23
Morze wciąż było niespokojne. Bałwany rozbijały się o klify, fale igrały ze sobą niczym niesforne kocięta, a prądy wyrzucały na brzeg dary, którymi wzgardzili Aegir i Ran. Boscy opiekunowie mórz nieustannie otrzymywali jednak nowe podarunki, ponieważ jak świat długi i szeroki ludzie składali im ofiary, nucąc przy tym kołysanki i próbując wprawić morskich małżonków w spokojniejszy wiosenny nastrój. Do stosu łupów dorzucał się również władający wiatrami olbrzym Kari, choć nikt nie potrafiłby stwierdzić, jaki miał w tym cel. Dla zabawy, a może z czystej złośliwości wyrywał przybrzeżne drzewa, zdmuchiwał do wody połacie kamienistych plaż, pomosty i dachy rybackich chat. Podwodne skarbce pękały już w szwach, ale chciwość morskich bogów nie została zaspokojona. Mimo iż śniegi stopniały w górach, a trawa zaczęła się zielenić, zimowe sztormy nie chciały ustąpić.
"Tylko szaleniec pływałby w taką pogodę" - mówili wyspiarze, przepijali do siebie winem i odkładali do przyszłego tygodnia plany zwodowania rybackich łodzi. Czuli się bezpiecznie i nie wysyłali nawet obserwatorów na klify i wzgórza, by wypatrywali sarakeńskich łupieżców. "Niech próbują przypłynąć. Morze lepiej sobie z nimi poradzi niż nasz basileus" - dodawali, czując odwagę wzmocnioną winem. Właśnie z powodu tych zaniedbań nikt nie dostrzegł niewielkiego statku, który pewnego popołudnia zbliżył się do plaży na północ od Górnej Arkadii.
Sela Ainarsdottir czułaby się pewniej, gdyby miała pod sobą pokład snekkji, a nie deski kruchego i niedorzecznie pękatego grikklandzkiego stateczku, a właściwie przerośniętej łodzi z pojedynczym żaglem i sześcioma parami wioseł. Jeszcze bardziej niezadowoleni byli jej ludzie, którzy z bojaźni przed falami uszczuplili swoją niedawno wypłaconą rogę o kilka monet i dorzucili je do pobieranego przez Aegira myta. Nie mogli jednak popłynąć na rzucającym się w oczy okręcie z Północy, gdyż ich zadanie wymagało wdzięku wilka zakradającego się na pastwisko. Po tym, co uczynili w Miklagardzie, nie byłoby mądrze otwarcie pokazywać się na Therze, wyspie zarządzanej przez ludzi jej kochanego tatusia, zdrajcy i opoja Ainara Skalda. Dlatego snekkja Diarfa Nawlekacza została na sąsiedniej wyspie, a Sela z garstką wojów płynęła łodzią zdobytą na rybakach, którzy mieli pecha spotkać Vaeringów na swojej drodze.
Skaldmaer poczuła ulgę, gdy poszycie łodzi zaszurało o dno.
- Wysiadać!
Posłuchano jej bez szemrania. Sześciu wojów przeskoczyło niskie burty i wylądowało po pas w wodzie. Mężczyźni chwycili dwie cumy i zaczęli wciągać stateczek na brzeg. Wkrótce dołączyli do nich pozostali najemnicy, którzy jęli pchać rufę rybackiej łodzi. Na pokładzie została sama Skaldmaer - Panna Pieśni, która stanęła przy maszcie, objęła go i wygłosiła zgrabny lausavis, który miał zachęcić ludzi do wytężonej pracy:
Ciągną, ciągną
konopne cumy
ramiona rębaczy.
Wyciągają, wyrywają
wrogów jelita
ramiona rębaczy.
Sela wiedziała, że drengowie to proste chłopy, których nieustannie trzeba chwalić, nawet za zrobienie rzeczy najprostszej, takiej jak trafienie małym kołkiem do zroszonej namiętnością dziurki. Pomruk zadowolenia mężczyzn, nagłe wyprostowanie przez nich zgiętych podczas roboty pleców i mocniejsze szarpnięcie statku pod jej stopami utwierdziły dziewczynę w przekonaniu, że wojacy poczuli się docenieni jej błyskotliwymi wersami.
Gdy rybacka łódź stanęła w miejscu, Sela przespacerowała się po bakburcie, stanęła na dziobie i zeskoczyła na suche kamienie.
- Jesteś ranna, pani? - Pytającym był kędzierzawy dreng z Gardariki o wyraźnie vindmadzkich rysach twarzy, który nieznośnie zmiękczał mowę Północy.
Uśmiechnęła się i przywdziała lekko drwiącą maskę, choć nie miała pojęcia, co chodzi po głowie zuchwalcowi.
- Wasza meykong jest tak zwinna, że żaden dreng nie potrafi jej porządnie skaleczyć. Choć niejeden próbował.
Odpowiedział jej gromki śmiech, choć niektórzy najemnicy zaczęli się jej dziwnie przyglądać, a w oczach jednego z nich zobaczyło coś, czego do cna nie znosiła: lekceważenie.
- Ale twoja noga, pani. Jest czerwona od krwi!
W ostatniej chwili powstrzymała się, by nie spojrzeć w dół i tym samym przyznać, że jest zaskoczona. Nie musiała zresztą patrzeć, gdyż już wiedziała, czym jest lepka wilgoć na udach. Czuła ją od jakiegoś czasu, ale nie zwracała na to uwagi. Ubrana była po męsku, w obcisłe lniane spodnie i dopasowaną koszulę, szkoda tylko, że odziała się w błękit - na nim widać każdą plamę. Przeklęła w myślach Gefnę, która obdarzyła ją tarczą, a nie mieczem, i uczyniła z jej krocza cel, a nie narzędzie czynu. Za wątpliwy dar władzy nad męskim orężem trzeba było co miesiąc płacić okup z własnej krwi. Wściekła się też na siebie, że zlekceważyła tak jasne przecież objawy. Brzuch bolał ją od rana, ale uznała, że to zemsta kołyszącego statkiem Aegira, który nie mógł znieść kobiety dowodzącej statkiem. "Wszyscy mężczyźni dąsają się, gdy jest nad nimi kobieta" - mawiała jej prababka.
- Jaki spostrzegawczy...
Znów się uśmiechnęła, ale już nie drwiąco, tylko zalotnie. Ćwiczyła ten grymas na wielu żonatych i jeszcze nie znalazł się taki dreng, który oparłby się temu dziewczęcemu promykowi szczęścia. Kędzierzawy żeglarz nie różnił się od innych. Spuścił powoli wzrok i nawet lekko się zarumienił. Ale czarowanie wdziękami, choć pomocne, nie mogło być jedynym sposobem trzymania krwiożerczych Vaeringów za mordy. Trzeba było z nimi postępować jak z ogarami. Czasem ułagodzić dobrym słowem, pogłaskać i napoić, lecz w razie potrzeby krzyknąć i smagnąć batem. Ponad wszystko zaś nie wolno było okazywać słabości, bo gdy wygłodniałe psy wyniuchają strach pana, zaspokoją swój głód jego ciałem.
- Tak, to moja krew, którą sama sobie upuściłam! Każdy tutejszy lekarz wam powie, że taka praktyka służy zdrowiu i pomaga w myśleniu! Wam też by nie zaszkodziła, zwłaszcza jeśli ciachalibyście się w krocze! Zobaczcie, do czego dochodzą tutaj eunuchowie, którym krew w ogóle nie gromadzi się w członku! - Zaśmiała się szyderczo, widząc ich niepewne miny, ale zaraz się powstrzymała, bo niebezpiecznie było naigrawać się z męskiego przyrodzenia. Przybrała gniewną minę i ciągnęła: - Na szczęście ja tu jestem od pomyślunku, a wy od mężnego stawania w boju. Dajcie miodu, by Mimir natchnął mnie dobrą radą, moją tarczę zaś nawilżył słodyczą!
Odpowiedział jej rubaszny śmiech, a jeden z karmicieli kruków wyciągnął ku niej dzban z trunkiem. Wymyślonymi na poczekaniu mądrościami uratowała sytuację. Nauki, które w dzieciństwie łożył jej do głowy wujek Finlog, czasem się przydawały, zwłaszcza jeśli umiało się je przeinaczać i wykorzystywać do mamienia głupców.
- I będę potrzebowała jednego z was, bo czymś trzeba zatkać tę krwawiącą dziurę - powiedziała i wzięła duży łyk miodu. - Ktoś chętny na zawarcie przymierza krwi?
Pytanie zadziałało lepiej niż rozkaz zachowania ciszy. Nie czuła się rozczarowana brakiem ochotnika, bo znała przyczynę ich tchórzostwa - gdy poprzednio zadała podobne pytanie, zlała do nieprzytomności pierwszego, który wyraził chęć zaspokojenia jej potrzeb. Tylko ona mogła wybierać, bo nie była klaczą, by poddawać się wyrokowi uzgodnionemu między ogierami.
- Strach was obleciał na widok krwi? Ty, kędzierzawy, pójdziesz ze mną! Erp i Bui udacie się do domu, który opisał Diarf, i przyprowadzicie gospodarza. Całego i zdrowego. Tak - uprzedziła pytanie - jego żona oraz dobytek też mają pozostać nienaruszone. Reszta niech zabezpieczy statek i siedzi cicho.
Woj z Gardariki o dziwacznym i trudnym do wymówienia imieniu Mscislav był najmłodszy z całego oddziału, a do tego miał najprzystojniejszą, nienaznaczoną jeszcze żelazem twarz. Sela nie wybrała go przypadkowo. Już wcześniej zauważyła, że dreng często się jej przygląda, a w jego pytaniu o ranę znać było prawdziwą troskę, czego akurat u mężczyzn nienawidziła, bo sama potrafiła o siebie zadbać. Czasem jednak i chłop potrafił się na coś przydać, tak jak teraz, kiedy naszła ją chcica. Podejrzewała, że to jedna z rzeczy, które odziedziczyła po swoim sławetnym i pyszałkowatym ojcu, choć to ciotka Hvita ją nauczyła, że miód i cielesna rozkosz najlepiej łagodzą bóle miesięcznej krwi.
Weszli na ścieżkę pnącą się między głazami i skręcili za skalną basztę. Przystanęli na skrawku ziemi pokrytej rzadką trawą. Przez chwilę Mscislav stał nieporadnie, jakby jeszcze nigdy nie dosiadał dzierlatki, aż w końcu spróbował ją objąć. Skaldmaer z uśmiechem na ustach wywinęła się z jego ramion, po czym walnęła wojownika pięścią w brzuch, aż się jej ukłonił. Zwykle celowała niżej, ale teraz nie chciała uszkodzić różdżki, której zamierzała użyć.
- Na przytulanki ci się zbiera? Może cię jeszcze do piersi dostawić i nakarmić?! Ściągaj portki i kładź się.
Obolały dreng wyprostował się, spojrzał na nią nieufnie, lecz posłuchał, choć nie do końca, bo opuścił spodnie tylko do kolan. Sela przymknęła oko na ten mały sprzeciw, bo jak mawiała jej prababka: "Pozwalaj mężowi wygrywać w potyczkach, by zwyciężać w bitwach". Sama też ściągnęła spodnie wraz z butami, co chwilę trwało, bo musiała rozwiązać spjöry, które ściskały nogawki na wysokości łydek. Pasy z bydlęcej skóry stawiały opór, jakby chciały się zemścić za znieważenie męskiego stroju przez kobietę, która włożyła portki na swoje długie dziewczęce nogi. W końcu jednak wiązania dały za wygraną i Sela mogła stanąć nad kochankiem w samej tylko koszuli.
Usiadła na nim okrakiem, ale chłopak wciąż nie był gotowy do boju. Wprowadziła jego dłoń pod swoją koszulę, bo choć nie lubiła być macana, to nie zamierzała czekać, aż kędzierzawy najemnik sam stanie na wysokości zadania. Cierpliwie znosiła niezdarne miętolenie piersi, które wychowany na gospodarstwie najemnik traktował niczym krowie wymiona. Sięgnęła po leżący obok dzban, napiła się miodu, po czym wiedziona nagłym przypływem łaskawości przechyliła naczynie i wlała drengowi nieco trunku do ust. To pomogło mu się rozluźnić, a zarazem stwardnieć tam, gdzie trzeba.
Ujęła gotowy do boju oręż i nabiła się na niego, składając się w ofierze dla rozkoszy własnej. Zabolało, ale nie zamierzała narzekać, gdyż taka była cena późniejszej ulgi. Po chwili zrobiło się całkiem przyjemnie, mimo iż dziura sponiewierana oszczepem zaczęła mocniej krwawić. Nalała sobie miodu na dłoń i wtarła go w podbrzusze mężczyzny, rozmazując trunek z wypływającą z niej czerwienią. Wtedy nastąpił bunt - Mscislav ujął ją za tyłek i próbował obrócić na plecy. Jak każdy chłop chciał uczynić z niej swoją kobyłkę, rządzić nią, konungować jej i popisywać się swoją wątpliwą sprawnością. Nie mogła na to pozwolić, bo była przecież meykong zarówno na wojnie, jak i w miłości, a poza tym nic tak nie psuło radości z kochania, jak kamienie wrzynające się w dupę. Wolną ręką sięgnęła po swój zawieszony na szyi kozik do rzeźbienia i przyłożyła jego ostrze do gardła drenga.
- Leż, mój ogierze, gdy twa pani dokazuje! - powiedziała łagodnie, ale stanowczo. - I zabierz łapy, zanim każę ci je urżnąć przy samych łokciach.
Posłuchał. Ludzie wiedzieli już, na co ją stać, podobnie jak zdawali sobie sprawę, że Diarf uważnie słucha jej skarg i spełnia każdy kaprys pieśniarki. Nagrodziła posłuszeństwo, zdejmując nóż z gardła Mscislava. Przystawiła ostrze do własnego ucha i lekko nakłuła płatek. Pożonglowała nożykiem między palcami, po czym pomasowała zranione miejsce.
Przyspieszyła, zwolniła i znów pogalopowała. Unosiła się w górę i w dół, pchała do przodu i do tyłu, kołysała się na boki, a czasem kręciła się i prężyła niczym głaskana po grzbiecie kocica.
Poczuła, jak wypełniający ją pal pęcznieje, co w połączeniu z coraz głośniejszym sapaniem zwiastowało wybuch męskiej próżności i koniec igraszek, bo każdy jednooki wojownik był niczym berserk, który po przeminięciu szału staje się senny i bezużyteczny. Nie zamierzała do tego dopuścić, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Wstrzymała jazdę, machnęła nożem przed oczami mężczyzny, a potem cofnęła rękę i wbiła ostrze w jego brzuch, tuż poniżej pępka. Kozik ledwo przeciął skórę, ale to wystarczyło, by Mscislav syknął z bólu, pewnie też trochę z obawy, że żelazo znalazło się blisko przyrodzenia. Podziałało. Gdy poczuła, że ma w środku więcej luzu, znów spięła konia udami i powoli ruszyła do przodu. Równocześnie przesunęła nożem w dół i wyrzeźbiła na ciele kochanka znak zaczerpnięty z lingua latina - literę "S". Nie była jak jej przemądrzały ojciec, który mienił się przyjacielem Mimira, a nawet swojego imienia nie potrafił zapisać. Sela korzystała z każdej sposobności, by poćwiczyć sztukę stawiania znaków, choć pewnie jej świętoszkowaty wujek Finlog do cna by wyłysiał, wiedząc, jakiego pergaminu dziś użyła.
Jeździec dostosował się do rytmu wierzchowca, co dało spodziewaną korzyść - zgranie w czasie. Rumak napiął szyję, zarżał i począł toczyć pianę z pyska, na co jeździec jeszcze mocniej zacisnął uda, czym zmusił ogiera do ostatniego morderczego cwału. Sela jęknęła, ciesząc się szybką jazdą, potem zaś zawyła z rozkoszy, gdy wierzchowiec skoczył i cały schował się w pieczarze.
Zsunęła się z Mscislava. Widziała, jak jego źrebak padł bez życia, pomyślała więc, bawiąc się nożem, że litościwie byłoby dobić zajeżdżonego rumaka. Uśmiechnęła się. Vaering był naprawdę porządnym najemnikiem, a wobec niej zachowywał się całkiem miło. Jakaś niezrozumiała siła pchała ją, by wtuliła się w szeroką pierś mężczyzny, potarmosiła jego brodę i złożyła pocałunek na ślicznych ustach, ale przemogła to pragnienie trzema łykami miodu. Nie mogła okazać uległości podwładnemu, choć nic nie wadziło, by wzięła sobie od niego pamiątkę, która przyda jej się później. Zbliżyła nóż do krocza mężczyzny, chwyciła w rękę koszulę i wycięła kawałek materiału. Uniosła skrawek, schowała go w swoim rękawie i oznajmiła sucho:
- Możesz odejść.
Poczekała, aż mężczyzna się ubierze i zniknie za skałami, po czym zebrała swoje ubrania i poszła w przeciwną stronę.
Było już późne popołudnie, mimo to słońce nadal mocno świeciło, korzystając z uprzejmości wiatru, który rozgonił poranne burzowe chmury. Czuć było wiosnę. Na łączce trawa się zieleniła i kwitły białe oraz czerwone kwiatki, których nazw Sela nie znała, bo nie zaprzątała sobie głowy takimi błahostkami. Potrafiła jednak docenić urok wyspy, a dużą przyjemność sprawiało jej spoglądanie w dół, na fale uderzające o ściany klifów i na wodę kotłującą się w zatoczkach.
Po chwili znalazła to, czego szukała - ścieżkę prowadzącą ku niewielkiej, osłoniętej skałami plaży. Zeszła tam, rzuciła na żwir niesione w rękach spodnie i buty, a potem zanurzyła się w wodzie. Zimnej, ale do wytrzymania. Meykong wyciągnęła uciętą z koszuli Mscislava szmatkę i się nią wymyła. Przed swoimi ludźmi musiała udawać twardą walkirię, lecz z dala od ich oczu mogła zadbać o swoją kobiecość.
Ktoś ją ukradkiem obserwował. Wiedziała o tym, choć nie był to wynik żadnych nadzwyczajnych umiejętności - po prostu usłyszała beczenie kozy, a potem świst bata. Nie zareagowała jednak, tylko dokończyła mycie i dopiero wtedy wyszła z wody. Ubrała się spokojnie, po czym ruszyła w kierunku ścieżki, którą wcześniej schodziła. Drogę zastąpił jej posiwiały starzec. Wyszedł zza pobliskich krzewów, popędzając przed sobą dwie kozy.
- Zgubiłaś się, moje dziecko? - zapytał w mowie Grikkmadów.
Skaldmaer od kołyski lubiła się przedrzeźniać i w dorosłym życiu chętnie korzystała z wyuczonych w dzieciństwie sztuczek. Zrobiła niewinną minę i sprawiła, że pod długimi rzęsami zakręciła się łza, choć w środku aż trzęsła się na widok zatroskanego starca, który pożerał ją wzrokiem.
- Nie, panie - odpowiedziała w tutejszej mowie i pociągnęła nosem. - Mieszkam tam, za wzgórzami.
- Tak daleko od domu? Sama? Czy coś się stało?
- Nie, nic... To znaczy... Nie chcę o tym mówić.
- Staremu Symeonowi można powiedzieć wszystko. I tak już nie dosłyszę, a wieczorem zapominam to, czego dowiedziałem się rano. Ktoś zrobił ci krzywdę?
Pokiwała głową i wskazała palcem w kierunku Górnej Arkadii.
- Ci podli Vaeringowie, oni, oni... złapali mnie, zdarli ze mnie sukienkę i... nic więcej nie powiem.
Mogła się jeszcze rozpłakać, ale wiedziała, że choć mężczyźni lubią kobiety smutne i bezbronne, nad którymi trzeba roztoczyć opiekę, to już niekoniecznie patrzą przychylnie na te, które ryczą bez opamiętania.
- Już dobrze, moje dziecko, nie musisz mi nic więcej mówić. Domyślam się, skąd na tobie ten dziwaczny strój: niecnoty z Północy kazały ci po wszystkim przywdziać łachy, których nie godzi się nosić kobiecie.
Kiwnęła głową.
- Nie powinnaś sama włóczyć się po okolicy. Zbliża się wieczór... Nie wiesz, że wtedy grasują kallikantzary?
- Kto?
- Uderzyli cię też w głowę, dziecko? Kallikantzary - diabły o małpich ogonach, psich pyskach i kocich łapach. Niby wierzymy w nie od dziada pradziada, ale te dziwnym trafem szczekają w mowie najemników. Potwory tak mocno zalazły nam za skórę, że już nawet Vaeringowie zaczęli na nie polować, przez co w okolicy łatwo natknąć się i na tych łotrów. Lepiej nie stójmy jak leniwe kozy, tylko chodźmy do mojej chaty. Przenocuję cię.
- Wspaniale! Dziękuję! - Sela zatrzepotała rzęsami, ale zaraz uniosła lewą brew, nadając twarzy wyraz niepewności. - Ale chyba nie chcesz... nie chcesz ze mną robić tego, co Vaeringowie?
Starzec zaśmiał się, jakby powiedziała coś niedorzecznego, lecz nie potrafił ukryć błysku pożądania w oku.
- Za stary już jestem, by myśleć o takich głupstwach. Ze mną będziesz bezpieczna.
- To dobrze... choć trochę szkoda, bo całkiem mi się podobały rzeczy, które robili ze mną żołnierze. Mieli takie silne ramiona...
Grikklandzki pastuch rozdziawił gębę.
- Jak... jak to? Podobało ci się? Prawiłaś przecie, że cię skrzywdzono.
- Skrzywdzono, bo te podłe psy mi nie zapłaciły! A umówiliśmy się na złotą nomismę! Widzisz, zbieram na wyjazd do Byzantionu, by tam nająć się na służbę w jakimś zacnym mastropeionie. Wiesz, jak godziwie mogą tam żyć ładne pornaski? Jak same Porfirogenetki! A te skąpe dranie wzięły, co im dałam, i nic nie zostawiły w zamian! Łajdacy mówili jeszcze, że to moja wina, moja, bo mam za małe piersi. Za małe piersi! Uwierzysz? Czy one są małe?
Rozbawiona Sela uniosła koszulę. Starzec wypuścił z ręki bat i gapił się jak mnich na kiełbasę w Wielkim Poście.
- Jeśli zapłacisz, przypomnę ci, jak to jest być młodym. W zamian wezmę tę kózkę!
- Moją Afrodytę? Ona i Hera jest wszystkim, co mam. To za dużo.
Skaldmaer tylko drwiła, ale i tak ukłuły ją słowa mężczyzny. Za jej nagość płacono już przecież złotymi naszyjnikami.
- Jesteś taki sam jak pozostali, ty skąpy kozojebcu - rzekła ze złością i wyjęła kozik z wiszącej na szyi pochewki.
W oczach starca dostrzegła strach walczący z pożądaniem. Wzięła zamach i uderzyła rękojeścią noża w skroń pastucha. Padł bez przytomności pod kopyta swoich kóz, które skwitowały to obojętnym meczeniem. Rozsądniej byłoby zabić mężczyznę, ale całe zdarzenie mocno rozbawiło Selę, a poza tym nie sądziła, by ktokolwiek uwierzył w bajdurzenie starca o wyłaniającej się z morza pięknej dzieweczce, która obnażyła się przed nim, a potem go pobiła.
Podniosła z ziemi bat, zrobiła na jego końcu pętelkę i założyła ją na szyję Afrodyty. Ruszyła w stronę łodzi, ciągnąc kozę.
***
- Świetna robota - pochwaliła swoich ludzi, gdy dotarła na miejsce.
Łódź została wyciągnięta daleko od morza, nikt nie zdążył się jeszcze upić, rozmowy były prowadzone półgłosem, a więzień już na nią czekał.
- Nasza meykong nie próżnowała - przywitał ją rudobrody Kalf, jeden z zaufanych drużynników Diarfa. - Przyprowadziła kolację.
- Ma na imię Afrodyta i na razie będzie się nam przysłuchiwać. Później ocenię, czy zasłużyliście na koźlinę. A co z naszym gościem. Mówił coś?
- Coś tam gadał po swojemu, ale nic nie zrozumieliśmy.
- Stawiał opór?
- Nam? - Bui wykrzywił gębę w uśmiechu. U góry brakowało mu przednich zębów, wszystkich między kłami. - Gdy tylko weszliśmy do jego chaty, schował się w kąt i na kolanach błagał, byśmy go nie tknęli.
- A tknęliście?
- Nie, bo zakazałaś! To znaczy, tylko Erp lekko szturchnął go pięścią w brzuch, bo tchórz nie chciał z nami iść. No i potem Erp pokazał mu swój topór, by trochę zmiękczyć chłopinę przed twoim przybyciem.
Ainarsdottir pokręciła głową, ale nie zganiła swoich ludzi. Psa nie da się oduczyć szczekania. Wskoczyła na łódź, wyciągnęła własny worek podróżny i wyjęła z niego sakiewkę. Podrzuciła ją i złapała, udając, że jest o wiele cięższa, niż była w rzeczywistości. Podeszła do jeńca i wręczyła mu wydobytą ze skórzanego woreczka złotą monetę zwaną tutaj nomismą.
Grikkmad był w średnim wieku, pośledniego wzrostu i przeciętnej urody. Na jego ciemnej skórze wyraźnie odznaczały się strużki potu, a czarne, kręcone włosy lśniły od tłuszczu. Nie był związany, zaś teraz z wyrazem niezrozumienia na twarzy przyglądał się monecie trzymanej przez Selę.
- Jesteś Kyriakos, czyż nie? - zapytała w mowie mieszkańców Thery. - Dostaniesz ich więcej, gdy odpowiesz na moje pytania. I nie lękaj się. Jesteś wśród przyjaciół.
- Przyjaciół, pani?
- No przecie, że nie wrogów. Pamiętasz Diarfa Nawlekacza?
- Tego najemnika, który wcześniej tu rządził?
- Nie innego. Jesteśmy jego ludźmi i wiemy, że zawarłeś z nim umowę. Miałeś obserwować, co dzieje się na wyspie i o wszystkim mu donosić.
Przemilczała, że pomysł znalezienia grikklandzkiego gołębiarza wcale nie wyszedł od Diarfa. Co więcej, Nawlekacz w ogóle nie rozumiał, po co im wiadomości od Grikkmada, skoro na Therze i tak nie za wiele się działo. Sela musiała się sporo natrudzić, by wytłumaczyć najemnikowi, że poznanie poczynań Ainara będzie konieczne, jeśli mieli doprowadzić do jego zhańbienia, upadku, a w końcu i śmierci. I miała rację, bo wcześniej to właśnie Kyriakos powiadomił Diarfa o planach odpłynięcia Skalda i o wyprawie jego wojów na Kretę, dzięki czemu udało się pojmać Ainara i zorganizować serklandzki atak na Therę.
- Tak też robiłem, pani. Dostałem od niego pięć gołębi z Krety i stale wysyłałem je z wiadomościami. Dobrze wybrał, bo tylko ja w osadzie umiem pisać. Ostatniego ptaka wypuściłem przed trzema tygodniami. Wiadomość dotarła?
- Gołąb przyleciał, ale zgubił po drodze pergamin - skłamała. To rozwiązanie świetnie się sprawdzało, dopóki Nawlekacz przebywał na wyspie kussarów, jednak w zimie, gdy stacjonował w Miklagardzie, żadna wiadomość nie mogła do niego dotrzeć, bo kreteńskie gołębie potrafiły dolecieć jedynie na swoją ojczystą wyspę. - Opowiedz więc dokładnie, co działo się zimą na Therze.
- Nic szczególnego, pani. Sztormy były, więc ludzie siedzieli w domach i czekali nadejścia wiosny. Nieduże trzęsienie ziemi uszkodziło jedną z cystern na wodę, ale już ją naprawiono. Mieliśmy też złodzieja kóz, ale został...
- To mnie nie ciekawi. Wiesz, co działo się w obozie Vaeringów?
- Wiem, pani! - powiedział z dumą mężczyzna. - Nie na darmo Diarf najął właśnie mnie. Już gdy on tutaj dowodził, pracowałem przy budowie przystani w Górnej Arkadii. Znam się na tym, jak nikt na wyspie. Gyrgir też mnie najął do budowy obozu, a potem powierzył zadanie dbania o wszelkie umocnienia, albowiem zimowe deszcze i wiatry osłabić mogą każdy wał. Byłem blisko najemników, a jeszcze bliżej ludzi Gyrgira i niejednej rozmowie się przysłuchiwałam.
- I co usłyszałeś?
- No, chyba nic ważnego.
Sela czuła rosnące rozdrażnienie, ale potrafiła się opanować. Tym różniła się od większości mężczyzn, że swój gniew potrafiła odłożyć w czasie.
- To co się działo w obozie?
- Właściwie nic. Sztormy były, to nikt nie wypływał. Vaeringowie grali więc w kości i naprzykrzali się miejscowym. Ale na szczęście Gyrgir i nasz praitor Olympiodoros sprawiedliwie wynagradzali nasze krzywdy, płacąc nam monetami basileusa. Kristos niech błogosławi naszego ukochanego autokratora.
- Ten Gyrgir, o którym tak dużo mówisz, to ktoś znaczny?
- Przecież pisałem o tym jeszcze w lecie! To znakomity dowódca i nasz dobrodziej, który rządzi Vaeringami. Choć im wydaje się, że władzę nad nimi ma Magnolf Krwawa Siekiera.
- A nie ma?
- Pani, a czy to pies rządzi stadem owiec, czy człowiek, który tego psa karmi? Magnolf służy dla monet, którymi rozporządza Gyrgir - i to cała przewaga, jakiej potrzebuje eunuch, by górować nad najemnikami.
Sela uważniej przyjrzała się budowniczemu. Pod warstwą usłużności i powierzchownej tępoty krył się zdrowy rozsądek. Była gotowa przyznać, że Diarf dobrze wybrał szpiega.
- Od dawna znasz naszą mowę? - Skaldmaer przemówiła w języku Noregu i po oczach rozmówcy poznała, że ten dobrze ją zrozumiał.
Kyriakos milczał chwilę, jakby się zastanawiał, czy warto się zdradzić. #
- Szybko chwytam nowe słówka - odpowiedział w końcu po vaerińsku, czym wywołał poruszenie w szeregach najemników. - Od późnego lata zacząłem was rozumieć, w połowie zimy nauczyłem się z wami porozumiewać.
- A co z nastrojami na wyspie? - zapytała w mowie, którą mogli zrozumieć wszyscy obecni. - Miejscowi znoszą wybryki Vaeringów?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- A co my mamy do gadania? Żołnierze a to zniszczą coś po pijaku, a to zbałamucą jakąś dziewkę - jak to wojacy. Śmieją się z byle powodu, są głośni, szydzą z miejscowych zwyczajów i zachowują się tak, jakby nie znali jeszcze Kristosa. Słyszałem nawet głosy, że najemnicy jakimiś tajemnymi rytuałami oddają cześć pogańskim bogom. Ale nikt głośno się nie skarży, bo ludzie pamiętają, co stało się jesienią. Vaeringowie obronili wyspę przed Sarakenami z Krety. A wiadomo, że lepszy nieokrzesany obcy w służbie basileusa niż sąsiad, który chce twojej śmierci.
- Dobrze się spisałeś. - Odkopała uśmiechem wilcze doły na policzkach, w które złapała już niejednego drapieżnika, a następnie sięgnęła do sakiewki. Wyjęła trzy złote monety i położyła je na dłoni budowniczego. - Masz coś do dodania?
- Dziękuję i niech błogosławi ci Święta Panienka! Rzekłem już chyba wszystko.
- A co z waszymi kallikantzarami?
- To macie z nimi problemy też na Krecie?
- Nic mi o tym nie wiadomo.
- Dziękujcie więc świętemu Sabbasowi, który odgania złe moce. U nas rzeczywiście się ich napleniło, ale milczałem, gdyż nie sądziłem, że będą cię ciekawić miejscowe opowieści. Jak przed świętem narodzenia Krista wylazły spod ziemi, tak nie chcą do niej wrócić, choć w poprzednich latach zawsze uciekały przed potęgą Dzieciątka Jezus. Dlatego niektórzy bajdurzą, że to wcale nie nasze kallikantzary, tylko jakieś stwory, które przybyły tu z Północy za Vaeringami. Ja tam nie wiem, choć od czasu do czasu najemnicy polują na te stworzenia, mówiąc, że chcą nas chronić. Słabo im to jednak wychodzi, bo bestie zabijają kozy, wykradają wino z piwnic i sikają na progi domów. Na szczęście przestali znikać nasi chłopcy, bo jeszcze wczesną zimą zaginęło kilku podrostków. Za to parę razy widziałem rozszarpane ciała żołnierzy, którzy niby to mieli spaść z urwiska albo pobić się o dziewczynę.
- Coś jeszcze mi powiesz o tych stworach?
- Niewiele, pani. Ludzie dużo o nich gadają, ale mnie się zdaje, że to mogą być wymysły znudzonych zimową bezczynnością rybaków. W obozie zasłyszałem też, że kilku Vaeringów zostało wygnanych z Arkadii. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że kallikantzary to wymysł najemników, dzięki któremu mogą bezkarnie kraść nasze kozy.
Skaldmaer wręczyła mężczyźnie kolejną monetę, za co próbował pocałować ją w rękę. Na szczęście udało jej się cofnąć dłoń.
- Możesz już odejść, ale miej uszy nastawione niczym myśliwski ogar, bo mogę cię jeszcze odwiedzić. Nie lękaj się, jeśli we śnie ujrzysz nagą kobietę lub gołego mężczyznę wskazujących dłonią twoje usta. W ten sposób poproszą cię, byś wszystko mi opowiedział. Zrób to, a nagroda z pewnością cię nie minie.
Sela była przekonana, że nic nie pojął z jej ostatniej prośby, choć gorliwie przytaknął i przyrzekł wierną służbę. Miała nadzieję, że gdy Grikkmad wyśni to, o czym go uprzedziła, wszystko sobie przypomni i zrobi, co należy. Chwilowo nie miała pod ręką żadnej seidkony ani seidmada, ale wiedziała, gdzie można znaleźć jedną śniącą.
Gdy mężczyzna odszedł, zajęła się swoimi świeżo umytymi jasnymi włosami. Wyczesała je grzebieniem z kości wieloryba i za pomocą rzemienia zawiązała w kucyk na czubku głowy. Lubiła to uczesanie, bo dzięki niemu wydawała się wyższa. Podwładni wiedzieli już, że nie cierpi, gdy przerywa się jej zabiegi upiększające, milczeli więc, by owo niecierpienie przywódczyni nie przerodziło się w cierpienie któregoś z nich. Dopiero gdy sięgnęła po drewienko i nożyk do rzeźbienia, jeden z drengów otworzył usta:
- Czy już wiesz wszystko, co chciałaś? Możemy teraz upiec kozę, a rano wypłynąć?
- Tak, nie, nie.
Zawiedzeni żeglarze mruknęli.
- Jaki jest zatem plan?
- Odpocznijcie. Po zmroku trzech z was wyruszy do Dolnej Arkadii. Powiecie, że wasz statek zatonął na morzu i jako jedyni zdołaliście dopłynąć do brzegu. I natychmiast poprosicie o spotkanie z Magnolfem Krwawą Siekierą. Jest bardzo niezadowolony ze służby u basileusa, więc chętnie wysłucha waszej propozycji. A rzekniecie, że jego konung popadł w niełaskę władcy Miklagardu i zaproponujecie mu służbę u Diarfa Nawlekacza. Obiecajcie dwa razy tyle złota, ile płaci Gyrgir, i trzy razy więcej walki, niż zapewnia Skald. Pojmujecie?
- Tak - odpowiedzieli zgodnie jak chór eunuchów.
- A pozostali, pani? - dopytał Mscislav.
- Ty wraz z czterema drengami zostaniesz pilnować naszego stateczku, a reszta wyruszy ze mną w głąb wyspy. Wtedy dowiecie się więcej. I pamiętajcie: wyruszamy skoro świt, więc jeśli któryś się nie zjawi, uznam go za trupa.
Dalszych pytań nie było. Sela wzięła się do rzeźbienia, które zawsze ją odprężało. Po chwili trzymała w rękach drewniany wizerunek ludzkiego ucha. Wyglądało jak prawdziwe. Od dzieciństwa lubiła bawić się uszami.
***
Gaupa i Hedin przeciągnęli się po popołudniowej drzemce i mruknęli z zadowolenia. Nienawidzili skalistej wyspy, na której nie było lasów, bagien, strumyków, wykrotów ani nawet porządnej czarnej, usłanej igłami ziemi, w której można byłoby się wytarzać. Wszystko śmierdziało rybą i morską wodą, a kamieniste podłoże wciąż kaleczyło ich bose ludzkie łapy. Bytowanie na Therze miało jednak i dobrą stronę - ciepło. Wiosenne słoneczko przyjemnie grzało ich kark, gdy leżeli na konarze wiecznie zielonego drzewa oliwnego,. Aż szkoda było się budzić, jednak wzywającego do boju niedźwiedziego ryku nie można było lekceważyć. Zresztą nie mieli takiego zamiaru, bo nie istniał lepszy sposób na uczczenie nadchodzącej nocy niż zabijanie poprzedzone zaciętą walką.
Zeskoczyli z drzewa i wylizali dłonie, które ubrudziły się podczas leżakowania.
- Sssłyszę starszego brata. Czy dziś możemy walczyć?
Ryś i Płaszcz odwrócili się i unieśli głowę. Zobaczyli Ormhedina - wisiał plecami do dołu, oplatając konar drzewa nogami i rękami. Gadzi hamramir odchylił głowę tak bardzo, że znalazła się tuż obok ludzkiego łba Gaupa i Hedina, którzy nie cierpieli, gdy ich najmłodszy brat tak się zakradał. A jeszcze bardziej nie lubili, gdy robił to bezszelestnie nawet dla ich kocich uszu.
- A czy ryś oprze się kocicy w rui? Bój was nie minie, ale znacie zasady. Musicie pozostać w ukryciu, aż morderca i kot w naszej głowie pozwolą wam wyjść.
Z rozkazu Berhedina nowo narodzony hamramir znajdował się pod opieką Rysia i Płaszcza. Co prawda ci dwaj nie znosili go niańczyć, ale dobrze wiedzieli, dlaczego przywódca sfory akurat im przydzielił ten obowiązek. Chciał zająć ich myśli, sprawić, by przestali narzekać i kopać dołki pod konungiem Ainarem. Ale to się misiowi nie udało. Już wszyscy bracia zgadzali się z ich fukaniem na lubiącego bratać się z Grikkmadami Skalda. Zrozumieli, że ten marny poeta ich zdradził. Nakazał sforze zimować bezczynnie na wyspie, a sam uciekł. Potem jego ludzie obwołali hamramirów banitami i zaczęli na nich polować.
Zmiennokształtni nie musieli wyznaczać sobie miejsca zbiórki, gdyż nie byli zwykłymi drengami, którzy gromadzą się przed każdą potyczką, by dodać sobie otuchy piwem i okrzykami. Tańczący wojownicy rozumieli się bez słów, dlatego każdy wiedział, co i gdzie ma robić. Gaupa i Hedin przyczaili się za skałą, przy krzakach porastających zbocze góry. Słyszeli sapanie Berhedina, który ukrył się pięćdziesiąt kroków przed nimi, oraz kwik Svinhedina leżącego czterdzieści kroków na prawo. Trzydzieści kroków na lewo czyhał na wrogów Ulfhedin, który zdradził swoją pozycję krótkim szczeknięciem.
Najemnicy Magnolfa przyszli, gdy już się ściemniło. Było ich dziesięciu, a wszyscy nieśli pochodnie. Gaupa i Hedin ziewnęli, bo nudziły ich nowe pomysły ludzkich drengów. Wcześniej próbowali osaczyć bestialskich wojowników za dnia, a kiedyś nawet wysłali setkę ludzi, by zagonić ich w pułapkę i zatłuc, jak to się robiło w przypadku tępienia wilków. Hamramirzy uwielbiali takie zabawy i z łatwością wymykali się nagonce, zachodzili ją od tyłu, po czym drapali, gryźli i dźgali pojedyncze ofiary. Vaeringowie zrezygnowali potem z wielkich polowań i tylko od czasu do czasu jacyś co mężniejsi czy co bardziej upojeni winem drengowie przysięgali rozprawić się ze zmiennokształtnymi. Część napastników rzeczywiście umiała walczyć, zwłaszcza ci z wielkimi toporami. Ryś przypomniał swemu towarzyszowi, że ich ludzkie ciało piętnaście dni temu zarobiło bolesne cięcie po żebrach. Taka była kara za niezgrabność. Jeszcze gorzej oberwał ich ociężały brat Urrhedin, który do tej pory leżał zagrzebany w norze po tym, jak zadzior włóczni rozszarpał mu lewy bok. Zresztą każdy z bestialskich wojowników został już tej zimy naznaczony żelazem, a liście Göllnira, którymi zwykli obkładać jątrzące się rany, zaczęły się kończyć. Z pewnością jednak potrzeba było czegoś więcej niż dziesięciu drengów z pochodniami, by doprowadzić do zguby członków sfory.
- Mówię wam, że to zadziała! - Choć najemnik starał się mówić cicho, koci słuch Rysia wychwycił te słowa. - Hamramirzy są jak dzikie zwierzęta, a każda bestia, nawet najstraszniejsza, boi się ognia. Z łatwością wejdziemy na Górę Kallikantzarów i obwołamy ich tam nidingami o zajęczych sercach.
Gaupa i Hedin prychnęli cichutko i mruknęli, jakby walkiria głaskała ich po grzbiecie. Głupcy mieli nawet rację - bestie w ich głowach rzeczywiście nie przepadały za płomieniami, ale za braci miały przecież ludzkich Hedinów, którzy potrafili ujarzmić strach przed ogniem. Poza tym światło pochodni wcale nie pomagało żołnierzom, gdyż właśnie minęli pozycje Niedźwiedzia i Dzika, lecz nic nie zauważyli i pięknie weszli w zastawioną pułapkę.
- Jeszcze tej nocy potroimy nasz majątek - ucieszył się inny najemnik.
"Koteczek nie pojmuje" - odezwał się głos w ich wspólnej głowie.
"Kici, kici, leży spokojnie. O zakład idzie, bo ludzie lubią stawiać monety na swoje życie" - wyjaśnił Hedin.
"A czy człek w naszej głowie też chce się założyć?".
Płaszcz uświadomił sobie, że rzeczywiście brakuje mu takiego męskiego współzawodnictwa, no i lubił od czasu do czasu dać swojemu koteczkowi pstryczka w wąs.
"A na co rysiaczek chce postawić i co będzie nagrodą?".
"W kocim rozumku to się kotłuje, że żaden z tych dziesięciu drengów nie wróci dziś do domu i jeśli słuszność będzie po rysiej stronie, oddam ci władzę nad naszą wspólną głową, gdy następnym razem ze skóry będziemy zwierza obdzierać".
Obydwaj lubili rozbierać krówki, owieczki i sarenki. Płaszcz uśmiechnął się pobłażliwie, bo lepiej od swojego zwierzęcego brata znał się na takich ludzkich sprawach.
"Koteczek przegra, bo Berhedin nigdy nie pozwala zabijać wszystkich i woli, jak ich tylko ranimy, straszymy i odganiamy do Arkadii. Przyjmuję zakład".
Drengowie znajdowali się tylko kilka kroków od nich. Berhedin, Svinhedin i Ulfhedin powinni już wyjść z ukrycia i zaatakować myśliwych z dwóch stron. Dopiero potem pozostali bracia mieli uderzyć od tyłu na związanych walką najemników. Nie stało się tak jednak, a Ryś i Płaszcz zrozumieli przyczynę opieszałości trzech hamramirów, bo też poczuli słodką woń koziej krwi i surowego mięsa. Czyżby drengowie z pochodniami stanowili część większej obławy? Hedin przypomniał Gaupowi, że już wcześniej próbowano ich zwabić zwierzęcą juchą i wtedy tańczący wojownicy niemal dali się złapać w zastawione przez Magnolfa wnyki. Tym razem musieli być ostrożniejsi.
Cichy pomruk niedźwiedzia nakazywał odwrót. Nie godziło się jednak zostawiać drengów bez pożegnania, bo nikt nie mógł bezkarnie spacerować pod nosem polującego Rysia. Nie chcieli jednak znów oberwać po uszach od Berhedina, dlatego byli posłuszni, ale krnąbrni zarazem, bo nie przeszkodzili Ormhedinowi w kąsaniu. Wąż za ich plecami lekko uniósł się nad ziemię i rzucił nożykiem w kierunku jednej z pochodni. Żagiew upadła na ziemię, a na nią zwalił się dreng z przebitym gardłem. Ubranie zajęło się ogniem, powodując zamieszanie w szeregach Vaeringów. Wężowy hamramir zostanie ukarany za brak posłuszeństwa, ale taki już los najmłodszych. Zresztą nic tak nie wzmacnia grzbietu, jak cięgi od starszego rodzeństwa.
Gaupa i Hedin podkręcili wąsa i powoli wycofali się w ślad za pozostałymi braćmi.
***
Sela kropiła. Zaobserwowała ten rytuał u kristiańskich mnichów, którzy wodą wyganiali z ludzi i przedmiotów złe duchy. Ona nie chciała jednak nikogo wygonić, tylko przyzwać dzikie bestie, dlatego zanurzała gałązkę oliwną w cebrzyku wypełnionym kozią krwią i zamaszystymi machnięciami znaczyła mijane głazy, krzewy i drzewa. Na ramionach miała świeżo ściągniętą z Afrodyty skórę, a każdy z sześciu jej ludzi niósł krwawy ochłap surowego mięsa. Drengowie nie pojmowali, dlaczego musieli chodzić po nocy, trzymając kozi udziec, wątrobę czy rogaty łeb, ale Skaldmaer nie miała ochoty im niczego wyjaśniać. Sama zresztą nie potrafiłaby przekonać samej siebie, że postępuje słusznie, bo próba odnalezienia hamramirów, zwanych tu najwyraźniej kallikantzarami, wiązała się z ogromnym ryzykiem.
Zgodnie z planem trzech jej ludzi wyruszyło do obozu Vaeringów, by zjednać dla ich sprawy Magnolfa. Ten ruch rozumieli wszyscy. Diarf stracił w Miklagardzie wielu ludzi, którzy zostali podkupieni przez Ainara, więc tylko czterdziestu najbardziej zaufanych drużynników Nawlekacza wyrwało się razem ze swoim przywódcą z Basilis Polis i odpłynęło na "Czerwonej Żmii". Diarf miał jeszcze co prawda jeden okręt z załogą, która zimowała na Krecie, ale potrzebowali nowych wojów. Przymierze z Krwawą Siekierą mogło im to zapewnić i jeszcze dodatkowo pogrążyć wiarołomnego poetę.
- Stąpajcie cicho i nie dobywajcie broni bez mojego wyraźnego przyzwolenia - przypomniała meykong. - Możemy być obserwowani.
Na szczęście niebo było wolne od chmur, więc księżyc i usługujące mu gwiazdy świeciły wystarczająco jasno, by wędrowcy mogli obyć się bez pochodni. Sela prowadziła tę dziwaczną procesję, na której widok wujek Finlog skazałby się na miesięczną głodówkę. Opiekun wiele razy przez nią pokutował, gdyż w swojej poczciwości nie miał serca karać dorastającej dziewczynki, dlatego przed Kristem brał odpowiedzialność za jej występki.
- Pani... - Wspominki przerwał jej Ingi, który z całego oddziału miał najlepsze oko. - Widać tam poświatę.
Poetka spojrzała we wskazane miejsce.
- Może ktoś tam obozuje?
- Myślę, że to ludzie z pochodniami. I chyba zbliżają się do nas. Co robimy?
- Czekamy. Może pójdą w swoją stronę. Schowajmy się za tamtymi skała...
Zamilkła i uniosła nad głowę zakrwawioną gałązkę oliwną, nakazując ciszę. Zdawało jej się, że coś usłyszała. Coś jakby syk węża i pomruk niedźwiedzia. Gadów w tych okolicach było pełno, ale żaden szanujący się miś nie zapuściłby się w ten rejon świata.
- Przychodzimy w pokoju! - krzyknęła, lecz na tyle cicho, by nie usłyszeli jej ludzie z pochodniami. Nie była też pewna, czy swoimi słowami się nie wygłupi, ale tylko śmiałością kobieta mogła zdobyć uznanie wojów.
Przez kilka uderzeń serca nikt się nie odzywał. Ludzie Seli spoglądali na siebie, nie wiedząc, co robić, choć wiedziały to ich ręce, które zacisnęły się na rękojeściach mieczy i styliskach toporków.
- Czego tu szukacie? - Głos wydobywający się z ciemności był głęboki i ponury, jakby słowa wyszły z niedźwiedziego gardła.
- Nie czego, tylko kogo. Szukamy mężnych hamramirów, którym nikt nie dorównuje w boju.
- Znaleźliście. A teraz odejdźcie albo spotka was los kozy, którą niesiecie.
- Chcemy tylko porozmawiać.
- Raczej zagadać, aż wasi towarzysze z pochodniami zajdą nas od tyłu? Hedin i jego niedźwiedzi brat nie lubią się powtarzać. Po raz ostatni radzę wam odejść! I powtórzcie swoim wodzom, że rozmówimy się jedynie z naszym konungiem Ainarem Skaldem.
- To nie są nasi ludzie. Nie jesteśmy stąd. Chcemy was nająć i obsypać złotem!
Nikt jej nie odpowiedział. Zmrużyła oczy i wpatrzyła się w głazy, zza których dobiegał głos. Nic tam nie dostrzegła.
- Popłyńcie z nami na Kretę, a nikt nie będzie na was nastawał i dostaniecie pełną swobodę w plądrowaniu wyspy.
Ponownie odpowiedziała jej tylko cisza. Układy nie szły dobrze, przeklęła więc w myślach wiewiórkę Ratatosk, która uwielbiała przegryzać nici wszelkich porozumień. Jednak Sela od dziecka była uparta, zatem i teraz nie zamierzała się cofnąć.
- Będziemy tu stać, aż z nami porozmawiacie.
Nienawidziła ciszy, ale cisza za nic miała sobie jej odczucia i trwała nadal. Poświata zbliżała się w ich stronę.
- Co robimy, pani?
- Trzech niech schowa się za tymi krzakami. Reszta stoi ze mną. Skoro hamramirzy milczą, rozmówimy się z ludźmi, którzy się do nas zbliżają. I pozbądźcie się tego koziego ścierwa - rozkazała, sama odrzucając skórę, niemal już pusty cebrzyk i zakrwawioną gałązkę oliwną.
Meykong i jej drengowie pierwsi dostrzegli nadchodzących wojów. Było ich dziewięciu i maszerowali tak, jakby byli pod ostrzałem wroga. Trzech szło z pochodniami w środku, a pozostała szóstka tworzyła wokół nich krąg tarcz. Na widok nieznajomych stanęli, obronny pierścień najeżył się włóczniami i mieczami. Rozluźnili się jednak i unieśli groty, gdy spostrzegli, że naprzeciw nich stoi dziewczyna.
- Kim jesteście? - odezwał się brodacz z pochodnią.
- Wypada, by to wódz przedstawiał się kobiecie, a nie na odwrót.
- Mów, dziewko, bo przerzucę cię przez kolano i w zastępstwie ojca nauczę pokory wobec drenga.
Nie wiedziała, co ją bardziej zdenerwowało, potraktowanie jak młódki, czy wzmianka o ojcu.
- Jestem tą, która pohańbiła waszego konunga, ośmieszyła go w oczach gardskonunga Miklagardu i sprawiła, że wszyscy dowiedzieli się o jego wiarołomstwie!
- Chyba się przejęzyczyłaś, cielaczku. To on musiał pohańbić ciebie. Zrobił ci bachora? Pewnie nie tobie jedynej, bo chutliwy jest nasz konung niczym sam bóg Njörd. Masz jednak szczęście, bo nasz hojny Gyrgir chętnie płaci każdej dziewce, która poznała twardość oręża z Północy. Z pewnością i tobie nie poskąpi monet.
Najemnicy Magnolfa gruchnęli śmiechem, a co gorsza poetka także za swoimi plecami usłyszała stłumione dłonią prychnięcie. Pyszniła się, że potrafi z pełnym opanowaniem przywdziewać na twarz różne maski, ale teraz przyszło jej tylko podziękować bogini Nott, która zakryła ciemnością jej poczerwieniałe policzki. Była wściekła tak bardzo, jak nie potrafi żaden mężczyzna, nawet berserk, nikt bowiem nie gniewa się równie zajadle jak obrażona kobieta. Opanowała się, choć urazę zamierzała wypielęgnować w ukryciu, po czym rzekła:
- Chętnie przygarnę trochę monet dla mojego maleństwa. Możecie mi pokazać drogę do tego Gyrgira?
Mężczyźni z pochodniami zastanawiali się chwilę, szepcząc między sobą, po czym ich brodaty dowódca oznajmił:
- Dobrze. Nie jest bezpiecznie tu przebywać, nawet z tymi trzema wojami, którzy cię pilnują. A w ogóle skąd się tutaj wzięliście?
- Jesteśmy kupcami z Noregu, którzy niedawno przybyli w te strony. To znaczy oni są - wskazała za siebie - bo ja jestem tylko córką ich sternika.
- To ciebie zapraszamy do środka. Będzie się lepiej szło, gdy poświecimy na takie ładne dziewczę. A twoi ludzie niech idą za nami.
- Zatem postanowione - zgodziła się, tupiąc nóżką w podłoże.
Ainarsdottir skorzystała z uprzejmości tarczowników, którzy zrobili jej przejście, i weszła do środka szyku. Gdy jej trzej ludzie ustawili się z tyłu pochodu, drengowie ruszyli w drogę. Uśmiechnęła się zalotnie, gdy brodaty wódz położył jej wolną rękę na tyłku i powiedział:
- Gyrgir zapłaci też za dwa bękarty.
Tyłek miała krągły i piękny, więc nie zdziwiła się, gdy poczuła na nim rękę drugiego wojownika, który na dodatek ją uszczypnął. Chcieli zabawić się we trójeczkę? Do takich igraszek zawsze była chętna.
- A płaci za godziwy pochówek swoich wojów?
- Co?
Pchnęła nożem, który wcześniej dobyła z zawieszonej u szyi pochwy i trzymała ukryty w rękawie. Tak małe ostrze nie miało szans prześlizgnąć się pod żebrami i sięgnąć serca, dlatego wycelowała w brzuch. Zaskoczony brodacz zgiął się wpół, upuszczając pochodnię. Korzystając z zamieszania, Skaldmaer sięgnęła po rękojeść przewieszonego przez ramię miecza. Wyszarpnęła go z pochwy i tym samym płynnym ruchem cięła na odlew.
W coś trafiła, chyba w czyjeś ramię, ale nie była pewna, bo wojownicy z pochodniami odskoczyli, wpadając na towarzyszy i ich przewracając. Za wszelką cenę musiała się wyrwać z kręgu, który stał się teraz jej więzieniem. Dała nura w powstałą lukę, depcząc po czyichś plecach. Ktoś złapał ją za nogę. Padła i odturlała się na bok, akurat w porę, by nie zostać stratowaną przez własnych ludzi. Ci, którzy zamykali pochód, uderzyli na przeciwników od tyłu, a trójka, która kryła się w krzakach, zaatakowała od przodu. Pochodnie zostały ciśnięte na ziemię i przygasły, więc Vaeringowie musieli się zadowolić światłem, którym łaskawie obdarzył ich księżyc wraz z gwiazdami. Mani nie był jednak przesadnie hojny i w blasku jego tarczy ledwo dało się dostrzec, kto wróg, a kto przyjaciel.
Sela miała w sobie wiele z wilka, a nic z zająca, więc nie miała zamiaru się chować. Zerwała się na nogi, podniosła porzuconą przez któregoś z wojowników tarczę i ruszyła w bój, by niczym walkiria wybierać drengów do zarżnięcia.
Dzięki jej chyżości w myśleniu między walczącymi zapanowała równowaga sił. Dowódca napadniętego oddziału nie zdołał już bowiem wrócić do walki, tak jak jeden z jego przewróconych wojów, który trzymał się za ramię i cofał ku krzakom. Siedmiu walczyło z siedmioma, ale to ludzie poetki mieli przewagę zaskoczenia. Przeciwnicy nie zdołali na powrót uformować szyku i potyczka zamieniła się w pojedynki.
Oblubieńcem walkirii został łysy wojownik uzbrojony w miecz i tarczę. Wyznała mu miłość zamaszystym cięciem, które miało go pozbawić głowy. Zasłonił się skjaldem i zaatakował, celując w jej lewy bok. Uskoczyła, po czym cięła wysoko, ale dreng zbił uderzenie i odpowiedział pchnięciem. Tym razem zblokowała tarczą, pamiętając, by nie trzymać jej w bezruchu, tylko uderzać drewnianą osłoną, wychodząc orężowi wroga na spotkanie. W ten sposób osłabiało się ciosy przeciwnika, co więcej, miało się szansę na wytrącenie mu broni z ręki. Łysol był jednak rzemieślnikiem zbyt wprawnym w bitewnych pocałunkach, by nabierać się na takie proste sztuczki.
Za plecami Skaldmaer ktoś jęknął i ciepła krew trysnęła jej na kark. Nie dała się rozproszyć, nie oderwała wzroku od wyższego o głowę przeciwnika. Dreng był od niej silniejszy, więc starała się przed nim uskakiwać, oszczędzając tarczę i lewe przedramię. Odpowiadała sporadycznymi atakami na łysy czerep. Czekała. Rozdrażniony przedłużającą się walką wojownik rąbał coraz mocniej i coraz wścieklej, gdyż jego miecz nie był nawet w stanie porządnie ugryźć tarczy. Sela doskonale wyczuwała jego nastrój, bo podobnie zachowywał się każdy mężczyzna, gdy nie mógł zmóc kobiety. Denerwowała go więc dalej, pląsając, krążąc wokół niego i wyprowadzając szybkie ciosy w kierunku twarzy. W końcu się doczekała. Vaering zaczął wyżej trzymać skjald. Przyjęła mocarne uderzenie na skjaldarbukl, żelazny środek tarczy, i udając, że siła rąbnięcia ugięła pod nią nogi, przykucnęła, a następnie cięła mieczem tuż nad ziemią. Dreng przejrzał jej podstęp i opuścił drewnianą zasłonę, ale było za późno. Ostrze o szerokość dwóch palców minęło dolną krawędź skjaldu i ucięło stopę najemnika. Łysol nie miał zwinności czapli, która potrafi łapać ryby, stojąc na jednej nodze, zwalił się więc na ziemię.
Uchyliła się przed zadanym od tyłu zdradliwym ciosem w szyję, obróciła i rąbnęła na wysokości brzucha nowego wroga. Żelazo głucho stuknęło o tarczę obciągniętą skórą. Uderzyła ponownie, ale w ostatniej chwili wstrzymała ostrze. Zdała sobie sprawę, że walczy z własnym podwładnym, który uraczył ją przepraszającym spojrzeniem i pospieszył szukać zwady z kimś innym.
Rozejrzała się. Jej pojedynek trwał dłużej, niż się spodziewała, gdyż potyczka dobiegała już końca. Trzech jej ludzi osaczało dwóch przeciwników skutecznie broniących się włóczniami. Na jej oczach jeden z ludzi Magnolfa wbił oręż w tarczę napastnika, szarpnął i wyrwał mu osłonę z rąk, z czego skorzystał drugi osaczony, nawlekając na grot, aż po same skrzydełka, pozbawiony ochrony brzuch przeciwnika. Sela wraz z drengiem, z którym o mało się nie pozabijali, zajęli miejsce poległego. Było teraz czterech na dwóch.
- Poddajcie się, a zachowacie życie! - okazała łaskę córka Ainara.
Na jej znak podwładni przestali nacierać, choć nadal okrążali włóczników, uniemożliwiając im ucieczkę.
- Nie uwierzymy komuś, kto napadł nas zdradziecko w nocy jak najpodlejszy niding.
Poetka parsknęła śmiechem. Wojowie uwielbiali się obrażać, ale większość nie potrafiła toczyć słownej potyczki z kobietą. Ci tutaj nazwali ją nidingiem, czyli chłopem postępującym niemęsko, jak baba.
- Mnie takie zachowanie przystoi, bo przecież kobiety znane są ze swojej podstępnej natury. Ale wam? Czyż nie przybyliście tutaj pod ukryciem ciemności, by polować na hamramirów?
- To co innego... - W głosie włócznika słychać było wahanie. - To bestie i zabijając je, nie złamiemy naszego drengskapu.
Przewróciła oczami. Ileż to już razy słyszała, jak mężczyźni zasłaniają się drengskapem, zbiorem honorowych zasad dla napuszonych głupców, lecz zapominają o nim, gdy trafiała się jakaś dzierlatka do zgwałcenia?
- Nie jest rozsądnie tak brzydko mówić o hamramirach. Mogą cię jeszcze usłyszeć.
Obaj włócznicy rzucili szybkie spojrzenia na okoliczne skały.
- Dobrze. Poddamy się, ale nie tobie, boś jest dziewka, a przed taką moja broń nigdy nie opada.
- Twoja żona przy praniu gada coś innego. Że opada całkiem często, za to nigdy nie leży spokojnie, gdy sypiasz we wspólnej sali z drużynnikami.
Jej ludzie wybuchnęli śmiechem, zauważyła też, że drugi z osaczonych nieznacznie się uśmiechnął.
- To jak będzie? Jeśli wolisz popisywać się włócznią przed jednym z moich ludzi, twoja sprawa. Spieszcie się jednak z decyzją, bo nie mam ochoty sterczeć tu przez pół nocy.
Włócznicy milczeli chwilę. W końcu jeden z nich kiwnął głową, a drugi oznajmił:
- Przysięgnij tylko na pierścień Jednorękiego... Albo nie. Dziewka nie będzie szanować męskich przyrzeczeń. Obiecaj na Brisingamen, że puścisz nas wolno i pozwolisz nam zabrać ze sobą rannych.
"Wolno, tylko bez uszu" - pomyślała. Lubiła mieć po pokonanych mężczyznach pamiątki, a ci dwaj zasłużyli na karę choćby za złośliwość, jaką jej właśnie czynili. Z pewnością nie mieli bowiem na myśli tego, że Brisingamen był najcenniejszym przedmiotem w zaświatach, ale to, w jaki sposób bogini miłości zdobyła ten naszyjnik. Musiała spędzić po jednej nocy z jego twórcami, a były to cztery paskudne karły.
- Przysięgam na naszyjnik bogini Gefny, że odejdziecie stąd wolni albo przez resztę życia będą mnie zaspokajać szkarady.
Odpowiedział jej ryk niedźwiedzia. Vaeringowie, zapominając o własnej walce, zaczęli się lękliwie rozglądać.
Dostrzegła cień. Jakaś zgarbiona istota pędziła ku nim koślawo, jakby kulała, choć poruszała się niemal bezszelestnie. W trzymanych przy ziemi łapach połyskiwały żeleźce toporków. Sela krzyknęła ostrzegawczo i odskoczyła na bok, zasłaniając się tarczą. Przy głazach po swojej lewej stronie zobaczyła kolejny cień, większy od poprzedniego. Należał do stwora odzianego w futro i dzierżącego w łapach ogromny konar drzewa. Wymiarkowała, że musiał to być rodzaj maczugi.
Drengowie bez słowa weszli w tymczasowy sojusz i ustawili się przodem do nowego zagrożenia. Jednak nim cienie zdołały dobiec do najemników, za plecami Vaeringów pojawiło się kolejne zagrożenie.
Ainarsdottir mrugnęła raz i drugi, ale rzeczywistość nie chciała okazać się przewidzeniem. Spod ziemi wyłonił się mężczyzna w pył obleczony i zaatakował wojowników. Musiał być karłem drążącym tajne przejścia w skalistym podłożu wyspy albo mistrzem pełzania, który zakradł się tutaj, gdy ludzie Północy byli zajęci walką. Stwór uzbrojony był w dwa nożyki niewiele większe od kozika do rzeźbienia. Wstając, ciął jednego z ludzi meykong pod kolanami. Rany nie mogły być głębokie, ale nie musiały, by okazać się śmiertelne. Vaering krzyknął z bólu i odwracając się, machnął na oślep mieczem. Trafił w tarczę jednego z ludzi Magnolfa i połamał ją, na co włócznik odpowiedział pchnięciem, uznając, że zawieszenie broni dobiegło końca. Wszyscy rzucili się sobie do gardeł. W ten kotłujący się oddział uderzyły nadbiegające cienie. Dwa kolejne oderwały się od pobliskich głazów i pospieszyły ku walczącym.
Sela trzymała się nieco z boku, nie z lęku, ale z roztropności. W takim ścisku łatwo było otrzymać cios w plecy od przyjaciela. Szybko oceniła, że jej ludzie nie mają żadnych szans na zwycięstwo w starciu z hamramirami, bo właśnie nimi musieli być napastnicy. Pomyślała, że skoro norny wyszyły jej śmierć na tej skalistej wysepce, przynajmniej weźmie ze sobą jak najwięcej ludzi ojca. Obrała za cel drenga z tarczą i włócznią, ostatniego stojącego o własnych siłach człowieka Magnolfa, który zdołał się jakoś wyrwać z zamieszania i uciekał w kierunku morza. Ruszyła biegiem, ale nie musiała długo go ścigać. Mężczyzna sam ku niej zawrócił, gdyż na jego drodze stanął przysadzisty hamramir z dwoma krótkimi oszczepami, którego postawa miała w sobie coś z sylwetki świni.
Skaldmaer krzyknęła, by zwrócić uwagę włócznika, i ku swojej radości rozpoznała w nim jednego z miłośników jej tyłka, który chciał pobawić się z nią w trójcę nieświętą. Początkowo wojownik próbował ją wyminąć szerokim łukiem, lecz w końcu zawrócił i ruszył prosto na Selę. Musiał chyba uznać, że szanse na ucieczkę są znikome albo też dojść do wniosku, że czmychania przed kobietą nie da się dopasować do drengskapu.
Przyjęła postawę obronną i poczekała na pierwsze pchnięcie. Zbiła skjaldem włócznię, uważając, by grot nie wbił się w tarczę, po czym poszła do przodu z wyciągniętym przed siebie mieczem. Chciała nawlec na ostrze brzuch przeciwnika, ale dreng odskoczył i zasłonił się tarczą, więc jej sztych niegroźnie dziabnął deski. Ruszyła za ustępującym przeciwnikiem, nie pozwalając mu odzyskać przewagi odległości, jaką dawała mu długa broń. W zbliżeniu najemnik z Północy nie mógł wyprowadzać pchnięć, machnął więc włócznią w bok, grotem przy samej ziemi, zapewne w nadziei, że cios zwali lekkiego przeciwnika z nóg. Sela przeskoczyła nad drzewcem i jeszcze w powietrzu cięła w dół, celując w dłoń wojownika. Zdołał umknąć, więc pieśniarka rąbnęła ponownie, tym razem w głowę. Vaering zblokował cios tarczą, po czym odrzucił nieporęczną włócznię i dobył zawieszonego przy pasie saksa.
Teraz to Sela miała dłuższą broń, zrobiła więc krok do tyłu, jednak najemnik nie pozwolił jej na zwiększenie dystansu. Natarł z całą mocą, a na jego twarzy malowała się pewność zwycięstwa. Uderzył tarczą, równocześnie wyprowadzając zdradzieckie pchnięcie pod dolną krawędzią skjaldu. Poetka wiedziała, że zdołałaby się obronić, ale nie zdołała się o tym przekonać. Dreng poślizgnął się, grzmotnął plecami o ziemię i znieruchomiał. Do jego butów lepiły się kozie jelita, a z boku głowy, którą uderzył o kamień, sączyła się strużka krwi. Nie bez przyczyny skaldowie śpiewają, że norny właśnie z jelit wyszywają przeznaczenie wojownika.
Meykong rozejrzała się, gotowa stawić czoło kolejnemu przeciwnikowi. Nie było komu. Potyczka dobiegła końca, a zwycięzcy całkowicie lekceważyli pieśniarkę, ku jej wielkiemu oburzeniu. Jeden pełzał, by przystawiać ucho do ust konających drengów, drugi ocierał się plecami o skałę, trzeci tarzał się w ziemi, czwarty sikał na ciała poległych, a piąty tulił do policzka odnalezioną w krzakach kozią skórę.
Przez głowę Skaldmaer przemknęła myśl, że mogłaby się wycofać, wrócić do reszty swoich ludzi i zapomnieć o całej sprawie. Utrata sześciu drengów była na wojnie rzeczą błahą. Tylko że ona nienawidziła przegrywać i zawsze dostawała to, czego chciała. Wzięła głęboki wdech, po czym przywoła z pamięci pieśń Thorbjörna Hornklofiego, której nauczył ją dziadek.
At berserkja rei?u vilk spyrja,
bergir hr?s?var,
hversu es fengit
?eim's í fólk va?a
vígdjörfum verum?2
- Pięknie przemawia w mowie Północy i jeszcze troszczy się o naszą zapłatę - stwierdził hamramir z maczugą.
- Nie godzi się, by tak zacnych karmicieli kruków, którzy niegdyś byli drużynnikami najznakomitszych konungów Północy, dziś tak licho wynagradzano. Czym zawiniliście, że traktują was jak wściekłe psy?
- A czemu myśl o naszym przeznaczeniu zajmuje ten śliczny dziewczęcy łebek?
- Ponieważ norny wysłały mnie tutaj, by polepszyć wasz los. Ponawiam ofertę! Chcę was nająć do służby.
Ocierający się o skałę hamramir ryknął śmiechem. Odpowiedziało mu wesołe ujadanie, radosne kwiczenie i koci chichot. Słowa odniosły jednak skutek, gdyż szaleni wojownicy oderwali się od swoich zajęć i otoczyli dziewczynę.
- Walczyłaś tej nocy jak niedźwiedzica. Dzielnie. Ale czy jesteś głucha niczym miś podczas zimowego snu? Mówiliśmy już, że nie szukamy nowego pana.
Tarczowniczka poznała po głosie, że ten sam mężczyzna przemawiał do niej wcześniej, z ciemności. Uznała, że misiopodobny mąż jest dowódcą watahy.
- Słuch mam doskonały, jak to u pieśniarki. Dlatego już w Miklagardzie dotarły do mnie wieści o konungu Vaeringów, który zdradza własnych ludzi.
Wilczy hamramir warknął na nią groźnie i pokazał zabarwione na czerwono kły. Dowódca uciszył go krótkim fuknięciem.
- Odejdź, póki możesz. Jeszcze nie mamy z tobą zwady.
- Skoro nie jesteście mi wrogami, dlaczego zaatakowaliście moich ludzi? Walczyliśmy przecież z tymi, którzy przyszli na was polować.
- Oni wszyscy - tańczący wojownik wskazał maczugą na ciała poległych - byli ludźmi naszego konunga Ainara Skalda. Nikt obcy nie może ich bezkarnie zabijać. Nawet jeśli oni sami nastawali na nasze życia.
"Ale nie spieszyliście im z pomocą" - zakpiła w myślach. Zrozumiała, że hamramirzy wysłużyli się jej oddziałem, by pozbyć się problemu. A kiedy myśliwi byli martwi, szaleńcy pomścili ich, zabijając osłabionych walką zwycięzców. Mimo pokrętnego sposobu myślenia bestialscy wojownicy byli całkiem sprytni, dlatego pieśniarka jeszcze bardziej zapragnęła mieć ich po swojej stronie.
- Dlaczego zatem ja żyję? - poruszyła niewygodny temat, wbrew podszeptom zdrowego rozsądku. - Ubiłam dwóch waszych sprzymierzeńców, którzy tak po przyjacielsku chcieli was zgładzić.
Przez chwilę wszyscy stali w milczeniu. Przerwał je dopiero hamramir noszący opaskę z rysiej skóry, który bawił się dwoma niewielkimi toporkami. Dziwak głośno wciągnął nosem powietrze, wypuścił je powoli wykrzywionymi w dzióbek ustami, poruszył wąsami i oznajmił:
- Twoja krew pachnie znajomo.
Zmarszczyła czoło i uniosła jedną brew.
- Moja krew?... - I wtedy spadła jej na głowę kropla ze źródła Mimira, przynosząc olśnienie. - Pachnie jak krew waszego konunga, czyż nie?
Wódz watahy podszedł do kobiety i nie zważając na miecz, który wciąż dzierżyła w dłoni, nachylił się, powąchał szyję poetki, a potem zszedł nosem w dół, aż do krocza, które nadal było wilgotne od miesięcznej krwi.
- Tak. To chyba to - zawyrokował, choć jego głos wskazywał, że jeszcze nie jest pewny.
- Na pewno to! - krzyknął rysi wojownik i podskoczył jak kociak z płonącym ogonem. - Ona śmierdzi jak Skald, mówi jak Skald i jest bezczelna jak Skald. Zabijmy ją, zanim nas zdradzi jak Skald.
Sela podziękowała własnej przezorności, która nie pozwoliła jej wypuścić tarczy z ręki. Teraz uniosła skjald i zasłoniła się przed rąbnięciami dwóch siekierek. Drewniana osłona, nadwyrężona wcześniejszymi razami, w końcu pękła. Pieśniarka cisnęła resztkami tarczy w hamramira i zamachnęła się mieczem. Mężczyzna odskoczył, ale sztych drasnął go w udo. I był to dopiero początek jego tarapatów. Wielka jak bochen chleba pięść niedźwiedziego drenga uderzyła go w pysk. Kulawy wojownik poleciał w górę i padł na ziemię kilka kroków dalej, mrucząc pod nosem przekleństwa.
- Spokój! - ryknął wódz. - A tobie, kobieto, po raz ostatni radzimy odejść.
- Bez was nie odejdę! I wiedzcie, że nie jestem taka jak Ainar Skald, choć jestem jego rodzoną córą. Wysłuchajcie chociaż wieści o swoim konungu!
Niedźwiedzi hamramir zrobił krok do przodu, położył ciężką łapę na ramieniu dziewczyny, prychnął, potrząsnął łbem najeżonym szczeciną brązowych, sterczących we wszystkie strony włosów, po czym ryknął jej prosto w twarz. Zaśmierdziało stęchłym winem i koziną, ale Sela nie cofnęła się ani nawet nie odwróciła wzroku. Widząc, że poetka nie ustąpi, naburmuszony bestialski wojownik rzucił niedbale:
- Mów.
- Ainar stracił swoją pozycję wśród Grikkmadów. Nie może się już mienić konungiem Północy, bo za zdradę gardskonunga pewnikiem został stracony. - Mogłaby na tym skończyć, lecz coś w oczach hamramira powiedziało jej, że lepiej nie kłamać. Poza tym dopuszczała do siebie myśl, że jej obdarzony wężowym językiem ojciec zdołał i tym razem wyrwać głowę spod topora. - A nawet jeśli przeżył, nie zdołał zmyć z siebie hańby. Jeśli tu wróci, to tylko jako zwykły najemnik, podwładny Magnolfa albo Gyrgira. Wasz los został przesądzony i nieważne, jak dzielnie będziecie się opierać, w końcu ubiją was na tej kamienistej, zapomnianej przez Asów wysepce. Możecie jednak popłynąć ze mną i służyć mi na Krecie, a nie zabraknie wam złota, wina, zwierzyny łownej ani okazji do walki.
- Mamy służyć kobiecie? - Pytającym był nagi wojownik z wyraźnie przykrótką włócznią między nogami.
Wiedziała, że obojętnie ile by się nie nagadała, każda rozmowa z mężczyznami zawsze sprowadzała się do tego samego. Dlatego przewidziała takie pytanie, miała więc gotową odpowiedź.
Ulfhe?nar heita,
?eirs í orrostum
bló?gar randir bera,
vigrar rjó?a,
?ás til vígs koma,
?eim's ?ar sýst saman3
- Choć skaldowie różnie nazywają takich jak wy, zawsze działacie razem i jesteście jak bracia. Jest was garstka, lecz wiecie, że w jedności siła. Potrafię docenić waszą lojalność, choć jestem tylko kobietą. Czy to samo możecie powiedzieć o Ainarze? - Poczekała trzy uderzenia serca, by sami sobie odpowiedzieli. - Tego, że jestem dziewką, zmienić nie mogę. Ale moją panią jest Gefna, która przywdziewa strój sokoła, jeździ wozem zaprzęgniętym w koty, a czasem na oklep dosiada dzika Hildsviniego. Duchy zwierząt zamieszkujących wasze głowy nie są jej obce. Mam też pochodzący od Göllnira, waszego opiekuna, dar poezji. Niektórzy mówią również, że włada mną szaleństwo ó?r. I pewnie dlatego chcę nająć waszą watahę.
- To bez znaczenia - powiedział dowódca watahy, ale Seli zdawało się, że słyszy w jego głosie smutek. - Trzy są przysięgi hamramirów i nie można ich złamać. Wierność Göllnirowi, wierność braciom i wierność konungowi.
- Przysięga rzecz święta. Nikt nie chce narażać się bogom. - Rozpaczliwie szukała rozwiązania. Nie wiedziała zbyt wiele o hamramirach i szczerze ją zdziwiło, że byli tak przywiązani do Ainara. Większość ludzi, których jej ojciec napotkał na swojej drodze, błogosławiło dzień, w którym straciło go z oczu. - Ja też wiążę się ze swoimi drużynnikami przysięgą wierności, której nie odważyłam się nigdy złamać. Pojmuję wasze rozterki i obiecuję, że nie będę was wysyłać w bój przeciw Ainarowi. Nigdy nie skrzyżujecie z nim broni, więc nie będą was mogli zwać łamaczami ugód.
- Za dużo słów - mruknął niedźwiedzi wojownik, po czym ryknął na swoich braci, którzy ruszyli w stronę pobliskich głazów.
- Zaczekajcie! - W głowie zaświtał jej pomysł. - Jak dokładnie brzmiała wasza przysięga złożona Ainarowi?
- Na krew swoją przysięgamy strzec krwi naszego konunga! - odpowiedział przywódca, jedyny hamramir, który jeszcze nie odwrócił się do niej plecami.
Skaldmaer zatańczyła brwiami i pokazała wojakowi dołeczki na swoich policzkach. Wiedziała, że właśnie założyła obrożę na szyję niedźwiedzia i teraz musiała mocno trzymać za sznur, by zdobycz się nie wyrwała.
- Jestem z krwi Ainara. Służąc mi, nie złamiecie przysięgi! A nawet więcej - wcześniejsza przysięga zobowiązuje was do posłuszeństwa wobec mnie.
Tańczący wojownicy zawrócili i znów ją otoczyli. Dostrzegła wesołość w harmiderze ich kwików, wyć, mruknięć i syków. Nawet koci dreng, który wcześniej ją zaatakował, mruczał radośnie pod nosem, podkręcał wąsa i trząsł zadem, jakby miał ogon.
- Co powiecie, braciszkowie? - ryknął wódz watahy. - Pójdziemy z młodą niedźwiedzicą lędźwiami Skalda powołaną do życia?
- Byliśmy już na Krecie - powiedział nagi wojownik z krótkimi oszczepami w dłoniach. - Są tam lasy i jest błoto. Lepiej będzie nam tam niż tutaj.
- Umie walczyć mieczem i tarczą. Jak wilk - oznajmił inny, po czym zawył do księżyca.
- Ssspryt wyczuwam w słowach Skalda córy. Rozdwojony ma jęzor jak u żmii, ale i serce mężne jak u sssmoka. Popełzamy tam, gdzie jej stópki nas zaprowadzą. - Wężowy dziwak padł na ziemię, owinął się wokół nóg Skaldmaer, po czym, wstając za jej plecami, liznął nową panią po dłoni. Meykong z trudem się powstrzymała przed zmiękczeniem mu męskości porządnym kopniakiem.
- Kocica potrafi podrapać Kocurka - oznajmił ten, który dopiero co próbował usiec ją siekierką. - Nie może być gorszym panem od Skalda.
- W jedności walczymy i w jedności podejmujemy decyzje. - Dowódca podrapał się po nosie i pokiwał głową z zadowoleniem. - I ja rzeknę, że popłyniemy wraz z tobą, ale przysięgi nie zmienimy. Krwi Ainara nie godzi się nam rozlewać, choć twoje życzenia będą rozkazami naszego konunga. Zgodę musi jeszcze wyrazić nasz ranny brat Urrhedin, ale jesteśmy przekonani, że i on nie będzie miał nic przeciwko opuszczeniu tego skalistego więzienia.
- Znakomicie! Pospieszajcie po swojego brata, bo i ja mam tu coś do załatwienia.
Dwóch hamramirów pobiegło w ciemność, a trzech pozostało na miejscu i całkiem przytomnie zaczęli okradać poległych. Ainarsdottir nie pozwoliła im jednak obrabować ciał jej ludzi, bo jako ich władczyni sama przywłaszczyła sobie do tego prawo. Po krótkim spacerze w ciemnościach odnalazła też pyskatego najemnika, z którym wadziła się w boju. Mężczyzna dychał jeszcze, choć wciąż był zamroczony po tym, jak poślizgnął się na kozich jelitach i uderzył głową w kamień.
- Chciałeś mi może zrobić bękarta? Pozwól, że się odwdzięczę - wyznała niedoszłemu kochankowi.
Obróciła mężczyznę na brzuch, zdjęła mu portki i sięgnęła po leżącą obok włócznię. Mierzyła krótko, po czym wbiła grot w bruzdę. Wojownik oprzytomniał i wrzasnął, a wtedy meykong przekręciła drzewcem i kręciła nim, dopóty nie ustały jęki gwałconego. Puściła oręż, a ten został na miejscu, wbity głęboko w ciało i w ziemię.
- Zgłoś się do Gyrgira po odszkodowanie - powiedziała i splunęła na zwłoki.
Trzech hamramirów siedziało nieopodal i z zaciekawieniem przyglądało się jej poczynaniom. Uśmiechnęła się, wskazała na trupa i pogroziła palcem. Ufała, że nowi drengowie zrozumieli ostrzeżenie. Sięgnęła do zawieszonej na szyi sakiewki i wyciągnęła z niej rzeźbione ludzkie ucho. Cisnęła je między trupy, szepcząc w noc: "By tatuś wiedział, kto zabrał mu zabawki".
2 "Chciałbym cię zapytać o pozycję berserków smakoszów potoku padliny [krwi]; jaka zapłata jest czyniona dla wybrańców bitwy, którzy rzucają się do walki?". Fragment pieśni Haraldskv??i, skomponowanej około 900 roku przez wymienionego w tekście skalda (ten i dalsze przypisy pochodzą od autora).
3 "Zwani są wilczoskórymi, którzy dzierżą krwawe tarcze w bitwie. Czerwienieją ich włócznie, kiedy przybędą do walki i działają razem jako jedność". Kolejny fragment wymienionej wcześniej pieśni.