśniony, zawsze opalony. Wiele lat temu chodziły słuchy, że przestał być prawiczkiem w wieku trzynastu lat. Zrobił to z kobietą niemal trzydziestoletnią. Wszyscy ją znali w Wilczym Kamieniu, bo pracowała w zajeździe na rynku. Sylwia budziła pożądanie u większości facetów z miasteczka. Dziś zobaczyłem ją po latach. Tęga, cycata, z czarnymi włosami spiętymi w niedbały kok. I te siwe odrosty. Obrzydliwe. Ile Sylwia ma lat? Z pięćdziesiąt pięć chyba...
Dziś wieczorem Patryk nie zwracał na nią specjalnej uwagi. Sylwia obserwowała naszą ósemkę zza baru, co jakiś czas wysyłając chudą ukraińską kelnerkę, żeby nas obsługiwała. Szkoda, że na nasze spotkanie absolwentów dwadzieścia lat po maturze przyjechało tylko osiem osób. Pięć babek i trzech facetów. Wśród nich ja. Jedyny, który z tej ósemki wrócił na stałe do Wilczego Kamienia. Robiłem dobrą minę do złej gry. Tłumaczyłem, że muszę zajmować się starymi, że ich chałupa się sypie i dlatego znów tu zamieszkałem po latach i znalazłem pracę w naszym dawnym liceum.
- Gdzie Milena? Nie ma jej już z godzinę! - Patryk podsuwa mi szklankę do połowy wypełnioną wódą.
To nauczycielskie naczynia. Wanda Osa, dyrektorka liceum imienia Edwarda Stachury, bardzo dba o pracowników. W pokoju nauczycielskim mamy świetny ekspres, bo przecież wiadomo, że bez codziennej kawy jesteśmy jak zombie. Lubię Osę, bo zatrudniła mnie, mimo że nie mam przygotowania pedagogicznego. Skończyłem Wydział Malarstwa. To jej pewnie zaimponowało, no i obiecałem zrobić kursik pedagogiczny online. Dostałem dużo godzin, bo roztoczyłem przed nią wizję wielu artystycznych zajęć pozalekcyjnych. Malarstwo. Rysunek. Historia sztuki. Nie dodałem, że mam straszne długi i muszę je spłacić.
- Gdzie Milena? Może zwiała po angielsku, bo nasze towarzystwo jej nie pasuje? - mamrocze Patryk.
Rozglądamy się po wielkim pokoju nauczycielskim. Mam wrażenie, że zarówno ja, jak i tych dwóch facetów, z którymi teraz piję, czujemy się dziwnie nieswojo. Dobiegamy czterdziestki i chlając w dawnej szkole w pokoju nauczycielskim, do którego kiedyś nie mieliśmy wstępu, czujemy się znowu jak gówniarze, którzy srali ze strachu przed lekcją matematyki.
- Poszukam jej! Może zabłądziła?
- Nagle nasza Milenka ma demencję? Tu się nic nie zmieniło przez dwadzieścia lat! - rechocze Wiktor.
Nagle milknie i wyciera usta krawatem poluzowanym na owłosionej szyi. On jako jedyny z nas zapuścił brodę. Wygląda jak spasiony pięćdziesięciolatek. Wiem, że ma troje nastoletnich dzieci i jest w trakcie rozwodu. Dwa razy zbankrutował i podniósł się jak feniks z popiołów. Po tych wszystkich przejściach pojawiły mu się siwe włosy i duża nadwaga. Tak nam to tłumaczył podczas pijackiego monologu jeszcze godzinę temu w Zajeździe Wilcze Jadło na rynku.
- Milena uciekła... po angielsku... zwiała. Prawie nie odzywała się przez cały wieczór. Nudzimy ją.
- Zawsze była nieśmiała - przerywam Patrykowi, idąc chwiejnie w stronę drzwi. - Dzwoniłem do niej przed chwilą. Ma zablokowaną pocztę głosową. Sprawdzę, co się dzieje.
Otwieram drzwi na tonący w ciemnościach korytarz i mrugam nerwowo. Mam wrażenie, że spowija go szara mgła osiadająca na dekoracjach zawieszonych na ścianach i na oszklonych gablotach ze zdjęciami z balów maturalnych. Foty z naszego są na końcu korytarza przy zejściu do szatni. Oglądałem sobie te zdjęcia ostatnio podczas nudnych dyżurów na przerwach. Do matury dotrwało dwadzieścia jeden osób, a dziś świętowaliśmy tylko w ósemkę. Ludzie rozjechali się po Polsce i po całym świecie.
- Idziesz po nią? Nudno się robi! - drze się Wiktor.
Zaczynam nerwowo szukać włącznika światła na korytarzu. Znajduję, ale nie działa. Próbuję sobie przypomnieć, czy włączyłem je, gdy weszliśmy tu od strony sali gimnastycznej? Mój zmącony alkoholem umysł ledwo łączy fakty. Kazałem im świecić sobie telefonami, bo bałem się, że ktoś zobaczy od ulicy ostre światło na korytarzu. Co mi odbiło, że zaproponowałem im dalsze chlanie w dawnej szkole? Kto mi podsunął tak poroniony pomysł? Chciałem im zaimponować, że tu uczę i mam klucze do bramy i do głównego wejścia? Czasem przyłażę tu przed lekcjami i wieszam na ścianach dekoracje zrobione na kółku plastycznym. Gdyby nie wóda, to w ogóle nie wpadłbym na taki pomysł. Wiktor i Patryk, jeszcze bardziej pijani niż ja, uznali, że jest genialny. Dziewczyny nie były tak entuzjastycznie nastawione. Laski, które przyjechały tu samochodem z Warszawy, uznały, że pomysł jest idiotyczny. Były trzeźwe, sztywne i gadały mało. A jeżeli już, to o dzieciach. A jest to temat dla mnie koszmarnie nudny, bo sam ich nie posiadam i pewnie mieć nie będę.
Mój ostatni związek zakończył się właśnie przez dziecko. Nie przez moje. Julia miała sześcioletniego syna, którym musiałem się zajmować, gdy ona robiła karierę w korpo. Uważała, że to zupełnie naturalne, bo mieszkaliśmy u niej i prawie za wszystko płaciła. No i miałem mnóstwo wolnego czasu. Chwaliła się znajomym, że związała się z artystą malarzem. Chciała mi nawet wynająć pracownię. Ale warunek był jeden. Codzienna opieka nad jej sześciolatkiem, małym i wrednym Felusiem, który opowiadał jej z satysfakcją o wszystkich moich wpadkach. Doniósł jej, że palę na balkonie, co było zabronione, że karmię go popołudniami pizzą z supermarketu, zamiast odgrzewać wegańskie zupki, które zostawiała w lodówce. Wylewałem je do kibla. Jej synek był bystry. Nienawidził mnie i nie chciał spędzać ze mną czasu. Wciąż gadał o swoim tatusiu, którego widywał cholernie rzadko. A ja byłem tym frajerem, który zajmował czas i serce jego mamusi. No i używałem jej karty kredytowej. Mały umiał liczyć i z satysfakcją donosił jej, ile wydałem. Jątrzył, skarżył się na mnie. Chociaż na początku starałem się z nim zaprzyjaźnić. Do czasu.
Gdy zaczął mówić Julii, że śmierdzę i dziwnie na niego patrzę, uświadomiłem sobie, że niedługo ten mały gnojek oskarży mnie o coś naprawdę poważnego. Wściekły jak cholera zostawiłem go u zaprzyjaźnionej sąsiadki piętro niżej. Spakowałem trochę rzeczy i napisałem Julii, że muszę jechać do rodzinnego domu w Wilczym Kamieniu, bo stan ojca się pogorszył. To było kłamstwo i moja dziewczyna to wyczuła. Ale nie błagała, żebym wrócił, ani nie zapytała, czy może potrzebuję jej pomocy. Napisała tylko, że zablokowała mi kartę do jej konta, a resztę moich rzeczy odeśle mi przez kuriera do Wilczego Kamienia. I dodała, że jestem nieodpowiedzialnym, zakłamanym skurwysynem. Miała rację. To ona była samcem alfa w naszym związku. Konkretna, władcza, zarabiająca tyle, że kredyt na wypasione mieszkanie spłaciła w osiem lat. Ja miałem określone zadanie, na którym poległem. Jeszcze zanim to wszystko się spieprzyło, podsłuchałem, jak na imprezie u znajomych dowcipkuje z jedną z psiapsiółek z korpo, że niedługo mi się oświadczy. Bo sprawdzam się w łóżku i wreszcie jej mały Feluś ma męski wzór do naśladowania. Czyli faceta, który w fartuszku robi przetwory i przejmuje kobiece role w domu. Owszem, próbowałem, jednak poległem na całej linii. Dzięki związkowi z nią spłaciłem trochę długów, o czym nie wiedziała. To była moja mała tajemnica, ale czułem się z nią fatalnie. Dlatego uciekłem.
Przez kilka tygodni tęskniłem za jej sprężystym, opalonym ciałem, a raz nawet zastanawiałem się, czy nie błagać jej o przebaczenie i nie spróbować wrócić. Ale szybko mi przeszło, gdy odkryłem na jej profilu na portalu społecznościowym nowe zdjęcie. Ona, mały Feluś i sympatyczny brodacz. Cała trójka na Malediwach. Udowodniła sobie... i mnie... że chociaż ją rzuciłem, a właściwie od niej uciekłem, to znalezienie mojego następcy nie było żadnym problemem.
Dziś przy kolacji w Wilczym Jadle nawet nie wspomniałem o moim związku z Julią, chociaż pojawił się taki temat przy deserze, czyli przechwalanie się mężami, żonami, dziećmi i pokazywanie ich zdjęć w telefonach. Tylko ja milczałem. Siedząca obok mnie Milena podsunęła mi pod nos ekran ze zdjęciem męża i synka.
- Piękni wy! I szczęśliwi, co?
I wtedy nagle wpadł mi do głowy ten pomysł. Szalony. Debilny. Głupi.
- Zaraz zamykają tę knajpę, ale możemy uczcić dwudziestolecie naszej matury w miejscu, które naprawdę na to zasługuje!
- Czyli gdzie? To jedyny lokal w mieście. Tu nic więcej nie ma!
Zasypali mnie pytaniami. Nasze dawne koleżanki stwierdziły, że i tak się już zbierają, bo jest późno i muszą w miarę szybko dojechać do Warszawy.
W końcu w Zajeździe Wilcze Jadło zostaliśmy tylko my we trzech i Milena. Jej starzy mieszkają pięćdziesiąt kilometrów od Wilczego Kamienia, w Jędrychowie. Wspomniała, że ojciec po nią przyjedzie. Gdy uczyła się w naszym liceum, mieszkała u siostry swojej matki. Pamiętam ten dom w Wilczym Kamieniu.
Na spotkanie absolwentów Milena założyła wieczorową sukienkę z gorsetem na ramiączkach. Reszta dziewczyn wybrała eleganckie ciuchy, ale bez szału. Żadnych seksownych dekoltów, żadnych krótkich kiecek. Garsonki, białe bluzki, pantofle na grubych podeszwach. Jakby przyszły na spotkanie pracownic banku. Gdy gadały, chichocząc między sobą, lustrowałem ich podwójne podbródki i zmarszczki wokół oczu. Tylko Milena niemal się nie zmieniła. Wdychałem zapach jej cytrynowych perfum i wsłuchiwałem się w tembr jej głosu. Dwadzieścia lat temu nie zwracałem na nią uwagi. Była prymuską, a przy tym szarą myszką. Niską, długowłosą, ukrywającą szerokie biodra pod długimi, niemodnymi swetrami.
A teraz z godziny na godzinę wydawała mi się coraz bardziej pociągająca, zwłaszcza że reagowała perlistym śmiechem na moje słabe dowcipy.
- Wizyta w naszym dawnym liceum? Teraz? W nocy?
Przekonałem ją. A także dwóch pozostałych kumpli, Patryka i Wiktora. Cała nasza czwórka weszła tu godzinę temu. Błagałem ich bełkotliwym szeptem, żeby nie zapalali światła ani w szatni, ani na korytarzu. Pozwoliłem im na to dopiero w pokoju nauczycielskim, bo jego okna wychodzą na ceglaną ścianę sąsiedniego budynku, który od dziesięciu lat jest opuszczony, więc nikt nie zobaczy tu światła od ulicy. Wiktor i Patryk wyciągnęli z reklamówek dwie butelki wódki i soki, które kupiliśmy w monopolowym koło restauracji na rynku.
Milena po chwili rzuciła, że idzie do toalety. Minęła prawie godzina i wciąż jej nie ma. Zaczynam trzeźwieć. Za szybami zacina listopadowy deszcz. Moja elegancka koszula lepi się od potu. Ostrożnie robię kilka kroków.
- Milena? Gdzie jesteś? Wracaj do nas! Tęsknimy!
Gdy odpowiada mi cisza, dziwny niepokój wkrada mi się do serca. Świecę sobie telefonem, omiatając sinym światłem ciemny korytarz i ozdobione dekoracjami ściany. Niedawno był Dzień Niepodległości. Flagi, gigantyczny orzeł ze styropianu. Coś niepokoi mnie coraz mocniej. Jeszcze jeden krok.
- Milena?
Gigantyczny biały orzeł jest mocno przekrzywiony. Pamiętam, jak go sprytnie montowałem, żeby uczniowie nie mogli do niego dosięgnąć. Pożyczyłem drabinę od ciecia. Żalił się, że dyrektorka obcięła mu godziny i już nie nocuje w szkole tak jak kiedyś. Od lat miał tu przytulny kantorek. Dyrektorka wynajęła agencję ochrony, ale zaczną robotę dopiero od nowego roku. Jakoś zakodowałem to sobie w głowie. Moje dawne liceum niepilnowane przez nikogo... stara buda, do której mam klucze...
Dlaczego nie ożywić dawnych wspomnień? Dlaczego nie uczcić pamięci naszej wychowawczyni Olgi Rugniewskiej, która była najbardziej znienawidzoną nauczycielką w tej szkole... Słynna Ruga...
- Milena, przestań się wygłupiać! Gdzie jesteś? - Robię kolejny krok i nerwowo oświetlam korytarz telefonem, w którym bateria za chwilę padnie. - Milena! To nie jest śmieszne! Wracaj do nas!
Cisza. I po chwili jakiś szmer za moimi plecami. Odwracam się gwałtownie i wytężam zmęczone oczy krótkowidza. Może to gałąź uderzyła w parapet? Drzewa za oknami wyginają się od wiatru. Jeszcze raz oświetlam gigantycznego orła z białego styropianu, który wisi nie tak, jak powinien. Za nisko i jest nienaturalnie przekrzywiony.
- Milena!
Na białym skrzydle dostrzegam kilka intensywnie czerwonych plam, które lśnią tuż przed moją twarzą. Co to jest? To krew?
Serce łomocze mi jak szalone. Zaczynam biec przez spowity mrokiem korytarz w stronę szatni. Tuż przy schodach potykam się o duży kształt i niemal tracę równowagę. W ostatniej sekundzie opieram się dłonią o ścianę. Jestem już trzeźwy i śmiertelnie przerażony.
- Milena?!
Poznaję jej białe, piękne ramiona i misterny kok, który trzy godziny temu mnie zdumiał, bo nikt już tak się nie czesze. Teraz, rozplątany i zlepiony krwią tuż nad szyją, wygląda jak gigantyczna, wroga narośl. Chwytam powietrze jak ryba wyjęta z wody. Boję się dotknąć jej szyi, bo spływa po niej krew. Czerwony strumień toruje sobie drogę pomiędzy nagimi łopatkami, wpełza pod czarny gorset, wypływa z uszu...
PATRYK
15 listopada, godz. 0.12, sobotaWILCZY KAMIEŃ
Czas pograł z Sylwią okrutnie, bezlitośnie i złośliwie. Obserwowałem ją dyskretnie w Zajeździe Wilcze Jadło, który teraz należy do niej. Nie widziałem najmniejszego śladu jej dawnej urody. I to wyzwalało bezsensowny ból. Jakby Sylwia nie miała prawa się zestarzeć. Obwisłe ogromne piersi, sterczący pękaty brzuch, nalany tłusty kark, wory pod oczami, siwizna na skroniach. Tak wygląda kobieta, w której kochałem się jako nastolatek i z którą spotykałem się potajemnie przez kilka lat.
Zwróciła na mnie uwagę, gdy jako trzynastolatek próbowałem zamówić piwo w restauracji, w której pracowała. Była to jedyna knajpa w naszej małej mieścinie, a Sylwia pracowała tam jako barmanka. Jej seksowna figura pobudzała wyobraźnię, a ona sama stała się obiektem plotek oraz zawiści dewotek w Wilczym Kamieniu.
Po pierwsze dlatego, że była obca. Zjawiła się w naszej miejscowości, gdy miałem dwanaście lat, i na gwałt szukała roboty. Dobiegająca trzydziestki i mówiąca z dziwnym zaśpiewem, nie wzbudzała zaufania. W końcu dostała pracę w restauracji, bo jej właściciel, stary Ludwik Miastowy, zadurzył się w niej od pierwszego spojrzenia. Był wdowcem od siedmiu lat, jego syn wyprowadził się do Niemiec. Miastowy sam gotował i zajmował się dostawami, ale szło mu coraz gorzej. W restauracji śmierdziało spalonym tłuszczem, obrusy lepiły się z brudu, a do niemytych dawno okien przyklejały się muchy i pająki. Stary Ludwik był skąpy i dlatego nie zatrudniał ani kucharek, ani sprzątaczek. Kiedyś gotował nieźle, bo skończył gastronomik w Krakowie, ale po śmierci żony podupadł na zdrowiu i nie ogarniał już ani restauracji, ani swojego życia.
I wtedy zjawiła się Sylwia z podniszczoną walizką. Wysoka, biuściasta, z czarnym warkoczem do pasa. Zagadała go taka pewna siebie, szczebiotliwa i zalotna.
Pamiętam ten moment. Z dwoma kumplami, Wiktorem i Danielem, zamówiliśmy Colę i lody, skrupulatnie odliczając kasę dla starego Ludwika. Byliśmy jedynymi gośćmi w zajeździe. Rozsiedliśmy się tuż przy wielkim oknie zasnutym pajęczynami. Panował tu przyjemny chłód, bo na dworze był upał. Spaleni słońcem piegowaci gówniarze. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Gapiłem się na Sylwię jak zaczarowany, gdy weszła do środka, a Stary Ludwik o mało nie upuścił szklanki, którą pucował za barem. Sylwia rozejrzała się z promiennym uśmiechem i podeszła do niego, kołysząc biodrami. Ubrana była w opiętą czarną sukienkę w czerwone wielkie kwiaty. Rozkwitały na jej pośladkach, na pełnych udach i pod piersiami. Pamiętam niebieskie cienie na jej powiekach i mocno uróżowane policzki. Nie miałem pojęcia, że jeszcze dziesięć minut wcześniej płakała na rynku, bo nigdzie nie chcieli dać jej roboty. Możliwe, że miejscowych zaszokował jej niemal cyrkowy makijaż, no i ta bezczelna pewność siebie.
Jeszcze chwilę temu szła przez rynek, dźwigając podniszczoną walizkę, a dwie staruchy splunęły jej pod nogi i zrobiły znak krzyża. Udawała, że tego nie widzi. Opowiedziała mi o tym dwa lata później. Gdy weszła do restauracji starego Ludwika i zobaczyłem ją pierwszy raz w życiu, nie miałem pojęcia, że jest tak zdesperowana i bez grosza. Wydała mi się boginią. Jej uśmiech obiecywał wszystko.
Oszołomiony jej urodą nie słuchałem kumpli, którzy wygłupiali się, robiąc zawody w głośnym siorbaniu lemoniady. Świat przestał istnieć. Była tylko Sylwia i jej melodyjny głos. Zagadała starego Ludwika, który na początku próbował ją przekonać, że nie potrzebuje nikogo do pomocy. Ale słabo się opierał, gdy tylko dotknęła jego spracowanej dłoni.
Gapiłem się na jej pośladki i świat zatrzymał się na moment. Potem stary Ludwik odłożył szklankę na blat brudnego baru, wziął jej walizkę i ruszył drewnianymi schodami na górę. Tam były wolne pokoje, które czasem wynajmował robolom z firm remontowych.
Wszystko się zmieniło, gdy Sylwia zaczęła pracę w Restauracji Miastowa. Pojawiły się nowe obrusy i odświeżona karta dań, a pokoje dla robotników nad knajpą zmieniła na zajazd. Sama wymyśliła nową nazwę - Zajazd Wilcze Jadło. Już nie Restauracja Miastowa od nazwiska właściciela, którego zresztą, ku mojej rozpaczy, poślubiła rok później.
W kościele na rynku prawie nikogo nie było, bo nowożeńcy wybrali sobie piątek na dzień ceremonii. Pewnie z inicjatywy Sylwii, która nie chciała kłuć w oczy miejscowych dewotek. Przecież była młodsza od pana młodego o trzydzieści siedem lat, a one dobrze znały jego zmarłą żonę. O ceremonii dowiedziałem się od rodziców godzinę przed jej rozpoczęciem. Matka śmiała się ze starego Ludwika, że mu odbiło na starość. Ojciec rechotał, że wszyscy w Wilczym Kamieniu zazdroszczą mu ładnej i cycatej żony, za co dostał od matki ścierką w ramię. Zerwałem się od stołu, chociaż skręcało mnie z głodu. Zostawiłem niedojedzonego kurczaka i pognałem przez rynek z sercem krwawiącym z bólu.
Zakochałem się w Sylwii, gdy tylko zobaczyłem ją pierwszy raz. Niemal codziennie ciągnąłem kumpli na lody do Wilczego Jadła. Znałem powiedzonka Sylwii na pamięć, tak jak kolory jej sukienek i zapach jej tanich perfum. W nocy marzyłem o jej śniadym ciele, o jej potężnych piersiach. I oczywiście ukrywałem to przed kumplami. Razem z nimi kpiłem z niej głośno i robiłem głupie żarty. Raz przynieśliśmy kilka żab do Wilczego Jadła i rzucaliśmy nimi w Sylwię, gdy krzątała się za barem. Nie wściekła się, nie piszczała, tylko prychnęła gniewnie i delikatnie pozbierała żaby na ścierki. Niektóre przykryła żeliwnym garnkiem, żeby nie uciekły, i wyniosła je do zapuszczonego ogrodu na tyłach zajazdu.
Gdy wróciła na salę, powiedziała nam, że mamy szlaban na miesiąc. Nie będziemy tu wpuszczani i nie będziemy obsługiwani. Koniec dyskusji.
- Ale pani w ogóle nie ma prawa! - wrzasnął Wiktor.
Zaśmiała mu się w twarz i odparowała:
- To nie miejsce dla gówniarzy! Jak będzie trzeba, to pójdę do waszej dyrektorki i powiem, że podpijacie mi alkohol, jak idę na zaplecze. Będziecie mieli szlaban nie na miesiąc, ale do osiemnastych urodzin! A teraz już, wypierdalać stąd, gnoje!
Ze złośliwym uśmiechem stanęła przy drzwiach, obserwując, jak błyskawicznie zrywamy się z podniszczonych krzeseł upaprani lodami, które właśnie pochłanialiśmy, a także wściekli, upokorzeni i zafascynowani tą niesamowitą kobietą. Była skrzyżowaniem i bogini, i wiedźmy. Wysoka jak niejeden facet i cholernie władcza. Sprytna i bezczelna. Pamiętam jej złote koła w uszach i różową bluzkę związaną w talii, bo był upał.
- Pierdolnięta gruba krowa! - wrzasnął w jej stronę Wiktor, gdy już byliśmy na rynku skąpanym w promieniach majowego słońca.
- Nie przyłazić mi tu, gnojki! Do przedszkola się bawić! Albo nad jezioro, skoro was żabki rajcują! Gówniarzeria, won mi stąd! - Sylwia błyskawicznie zamknęła dwuskrzydłowe szklane drzwi do zajazdu.
Upokorzony Wiktor rzucił w nie waflem po lodach. Ale nie trafił. Rozkwasił się na płytach chodnikowych. Staliśmy z Danielem obok niego, wciąż nie rozumiejąc, co się tak naprawdę stało. Sylwia jeszcze nigdy nie wywaliła nas z zajazdu w tak brutalny sposób. Przecież robiliśmy gorsze rzeczy. Na przykład zbieraliśmy pety z popielniczek i robiliśmy z nich obrzydliwe wzory na białych obrusach. Albo gdy wychodziła na chwilę na zaplecze, sikaliśmy na purpurowe, wypłowiałe zasłony i błyskawicznie zapinaliśmy rozporki, gdy wracała na salę.
Potem, gdy ją lepiej poznałem, uświadomiłem sobie, że z tymi żabami chodziło o coś więcej. W jej oczach męczyliśmy niewinne stworzenia. Sylwia nie lubiła ludzi, ale kochała zwierzęta. Jej stary i ledwo łażący mąż przymykał oko na liczne koty w ich ogrodzie na tyłach zajazdu. Na dwa kulejące bezdomne kundle, które przygarnęła. Miała też króliki, kury i koguta. Gdy stary Ludwik Miastowy przebąkiwał coś, że jej pupilek będzie dobry na rosół, Sylwia publicznie kazała mu się zamknąć. Ludzie się z niego śmiali, ale także mu zazdrościli. Bo jego żona nie dość, że atrakcyjna, to jeszcze była dobra w interesach. Prowadziła kuchnię w Zajeździe Wilcze Jadło. Wywalała kucharki, które się leniły albo gotowały nie tak, jak chciała. Sylwia ceniła prostą, tanią kuchnię. Potrafiła upichcić coś niemal z niczego. Jej żarcie rozpływało się w ustach, pachniało smakowicie. Karta dań była skromna, ale zmieniała się wraz z porami roku. W zajeździe błyszczały pomalowane ściany, do pokoi wstawiono nowe tapczany z wygodnymi materacami. Pamiętam... bo przetestowałem jeden z nich, gdy miałem niecałe czternaście lat. To było niemal rok po aferze z żabami.
Pamiętam jak dziś żółknącą tapetę w esy-floresy, lilie, flamingi i zupełnie nagą Sylwię pochylającą się nade mną i gmerającą przy moim rozporku. Tego obrazu nigdy nie zapomnę. Jej potężne, śniade piersi z wielkimi, ciemnymi brodawkami, jej skóra z kropelkami potu błyszczącymi na pępku, jej włosy pod pachami, które pachniały jak najpiękniejsze kwiaty. A to był tylko najtańszy dezodorant sprowadzany z Niemiec.
Sylwia ujeżdżała mnie, prawiczka, z jakąś niezwykłą zaciętością. Czułem i rozkosz, i ból. Próbowałem jej dotykać, ale mi zabroniła. Leżałem na wąskim nowym tapczanie w jednym z pokoi w Zajeździe Wilcze Jadło półprzytomny z pożądania i szoku, bo przecież wcześniej nie zwracała na mnie specjalnej uwagi.
Aż wreszcie po dwóch miesiącach wakacji u wujka w Bieszczadach zajrzałem do pustego zajazdu i dostrzegłem ją za barem.
- Jak ty urosłeś, Patryk! - przywitała mnie z uśmiechem. - Jesteś już wyższy ode mnie!
- No.
Tylko to byłem w stanie z siebie wykrztusić, gdy postawiła przede mną szklankę z ulubioną lemoniadą. Wściekałem się, że mam mutację, i dlatego mówiłem jeszcze mniej niż zwykle. Ale Sylwii to nie przeszkadzało.
- Muszę coś przesunąć w jednym z pokoi na górze, ale mam za mało siły. Pomyślałam, że mógłbyś mi pomóc. Przecież jesteś już mężczyzną, prawda?
- No.
Poszedłem za nią drewnianymi schodami na górę. Tu panował półmrok. Było duszno. Drzwi do jednego z pokoi były uchylone. Z drugiego dochodziły dźwięki radia.
- Połóż się na łóżku - rzuciła lekko, jakby chodziło o podlanie kwiatów. - Jutro przyjeżdżają goście i jeden facet jest bardzo wysoki. Tak jak ty albo nawet wyższy. Jeśli ten tapczan okaże się za krótki, to wyniesiemy go do innego pokoju i przeniesiemy drugi ze strychu. Są trochę ciężkie, ale ty jesteś silny, prawda?
- No.
Niczego nieświadomy, naiwny jak dziecko we mgle, zrobiłem, co mi kazała. Położyłem się na tapczanie zasłanym miękką pościelą w drobne maki. Specjalnie ułożyłem się tak, żeby nie upaprać prześcieradła brudnymi trampkami. Spojrzałem w jej piwne oczy ozdobione wianuszkiem długich rzęs. Wyciągnąłem się tak, żeby widziała, jakie mam długie nogi. Miałem na sobie dżinsy i pogniecioną koszulkę na ramiączkach. Gdybym wiedział, co będzie dalej, to pewnie ubrałbym się bardziej elegancko. I wziąłbym prysznic przed, bo waliło ode mnie młodzieńczym potem. Nie tylko dlatego, że na dworze panował upał. Także dlatego, że gdy pochyliła się nade mną, zobaczyłem niemal całe jej piersi i natychmiast dostałem erekcji. Zaczerwieniłem się ze wstydu, podniosłem się na łokciu, paliły mnie i uszy, i szyja. A ona tylko zaśmiała się cicho.
- Leż i czekaj tu na mnie. Mam dla ciebie niespodziankę. Musimy uczcić to, że dostałeś się do liceum imienia... kogo?
- Edwarda Stachury.
- Kim on był? Żołnierzem?
- Poetą.
- Pięknie. Poeci są sexy. Nie?
- No.
- Słyszałam, że jesteś w klasie humanistycznej?
- No.
- Dlaczego?
- Bo jestem słaby z matmy.
- Ja też kiedyś byłam kiepska. - Znowu zaśmiała się cicho i poprawiła włosy. - Ale życie mnie nauczyło, że trzeba umieć liczyć, bo inaczej ludzie mogą cię wychujać. Nie jest tak?
- Jest.
- Nie ruszaj się stąd. Mam dla ciebie niespodziankę.
Zostałem sam w pokoju ze ścianami obitymi żółtą tapetą w lilie. Sylwia zniknęła w małej łazience. Zamknęła za sobą częściowo przeszklone drzwi. Widziałem ją za tą grubą szybą, słyszałem szmery. A potem, gdy wyszła z niej całkiem naga... oniemiałem... byłem w raju... byłem poza sobą i swoim ciałem, które płonęło... chciało jej... marzyło o niej. Nigdy nie widziałem w realu tak dużych, pełnych piersi, takiego wcięcia w talii i tak potężnych pośladków. Wszędzie miała pieprzyki. Mimo że była dużą kobietą, to wystawały jej żebra. Taką miała figurę. Jak gitara. Wąska w talii, ale korpulentna. Wysoka, długonoga.
Ten pierwszy raz mi się przypomniał, gdy dziś po południu biesiadowaliśmy w jej Zajeździe Wilcze Jadło. Od śmierci rodziców dziewięć lat temu przestałem bywać w Wilczym Kamieniu. Sprzedałem ich dom i ziemię, poszło błyskawicznie. Ojciec dostał zawału, a matka nie mogła żyć bez niego. Po jego pogrzebie zachorowała na ciężkie zapalenie płuc i już nie wyszła ze szpitala. Miałem wyrzuty sumienia, że odwiedzałem ich tak rzadko. Byli dobrymi, zapracowanymi rodzicami, którzy trochę mnie rozpuścili. Wydawało mi się, że jestem pępkiem świata. W Warszawie dostałem się na archeologię. Marzyłem o podróżach. Dorabiałem w knajpie jako barman. Miałem przecież doświadczenie, bo jako licealista pomagałem w Zajeździe Wilcze Jadło, starannie ukrywając przed światem mój romans z Sylwią. Tylko dwóch kumpli wiedziało. Wiktor i Daniel. Byliśmy jak trzej muszkieterowie.
Po sprzedaży domu po starych zniknąłem na dziewięć lat. Nie przyjeżdżałem do Wilczego Kamienia, bo nie miałem w tym żadnego interesu, i niemal zapomniałem o Sylwii. Nigdy nie pisaliśmy do siebie i nie dzwoniliśmy. Dowiedziałem się od kumpli, że trzy lata temu pochowała męża. Stary Ludwik zmarł w prywatnym domu starców. Nie napisałem i nie zadzwoniłem do niej, bo nie wiedziałem, co powiedzieć. Między nami zawsze było mało słów. A jeżeli były, to ona mówiła, a ja słuchałem. Wiedziała od początku, że nigdy nie możemy być ze sobą na poważnie, przecież jest ode mnie starsza o szesnaście lat. Za rok stuknie mi czterdziestka.
Dziś po południu wystrojony w modny garnitur zjawiłem się w restauracji jej Zajazdu Wilcze Jadło, żeby spotkać się z kilkoma osobami z dawnej klasy z okazji dwudziestolecia matury. To nie ja wymyśliłem to spotkanie. I nie ja wybrałem to miejsce. Chociaż właściwie nie mieliśmy wyjścia, bo w Wilczym Kamieniu nie ma innej restauracji. Tylko ten przybytek na rynku prowadzony od lat przez Sylwię Miastową.
Zszokowała mnie jej dramatyczna utrata urody. Ale dziewięć lat to kawał czasu. Ja także zaczynam siwieć. Na szczęście nie zapuściłem się jak nasz Wiktor, który waży niemal dwa razy tyle jak w chwili, gdy zdawał maturę dwadzieścia lat temu.
Polewam sobie wódy rozparty na jednym z krzeseł w pokoju nauczycielskim w moim dawnym liceum i wciąż myślę o Sylwii. Dziś udawała, że mnie nie zna, gdy rzuciłem w jej stronę gromkie "dzień dobry". Wiktor i Daniel oczywiście posyłali mi znaczące spojrzenia, ale potem o niej zapomnieli, bo zjawiły się nasze dawne koleżanki z klasy. Zwłaszcza pojawienie się Mileny wzbudziło spore poruszenie. Wygląda o niebo lepiej niż w czasach, gdy była maturzystką. Wtedy nie malowała się i nosiła okulary. I jeszcze ta śmieszna fryzurka na pazia. A teraz proszę... niezła figura, włosy do pasa i ta czarna wieczorowa sukienka na ramiączkach. Wystroiła się jak na bal sylwestrowy. Gapiłem się na nią i komplementowałem głośno, bo szybko się upiłem. Nagle dostrzegłem spojrzenie Sylwii, która obserwowała nas za barem. Spuściłem wzrok, na moment straciłem rezon. Wyglądała jak starsza pani. Ramiona owinięte szalem, siwizna na skroniach, obwisła skóra na powiekach, dwa podbródki. Coś ścisnęło mnie w gardle. Jakaś potworna złość, że dawnej Sylwii już nie ma i nigdy nie będzie. Daniel wynajął mi pokój w jej zajeździe, bo przecież nie mogłem prowadzić po pijaku. Zostawiłem tam tylko walizkę. To on dał mi klucze, nie ona.
Poznałem ten pokój od razu. Wybrała dla mnie ten, w którym przestałem być prawiczkiem. Straszyła w nim ta sama tapeta. Tylko meble były inne. Zostawiłem małą walizkę tuż pod oknem i zbiegłem do nich do restauracji. Nie chciałem tych wspomnień. Wiedziałem, że na trzeźwo ich nie zniosę. Potem, pod koniec naszej kolacji, Daniel zaproponował, żebyśmy pobiesiadowali w naszym dawnym liceum. Byłem tak schlany, że wydało mi się to całkiem zabawne, zwłaszcza że Milena też ten pomysł podchwyciła. Przez cały wieczór siedziałem obok niej. Gdy nasze cztery dawne koleżanki postanowiły wracać samochodami do Warszawy, a Milena jednak z nami została, to objąłem ją spontanicznie ramieniem. Podobała mi się coraz bardziej.
Domyślam się, że kręci mnie właśnie to, że Milena jest mężatką. Zawsze wybieram kobiety z obrączkami na palcu. Zaczęło się od Sylwii... Taka skaza faceta, który od lat jest w podróży i z tego żyje. Piszę książki o podróżach, prowadzę podcast. Zapewne pomaga mi pseudochłopięca uroda, bo dostaję miłosne wiadomości, także od gejów. Znowu myślę o Sylwii... w każdej z kobiet szukałem właśnie jej. Porównywałem ich piersi, skórę, głos i ich łóżkowe umiejętności. To ostatnie było największym atutem Sylwii. Żadna z nich nie potrafiła tego, co ona... co moja pierwsza kobieta, o której nie mogę zapomnieć, chociaż bardzo bym chciał.
Widzę teraz, jak w pokoju nauczycielskim Wiktor rzyga do wielkiej donicy z uschniętą palmą. Odwracam wzrok. Jest jeszcze bardziej pijany niż ja. Co my tu robimy? Co to za posrany pomysł, żeby tu wejść? Jakbyśmy mieli znowu po dwanaście lat, a nie dobiegali czterdziestki! Gdzie Milena? Gdzie Daniel, który poszedł jej szukać dwadzieścia minut temu?
Nieporadnie wstaję z obitego zielonym pluszem krzesła. Za oknami ciemność, jakby ktoś nagle wygasił latarnie oświetlające boisko. Gdy tu weszliśmy, widać było sine światło na zewnątrz, nowe bramki, siatki. Teraz nie ma nic. Tylko deszcz coraz głośniej bębni o szyby.
- Gdzie Milena? Gdzie Daniel?
Wiktor nie odpowiada. Wyciera brodę rękawem eleganckiej koszuli. Spoglądam z odrazą na flachy z wódą stojące na stole, na brudne ślady na zielonej wykładzinie. Daniel będzie miał kłopoty, gdy ktoś odkryje, że nas tu przyprowadził. Przeszłość najwyraźniej nie chce... żeby ją budzić, żeby do niej wracać.
Otwieram szeroko drzwi na korytarz. I nagle niemal zderzam się z nim. Daniel ma przerażone oczy, plamy krwi na koszuli. Nie może złapać tchu.
- Co się dzieje?!
- Jezu... chodź ze mną... chodź... musimy jej pomóc...
Rozumiem co drugie jego słowo, gdy biegniemy przez tonący w mroku korytarz.