Skald. Wężowy język 1 - Łukasz Malinowski

Kup ebooka

19.99 zł
14.39 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Opowieść o miłości

Na słupie mieszkał święty mąż. Siedział tam od lat i nikt dokładnie nie wiedział, kiedy i dlaczego wlazł na górę. Przyzwyczajono się do cudaka i szybko uznano za jednego ze słupników, którym przynosiło się chleb i wodę, w zamian prosząc o rady i napomnienia. Czasem odwiedzali pustelnika pijani młodzieńcy. Sikali na pal i drwiąc z chudzielca, wrzucali mu do kosza dzban z winem. Tak na pokuszenie.

Pewnego dnia zauważono zepsute jedzenie w leżącym na ziemi koszyku, który od dawna nie był wciągany na górę. Gdy zapytano Słupnika, dlaczego marnotrawi jałmużnę, nie odpowiedział. Nie przejęto się tym zbytnio, bo święty mąż już wcześniej bywał gburem i zdarzało mu się całymi dniami gardzić tak mową, jak i jadłem. Jednak po kilku tygodniach milczenia pustelnika pewien zatroskany młodzieniec wspiął się na wieńczącą pal platformę, gdzie znalazł przegniłe zwłoki starca. Wtedy ludzie jeszcze bardziej utwierdzili się w przekonaniu, że mieli do czynienia z prawdziwym hagiosem1, świętym, którego ciało po śmierci zostało cudownie pozbawione przykrego zapachu, przez co nikt nie wyczuł, że mędrzec odszedł. Nie zwracano uwagi na bezbożnego pijaka opowiadającego przy kielichu, że to mocny zimowy wiatr wywiewał z platformy smród rozkładu, przez co ten nie docierał na ziemię.

Słup nie pozostawał długo wolny. Był to w końcu dobry słup, jeden z najlepszych, jakie stały w okolicach Byzantionu. Gruby jak dąb, z solidną i szeroką na dwa kroki platformą, która miała nawet barierkę osłaniającą przed wiatrem, a także niewielki daszek. Podniebną konstrukcję łączyła ze światem jedynie lina, po której można było wspiąć się na górę lub wciągnąć za jej pomocą kosz z jedzeniem.

Któregoś postnego dnia przed dziewięćset pięćdziesiątymi ósmymi urodzinami Kristosa słup zyskał nowego pustelnika. Post był okresem, w którym wielu mnichów wiodło życie w czasowym odosobnieniu, ale ten człowiek został i po świętach. Uznano go zatem za stałego mieszkańca platformy i przyjęto jak swojego.

Głowę mężczyzny stale skrywał kaptur, ale po głosie dało się poznać, że był młodszy od poprzednika i z pewnością nie pochodził z okolic Byzantionu. Podobnie jak staremu Słupnikowi, także i jemu przynoszono jedzenie oraz picie, po czym pytano go o sprawy świata tak doczesnego, jak wiecznego. Wszystko wyglądało jak dawniej, przez co wielu rybaków niemal zapomniało, że na palu dokonała się zmiana. Niemal, ponieważ młodszy pustelnik odpowiadał wszystkim chętnie i życzliwie, mimo iż powtarzał, że wolałby więcej czasu spędzać w samotności. O dziwo, szczególnie dużo miał do powiedzenia nie o pokorze, piekielnych karach czy ubóstwie - na czym znać się winien najlepiej - ale o miłości. Sława mnicha szybko rosła, a że jego rady nader często okazywały się skuteczne, zaczęli do niego przybywać pielgrzymi z sąsiednich temów.

W trzy niedziele po Wielkiej Nocy odwiedzili Słupnika goście z samego Basilis Polis, miasta autokratora. Przyszli w południe, kiedy pod palem zgromadziła się już spora grupa miejscowych. Wędrowców było sześciu, a każdy mógł się pochwalić odzieniem wartym więcej niż cała pobliska osada rybacka. Trzech nosiło kunsztowne zbroje - jak żołnierze wojsk tagmaty, lecz nie dzierżyli zwyczajowej broni gwardzistów, a siekiery na długich styliskach, jakich używają drwale. Pozostali mieli przypasane miecze, ale nie nosili kolczug. Ich wygląd wskazywał, że żaden nie został zrodzony z kobiety o romejskim pochodzeniu.

Przybysze rozłożyli się przy słupie.

Tego dnia zadawanie pytań zaczął rybak z wielką krostą na nosie.

- Hagiosie Słupniku, ty, który ryb nie łowisz, ale z Kristosem rybakiem jesteś przyjacielem. Powiedz, co mam zrobić, gdy kobieta odrzuca moje zaloty?

- Nie zabieraj czasu świętemu, tylko nos sobie pokrzywami wypoleruj! - rzucił pewien młodzieniec, na co wielu zebranych odpowiedziało śmiechem, a pytający zaczerwienił się, jakby rzeczywiście całą noc owymi pokrzywami się nacierał.

Słupnik wstał z kolan, poprawił kaptur, by nie było widać jego twarzy, rozłożył ręce i spojrzał na ludzi zgromadzonych u swych stóp.

- Źle czynicie, śmiejąc się z sąsiada. Pytacie o miłość, a okazać jej nie umiecie bliźniemu. A bratu mojemu nieszczęśliwie kochającemu odpowiem: cierpliwości! Kobiece serce bywa bowiem jak skała, więc nie kruszmy jej siłą, lecz za przykładem wody drążmy w niej otwory dla naszej miłości. Upór i łagodność mężczyzny doceni bowiem każda niewiasta.

- Ale kiedy ja czekać nie mogę - odrzekł brzydal z krostą. - Ojciec nakazał się ożenić do przyszłego roku, bo inaczej wyśle mnie do klasztoru!

- Miłość wystawia nas na próby, jednak warta jest starania. Ręka króla Salomona przez Boga natchniona napisała przecież w świętej księdze, że miłość jest przedniejsza od wina, a radosna jest chwila, gdy wprowadzamy niewiastę do swoich komnat2.

- Jeszcze weselej jest, gdy to mężczyzna wchodzi do dziewczęcych komnat! - rzucił ktoś ze zgromadzonych i znów rozległ się rubaszny śmiech.

Pustelnik poczekał, aż zgromadzenie się uspokoi, po czym - o dziwo, wcale nie będąc oburzonym na tak liche żarty - ciągnął:

- Staraj się więc, bracie, pokazać swój upór i zdecydowanie nie tylko łani, która skradła twoje serce, lecz i ojcu, któremu winien jesteś synowską miłość. Nie sprzeciwem, ale posłuszeństwem wobec rodzica zyskasz jego szacunek i możliwość wyboru!

Tym razem roześmiał się jeden z przyjezdnych, choć w jego głosie nie słychać było wesołości. Rechot wydawał się raczej szyderczy i złośliwy. Mężczyzna w końcu się uspokoił i krzyknął:

- Co ty możesz wiedzieć o miłości?! Siedzisz na słupie, patrzysz na wszystkich z góry i mądrzysz się mądrością cudzych ksiąg!

Odpowiedziały mu buczenia zebranych. Nie godziło się tak mówić do świętego męża, który przecież tak blisko nieba siedzi i w modlitwach z samym Kristosem oraz jego apostołami rozmawia! Słupnik wcale nie przejął się szyderstwem i ze zrozumieniem odpowiedział:

- Nie pouczam, nie wygłaszam kazań, tylko radzę jak przyjaciel. A skąd wiem tyle o miłości? No cóż. Nie zawsze mieszkałem na palu.

1 Na końcu książki znajduje się odautorski słownik wyjaśniający liczne kwestie merytoryczne i nazewnicze (przyp. red.).

2 Słowa zaczerpnięte z Pieśni nad Pieśniami, którą tradycja żydowska, a potem chrześcijańska uznawała za dzieło króla Salomona (ten i dalsze przypisy pochodzą od autora).

Słownik

Aegir (staroskandynawskie ?gir) - dosłownie: Ocean. W nordyckiej mitologii naczelne bóstwo (lub olbrzym o boskich prerogatywach) sfery wód morskich. Jego żoną była bogini Ran (Morze), a córkami fale (zwane córkami Aegira). Jego braćmi były olbrzymy: Logi (władca ognia) i Kari (pan wiatrów).

aesma (awestyjskie) - bitewna wściekłość, uświęcony przez boga Wertragnę szał bitewny.

akker (stskand. akkeri) - kotwica.

akkubita (grec. akkoúbita) - łoże. Leżanka, często półokrągła, na której spoczywali podczas uczty bizantyjscy arystokraci (którzy przejęli od starożytnych Rzymian zwyczaj jedzenia w pozycji półleżącej). Na pojedynczej, wyścielonej poduszkami akkubicie mogło się pomieścić pięć osób, które odpoczywały wsparte na lewym boku. Zwykle trzy akkubity otaczające stół tworzyły pojedynczy "zestaw bawialniany".

aktaumar (stskand., l. mn. aktaumar) - szoty, czyli przywiązane do dolnych rogów żagla liny, które umożliwiały manewrowanie żaglem. Zwykle mocowano je do burt, ale żeglarz mógł je trzymać na stojąco i ręcznie nastawiać żagiel na wiatr. Mówiło się wtedy, że "powozi ręcznie", co odnosiło się do popularnego nazywania statku rumakiem, a szotów - cuglami w rękach jeźdźca/żeglarza.

althing (stskand. al?ingi) - wiec powszechny całego kraju, w odróżnieniu do wiecu lokalnego (thingu).

Arnhöfdi (stskand. Arnhöf?i) - Głowa Orła. W mitologii nordyckiej jedno z imion Odyna nawiązujące do jego zdolności zmiany postaci. W Skaldzie to patron zmiennoksztłtnych, który według różnych wierzeń jest albo bratem Göllnira, albo jednym z jego wcieleń.

att (stskand. átt) - aby ułatwić sobie nawigację, wikingowie dzielili horyzont na osiem części zwanych attami. Każda z nich odpowiadała 45 stopniom. Na przykład północno-zachodni kurs odnosił się do północno-zachodniego attu, czyli określonej płaszczyzny horyzontu.

Aurgelmir (stskand. Aurgelmir) - olbrzym, który według jednej z wersji mitu o stworzeniu świata był praprzodkiem (choć hermafrodytą) wszystkich olbrzymów.

aurig (greckie auriga) - woźnica.

autokrator (grec.) - tytuł cesarza bizantyjskiego, będący greckim tłumaczeniem łacińskiego słowa "imperator". Od IX wieku zarezerwowany wyłącznie dla głównego rządcy kraju, by odróżnić go od współcesarzy. W czasach opisanych w powieści autokratorem był Konstantyn VII Porfirogeneta (Zrodzony w Purpurze), podczas gdy basileusów (cesarzy) było dwóch: tenże Konstantyn i jego syn Roman (basileus od 948 roku).

balaneion (grec.) - łaźnia. W spuściźnie po Imperium Rzymskim Bizantyjczycy odziedziczyli tradycję łaźni publicznych. Wraz z rozpowszechnianiem się chrześcijańskiej moralności łaźnie publiczne zaczęły zanikać, a na ich miejsce pojawiały się prywatne łaźnie, które budowali na własny użytek arystokraci w swoich pałacach.

bandon (grec.) - oddział. Ogólny termin wojskowy używany w Bizancjum na oznaczenie jednostki liczącej zwykle około 200 ludzi, choć w różnych okresach historii i w różnych regimentach jej wielkość mogła się znacząco różnić.

bard - celtyckie określenie pieśniarza.

basileus (grec.) - główny tytuł cesarza. Częstą praktyką w Bizancjum było, że panujący powoływał do współrządzenia swojego syna i następcę, także nadając mu tytuł basileusa (cesarza).

Basilis Polis (grec.) - Miasto Basileusa, jedna z nazw Byzantionu, od końca starożytności zwanego Konstantynopolem (czyli Miastem Konstantyna). Patrz też: Carogród, Miklagard.

baptysterium (grec. baptismatos oikos) - budynek, w którym dokonywano chrztów, niekiedy zbiorowych. Często przylegał do kościoła. Od końca VI wieku zwyczaj chrzczenia w baptysteriach zanikał na korzyść chrztów w obrębie kościoła, gdzie umieszczano chrzcielnice.

berserk (stskand. berserkr) - wojownik walczący w bitewnym szale, stąd w Skaldzie berserków czasem nazywa się szaleńcami.

berserksgang (stskand. berserksgangr) - amok bitewny.

Bida - mityczny wąż rzeki Niger, czczony w państwie Wagadou jako bóg.

Bitewny Krzyk - patrz: Göllnir.

Blaland (stskand. Bláland) - Czarna Ziemia, skandynawska nazwa ogólna na Czarną Afrykę.

Blamad (stskand. bláma?r) - czarnoskóry człowiek, skandynawska nazwa na Murzyna, mieszkańca Blalandu.

blot (stskand. blót) - ofiara dla bóstwa.

blotmad (stskand. blótma?r) - człowiek ofiar, jak w Skandynawii nazywano gorliwego czciciela bogów, który często składał im ofiary i wierzył w moc ich ziemskich interwencji.

bogatyr (staroruskie bogatyrь) - zaczerpnięte z języków turko-tatarskich (bagatur - śmiałek) ruskie określenie na młodego wojownika, śmiałka, herosa, bohatera.

borg (stskand. borg) - miejsce umocnione, gród.

brumalia (grec. broumália) - bizantyjskie święto prywatne na cześć greckiego alfabetu. Obchodzono je od 24 listopada do 17 grudnia - w okresie tym każdy dzień poświęcony był innej literze alfabetu. Bizantyjczyk (nawet ten biedny) w dniu poświęconym literze, na jaką zaczynało się jego imię, organizował przyjęcie dla rodziny i przyjaciół.

Burak (arab. al-Burak) - koń proroka Mahometa. Według muzułmańskiej tradycji rumak ten miał zabrać proroka do nieba.

Byzantion - patrz: Basilis Polis.

carceres (grec.) - "bramki startowe" w Hipodromie. Był to rząd dwunatu kamiennych boksów w kształcie łuków, z których podczas wyścigów startowały zaprzęgi. Boksy były zamykane żelaznymi bramkami. Carceres mieściły się na północnej ścianie Hipodromu, naprzeciw sfendonu.

Carogród - ruska nazwa Konstantynopola, stolicy Bizancjum. Patrz też: Basilis Polis, Miklagard.

Chandax - dziś znane jak Heraklion. W X wieku było to największe miasto na Krecie. Powstało już w starożytności, jednak dopiero Arabowie uczynili z niego najznaczniejszy ośrodek na wyspie.

Chazarowie - lud turko-tatarski, który we wczesnym średniowieczu stworzył imperium (Chazarię) na terenach nadkaspijskich i na Przedkaukaziu, uzależnił też słowiańskie ludy południoworuskie. Stolicą ich państwa było bogate miasto handlowe Itil nad ujściem rzeki Itil (Wołgi) do Morza Kaspijskiego. W czasach powieści elita chazarska wyznawała judaizm.

cheiromanikon (grec.) - drewniana, skórzana lub metalowa osłona przedramion żołnierza.

chelandion (grec.) - wojenny statek bizantyjski średniej wielkości, niekiedy traktowany jako odmiana dromonu. Stosowano na nim napęd wiosłowo-żaglowy. Używany również do transportu. Jego załogę stanowiło 130-160 ludzi.

chiton (grec.) - tunika.

chlamida (grec. chlamys) - długi płaszcz zapinany fibulą na lewym ramieniu, by prawa ręka pozostawała odkryta.

Chorezm - historyczna kraina leżące na obszarze dzisiejszego Iranu, Turkmenistanu i Uzbekistanu. W X wieku kraj ten znajdował się pod kontrolą Arabów.

Cieśnina Grikklandzka - skandynawska nazwa Bosforu.

córki Aegira - fale; patrz: Aegir.

Danpar (stskand. Danpar) - Dniepr.

demy (od grec. démos, czyli lud) - fakcje, stronnictwa kibicowskie, które organizowały zawody sportowe w Hipodromie. We wczesnym Bizancjum demy spełniały funkcję swoistego rodzaju partii politycznych, ale w X wieku ich rola sprowadzała się już tylko do organizowania zawodów sportowych i ceremonii w Hipodromie. Najpopularniejsze były cztery stronnictwa powiązane organizacyjnie z gwardiami imperialnymi: Błękitni (którym przewodził domestyk Scholi), Biali (którym przewodził domestyk Numerów), Zieloni (którym przewodził domestyk Ekskubitów) i Czerwoni (którym przewodził komes Teichistów, czyli Murów). W czasach opisywanych w powieści stronnictwa Błękitnych i Białych były w sojuszu przeciw Zielonym i Czerwonym.

disy (stskand., l. mn. disir) - duchy zmarłych kobiet, które mogły stać się boginiami albo istotami demonicznymi przynoszącymi szczęście lub pecha. Niekiedy disami nazywano też kobiety z potężnych rodów.

domestyk (łac. domesticus, a stąd grec. domestikos) - dowódca, generał. Najwyższy stopień oficerski w cesarskich gwardiach. Domestyk Scholi był też głównodowodzącym całej armii Bizancjum. We flocie i w gwardii Vigla oficer tej rangi nosił miano drungariusza.

draug (stskand. draugr) - żywy trup, upiór lub ogólnie: istota demoniczna.

dreng (stskand. drengr) - wojownik.

dromon (grec. drómon, a stąd stskand. drómundr) - największy typ statków używanych we flocie bizantyjskiej. Dromony posiadały napęd wiosłowy i żaglowy. W opisywanym okresie jego załogę stanowiło zwykle około 220 ludzi (w tym 50 żołnierzy).

drungariusz (grec. droungarios, od łac. drungarius) - wysoki oficer w armii Bizancjum, mający rangę równą domestykowi. Tytuł noszony przez dowódcę gwardii Vigla i dowódcę floty imperialnej.

Dyragard - fikcyjna stolica kraju Glaesir.

dżin (arab. dżinn) - w mitologii arabskiej (przed islamem) rozumny demon zrodzony z płomienia albo obłoku pary. Zwykle reprezentował siły natury.

Ekskubici (grec. Exkoubitoi, od łac. Excubitors) - jedna z gwardii pałacowych i część tagmaty. Jej przywódca był również zwierzchnikiem demu Zielonych.

Ekumena (grec. Oikoumene) - w starożytności pojęcie oznaczające cały świat. W Bizancjum zostało zawężone do świata poznanego i cywilizowanego - czyli do terenów dawnego Imperium Rzymskiego, do których dumni Bizantyjczycy rościli sobie prawa. Wraz ze wzrostem roli Kościoła termin ten zaczął również oznaczać wszystkie kraje chrześcijańskie.

emporion (grec.) - w świecie greckojęzycznym obszar przeznaczony do handlu, ulokowany na wybrzeżu lub szlaku handlowym. Często towarzyszył mu port. W Skaldzie Emporion jest bizantyjską osadą kupiecką położoną na Therze. Dzisiaj na Santorini (obecna nazwa Thery) można odwiedzić wioskę Emporio, znajdującą się w pobliżu fikcyjnej osady, która została opisana w powieści.

Englismad (stskand. Englisma?r) - mieszkaniec Anglii, Anglosas.

enkolpion (grec.) - amulet często zawierający relikwię świętego lub cytat z Pisma Świętego. Bizantyjczycy nosili go w obronie przed złem i magią.

ergasterion (grec.) - sklep połączony z zakładem rzemieślniczym, w którym wytwarzano, magazynowano i sprzedawano określone towary.

ergi (stskand. ergi) - lubieżność lub homoseksualizm pasywny. Pojęcie powszechnie używane w przekleństwach i łączone z pogardą dla niemęskich zachowań.

fakcja (łac., l. mn. factiones, partes) - dawna nazwa stronnictwa lub koterii dworskiej. W książce znaczy tyle samo, co "dem", czyli odnosi się do kibicowskiej organizacji cyrkowej. Patrz; demy.

fanfara - średniowieczna nazwa papug. W Europie tego okresu znano kilka gatunków papug, ale wszystkie były określane tym jednym wspólnym mianem.

festr (stskand. festr) - cuma.

flokk (stskand. flokkr) - dosłownie: "stadko". Skaldowie nazywali w ten sposób zbiór wersów lub strof, które tworzyły jeden utwór.

follis (łac.) - miedziana moneta bizantyjska wywodząca się z czasów starożytnego Rzymu.

fouska (grec. foúska) - woda z dodatkiem octu winnego. Popularny w ciepłym klimacie (gdyż był kwaskowaty, a przez to orzeźwiający) napój, często aromatyzowany miętą, tymiankiem, anyżem, koprem włoskim lub innymi ziołami.

fylgja (stskand., l. poj. fylgja; l. mn. fylgjur) - dosłownie: towarzysząca. Duch o kobiecym kształcie, który opiekował się człowiekiem aż do jego śmierci.

galeida (stskand. galei?, od grec. galea - galera) - typ statku wiosłowego używanego przez Arabów i Bizantyjczyków.

Gardariki (stskand. Gar?ariki) - Królestwo Grodów, skandynawska nazwa Rusi. Stolicą Gardariki był Kaennugard - Kijów. Bizantyjczycy nazywali mieszkańców Gardariki (tak Słowian, jak Vaeringów) Rhosami.

gardskonung (stskand. gardskonungr) - król grodu (w domyśle: Miklagardu), jak wikingowie zwykli tytułować cesarza greckiego (bizantyjskiego).

Gefna (stskand. Gefn) - dosłownie: Dawczyni. W mitologii nordyckiej jedno z imion bogini Freji. W ujęciu tej książki (i niektórych badaczy) Gefna jest oddzielną boginią związaną z kultem płodności i seksem.

gerokomeion (grec.) - znany też jako gerotropheion. Dom starców. Jedna z licznych instytucji charytatywnych w średniowiecznym Konstantynopolu.

Gestumblindi (stskand. Gestumblindi) - Ślepy Nieznajomy. W mitologii skandynawskiej jedno z imion Odyna. Według Ainara to kolejny brat Göllnira, który jest boskim mistrzem zagadek i czasem zjawia się wśród ludzi, by mierzyć się z nimi w turniejach wiedzy.

ghan (z języka ludu Soninke: ghana) - władca, tytuł królów Wagadou. Później stał się nazwą całego państwa.

Ginnungagap (stskand. Ginnungagap) - w mitologii nordyckiej przedwieczna pustka, która istniała przed stworzeniem świata.

Glaesir (uproszczona forma stskand. nazwy Gl?sisvellir) - legendarna kraina opisywana w skandynawskich sagach. Nie wiadomo, czy miała jakiś historyczny pierwowzór. Niektórzy tłumaczą tę nazwę jako Ziemia Bursztynów lub Ziemia Radości.

glima (stskand. glíma) - wikińskie zapasy. Popularny sport w ówczesnej Skandynawii, często opisywany w islandzkich sagach.

Gmaszysko Zarżniętych - niebiańska halla dla poległych w boju wojowników. W mitologii nordyckiej znana jako Walhalla (stskand. Valhöll).

Goci - znany od czasów starożytnyh odłam Germanów. W Bizancjum nazwy tej używano na określenie wszystkich Germanów, także Vaeringów.

Göllnir (stskand. Göllnir) - dosłownie: Bitewny Krzyk. W mitologii nordyckiej - jedno z imion Odyna. W świecie Skalda jest naczelnym bóstwem, stwórcą świata, patronem skaldów, berserków, szaleńców, władców i pijaków.

grid (strus. grid) - stosowana na Rusi nazwa drużyny zbrojnych.

grid (stskand. gri?) - pokój, rozejm lub łaska okazywana pokonanemu wrogowi.

gridniding (stskand. gri?ní?ingr) - dosłownie: łamacz ugód, gwałciciel pokoju. Osoba, która łamie przysięgi i jest niegodna zaufania.

Grikkland (stskand. Grikkland) - Grecja, a także ogólna nazwa na całość Cesarstwa Bizantyjskiego.

grikklandzki ogień - ogień grecki. Substancja zapalająca stworzona na bazie ropy naftowej, oleju i saletry, której sekret był najpilniej strzeżoną tajemnicą państwową Bizancjum. Jej dokładny skład nie jest dziś znany, choć Arabowie już w IX wieku umieli wytwarzać podobną substancję. Ogień grecki był wykorzystywany zarówno w ręcznych miotaczach, jak i w wyrzucanych katapultami pociskach, jednak najbardziej śmiercionośną bronią były umieszczane na specjalnych statkach rury, które "bluzgały" płomieniami na znaczną odległość.

Grikkmad (stskand. Grikkma?r) - Grek, ale też ogólnie: poddany cesarza bizantyjskiego.

Grimnir (stskand. Grímnir) - dosłownie: Zamaskowany. W mitologii nordyckiej jedno z imion Odyna, znanego z przybierania różnych masek (czyli zmieniania wyglądu). W świecie Skalda to brat Göllnira, tajemniczy bóg, o którym wiadomo tylko tyle, że jest opiekunem oszustów, przedrzeźniaczy i wszystkich tych, którzy ukrywają swoją tożsamość.

hafgufa (stskand. hafgufa) - potwór z opowieści wikingów, najwcześniej opisany w norweskim źródle Królewskie zwierciadło i islandzkiej Sadze o Oddzie Strzale, które powstały w XIII wieku. Obraz powieściowej hafgufy bazuje właśnie na tej relacji. Według islandzkiego folkloru był to wielorybopodobny stwór żyjący w Morzu Grenlandzkim. Jego powstanie w wyobraźni Islandczyków jest - według jednej z teorii - związane z wpływem irlandzkich opowieści o wyprawie świętego Brendana, który miał dopłynąć do tego "wieloryba" (myśląc, że jest to wyspa) i na jego grzebiecie odprawić mszę świętą. Hafgufę utożsamiano później z krakenem.

hag (stskand. hagr) - biegły, zręczny. W ten sposób często określano rzemieślników i skaldów (rzemieślników słowa).

hagios (grec.) - święty.

halla (stskand. höll) - dwór konunga lub rozległa, podlużna sala, w której władca ucztował ze swoimi wojami.

hama (arab.) - w wierzeniach arabskich (przed islamem) duch zabitego człowieka, przybierający zwierzęcą postać (zwykle sowy). Przylatuje na własny grób i nawołuje do zemsty za swoją śmierć.

hamask (stskand. hamask) - szał przemienienia. Stan bitewnej furii, w którym walczyli hamramirzy.

hamingja (stskand. hamingja) - zwierzęcy duch opiekuńczy, który przystaje do człowieka i często jest "dziedziczony" w obrębie danego rodu. W mitologii świata Skalda duch ten wpływa na "kształt człowieka" i niektórzy czarownicy czerpią z niego moc, dzięki której potrafią zmieniać się w zwierzę.

hamramir (stskand. l. poj. hamramr; l. mn. hamramir) - dosłownie: silny kształtem. Człowiek, o którym mówiono, że nie ma "jednego kształtu", czyli jest zmiennokształtny. W świecie Skalda to wojownik, który wierzy w silną więź łączącą go z wybranym zwierzęcym duchem, bestią, dlatego w powieści zwani są też bestialskimi wojownikami.

Hati (stskand. Hati) - w mitologii nordyckiej wilk, który ścigał po niebie Księżyc.

Hel (stskand. Hel) - bogini śmierci i zaświatów w mitologii wikingów, która była personifikacją Hel - królestwa zmarłych.

helvíti (stskand.) - przekleństwo do dziś używane na Islandii. Wypowiadane w podobnych okolicznościach, co polskie "kurwa", choć dosłownie znaczy "idź do diabła" lub "idź do piekła", także w rozumieniu Hel - staronordyckiej krainy zmarłych.

hersir (stskand. hersir) - dosłownie: pan okolicy. Jeden z wikińskich tytułów mniej znaczących władców, którzy byli lokalnymi naczelnikami.

Hetairia lub Hetaireia (grec.) - osobista gwardia cesarza odpowiedzialna za pilnowanie jego rodziny. Żołnierze tej formacji często rekrutowali się spośród obcych - Germanów, Chazarów i Słowian. Hetairii nie należy mylić z gwardiami pałacowymi.

Hipodrom (grec. hippodrom) - cyrk w kształcie wydłużonej podkowy, w którym organizowano wyścigi konnych zaprzęgów (kwadryg).

hnefatafl (stskand. hnefatafl) - skandynawska gra planszowa. Tylko jeden z graczy miał króla, którym musiał uciec z planszy. Drugi gracz starał się otoczyć króla swoimi pionami, co kończyło grę.

höfudbenda (stskand. höfu?bend) - wanta, czyli lina stabilizująca maszt na okręcie. Wanty wiązały maszt do obu burt.

Holmgard (stskand. Holmgar?r) - Gród na Wyspie. Siedziba Waregów, założona przy wypływie rzeki Wołchow z jeziora Ilmeń. Później ten ośrodek (zwany też Gorodiszcze) przekształcił się w miasto Nowogród Wielki.

hunna (stskand. húnn) - szczyt masztu pełniący niekiedy funkcję "bocianego gniazda". Często wchodził tam obserwator, który wypatrywał lądu.

Indialand (stskand. Indíaland) - Ziemia Indów (czyli Hindusów). Choć pojęcie to w znaczeniu dosłownym odnosiło się do Indii, nie do końca dotyczyło krain Półwyspu Indyjskiego. Nazwą tą wikingowie określali wszystkie bardzo egzotyczne i nieco legendarne krainy Wschodu - zwłaszcza te, które leżały jeszcze za Ziemiami Arabów (Serklandami), czyli rozległe tereny ciągnące się od Iranu (ówcześnie będącego częścią składową imperium Chorezmu) aż po krańce Indii.

Irowie - mieszkańcy dawnej Irlandii.

Irskmadowie (stskand. Írskma?r) - skandynawska nazwa Irów z Irlandii.

Islendingowie (stskand. Íslendingar) - mieszkańcy Islandii.

Itil (także: Atil lub rzeka Saglabów) - arabska nazwa Wołgi.

Jaguga i Maguga, lud - inaczej lud Goga i Magoga. Wspomniani w Biblii dzicy najeźdźcy z północy są dziś utożsamiani przez naukowców ze starożytnymi Kimmerami lub Scytami. W średniowieczu uważano ten lud za legendarny, a jego ojczyznę chrześcijanie umieszczali daleko na wschodzie, Arabowie zaś od IX wieku widzieli ich siedzibę w Skandynawii.

jaszty (awest.) - pieśni pochwalne na cześć bogów.

Jednoręki (stskand. Einhendr) - przydomek boga Tyra. W świecie Skalda to bóg sprawiedliwości, rękojmia umów.

Jezioro Grikklandzkie - skandynawska nazwa Morza Marmara.

Jezioro Muwatas - arabska nazwa Morza Azowskiego.

Jörd (stskand. Jör?) - dosłownie: Ziemia. Bogini ziemi, żona Göllnira. W poetyckiej przenośni skóra tej bogini oznacza powierzchnię ziemi.

Jörmungand (stskand. Jörmungandr) - dosłownie: Wielki Potwór. Według mitów ogromny wąż otaczający świat. Zwano go też Midgardsormem, czyli Wężem Midgardu. Jako że był najpotężniejszym gadopodobnym potworem z wierzeń Skandynawów, Ainar widział w nim praojca wszystkich smoków.

Jurugu - zwany Płowym Lisem, podstępny bóg z wierzeń afrykańskiego ludu Dogonów. Trickster, który ukradł bogom ziarna słów.

Kaennugard (stskand. K?nnugar?r) - skandynawska nazwa Kijowa.

kagan (języki turko-tatarskie) - władca. Określenie używane (wymiennie z tytułem chan) przez koczownicze ludy azjatyckie, głównie o pochodzeniu turskim. Pod wpływem koczowników tytuł ten przejęli władcy słowiańscy i warescy z terenów Rusi.

kalendarz bizantyjski - w Bizancjum kontynuowano tradycję kalendarza juliańskiego. Lata liczono od stworzenia świata, natomiast początek roku przypadał na 1 września. Akcja pierwszych dwóch ksiąg niniejszej powieści rozgrywa się w roku 958 wedle rachuby gregoriańskiej, choć bizantyjscy kronikarze napisaliby o lecie 6466 roku (I księga) i jesieni 6467 roku (II księga).

kallikantzary (grec. kallikantzaroi) - stwory z greckiego folkloru. Przybierały różną postać, zależnie od wierzeń danego regionu. Najczęściej były to czarne, złe, diabelskie potwory, które mieszkały pod ziemią i podcinały korzenie drzewa świata. Na powierzchnię miały wychodzić zwłaszcza w okolicach Bożego Narodzenia.

kandidat (grec. kandidatos) - tytuł, często honorowy, oznaczający członka gwardii imperialnej, którego wyróżniał biały strój.

kenning (stskand. kenning) - rodzaj rzeczownikowej przenośni, będącej rozbudowanym określeniem zastępczym na często używany wyraz, np. słowo "poeta" zastępowano kenningiem "kowal słów".

klivanion (grec.) - najpopularniejszy pancerz gwardii cesarskiej. Zwykle była to zbroja lamelkowa lub krótki łuskowy napierśnik wykonany z zazębiających się płytek z brązu, żelaza, skóry lub rogu. Klivanion bywał połączony z oddzielnymi ochronami ramion i nóg.

knattleik (stskand. knattleikr) - wikińska gra w piłkę, którą odbijało się pałkami.

knör (stskand. knörr) - wikiński statek kupiecki.

kolbit (stskand. kólbitr) - dosłownie: węglożerca. Osoba leniwa, próżniak, który nie uczestniczy w pracach na gospodarstwie, a wyleguje się przy palenisku.

kombinografowie (grec.) - bizantyjscy urzędnicy, którzy spisywali program wyścigów w Hipodromie i pilnowali porządku gonitw.

komes (grec. z łac. comes) - oficer w armii i flocie bizantyjskiej. Na przestrzeni lat ranga ta zmieniała swoje kompetencje, ale w czasach opisywanych w powieści komes był zazwyczaj dowódcą jednego bandonu, czyli oddziału około dwustu ludzi.

komes Teichistai (grec.) - gwardziści strzegący murów Konstantynopola (i stąd zwani Teichistami - Murami) posiadali inny system rang od pozostałych regimentów tagmaty. U nich komes był dowódcą całej gwardii.

konung (stskand. konungr) - skandynawskie określenie na w pełni niezależnego władcę.

Krist, Kristos (stskand. Kristr, od grec. Christós, Kristos) - Chrystus.

Kristlandy (stskand. Kristland) - Krainy Chrześcijan.

kristmadowie (stskand. l. poj. kristmadr; l. mn. kristmenn) - chrześcijanie.

kussar (stskand. kussari) - korsarz. W taki sposób Skandynawowie określali arabskich piratów działających w rejonie śródziemnomorskim.

kwadryga - rydwan zaprzężony w czwórkę koni. Wywodzi się ze starożytnych rydwanów, ale w X wieku nie miał już zastosowania na polu bitwy. Używano go do organizowanych w cyrkach wyścigów.

kyrtil (stskand. kyrtill) - tunika albo długa koszula nakładana na spodnią koszulę. Stać było na nią tylko bogatszych, dlatego często miała wycięcie na piersi i rękawy krótsze od rękawów spodniej koszuli, by pokazać, że właściciela stać na dwie warstwy ubioru.

Laerad (stskand. L?ra?r) - w mitologii nordyckiej drzewo świata, na którym ofiarę z samego siebie złożył Odyn (w świecie Skalda: Göllnir). Jego inna i bardziej znana nazwa brzmiała Yggdrasill.

ljodahatt (stskand. ljó?aháttr) - dosłownie: metrum pieśni. Jedna z miar wierszowych używanych przez skaldów. Dopuszczała różną liczbę sylab w wersie. Utwory tworzone w tym metrum składały się zwykle z sześciowersowej strofy, w której wers "a" i "b" wiązała wspólna aliteracja, natomiast wers "c", zwany pojedynczym, tworzył oddzielną aliterację. Dwa takie trzywersowe segmenty tworzyły strofę o wspólnym temacie.

Lodowa Wyspa (stskand. Ísland) - Islandia.

lögberg (stskand. lögberg) - dosłownie: skała prawa. Miejsce, gdzie na islandzkim Althingu ogłaszano prawa ustalone podczas wiecu.

logotheta (grec. logothetes) - ogólna nazwa wysokiego urzędnika dworskiego. Podczas przyjmowania posłów w Magnaurze logotheci prowadzili rozmowę z gościem cesarza, wymieniając z nim grzecznościowe powitania.

Loot i jego lud - w tradycji arabskiej, podobnie jak żydowskiej, ludem Loota (Lota) nazywano mieszkańców biblijnych miast Sodoma i Gomora, którzy za swoje dewiacje seksualne zostali straszliwie ukarani przez Boga. Stąd na Bliskim Wschodzie homoseksualizm jest nazywany grzechem ludu Loota.

Lopt (stskand. Loptr) - w świecie Skalda bóg kłamstwa i oszustw. W mitologii nordyckiej to jedno z imion Lokiego.

Lupercalia (łac.) - wywodzące się z czasów starożytnego Rzymu święto na cześć nadchodzącej wiosny, które w okresie pogańskim obchodzono 15 lutego. W Bizancjum święto zostało schrystianizowane i wciągnięte w system uroczystości sakralnych oraz w kalendarz wyścigów kwadryg. W X wieku obchodzone je zwykle tuż przed Wielkim Postem, kiedy można było spożywać mięso i ucztować. W Lupercalia organizowano w Hipodromie zawody, które kończyły cały "sezon" wyścigowy.

lyssa (grec.) - wilczy gniew. Stosowane w starożytnej Gracji określenie szału bitewnego.

łokieć - średniowieczna miara długości, zróżnicowana zależnie od czasów i regionu. W Bizancjum X wieku liczył około 45 cm.

Magni (stskand. Magni) - dosłownie: Mocny. W mitologii nordyckiej syn Thora lub jedno z wcieleń pana burzy. W świecie Skalda - bóg fizycznej siły, patron wojowników i władca burzy, który kamienną maczugą lub żelaznym młotem rozbija łby olbrzymów.

al-magus (arab.) - magowie. Tym mianem Arabowie określali nie tylko czarowników, ale też innowierców - np. pogańskich Normanów - a zwłaszcza wyznawców zaratusztrianizmu (zwanego przez arabskich uczonych religią ognia), mieszkających na terenach dzisiejszego Iranu (ówczesnego Chorezmu).

Manat (arab.) - w czasach przedmuzułmańskich naczelne bóstwo arabskie. Bogini przeznaczenia i sprawiedliwości. Jej kult, choć tępiony przez islam, był znany jeszcze długo po rewolucji religijnej Mahometa.

mandaton (grec.) - rozkaz upoważniający dygnitarza do działanie w imieniu władcy.

mandator (grec.) - posłaniec, ale też człowiek do zadań specjalnych.

mandylion z Edessy - odbicie twarzy Chrystusa na chuście, jedna z najważniejszych relikwii kościoła bizantyjskiego. W 944 roku została odzyskana z rąk Arabów z Edessy i uroczyście przewieziona do Konstantynopola.

Manglabion (grec.) - oddział gwardzistów, który początkowo był częścią Hetairii. Z czasem przynależność do tego korpusu stała się rangą honorową. Manglabici pełnili prestiżowe funkcje w pałacu autokratora - otwierali drzwi i poprzedzali władców podczas ceremonii.

Manglabici (grec. Manglabitai) - członkowie Manglabionu. Ich cechą wyróżniającą były manglabiony - pałki, rózgi lub krótkie bicze, którymi oczyszczali drogę cesarzowi.

Mani (stskand. Máni) - Księżyc czczony jako bóg. Brat Słońca i syn Mundilfarego. W świecie Skalda jeździ po nocnym niebie wozem ciągniętym przez dwa konie, Pełnię i Nów, uciekając przed wilkiem Hatim.

martyrion (grec.) - budowla sakralna poświęcona męczeńskiej śmierci świętego. Zwykle skrywała jego grób lub relikwie. Często wznoszono ją w miejscu śmierci męczennika.

masdżid (arab.) - meczet. Świątynia arabska, miejsce odmawiania modlitw. Nazwy tej muzułmanie używali również na określenie świątyń innych religii.

mastropeion (grec.) - dom publiczny w średniowiecznym Bizancjum.

Mauments (stskand. Mauments) - wikińskie zniekształcenie imienia proroka Muhammada (Mahometa).

maumentsanie - muzułmanie, skandynawska nazwa utworzona od imienia Mauments.

mela (grec. méla) - ogólna nazwa okrągłych owoców, które rosną na drzewach. Do tej grupy zaliczano między innymi jabłka, gruszki, brzoskwinie, pigwy i granaty.

merk (stskand. merki) - sztandar lub znak bojowy używany w bitwie.

meta (grec.) - walcowaty słup znajdujący się z każdej z dwóch stron spiny. Słup od strony sfendonu zwany był metą Zielonych, słup od strony carceres nazywano metą Błękitnych. Wokół tych słupów zawracały zaprzęgi konne.

Midgard (stskand. Mi?gar?r) - według mitycznych wyobrażeń pogańskich Skandynawów kraina człowieka, ziemie zamieszkane przez ludzi, centrum świata.

Miklagard (stskand. Miklagardr) - Wielki Gród, skandynawska nazwa Konstantynopola, stolicy Bizancjum. Patrz też: Carogród.

miles (łac.) - żołnierz.

miliaresion (grec.) - srebrna mineta bizantyjska.

Mimir (stskand. Mímir) - olbrzym i najmądrzejsza istota w mitologii nordyckiej. Jego głowa zanurzona jest w źródle wytryskającym spomiędzy korzeni Laerada, drzewa świata.

Midjardarhaf (stskand. Mi?jar?arhaf) - Morze Śródziemne.

mordvarg (stskand. mor?vargr) - morderca, który zabija podstępnie: z ukrycia lub za pomocą trucizny albo czarów.

morski król, morski konung - patrz: saekonung.

Morze Grikklandzkie (stskand. Grikklandshaf) - skandynawska nazwa Morza Czarnego.

mund (stskand. mundr) - suma, za jaką w Skandynawii pan młody wykupywał pannę młodą. Kwota ta mogła pozostawać w rękach rodziny kobiety, mogła też zostać jej przekazana po zawarciu małżeństwa i stanowiła jej prywatny majątek, z którego mąż nie mógł czerpać bez jej zezwolenia.

munk (stskand. munkr) - mnich.

musattah (arab.) - największy statek w arabskich flotach. Odpowiednik greckiego dromonu. Zwykle był długi na 35-40 i szeroki na 4-5 metrów.

niding (stskand. ní?ingr) - nikczemnik, a w kontekście seksualnym obelga oznaczająca homoseksualistę.

nidingsverk (stskand. ní?ingsverk) - czyń haniebny, niegodny mężczyzny; uczynek nidinga.

nidstöng (stskand. ní?stöng) - słup/pal hańby. Szyderczy postument, który stawiano na "cześć" nikczemnika oskarżonego o niemęskie zachowania. Na jego szczycie często umieszczano podobiznę łotra, a na powierzchni ryto runy i magiczne zaklęcia mające sprowadzić klątwę na tego, komu stawiano słup.

nomisma (grec.) - złota moneta bizantyjska, w innych krajach Europy znana (i bita w niektórych państwach) jako solid.

Noreg (stskand. Noregr) - skandynawska nazwa Norwegii; forma skrócona pierwotnego terminu Norveg (Norvegr) - Północny Szlak, jak nazywano ziemie skandynawskie położone nad Morzem Północnym.

norny (stskand. l. poj. norn; l. mn. nornir) - boskie szwaczki. Przędły tkaninę życia każdego człowieka, decydując o jego losie. Odpowiadały za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość wszystkich ludzi, a nawet bogów.

Numerowie (grec. Noumeroi, Noumera) - jedna z formacji gwardii imperialnej, zaliczana do tzw. młodszej tagmaty (piechoty). W Konstantynopolu Numerowie pełnili głównie rolę policji, straży miejskiej i strażników więziennych. Podlegali domestykowi Scholi. Dowódca Numerów przewodził demowi Białych.

Ocean - jako imię własne boga: patrz: Aegir.

Odainsak (stskand. Ódáinsakr) - legendarna kraina znana z islandzkich sag. Nie wiadomo, czy miała historyczny pierwowzór. W powieści została powiązana z wareskimi ośrodkami handlowymi zakładanymi wzdłuż Wołgi.

oikos (grec.) - pałac arystokraty, bogaty dom.

Oikoumene - patrz: Ekumena.

Olga (ur. między 923 a 927, zm. 969 r.) - władczyni Rusi Kijowskiej. Źródła podają, iż odwiedziła Konstantynopol i tam została ochrzczona. Historycy spierają się, kiedy doszło do tego wydarzenia - podaje się różne daty między 946 a 958 rokiem. Właśnie tę wizytę wspomina cesarz Konstantyn w rozmowie z Ainarem.

öndvegi (stskand. öndvegi) - dosłownie: wysokie siedzisko, czyli odpowiednik łacińskiego tronu. Miejsce na podwyższeniu, na którym zasiadał władca, przywódca rodu lub gospodarz domu.

Ormuzd (inaczej: Ahura Mazda) - naczelny bóg panteonu irańskiego (w zaratusztrianizmie, manicheizmie i zurwanizmie). Bóg światła i ognia, dobro wcielone.

orthros (grec.) - w Kościele wschodnim rodzaj porannych modlitw odprawianych w dni świąteczne.

Östland (stskand. Östland) - Wschodni Kraj. Nazwa historycznej krainy w południowej Norwegii.

Östmad (stskand. Östma?r) - mieszkaniec Östlandu. Östmadem jest tytułowy bohater książki.

ousiakon (grec.) - lekka jednostka bizantyjskiej floty. Obsadzona przez ousia, czyli załogę 108 ludzi (w tym około pięćdziesięciu żołnierzy).

pandokeion (grec.) - gospoda, oberża. Przybytki takie odpłatnie oferowały podróżnym nocleg i wyżywienie. Zakładano je wzdłuż dróg Bizancjum, jak i w samych miastach.

papier baghdadzki - wełnisty gatunek papieru barwionego purpurą. Importowany z krajów arabskich, stąd jego nazwa. Powszechny w kancelarii bizantyjskiej od X wieku.

parakoimomen (grec. parakoimomenos) - dosłownie: śpiący przy boku (domyślnie: cesarza). Strażnik sypialni basileusa. Najwyższy urząd, jaki mógł sprawować eunuch, a zarazem najważniejszy urząd w państwie. Początkowo władza parakoimomenosa wynikała z dostępu do cesarskiego ucha i ze zwierzchnictwa nad pałacowymi eunuchami. Z czasem strażnik sypialni zyskał jeszcze na znaczeniu i otrzymał realny wpływ na politykę państwa, a niekiedy potrafił rządzić całym imperium zza pleców panującego basileusa. Zdarzali się również parakoimomenosi dowodzący armiami.

peritrachelion - okrągły kołnierz pokryty łuskami albo pierścieniami, który był częścią zbroi gwardzisty. Hetairia nosiła kołnierze ze złota.

Perun - słowiański pan wojny, burzy, władzy, prawa, a w efekcie zapewne bóg naczelny słowiańskiego panteonu. Odpowiednik zarówno wikińskiego Thora, jak i Odyna.

Płowy Lis - patrz: Jurugu.

podopsella (grec.) - drewniane lub metalowe osłony nóg żołnierza.

polykandelon (grec.) - rodzaj oświetlenia używanego głównie w kościołach, ale i w pałacach, zwłaszcza podczas ceremoniałów dworskich. Polykandelon składał się zwykle z okrągłej metalowej podstawy, w którą wkładano szklane lampki oliwne.

pornaska (grec. porne) - najpopularniejsze bizantyjskie określenie prostytutki, używane już w starożytnej Grecji. Współczesny termin "pornografia" wywodzi się właśnie z tego pojęcia.

Północ - geograficzno-kulturowe określenie ojczystych krain Skandynawów. Z punktu widzenia Bizantyjczyków mogło dotyczyć też terenów Rusi, zwłaszcza tych, które znajdowały się pod wpływem Waregów (Vaeringów).

praipositos (grec.) - początkowo najwyższy urzędnik na cesarskim dworze, odpowiednik europejskiego szambelana. W X wieku praipositosami określano eunuchów, którzy odpowiadali za ceremoniał dworski.

praitor (grec. praitor, od łac. praetor) - urzędnik bizantyjski o zmieniających się kompetencjach. W X wieku praitorzy byli cywilnymi zarządcami prowincji, a podlegali zwierzchnictwu strategów. Pełnili funkcje administracyjne i sądowe.

primsigna (stskand. primsigna, od łac. primum signum) - znak krzyża. Rytuał "wstępnego chrztu" stosowany we wczesnym średniowieczu na poganach, by chrześcijańscy kupcy mogli z nimi handlować.

proskynesis (grec.) - gest "oddania czci", stosowany w bizantyjskim ceremoniale dworskim. Pełen proskynesis oznaczał uroczysty ukłon wraz z padnięciem na twarz przed obliczem cesarza. Mógł też przybierać inne formy, w zależności od rangi tego, kto go składał: przyklęknięcie, ukłon (o różnej głębokości) lub pocałunek (w pierś, dłoń lub stopę basileusa).

protomandator (grec.) - dowódca mandatorów, czyli posłańców.

ptocheion (grec.) - znany też jako ptochotropheion. Dom dla biednych. Jedna z licznych instytucji charytatywnych w średniowiecznym Konstantynopolu.

Ran (stskand. Rán) - skandynawska bogini, która była personifikacją morza. Żona Aegira (oceanu) i matka fal. Władczyni podwodnego królestwa, w którym przebywali topielcy.

Rhosowie - przedstawiciele ludu Rhos. Pod taką nazwą w źródłach wczesnośredniowiecznych znani byli Rusowie. Grecy tym mianem określali wszystkich przybyszy z Rusi, tak Słowian, jak i Vaeringów.

roga (grec.) - żołd dla najemników i żołnierzy, a także comiesięczna pensja wypłacana urzędnikom dworskim.

Romejowie (grec. Romai, od łac. Romani) - Rzymianie. Tym mianem, nawiązującym do wspaniałej przeszłości imperium, Bizantyjczycy nazywali samych siebie. Określenie to przejęły inne ludy: w źródłach arabskich Greków określano mianem Rum, a w skandynawskich Rómverjar. Ludzie Północy nazywali Romverjami także mieszkańców Italii.

Romverjowie - patrz: Romejowie.

saekonung (stskand. s?konungr) - morski król, czyli władca bez ziemi. Taki tytuł przyjmowali kapitanowie statków albo wodzowie całych wikińskich flot, którzy nie mieli własnych ziem, ale dysponowali znaczną siłą militarną.

sagion (grec.) - ogólna nazwa na różne rodzaje płaszczy.

sagnamad (stskand. sagnama?r) - twórca i opowiadacz sag.

saif (arab.) - arabska nazwa miecza, zwykle odnoszona do zakrzywionej broni typu scimitar (sejmitar). Saify były znakomitym i kosztownym orężem wytwarzanym ze stali damasceńskiej.

saks (stskand. sax) - germański nóż bojowy, dłuższy od zwykłego noża, a krótszy od miecza. Czasem nazwę tę rozciąga się na każdy rodzaj noży bojowych i mieczy.

salat (arab.) - muzułmańska modlitwa.

Saraken (grec. l. mn. Sarakenoi) - Saracen. W Bizancjum w X wieku mianem tym określano nie tylko Arabów, ale wszystkich mahometan. W ten sposób często określano też piratów grasujących po Morzu Śródziemnym.

satanodrom (grec. satanodrómion) - szatański teatr, szatański cyrk. Tak duchowni i ludzie pobożni nazywali Hipodrom w Konstantynopolu ze względu na panujące tam luźne obyczaje i gorszące widowiska - zwłaszcza te związane z występami scenicznymi i frywolnymi tańcami.

satt (stskand. sátt) - ugoda, pojednanie, rozejm.

sattarmad (stskand. sáttarma?r) - człowiek ugody, rozjemca. Jedna z ważnych funkcji, które sprawował każdy wódz w wikińskiej Skandynawii.

Schola (grec. Scholai, od łac. Scholae) - najważniejsza spośród gwardii imperialnych. Jej dowódca, domestyk, był głównodowodzącym całej armii Bizancjum i zwierzchnikiem demu Błękitnych.

seidkona (stskand. sei?kona) - czarownica, specjalistka od magii seid (o tej magii patrz: seidmad).

seidmad (stskand. sei?ma?r) - czarownik obeznany z magiczną sztuką seid, która, ogólnie rzecz biorąc, wiązała się z właściwymi aspektom kobiecym czarami płodności, stąd w Skandynawii traktowano seidmadów dość niechętnie i kojarzono z homoseksualizmem. Niczym szamani posiadali umiejętność oddzielania swojego ducha od ciała.

seireina (grec. seir?n) - znana z mitologii greckiej syrena, która według różnych wyobrażeń była pół kobietą, pół rybą lub pół kobietą, pół ptakiem. Stworzenie popularne w opowieściach śródziemnomorskich żeglarzy przez cały okres średniowiecza.

Serklandy (stskand. Serkland) - Ziemie Saracenów. Skandynawska nazwa krain arabskich.

sfendon (grec. sféndone, od sféndon - pierścień) - północna ściana Hipodromu o kształcie półksiężyca. Mieściły się tam trybuny dla biedaków, choć atrakcyjność tych miejsc podnosił dobry widok na wypadki, do których dochodziło na zakręcie przy mecie Zielonych.

shalandia (arab. shalandi) - statek arabski wielkością odpowiadający greckiemu chelandionowi: jedno- lub dwurzędowa galera długa na około 30 metrów. Shalandie stanowiły podstawę floty muzułmańskiej.

shinia (arab. shini) - arabska galera wojenna. Jeden z najmniejszych typów statków na wyposażeniu kreteńskiej floty. Odpowiednik bizantyjskiego ousiakona.

silentium (łac.) - rada dygnitarzy, która ustalała porządek audiencji cesarskich.

silentiusz (łac.) - osoba odpowiedzialna za ciszę, czyli dbająca o odpowiednie zachowanie i ceremoniał podzas audiencji w Magnaurze.

skald (stskand. skáld) - skandynawski poeta i pieśniarz, uważany też za człowieka mającego dzięki poezji i alkoholowi bliższy kontakt z bogami.

skaldmaer (stskand. skáldm?r) - dosłownie: panna pieśni, panna skald. Wikińska nazwa poetki. Równocześnie jest to przydomek Seli, stąd pisany jest czasem dużą literą.

skaldskap (stskand. skáldskapr) - sztuka układania poezji, sztuka skaldyczna.

skaramangion (grec.) - długa, przepasana tunika z rękawami. Wykonana z drogocennych materiałów i bogato zdobiona. Była strojem dworskim noszonym przez cesarza i jego otoczenie. Skaramangiony uznawano za jedne z najcenniejszych darów, jakimi autokrator mógł obdarzyć zagranicznych posłów i władców.

skjaldborg (stskand. skjaldborg) - mur tarcz. Formacja bitewna wikingów, która polegała na utworzeniu szeregu wojowników osłaniających się zachodzącymi na siebie tarczami. Kolejne rzędy wojowników mogły dokładać swoje tarcze do przodu lub układać z nich "dach", tworząc tak zwaną twierdzę tarcz.

Skylla (gr. Skýlla, łac. Scylla) - jeden z najsławniejszych potworów morskich greckiej mitologii, który miał zatapiać statki i zabijać żeglarzy. Starożytni żeglarze byli zgodni, że jego leże znajdowało się gdzieś na Morzu Śródziemnym (najpewniej u wybrzeży Grecji lub Sycylii), ale spierali się odnośnie jego dokładnej lokalizacji.

skytning (stskand. skytningr) - wikiński szynk.

Snaer (stskand. Sn?r) - dosłownie: Śnieg. W mitologii nordyckiej legendarny król lub lodowy olbrzym władający królestwem na dalekiej Północy. Uważany za personifikację śniegu.

snekkja (stskand. snekkja) - dosłownie: długi, cienki przedmiot wystający z wody. Była to popularna nazwa długiej łodzi wojennej wikingów. Największe statki tego typu zwano też czasem drekami (l. poj. dreki), czyli smokami, które w polskiej literaturze są znane pod błędnym mianem drakkarów.

snekkjamad (stskand. snekkjama?r) - żeglarz, wioślarz lub wojownik płynący na snekkji.

spatharios (grec.) - dosłownie: noszący miecz. Bizantyjska godność dworska nadawana zaufanym ludziom cesarza. Własnych spathariosów mogli miewać też niektórzy bogacze, a wtedy ich "noszący miecze" stawali się rodzajem elitarnych strażników.

spathion (grec.) - miecz. Zwykle oznaczał długi miecz (85-115 cm) noszony przy pasie albo na szarfie przewieszonej przez pierś.

spathovaklion (grec.) - rodzaj broni używanej przez bizantyjskich gwardzistów pałacowych. Źródła podają, iż była to paradna krzyżówka miecza (spathion) i włóczni.

spina (grec.) - zespół budowli, rzeźb i fontann, który tworzył oś Hipodromu i przecinał tor wyścigowy na pół. Wokół spiny ścigały się zaprzęgi konne.

stag (stskand. stag) - sztag. Część olinowania stałego stabilizująca omasztowanie. Wyróżniano sztag przedni (ciągnący się od dziobu do masztu) i sztag tylny (ciągnący się od masztu do rufy).

strateg (grec. strategos) - oficer w armii lub zarządca/gubernator prowincji (temu).

styri (stskand. stýri) - ster. Na statkach wikińskich było to duże wiosło umieszone przy rufie prawej burty, przez co burtę tę nazywano sterburtą. Żeglarz, który sterował tym wiosłem, stał tyłem do lewej burty, przez co zaczęto ją nazywć bakburtą (tylną burtą).

styrir (stskand. stýrir) - sternik statku, który był często także jego kapitanem.

svinfylkja (stskand. svínfylkja) - dosłownie: świński łeb. Szyk bojowy wikingów przypominający rzymski klin.

szatrandż (arab. shatranj) - wczesnośredniowieczna wersja gry w szachy.

tagmata (grec. tagma) - trzon armii Bizancjum, który dzisiaj nazwalibyśmy wojskiem zawodowym. W jego skład wchodziły cztery regimenty jazdy (tzw. tagmata starsza), które były zarazem gwardiami imperialnymi (Scholai, Exkoubitoi, Vigla, Hikanatoi) oraz regimenty piechoty (tzw. tagmata młodsza: Noumeroi, Optimates, Teichistai). W czasach pokoju obozowali nieopodal Konstantynopola, pełniąc funkcje gwardzistów, strażników i policjantów.

Tanais (grec.) - starożytna nazwa rzeki Don, używana również w źródłach skandynawskich okresu średniowiecza.

Tattarariki (stskand. Tattararíki) - Kraina Tattarów.

Tattarzy (stskand. Tattarar) - dosłownie: Tatarzy, ale tego określenia nie należy łączyć tylko z tym konkretnym odłamem plemion mongolskich, gdyż we wczesnośredniowiecznej Europie Zachodniej mianem Tattarów nazywano wszystkie ludy pochodzenia turko-tatarskiego.

Tauroscytowie - greckie określenie ludów zamieszkujących tereny na północ od Morza Czarnego lub na północ od Morza Kaspijskiego; Taurowie i Scytowie mieszkali na północnych wybrzeżach Morza Czarnego w starożytności, ale ich połączone nazwy służyły potem Grekom przez wiele stuleci na określanie wszystkich przybyszów z tamtych rejonów. Dlatego dla Bizantyjczyka Tauroscytem mógł być zarówno Chazar znad Morza Kaspijskiego, jak i Vaering z dalekiej Północy.

Teichistai (grec.) - inaczej Teicheon: gwardia piechoty zajmująca się pilnowaniem murów Konstantynopola (stąd ich nazwa: Teichistowie znaczy Mury). Jej komes przewodniczył demowi Czerwonych.

tem (grec. theme) - prowincja, region, jednostka organizacji terytorialnej w Bizancjum. Imperium było podzielone na temy, co miało znaczenie zarówno w administracyjnym (cywilnym) zarządzaniu państwem, jak i w organizacji wojskowej. Temy wystawiały własne wojska, które dziś moglibyśmy nazwać "armią obrony terytorialnej". Temy, które miały dostęp do morza, wystawiały też flotę temową.

thraell (stskand. ?r?ll) - niewolnik.

tign (stskand. tign) - honor. Jedna z podstawowych cech etosu skandynawskiego wojownika.

tir (stskand. tírr) - sława, chwała. Wartość, do której dążył każdy szanujący się wojownik.

topoteretes (grec.) - wysoki oficer w armii Bizancjum. W gwardii imperialnej był po domestyku drugim najważniejszym oficerem, który dowodził dwoma tysiącami ludzi.

troll (stskand. troll) - jedna ze skandynawskich nazw olbrzyma.

Tron Salomona - nazwa tronu cesarskiego stojącego w Magnaurze, symbol sprawiedliwości i majestatu. Według licznych relacji źródłowych umiejscowione pod tronem urządzenia hydrauliczne potrafiły unieść siedzisko na znaczną wysokość, wzbudzając tym zachwyt przyjmowanych gości.

trybun (łac.) - wywodząca się z czasów rzymskich nazwa oficera. W wojsku temowym był dowódcą pięćdziesięciu żołnierzy, jednak w niektórych gwardiach tagmaty (Numerowie, Teichistowie) miał pod sobą dwustu ludzi i odpowiadał randze komesa innych gwardii pałacowych.

Trzynasty Apostoł - jeden z tytułów cesarza Bizancjum. #

Tysdag (stskand. týsdagr) - dosłownie: dzień Tyra, czyli wtorek. Podobne znaczenie wtorek miał w wielu językach germańskich, w tym w staroangielskim i saksońskim, gdyż wśród Anglów i Sasów Tiu/Tyr był popularnym bogiem. Tyr był patronem sprawiedliwości.

Ui Neill (stirl. Uí Néill) - królewski ród celtycki, którego korzenie sięgały początku V wieku. Doczekał się wielu rozgałęzień, a jego przedstawiciele zasiadali na tronach wielu irlandzkich i szkockich państw.

Vaering (stskand. l. poj v?ringi; l. mn. v?ringjar) - Wareg. Mianem Vaeringów/Waregów określano zbrojne grupy Skandynawów działających i osiedlających się na terenie Rusi. W Bizancjum nazwa ta odnosiła się do wszystkich ludzi Północy, a także Rusów.

Valfud (stskand. Valfu?r, Valfö?r) - Ojciec Poległych. W mitologii nordyckiej jedno z wcieleń Odyna. W świecie Skalda - bóg, który jest gospodarzem Gmaszyska Zarżniętych i gości w nim poległych wojowników.

Valland (stskand. Valland) - skandynawska nazwa Francji, a zwłaszcza Normandii.

Var (stskand Vár) - mało znana bogini mitologii nordyckiej. Symbolizowała przeciwieństwo między mężczyzną a kobietą. Patronka relacji damsko-męskich, bogini małżeństw i miłości.

varg (stskand. vargr) - wilk, banita, łotr, zwany niekiedy wilkiem w świętej ziemi.

völva (stskand. völva) - wiedząca kobieta, czyli wiedźma, a zarazem wieszczka i uzdrowicielka, często posługująca się czarami.

Wagadou (z języka ludu Soninke: Kraj Ludzi) - państwo bardziej znane jako imperium Ghany, od VII lub VIII do XI wieku panujące nad dużymi obszarami zachodniej Afryki (zach. Mali i wsch. Mauretania). Potęgę zawdzięczało m.in. transsaharyjskiemu handlowi, w którym było ważnym partnerem kupców arabskich i berberyjskich. Ainar, jako Skandynaw, nie miał żadnej wiedzy o tym państwie i - podobnie jak wszystkie inne afrykańskie krainy - nazywał je Blalandem.

Wertragna (wed., awest.) - bóg mitologii awestyjskiej (perskiej) i wedyjskiej (indyjskiej), uznawany za obrońcę niebian. Jednym z dziesięciu jego wcieleń był Szalony Odyniec, który w szale miażdżył wrogów kopytami. Bóg ten pojawia się w wielu mitologiach z kręgu indo-irańskiego i we wszystkich jest pogromcą zła. W podaniach awestyjskich broni Mitry. W Iranie po reformie zaratusztriańskiej stał się pomocnikiem (jako Bahram) jednego z Amszaspandów o imieniu Ardibeheszt. Natomiast w Skaldzie Wertragna jest oddzielnym bogiem, Szalonym Odyńcem, znanym już tylko nielicznym kapłanom i kupcom z Indialandu.

węglożerca - patrz: kolbit.

Wyspa Irów, Wyspa Irskmadów - Irlandia, po celtycku Eriu.

Yule (stskand. jól) - święto środka zimy. Hucznie obchodzone w krajach germańskich święto, podczas którego palono ogniska, składano ofiary bogom, ucztowano i pito. Pogańska nazwa święta zastała zaadaptowana przez chrześcijan i w krajach skandynawskich "przechrzczona" na Boże Narodzenie.

Złoty Róg - wąska zatoka Bosforu, którą wpływało się do Konstantynopola od północnej strony miasta.

Zrodzony w Purpurze - patrz: autokrator.

1

Trzy długie łodzie zbliżające się do Złotego Rogu zapowiadały krwawy dzionek.

- Wolniej! Zwińcie żagiel i przejdźcie na wiosła.

Załoga "Niegrzecznego Niedźwiadka" żwawo wykonała rozkazy. Podczas podróży Ainar Skald przekonał wszystkich, że nie warto mu się przeciwstawiać. Był morskim królem - władcą bez ziemi, ale za to bogatym w sławę łupieżcy i niszczyciela królestw.

- I uśmiechać się. Pamiętajcie, że jesteśmy kupcami.

Polecenie nie dotyczyło Alego. Pieśniarz najchętniej schowałby Czarnego Berserka w ładowni, lecz ta była już pełna włóczni, mieczy i tarcz załogi. Albo w rozbitym na pokładzie namiocie, jednak tam kryli się hamramirzy, których nie potrafiłby zmienić w kupców nawet zmiennokształtny bóg Arnhöfdi. Vaering musiał więc zadowolić się tym, że Ali ukrył swoje potężne mięśnie pod płaszczem, a groźnie wyglądającą twarz - pod kapturem.

- Na razie wszystko idzie zgodnie z planem.

Jeśli słowa czarnego wojownika miały kogoś uspokoić, na pewno nie podziałały na Ainara. Dla Skalda zabrzmiały jak ostrzeżenie, że spokój to stan przejściowy, a sytuacja rychło zmieni się na gorsze. Im bardziej zbliżali się do miasta, tym mocniej czuł, że ich plan jednak nie jest doskonały. A powzięli go za sprawą opowieści Alego, który odwiedził już Miklagard.

Pierwotnie poeta chciał postąpić tak, jak nakazywała północna tradycja. Błyskawiczny atak, szybki rabunek, pośpieszny gwałt i rychły odwrót: te cztery zasady udanej wyprawy łupieskiej znał każdy szanujący się Vaering. Ainar miał dwanaście szybkich i zwrotnych snekkji, które świetnie nadawały się do składania niespodziewanych wizyt. Problem polegał jednak na tym, że Grikkmadowie byli w przeszłości często odwiedzani przez łupieżców z Gardariki i nauczyli się skutecznie zamykać dostęp do własnych portów.

- Nie strasz mi ludzi tym czarnowidztwem - odezwał się Skald, trącając przyjaciela w ramię. - Powinniśmy już minąć łańcuch. Zatoka stoi przed nami otworem.

- Rzeczywiście. O ile dobrze pamiętam, łańcuch ciągnie się od tej wieży - Czarny Berserk wskazał na jedną z baszt morskich murów miasta, po czym wycelował palec w jej kamienną siostrę, która wyrastała z zabudowań na przeciwległym brzegu wąskiego gardła wód Złotego Rogu - aż do tamtej. Ale nie ciesz się tak. Mogą jeszcze podnieść łańcuch i zamknąć nas w zatoce.

Pieśniarz wciąż nie mógł sobie wyobrazić, jak można było wykuć tak długi i gruby łańcuch, by przecinał wody całej zatoki albo zbudować tak silne machiny, które zdołałyby podnosić całe to żelastwo. Wobec relacji Alego, a także innych swoich ludzi, musiał jednak uwierzyć w istnienie metalowej zapory i zmienić plan. Przypłynięcie całej floty do miejskiego portu zapewne skłoniłoby obrońców do podniesienia łańcucha, ale kilka statków handlowych nie powinno wzbudzać podejrzeń. Dlatego wydzielił trzy najlepsze snekkje, które były odrobinę bardziej pękate od pozostałych długich łodzi, więc przy dużej dozie grikklandzkiego lekceważenia mogły uchodzić za kupieckie knöry. Reszcie jednostek kazał ukryć się w niewielkiej zatoczce Morza Grikklandzkiego, znajdującej się dzień żeglugi od miasta. Plan był prosty. Codziennie miały przybywać do Miklagardu trzy statki Ainara, których załogi będą udawać kupców. Skald nie liczył na to, że mieszkańcy miasta cztery razy nabiorą się na tę samą sztuczkę, ale nawet wojownicy z sześciu okrętów wpuszczonych do portu wystarczą, by w razie kłopotów zająć wieże, z których podnoszono łańcuch, i wpuścić resztę floty Vaeringów.

Szybko się okazało, że opuszczenie łańcucha nie oznaczało bezgranicznego zaufania względem przybyszy. Do płynącego na przedzie "Niegrzecznego Niedźwiadka" zbliżały się dwa grikklandzkie okręty - napędzane wiosłami galeidy, które budziły przerażenie nie rozmiarami, ale wyrzeźbionymi na dziobnicach łbami ryczących kotów.

- Pamiętajcie, że jesteśmy kupcami. - Poeta poprawił szary płaszcz, pod którym nosił kolczugę. - Jeśli uznają, że jest inaczej, wkrótce zmienimy się w pochodnie.

Ali wielokrotnie ostrzegał, że te kocie paszcze mają bardzo gorący oddech. Tajemny mechanizm wyrzucał z ich gardeł grikklandzki ogień, który podobno był trzy razy niebezpieczniejszy od oleju skalnego. Skald widział w Dyragardzie, co olej skalny zrobił z solidnym drewniano-ziemnym wałem, nie łudził się więc, że ich statek okaże się odporny na tę czarodziejską broń.

Kiedy okręty zbliżyły się na odległość głosu, stojący na dziobie galeidy krzykacz rozpoczął rozmowę.

- Pyta, kim jesteśmy - wyjaśnił Ali.

Skaldowi wydawało się, że Czarny Berserk włada wszystkimi językami świata, a w każdym z nich czuje się tak swobodnie, jak ryba w przerębli. Ainar zawsze uważał, że lepiej mieć coś do powiedzenia w jednej mowie niż bredzić głupoty w wielu, wszakże ostatnio zaczął przełamywać swoją niechęć do obcych języków. Zmierzali w końcu do Miklagardu, największego miasta świata, nie mógł zatem oczekiwać, że wszyscy będą tu znali mowę ludzi Północy. Dlatego w czasie podróży Blamad zaczął go uczyć grikklandzkiego. Postępy nie były jednak tak szybkie, jak oczekiwał poeta.

- Powiedz mu, że jesteśmy Vaeringami z Glaesiru i mamy do sprzedania zboże, skóry, miód i bursztyn.

Czarny wojownik wykrzyczał, co miał powiedzieć i szybko uzyskał odpowiedź. Ainar zrozumiał co drugie słowo, ale domyślił się, że straż portu przyjęła wyjaśnienia.

- Mówią, że przybyliśmy w złą porę. Nikt w mieście nie będzie miał ochoty handlować w czasie wyścigów. Możemy wpłynąć do portu, lecz dla własnego bezpieczeństwa mamy nie opuszczać statków. Podobno zieloni mogą sprawiać kłopoty.

Pieśniarz nie miał pojęcia, kim są owi zieloni, ale korciło go, by odpowiedzieć, iż nie zwykł ani szukać bezpieczeństwa dla siebie, ani dawać go innym. Udawali jednak kupców, uśmiechnął się więc do strażników równie serdecznie, co obłudnie, i pomachał przyjaźnie.

- Powiedz tym pokurczom udającym mężczyzn, że będziemy grzecznie czekać w porcie, jeśli nas do niego wprowadzą.

Rozmowa między Alim a strażnikami trwała jeszcze chwilkę, ale w końcu grikklandzkie galeidy zawróciły i popłynęły w kierunku przystani.

Skald odetchnął z ulgą. Najniebezpieczniejszą część planu mieli za sobą. Polecenie zostania na statkach działało nawet na ich korzyść. Nie będą musieli udawać, że handlują, co było o tyle dobre, że nie mieli zbyt wielu rzeczy do sprzedania, a na zakazanych mordach jego ludzi trudno się było doszukać życzliwości, tak przecież niezbędnej kupcom. Teraz wystarczyło spokojnie poczekać do jutra, aż pojawią się kolejne statki.

- Widzisz, Ali, mówiłem, że wszystko się uda. Rozchmurz się i rozejrzyj. Wkrótce będziemy najbogatszymi łupieżcami na świecie.

Czarny Beserk mruknął coś gniewnie, ale pieśniarz nie zwracał uwagi na jego grymaszenie. Oparł się o burtę i rozmarzył.

Widok miasta zapierał dech w piersiach. Było wręcz porażające w swoim przepychu i niedorzeczne w bogactwie, sprawiając, iż wszystkie grody, jakie Ainar dotychczas odwiedził, wydały mu się domostwami biedoty.

Miklagard leżał na półwyspie otoczonym z trzech stron wodami. Od północy zatoką Złoty Róg, od wschodu Cieśniną Grikklandzką, a od południa Jeziorem Grikklandzkim. Takie położenie czyniłoby miasto podatnym na ataki morskich łupieżców, gdyby nie mury, które okalały je ze wszystkich stron. Płynąc przez cieśninę i wpływając do Złotego Rogu, pieśniarz dostrzegał tylko część tych umocnień, ale i tak nigdy wcześniej nie widział tylu kamieni ułożonych w jednym miejscu wedle ludzkiego pomyślunku. Blankowany mur był wysoki na około dwadzieścia łokci i rozciągał się tak daleko, jak sięgał wzrok Skalda. Miał zmyślną, warstwową konstrukcję, co widać było po wąskich, czerwonych pasach, które przedzielały szerokie rzędy białych kamieni. Strzelnicze okienka na całej jego długości zdradzały, że w środku mieściły się pomieszczenia dla straży. Umocnienia przywodziły na myśl nieprzyzwoicie grubego węża Jörmunganda, który zjadając własny ogon, opasywał cały świat. Jednak nie kamienny gad zrobił na pieśniarzu największe wrażenie, ale to, co wzmacniało jego cielsko. Wieże. Powiedzieć, że było ich wiele, to jak przyznać, że w mrowisku mieszka sporo mrówek. Co kilkadziesiąt kroków z muru wyrastały kwadratowe lub okrągłe baszty, których było więcej niż sto, choć Ainar nie był aż tak znudzony, by chciało mu się je dokładnie policzyć. Zdawał też sobie sprawę, że widzi twierdzę tylko od morza, a według zapewnień Alego najpotężniejsze umocnienia miasto posiadało od strony lądowej. Z całą pewnością opowieści o Miklagardzie jako mieście o stu wieżach były błędne. Baszt musiało być co najmniej trzy razy tyle!

- Nie istnieje na świecie armia, która mogłaby zdobyć ten kamienny gród - wtrącił Blamad, bezbłędnie odczytując myśli kowala słów.

- Nasze szczęście, że my tego nie spróbujemy. Chcemy je tylko trochę obrabować.

Odpowiedź była śmiała, ale myśli nie były tak odważne jak język. Im bardziej zbliżali się do miasta, tym plan ataku wydawał się poecie mniej błyskotliwy. Musiał przyznać, że ich trzy niewielkie stateczki wyglądały żałośnie w porównaniu z ogromem twierdzy. Strażnikom na murach musiało się wydawać, że płyną do nich dziecięce łódki, jakimi chłopcy bawią się w sadzawce. Załoga każdej snekkji liczyła około pięćdziesięciu wojów, a Miklagard był tak wielki, że mógłby pomieścić mieszkańców całego Noregu. Już samo obsadzenie jego umocnień wymagało kilkudziesięciu tysięcy zbrojnych. Jeśli taka siła rzeczywiście przebywała w Carogrodzie, Vaeringowie nie mieli co marzyć o wygraniu walnej bitwy. Pieśniarz wiedział jednak, że wielkie armie są jak stare, wyleniałe byki, które wilk zdąży trzy razy ugryźć, nim te go ubodą. Biorąc mieszkańców miasta z zaskoczenia, byli w stanie napełnić statki łupami i odpłynąć, zanim straż zewrze szyki i ruszy do ataku. A sądząc po widokach, nie będą musieli długo szukać rzeczy godnych zrabowania. Za murami można było dostrzec tuziny wysokich iglic i dachów pokrytych miedzią, a to niechybnie oznaczało domostwa bogatych kupców, naczelników i włodarzy miasta. Nad zabudową dominowała kopuła, olbrzymia niczym góra, która za sprawą jakichś czarodziejskich mocy nie zapadała się pod swoim ciężarem. Skald podejrzewał, że właśnie pod nią zgromadzono największe skarby , ponieważ z jej szczytu wyrastał wielki krzyż. Z pobytu na Wyspie Irów zapamiętał, że wyznawcy Krista trzymają najwięcej złota właśnie w swoich świątyniach.

Już wcześniej dowiedział się, że miasto wyposażone jest w cztery porty, ale dla kupców dostępne były jedynie dwa od strony Złotego Rogu. Galeidy poprowadziły ich do pierwszego z nich, osłoniętego groblą, na której murarze nie zapomnieli wznieść muru, choć nie tak wysokiego jak umocnienia wokół miasta. Statki, które ich pilnowały, zawróciły, gdy tylko snekkje przepłynęły przez bramę przystani i znalazły się na jej spokojnych wodach. Tutaj rolę przewodników przejęły dwie łódki. Ich wioślarze dali im znać gestami, że wskażą miejsce do zacumowania. Pomoc przewodników okazała się cenna, gdyż nie było łatwo przepłynąć między dziesiątkami statków przebywających w porcie. Mijali przede wszystkim niewielkie jednostki kupieckie i rybackie o pękatych kadłubach i dużym zanurzeniu, których widok wywoływał pogardliwe grymasy na twarzach żeglarzy z Północy.

- Tyle złota, tyle wiedzy, a i tak nie potrafią zrobić dobrego statku - oznajmił głośno Ainar, a głośny śmiech załogi utwierdził go w przekonaniu, że wszyscy myśleli podobnie. Może i ich długie łodzie wyglądały niepozorne w porównaniu z ogromem tego miejsca, ale były najlepszymi jednostkami pływającymi na południowych morzach. Świadomość tego dodawała otuchy, zwłaszcza że musieli się liczyć z szybkim odwrotem na obciążonych łupami okrętach.

Gdy "Niegrzeczny Niedźwiadek" przybił do drewnianego pomostu, dwaj snekkjamadowie rzucili do wody akkeri - linę obciążoną wielkim kamieniem. Kolejny żeglarz przywiązał okręt do palika za pomocą festr - solidnego sznura z wielorybiej skóry. Pozostałe dwie jednostki zacumowały przy sąsiednich pomostach.

Pieśniarz długo czekał na tę chwilę. Wyobrażał sobie, jak to będzie zobaczyć od środka ogromne miasto i usłyszeć gwar tysięcy mieszkańców porozumiewających się w dziesiątkach różnych języków. Dlatego gdy po drewnianym trapie zszedł ze statku, poczuł się mocno zawiedziony. W porcie panowała cisza i nie dało się dojrzeć nawet jednego Grikkmada. Słychać było tylko świst wiatru i stukot burt obijających się o pomosty.

- To łatwiejsze, niż podejrzewaliśmy. Moglibyśmy ograbić portowe domy i spokojnie odpłynąć. Tamtym galeidom łatwo uciekniemy.

Poeta obejrzał się, by zobaczyć, któż wpadł na tak znakomity pomysł. Tak jak przypuszczał, był to Gaut, który ostatnio miał zbyt wiele do powiedzenia i za często rzucał różne propozycje za plecami Skalda. W wolnej chwili Ainar będzie musiał z nim porozmawiać o pierwszeństwie i szacunku, jakim powinno się obdarzać morskiego króla.

- Stoimy u progu największego skarbca na świecie, a mamy zadowolić się sprzętami z jego przedsionka? Nie. Będziemy się trzymać planu. Najpierw się jednak rozejrzymy. Ali! Weź sześciu drengów i za mną! Reszta ma grzecznie czekać.

Pieśniarz zastanowił się, czy nie kazać ludziom wziąć tarcz i hełmów, ale doszedł do wniosku, że wystarczą miecze ukryte pod płaszczami. W razie niebezpieczeństwa będzie im łatwiej udawać zagubionych kupców.

Ruszył przodem, bo konung zawsze powinien napełniać serca ludzi odwagą. Za plecami miał Blamada, co nie było jednak podyktowane zaufaniem, ale wiedzą, że Czarny Berserk nigdy nie zajmie jego miejsca. Vaeringowie nie wybraliby czarnego wojownika na swojego wodza. Poza tym zwalista postura szaleńca rzucała nieco cienia na plecy kowala słów.

Przedsionek. Skald uświadomił sobie, że użył właściwego słowa. Nieopodal widać było mur morski, który oddzielał port od miasta i zagradzał drogę do prawdziwych bogactw. Pierwsze domy od strony przystani były drewnianymi chałupami. Ich ściany łączyły się ze sobą, tworząc zwarte, ogrodzone kompleksy. Możliwość znalezienia w nich czegoś cennego była duża, jednak wydawały się niewarte uwagi wobec kolejnych sadyb. Te musiały należeć do bogatych kupców, gdyż wzniesiono je z kamienia. W słońcu ich białe ściany świeciły niczym lód, a kolumny podpierające wysunięte do przodu dachy dodawały budynkom dostojności. Ludzie Ainara chcieli zajrzeć do środka, ale im zabronił. Na razie mieli tylko namierzyć domostwa warte późniejszego złupienia.

Skald zwrócił uwagę na wielki budynek znajdujący się nieopodal. Jego dolna połowa była kamienna, a górna - drewniana. Najciekawsze jednak, że stało przed nim dwóch strażników, którzy - na szczęście - nie zwracali na Vaeringów uwagi.

- Muszą tam trzymać coś cennego - oznajmił poeta i rzucił czarnemu przyjacielowi pytające spojrzenie.

- Z pewnością, choć niekoniecznie dla nas. To spichlerz na zboże.

Poszli dalej. Wychodząc z zaułku, natknęli się na staruszkę z trzema nogami - dwiema ludzkimi i laską - która stanęła i zmierzyła ich wzrokiem. Wyglądała na równie zdziwioną, co przestraszoną.

- Którędy być kościół? - zapytał Skald, kalecząc mowę grikklandzką.

Odpowiedziała potokiem słów. Ainar nic nie zrozumiał, jednak z ruchu dłoni kobiety, która raz dotykała głowy, a raz wskazywała wielką kopułę świątyni zbudowanej na wzgórzu, pojął że starowinka tłumaczyła im drogę, wątpiąc równocześnie w ich mądrość. Gdy odeszła, Ali wyjaśnił:

- Wydawała się poruszona i ucieszona, że w końcu spotkała młodych mężczyzn zmierzających do świątyni, a nie do satanodromu, tego siedliska grzechu i rozpusty.

- Do czego?

- Do satanodromu. Musiało jej chodzić o Hipodrom, w którym organizuje się zabawy dla ludu.

Pieśniarz miał ochotę wrócić do staruszki, by zapytać, w którą stronę do tego przybytku uciech, gdyż wiedział, że to, co dla wyznawców Krista jest grzechem, zwykle oznacza dobrą zabawę. Nie miał jednak czasu na wygłupy, tym bardziej że usłyszał dziwny hałas dobiegający z oddali. Zatrzymał ludzi i zaczął nasłuchiwać. Szybko stało się jasne, że dobiegał ich krzyk setek ludzkich gardeł. Naszły go złe przeczucia. Zdążył się już przyzwyczaić, że gdy fylgja - boska dawczyni szczęścia - za długo całuje go w usta, zaraz potem jakaś przynosząca pecha disa zdzieli go dłonią w pysk.

- Co oni tam wołają?

- Trudno wychwycić w tych wrzaskach, ale chyba coś jak: "Zawsze nad wami! Niebieskimi rzezańcami!" - wyjaśnił Blamad.

Zanim Skald zdążył zapytać, kim mogą być owi niebiescy, zobaczył pierwszych krzykaczy. Byli to mężczyźni o słusznej posturze, może nie tak wysocy jak Vaeringowie, za to krępi i barczyści. Mieli łyse głowy, grube nosy i tępy wyraz twarzy. Wszyscy ubrani byli w zielone kyrtile bez rękawów, które w tych stronach zwano tunikami. Niektórzy nosili zielone opaski na głowach, szyjach lub ramionach, a jeszcze inni dzierżyli coś na kształt wojennych sztandarów przedstawiających chyba wiosenną trawę - tak przynajmniej zdawało się poecie, gdyż nie było na nich nic oprócz zielonego tła. Mężczyźni uzbrojeni byli w pałki, młotki, noże i cepy, przez co wyglądali jak skrzyżowanie rolników z pomocnikami kowalskimi i berserkami. Stanowili rodzaj straży przedniej, gdyż za nimi wyłonił się z zaułku tłum podobnie ubranych, choć nie tak postawnych ludzi, wśród których były i kobiety.

- Wycofujemy się do statków - rozkazał Ainar i nie znalazł się nikt, kto miałby inne zdanie.

Wyciągali nogi, ale nie biegli, by nikt nie mógł zarzucić im tchórzostwa. Pieśniarz obejrzał się i ujrzał, że gawiedź ich zauważyła i ruszyła w pościg, coś przy tym pokrzykując. Nakazał swoim ludziom przyspieszyć. Na szczęście dla żeglarzy tłum zatrzymał się przy składzie ze zbożem i zaczął szturmować jego bramę. Strażnicy budynku nie wykazali się odwagą wioślarzy z Północy i zamiast honorowego odwrotu wybrali ucieczkę w popłochu.

Żeglarze odetchnęli z ulgą. Kilkadziesiąt kroków przeszli nie niepokojeni. Wtedy z zaułku po prawej wypadła setka ubranych na zielono osiłków. Obie grupy zatrzymały się i zmierzyły niepewnym wzrokiem.

Rozmowę zaczął jeden z miejscowych.

- Pyta, czy trzymamy z niebieskimi? - wyjaśnił Ali.

Na szczęście żaden z ludzi morza nie nosił niebieskiego płaszcza, gdyż najwyraźniej w tym mieście nienawidzono tego koloru.

- Powiedz, że jesteśmy prostymi kupcami z Północy, którzy właśnie wpłynęli do portu.

Gdy Blamad przetłumaczył słowa poety, twarze barczystych Grikk­madów rozpromieniły się uśmiechami. Skald zrozumiał, że mógł popełnić błąd.

- Mówi, żebyśmy im pokazali, gdzie cumują nasze statki.

Tego ostatniego Czarny Berserk mógł nie tłumaczyć. Zamiaru mężczyzn można się było domyślić, widząc, jak pałkami wskazują Vaeringów i przystań.

- Powiedz, że chętnie sprzedamy im nasze towary. Niech idą za nami.

Ali przetłumaczył jego słowa, co zaowocowało śmiechem i radosnymi pokrzykiwaniami zielonych.

- Tak. My zrobić dobry handel - odezwał się jeden z osiłków, zaskakując kowala słów szczątkową znajomością mowy Północy.

Ainar ruszył przodem, gestem powstrzymując swoich ludzi od dobycia broni i nakazując im, by trzymali się blisko niego. Dłuższym spojrzeniem zmroził berserka, który był wyraźnie rozdrażniony. Odkąd kilka tygodni temu zjadł pewnego kagana, coraz łatwiej popadał w gniew.

Wioślarze z "Niegrzecznego Niedźwiadka" zauważyli ich z daleka, więc pieśniarz zawołał:

- Będziemy handlować. Przygotujcie nasze wyroby do pokazania!

Starannie wybrał załogę swojego najlepszego statku, dlatego wiedział, iż snekkjamadowie poznają się na jego zamiarach. Nie pomylił się. Vaeringowie zachowali spokój i posłusznie wpuścili na okręt najpierw Skalda i jego ludzi, a potem dziesięciu barczystych młodzianów, którzy chcieli obejrzeć towar przed wyładowaniem.

- Pytają, czym handlujemy - Czarny Berserk przetłumaczył słowa jednego z miejscowych, choć z gniewu zgrzytał już spiłowanymi zębami.

- W ładowni pod pokładem mamy zboże, skóry i miód, ale największe skarby trzymamy w namiocie. To skrzynie wypełnione bursztynem. Jeśli chcecie je zobaczyć, opuśćcie statek i schowajcie broń. W naszych stronach handluje się bez ostrzy przy gardłach.

Poeta poczekał, aż czarny przyjaciel powtórzy wszystko w mowie Grikkmadów i spokojnie wysłuchał rechotu osiłków. Od dziecka był pijany miodem mądrości Mimira, dlatego z łatwością przewidywał zachowanie głupców. Pozwolił nawet, by jeden z rabusiów go odepchnął, a reszta zielonych przeszła koło niego. Gdy pierwszy z mieszkańców Miklagardu odchylił poły namiotu, Ainar krzyknął:

- Do broni!

W namiocie rzeczywiście ukryto skarb. Był on jednak przeznaczony do tego rodzaju handlu, który pozwalał kupującemu wziąć wszystko, co chciał, nic za to nie płacąc. Osiłek, który zajrzał w czeluść wejścia, zostawił głowę w środku. Ciało padło na deski, a krew z szyi siknęła na łydki pozostałych Grikkmadów.

Pierwszy z namiotu wyskoczył Gaupahedin z dwoma toporkami w rękach. Z jednego zlizywał juchę, drugim rzucił w stojącego trzy kroki przed nim zielonego. Ostrze wbiło się w pierś aż po sam trzonek. Pozostali miejscy rabusie rzucili się na bestialskiego wojownika, ale temu z odsieczą przyszli bracia, którzy ze zwierzęcymi okrzykami na ustach wybiegli z namiotu. Urrhedin pchnął żelazną kulą w brzuch najbliższego napastnika, Svinhedin nadział na włócznię kolejnego. Ulfhedin zasłonił się tarczą przed ciosem młotka i uciął mieczem nogę innego wroga. Berhedin przeciągnął się leniwie, jak niedźwiedź po zimowym śnie, wzniósł ogromną maczugę zakończoną czaszką niedźwiedzia o żelaznych włosach, lecz chwilowo nie miał jej na kogo opuścić. Pozostali wojowie pieśniarza, ci trochę mniej szaleni od hamramirów, też nie gryźli węgla, tylko zajęli się resztą przeciwników.

Poeta wykorzystał to, że chciwi mieszkańcy Miklagardu zostawili go za swoimi plecami. Dobył miecza i wbił go pod pachę łysego grubasa. Dla Kvernbita, Gryzącego Kamień, cienka wełniana tunika i spora warstwa tłuszczu nie były żadnymi przeszkodami.

Czarny Berserk w końcu uwolnił swój gniew i gołymi rękami zatłukł na śmierć barczystego krzykacza, który zamachnął się na niego pałką. Pozostali rabusie zostali podziurawieni saksami i mieczami załogi.

Tharbrand, sternik "Niegrzecznego Niedźwiadka", wraz z kilkoma snekkjamadami zablokował trap przed wdzierającymi się na pokład zielonymi. Inni żeglarze zdążyli już otworzyć ładownię i rozdawali tarcze, hełmy, topory, łuki i włócznie.

- Nacierać! - rozkazał Skald, gdy wszyscy napastnicy na pokładzie zostali już zgładzeni.

Nie było to trudne. Vaeringów może i było dwukrotnie mniej niż przeciwników, ale stanowili drużynę wprawionych w zabijaniu drengów. Motłoch nie mógł się z nimi równać. Szybko posuwali się naprzód, tak że wszyscy żeglarze zdołali opuścić statek i utworzyć zwarty "świński łeb", który klinem wdarł się w Grikkmadów i wytrwale ich wyrzynał.

Załogi pozostałych dwóch okrętów zorientowały się w sytuacji i pośpieszyły z pomocą. Oddziały snekkjamadów uderzyły na tłum młodych bandytów z obu stron. Kilkadziesiąt trupów wystarczyło, by reszta zielonych zachowała się jak dmuchawiec na wietrze. Rozpierzchli się na wszystkie strony.

- Może wrócimy na statki i odbijemy od brzegu? - zaproponował Gaut.

- Nie zdążymy - powiedział Ainar i wskazał mieczem nabrzeże.

Motłoch, który dotychczas zajęty był grabieniem magazynu ze zbożem, zobaczył śmierć swoich pobratymców i rzucił się do ataku. W pojedynkę każdy z nacierających miał taką wartość bojową jak kobieta z motyką, ale razem byli niebezpieczni niczym sfora wygłodniałych kundli. Tysiąc napastników przeciw stu pięćdziesięciu wojownikom. To zrobiło wrażenie nawet na pieśniarzu.

- Skjaldborg! - rozkazał. Wiedział, że ściana tarcz była ich jedyną szansą. Miał nadzieję, że jeśli uda im się zabić odpowiednią liczbę zbirów, reszta ucieknie jak ich poprzednicy.

Ustawili się w trzy rzędy. Wojowie z mieczami stanęli w pierwszym i postawili zaporę z tarcz, łącząc je na zakładkę. Żeglarze z drugiego szeregu także mieli drewniane osłony i w razie potrzeby mogli nimi wzmocnić pierwszą linię. Teraz jednak trzymali je zawieszone na plecach, szykując się do ataku, a nie obrony. Wyposażeni byli we włócznie i topory na długich styliskach, którymi mogli zabijać przeciwników, nie przepychając się do przodu. Ostatni rząd był mniej liczny i tworzyli go Vaeringowie z łukami, procami i lekkimi oszczepami do rzucania.

Bitewny szyk ludzi Północy wyglądał schludnie i groźnie. Nie tyczyło się to jednak hamramirów. Skald już dawno zaprzestał prób wyjaśniania im korzyści płynących z walki w zwartym szeregu, ponieważ szaleni wojownicy zawsze robili to, do czego zmuszał ich zwierzęcy zew. Dziś ustawili się w luźnym oddziale na prawo od snekkjamadów. Dołączył do nich Ali, który nie lubił walczyć z tarczą. Kowal słów pomyślał, że może to i lepiej, gdyż ostatnio zdarzało się berserkowi ranić w gniewie własnych towarzyszy.

Poeta ustawił się na przedzie skjaldborga i krzyknął:

- Teraz!

Strzały, kamienie i włócznie powaliły pierwszych napastników, oddalonych o trzydzieści kroków. Kolejne pociski poleciały już bez rozkazu, a na trzecią kolejkę nie starczyło czasu. Wojownicy weszli w zwarcie z rozwrzeszczaną tłuszczą.

Ciosy młotków, pałek i noży zastukały o drewniane, wzmocnione skórą i żelaznymi umbami osłony, ale napór tłumu był tak duży, że fałszywi kupcy cofnęli się o trzy kroki. Topornicy i włócznicy z drugiego szeregu zrobili jednak swoje - u stóp wojowników z Północy zaczęli padać martwi zieloni, a nic tak nie przeszkadza w natarciu, jak konieczność deptania zwłok rodaków. Napór gawiedzi zelżał, dzięki czemu Vaeringowie znów zwarli szyki. Na miejsce poległych z pierwszego rzędu weszli wojownicy z tyłu.

Zieloni ginęli, ale tłum nie wydawał się mniejszy, gdyż ciągle był zasilany przez kolejnych Grikkmadów. Na szczęście zapał atakujących szybko opadał. Co innego znaleźć chętnych na obrabowanie bezbronnych kupców, a co innego przekonać ludzi, by walczyli ze świetnie uzbrojonym i wyszkolonym wojskiem. Oraz z hamramirami, którzy skutecznie przekonywali, że lepiej nie wchodzić im w drogę.

Szaleni wojownicy uważali, że skoro ich boski opiekun sam przybił się włócznią do drzewa, tym bardziej raduje go okrucieństwo zadawane innym. Czynili więc zadość pragnieniom Göllnira. Zabijali niczym wściekłe bestie, wzbudzając przerażenie wśród przeciwników. Rozdzielili się zaraz po rozpoczęciu potyczki. Gaupahedin i Ulfhedin pobiegli wzdłuż nabrzeża, po czym przedostali się na tyły wroga. Wybierali najsłabsze sztuki w stadzie, zajęcze serca, którym nie było śpieszno do pierwszego szeregu. Siekli tchórzy na kawałki, ucinali głowy, wyrywali wnętrzności, a krwawe ochłapy rzucali w tłum. Spowodowali tym spory popłoch na tyłach, które szybko zaczęły rzednąć wskutek masowych ucieczek.

Svinhedin, Urrhedin i Berhedin trzymali się razem nieopodal prawego skrzydła Vaeringów i po prostu wdzierali się w tłuszczę, zabijając każdego, kto znalazł się w zasięgu broni.

Ainar przyjął na tarczę uderzenie grabi, po czym pchnął mieczem. Trafił w czyjś brzuch. Równocześnie towarzysz po prawej uszczelnił ścianę swoim skjaldem i osłonił lewe ramię pieśniarza przed uderzeniem cepa. Poeta pomyślał niemal z urazą, że przyszło im walczyć z głupcami, którzy nie wiedzą, iż skjaldborg najskuteczniej atakować od dołu, mierząc w nogi tarczowników.

Kowal słów, podobnie jak Czarny Berserk, nie lubił walczyć w ścisku, gdzie każdy wojownik jest sobie równy i trudno o pojedyncze popisy. Wprawdzie czuł się zobowiązany dawać przykład ludziom, ale zabijanie szybko mu się znudziło. Wolał się trochę porozglądać.

- Zastępstwo! - krzyknął i się cofnął. Dreng stojący za jego plecami zajął miejsce w pierwszym szeregu. Skald poszedł na tyły i wspiął się na pomost, by mieć lepszy widok.

Sprawy przybierały dobry obrót. Spora część zielonych doszła do wniosku, że korzystniej dla nich będzie, jeśli odpuszczą uzbrojonym kupcom i poszukają łatwiejszego łupu. Grupki Grikklanczyków wycofywały się z bitwy, a następnie wdzierały do pobliskich domów. Gorzej, że niektórzy zmierzali w stronę statków. Dwie snekkje, zacumowane kilkadziesiąt kroków od miejsca walki, a teraz pilnowane tylko przez garstkę żeglarzy, były zagrożone. Poeta zaczął machać, by ich załogi odbiły od brzegu. Po chwili zauważył, że został zrozumiany.

Poszukał wzrokiem Alego i skrzywił się z obrzydzenia. Życiu Bla­mada raczej nic nie zagrażało, lecz zawładnął nim berserksgang. Czarny wojownik trzymał w jednej ręce miecz, zwany wymownie Ludożercą, a w drugiej uciętą w kolanie czyjąś nogę, którą raz uderzał niczym maczugą, a raz pogryzał. Zgubił swoją skórę z grzywiastego kota, przez co odsłonięty został wytatuowany na plecach i głowie Blamada błękitny wąż, który przy każdym ruchu wojownika prężył się i wił niczym prawdziwy gad. Wokół szaleńca rychło zrobiło się luźno, bo ani Vaeringowie nie chcieli bić się u jego boku, ani napastnicy nie śpieszyli, by z nim walczyć. Poeta martwił się jednak o towarzysza, bo po ostatnich atakach gniewu coraz trudniej było przywołać go do porządku.

Bitwa wyglądała na wygraną. Ponad połowa Zwycofała się z walki, a pozostałym brakowało tylko małej zachęty, by pójść w rozsypkę. Okazała się nią śmierć największego osiłka, któremu czaszkę zgniotła maczuga Berhedina.

- Stać! Trzymać szereg!

Rozkaz Ainara powstrzymał kilku bardziej zapalczywych snekkjamadów, którzy przejawiali ochotę na ściganie pierzchających miklagardczyków. Wojowie musieli trzymać się razem, bowiem była ich tylko garstka wobec ciżby pustoszącej port. W takiej sytuacji należało się zadowolić lżeniem przeciwników i zwycięskimi okrzykami.

Skald, stojąc najwyżej, jako pierwszy dostrzegł nowe niebezpieczeństwo. Zaklął, ubliżając odpowiedzialnym za szczęście i pecha fylgjom, hamingjom i disom, które ciągnęły za jego wojskiem. Po chwili wszyscy drengowie dołączyli do przekleństw.

Przenikliwy wódz powinien się domyślić, że uciekinierzy sprowadzą pomoc. Poeta uważał się właśnie za takiego dowódcę, ale miał nadzieję, że odsiecz nadejdzie trochę później, gdy Vaeringowie będą już na morzu. Tymczasem zza portowych domów wyszli zbrojni i zaczęli ustawiać się w dwóch rzędach. Widać było, że to karni, dobrze wyszkoleni żołnierze, którzy nosili szyszkowate hełmy i długie kolczugi. Pieśniarz naliczył cztery setki. Za dużo, nawet jak dla jego ludzi. Część snekkjamadów mogła spróbować przedostać się na "Niegrzecznego Niedźwiadka", ale że pozostałe dwa okręty odbiły już od brzegu, reszta ludzi Północy zostałaby skazana na śmierć.

Grikklandzkie wojsko ruszyło do ataku.

- W końcu się przekonam, ile jesteście warci! Z tamtym motłochem poradziłyby sobie wasze matki!

Drengowie nie dali się nabrać na tę prostą sztuczkę. Karmiciel kruków pojął, że grzebanie mieczem w ich zranionym honorze nie wystarczy. Był jednak sprawny w strof składaniu, więc i przedbitewna mowa nie była dla niego wyzwaniem. Zawsze trzymał na końcu języka kilka słów, które potrafiły omotać prostych zabijaków.

- Co czeka was w domu? Oranie pola, wypas bydła i wmawianie sobie, że bachor, który urodził się zaraz po waszym powrocie, jest jednak wasz! Co czeka was tutaj? Dobre rąbanie i upijanie się krwią Grikkmadów! Pokażcie męstwo i dumę! Zdobywajcie sławę, by jej blask oślepiał wrogów. A jeśli będziecie mieć szczęście i polegniecie w boju, zyskacie możność dalszej walki w Gmaszysku Zarżniętych, gdzie czeka na was morze piwa i miodu oraz tabun zawsze chętnych dziewek! Wiem, że niektórzy okażą się pechowcami i przeżyją, ale niech i oni się nie martwią! Na osłodę dostaną obietnicę zemsty i tyle złotych monet, ilu przeciwników zabiją! Czy zatem jesteście gotowi do...

Urwał przemowę, widząc, że grikklandzkie wojsko niespodziewanie skręciło i obrało nowy cel. Zaatakowało grabieżców!

Vaeringowie nadal trzymali szyk, lecz nie bardzo wiedzieli, co począć. Zew krwi, który obudziła w nich przemowa Skalda, kazał im szykować się do natarcia, ale dziwne zachowanie obrońców miasta zatrzymywało ich w miejscu.

- Pozycje obronne! - Ainar natychmiast dostosował działania do nowej sytuacji. Straż najwyraźniej nie miała zamiaru z nimi walczyć, choć mogła zmienić zdanie, jeśli pomyli ich z motłochem.

- Wycofujemy się?

Poeta bez patrzenia wiedział, że to znów Gaut. Młodzieniec nie gadał głupio. Mogli skorzystać z zamieszania i wrócić na okręty. Wystarczyło dać znać żeglarzom na snekkjach, by po nich przypłynęli. Tak byłoby bezpieczniej i rozsądniej. W żyłach pieśniarza płynęły jednak krnąbrność, bezczelność i zamiłowanie do kłopotów.

- Zostajemy! Plecy prosto, pierś do przodu, broń w gotowości! Macie wyglądać jak doborowa straż samego gardskonunga Miklagardu!

Stali zatem, umilając sobie południe obserwacją lania, które dostawali zieloni. Okazało się, że straż z rzadka używała ostrej broni, a uspokajała grabieżców za pomocą pałek i batogów. Opór tłuszczy, przetrzebionej wcześniej przez Vaeringów, nie trwał długo. Gdy ostatni zieloni uciekli, wojsko znów stanęło w dwóch równych liniach i pomaszerowało na snekkjamadów.

Morski konung zszedł z pomostu i ustawił się przed pierwszym szeregiem swoich ludzi.

- Opuśćcie broń, ale jej nie chowajcie!

- Jakże to? - W głosie Gauta słychać było nie tylko zdziwienia, lecz i gniew.

- Wykonać!

Ostrza mieczy skierowano w dół, a groty włóczni wycelowano w niebo. Na szczęście także hamramirzy sami się uspokoili, gdy zabrakło im ludzi do zabijania, choć ich zachowanie dalekie było od poprawności. Berhedin ocierał się o pal przy nabrzeżu, Svinhedin tarzał się w błocie i krwi, Urrhedin przeżuwał kawałek mięsa, Gaupahedin ostrzył toporki, a Ulfhedin obsikiwał jedyne drzewo, które rosło w porcie. Najgorzej jednak było z Alim, który z mieczem i uciętą nogą w dłoniach stał nad stosem trupów. Dyszał przy tym jak młodzieniec na pokładzinach i z szalonym błyskiem w oku szukał kolejnych przeciwników.

- Do wody z nim - zadecydował Ainar.

- Ale jak?

- Użyjcie wioseł.

Trzech ludzi pobiegło na "Niegrzecznego Niedźwiadka", wróciło z drągami, a następnie ostrożnie podeszło do Czarnego Berserka i spróbowało skierować go w stronę morza. Szaleniec nie dał się łatwo zrzucić z pomostu. Potężnym uderzeniem Ludożercy wytrącił broń jednemu wioślarzowi, a w drugiego rzucił uciętą nogą, trafiając w czoło. Trzeciemu udało się w końcu zepchnąć berserka do zatoki. W samą porę, ponieważ grikklandzkie wojsko właśnie zatrzymało się dziesięć kroków od Vaeringów, przepuszczając bogato, choć niezbyt praktycznie odzianego mężczyznę. Nosił krótki pancerz zrobiony z zachodzących na siebie żelaznych łusek, które były zabarwione na biało (pieśniarz dowiedział się później, że taki typ zbroi nazywano klivanion), niebieską tunikę (w języku miejscowych: chiton) zdobioną na brzegach złotą nicią oraz błękitne spodnie nakrapiane białymi plamami. Plecy okrywał mu biały płaszcz zapięty na prawym ramieniu złotą fibulą. O dziwo, jasne okrycie tylko gdzieniegdzie było pobrudzone krwią, co znaczyło, że żołnierz nie uczestniczył w walce.

Dowódca, bo niewątpliwie był nim czyścioch w rybiej zbroi, przywitał ich w tutejszej mowie. Skald odruchowo czekał na tłumaczenie Alego, ale ten zajęty był próbami wydostania się na brzeg. Użytecznością wykazał się Gaut:

- Mówi, że nazywa się Orestes Parsakoutenos i jest trybunem Noumeroi. Dziękuje nam za pomoc w tłumieniu zamieszek i pyta, kim jesteśmy.

Ainar uniósł dłoń w północnym geście powitania i przybrał obrażoną minę. Nie wiedział, kim są owe "numerki" ani co kryje się pod nazwą "trybun", ale babka zawsze mu prawiła, iż "człek bystry kryje się z niewiedzą, a matoł szczyci się głupotą". Göllnir krzyknął mu do ucha szalony pomysł, ale Mimir kapnął mu miodem mądrości do ust, by umiał ładnie ubrać myśli w słowa.

- Zwą mnie Ainarem Skaldem i jestem konungiem Vaeringów. Z mo­cy bogów jestem prawowitym dziedzicem wszystkich krajów Północy, a kristiańscy władcy Vallandu co rok płacą mi daninę. Jestem tym, który spustoszył Wyspę Irów, spopielił domostwa Noregu i zniszczył potęgę Odainsaku. Władca Glaesiru oddał mi swoje bogactwa i armię, bym mógł przypłynąć do Miklagardu i rozmówić się z samym gardskonungiem!

- To już nie jesteśmy prostymi kupcami?

- Mów, jak powiedziałem.

Chwilę trwało, zanim Gaut wszystko powtórzył. Nie był tak biegły w mowie Grikkmadów jak Czarny Berserk. Na odpowiedź musieli poczekać, bo czterech miklagardzkich żołnierzy podeszło do dowódcy i chwilę się naradzali. W końcu mężczyzna w białym płaszczu przemówił.

Tym razem Gaut na chwilę wstrzymał się z tłumaczeniem, jakby chciał podkreślić, że powodzenie rozmów zależy od jego zdolności językowych. Pod groźnym spojrzeniem pieśniarza zrobił jednak to, co do niego należało.

- Prosi o wybaczenie. Z powodu brudu i łachmanów, które mamy na sobie, wziął nas za drobnych handlarzy. Pyta też, kim są szaleńcy, którzy zachowują się jak zwierzęta.

W porównaniu do lśniących kolczug straży oraz ich hełmów zdobionych białymi kitami odzienie drengów rzeczywiście wyglądało marnie. Większość wojowników nie zdążyła nawet przywdziać zbroi przed walką.

- Gdyby gościnnie powitano nas w tym mieście, ubralibyśmy się bardziej stosownie. Trudno mieć czysty kyrtil, gdy musisz bronić swojego życia. A ci szaleńcy to ogary, którymi szczuję wrogów. Ten czarny demon, który właśnie wychodzi z wody, jest najstraszniejszy z nich.

Ali jak zwykle wyczuł odpowiednią porę na uśmiech. Otrzepał się z wody niczym mokry kot i zaprezentował przybyszom dwie piły w ustach.

Orestes przyjął uszczypliwości z kamienną twarzą. Po chwili Gaut przekazał jego odpowiedź.

- Jeśli złożymy broń, pozwolą nam stanąć przed obliczem władz.

- Nikomu nie oddamy naszych mieczy. Raczej wsiądziemy na statki i odpłyniemy, by rozpowiadać po całym świecie, że w Miklagardzie wita się władców, podróżników i kupców za pomocą żelaza.

Wśród żołnierzy, zwłaszcza tych strojniej odzianych, zapanowało poruszenie. Ainar dobrze wiedział, że bogactwo miasta pochodzi z handlu i jego władca zrobi wszystko, by Carogród uchodził za miejsce przyjazne kupcom.

- Nikomu nie musimy oddawać broni. - Gaut był ucieszony, jakby to on zmusił Grikkmadów do ustępstw. - Po prostu mamy zostawić ją na statkach. Prawo miasta mówi, że tylko wojsko Rómverjar może chodzić po ulicach z orężem przy pasie.

Skald wygrał i dobrze wiedział, że nie uzyska niczego więcej. Przez chwilę stał jednak w milczeniu, dumnie zadzierając nosa jak urażony konung. Uznał, że miejscowym przyda się trochę niepewności. W końcu skinął głową i już bez niczyjej pomocy oznajmił:

- My się zgadzać.

2

"Pandokeion nie jest złym miejscem na spędzenie nocy" - tak przynajmniej twierdził Czarny Berserk, który podczas swoich podróży odwiedził wiele oberż, a poprzez obserwację i porównania poznał liczne murarskie tajemnice. Patrzenie na stabilne konstrukcje, które mimo pośpiechu świata pozostawały dostojne i nieruchome, zawsze go uspokajało. Okazały dwupoziomowy budynek z czerwonego kamienia wyglądał na siedzibę bogacza. Od przodu zdobiły go dwa rzędy ustawionych na sobie kolumn, które wraz z kamiennym daszkiem i wysuniętymi do przodu narożnikami gospody tworzyły u góry uroczy taras, a na dole niewielką galeryjkę. Jak większość budynków w mieście, również i ten pokryty był czerwoną dachówką, zabrudzoną odchodami gołębi, które przesiadywały na kalenicy. Wejście znajdowało się między dwoma wrośniętymi w ścianę pilastrami stanowiącymi podstawę kamiennego łuku. Był on rozciągnięty nad dębowymi drzwiami, na których skrzydłach wyrzeźbiono pochylone ku sobie kielichy. Pilastry i łuki otaczały też okna, które tworzyły dwa równe szeregi na każdej ze ścian budynku.

Oberża była przestronna, solidna i bezpieczna, mimo to goście nie wyglądali na zadowolonych. Ali spojrzał z politowaniem na Skalda, który z ponurą miną siedział przy stole i rzeźbił. Drewniana ryba z rogiem na czole była już prawie gotowa - brakowało jej tylko ogona.

- To ty kazałeś wrzucić mnie do wody - stwierdził, a nie zapytał Blamad. Wiedział, że nikt inny by się na to nie odważył. Vaeringowie bali się go i prędzej strzeliliby mu w plecy z łuku, niż próbowali uspokoić.

- Aha.

Ainar nawet nie podniósł wzroku znad figurki.

- Dobrze zrobiłeś. Wielu zabiłem?

- Kilku. Razem padła może setka Grikkmadów. Ale na razie nikt nam tego nie wypomniał.

Na razie. Mieli do czynienia z kupieckim ludem, którego przedstawiciele uśmiechali się i zbywali machnięciem dłoni wszelkie urazy, ale przypominali je sobie w odpowiednim dla siebie czasie. Zwykle wtedy, gdy winowajca czegoś od nich chciał.

- Nadal trzymamy się planu?

- Tak. Czekamy do południa, aż przypłyną trzy kolejne statki.

- Jak każesz, konungu całej Północy.

Poeta w końcu oderwał oczy od drewnianej rybki i przywołał jedną ze swoich gniewnych min. Uniósł brwi, zatańczył nimi i wykrzywił usta na wilczą modłę. Czarny Berserk dobrze wyczuł, że dla Ainara jest to drażliwa sprawa. Dumny pieśniarz oczekiwał, że gdy tylko ogłosi się władcą całej Północy, Grikkmadowie otworzą przed nim wierzeje pałacu i wyprawią ucztę na jego cześć. A tymczasem kazano im czekać. Najpierw całe popołudnie w porcie, a potem noc w pandokeionie o wdzięcznej nazwie "Słodkie Winogrona". Owoce rzeczywiście były tu słodkie, ale nie zatarły goryczy zawodu. Tym bardziej że Skald zabronił ludziom uczcić winem poległych towarzyszy, ponieważ jutro mogła ich czekać kolejna bitwa. Przez całą wieczerzę naburmuszeni Vaeringowie wpatrywali się tylko w kielich z winogronami, utworzony z malutkich kamyczków na środku głównej sali gospody. Najdłużej mozaikę oglądał sam Ainar, jakby próbował zapamiętać ułożenie wszystkich części układanki. Czarny Berserk nie napominał go, że ozdobę można wydłubać nożem, ale nie da się jej ukraść. Bawiła go sama myśl o przyjacielu próbującym odtworzyć ów wzór w jakimś domu na dalekiej Północy.

- Nie drwij sobie ze mnie, czarna maso. Mój umysł był pełen dobrych pomysłów, gdy ty jeszcze ssałeś cycki kozy, nazywając ją swoją matką.

Tym razem to Ali przybrał groźną minę - uśmiechnął się. Wcale się jednak nie gniewał. Od tygodni obrażali się w ten sposób, ćwicząc cierpliwość i zacieśniając dziwną przyjaźń, która ich połączyła. Braterstwo zawarte poprzez wzajemne zdzielenie się w pysk miało swoje prawa.

- Ale jednak prościej byłoby udawać kupców. Teraz będą na nas skierowane oczy połowy mieszkańców miasta - wtrącił się do rozmowy Gaut, za co poeta zaszczycił go przelotnym i na pozór nic nieznaczącym spojrzeniem. Młody żeglarz zdawał się nie zauważać, że ten wzrok był o wiele groźniejszy niż poprzednia mina konunga. Gaut nie był Czarnym Berserkiem, nie mógł więc pozwalać sobie na wymianę złośliwości ze swoim władcą.

- Jako kupcy musielibyśmy handlować, zamiast bawić w tym pięknym przybytku. Poza tym nasza opowieść stała się bardziej wiarygodna. Miklagardczycy łatwiej uwierzą, że skoro nie jesteśmy kupcami, to nie mamy nic wspólnego z handlarzami, którzy przypłyną dzisiaj.

Była to prawda, choć jutro i tak czekał ich ten sam problem - czy straż po raz kolejny nabierze się na kłamstwo o trzech kupieckich statkach, które nie mają nic wspólnego z tymi poprzednimi? Inna sprawa, że w oczach mieszkańców miasta dostojeństwo konunga Północy wielce straciło po wczorajszej nocy. Co prawda dzięki trzeźwości obyło się bez bijatyk, ale zachowanie Vaeringów dalece odbiegało od tutejszego wyobrażenia o nich i ich władcach. Żeglarze odrzucili bowiem propozycję Grikkmadów, by tylko Ainar i jego najbliżsi ludzie zamieszkali w pandokeionie, a reszta zanocowała w pobliskiej długiej drewnianej chacie. Nie zwracając uwagi na zdziwienie straży, wszyscy wojowie ulokowali się w kamiennym budynku i jeszcze prawili o niezwykłej przestronności wnętrza. Tylko hamramirzy wzgardzili gościną i na nocleg wybrali przylegającą do oberży stajnię, z której zaraz po ich wejściu uciekły wszystkie zwierzęta. Tak samo postąpili miejscowi goście karczmy, przerażeni widokiem ponad setki brodatych wojów rozkładających posłania nie tylko na sypialnianym piętrze, ale i na dole, w jadalni. Blamad ani myślał wspominać snekkjamadom, że za nocleg i wyżywienie w tego typu przybytkach drogo się płaciło. Wolał poczekać na minę Skalda, kiedy gospodarz będzie próbował go zmusić do uregulowania należności.

- A skoro już jesteśmy przy kupczeniu... - podjął rozmowę rzeźbiarz. - Bergthor i Runolf, skoczcie zobaczyć, jak wygląda sytuacja w porcie!

"W końcu jakaś słuszna decyzja" - pomyślał Blamad. Na statkach została ich broń oraz wszystkie towary przeznaczone na handel, a choć nie było ich wiele, jednak należały do cennych. Zwłaszcza bursztyn wart był tu podobno swojej wagi w złocie. Łodzi pilnowało kilku snekkjamadów, którzy pechowo wyciągnęli najkrótsze losy. Przy okrętach pozostawiono również grikklandzką straż, a jej przywódca zapewnił, że zamieszki zostały już stłumione i sam basileus gwarantuje kupcom nienaruszalność ich dóbr. Jednak, jak mawiało się w ojczyźnie Alego, "przezornego hieny nie zeżrą".

Słońce już dawno wzeszło, by chwalić wielkość Allaha lub, jak wolą inni, Ormuzda. W dawnych czasach Ali byłby już po salat as-subh, a w czasach nieco bliższych - po jaszcie na cześć Wertragny, lecz ostatnio nie miał ochoty na modlitwy. Zaczynał wierzyć, że nigdy nie zdoła pozbyć się gniewu, przestał więc prosić bogów o łaskę spokoju. Chęci do śpiewania hymnów nie przejawiał też żaden ze snekkjamadów, którzy coraz liczniej podnosili się z podłogi sali jadalnej albo schodzili z piętra.

- Kogo trzeba tu zabić za śniadanie? - krzyknął Skald, a kiedy nikt się nie zgłosił na ochotnika, skierował wzrok na berserka. - Przydaj się na coś Ali i pośpiesz naszego gospodarza.

Czarny Berserk już dawno przywykł do roli straszaka. Przeszedł się po domu, ale nie znalazł ani oberżysty, ani nikogo z jego rodziny. Pomyślał, że właściciel pandokeionu zmądrzał po wczorajszej kolacji i ulotnił się, ponieważ rzeczywiście oszczędniej było zostawić cały przybytek w rękach snekkjamadów niż spełniać wszystkie zachcianki takich gości. Należało się zatem samemu ugościć.

Zapachy doprowadziły go do spiżarni. Wojownik z dalekiego Wagadou sięgnął po kosz z czerstwym chlebem i dzban z kozim mlekiem. Kiedy wrócił do jadalni, spotkała go niewybaczalna zniewaga - jego miejsce po prawicy Skalda było zajęte przez rudego drenga. Blamad stanął za plecami zuchwalca. Czarne ciało wojownika rzuciło cień na pół stołu, a oddech Alego stał się ciężki i nieco chrapliwy. Taka zaczepka zwykle wystarczała, by snekkjamad sięgał po miecz, ale nikt z nich nie miał broni, nikt też nie chciał denerwować Czarnego Berserka. Rudzielec, widać przywykły do słońca, długo nie wytrzymał siedzenia w cieniu. Wstał, chwycił się za przyrodzenie i wyszedł z budynku, udając konieczność pójścia za potrzebą. Wytatuowany olbrzym usiadł na należnym mu miejscu.

- Dawniej nie bawiły cię takie gierki. - Ainar zmarszczył brwi i uniósł prawy kącik ust.

To prawda. W czasach, gdy starał się panować nad gniewem, Ali unikał wszelkich zaczepek. Teraz nie tylko szybko dopuszczał, by opanowała go furia, ale lubił denerwować innych - niemal tak samo jak pieśniarz.

- Jeszcze w Dyragardzie ostrzegałem cię przed złością Czarnego Berserka.

- Dalej się wściekasz o tego Tirusa? Powinieneś to już przetrawić.

Przetrawić. Blamad docenił żart słowny, ale się naburmuszył. Wspomnienie małego kagana tkwiło w nim jak kość w gardle.

Niegdyś gorliwy wyznawca Allaha, czciciel Wertragny i pokorny sługa Bidy położył jadło na stole. Kosz i dzban zaczęły krążyć najpierw wokół tych, którzy siedzieli na ławach, a potem dotarły do mężczyzn podpierających ściany i wycierających spodnie o kamienie posadzki. Nie starczyło tego nawet na zaspokojenie pierwszego głodu wojowników. Ali już miał się podzielić z Vaeringami wiedzą, gdzie znajdą spiżarnię i więcej jedzenia, gdy drzwi otworzyły się z hukiem, a do środka weszło trzech ludzi.

- Nie, nie, nie. Tak nie może być. Moje drogie brodate misiaczki jeszcze nic porządnego nie papusiały?

Człowiek, który wypowiedział te słowa w mowie Północy, miał wysoki, słowiczy głos, a nosił zielono-niebieską tunikę, sandały ze sznurowaniem aż do kolan i żółty płaszcz zapinany na ramieniu, nazywany tutaj chlamys. Osobnik był szczupły, miał wąskie ramiona, długie nogi, a także bardzo długie ręce, które niemal sięgały kolan. Bujne, zaplecione w dziesiątki warkoczyków włosy opadały na ramiona, odsłaniając różową twarz, gładką jak tyłek niemowlaka. Roztaczał wokół siebie woń piżma i oliwy, co było miłym powiewem świeżości w zestawieniu z zapachem spoconych żeglarskich ciał. Ali domyślił się, z kim mają do czynienia, ponieważ niegdyś w Serklandach zetknął się z podobnymi ludźmi. Vaeringowie nie byli jednak tak przenikliwi. Kłótnie o resztki chleba stały się jakby cichsze, a większość żeglarzy wyprostowała plecy. Snekkjamad, który stał najbliżej przybysza, szczypnął go w tyłek, na co ten zareagował piskiem i chichotem. Nie było wątpliwości, że wyposzczeni wioślarze brali go za kobietę.

Dwóch pozostałych mężczyzn nie wzbudziło już takiego zainteresowania. Byli w końcu tylko strażnikami z włóczniami.

- Taką lichą gościnę nam tu okazują - odpowiedział Skald, który nigdy nie chował ręki przed darczyńcami i zawsze potrafił ich zachęcić do hojności.

- Wybaczcie mi, dzielni wojowie o rumianych licach. To się zaraz zmieni. Teofanesie!

Przybysz wyjął sakiewkę spod płaszcza i rzucił ją szerokim łukiem, niemal pod sufit. Wszyscy Vaeringowie utkwili w niej wzrok i śledzili lot mieszka, zastanawiając się pewnie, gdzie wyląduje. I wtedy stały się czary. Jak spod ziemi pojawił się na sali oberżysta, który pewnym chwytem złapał sakiewkę, zważył ją w dłoni i rzekł:

- Jaki to zaszczyt gościć władcę Północy i przyjaciela naszego autokratora!

Ali uśmiechnął się, ale inni nadal mieli niepewne miny, ponieważ karczmarz wygłosił te słowa w mowie Grikkmadów.

- Mówi, że dostaniemy jadła, jakim nie wzgardziłby sam konung Carogrodu - wyjaśnił Blamad.

Pandokeion rozbrzmiał wesołymi okrzykami, choć wielu Vaeringów, zamiast się cieszyć, spoglądało łakomie na przybysza. W ich oczach musiał być wymarzonym materiałem na żonę - bogato odzianą i śmiałą kobietą o dwornych manierach, a do tego chowającą pękate sakiewki pod płaszczem. Ta ostatnia zaleta przysłaniała wszelkie niedostatki urody.

Niemal tak szybko, jak sam Teofanes, w gospodzie pojawili się jego pomocnicy, którzy zaczęli wnosić potrawy. Przed gośćmi stanęły misy z ptisáne, póltos i pyroí hefthoí. Podawane przez gospodarza nazwy dań nic Alemu nie mówiły, ale po smaku poznał, że są to zupy gotowane z różnego rodzaju zbóż z dodatkiem octu winnego i oleju. Wniesiono też więcej chleba, a według zapewnień niosących go chłopców były to: ártos kríthinos, ártos pýrinos, ártos ázymos, ártos zymítes, ártos katharós, ártos synkomistós, ártos ryparós i ártos dípyros. Vaeringowie nie byli ciekawi, czym różnią się od siebie te rodzaje pieczywa, tylko ładowali do ust po ćwierć bochenka naraz, popijając kęsy olejem z ziołami, który podawano w drewnianych miseczkach. Berserk, który jako jedyny wiedział, iż chleb jest tylko przystawką przed lepszymi daniami, nie obżerał się, ale urywał kawałki pieczywa i przed zjedzeniem maczał je w oleju, jak prawdziwy Grikkmad. Smak i wzrok podpowiedziały mu, że spożywa wypieki z jęczmienia i pszenicy, zarówno przaśne, jak i fermentowane, białe i ciemne, a nawet takie, które były dwukrotnie wypiekane.

- Siadaj z nami, pani. - O dobrych obyczajach przypomniał sobie Gaut, który starał się konkurować w dostojności z Ainarem.

Pieśniarz przeżuwał chleb, spokojnie kończył rzeźbić swoją figurkę i uśmiechał się kpiąco, jakby przeczuwał nieuchronne kłopoty.

- Zapraszamy - zachęcił przybysza. - Przysiądź u boku mojego dzielnego doradcy.

Darczyńca uczty zachichotał jak trzpiotka i potruchtał do stołu. Vaeringowie posłusznie zrobili mu miejsce.

- Pani? No, nie wygłupiajcie się, chłopcy. Zachowujecie się, jakbyście nigdy nie widzieli mężczyzny bez brody. Oj, wy łobuziaki - powiedział i pogroził im palcem.

Przy stole zapanowało poruszenie. Ali spokojnie sięgnął po boukelláton - bułkę w kształcie pierścienia - i zamoczył ją w oliwie. Kątem oka zauważył, że poeta wreszcie skończył rzeźbić i kładzie przed sobą gotową drewnianą rybkę.

- Jak... jak to mężczyzny? - wyjąkał Gaut i z obrzydzeniem zerwał się na nogi.

- Misiaczki, misiaczki. Chłopiec, który w dzieciństwie został rozbrojony, nadal może zostać mężczyzną. Nazywam się Slavomirus i należę do domu samego autokratora Byzantionu!

- Jak... jak to mężczyzny? - powtórzył młody Vaering, jakby miał kamienie w głowie. - To znaczy, że ty... - Nie dokończył, tylko chwycił przybysza za ubranie, postawił na nogi i rozerwał mu tunikę. Nikt nie dostrzegł tam śladów kobiecych piersi.

- Nie tak ostro, misiaczku. Uczono mnie, jak zaspokoić jurnego woja, ale potrzeba do tego nieco spokoju.

Gaut poczerwieniał na twarzy i zacisnął pięści. Denerwując go, rzezaniec wykazał się tym rodzajem odwagi, który płynie z niewiedzy i głupoty. Jeśli myślał, że obroni go dwóch strażników przy drzwiach, grubo się mylił. Ludzie Północy byli co prawda bez broni, lecz ani myśleli rozstępować się przed Grikkmadami, którzy z nastawionymi włóczniami szykowali się do obrony wyrośniętego chłopca.

- Stój! - Słowo pieśniarza w ostatniej chwili powstrzymało pięść młodego snekkjamada. - Posadź go na miejscu.

- Nie będzie mnie obrażał jakiś Grikkmad bez młota!

- Już więcej nie będzie. Prawda?

Eunuch zatracił całą wcześniejszą wesołość i teraz był bliski płaczu.

- Nigdy nie miałem zamiaru obrażać gości naszego basileusa! Przyjmij moje przeprosiny, jeśli ci czymś uchybiłem. A wy, dzielni włócznicy, wymierzcie groty w sufit i nie brudźcie juchą podłogi tego zacnego pandokeionu.

Gaut burknął coś w odpowiedzi i pchnął Slavomirusa na ławę. Sam opuścił swoje miejsce i przeszedł w głąb sali, jakby chciał pokazać, że brzydzi się każdym kontaktem ze zniewieściałym dziwolągiem. Czarny Berserk musiał przyznać, że bogowie przychylnie spoglądają na pieśniarza. Kowal słów świetnie rozegrał to zamieszanie i złowił dwa pstrągi jednym rzutem oszczepu - pozbawił grikklandzkiego rozmówcę animuszu oraz ośmieszył zuchwałego żeglarza.

- W naszych stronach też spotyka się mężczyzn w sukienkach. - Konung mówił głośno, by usłyszeli go ludzie w najdalszych zakątkach jadalni. - Ale są to krótkie i gwałtowne spotkania, kończące się śmiercią zniewieściałego woja. Na morzu przywiązujemy takiego do wiosła i wyrzucamy za burtę, a na lądzie wieszamy, po czym stawiamy mu słup hańby, by wszyscy ludzie i bogowie wiedzieli o jego wstydzie. - Pomieszczenie rozbrzmiało uderzeniami pięści w stół i okrzykami zgody. Rzeźbiarz poczekał, aż jego ludzie trochę się uspokoją, po czym przesunął drewnianą rybkę w stronę rzezańca i powiedział: - Twoje szczęście, że nie jesteśmy w naszych stronach. Co więcej, przybyliśmy tutaj jako goście, dlatego odwdzięczę ci się podarunkiem za podarunek. W zamian za ucztę dam ci tę wspaniałą figurkę.

Czarny Berserk uśmiechnął się, ale tym jeszcze bardziej wystraszył rzezańca. Tymczasem Alemu rzeczywiście było wesoło, gdy patrzył na Slavomirusa, który z udawaną, podyktowaną strachem wdzięcznością przyjmował rzeźbę wartą najwyżej trzy miedziane follisy. Pieśniarz nie lubił mieć długów, więc właśnie spłacił ucztę w najtańszy możliwy sposób.

- A teraz opowiedz nam o sobie. Tylko pamiętaj, że jeśli jeszcze raz nazwiesz któregoś z nas misiaczkiem, osobiście zapoznam cię z tradycją Północy.

- Źle to wszystko zaczęliśmy, moje drogie mi... znaczy, moi mili. Przecież wielu z was jest moimi rodakami. W dzieciństwie porwano mnie z Gardariki, sprzedano w niewolę i usunięto mi barbarzyństwo płynące z chuci. Miałem to szczęście, że trafiłem do domu Konstantyna Porfirogenety i dzięki temu mogę służyć basileusom biegłą znajomością języków Północy.

- Do rzeczy! Czego od nas chcesz?

- Kiedy ja niczego od was nie chcę. Wręcz przeciwnie. Autokrator przysyłał mnie, bym zaoferował wam wszelką pomoc. Mam dbać, by dobrze was traktowano i niczego wam nie brakowało. Jestem tłumaczem, przewodnikiem i strażnikiem waszej wygody. Wasza wola jest moją powinnością, wasze słowa - moimi rozkazami, a...

"a moje oczy - oczami basileusa" - dokończył w myślach Ali, nie słuchając dalszych wyjaśnień Grikkmada, gdyż chodziło w nich tylko o zamaskowanie tej jednej prawdy, że eunuch miał pilnować każdego ich kroku. Zrozumiał to i Skald, który tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmił:

- Poradzimy sobie bez ciebie. Możesz odejść!

Zbity z tropu rzezaniec spojrzał niepewnie na pieśniarza, a kiedy napotkał jego srogi wyraz twarzy, wbił wzrok w posadzkę, po czym cicho wymamrotał:

- Jeśli nie odpowiada wam moja osoba, zastąpi mnie inny mężczyzna bez brody. Wiedz jednak, że zgodnie z wolą autokratora żadna grupa obcych nie może przebywać w mieście bez opiekuna.

Blamad prędzej by się spodziewał Ainara modlącego się w kristiańskiej świątyni niż proszącego o radę. A jednak pieśniarz poszukał wzrokiem spojrzenia Alego, kiedy zaś ten skinął głową, rzekł:

- Zostań, jeśli chcesz.

Trzebieniec najwyraźniej chciał, nawet jeśli jego chciejstwo brało się jedynie z poczucia obowiązku wobec gardskonunga, ponieważ uśmiechnął się nieśmiało i delikatnie zaklaskał w dłonie.

- Wspaniała decyzja. Jestem pewien, że moja osoba zadba o każdą waszą zachciankę. Zacznę może od tego, iż zorganizuję wam coś do picia. Oínos kai brýton, Teofanesie!

Poeta uczył się od Blamada języka grikklandzkiego, a choć nauka szła mu opornie, dwa słowa przyswoił sobie błyskawicznie: wino to oínos, a piwo to brýton.

- Nie. Moi ludzie nie będę dzisiaj pić - oznajmił krótko wódz snekkjamadów, co stało się przyczynkiem do ogólnego jęku zawodu.

- To może chociaż foúska?

- Fouska?

- To mieszanka wody i octu winnego z domieszką anyżu i mięty. Wspaniały kwaskowaty napój, który przegna każdą senną słodycz i przygotuje człowieka na trudy dnia powszedniego.

- Niech będzie.

Na polecenie rzezańca gospodarz z pomocnikami wnieśli dzbany i postawili je na stole. Vaeringowie po raz kolejny udowodnili, że rzeczywiście muszą być potomkami ludu Jaguga i Maguga, których nie da się nauczyć dobrych obyczajów. Brudnymi łapskami sięgali po naczynia, żłopali zachłannie napój i z nieodłącznym beknięciem przekazywali sobie dzbany. Nikt, za wyjątkiem Alego, eunucha i Skalda, nie skorzystał z ustawionych na stole cynowych kubków. Jako że pieśniarz i trzebieniec dostali własny niewielki dzbanuszek z napojem, Blamad musiał wyrwać inne naczynie z rąk siedzącego obok drenga.

Fouska rzeczywiście była kwaśna i podobnie jak goryczkowate piwo zaostrzała głód. Na szczęście nie zapomniano również o jedzeniu. Wniesiono półmiski z gotowanym, pieczonym i smażonym mięsem. Kury, gołębie, kaczki i wróble walczyły u śniadających o uwagę z sarniną, baraniną i koziną. Nie brakowało ryb, choć Ali nie znał się tak dobrze na stworzeniach zamieszkujących okoliczne wody, by umiał dokładnie rozpoznać dania. Zapamiętał jednak, że drobnicę morską podawaną w miskach z olejem i ziołami Grikkmadowie nazywali afýe, a zgadywał, że galeós to jakiś tutejszy rekin. Gospodarz musiał mieć więcej spiżarni niż tę jedną, którą wcześniej znalazł berserk, a najpewniej posłał też kogoś po świeże produkty, skoro tak szybko zorganizował aż tyle jadła.

- Jeśli już jesteś naszym niewolnym thraellem, to opowiedz o wczorajszych zamieszkach - zaproponował eunuchowi pieśniarz, zajadając się wróbelkami w śmietanie.

- To brodacze z Północy nic nie wiedzą? A wszyscy w mieście mówią tylko o tym, że Błękitni mają nowych potężnych stronników. Zieloni nie są ostatnio lubiani.

- My na Północy też znamy różne kolory. Taki czerwony, dajmy na to, to ładna barwa. Praktyczna, bo nie znać na niej krwi i plam po winie, a jednocześnie dostojna i uroczysta. Zawsze noszę kyrtil w takim kolorze, bo dobrze wygląda zarówno podczas bitwy, jak i między ściągniętymi z ciała kochanki ubraniami. Ale nawet nasze kobiety niezbyt baczą na kolory, w jakich noszą się ich mężowie, synowie i ojcowie.

- Och, jak to dobrze że nasz autokrator, zrodzony w purpurze trzynasty apostoł Kristosa, w swojej nieskończonej mądrości oddał mnie do was na służbę... nie w niewolę. - Delikatnie pokreślił Slavomirus, po czym splótł dłonie, podstawił je sobie pod brodę i załamał w kolebkę. Głośno westchnął. - Tyle rzeczy muszę wam wyjaśnić. Wczoraj w Hipodromie odbyły się wyścigi kwadryg. Większość zgromadzonych w cyrku ludzi dopinguje wedle zachcianki dnia, ale część najzagorzalszych widzów podzielona jest na cztery demy, czyli stronnictwa, które organizują poszczególne zawody i noszą się w określonych kolorach. Mamy zatem Zielonych, wiosennych chłopców, którzy na nocnym niebie wyszukują Wenus i w ziemskim żywiole dostrzegają możność wzmocnienia swojej potęgi. Ich zagorzałymi przeciwnikami są Błękitni, dzieci jesieni, którzy w mściwym Saturnie i kapryśnym morzu widzą sojuszników. Tak jak wiosna zapowiada nastanie upałów, tak Zieloni objęli swoją opieką Czerwonych: miłośników lata, ognia i Marsa. Uwielbiający pożółkłe liście Błękitni również mają sprzymierzeńców, a są nimi Biali, którzy miłują zimę i powietrze oraz wyczekują władzy Jupitera na nieboskłonie. Jako że mamy jesień, a słońce znajduje się między gwiazdozbiorami Wagi i Skorpiona, co daje nam dominację żywiołów powietrza i wody, Błękitni i Biali wydają się mieć przewagę. Mimo tego Zieloni wiedzą swoje i nie przejmują się złym układem planet, ponieważ mają świetnego woźnicę.

Ali wystarczająco długo przebywał w Serklandach, by poznać kilka tajników nocnego nieba i przeczytać pracę Abu Masara Gafara ibn Muhammada ibn Umara al-Balhiego3, za to sroga mina Ainara świadczyła, że ten nie ma pojęcia, o czym mówi trzebieniec. Astrologiczna wiedza pieśniarza ograniczała się do tego, że znał położenie Gwiazdy Przewodniej, a w innych ciałach niebieskich widział kaganki, które oświetlały mu drogę podczas nocnych wędrówek po pijanemu.

- Błękitni trzymają z Białymi, a Zieloni z Czerwonymi. Ale o co się wadzą? - ponaglił rzezańca, gdyż zanosiło się, że ten ma ochotę przekazać im całą swoją niepraktyczną wiedzę.

- Jak już mówiłem, w Hipodromie odbywały się wyścigi. Najlepsze zaprzęgi wystawili Zieloni i Błękitni. W głównej gonitwie konie szły łeb w łeb i końcową linię przekroczyły niemal równocześnie. Zieloni uważali, że wygrał ich zaprzęg, przeciwnicy byli odmiennego zdania. Na szczęście kombinografowie dobrze śledzili zawody i ocenili, że zwyciężył woźnica Błękitnych. Przegrani poczuli się oszukani i ruszyli w miasto. Jak zwykle w takich sytuacjach dołączyło do nich sporo rzezimieszków mających nadzieję na łatwy łup.

Czarny Berserk ugryzł jedną z loukánika i odkrył, że niewielkie kiełbaski zrobione są tak, jak lubił: na ostro. Udał, że nie widzi gniewnej miny poety i nie ma pojęcia, dlaczego ten rzuca mu karcące spojrzenia. Przywykł już do nich, tak jak i do tego, że kowal słów wiecznie ma do niego o coś pretensje.

Vaering nie dał się jednak zbyć obojętnością przyjaciela.

- To doprawdy zdumiewające. Wydaje się, że te... demy są bardzo ważne dla mieszkańców Miklagardu, a mimo to mój doradca nic mi o nich nie powiedział.

Podczas ostatniej wizyty w Carogrodzie Blamad spędził w mieście kilka tygodni, szukając kupca, który zabierze go na północ. Słyszał wtedy różne pogłoski, także i o demach, ale musiał trafić na okres wolny od wyścigów, ponieważ w Hipodromie nic się wtedy nie działo. Nie mógł więc poznać niesnasek między kibicami. Jednak teraz, w imię spaczonego braterstwa, które łączyło go z rzeźbiarzem, nie zamierzał się przyznawać do niewiedzy i tracić okazji na podrażnienie towarzysza. Dlatego cmoknął, podrapał się po łysej głowie i oznajmił:

- Prawdę może poznać tylko ten, kto zadaje właściwe pytania. Twój wężowy język wpełzł do wielu jam mojego umysłu, lecz nie odwiedził tej, w której ukryte było jajo z tajemnicą demów.

- Czarne i pokrętne są myśli Blamadów. Z Gestumblindim wygrywam w turnieju na zagadki, ale nie wpadłem na to, że nie da się dotrzeć do łba Czarnego Berserka inaczej niż nożem. Powiedz, w którym miejscu ukryłeś to jajo z odpowiedzią, a sam je sobie wykroję.

- Nie ma takiego żelaza, które przebiłoby mój czerep.

- A kto mówi o przebijaniu? Do środka głowy można się przecież dostać przez oczy, usta i uszy. Wystarczy odpowiednie cienkie ostrze i biegła ręka.

- Nie strasz stracha.

- Nie drażnij drażliwego.

Przez trzy uderzenia serca próbowali się na siłę spojrzeń. Siedzący najbliżej nich Vaeringowie ucichli i czekali na wybuch złości któregoś z zawodników.

- Oj! Chyba ktoś dostanie klapsa w buzię! - Ucieszył się trzebieniec i zaklaskał.

Celowo lub nie, zniewieściały mężczyzna rozładował napięcie. Snekkjamadowie ryknęli śmiechem, a Ainar i Czarny Berserk obdarzyli się brzydkimi uśmiechami, które były kpiną z wesołości.

Zalegające w kątach pomieszczania kości, które nieobyczajni żeglarze rzucali za siebie po uprzednim obgryzieniu, pozostały na swoich miejscach, ale leżące na stole resztki jedzenia zostały uprzątnięte. Zamiast nich niewolnicy przynieśli kosze z méla. Blamad rozpoznał gruszki, jabłka, brzoskwinie, pigwy i granaty, lecz było tam o wiele więcej okrągłych owoców średniej wielkości, które w środku miały jedną lub więcej pestek. Czarny Berserk wielbił prawdę ukrytą w słowach, cenił więc grikklandzką oszczędność nazewnictwa, które w jednym pojęciu - mela - potrafiło zamknąć tak wielką różnorodność.

Pojawiły się również miski z oliwkami marynowanymi w occie, solance i ziołach. Także tym razem Vaeringowie nie zawiedli wytatuowanego olbrzyma i pokazali, że ich obyczaje przy stole mają tyle wspólnego z poprawnością, co sami wojownicy ze skromnością. Ludzie Północy bez opamiętania wlewali zawartość naczyń do ust, przeżuwali oliwki, po czym wypluwali pestki, próbując trafić do drewnianych kubków. Bardziej zadziorni celowali w czoła swoich towarzyszy, co groziło rychłym wybuchem pestkowej wojny ze sporą szansą przekształcenia konfliktu w bitwę na pięści.

Trzask drzwi i powiew wiatru znad morza oznajmił, że do pandokeionu znów ktoś wszedł. Byli to Vaeringowie, których Ainar wysłał do portu. Podeszli do stołu, zatrzymali się i niepewnie spojrzeli na rzezańca, który rozsiadł się u boku konunga, jakby był jego nowym zastępcą.

- Zamierzacie sterczeć jak dwa słupy hańby, czy powiecie, co słychać w porcie? Nim się nie przejmujcie. - Skald wskazał na rzezańca kaczym udkiem. - To mój nowy thraell.

Posłańcy wahali się przez dwa uderzenia serca, ale w końcu większy z nich oznajmił:

- Te podłe grikklandzkie psy nas zdradziły. Port został zamknięty łańcuchem.

W sali zapanowało poruszenie. Na budowniczych miasta posypały się obelgi nawiązujące do ich wątpliwej odwagi, która każe się im chować za grubymi murami i łańcuchami. Kilka dzbanów zostało rozbitych o posadzkę, a drewniane naczynia popękały od rzucania nimi o ściany. Blamad również był zły, ale niezbyt zdziwiony. Nauczył się czerpać przyjemność z tarapatów, jakie ściągał na siebie Ainar. Z najeźdźców stali się zakładnikami miasta i już tylko kłamliwa opowiastka pieśniarza o jego wysokim pochodzeniu dzieliła ich od pewnej śmierci. Opowiastka, której wiarygodność gwałtownie spadała wobec krewkiego zachowania snekkjamadów. Jeśli jednak jakaś umiejętność Skalda dorównywała jego zdolnościom do wpadania w kłopoty, była to biegłość w odnajdywaniu się w nowej sytuacji.

- Uspokójcie się! - krzyknął poeta. - Nie godzi się, by ludzie morskiego konunga byli tak podejrzliwi i gniewni. Jestem pewien, że zamknięcie portu nie ma nic wspólnego z nami. Bo dlaczego Grikkmadowie mieliby okazywać wrogość władcy całej Północy?

Eunuch wyczuł, że pytanie jest skierowane do niego, dlatego wstał i wykrzyczał swoim piskliwym głosikiem:

- Wrogość? Och, nie rozumiem, dlaczego się ekscytujecie jak mnich podczas kazania! Chodzi o łańcuch? To tylko dla waszego i naszego bezpieczeństwa. Jestem pewny, że nic poważnego nie grozi Byzantionowi, ale komes Teichistai zawsze zamyka port, gdy do miasta zbliżają się obcy.

Vaeringowie nie mieli pojęcia, o czym mówi rzezaniec, lecz widząc, że Ainar zachowuje spokój i pociąga Slavomirusa za rękaw, nakazując mu siadać, przestali się gorączkować i wrócili do jedzenia. Niektórzy rzucali jednak podejrzliwe spojrzenia w kierunku swojego wodza.

- Co za komes? - Kowal słów wskazał swoim kozikiem mężczyznę bez brody, by nikt nie miał wątpliwości, do kogo kieruje pytanie.

- To dowódca Teichistów, czyli straży, która trzyma pieczę nad murami.

- Zatem wasz komes uznał, że miasto jest zagrożone. A wiadomo coś o obcych, którzy zbliżają się do Złotego Rogu?

- Hmmm... - zaczął Slavomirus, po czym chrząknął. - Właściwie polecono mi zapytać o to was. Wybacz, że od tego nie zacząłem. Nasza flota doniosła, że zbliżają się kolejne okręty Vaeringów. To wasi ludzie?

Wojownicy pieśniarza posiadali wiele umiejętności. Biegle rąbali mieczami i toporami, byli wprawni w zabijaniu i nieźli w handlu. Ale to w kłamstwie nie mieli sobie równych, dlatego można było podejrzewać, że słabość do oszustwa wyssali z mlekiem matki. Gdy usłyszeli pytanie rzezańca, żaden się nie zaśmiał ani nie zdradził najmniejszym grymasem, że na statkach płyną ich towarzysze. Prawdziwym władcą kłamstw był jednak Ainar, który - jak zwykle zresztą - wziął na siebie obowiązek mamienia ludzi swoim wężowym językiem.

- Jestem władcą całej Północy, więc możliwe, że są mi winni posłuszeństwo. Ale nic mi o nich nie wiadomo. Jeśli miałbym zgadywać, powiedziałbym, że to jacyś kupcy. Zapewne nie ma powodów do obaw, a jeśli zaczęliby sprawiać kłopoty, zawsze możecie poprosić mnie o pomoc. Jako konung Vaeringów dobrze wiem, jak z nimi postępować.

Płowy Lis był znienawidzonym przez mieszkańców Wagadou oszustem, który wykradł bogom ziarna prawdy i rozsiał po ziemi kłamstwa. W rodzinnych stronach Alego lękano się tego stworzenia i nim pogardzano. Skald opowiedział mu kiedyś, że w Noregu znają podobną istotę o imieniu Lopt. Słuchając teraz kłamstw Ainara, Czarny Berserk po raz kolejny uznał, że poeta musiał być wcieleniem tego bóstwa.

- Pewnie masz rację, to zapewne kupcy, ale łańcuch pozostanie podniesiony. Jako władca Północy musiałeś przecież słyszeć o porozumieniu basileusów Leona i Aleksandra z konungiem Olegiem z Gardariki, które zawarto już kilka, eee... dokładnie pięćdziesiąt i jeden wiosen temu, a które przed trzynastoma laty zostało odnowione. Wedle jego postanowień do Złotego Rogu nie mogą wpływać statki gardarikańskich Rhosów. Winny one cumować nieopodal świątyni hagiosa Mamasa i tam czekać na wysłanników autokratora. Dopiero kiedy urzędnik spisze ich imiona, kupcy mogą wejść do miasta - i to bez broni oraz w oddziałach nie większych niż pięćdziesięciu ludzi. Nie powinienem może tego zdradzać konungowi Północy, ale nawet wy nie mieliście prawa wpływania do Złotego Rogu. Komes naszej floty, który dopuścił się tego zaniedbania, stracił już swoje stanowisko, a niebawem może stracić i życie.

- Pierwsze słyszę o tym porozumieniu. Pewnie dlatego, że Gardarikańczycy nie mają nic wspólnego z Noregiem, gdzie mam swoją siedzibę, a z obecnymi władcami Kaennugardu, stolicy Rhosów, łączą mnie raczej oschłe relacje.

- Ja to rozumiem, ale dla innych mieszkańców miasta wszyscy jesteście z Północy i dotyczą was te same prawa. Wcześniej zdarzało się bowiem, że wasi rodacy wykorzystywali naszą otwartość do handlu, by łupić Basilis Polis.

- Sami bogowie nakazują, by gość przestrzegał zasad gospodarza domu. Musisz jednak zrozumieć moich ludzi. Odpowiadają za moje bezpieczeństwo, a łańcuch sprawia, że czują się ograniczeni. Co będzie, gdy postanowimy odpłynąć?

- Opuścić najpiękniejsze miasto świata? A któż by tego chciał? Zapewniono mnie jednak, że jesteście panami swoich statków i możecie odpłynąć w stosownej chwili. Musicie tylko zwrócić się do zarządcy portu, a łańcuch zostanie dla was opuszczony. Oczywiście bardzo niegrzecznie byłoby wymknąć się z Byzantionu, wzgardzając zaproszeniem od samego basileusa. Co prawda Konstantyn, siódmy tego imienia, ma już siwe włosy i woli spędzać czas przy winie i księdze, ale wciąż potrafi się rozgniewać.

Groźby ukryte między słowami rzezańca musiały być widoczne dla każdego, kto nie używał głowy jako młotka do wbijania gwoździ. Ali zdał sobie sprawę, że lekceważenie eunucha ze względu na jego zniewieściałość i dziecinny głosik byłoby skrajną głupotą. Do podobnych wniosków zapewne doszedł poeta, gdyż ciągnął grę w kłamstwa:

- Nie odmówiłbym sobie możliwości odwiedzenia władcy tego pięknego kraju i powitania go jak brata. Tylko swoich marnych doradców mogę winić za to, że nie powiadomili mnie o zasadach panujących w waszym mieście.

Skald nie dzielił się z nikim swoim trunkiem, a mimo to można było odnieść wrażenie, że pił do Czarnego Berserka. Spośród jego ludzi tylko Ali mniej więcej orientował się w sytuacji panującej w mieście, ale przecież nawet on nie mógł znać zasad dotyczących pobytu Vaeringów w Carogrodzie. Szczerze dzielił się z pieśniarzem swoją wiedzą na temat Miklagardu, lecz ten - z wrodzoną skłonnością do obarczania innych winą za własne błędy - ciągle wyrzucał Blamadowi jakieś niedopowiedzenia. Wytatuowany wojownik zaczynał już mieć tego dość.

- Źli doradcy są utrapieniem każdego konunga. Nie karć ich jednak zbyt surowo, bo przecież nadal cieszycie się pełnym zaufaniem autokratora i jesteście jego osobistymi gość... gość... gość... - Slavomirus poczerwieniał, otworzył szeroko usta i zachłysnął się powietrzem. Poeta zdzielił go w plecy, podejrzewając zakrztuszenie, ale nie pomogło. Rzezaniec chwycił się za szyję, zastękał i padł na posadzkę. Z rozbitej o kamienie głowy popłynęła wąska strużka krwi, która skierowała się ku przedstawionemu na mozaice kielichowi, jakby grikklandzki bóg opilstwa chciał go napełnić gęstym czerwonym winem.

Vaeringowie popatrzyli po sobie zdziwieni, jednak żaden nie wyglądał na przejętego. Los trzebieńca obchodził ich tyle, co żywot spożywanych przez nich wieprzy. Zaniepokojenie okazali tylko Ainar i Blamad.

Ali, jak na berserka przystało, był prędki w działaniu. Zerwał się z miejsca i z całej siły walnął Skalda w brzuch. Lewym przedramieniem zablokował uzbrojoną w nożyk prawicę konunga i wyprowadził kolejny cios w wątrobę. Poeta zgiął się wpół i splunął gęstą plwociną. Czarny Berserk nie popuścił. Wziął pieśniarza pod pachę i wsadził mu swoją dłoń do ust. Nie przejął się ławką, którą ktoś boleśnie uderzył go w plecy. Poszukał palcami nasady języka Skalda i połaskotał kowala słów po gardle. Wyjął rękę i pozwolił, by strumień wymiocin obmył mu stopy. Teraz musiał się już zająć Vaeringami, którzy pośpieszyli z pomocą dowódcy. Na szczęście żaden nie miał broni, a strażnicy z włóczniami bezczynnie stali przy drzwiach, zastanawiając się pewnie, czy powinni zająć się eunuchem, czy uciec. Żeglarze otoczyli ciasnym pierścieniem Alego i wymiotującego obok niego pieśniarza.

- Stójcie, głupcy! - Poeta ciężko oddychał, próbując zmusić żołądek do pozostania w brzuchu. - Fouska musiała być zatruta.

Wieść zatrzymała Vaeringów, którzy szykowali się już do skoczenia czarnemu olbrzymowi na plecy. Niektórzy zaklęli, a byli to zapewne ci, którzy również pili kwaskowaty napój. Głupcy jeszcze nie do końca kojarzyli, co się stało. Berserk od razu zorientował się, że zatruto jedynie trunek w dzbanku, z którego raczyli się Ainar i eunuch. Kubek trzebieńca świecił pustkami, ale Skalda, tego ranka wyjątkowo oszczędnie raczącego się dziwnym napitkiem, był pełny w trzech ćwiartkach. Gdyby jad pływał we wszystkich naczyniach, trupem musiałaby do tej pory paść większość drengów, bo większość zapamiętale osuszała dzban za dzbanem.

Ali poszukał wzrokiem tego, kto - jak mu się zdawało - przed chwilą przywalił mu ławką.

- W Serklandach nauczyłem się, że porządne obicie wątroby wyciśnie z ciała każdą truciznę.

- I jeszcze trochę krwi - dodał konung i już bez dalszej zachęty włożył sobie palce w usta. Tym razem rzeczywiście zwymiotował na czerwono.

- Inni chętni na kurację mistrza Alego?

3 Najsłynniejszy arabski astrolog z IX wieku. Ali odwołuje się do jego dzieła Wstęp do astrologii (Kitab al-mudkhal al-kabir).