Indyjska droga
Polska ma trzydzieści siedem milionów obywateli i to plasuje nas w czołówce Europy. Ileż razy liczymy, pokazując na palcach dłoni, że Czesi, Litwini, Łotysze, Estończycy i Węgrzy razem wzięci są i tak mniejszą siłą nabywczą niż my, dumni mieszkańcy serca Europy, my, Polacy.
Ale czym jest wielkość skali przy prawdziwej skali wielkości? Tak, niełatwo to zrozumieć, nie zagłębiwszy się w tematyce. Trzeba wejść do rzeki, aby poczuć, że naprawdę jest się mokrym. Właściwie nie da się tego zrobić zza biurka czy z wygodnej kanapy, studiując statystyki w Wikipedii. Bo Wikipedia to dane, to suche fakty, liczby i słupki, a czymże one są wobec prawdy życia, smrodu rynsztoka płynącego przez miasto o liczebności Polski i zbierającego smród całej jego populacji? Czym są liczby przy czterdziestu czterech stopniach w cieniu, gdy w słońcu asfalt płynie jak Mickiewicza Wodogrzmoty pod drogą do Morskiego Oka? Czym są słupki przy wysiłku rikszarza naciskającego na zardzewiałe pedały bezprzełożeniowego roweru o trzeszczącym ze starości zapiaszczonym łańcuchu, z dospawaną doń gondolą dla dwóch ważących dwieście kilogramów białych turystów? Czym?
Są niczym. Są... nierealną dla kanapowca bzdurą, bzdurą niezrozumienia, która budzi agresję lub lekceważenie. Tak, smród podziemnej rzeki nauczy nas o Indiach w trzy minuty więcej niż Wikipedia w miesiąc. Zakupy w sklepie dadzą nam lepszy obraz tego, co, jak i za ile oraz po co, niż wszystkie katalogi i ulotki biur podróży.
Pogadajmy więc o prawdzie, o życiu nie w pępku świata, gdzie można zamówić pizzę i usiąść z nią w ciszy na tarasie polskiej wsi z widokiem na brykające stado kóz i z Karkonoszami na horyzoncie. Lub w Złotych Tarasach.
Zapraszam na indyjską drogę, na Via Dolorosa wschodu, gdzie ludzie, gdzie miliony śniadych Chrystusów XXI wieku dźwigających codzienność nie umierają tylko dlatego, że chcą żyć, bo życie jest wartością ponad wszystko, a oni są tylko ludźmi, słabymi, zbyt słabymi, a jednak wystarczająco silnymi, by żyć wbrew naszej logice i statystykom, choć z przygiętym wysiłkiem dnia karkiem i krwawiącymi ranami na spracowanych dłoniach, nogach czy mózgach.
Wsiedliśmy do dwóch autobusów. W samym centrum New Delhi, przed niewielką willą udającą całkiem wygodny hotel Colonel z klimatyzowanymi pomieszczeniami pokojów i wi-fi. Auta ruszyły. Przecięliśmy rzekę zaznaczoną na mapach Google na niebiesko, a w rzeczywistości przykrytą niczym kanał grubą warstwą ziemi udającą długi, wijący się park, spod którego wysącza się nieopisywalny smród rynsztoka i będącą tym właśnie, rynsztokiem. Zakryli rzekę, udusili ją, bo inaczej ona udusiłaby ich. Skręciliśmy w lewo, w prawo i we wszystkie strony wielokrotnie i pozornie bez ładu... po czym utknęliśmy.
Delhi nie ma kształtu miasta. Wyjeżdża się z niego i niczym bumerang wraca w kolejne doklejone rozrostem dzielnice, tworzące razem jeden organizm aglomeracji. Trwają remonty, rozkopane hałdy suchej ziemi, budowa bezkresnych, wiodących dokądś wiaduktów i tych niedokończonych, sterczących z ziemi niczym mosty bez rzeki, znikąd donikąd konstrukcji rodem z Wojny światów. Kurz, stal poplątana w fantazyjnych zbrojeniach czekających na betonowy sarkofag betonu, betonu pokruszonego na spękany placek i niezrozumiałego przeznaczenia poplątane budowle, jak w niedokończonej żarnowieckiej atomówce. To miasto to wielki zbiór ludzi. Trzydzieści pięć milionów istnień skupionych tu siłą przyciągania, którą my nazywamy pracą, i marzeniem o lepszym życiu, lecz ono, to życie tutaj, wygląda jak zesłanie do gułagu, do samego piekła, gdzie zamiast drutów i strażników są uwiązane do miasta marzenia o sukcesie.
Niesłabnący nawet nocą upał i nagrzane nim jak kamienie w ognisku czy saunie, okopcone dymem i spalinami domy z zakurzonymi oknami i nieotwieranymi balkonami. Ściany doprowadzone do temperatur ścinających mieszkającym tam ludziom białko w mięśniach. Ukryte za nimi mieszkania, w upale spalającym na płynne szkło szyby, za którymi w ciasnych klitkach gnieżdżą się tłumne rodziny marzące o lepszym jutrze milionerów jak z filmu Slumdog... Dzieci w kanionach ulic bawią się w rzekach aut niczym ryby skarlałe z braku przestrzeni i chore z braku odpowiedniego pokarmu, kobiety piorące w kurzu i brudzie jakieś niewiadomego przeznaczenia wzorzyste materiały, które wywieszają niczym barwne flagi na tak zapylonych tarasach, że stają się one prędzej brudniejsze niż przed praniem, a nie suche, choć schną w okamgnieniu.
W zacienionych miejscach skupiają się mężczyźni siedzący w kucki. Przeważnie przed sklepikami, stertami ryżu, przed warsztatami zachlapanymi starymi olejami i zagraconymi szkieletami aut, riksz i motocykli, i przed szewskimi płachtami będącymi całym światem skupionego szewca, na których piętrzą się sterty spękanych upałem butów czekających na zastrzyk adrenaliny igły swego mistrza, i okulawionych klapków z pozrywanymi ścięgnami pasków. Siedzą i omawiają swą świetlaną przyszłość, którą da im kiedyś to miasto, dla którego opuścili swe wsie, ryżowe pola, szumiące chłodem górskie lasy piniowe i rododendronowe gaje zboczy Himalajów.
Stragany - z jedzeniem zawieszonym na jęczących sznurkach trzeszczących od ciężaru spalinowego ołowiu oblepiającego wszystko to, co okoliczni marzyciele wezmą do ust w pośpiesznym niepowrocie do domu na przedmieściach - tworzą całe centra handlowe o dokładnie jednakowym asortymencie pozwalającym zaledwie przetrwać. Niepowrocie, bo miasto musi uciec jak piach w klepsydrze, lecz nie może się przecisnąć przez zwężenie lejka jej szkła, gdzie każdy pojazd musi być policzony, odmierzony i opłacony w okienku poboru myta.
Zawartość miasta ucieka - wyrzucana po dniu pracy jego wydechem, lecz w drugą stronę wciąga wdechem tak samo niezliczoną ilość drobin, aut, które również nagle stają w nieznanym powodzie jazdy tam, dokąd jadą. Trąbią, dodają gazu, kłębią się gotowe do skoku, przyklejone roztopioną gumą opon do roztopionej smoły zakurzonego asfaltu. Gdyby nie kurz, skleiłyby się tak, że żadna siła nie ruszyłaby ich z miejsca. Stoją i dymią, pocą się przez nieszczelne uszczelki w silnikach pracujących w znoju wrzących olejów, w drżeniu skrzyń biegów i w zapachu upchniętych do nich uchodźców - ludzi.
Lecz stoją. Bo zrobił się korek. Korek. Wiesz, czym jest korek? Nie, nie warszawski, krakowski czy blokujący autostradę pod Kątami Wrocławskimi, lecz prawdziwy korek. Korek miliona aut unieruchomionych w czterdziestoczterostopniowym upale i chmurze pyłu nawianego tutejszym sirocco, który zakrył słońce i wszystko, co pod nim. Aut, które wszystkie naraz chcą tego samego, co ich kierowcy: być tam, u celu, gdzie czeka ukochana, córka czy po prostu rozgrzana upałem własna lub wynajęta prycza z widokiem lub bez.
Stoimy w sześciorzędowym wężu aut, autobusów, spalinowych riksz dwusuwowych, traktorów, dymiących ciężarówek Tata, rowerów i idących pomiędzy tym galimatiasem pieszych, znacznie szybszych od aut. Nikt nie wie, gdzie się kończy korek, jaki jest jego powód i długość. Klaksony trąbią, bo po to są w Indiach klaksony. Tu mają za zadanie ostrzegać, ratować i po prostu wydawać dźwięk, a nie być wentylem frustracji uwięzionych kierowców. Więc wszyscy trąbią, lecz nikt się nie denerwuje. Bo nerwy to śmierć. Zabija nas nie starość, choroby czy wypadki. Zabija nas stres, a ten tłum chce żyć, żyć swym marzeniem o śnie Slumdoga, milionera z przedmieść Delhi, śnie o willi z basenem i pięknej żonie z billboardu wielkości boiska uśmiechającej się zza tacy, na której niesie zimne piwo.
Zatem żyć. Trwać, czekać, pracować. I mieć pokorę dla nierozwiązywalnego. Dla korka. Dla miłości i dla tego, co nie zależy od nas. A korek to twór drogi i tylko droga może go rozwiązać, rozsupłać jego przyczynę i spowodować, że miażdżyca blokująca przepływ krwinek ustąpi i hemoglobina ruszy, dając ożywczy tlenu powiew. Nie ma klimy w trzykółkach, w których pod blaszaną plandeką siedzi czternaście osób, choć miejsca są zaledwie cztery, nie ma nawiewów nad rzędami siedzeń w autobusach przepełnionych tak, że resory szorują po zaplastrowanych smołą bliznach betonowej szosy. I nie ma żadnego ruchu powietrza. To stoi na zewnątrz, w korku spowodowanym upałem, kurzem i bezruchem zdziwienia, że życie mimo to trwa.
Ale pomimo tego jakimś cudem jednak jedziemy. To niemożliwe, ale tak. Mijamy blok. Liczę, nie dowierzając w to, co widzę, choć nie ogarniam umysłem. Więc liczę: czterdziestosześciopiętrowy blok z dwudziestoma pięcioma rzędami balkonów w każdej z czterech zewnętrznych ścian, który pewnie zasiedla nie mniej niż czterdzieści tysięcy ludzi. Całe miasto powiatowe w jednej Szuflandii pnącej się ku niebu, w kolorze pustynnego piasku i o niezliczonych oknach bez widoków na przyszłość. Poboczem w gonitwie cross country mijają nas w podskokach desperaci w małych autach, a my z kolei mijamy ludzi leżących w studecybelowym warkocie silników na pasie spalonej słońcem zieleni pomiędzy nitkami szosy, i jakimś cudem śpiących, nakrytych kocami, nieobecnych. Tu właśnie z własnego wyboru chwilowo mieszkających i również zapewne śniących o wspaniałej przyszłości.
To, co trzyma to miasto przy życiu, nazywa się nadzieja. Bez niej szczur tonie po czterdziestu minutach, a uratowany podstawionym po trzydziestu minutach kijkiem i znów wrzucony do wody - pływa dwadzieścia cztery godziny. A sprawia to właśnie nadzieja, nadzieja wystawionego z billboardu, z telewizji, z radia, z zewsząd kijka, który im tę nadzieję daje. I dzięki temu miasto żyje i wbrew logice i rozsądkowi wciąż się rozrasta.
Jedziemy!
Tak, jedziemy. Bo korek jest stanem, którego żadna siła nie rozwiąże i żadna przyczyna nie tworzy. Korek to po prostu szyjka klepsydry, przez którą może się przecisnąć tylko tyle drobin piasku, czyli aut, ile się tam naraz zmieści, reszta musi poczekać, a czas w korku nie ma znaczenia. I kiedyś przyjdzie pora na to, że każda drobinka ciążąca swą grawitacją ku końcowi korka wpadnie do jego szyjki i pomknie ku swej Itace. Każdy korek ma swój kres.
Nasz doczekał się go po trzech godzinach, kiedy wreszcie auta z jakiegoś powodu nagle się rozproszyły i wystrzeleni jak z procy wyjechaliśmy z Delhi. Miasto nas wypluło. A my, uciekłszy z niego niczym z obozu zagłady, ruszyliśmy ku górom. Ku życiu.
Delhi to 35 milionów ludzi, a w jednym domu, jak na szybko policzyłem, mieszka ich 40 tysięcy. A miasto wciąż, i to gorączkowo, buduje się i rozrasta
Ruszyliśmy... i gdy zniknęło w chmurze pyłu słońce, zachodząc za skryty w tej zawiesinie horyzont, natychmiast otuliła nas noc, ciemna, granatowa, duszna i gęsta jak otchłań Rowu Mariańskiego, który jednak co chwila przecinają dziwne światła głębinowych ryb świecących wypustkami reflektorów i pełznące wprost na nas... na nas, bo, kurna, zjeżdżamy na prawy pas.
Kierowca nam przysypia. Hindus, który nie zna angielskiego, hindi pewnie też nie, a już na bank nie zna drogi. Jakiś dziwoląg, diabli wiedzą skąd pochodzący i co tam sobie o nas i o świecie myślący, młody człowiek w rozpiętej pod szyją błękitnej koszuli z pagonami i z grzywą falujących włosów nad wysokim czołem, zaczesanych do tyłu we fryzurę amanta z przedwojennych filmów. Domaga się GPS-u i właściwie to my przejmujemy nawigację.
Osiemdziesiąt osiem kilometrów, dwie godziny, ale meta, ku naszemu zdziwieniu, coraz bardziej nam odjeżdża. Pełzniemy po parodii szosy, po której snuje się ciężki i gęsty pył. Płynie wstęgami z rur wydechów, z wysuszonych pól okolicznych, z koryt bezwodnych, wyschniętych na pieprz rzek. I pył ten płynie jedyną wolną przestrzenią, czyli szosą. W świetle reflektorów jest jak szara nierealność rozpuszczonego w powietrzu nadmanganianu potasu w kolorze błota ograniczającego widoczność i tworzącego własny nierealny teatr drogi, z którego parami wyłaniają się tańczące w labiryncie slalomu omijania dziur reflektory aut z naprzeciwka. A potem nastaje ciemność. Na chwilę. A te chwile stają się dłuższe i dłuższe, tak jak mrugnięcia oczu zasypiającego kierowcy, wolniej, ciężej. Zmęczeniej. Jak czas, który rzeką znużenia zawsze płynie wolniej. Powietrze krystalizuje się, by po chwili znów zgęstnieć, a z gęstwy wyłaniają się oczy potwora, drgające, złe, ostre, pędzące tam, skąd my właśnie uciekamy.
Noc gęstnieje ciemnością i tężeje pyłem. Podskakując na co rusz kończącym się i znów pojawiającym asfalcie, witamy jutro, które stało się naszym dziś. Kierowcy łeb też podskakuje, jak pieskowi ustawianemu na podszybiach polskich fiatów w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, a śruby w podwoziu, trzeszcząc, wysuwają się z gwintów. Najważniejsze staje się upilnowanie klekocących zębów, by te w akcie samozagłady nie odgryzły wiszącego wysuszonym kołkiem języka.
Pył gęstniał, to znów z niewiadomej przyczyny opadał, i wtedy z ukrycia wyszły na firmament gwiazdy, by pospacerować w swych stałych układach, ustał ruch na szosie tak dziurawej, że brak dziury wywoływał zdziwienie i wrażenie, że auto uniosło się nad ziemię, a kierowca zasypiający wciąż i wciąż ze zdziwieniem był przez nas budzony. Budziliśmy go... a on po chwili znów zapadał w sen.
Mijamy miasteczka, wsie i pojedyncze domy, które zamknęły paszcze witryn, nasuwając na nie maski i przyłbice stalowych żaluzji. A ludzie weszli do wnętrz i poszli spać. Tylko temu służą domy w czasie przedmonsunia, bo życie od przebudzenia aż po kolejne zaśnięcie toczy się poza nimi, na ulicy właśnie. Ale to rano dopiero. Teraz, w środku nocy, te domy są niczym rekwizyty z niegranej od lat sztuki, porzucone, pokryte kurzem niepamięci, choć będące na stanie teatru, więc nie można ich wyrzucić.
Dotarliśmy o 3.00. Do zatęchłego pokoju w hotelu o nazwie nieistotnej i niewartej zapamiętania i zbudowanego tylko po to, by trzygodzinnym snem dać naszym oczom wypłakać kurz i byśmy mieli siłę do dalszych zmagań z indyjską drogą.
Nic godnego zapamiętania po drodze, żadnego przykuwającego swą odmiennością szczegółu.
Bo rankiem wjedziemy w Himalaje.
29 maja, piąty dzień Wyprawy
Munsiyari. Oj, dziesięć godzin we śnie czyni z człowieka chętniejszego i żywszego bardziej niż po wypiciu red bulla. I do roboty, bo dzień upłynie szybko. Pakujemy i ważymy. Czterysta siedemdziesiąt pięć kilogramów samego cargo, nie licząc tego, co potrzebne nam w drodze, a co pójdzie bezpośrednio do bazy, ponoć na mułach. A czas płynie jak rzeka w dole, jak obłoki w górze, jak pot z naszych ciał.
30 maja, szósty dzień Wyprawy
Śnił mi się jeden straszny sen. I jedna warta zapamiętania myśl. Zdążyłem ją utrwalić. Zapisać. Zanim rozwodnił ją dzienny nurt.
Wracam do tego, co było, do wątpliwości i do rozterek, które pomimo swego istnienia nie zmieniły mej drogi, a może ją zmieniły właśnie, tylko ja o tym nie wiem, bo zmiana ta, wydarzając się, staje się rzeczywistością.
Ale o tym to potem.
Ruszyliśmy dżipami. Godzinka. Błotne lawiny schodzące tak często, jak padające tu monsunowe deszcze, nasączały strome zbocza. A więc latem niemal codziennie niszczą drogę i mimo że walka o każdy metr cywilizacji i komunikacji pochłania tak wiele wysiłku i środków, to zwycięża w tej walce przyroda i jej moc, z którą nam, ludziom, z całą znaną technologią, nie ma się co równać. Świat bez względu na to, co zrobimy, podąża tam, dokąd chce. I jeśli ocieplenie klimatu jest naszą sprawką, to nie my zadecydujemy o zakończeniu tego procesu. Przestałem w to wierzyć. Jak również w to, że to za naszą sprawą planeta się rozpada. To się po prostu dzieje. Tak jak kolejne ery, które przetoczywszy się przez historię ziemi, ukształtowały ją tak, jak chciały. I dały nam ją po to, byśmy się zadomowili. A kto swój dom burzy... no cóż, koniec jest bliski, patrząc uważnie, dziś jestem tego pewny.
Zbocza porośnięte zielskiem, strome i łapiące wodę niczym gąbki, stają się ciężkie i ulegają grawitacji, a ta nie znosi kompromisów i nie baczy na drogi, mosty i oporowe przegrody. Pochłania wszystko. Giną ścieżki, domy, tarasy poletek z zielonym ryżem, a na nagą skałę znów wychodzą zbrojni w młoty, spychacze, walce, a nawet dynamit, żądni drogi ludzie, zdeterminowani i nieuznający sprzeciwu. I wydzierają Górze kolejne metry półek, tarasów, tuneli, przekopów. A potem zaczyna padać. I znów się to wszystko wali.
Na kilka chwil jednak, na rok, może na dwa, powstaje droga. A czas podróży robi się krótszy, ponieważ droga jest jezdna, a życie łatwiejsze, bo odległości mniejsze. I gdy człowiek się przyzwyczai, dojdzie do tego, że tak jak jest, jest dobrze, że mieli rację ci, którzy tak wymyślili.
Munsiari. Ostatni przyczółek cywilizacji. Stąd jeepami najdalej, jak się da
Zaczyna padać... i miliony ton gruzu, błota i skał pozwalają sobie mieć inne zdanie.
Jesteśmy tu, w Górach, epizodem zaledwie, tego też jestem pewny. Bo Góra z jakichś powodów dąży do tego, by samą sobą i własnym ogromem się unicestwić.
Wystartowaliśmy w marsz. Krótki, po pełnej pyłu półce drogi wydartej Górze. Trwają prace syzyfowe w walce Dawida z Goliatem, w trudzie reperowania po każdej lawinie zniszczeń. Ale tej walki nie można wygrać. Tylko że nie jest to powód, aby jej nie prowadzić. Bo to jest ważne. Tak myślę. A gdy powstanie droga, zechcemy szos, mostów, wiaduktów, tuneli. Prądu, wieżowców i internetu. A potem zacznie się deszcz.
Po dwóch godzinach dotarliśmy do jakiegoś szałasu. Wokół nad gęstwiną krzaków latają motyle, naśladując swoimi nieruchomymi, przypominającymi malarskie palety przekolorowymi skrzydłami szybujące orły. Są wielkie jak ludzkie, złączone kciukami dłonie machające pozostałymi palcami. A orły są wyżej. I z góry patrzą... a zewsząd dochodzi ptasi skrzek, jak nawołujące się tam-tamy, to tu, to tam odezwie się ptasi dziób, a inny skądś z daleka coś mu na to odpowie.
Taki tu spokój. Nie ma ludzi, nie ma wypraw, nie ma trekkingów, wałęsających się po coś mieszkańców, pasterzy, niosących towary tragarzy, osłów czy mułów. Góry są może podobne do tych w Nepalu, ale to, co się w tych górach dzieje, jest całkiem odmienne.
Cisza, taka prawdziwa jak tutaj, po życiu w mieście może drażnić czy nawet budzić niepokój. Jednak szum rzeki, śpiew ptaków, cykanie świerszczy, gdy słońce zaczyna słabnąć, wszystko to sprawia, że uspokajamy się, czując, jak otacza nas życie, którego stajemy się trybem. To jest właśnie harmonia.
Południe. Dolina skryta w nieprzezroczystym, pełnym pyłu powietrzu wydaje się zaginionym lądem niemającym żadnych powiązań z resztą tego świata.
- Skąd się ten pył bierze? Co tworzy taką mgłę w górach, gdzie powietrze powinno być czyste jak woda w studni? Czy to udręczona upałem ziemia dyszy w oczekiwaniu na monsun, orzeźwienie i wodę, niosącą tak życie, jak i zagładę?
- To pożary - odpowiada Rivu.
Nie wiem, skąd wie. I czy mu wierzyć? Przecież nic się aż po horyzont grani nie pali...
Liam, do którego dotarliśmy, ot, kilka chat rozrzuconych po zboczu doliny i pochowanych po krzakach. Nie ma tu piniowych lasów pachnących żywicą, nie ma rododendronów, kwiatów czy strzelistych drzew. Jest... jakaś dżungla splątana niczym kudły kloszarda. I nawet ta Gori Ganga, dopływ świętego Gangesu, jest jakaś taka... no właśnie nie wiem jaka.
Nic nie widać, wszędzie wisi jakaś dziwna, ciężka i gęsta mgła. To gdzieś, jak mówi nasz oficer, płoną lasy.
- To pożary. Dymy z nich zasnuwają przedgórze Himalajów na setki kilometrów.
- Ale skąd ogień? - pytam.
- To podpalenia - odpowiada Rivu.
31 maja, siódmy dzień Wyprawy
Idziemy do Bugdyaru. Znów wzdłuż budowanej właśnie drogi.
Jaki to sens? - myślę sobie. Ten upór niezrozumiały. Dolinę zamieszkuje setka ludzi, no, góra dwie. Im wyżej, tym trudniej, a oni borują, tną i wznoszą mury, a potem jest kanion i nie ma drogi, a za nim znów jest. Jakieś czary, bo i ciężarówka tu stoi, i kilka dżipów.
To nie dla mieszkańców, myślę sobie. To polityka. Bo naliczyłem na mapie aż pięć spornych Indii z Chinami obszarów. Do jednego właśnie weszliśmy i wydaje mi się, że ten, kto ma drogę, kto rozbuduje, kto zajmie i bazy postawi, ten pierwszy zakrzyknie: "To moje, myśmy tu byli pierwsi!".
A jeśli się druga strona nie zgodzi, to w chwil kilka drogą nadjadą czołgi i transportery, na lądowiskach usiądą helikoptery i wtedy, wtedy już będzie trudniej tej drugiej stronie powiedzieć: "Nie, to nie wasze".
Wojsko, agresja, aneksje, co świata zmieniają granice, lecz w świecie niczego nie zmieniają na lepsze. A przecież tu i w kolejnej, i następnej za nimi dolinie mieszkają po prostu ludzie, górale. To samo jedzą, tak samo się ubierają i mówią takim samym językiem. Im to bez różnicy. To nie o nich tu idzie, nie dla nich ta droga, te helikoptery, ciężarówki i bazy nie strzegą ich domów, bo przed kim? Przed tymi z sąsiedniej doliny? Nie sądzę.
Ledwie rozbiliśmy na zagubionych w buszu tarasach namioty, spadł ciepły deszcz, o dużych jak łzy nieba smutnych kroplach, które w udręczonym upałem pyle pokrywającym dróżki robiły małe dymiące kratery. Spływając po tropikach namiotów i parasolkach pokrytych kurzem, rzeźbiły jaśniejsze bruzdy, jakby te łzy, co nie dotknęły ziemi, były bardziej bolesne. A radosna żółć tropików stała się maską mima, który ma rozśmieszyć, a tylko wywoła żal.
Wyścig. Budowa drogi to chęć zajęcia spornych terytoriów
- Albo my, albo Chińczycy - tłumaczy nam oficer. Tu nie ma ludzi. Ta droga nie będzie służyła mieszkańcom, ale polityce
Deszcz ledwie pokropił, a na schnącą trawę rzuciły się nasze muły i osły. Majtały ogonami, jakby je chciały ukręcić albo na nich odlecieć, a dzwonki przypięte do szyi niczym na wieży katedry dzwoniły. I burzyły ciszę. Oszaleć można. Próbowałem znaleźć w tym rytm, a im dłużej słuchałem, tym bardziej mi to przypominało intro High Hopes Pink Floydów:
The ringing of the division bell had begun
Along the Long Road and on down the CausewayDo they still meet there by the Cuy [...].
At a higher altitude with flag unfurledWe reached the dizzy heights of that dreamed of Word.
Cóż, wszystko może być symbolem i zarazem wskazówką. Przepowiednią i jej zaprzeczeniem, drogą i wyborem. Trzeba tylko otworzyć oczy, serca i umysły. A nie znalazłem w swym życiu lepszego do nich otwieracza niż górskie granie i szczyty.
Uparte zwierzaki dzwonią, ale są nieszkodliwe, nieagresywne i obojętne na świat, co je otacza. Liczy się tylko... żarcie.
Watowane jak gęste ouzo powietrze jakby się przecierało i można trochę odetchnąć. Deszcz zabrał kurz, orzeźwił. Zrobiło się niemal wspaniale. Przejrzystość odsłania paski zieleni za rzeką, to skrawki pól ryżowych na wąskich tarasach. Pomiędzy nimi chatynki i jacyś ludzie z daleka jak mrówki się krzątający. Są niczym prążki na skórze zebry, na zboczu góry, w której człowiek wyrzeźbił bliznę drogi. Stąd i dopiero teraz widać, jakie spustoszenie poczyniła ta droga wydarta spychaczem i dynamitem, żółta jak skały pod płaszczem zieleni. Bolesna rana. Ale to tylko chwila. Za kilka lat zieleń wszystko pochłonie i będzie jak dawniej.
Lakhpa gotuje kolację. Przyglądam mu się i jestem pewny, że już się spotkaliśmy, w Nepalu. Ale za cholerę nie wiem gdzie, na jakiej górze. On też nie wie.
Ciążą policzki spalone słońcem, powieki od piasku, co go nawiał gorący wiatr, ramiona od ciężkiego plecaka, ciążą myśli, może to już tęsknota? Chylę więc głowę w geście pokory dla tego, co mnie otacza, opieram brodę na piersi. To właśnie ten czas, gdy dokonuje się zmiana, ze zgiełku cywilizacji w czystość pierwotnej energii Gór Olbrzymich. A ciemność dziwna pożera świat. Nie ma nieba, nie ma namiotów, nie ma nawet butów, gdy stanie się prosto, jest tylko czerń. I małe światła za rzeką - daleko, gdzieś w oczodołach okiem palą się świece, a wokół nich jacyś ludzie. To inny świat, za rzeką, więc nigdzie, bo nie ma mostu na tę drugą stronę życia. Rzeka jest tu przeszkodą, granicą, jak śmierć. Stąd widać wiele więcej, ale i mniej. Jak z Pałacu Kultury widać lepiej Warszawę, ale nie widać Pałacu Kultury. Stąd widać siebie, ale nie widać świata. Widać tylko to, co piękne, a nie widać brzydoty. I ten szum rzeki, nie znalazłem niczego tak nieistotnego jak odgłos rzeki, bo cóż może zmienić to, że on jest lub go nie ma? Może nic... a może wszystko?
Czasem, ale nie dziś, myślę o tym, żeby kupić sobie psa. Najlepszego przyjaciela samotnych chwil i towarzysza długich spacerów w niepogodę. Psy tutaj są jak dzwony w Atenach - budzą się niedzielnym rankiem, rozbrzmiewają bez żadnego powodu i nigdy razem, jakby to była jakaś dziwna psia na odległość rozmowa.
Gdy Góry stają się wyższe, oblekają się lasem. Wielkie, kwitnące krwią kwiatów rododendrony zmieniają ścieżkę. Wkraczamy do Narnii
Dziś wszystkim pomiotom mającym otwór szczękowy mówię stanowcze "nie"! Rany, tego nie da się opisać, psia symfonia, chór strącający swym wyciem szyszki z drzew rosnących dziesiątki kilometrów stąd. Jeden, drugi, dziesiąty i setny. Skąd tu tyle psów? Całą noc, od zmierzchu do świtu, bez jednej sekundy przerwy trwała ta psia rozmowa. A ranek cichy, gdy wreszcie nadszedł, zwierzaki się położyły i jak gdyby nic po prostu w cieniu usnęły. Za to ruszyły osły z dzwonkami. Też wszystkie naraz. A my z nimi, niewyspani, ale chłonni tego, co wokół.
Spakowaliśmy graty i wyruszyliśmy niczym zaczarowani pod górę, po schodach bez końca i wciąż z coraz czystszym powietrzem, a pył pożarów, ciężki, brudny i gorący, zostawał za nami, nieistotny, nie nasz i nas niedotyczący. Tylko my i ponad nami szybujące w przestworzach, ze świstem kreślące swe podniebne tory orły, naśladujące biegnącego po placu korralu konia, tworzące w nieskończoność idealne kręgi wznoszącej się sprężyny. Gdyby zostawiały za sobą smugę, niczym samolot, to tor ich lotu byłby kodem DNA idealnego stworzenia, dobrego, mądrego i pełnego empatii, jestem tego pewny. Jakże to piękny widok. Idealny.
Doszliśmy do przełamania, a tam powitał nas strumień, niczym młody źrebiec parskający chłodną kaskadą i nas zapraszający.
Jakże to miłe, gdy zdejmie się z siebie kurz ubrań, a resztki spłucze w źródle krynicznym. To jak narodziny, jak przejście na drugą stronę. Weszliśmy w Góry brudni, a teraz jesteśmy czyści. My, nasze ciała i myśli, plany, marzenia. Wszystko stało się lepsze.
Jarecki leżał plackiem na środku strumienia na wznak, nagi, jak go stworzono. Gapił się w niebo i chyba zazdrościł orłom, a może prowadził z nimi jakąś rozmowę?
- Od razu lepiej, Rafik, prawda?
- Oj lepiej, oj lepiej.
Śmiać mi się chciało. Nie z niego, nie z siebie, ale tak sobie, bez najmniejszego powodu. A wodospad tak cudnie masował ramiona i plecy. I wypłukiwał z głów życiopierdoły wszelakie, zostawione na dole. Zostało tylko to, co dobre, jak w misce odsiane wirowym ruchem drobinki złota.
W takiej wodzie jak w zaczarowanym źródle ciało młodnieje, jędrnieje, staje się bardziej chętne, by iść. A to takie piękne, nienazywalne uczucie, po prostu pierdzielnąć się na ciepłe kamienie i w słońcu schnąć. Czujemy się wolni, po takim yardenitowym chrzcie możemy iść w Góry.
Nadleciały nagle, pojawiły się na niebie jak jakaś eskadra lecąca na bitwę o Anglię. Lotki, rozcapierzone jak palce na końcach olbrzymich skrzydeł, świszczały przeciągłym świstem, aż przeszły po karku ciary. Chciały się nam poprzyglądać, królowie tych dolin, potężne orły. Jakże piękne i groźne. Najpierw pięć, potem dziesięć. Krążące nad nami i co chwila zniżające lot, by coś nam powiedzieć. Himalajscy lotnicy.
Nadlatują nagle. Panuje cisza, gdy wtem znad głowy odzywa się głośny, jękliwy świst lotek. Wielkie orły. Szybują, patrząc żółtymi ślepiami, jak brniemy w górę doliny
Podchodzimy na przełęcz, zakosy pną się po plecach góry niczym troki ciemnozielonego gorsetu. Jasna smuga sznurka na ciemnej skórze spalonej słońcem. Na szczycie zaś zaczął się las rododendronów i weszliśmy pod parasole wielkich kwitnących drzew. Nie znam nic czerwieńszego niż kielichy krwawiących tętniczą krwią kwiatów himalajskich rododendronów.
Dotarliśmy do Bugdyar. Całkiem, jak się okazało, spora wciąż wieś, kilka niby z dawnych lat hotelików, ale zamkniętych, pełnych zapewne pcheł i kurzu. Wolimy w namiotach lub nawet pod gołym niebem albo pod dachem wiatki bez ścian służącej jako jadalnia, gdzie miły przewiew. Wiatka lepsza, bo niebo wieczorem ściemniało i wypaliło największą ze swoich armat, huknęło i wszystko rozświetlił blask błyskawicy, a potem lunęło. Stukot kropli o blaszane dachy, najlepsza ze znanych mi kołysanek.
1 czerwca, ósmy dzień Wyprawy
Dzisiejszej nocy, dla odmiany, na mą czarną listę wrogów ludzkości pragnącej snu trafiło po psach salami. O 2.11, w najsmaczniejszej z pór nocy, obudził mnie dzwonek. Pół metra od głowy, tuż za ścianką namiotu, napierdzielał ktoś dzwonkiem jak spraszający na mszę przygłuchy kościelny, a wyjrzawszy, myśląc, że może to pożar i na larum dzwonią, ujrzałem... osła. Pasło się bydlę z uwiązanym u szyi dzwonkiem wielkości wiadra i z sercem jak odważnik dwukilowy akurat obok mojego namiotu, a to naprawdę duża dolina. Co bydlę ruszy łbem, to jakby w katedrze się dzwon odezwał. Dostało bydlę w tenże durny łeb kamieniem robiącym za odciąg i odszedłszy ze dwa metry, wylewało swój żal najgłośniejszym z oślich "yhyhyhy", przerywanych tylko na koncert dzwonów, gdy majtając łbem, czegoś szukało.
Wytrzymałem kwadrans. Potem wylazłem w ciemną noc, a osioł, wyczuwszy, że idzie śmierć, ruszył stępa, zrywając przy okazji odciągi namiotu, a potem sznurki z praniem, które oblepiło go koszulkami i schnącymi gaciami. I chyba się zląkł, gdy mu na pysk spadła wilgotna materia, bo znów się rozległo: "yhyhyhyhy!".
Gdy próbowałem go capnąć, on capnął materię, czyli mój ręcznik, i odbiegłszy, zaczął go zżerać. Kurna, widziałem to w świetle księżyca, zeżarł mój suchy ręcznik, jedyny. Goniłem go do checkpostu, a tam mi zniknął i niestety ręcznika nie odzyskałem.
Chłodny wiatr zatrząsł namiotem. Obudził dzień i całą bazę, oprócz mnie, bo od dawna nie spałem, oślim rozeźlony złodziejem, i parząc kawę w pustej mesie i ją pijąc, pisałem jakieś bzdury po nocy, aż się na wschodzie zaróżowiło. Zdałem sobie sprawę, że Everest to jeszcze jeden symbol ludzkości, która tych symboli potrzebuje, by iść do przodu. Everest jest nim, bo nikt nigdy nie był i nie będzie wyżej. Tu ewolucja osiągnęła ekstremum, do którego dążymy: coś musi być Naj.
Dolina staje się przepiękna, pył zniknął nieomal do zera, huk rzeki się wzmógł.
Gdyśmy ruszyli, osioł, nocny rozrabiaka, okazał się niewinny: znalazłem w krzakach ręcznik porwany zapewne wiatrem. W nocy wszystkie szmaty są ręcznikami, a koty czarne, to i przeprosin dla osła nie było, bo żaden się przecież nie przyzna, choć jeden z objuczonych naszymi klamotami zwierzaków patrzył na mnie tak jakoś dziwnie, z wyrzutem, jakby mu to, co miał na grzbiecie, ciążyło bardziej niż innym. Nazrywałem więc zielska, podszedłem i dłoń z bukietem wyciągnąłem na zgodę, a on, podniósłszy ogon, obsikał ścieżkę z głośnym chlupotem.
No cóż, to pani oślica zatem, a z kobietami wiadomo, nie jest łatwo, jeśli się narozrabiało. A co to ma wspólnego z Everestem? No właśnie nie wiem. Myśl się rozpoczęła i zaplątawszy się, zniknęła, bo przyszła druga: zdałem sobie sprawę, że to, co robię, pisanie znaczy, jest największym osiągnięciem ludzkości... nie żeby akurat moje bazgroły tymże były osiągnięciem, ale dzięki pisaniu jesteśmy tu właśnie, jako ludzkość, w tym właśnie miejscu.