Skąd nasz ród. Wielka Lechia i inne teorie i pseudoteorie pochodzenia Polaków - Przemysław Słowiński, Teresa Kowalik

Kup ebooka

29.99 zł
25.29 zł (25,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Z naszej rodziny nie wychodziły wojny, nie byliśmy przyczyną niczyjej zagłady.

Kornel Morawiecki

 

Kim byli nasi przodkowie? To główny temat tej książki, wciąż intrygujący i wciąż niejednoznaczny. Fakt, iż naszymi przodkami są Słowianie, był wśród historyków dotychczas bezsporny.

Brak natomiast jednomyślności w kwestii czasu osiedlenia się Słowian na interesujących nas terenach. Niektórzy historycy uważają, że Słowianie byli tu od zarania dziejów. Inni, dzisiaj większość, że pojawili się na przełomie V-VI wieku. Spór wśród historyków w tej kwestii trwał, trwa i pewnie długo trwał będzie.

Obecnie prowadzone są bardzo wnikliwe badania. Rozwinięta technologia pozwoliła opracować całkowicie nowe metody sekwencjonowania genomów. Dzięki badaniom okaże się, czy w V-VI wieku doszło do dużej migracji, czy też nie. Te bardzo szczegółowe badania DNA pokazują dokładnie zmienność genetyczną. Silna mieszanka genów wskazuje, że musiał występować spory ruch ludnościowy, co przemawia za teorią przybycia Słowian w tym czasie skąd indziej. Nauka zajmująca się tym zagadnieniem - archeogenomika - bada m.in. haplogrupę w genetyce. Jest to grupa haplotypów podobnych ze względu na wspólne pochodzenie.

Historia genezy powstania państwa polskiego przeplatana jest legendą. Są tu przeróżne teorie, mniej i bardziej niewiarygodne, a nawet absurdalne. Nasza wiedza o czasach przed Mieszkiem jest niewielka. Punkt szczególny, przełomowy w naszych dziejach stanowi oczywiście przyjęcie chrześcijaństwa przez Mieszka I. To ono wprowadziło Polskę do grupy znaczących krajów Europy. Miało ogromny wpływ na rozwój kultury i obyczajów. Od tego momentu też wiedza o naszych przodkach pogłębia się i jest bardziej konkretna.

Skąd więc nasz ród?

*

Od pewnego czasu archeolodzy i historycy zasypują nas sensacjami głoszącymi, że dotychczasowy, utrwalony w szkolnych podręcznikach obraz powstania Polski jest już nieaktualny, przestarzały i zasługuje na odesłanie do lamusa naukowych teorii. Przywołują najnowsze odkrycia archeologiczne, szczególnie obfite przy okazji budowy autostrad, oraz śmiałe, uwolnione z gorsetu peerelowskiej ideologii ich historyczne interpretacje.

Kim są Polacy? Czy rozwiązanie tej zagadki jest w ogóle możliwe? Wielość i niejednoznaczność odpowiedzi udzielanych przez naukę na to pytanie jest uderzająca i nie daje na razie nadziei na rychłe zaspokojenie naszej ciekawości. Obraz zaciemniony jest przede wszystkim przez brak źródeł pisanych. Ziemie polskie leżały z dala od głównych centrów cywilizacyjnych ówczesnej Europy i wzbudzały nikłe zainteresowanie. Pierwsze pełniejsze wzmianki o plemionach zamieszkujących ziemie polskie pochodzą ze źródeł z IX wieku, a najbardziej wartościowym z nich jest Geograf Bawarski, przekaz powstały w klasztorze Świętego Emmerama w Ratyzbonie.

Starożytni kronikarze, Tacyt, Herodot i inni, nie słyszeli nigdy o żadnych Lechitach, Polanach czy Rusinach. A przecież współczesny sobie świat znali dobrze, gdyż dość dokładnie potrafili opisać obyczaje tak egzotycznych ludów jak: Scytowie, Sarmaci i Wenedowie. Z tym "oczywistym niedopatrzeniem" dawnych historyków coś trzeba było zrobić. I zrobiono...

Z mieszaniny wiedzy zaczerpniętej z antycznych ksiąg i dawnych legend wykluła się nowa teoria pochodzenia Słowian, zwłaszcza Polaków. Jednak już nie wszystkich, lecz wyłącznie stanu szlacheckiego, utożsamianego z narodem. Fundamenty pod nią położyli najlepsi ówcześni historycy: Jan Długosz, Maciej Miechowita, Marcin Kromer oraz ojciec polskiej kartografii Bernard Wapowski. Ich pracy, poza pragnieniem poznania przeszłości, przyświecały cele patriotyczne i polityczne. W tym bowiem czasie Francuzi odkrywali swych przodków w nieujarzmionych Galach, Włosi w dowodzonych przez Eneasza uchodźcach spod Troi, Niemcy szlifowali na nowo opowieści o gromiących rzymskie legiony Germanach. Czy Rzeczpospolita miała być gorsza i nie sięgać korzeniami do idealizowanej przez humanistów starożytności?

"Przedstawiciele innych wielkich narodów byliby zdziwieni częstotliwością, z jaką nasi sceptycy kwestionują zasadność przywoływania sarmackiego ducha - pisze Bartłomiej Radziejewski. - Dla Niemców jest oczywiste, że Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego to stały element ich tożsamości i dziedzictwa. Są nawet tacy, którzy jak John Laughland dowodzą, że promowana dziś przez Niemców idea integracji europejskiej jest kontynuacją ottońskich idei uniwersalistycznych. Podobnie dla błyskawicznie rosnących w potęgę Chińczyków całkowicie naturalne jest sięganie do starożytnych idei konfucjańskich w dzisiejszym wysiłku budowania nowoczesnej tożsamości. A Turcy z roku na rok coraz częściej odwołują się do tradycji imperium osmańskiego, i to bynajmniej nie z czasów bezpośrednio poprzedzających Atatürka, tylko do tej z XV i XVI wieku".

Tym bardziej że już w II połowie XIX stulecia niemieccy uczeni zaczęli wykorzystywać swe odkrycia do uzasadniania "prawem pierwszeństwa w osadnictwie" roszczeń terytorialnych. Wszystkich przebił w tym pewien zgermanizowany Mazur, guru niemieckiej archeologii, profesor Gustaf Kossinna (1858-1931).

Uczony ów był twórcą tzw. archeologii osadniczej, łączącej kultury archeologiczne z jednostkami etnicznymi. Uważał mianowicie, że różnice i podobieństwa kulturowe wynikają ze zróżnicowania lub jedności etnicznej. Obszar określonych terytoriów kulturowych odpowiada zasięgowi osadnictwa głównych ludów i grup etnicznych1. Według Kossinny plemiona germańskie miały w starożytności zasiedlać znaczne obszary środkowej Europy, włącznie z Polską, prasłowiańskie zaś, a później słowiańskie - błota Prypeci. W jego ujęciu nie było miejsca na przenikanie się różnych kultur czy ich przemiany w czasie. Cywilizowanych Germanów przeciwstawiał prymitywom z bagien, którzy gnieździli się w wykopanych w ziemi jamach i nie mieli kontaktu z jakąkolwiek cywilizacją. Słowianie, odcięci od wszelkich prądów wyższej kultury, biedni i prymitywni, dopiero w VI wieku, wykorzystując sprzyjającą chwilę dziejową, zajęli dzisiejsze siedziby ku wschodowi i zachodowi, wtedy gdy ludy germańskie stworzyły już bogatą cywilizację, niezależną od wpływów świata śródziemnomorskiego lub orientalnego.

Kossinna udowadniał, że na terenach Polski i Czech ludy germańskie osiedliły się wcześniej niż słowiańskie i że to one były twórcami wysokiej kultury, zniszczonej przez następców. Jeśli więc w danym regionie odkryto wcześniejsze ślady osadnictwa germańskiego niż słowiańskiego, uznawano cały ten obszar za pragermański.

Dzisiaj większość badaczy akceptuje pogląd o migracji Słowian ze wschodu na zachód, ale Kossinna przedstawiał przy tym Słowian jako najeźdźców, którzy wykorzystując koniunkturę po wielkiej wędrówce ludów albo zajęli opuszczone przez pierwotnych mieszkańców tereny, albo ich wyparli.

"Hołdowali oni już wówczas pewnego rodzaju bolszewizmowi, złagodzonemu jedynie przez niemożność zbierania się w większych gromadach i przez skrajny brak potrzeb - pisał. - Dla Germanów, których zawsze, a przede wszystkim w czasie wojny, ożywia pragnienie prawa i ładu, byli oni przedmiotem wstrętu i ohydy".

Jego teorie zaledwie kilkanaście lat później ochoczo podchwycili naziści.

*

W PRL koncepcja o słowiańskich autochtonach na ziemiach między Wisłą i Odrą urosła wręcz do rangi obowiązującej doktryny państwowej. Opierając się na niej, uzasadniano prawa do Ziem Odzyskanych. To z kolei nie bardzo się podobało Związkowi Sowieckiemu. Że niby kolebka Słowiańszczyzny znajduje się na terenie Polski? Jakże to? A Rosjanie? Rozciągnięto więc za sprawą sowieckich archeologów matecznik Słowian aż po Dniepr.

Było to jednak nie tyle rozciąganie, ile przede wszystkim naciąganie. Na przypisanej w ten sposób Słowianom ogromnej przestrzeni zabrakło miejsca dla innych ludów, których wcześniejszą obecność trudno było ukryć, pozostawiły bowiem po sobie całą masę materialnych śladów swej kultury od ceramiki po groby i resztki siedzib. Cóż było robić? Stworzono kolejną hipotezę.

Mówiła o niezróżnicowanej etnicznie wspólnocie indoeuropejskiej, mieszkającej i przemieszczającej się pomiędzy Wołgą i Renem. Jeszcze w czasach prehistorycznych w jej obrębie miały się ukształtować poszczególne grupy, które dały początek Pragermanom, zajmującym Skandynawię i północne Niemcy, Wenedom nad Bałtykiem, Prasłowianom w środkowej Europie i Prabałtom na północnym wschodzie kontynentu. W końcu zapanował porządek, ponieważ wyszło na to, że od zarania dziejów każdy był u siebie. Wkrótce jednak znów zaczęły się problemy...

Przede wszystkim brakowało dowodów obecności Słowian. Jeżeli rzeczywiście przebywali od 4 tys. lat nad Wisłą i Odrą, to musieliby się na nich natknąć Grecy i Rzymianie przemierzający bursztynowy szlak, czyli drogę handlową łączącą niegdyś kraje śródziemnomorskie z Bałtykiem. Trudno też wytłumaczyć, dlaczego tak cenny produkt jak bursztyn nie zyskał własnej słowiańskiej nazwy. Słowo "bursztyn" pochodzi od niemieckiego słowa bernstein (kamień, który się pali).

Językoznawcy wysuwali wiele innych podobnych wątpliwości, zwłaszcza dotyczących obiektów geograficznych, które wyznaczały plemionom trudne do przekroczenia granice i powinny być jakoś przez nie nazywane. Tymczasem nazwy rzek: Wisła, Odra, Nida, Ner, Narew, Warta też z całą pewnością nie są słowiańskie. Ktoś musiał je więc nadać jeszcze przed przybyciem i osiedleniem się Słowian.

Jak pamiętamy, w dziełach historyków antycznej Grecji i Rzymu nie ma najmniejszych nawet wzmianek o Słowianach. Próżno szukać jakichkolwiek słowiańskich imion czy nazw geograficznych. Skoro więc nie napotkali tam naszych praprzodków, nasuwa się oczywiste przypuszczenie - że po prostu ich tam nie było.

Autorzy bizantyjscy zauważyli Słowian dopiero w VI wieku. "Nagle" w ich opracowaniach zaroiło się od charakterystycznych dla słowiańskości imion: Radogost, Sulimir, Wszemir... Najwybitniejszy dziejopis tych czasów, Prokopiusz z Cezarei, opisał nawet szczegółowo różnice dzielące poszczególne słowiańskie plemiona, a także to, co je łączyło: język, obyczaje, obrzędy i wierzenia.

Dopóki teorie o odwiecznej "tubylczości" Słowian na ziemiach polskich kwestionowali uczeni zachodni, zwłaszcza niemieccy, można to było traktować jako element walki ideologicznej. Ale sceptycyzm narastał także wśród Polaków. I wreszcie w latach 70. XX wieku wybitny archeolog profesor Kazimierz Godłowski całkowicie zanegował koncepcję autochtoniczną, o czym napiszemy szerzej nieco dalej.

"Pytanie, które nasuwa się w tym momencie, jest następujące: gdzie Słowianie (i Polacy) mają swoje korzenie genetyczne i kulturowe (bo to nie musi być tożsame)? - pisze Kazimierz Pytko. - Czy w drużynie Mieszka I i jego ojca (początek X wieku, jak sugerowałaby nasza estyma dla daty 966)? Na marginesie tej debaty istniał też pogląd (nazwę go "fonnogaizmem"), zaprezentowany np. w popularnej książce Czy wikingowie stworzyli Polskę? Zdzisława Skroka (Iskry, 2013), że lechicki żywioł potrzebował tu twardej i sprawnej ręki wikingów, aby "ogarnąć temat" tworzenia wspólnoty politycznej, państwa i administracji. Zatem Mieszko (ewentualnie jego ojciec i dziad oraz drużyna) byli wikingami. Czy może korzeni mamy szukać w kulturze określanej przez archeologów jako Praga-Korczak, co to niczym filip z konopi wyskakuje w środku Europy w wieku V-VI n.e.? Tak twierdzą historycy, tzw. allochtoniści, jak i prof. Nowak. A może "wszyscyśmy z Biskupina" i pochodzimy z kultury łużyckiej, obecnej tu, gdzie dziś Polska, 1300-500 lat p.n.e., jak uczono nas w PRL-owskiej szkole?

Językoznawcy nie mają wątpliwości, że przynajmniej kulturowo - bo język jest podstawą kultury znacznie bardziej niż jakiekolwiek potłuczone garnki (aczkolwiek są od tej reguły odstępstwa) - mamy ścisły związek z ekspansją indoeuropejskich ludów określanych jako kultura ceramiki sznurowej (3000-2250 p.n.e.). Obok, czy też w obrębie tej grupy, genetycy, taki np. David Reich z Harvardu, znajdują lud nazywany Yamnaya - Jamowcami, od struktury stosowanego przez nich pochówku ziemnego. (...) Zostawił chromosom Y dziś określany jako R1b, a nawet - w sposób dość nieuprawniony - jako "germański Y".

Zaznaczmy na marginesie: DNA ludzi kultury ceramiki sznurowej niemal kompletnie (poza chromosomem Y) pokrywa się z DNA ludzi z kultury grobów jamowych. Teoria o stworzeniu kultury ceramiki sznurowej przez ludzi z kultury grobów jamowych nie zaistniałaby bez zastosowania genetyki. Porównywanie tylko znalezisk archeologicznych niepoprawnie stwierdzało, że były to odrębne grupy ludności! (Czy ja ciągle nie powtarzam, że garnki można lepić raz takie, raz inne, a geny trwają i tylko trochę się zmieniają?) Tuż obok nich - w tej samej dla dzisiejszej Europy fali rodzicielskiej, z tych samych pontyjskich stepów i niemal w tym samym czasie - pojawiają się Zrębowcy, nazywani tak od grobu w jamie ziemnej umacnianego palami zaciosywanymi i łączonymi na zrąb. Genetyczne bardzo blisko Yamnaya i z chromosomem Y jak Sznurowcy, zostawili po sobie bowiem chromosom Y R1a. Na wyrost nieco nazywany słowiańskim..."

*

Pisząc o Słowianach, Prokopiusz z Cezarei nie zadał sobie nawet trudu, aby dowiedzieć się, skąd dokładnie przybyli. Cóż, nic go to nie obchodziło. Ważne było przede wszystkim to, że napierają od północy na cesarstwo. Sześć stuleci później problem ich pochodzenia skwitował Gall Anonim: "Lecz dajmy pokój rozpamiętywaniu dziejów ludzi, których wspomnienie zaginęło w niepamięci wieków i których skaziły błędy bałwochwalstwa".

Jego prorocze słowa, że początki Słowian zostały na zawsze ukryte w mrokach historii i że należy opuścić na nie zasłonę milczenia, okazały się prawdą. Do dziś nie udało się rozwiać wszystkich wątpliwości, a o najliczniejszej grupie etnicznej Europy wiemy mniej niż o Celtach, Gotach czy Wandalach.

Najdawniejsze nasze dzieje spowija wprawdzie wciąż mgła, ale ostatnimi laty, dzięki rosnącej liczbie pasjonatów i naukowców, rozwiewa się ona powoli, odkrywając coraz więcej tajemnic. Krytyczne badania nad początkami Polski liczą zresztą już ponad 200 lat, a ich nasilenie osiągnęło swoje apogeum w latach 50. i 60. minionego stulecia, w związku ze zbliżającym się milenium chrztu Polski.

*

Skąd pochodziła dynastia Piastów? Ze Skandynawii, jak przypuszcza wielu badaczy, czy z Moraw, jak twierdzą autorzy innej hipotezy? A może z jeszcze innych stron? Być może wkrótce będziemy mogli uprawdopodobnić jedną z tych hipotez. Trwają badania DNA pierwszej polskiej dynastii królewskiej. Analizy genetyczne przedstawicieli dynastii Piastów mogą rzucić nowe światło na te koncepcje. Umożliwiają one bowiem poznanie pokrewieństwa poszczególnych osób i całych grup, a także wnioskowanie na temat migracji, zdrowia, a nawet wyglądu2.

DNA, kwas deoksyrybonukleinowy - wielkocząsteczkowy związek chemiczny zbudowany z podjednostek zwanych nukleotydami, występujący u wszystkich organizmów żywych. Jest nośnikiem informacji genetycznej. Zawiera informacje dotyczące budowy, wzrostu, rozwoju, funkcjonowania oraz reprodukcji wszystkich organizmów żywych oraz wirusów, które przekazywane są dziedzicznie w postaci genów. DNA zostało odkryte w roku 1869 przez Fryderyka Mieschnera, lecz przez prawie 100 lat jego struktura pozostawała zagadką. Za odkrycie w roku 1953 struktury DNA James Watson, Francis Crick i Maurice Wilkins otrzymali w 1962 roku Nagrodę Nobla.Nasza informacja genetyczna zapisana jest więc w DNA - długiej, spiralnie skręconej cząsteczce, zbudowanej z czterech rodzajów zasad azotowych (oznaczanych w skrócie A, G, T, C). Podstawową "literą" w takim zapisie jest para zasad (para, ponieważ DNA składa się z dwóch nici - jedna jest "lustrzanym odbiciem" drugiej). Niemal cały zapis genetyczny znajduje się w jądrze komórkowym, a konkretnie w 23 parach chromosomów, czyli ściśle upakowanych nici DNA. Zakodowane są w nich "przepisy" na produkcję niezbędnych organizmowi białek, czyli geny. Mitochondria mają swoje własne niewielkie nici DNA. Cały genom człowieka zawiera ok. 20 tys. genów. W mitochondrialnym DNA jest ich zaledwie 13. Ludzie mają ok. 99,5 proc. wspólnego DNA, czyli zaledwie 0,5 proc. odpowiada za miriady dzielących nas różnic. Ludzki genom składa się z ok. 3,2 mld par zasad. 0,5 proc. z tego to 16 mln "liter", a ponieważ każda z nich może wystąpić w jednej z czterech odmian, liczba możliwych kombinacji jest gigantyczna - wynosi 4 podniesione do 16-milionowej potęgi! Prawdopodobieństwo, że ktoś ma dokładnie taki sam genom jak my, jest więc zerowe.

W tym celu trzeba było najpierw pobrać próbki z miejsc, w których pogrzebani zostali członkowie królewskiej rodziny. Okazało się to trudniejsze, niż można było przypuszczać. Choć udało się ustalić miejsce pochówku ok. 500 Piastów, większość z nich okazała się naruszona, a szczątki były nieraz przemieszane z późniejszymi.

Ostatecznie pobrano próbki z 30 pochówków. Wybrano miejsca, które z dużą dozą prawdopodobieństwa zawierają szczątki dawnej rodziny królewskiej. Co istotne, pochodzą one z bardzo różnych czasów - od pierwszych władców Polski Mieszka i Bolesława Chrobrego po ostatnich przedstawicieli dynastii, to jest książąt mazowieckich (1526) i śląskich (1639).

"Nie wliczamy w to ogólnie znanych grobów Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego na Wawelu, które są bezpiecznie zamknięte od setek lat - mówi profesor Marek Figlerowicz z Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu. - Z tych szczątków nie pobraliśmy próbek z tego względu, że wymagałoby to silnej ingerencji w architekturę katedry. Rozważamy, czy jest to uzasadnione".

W ocenie naukowca najbardziej obiecujące do badań są szczątki Piastów z Płocka. W tamtejszej kaplicy królewskiej, obok dawnych władców Polski: Władysława I Hermana (1043-1102) i Bolesława III Krzywoustego (1086-1138), spoczywają też szczątki 14 piastowskich książąt mazowieckich. Za tym, że szczątki faktycznie należą do Piastów, przemawia m.in. ogólnie dobry stan pochówków. Zbadano też dzieje tych miejsc i z dużym prawdopodobieństwem uznano, że w grobach złożono przedstawicieli właśnie tego rodu. Jednak również w Płocku czekało naukowców spore zaskoczenie. Tylko królowie spoczywali w kamiennej trumnie, pozostali zaś Piastowie - pod posadzką kościelnej krypty.

"Na podstawie wstępnych analiz wiemy już, że poszczególne szkielety nie zostały właściwie przyporządkowane - dodaje profesor Figlerowicz. - Na szczęście analizy pobranych próbek DNA najprawdopodobniej pozwolą przywrócić im właściwą tożsamość. Jedną z czaszek dodatkowo zeskanowano trójwymiarowo, co w połączeniu z danymi z analizy genomu pozwoli na rekonstrukcję wyglądu zmarłej osoby. Próbki DNA pobrano również z grobów Piastów spoczywających m.in. w Opolu, Lubiniu i w Warszawie. W niektórych przypadkach są to nie władcy, ale członkowie ich rodzin, wśród których był na przykład biskup".

Analizy DNA umożliwią poznanie pochodzenia protoplastów dynastii. Naukowców interesuje kodujący płeć męską chromosom Y. U wszystkich należących do jednej rodziny mężczyzn powinien on być jednakowy. Pozyskując go, naukowcy będą w stanie stwierdzić, czy w kolejnych badanych grobach znajdują się szczątki Piastów, czy jednak inne. I tu pojawiła się pierwsza sensacja: bywa, że nie jest jednakowy! Wygląda na to, że dzieje dynastii Piastów są dużo bardziej zagmatwane, niż dotychczas sądziliśmy.

"Nadal badamy próbki - mówi profesor Figlerowicz. - Pomocna w poznaniu "wzorcowego" chromosomu Y może być próbka pobrana z relikwiarza, w którym według tradycji ma znajdować się kość należąca do Bolesława Chrobrego. Naukowcy przeanalizowali niewielką próbkę z umieszczonego tam paliczka, czyli kości dłoni. (...) Musimy być jednak bardzo ostrożni przy wyciąganiu wniosków uzyskanych na podstawie analiz kości z relikwiarza. Gdyby okazało się, że chromosom Y jest taki sam, jak u Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego oraz większości późniejszych przedstawicieli dynastii Piastów, można by z dużym prawdopodobieństwem uznać, że w relikwiarzu faktycznie zdeponowano szczątki pierwszego króla Polski".

Przyjrzyjmy się więc nieco bliżej różnym teoriom pochodzenia Polaków. Zarówno tym bardziej, jak i tym mniej prawdopodobnym, a nawet tym zupełnie nieprawdopodobnym.

ROZDZIAŁ I. Wielka Lechia

Proces państwotwórczy na ziemiach polskich od dawna budził gorące dyskusje i budzi je do dziś. Oficjalny nurt naukowy datuje powstanie zalążków państwa polskiego na X wiek, a umowną datą "powstania Polski" jest rok 966. Nie dla wszystkich jednak. Całkiem spora liczba osób lansuje teorię, że historia Polski nie rozpoczęła się "w jakiś cudowny sposób" od Mieszka I, "niemieckiego agenta i czeską marionetkę", który "czując się zagrożony, przyjął taktycznie, wraz z dworem, oficjalny chrzest w obrządku rzymskim ok. 966 roku, za co zresztą jego własny lud słowiański uznał go za zdrajcę, a także z powodu polecenia burzenia, przy pomocy księży, społecznych bożnic, gontyn, kącin3 i niszczenia posągów bogów oraz wycinania słowiańskich świętych gajów i dębów".

Słowiański król Mieszko I pochodził ze starożytnej, lechickiej dynastii królewskiej i - co słusznie zauważają apologeci Wielkiej Lechii - miał ojca, dziada oraz pradziada, z których każdy rządził po kilkadziesiąt lat. "Nie każdy zwrócił uwagę na to - twierdzi Janusz Bieszk (o którym nieco więcej za chwilę) - że Mieszko I był słowiańskim królem lechickim, wybranym w 957 roku na prawomocnym wiecu słowiańskim, a dopiero po przyjęciu chrztu w obrządku rzymskim ok. 966 roku został praktycznie "zdegradowany" do rangi księcia, zależnego od hierarchii kościelnej oraz papieża, i tak był postrzegany przez władców ówczesnej chrześcijańskiej Europy. (...)

Nadszedł czas (...) dopisania zapomnianej starożytnej historii słowiańskiej Polski, czyli Lechii, państwa założonego przez króla Lecha Wielkiego, Ojca Narodu, już 3700 lat temu".

W czasie dalszego rozwoju kraju wykształciła się nieco inna nazwa. Już nie Lechia, lecz imperium Lechitów. Państwo to w okresie swej ekspansji podbiło bądź związało ze sobą przymierzem dziesiątki plemion i ziem słowiańskich na ogromnym obszarze w dorzeczach rzek: od zachodu Renu, Wezery, Łaby i Soławy (obecne Niemcy), Odry i Nysy Łużyckiej, Wisły, Bugu, Prutu, Dniestru, Bohu i Dniepru aż pod Don i Nowogród na wschodzie (obecne Rosja i Ukraina) oraz na północy od Bałtyku przez teren dzisiejszej Polski i dalej Niziny Węgierskiej aż po Dunaj, Morze Czarne i Morze Azowskie na południu. U szczytu swej potęgi, który przypadł na wiek VI, Imperium Lechitów sięgało jeszcze dalej, przynajmniej na południe i wschód - aż po morza: Adriatyckie i Kaspijskie, rzekę Wołgę i masyw Uralu.

"Potwierdzają to zachowane oryginalne mapy sporządzone przez starożytnych kartografów - tłumaczą wielbiciele Wielkiej Lechii - datowane od 700 roku p.n.e. do roku 887 n.e., których nie ma w naszych atlasach (dlaczego?!) (...)".

"Skąd wiemy o Lechitach - zastanawia się inny apologeta polskiej mocarstwowości R. Gierula. - Otóż jako pierwsze zachowane źródło pisane mówi o nich kronikarz ruski Nestor (ur. ok. 1050, zm. ok. 1114)4. Kim byli według Nestora Lechici, określani przez niego jako Lachowie, która to nazwa do dziś zachowała się na Rusi i w Rosji? Otóż Nestor mówi wyraźnie, że Lachami są wszystkie plemiona zamieszkujące terytorium obecnej Polski, czyli Polanie, Mazowszanie, Lachowie (właściwi), Pomorzanie, a także Słowianie połabscy określani jako Łuticzi, czyli Lutycy. Do Lachów Nestor zalicza także Wętyczów (Wiatyczy) i Radymiczów, dwa plemiona lechickie żyjące w okolicach Moskwy. Tak więc dla Nestora nazwa Lachowie (Lechici) jest pojęciem szerszym niż terytorium obecnej Polski. Podaję za Karolem Potkańskim, badaczem końca XIX i początku XX wieku5. W roku 1965 ukazał się wybór pism Potkańskiego zatytułowany Lechici, Polanie, Polska, opatrzony wstępem profesora Gerarda Labudy. Niech więc nikt nie twierdzi, że Lechici i Lechia zostały wymyślone przez oszołomów, jak usiłują ludziom niezorientowanym wmówić etatowi pracownicy UJ.

Założone przez Lecha I Wielkiego, wnuka Sarmaty, imperium Lechitów było potężną organizacją państwowo-plemienno-rodową Słowian, której ziem nie zdołał podbić żaden najeźdźca: ani Persowie, ani Grecy, ani Rzymianie, Bizantyjczycy czy Frankowie, w tym państwo Karola Wielkiego. Były to ziemie słowiańskie od wielu tysięcy lat, zamieszkane przez Ariów-Prasłowian, Indoscytów o głównej haplogrupie R1a! Y-DNA. Potwierdziły to najnowsze badania genetyczne w laboratoriach naukowych w Polsce i za granicą.

Haplogrupa to w genetyce zbiór serii podobnych (powtarzających się) zespołów genów, umieszczonych w specyficznych częściach chromosomów. Badania występowania haplogrup pozwalają na śledzenie migracji populacji. Chromosom Y dziedziczony jest tylko w linii ojcowskiej, a mtDNA tylko w linii matczynej. Na tej podstawie wyliczono, kiedy żyli ludzie, od których cała współczesna populacja odziedziczyła chromosom Y i mtDNA.Populacje haplogrupy R1a1a1 i jej podgrupy żyją dziś w Polsce w największym w całej Europie jednorodnym zagęszczeniu, bo ok. 57 proc. ludności Polski. Podobnie jak w Polsce, R1a1a1 (bez uwzględnienia podziału na jej podgrupy) pojawia się w Czechach (dziś 30 proc.), w Słowacji (40 proc.), na Węgrzech (32 proc.; poprzednia błędna liczba: 50 proc.), w Austrii - dziś ok. 25 proc. i w Anglii (5 proc. mieszkańców), Irlandii (dziś m.in. klany Donaldów i Douglasów), Szkocji; Norwegii (do 30 proc. mieszkańców części zachodniej). Stąd właśnie osadnictwo R1a1a1 emigrowało na Wyspy Brytyjskie i do Islandii (dziś tam 23 proc. ludności). Nadto na Litwie, Łotwie i Estonii dziś odpowiednio 38, 40 i 32 proc. Populacje haplogrupy R1 z jej podgrupami R1a i R1b, które zachowały pierwotny ojcowski język, są twórcami i użytkownikami języków indoeuropejskich, nazwanych tak ze względu na geograficzną ich rozległość - od subkontynentu indyjskiego na południu Azji po zachodnie krańce kontynentu europejskiego.

Mutacja tworząca R1a1 powstała u osoby zamieszkującej Eurazję ok. 15 tys. lat temu (Europa Południowo-Wschodnia, północny Kaukaz lub Azja Środkowa). Według niektórych teorii do mutacji doszło w cieplejszej strefie klimatycznej nazywanej "ukraińską ostoją maksimum ostatniego zlodowacenia". Zespół badaczy pod kierownictwem profesor Ornelli Semino jako pierwszy wykazał związek R1a1 z kulturą grobów jamowych. Istnieją też poglądy, że mutacja powstała na terenie Indii lub Afganistanu i stamtąd rozprzestrzeniła się w przeciwnym kierunku".

Kultura grobów jamowych - kultura archeologiczna datowana na 3300-2600 p.n.e. Z końcem tego okresu jeźdźcy identyfikowani genetycznie jako pochodzący ze wschodnioeuropejskich stepów przedstawiciele kultury grobów jamowych dokonali inwazji na rozległe połacie Europy, docierając w ciągu kilkuset lat do Półwyspu Iberyjskiego. Nazwa pochodzi od typowego pochówku szkieletowego pod kurhanem w jamie grobowej. W wielu krajach Europy domieszka ich materiału genetycznego jest znaczna, a w niektórych dominująca. Według badań DNA z zachowanych szkieletów kultura grobów jamowych stanowi trzecią i ostatnią fazę inwazji współczesnego człowieka (Homo sapiens) na tereny Europy. 45 tys. lat temu w Europie pojawiły się pierwsze społeczności łowiecko-zbierackie, a ok. 8000 lat temu przybyli z Bliskiego Wschodu pierwsi rolnicy. 4500 lat temu z terenów dzisiejszej zachodniej Rosji i Ukrainy napłynęli przybysze reprezentujący kulturę grobów jamowych, skolonizowali Europę i - co bardzo prawdopodobne - wprowadzili na kontynencie europejskim protoplastę tutejszych języków indoeuropejskich (mogli być również drugą fazą przeniknięcia tej grupy językowej ze Wschodu do Europy). Badacze uważają, że ślady kultury grobów jamowych świadczą także o jej wschodniej ekspansji, np. na tereny Syberii i zachodnich Chin.

"Uważa się, że R1a była dominującą haplogrupą wśród północno-wschodnich plemion protoindoeuropejskich, które przekształciły się w ludność indoirańską, tracką, bałtycką i słowiańską - twierdzi Maciamo Hay, autor artykułu Haplogrup R1a (Y-DNA), zamieszczonego w brytyjskiej Eupedii. - Protoindoeuropejczycy wywodzili się z kultury grobów jamowych (3300-2500 p.n.e). Ich gwałtowna ekspansja była możliwa dzięki wczesnemu opanowaniu produkcji brązu i broni z brązu oraz udomowieniu konia na stepach euroazjatyckich (ok. 4000-3500 p.n.e). Uważa się, że osobnicy z południowej części stepu nosili głównie linie należące do haplogrupy R1b (L23 i subkładów), podczas gdy lud północnego lasostepu należałby w zasadzie do haplogrupy R1a. Pierwsza ekspansja ludzi z lasostepu nastąpiła w kulturze ceramiki sznurowej".

"W genomie Polaków widać bardzo silne ślady trzeciej fali migracyjnej, wspomnianych już pasterzy z kultury grobów jamowych, którzy poprzez Dunaj dotarli na tereny dzisiejszej Polski wzdłuż rzek, na przykład Wisły - napisała szwedzka dziennikarka Karin Bojs, autorka wydanej w 2015 roku książki Moja europejska rodzina. Pierwsze 54 000 lat (Min europejska familj: De senaste 54 000 ?ren). - Stworzyli tu bardzo silną kulturę ceramiki sznurowej, zwanej tak od zdobienia naczyń za pomocą odciśniętego w mokrej glinie sznurka (dawniejsza nazwa to kultura toporów bojowych). To oni przyczynili się do rozprzestrzenienia języków indoeuropejskich. Ponad 80 proc. polskich mężczyzn znajdzie w swoim genomie ślady tych właśnie pasterzy".

Najnowsze wyniki badań dowodzą, iż wszyscy mieszkańcy Europy są ze sobą bardzo blisko spokrewnieni. A to oznacza, że współdzielą podobne geny. Niektórzy genetycy twierdzą, że w Europie nie ma odrębnych populacji, a przynajmniej takich, które pokrywałyby się z granicami etnicznymi.

R1b - ta haplogrupa jest dominująca na zachodzie Europy, ale występuje również w niektórych częściach Rosji oraz Afryce. W artykule naukowym Genetyczna historia Europy epoki lodowcowej (The genetic history of Ice Age Europe) z 2016 roku odnotowano wystąpienie osobnika z haplogrupy R1b1 na terenie współczesnych Włoch (Villabruna) nawet 12 tys. lat p.n.e.

R1a - dominuje na terenach Europy Środkowo-Wschodniej i w Azji Centralnej. Wspólne pochodzenie z mieszkańcami wschodniej Europy mają również Ujgurzy. Dla krajów słowiańskich charakterystyczne jest częste występowanie haplogrupy R1a1a7.

N - to populacje północnosyberyjskie i uralsko-fińskie. Tę haplogrupę można zaobserwować również na Litwie oraz w Estonii.

I1 - to głównie Szwecja i zachodnia Finlandia. Prawdopodobnie są to przedindoeuropejscy Enetowie lub Wenedowie.

I2 - haplogrupa I2 jest dominującą na Bałkanach. Mężczyźni z tego regionu są z reguły bardzo wysocy - ci z Alp Dynarskich mają średnio 185,6 cm wzrostu.

J1 - haplogrupa J1 to głównie Bliski Wschód, Kaukaz, Sudan i częściowo Etiopia. Jest jednak popularna również wśród niektórych grup narodowości żydowskiej.

J2 - głównie są to Turcy, ale ta haplogrupa jest obecna w całej północno-zachodniej Azji.

G - haplogrupa G dominuje na terenie współczesnej Gruzji. W północnej Osetii jest to ponad 74 proc. mężczyzn. Kilka procent osób z tej haplogrupy zamieszkuje również Egipt, Izrael i dużą część europejskich państw.

E - haplogrupa występuje głównie w Afryce. W Europie możemy spotkać ją głównie w Albanii, Macedonii, Grecji i Bułgarii.

Haplogrupa R1a1 (Y-DNA) na kontynencie europejskim dominuje wśród Słowian i Węgrów. Obecnie występuje z częstotliwością 40 proc. w krajach słowiańskich z małymi odchyleniami (60 proc. Polska, Węgry). Inne badania podają 20 proc. dla Węgrów. W Europie procentowo najwięcej (63 proc.) R1a1 jest na Łużycach, ale tylko wśród resztek słowiańskiej ludności. R1a1 występuje w Europie najczęściej wśród Serbołużyczan (63 proc.), a najwięcej jego nosicieli jest wśród Rosjan (47 proc., ponad 50 mln).

Również w krajach Europy Północnej R1a1 występuje z częstością 10-20 proc., przy czym najwyższe częstości odnotowano w Norwegii i Islandii, ale jest to mniej niż połowa częstości jej występowania u Polaków. Istnieją przypuszczenia, iż ta haplogrupa została tam rozprzestrzeniona przez wikingów i Słowian, o czym szerzej napiszę w dalszej części książki.

Waldemar Łysiak:

"Za Aryjczyków, pierwszorzędnych reprezentantów białej rasy, niemiecki Führer uważał przede wszystkim Germanów, tudzież Skandynawów, więc obecne (2012-2014) badania europejskiej aryjskości muszą sprawiać, że przewraca się w grobie, czy raczej zgrzyta zębami w piekle. Te najnowsze badania haplogrupy Y-DNA (chromosom Y, linia męska) oraz haplogrupy mtDNA (mitochondrialnych, linia żeńska) potwierdziły nie tylko znany od dosyć dawna fakt, że przodkami Słowian byli Ariowie (Szlachetni) vel Aryjczycy, szczep (lud) indoeuropejski, który według wyznawców teorii rasowej stanowił nośnik inteligencji wyższej - lecz również fakt (m.in. badania podhaplogrupy R-DNA), iż w dzisiejszej Europie Polacy należą do czołowych potomków Ariów. Wyprzedzają nas jedynie (i to leciutko) mieszkańcy Wysp Brytyjskich, a przegrywają z nami (i to solidnie) blond narody niemieckie i skandynawskie, ku pośmiertnej wściekłości nie tylko Hitlera, lecz i jego akademików.

Jest rzeczą wielce interesującą, że historyk Michał Żmigrodzki wiedział to samo 100 lat temu, choć nie miał aparatury do badania DNA. Na paryskiej konferencji folklorystów (1889) Żmigrodzki wygłosił referat sugerujący, że Polacy są aryjską czołówką, puentując tak: "Jesteśmy plemieniem wysoce arystokratycznym, a swastyka to nasz rodowy herb". Była sui Genesis herbem rodowym naszych przodków i władców epoki przedmieszkowej (przedchrześcijańskiej) - Polan, Wiślan, Lechitow i królów bałwochwalców, zwłaszcza bezpośrednich przodków księcia (króla) Mieszka I, Krzyżem tamtej ery".

Przy okazji badań rozmaitych haplogrup okazało się na przykład, że... Rosjanie to Finowie. W latach 2002-2005 pracownicy Laboratorium Genetyki Populacji Człowieka Centrum Medyczno-Genetycznego Rosyjskiej Akademii Nauk pod kierownictwem doktor nauk medycznych Jeleny Nałanowskiej przeprowadzili badanie puli genowej narodu rosyjskiego i sąsiadujących z nimi narodów.

Jak możemy przeczytać w artykule Rosjanie - największy naród fiński, w wyniku tych badań genetycy udowodnili, że rosyjska grupa etniczna (czyli rosyjska część ludności Rosji) w 85-90 proc. składa się z zeslawizowanych Finów, z potomków Turków (Tatarów, Protobułgarów, Baszkirów i innych), a także z mieszanki jednych i drugich. Czyli według chromosomu Y różnica między Rosjanami a ludami fińskimi mieszkającymi dzisiaj na terytorium Rosji wynosi równo 2-3 jednostki. Mówiąc prościej, genetycznie są one niemal identyczne. Finowie i Turcy nie należą do Indoeuropejczyków. A Polacy i Białorusini, w odróżnieniu od Rosjan, są genetycznie tą samą grupą etniczną, Słowianami, a zarazem Indoeuropejczykami. A to oznacza, że Rosjanie (z jednej strony) oraz Polacy i Białorusini (z drugiej) należą do różnych grup antropologicznych.

"Czystych" Słowian - według genetyków - na obszarze Rosji nie ma więcej niż 6-8 proc. Można więc przypuszczać, że to zrusyfikowani potomkowie Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Bułgarów, Serbów, Słowaków, Czechów. A więc mitem możemy nazwać stwierdzenie, że Rosjanie, Białorusini i Ukraińcy to jakoby "rodzeni bracia Słowianie". Bo Słowianami są tylko Białorusini i Ukraińcy, przy czym nie wschodnimi (tacy w ogóle nie istnieją), a po prostu Słowianami. Genetycznie i antropologicznie są oni bliscy Polakom i Słowakom (Białorusini), Bułgarom i Serbom (Ukraińcy). Rzeczywistą "bliską rodziną" dla Rosjan są Finowie i Estończycy.

Tym samym genetycy położyli kres dawnym sporom o "słowiańskich korzeniach Rosjan". Okazało się, że niczego słowiańskiego Rosjanie nie mają. Istnieje tylko okołosłowiański język rosyjski, powstały z miejscowych języków fińskich i tureckich na osnowie cerkiewno-słowiańskiej (czyli starobułgarskiej) gramatyki, jednak zawiera on 75-80 proc. słownictwa niesłowiańskiego (fińskiego lub tatarskiego). Podobieństwo leksykalne białoruskiego i rosyjskiego nie przekracza 25 proc., podczas gdy podobieństwa w słownictwie białoruskim i polskim wynoszą 60-70 proc. Białorusin bez tłumaczenia rozumie język Polski, słowacki i ukraiński, natomiast Rosjanin mowy białoruskiej bez tłumaczenia nie rozumie, podobnie jak żadnego innego języka słowiańskiego.

Tak więc odwieczna rywalizacja Wielkiego Księstwa Litewskiego i Królestwa Polskiego z jednej strony i państwa moskiewskiego z drugiej, to konfrontacja różnych grup etnicznych o zdecydowanie różnej mentalności. To samo można powiedzieć o stałej wrogości między Rzeczypospolitą a Imperium Rosyjskim - i później, wbrew oficjalnie obowiązującej propagandzie - między Polską a ZSRS (tylko między rokiem 1700 a 1939 do wojen z naszym wschodnim sąsiadem doszło prawie 20 razy).

*

Lechici (według swych zwolenników) bili własny pieniądz i posiadali potężną armię. Około 20 proc. społeczeństwa stanowiła szlachta - resztę poddani chłopi. Najważniejsze decyzje podejmowano na szlacheckich wiecach (tzw. demokracja słowiańska, czyli demokracja zgodnościowa). Zbudowali wiele grodów i portów. Nie mieli jednej stolicy, na przestrzeni dziejów jej funkcję pełniło przemiennie kilka miast:

- Kodan (Gdańsk) - w XVIII wieku p.n.e. (za króla Kodana),

- Gniezno - w XVII wieku p.n.e. (za króla Lecha I Wielkiego) i kilkakrotnie później,

- Carodom (Kraków I), po prawej stronie Wisły - ok. XVI wieku p.n.e. (za króla Cara),

- Kraków II, po lewej stronie Wisły od VII wieku (za króla Kraka I Scyty) i później wielokrotnie,

- Szczyt (Szczecin) - w XV wieku p.n.e. (za króla Szczyta) i w X wieku za króla Mieszka I,

- Gelenos (Bielsk na Ukrainie) - w VI wieku p.n.e. w okresie walk Lechii (Scytii) z imperium perskim Achemenidów,

- Posnan (Poznań) - w II wieku p.n.e. (za króla Poznana),

- Wizymierz (Wismar) - w IV wieku (za króla Wizymierza),

- Przemyśl - w VIII wieku (za króla Lecha VI Przemysława),

- Kruszwica - w IX wieku (za królów: Popiela I Gnuśnego i Popiela II Zbrodniczego).

Inna teoria głosi, że imperium lechickim od I do IX wieku rządziła dynastia Popielidów (Pompejuszy), potomków Leszka III i Julii, siostry Juliusza Cezara. Ponieważ byli oni zażartymi prześladowcami Kościoła katolickiego, gdy w Lechii władzę przejęli biskupi katoliccy, Popielidzi zostali wymazani z historii i skazani w ramach zemsty na wieczne zapomnienie, o czym jeszcze będzie dalej.

Podobno w imperium Lechitów obowiązywało wielożeństwo, chociaż są na ten temat różne teorie. Szlachta dysponowała "prawem pierwszej nocy" (ius primae notis), czyli przywilejem do zdeflorowania świeżo poślubionej żony każdego poddanego. W rezultacie szlachetnie urodzeni Ariowie-Słowianie "uszlachetniali" dzięki temu bękartami populację kraju.

Zwyczaj ten opisany został m.in. przez "ojca historii", greckiego historyka Herodota z Halikarnasu, jako obyczaj ludów Afryki. W Europie funkcjonował w okresie średniowiecza jedynie w niektórych regionach Francji i Włoch, i to przez bardzo krótki okres. Prawo to formalnie do niedawna obowiązywało natomiast na wyspie Sark (dependencji Korony Brytyjskiej), chociaż od wieków już go nie stosowano. W niektórych rejonach, gdzie je stosowano, zostało ono zastąpione "transakcją" polegającą na tym, że pan feudalny w zamian za zgodę na spędzenie nocy poślubnej z żoną poddanego pozwalał mu na upolowanie jednego lub kilku jeleni ze swego lasu. Śladem tego jest nazywanie do dzisiaj zdradzanego męża "rogaczem".Wielu historyków uważa prawo pierwszej nocy tylko za legendę. Encyclopedia Britannica w wydaniu z 1911 roku podaje: "Nie ma żadnych wiarygodnych dowodów na to, że obyczaj istniał w skodyfikowanej formie. Wydaje się, że to mit, wykreowany nie wcześniej niż w XVI lub XVII stuleciu". Jak dotąd nie znaleziono ani jednego pisemnego świadectwa, które potwierdzałoby, że którykolwiek feudał istotnie zastąpił w łóżku pana młodego.

Lechici uważali seks za wielką przyjemność, łącząc miłość fizyczną z rozsądnym i przemyślanym powiększaniem rodziny. Nie gardzili jednak antykoncepcją, a gdy ta zawiodła - aborcją.

Na polu bitwy odznaczali się wybitnym męstwem. Napadali i łupili osady i miasta na wybrzeżach Skandynawii, Anglii, Walii i Irlandii, porywając tamtejsze kobiety. Przy okazji niejednokrotnie osiedlali się na podbitych terenach. Zajęli północną Galię aż po Loarę i Zatokę Biskajską, gdzie wybudowali strategiczny gród Brześć nad Atlantykiem (obecny Brest) oraz miasta Orlin (Orlean) i Miecz (Metz).

Ponad pół wieku po zabójstwie Juliusza Cezara Rzym dążył do odebrania Lechitom tej części ich imperium. Wtedy to, w 9 roku n.e. Lechici zdołali obronić jedno ze swych miast - Videlicum, dając łupnia słynnemu rzymskiemu marsowemu legionowi, przysłanemu przez cesarza Augusta Oktawiana. Wybili go podobno do ostatniego żołnierza wraz z pretorem i wszystkimi generałami. Cztery lata później cesarz wyciągnął z porażki właściwe wnioski, wysyłając na wschód kilka legionów ze swym najlepszym wodzem (i następcą) Tyberiuszem Nero na czele. Przyszły władca Rzymu - jak pisze Swetoniusz - "pokonał Lechów i zniszczyli ich miasto".

Wincenty Kadłubek, znakomicie wykształcony duchowny, uwielbiał motywy antyczne, dlatego w swoim dziele nie ograniczył się wyłącznie do zaprezentowania wspomnianej w kolejnych rozdziałach koncepcji wandalskiej. Za kolebkę starożytnych Polaków uznał Panonię. Lechici toczyli tam rozliczne walki z Dakami i Galami, w końcu zaś przybyli na dzisiejsze ziemie polskie. Według Kadłubka "Prapolacy" - Lechici - odparli najazdy Aleksandra Wielkiego, który musiał wracać do Macedonii z podkulonym ogonem. Dając popis swej erudycji, Kadłubek rzucił też na dzielne plemię następnego herosa antyku - samego Juliusza Cezara. Nawet on nie był jednak w stanie przezwyciężyć oporu walecznego ludu. Skończyło się zatem na rokowaniach. Siostra Cezara, Julia, poślubiła wodza Lechitów, Leszka III, a w posagu dostała Bawarię. Pod naciskiem senatu Cezar próbował odebrać siostrze Bawarię, prowokując tym samym konflikt z Leszkiem, który w odpowiedzi odesłał żonę do Rzymu. Świadectwem obecności słynnego rzymskiego dyktatora na ziemiach polskich miało zaś być miasto Lublin. Kadłubek wywnioskował bowiem, że niegdyś zwało się Julin, co (oczywiście!) musiało wziąć się od imienia Cezara.Z małżeństwa z Julią Leszko miał mieć syna Popiela. Po jej odprawieniu wziął sobie nałożnicę, która dała mu 20 synów, którzy po jego śmierci otrzymali własne królestwa. Świadomi fantastyczności opisu panowania Leszka III przez Kadłubka, późniejsi kronikarze próbowali go bardziej zracjonalizować. Jan Długosz pominął historię o Cezarze, pisząc, że Leszko sprawował nad krajem dobre rządy i udzielał pomocy Węgrom w wojnach "z Grekami i Italczykami". Marcin Bielski przeniósł natomiast jego panowanie na czasy Karola Wielkiego.Mistrz Wincenty Kadłubek, spisując swoją kronikę, zastosował w niej wiele przekłamań, chociażby po to, by podnieść prestiż rozbitej na dzielnice Polski. W kronice biskupa krakowskiego możemy wyczytać informacje o królowej Wandzie, która nakazała okrutnie uśmiercić posłów, przybyłych od samego... Aleksandra Wielkiego. Ba! Zagroziła nawet hardemu władcy, że jeśli tylko zechce, sprawi, że nie będzie miał po co wracać z wyprawy na podbój Persów. Pomimo braku jakiekolwiek potwierdzenia o istnieniu imperium Lechitów, są w Polsce ludzie, którzy szczerze i bezkrytycznie wierzą m.in. w rewelacje kanonika. Przy tym Kadłubek nie był jedyny w swych odważnych teoriach o początkach państwa Polskiego. Na podobne rewelacje natrafić można u innych pisarzy, choćby XVI-wiecznego Wojciecha Dembołęckiego. Ich wiarygodność jest przy tym taka sama jak wspomnianego wcześniej biskupa.

Największą porażką Lechitów wydaje się natomiast spalenie przez Aleksandra Wielkiego Krakowa, jednej ze stolic ich ówczesnego imperium. Zgliszcza miasta miały zostać posypane grubą warstwą soli. Według innej teorii Aleksander, podobnie jak mieszkańcy antycznej Macedonii, miał być Słowianinem, o czym świadczy etymologia imienia jego siostry, która tak naprawdę nie nazywała się Kleopatra, lecz Ojcusława lub Ojcisława, jak pisze Janusz Bieszk:

"Hellenowie byli Słowianami, Słowianinem był także Aleksander Macedoński, który podbił znaczną część świata antycznego. Macedończycy, tak jak Polacy są Słowianami. Helleńskie imiona nie pozostawiają co do tego wątpliwości, np. imię siostry Aleksandra Macedońskiego, która poślubiła jego generała, a później władcę Egiptu Ptolemeusza, to Ojcusława lub Ojcisława, co tłumaczy się jako Kleopatra. (...) Kleos = sława, a przedrostek "kle" dodany na początku wyrazu przed rzeczownikiem lub przymiotnikiem oznacza "sławny". Oto przykłady: Klearchos (kle - sławny + archos - władca, wódz, dowódca, mistrz, patriarcha, archeolog) = Władysław, Wodzisław; Kleopatra (kle - sławna + pater - ojciec) = sławiąca ojca lub sławna z powodu ojca, czyli Ojcisława; Kleos = Sława"6.

Według innej opowieści Lechia to biblijna nazwa federacji Gotów i Wandalów, czyli narodów bożych, które uznały wiarę katolicką za przejaw ciemnoty i zabobonu, co z kolei umożliwiło im stanie się niezwykle wartościowymi bankierami w czasach średniowiecznych: Wandalowie i Goci, czyli Lechici, byli arianami, ludźmi nauki, pieniądza, bankierami, rzemieślnikami, filozofami i handlowcami. (Więcej o tym w rozdziale Polka Weneda).

Koniec Wielkiej Lechii nastąpił, kiedy Mieszko I przyjął chrzest w 966 roku, wprowadzając swoje państwo w zachodnioeuropejski krąg kulturowy. Chrzest pociągnął za sobą wiele zmian nie tylko religijnych i politycznych, ale przede wszystkim społecznych. Polska weszła na trwałe do rodziny państw europejskich tworzących Christianitas, wspólnotę opartą na humanizmie zrodzonym z kontemplacji Boga. Zdaniem wyznawców Wielkiej Lechii w związku z nowo wprowadzoną religią rozpoczęto całkowitą inwigilację i kontrolę państwa, która doprowadziła do zniszczenia jego potencjału militarnego. W tym też czasie miano zapoczątkować proceder unicestwiania dowodów na istnienie potęgi Lechitów, przede wszystkim palenie kronik i roczników lechickich. Jego apogeum nastąpiło w okresie rozbicia dzielnicowego (XII-XIV wiek) i kontynuowane było przez inkwizycję kościelną w czasie panowania w Rzeczypospolitej dynastii Wazów.

"(...) należy odnotować oraz podkreślić wielkie straty, jakie poniosła słowiańska, lechicka historiografia, w wyniku zniszczenia wielu kronik, ksiąg i materiałów o historii Lechii w związku z wprowadzoną nową religią chrześcijańską w obrządku rzymskim - pisze Janusz Bieszk - a szczególnie w okresach: króla Chrobrego, po wygnaniu obłożonego klątwą kościelną króla Bolesława Śmiałego, od rozbicia dzielnicowego po króla Krzywoustego oraz późniejszej działalności inkwizycji kościelnej, która je paliła na stosach, śpiewając pieśni religijne. Szczególnie aktywni w niszczeniu byli jezuici".

Obchody milenium chrztu Polski, poprzedzone dziewięcioletnią nowenną, nabrały ogromnego znaczenia w okresie PRL-u, w 1966 roku. Dla prymasa Stefana Wyszyńskiego były one okazją do odnowy wiary Polaków i umocnienia narodowej tożsamości. Liczne uroczystości religijne z udziałem wielotysięcznych tłumów nieuchronnie stały się okazją do konfrontacji z władzą komunistyczną, z której Kościół wyszedł zwycięsko, a Polacy poczuli się bardziej wolni. Na główne uroczystości milenium chrztu Polski, obchodzone 3 maja 1966 roku w Częstochowie, prymas Wyszyński zaprosił Pawła VI. Papież, pragnąc przybyć do sanktuarium Czarnej Madonny na Jasnej Górze, polecił nawet przygotować specjalny prezent dla tego sanktuarium - Złotą Różę, a mennica watykańska wybiła z tej okazji specjalny medal z wizerunkiem częstochowskiej Madonny. Ale komunistyczne władze nie zgodziły się na jego przyjazd. Podczas obchodów, w których uczestniczyło pół miliona wiernych, nieobecnego papieża przypominał jego portret i pusty tron, na którym złożona została wiązanka biało-żółtych róż.

"Mieszko I, chcąc dostać diadem cesarski, oddał część terytorium pod protekcję papiestwa, ale świątyń poganom, czyli arianom, nie palił - twierdzi z kolei Bolesław Szydłowski w książce Wandalowie, czyli Polacy. - Dopiero Bolesław Chrobry wprowadził przymusem religię zbawienia, odzwyczaił ludność od czczenia bogów i spalił wszystkie świątynie Wiedzy. Głównym obrządkiem Polski był jednak obrządek grecki, bizantyjski. Dopiero jezuiccy królowie, Wazowie, za pomocą inkwizycji i wojen religijnych, zrobili z Polski kraj czysto katolicki, co nie wyszło na zdrowie, bo w krótkim czasie upadła Rzeczpospolita i przyszły zabory".

Zdaniem apologetów Wielkiej Lechii obok Kościoła do ostatecznego zniszczenia potężnego imperium dołączyli zaborcy (uznawane za kolonizatorów: Prusy, Austria i Rosja), następnie masoni, III Rzesza oraz Związek Sowiecki. Obecnie wiedza i historia Lechitów jest zatajana przed Polakami głównie przez Unię Europejską oraz naukowców i nauczycieli akademickich. Ci ostatni ośmieszają i wymazują polskich kronikarzy średniowiecznych, piszących o naszej dumnej starożytnej przeszłości.

*

Według Janusza Bieszka "obaliły one [najnowsze badania genetyczne] nieprawdziwe dogmaty i teorie historyczne, które lansowane jeszcze w XIX wieku przez zaborcę niemieckiego i jego historyków (niestety także części polskich) informowały o wielkich migracjach Słowian z południa Europy na obszar Polski dopiero w połowie VI wieku i zajmujących ziemie po plemionach tzw. germańskich i celtyckich (sic!). Towarzyszył temu także infantylny przekaz o pierwszym, błąkającym się księciu Lechu, który miał "zagnieździć się" ok. 550 roku w okolicy Gniezna".

"Szczególnie tutaj podkreślam - pisze Janusz Bieszk - iż Ariowie-Słowianie nie musieli skądkolwiek przybywać, albowiem jako autochtoni byli na tych terenach od 10 tys. 700 lat i mieszkali u siebie "in situ", na swoich ziemiach, w ramach wielkiej prehistorycznej cywilizacji Gobi, a później imperium Ramy (...)".

Cywilizację Gobi, zwaną także wielkim imperium Ujgur lub Yu, założyli Ujgurowie z pacyficznego kontynentu Mu należący do rasy aryjskiej - białej, wspólnie z potomkami Ariów zamieszkujących na terenie Eurazji, którzy wcześniej opuścili pogrążającą się w wodach Hiperboreę. Cywilizcja Ujgur-Gobi należąca do cywilizacji Mukulia istniała w okresie od 70 tys. do 25-18 tys. lat temu. Ta aryjska cywilizacja zajmowała obszar praktycznie całej Eurazji. Rozciągała się od Oceanu Spokojnego do Oceanu Atlantyckiego. Północną granicę wyznaczał Ocean Północny (Arktyczny), natomiast południową stanowiły obecne południowe Chiny, Birma, Indie i Persja oraz obszary od Morza Kaspijskiego poprzez Bałkany do Adriatyku. Stolica imperium Ujgur leżała na urodzajnej w tych czasach równinie Gobi, pod obecnie odnalezionymi ruinami starożytnego miasta mongolskiego Khara-Khoto, a obecnego chińskiego Heicheng. Osiągnięto wysoki poziom duchowy i technologiczny, ale tylko w celach pokojowych, a nie militarnych. Oprócz rozwiniętej infrastruktury naziemnej, z miastami, osadami rolniczymi, wybudowano również miejską strukturę podziemną. Używano statków powietrznych zwanych wajtmanami. Wszystkie osiągnięcia cywilizacyjne i technologiczne z kontynentu Mu zostały przeniesione i zaadaptowane w cywilizacji Ujgur-Gobi. Cywilizacja ta była niezależną cywilizacją, ale wspólnie z kontynentem Mu stanowiła wielką cywilizacją Mukulia.Począwszy od 25 do 18 tys. lat temu, upadli moralnie Atlanci przy pomocy części upadłych Plejadian, Centaurian i Reptilian, używając wysoko zaawansowanej technicznie broni, z bronią jądrową na czele, zniszczyli aryjskie imperium Ujgur, a kwitnącą równinę Gobi zamienili w jałową pustynię. Niektóre ocalałe z pogromu populacje imperium Ujgur oraz przeniesiona starszyzna z zatopionego kontynentu Mu zeszły pod ziemię do wybudowanej wcześniej miejskiej struktury podziemnej pod obecną pustynią Gobi i Himalajami. Stworzono rozległą podziemną sieć miejskiej cywilizacji pod nazwą Królestwa Agharta. (https://stan-rzeczy.neon24.pl/)

Pierwsze i drugie aryjskie imperium Ramy

Na obszarach Europy i Azji zamieszkiwali Ariowie-Słowianie o głównej haplogrupie aryjsko-słowiańskiej R1a. To z tej ludności na obszarach dawnego imperium Ujgur książę Rama stworzył kolejne imperium aryjskie. W Europie, do Loary zamieszkiwali Ariowie-Słowianie o haplogrupie R1a, a od Loary na zachód i południe zamieszkiwali Ariowie-Baskowie o haplogrupie R1b. Książę Rama był synem władcy podziemnego królestwa Agharta. Pojawił się na terenie Doliny Indusu i Iranu ok. 22 tys. lat temu. Był wielkim przywódcą, prawodawcą i prorokiem, posiadał wielką moc duchową oraz siłę sugestii. Dokonywał cudownych uzdrowień i innych cudów. Jego niebywała wiedza i boskie pochodzenie przysporzyły mu rozgłosu i mnóstwa zwolenników. Rama z pomocą królestwa Agharta stworzył wielkie imperium zwane Aryjskim Imperium Ramy ze stolicą w Narmini, a obecnie Mohendżo Daro. Rama był imperatorem i głównym kapłanem tego imperium. Cywilizacja aryjska Ramy opierała się na wzorcach i wartościach cywilizacji Mukulia, była jej kontynuacją. Imperium Ramy, tak jak wcześniej Ujgur, określane jest jako imperium serca, natomiast imperium Atlantydy określane jest jako imperium rozumu, które przerodziło się później w imperium despotyzmu. Pierwsze i drugie imperium Ramy obejmowało obszar od Iranu po Indie i od Europy Środkowo-Południowo-Wschodniej przez Azję Środkową do Azji Południowo-Wschodniej. Wszystkie osiągnięcia cywilizacyjne i technologiczne z kontynentu Mu, które zostały przeniesione i zaadaptowane w cywilizacji Ujgur-Gobi, zostały następnie przekazane do imperium Ramy. W starożytnych manuskryptach hinduskich opisane są starożytne pojazdy latające o napędzie elektromagnetycznym i antygrawitacyjnym, ich budowa, stosowane materiały, również takie, które mają właściwości pochłaniania światła i ciepła. A także opisana jest sztuka pilotażu maszynami latającymi. W manuskryptach tych mowa jest także o budowie statków międzyplanetarnych. Do niektórych tematów omawianych w manuskryptach należą Sekrety pilotów, gdzie przedstawione są m.in.: technika tworzenia sztucznie chmur lub mgły, strzelania promieniami, generowania hologramów, wykrywania maszyny wroga, maskowania własnej maszyny poprzez czynienie jej niewidzialną, tajniki podsłuchu rozmów na odległość i innych dźwięków w samolotach nieprzyjaciela, tajniki doprowadzania załogi nieprzyjacielskich samolotów do stanu nieprzytomności. Napęd pojazdów oraz sekretne tajniki pilotów były oparte na systemie mocy analogicznym do mocy sił psychicznych człowieka. Z tego wynika, że wszystkie współczesne osiągnięcia nauki i techniki były już kiedyś znane, a nawet znacznie przewyższały te obecne.

Pierwsze imperium Ramy istniało w okresie od 22 do 12,5 tys. lat temu. Powstało po kataklizmie, który wydarzył się ok. 25 tys. lat temu i trwało do pierwszego potopu 12,5 tys. lat temu. Po tym potopie Rama scalił na nowo swoje imperium i na nowo ustanowił prawa. Drugie imperium Ramy istniało w okresie od 12 tys. lat temu do 10 tys. 300 lat temu. Powstało po pierwszym potopie 12,5 tys. lat temu i trwało do kolejnego drugiego potopu 10 tys. 300 lat temu, to jest 8 tys. 300 lat p.n.e. To ten potop został opisany w Biblii. U Ariów-Słowian prawodawcą i prorokiem oraz tym, który dał Ariom Dekalog był książę Rama. Zachodnie i południowe obszary obecnej Europy, głównie w strefie przybrzeżnej, stanowiły kolonie Atlantydy, zamieszkiwała tam ludność galijska, inaczej celtycka, o haplogrupie R1b. Główną część kontynentu europejskiego zamieszkiwała ocalała po kataklizmach ludność aryjsko-słowiańska o haplogrupie R1a. Obydwie rasy to ludzie biali, są ze sobą spokrewnieni, w dalekiej przeszłości mieli wspólnych aryjskich przodków, którzy się rozdzielili i rozwijali w różnych rejonach świata. Historia Ariów mówi, że w Europie do Loary zamieszkiwali Ariowie-Słowianie, a od Loary na zachód i południe zamieszkiwali Ariowie-Baskowie. Baskowie mają haplogrupę R1b, tak jak Celtowie, czyli ludy celtyckie, wywodzą się od Ariów-Basków. (https://stan-rzeczy.neon24.pl/)

"Natomiast w samym dorzeczu rzeki Ren zamieszkiwały także plemiona galijskie, celtyckie i normandzkie, które wymieszane dużo później z przybyszami z północy, i w mniejszym stopniu ze Słowianami, utworzyły dopiero plemiona niemieckie, o całkowicie innej haplogrupie R1b1b2 Y-DNA, które utworzyły pierwsze państwo niemieckie dopiero w 919 roku we Fritzlarze.

Lechia, inaczej imperium Lechitów, była pierwszym i największym organizmem państwowym Ariów-Słowian w Europie, trwającym setki lat, a nie państwo Samona, które istniało dużo później i bardzo krótko, w latach 623-658 (...), czy państwo wielkomorawskie funkcjonujące w latach 833-904.

Nie było w tych czasach podziału na Słowian zachodnich i Słowian wschodnich, ale dziesiątki ich różnych plemion zamieszkiwały wielki obszar Lechii.

Imperium Lechitów, oczywiście o różnym zasięgu terytorialnym w różnych okresach czasu, przetrwało ponad 2600 lat, od ok. 1800 roku p.n.e. do 840 roku n.e., kiedy upadło w rezultacie zagranicznego, geopolitycznego spisku i dokonanej zbrodni na jego władcach. Doznało upadku, z którego pomimo czynionych prób nigdy w pełni, na dłuższy czas, już się nie podniosło. W jego konsekwencji na początku X wieku zaczął się proces podziału Ariów-Słowian na zachodnich i wschodnich.

Równocześnie należy podkreślić, że na 23 zachowane średniowieczne polskie kroniki o poznanej treści aż 13 opisuje dzieje Lechii i jej władców w okresie przed naszą erą (...).

Rodzima historiografia uznała powyższe przekazy za legendarne i bajeczne, krytykując, dyskredytując i ośmieszając niejednokrotnie samych kronikarzy. Biskupa Wincentego Kadłubka, absolwenta paryskiej Sorbony i Uniwersytetu w Bolonii, posiadacza tytułów magistra i doktora nauk, nazywa mistrzem jak szewca czy stolarza. A był on wieloletnim opiekunem, rektorem i wykładowcą na jedynym w tym czasie uniwersytecie w Polsce! Był głębokim patriotą, odszedł do zakonu, rezygnując z zaszczytnych funkcji rektora i biskupa na własne życzenie właśnie dlatego, aby swobodnie napisać prawdziwą kronikę o starożytnych dziejach Lechitów, opierając się na jeszcze starszych kronikach i materiałach, a także, by nie być skrępowanym hierarchią kościelną i jej ograniczeniami oraz jakąkolwiek odpowiedzialnością".

*

Polacy to jeden z najstarszych narodów świata. Nasi przodkowie podobno mieszkają tu już niemal 11 tys. lat. W przeszłości nie tylko gromili Persów, spuścili lanie Aleksandrowi Macedońskiemu i dzielnie stawiali czoła Rzymianom pod wodzą Juliusza Cezara (lechiccy wodzowie walnie przyczynili się podobno do obalenia Imperium Rzymskiego), ale stworzyli też własne starożytne imperium. Ogromne imperium Ariów-Słowian w Europie i Azji. Piastowska Polska stanowiła kontynuację istniejącego przez tysiące lat lechickiego państwa.

48 polskich królów panujących przed Mieszkiem I. Polskie państwo wymienione w Starym Testamencie... To tylko kilka z wielu elementów coraz bardziej popularnej w naszym kraju teorii o Wielkiej Lechii. Propagatorzy słowiańskiego imperium twierdzą, że wskutek spisku historyków, archeologów, Kościoła i innych wrogich sił, prawda o Wielkiej Lechii jest od lat skrzętnie ukrywana. Domagają się wprowadzenia jej do podręczników szkolnych. Kres Lechii przynieść miał spisek niemiecko-watykański, który do dziś zajmuje się fałszowaniem przeszłości i ukrywaniem prawdy o dawnym słowiańskim imperium.

Najbardziej "hardkorowi" zwolennicy zakazanej historii Polski wierzą z kolei w pozaziemskie pochodzenie Słowian i wzmianki o Polakach w Biblii. To wcale nie są żarty ani nie jest to fabuła drugorzędnej książki fantasy. Hipoteza o imperium Lechitów, choć pełna nieścisłości i często absurdalna, jest coraz bardziej popularna w Polsce.

"Organizm państwowy Słowian europejskich nazywany czasami Wielką Lechią bądź też imperium Lechitów, jest dla naszych naukowców trudny do zauważenia, ponieważ szukają oni czegoś innego, niż to czym Lechia była - twierdzi Marian Nosal. - Gdybym był mniej grzeczny, to napisałbym po prostu, że nie znają się na obiekcie swoich badań. Nie mają o nim zielonego pojęcia. Jednak nawet tak nie mogę napisać, gdyż nasi dzielni naukowcy w ogóle do prac nad badaniem Lechii nie przystąpili. Po prostu udają, że jej nie było i na tym ich badania się kończą. W związku z tym my, uczciwi badacze Słowiańszczyzny, nie mamy nawet na interesujące nas tematy z kim dyskutować.

A tymczasem okazuje się, że Wielka Lechia to położony w centrum Europy starożytny Otwarty, Samosterowalny i Rozproszony System Państwowy lub parapaństwowy. Kiedy to wszystko rozważymy, to okazuje się, że Nasi Przodkowie zbudowali państwo nowoczesne i sprawnie działające.

Od Lechitów możemy uczyć się takich wartości, jak Otwartość, Demokracja i umiejętne połączenie zarządzania lokalnego i centralnego".

Wielka Lechia to przejaw społecznej tęsknoty za Polską silną, rozległą i potężną. Tak jak odwoływanie się do Rzeczypospolitej Obojga Narodów czy opisywanie sukcesów polskiego oręża. Jakże ciepło robi się na sercu, gdy wspominamy wielkość dawnej Rzeczypospolitej. A gdyby jeszcze świetność wieku XVII mogła zostać uzupełniona tryumfami innej epoki? Byłoby cudownie. Tę właśnie piękną wizję oferują nam twórcy koncepcji Wielkiej Lechii - rzekomego przedchrześcijańskiego imperium Polaków.

Na opisanym gruncie narodził się jakiś czas temu oryginalny nurt, który być może stanie się kiedyś tematem rozpraw doktorskich z socjologii. Jego przedstawiciele wywyższają Polaków i innych Słowian ponad wszystkie ludy, twierdząc, że prawda o naszej najwcześniejszej historii jest zakłamywana przez Niemców i kler, który chce wymazać pamięć o imperium Lechitów, niegdyś konkurującym z Rzymem i trzęsącym połową Starego Świata.

Z najbardziej radykalnych miłośników teorii o Lechii, których wspólnym mianownikiem jest idea istnienia pradawnego słowiańskiego imperium, narodzili się tzw. turbo-Słowianie (turbo-Lechici), uznający oficjalną historię za baśń dla naiwniaków. Termin ten został ukuty kilka lat temu na forach i grupach internetowych dotyczących historii. Sami siebie nazywają Lechitami lub Polachami (turbo-Słowianin to określenie pejoratywne). Charakteryzuje ich słowiański szowinizm i niechęć do Zachodu, antyklerykalizm oraz odporność na wszelkie argumenty historyków. Ich fora i grupy facebookowe wypełniają monotonne dyskusje o słowiańskich Wedach i lechickim alfabecie (a ostatnio także o rapie sławiącym wielkość dawnego imperium).

Część tych teorii ma zabarwienie wybitnie panslawistyczne.

Panslawizm to nazwa prądów ideologicznych o różnym zabarwieniu politycznym, mających na celu polityczne, gospodarcze i kulturalne zjednoczenie Słowian. Sam termin wymyślił w 1826 roku czeski publicysta Jan Herkel na oznaczenie idei jedności kulturowo-językowej ludów słowiańskich. Później nabrał on wieloznacznej treści. Panslawiści dystansowali się od narodów wywodzących się od zachodnich Słowian, ze względu na to, iż były one wyznania rzymskokatolickiego. Niektórzy wręcz klasyfikowali ich jako wrogów Słowiańszczyzny na równi z Niemcami.

Idee zjednoczenia Słowian, wolnych i równych, w federacji narodów były żywe w różnych krajach słowiańskich wśród środowisk o demokratycznych i liberalnych poglądach. W XIX wieku panslawizm znalazł wielu zwolenników w krajach zamieszkiwanych przez Słowian. Ideę panslawizmu popierała Rosja, pragnąc w ten sposób realizować swoje imperialne interesy wobec narodów o słowiańskim pochodzeniu, nieposiadających własnej organizacji państwowej. Z tego powodu - w przeciwieństwie do Czech - panslawizm nigdy nie uzyskał powszechnego poparcia na ziemiach polskich, mimo że na początku XX wieku w ruch ten włączyła się endecja. Endecy traktowali jednak ten ruch instrumentalnie, jako środek do osłabienia Austro-Węgier i Cesarstwa Niemieckiego. Idee zjednoczenia Słowian południowych i zachodnich znalazły wyraz w różnych koncepcjach: w iliryzmie, jugosławizmie i austroslawizmie. Demokratyczne odłamy polskiej Wielkiej Emigracji wysuwały program federacji narodów słowiańskich bez udziału w niej Rosji.

Panslawizm w Rosji wyrósł z doktryny słowianofilów (antyteza Rosji i Europy). Jego główni działacze (m.in. Michaił Pogodin, Nikołaj Danilewski) domagali się, w myśl trójjedynej formuły "prawosławie, samodzierżawie, ludowość", nadania ludowego charakteru caratowi, podporządkowania jego wewnętrznej polityki rosyjskiemu nacjonalizmowi, a zagranicznemu - panslawizmowi. Danilewski w swoim dziele Rossija i Jewropa zalecał całkowitą izolację od Europy Zachodniej, jako konieczną przeciwwagę jej wpływów na Słowiańszczyznę, i utworzenie Wielkiego Związku Wszechsłowiańskiego z Carogrodem (Stambułem) pod władzą Rosji. Koncepcje polityczne wczesnego ruchu panslawistycznego były oparte na idei stworzenia swego rodzaju federacji wszystkich Słowian, pozostającej pod polityczną oraz kulturową dominacją i przywództwem Imperium Rosyjskiego, gdzie lokalne słowiańskie tożsamości zostaną zintegrowane w rosyjską, a głównym językiem komunikowania się będzie język rosyjski, główną wykładaną historią historia Rosji, szkolnictwo prowadzone w języku rosyjskim.

W związku z zaognieniem stosunków rosyjsko-tureckich (m.in. wojna krymska) mgliste koncepcje nabrały charakteru politycznego (hasła "świętej wojny" przeciwko zachodnim sojusznikom Turcji). Ponieważ Polacy darzyli Turcję sympatią (nigdy nie uznała ona rozbiorów Polski), panslawiści wrogo odnosili się do Polski i narodowości polskiej, zaś rusyfikacja była dla wielu panslawistów celem samym w sobie. Podobnie jak ich żądania, by wszyscy Słowianie przeszli na prawosławie. Polacy często byli pomijani w zaproszeniach na kongresy słowiańskie organizowane w Rosji. Sam naród polski ze względu na swój opór wobec rusyfikacji, po wybuchu powstania styczniowego został nazwany przez panslawistów "Judaszem Słowiańszczyzny".

Po wojnie krymskiej panslawizm stał się oficjalnym i zorganizowanym ruchem (własne pisma i towarzystwa panslawistyczne) popieranym przez rosyjski rząd. Apogeum osiągnął w czasie wojny rosyjsko-tureckiej 1877-1878, potem osłabł. Odrodził się na krótko w postaci neoslawizmu pod hasłem współdziałania narodów słowiańskich przeciw Niemcom.

 

"W polskiej myśli politycznej panslawizm nie odegrał jednak znaczącej roli - twierdzi Artur Wójcik. - U współczesnych zwolenników fantazmatów turbosłowiańskich występuje silna reakcja pogańska. Deklarują co prawda dążenia niepodległościowe Polski, ale Polski lechickiej opartej na wierze pogańskiej, w której przywrócona zostanie pamięć o chwalebnej historii naszych przodków sprzed 966 roku. Dodatkowym argumentem o słuszności tego postulatu ma być genetyka. Haplogrupa R1a1 świadczy o przynależności do rasy Słowian, którzy zamieszkiwali tereny między Wisłą i Odrą od zawsze, i to właśnie pula genowa powinna zdaniem turbo-Słowian decydować o przynależności do społeczeństwa.

Nie bez powodu prorosyjskie nastawienie turbo-Słowian i turbo-Lechitów kojarzyć się może z polityką prowadzoną przez Federację Rosyjską. Poglądy i idee wyznawców Wielkiej Lechii mogą stać się narzędziem realizacji kolejnych etapów geopolitycznej strategii Rosji w prowadzonej wojnie informacyjnej. Za pomocą szerzenia celowej dezinformacji naukowej można rozbudowywać rosyjską sieć wpływów, powiązań i zależności. Strategia ta może przybierać różne formy i niekoniecznie być nastawiona na uzyskanie konkretnych rezultatów, lecz działać bardziej na zasadzie kropli drążącej skałę.

Aby uświadomić sobie, jak realne jest to zagrożenie ze strony Rosji, wystarczy przytoczyć, jakie tendencje dominują w rosyjskiej myśli geopolitycznej. Jest to chociażby doktryna eurazjańska, powstała już w latach 20. XX wieku, a więc w okresie Rosji Radzieckiej. Jej współczesną formę opracował politolog, filozof, okultysta i staroobrzędowiec Aleksandr Dugin, popierany zresztą przez kremlowską elitę jako propagator odbudowy Wielkiej Rosji. Doktryna eurazjanizmu zakłada, że Rosja jest osobną częścią cywilizacji, którą powinno się traktować jako osobny kontynent (tzw. szósta część świata). Idea eurazjanizmu jest przedstawiana jako jedna z realnych alternatyw dla "zgniłego Zachodu", stąd też jej głównym założeniem jest odparcie wpływów cywilizacji atlantyckiej (zachodniej) od terytorium i sfer wpływów Rosji. Jedną z form tego starcia jest realizacja założeń tzw. wojny sieciowej".

Choć historycy nie zostawiają na nich suchej nitki, a internauci nieraz brutalnie wyśmiewają, Lechici - współcześni Sarmaci, mają się zaskakująco dobrze i w ciszy internetowych forów oraz facebookowych grup uparcie "rekonstruują" (pseudo)historię antycznej Polski.

*

Starodawna koncepcja Wielkiej Lechii, przez lata zapomniana, odżyła na początku drugiej dekady lat dwutysięcznych za sprawą internetu. Przełom stanowiło wydanie książki "samozwańczego trójmiejskiego historyka" (jak określili go niechętni) Janusza Bieszka, zatytułowanej Słowiańscy królowie Lechii. Autor zsumował w niej dowody, mające świadczyć o tym, że Polacy są jedną z najstarszych "cywilizacji" świata i że przez tysiąclecia na ogromnych połaciach rozciągało się imperium Lechitów - "Prapolska" rządzona przez mężnych królów, niebojących się ani Aleksandra Wielkiego, ani rzymskich legionów. Mocarstwo, rozsadzane od wewnątrz i naciskane przez Niemców oraz Kościół, zostało podstępnie schrystianizowane, co było początkiem jego końca - twierdził Janusz Bieszk, a wrogowie Polaków w ramach spisku przez kolejne stulecia zakłamywali historię, by odciąć nasz naród od lechickiej spuścizny7.

Pisząc swoją pracę, korzystał z dorobku XIX-wiecznych badaczy, postaci mocno kontrowersyjnych, nawet na tle swojej epoki (np. Tadeusz Wolański, Ignacy Pietraszewski). Novum stanowiło wprzęgnięcie w dawne spekulacje genetyki i niektórych odkryć archeologicznych. Książka odniosła spory sukces (powstało kilka dodruków) i sprawiła, że turbo-Słowianie dotarli do zupełnie nowych odbiorców. Wywody Bieszka padły na podatny grunt, a ludzie, których wiedza o Słowianach ograniczała się do legendy o Lechu, Czechu i Rusie nagle zdali sobie sprawę, o jak wielu rzeczach nie nauczono ich w szkole.

"Autor Słowiańskich królów Lechii zdawał sobie sprawę, że wielkie twierdzenia wymagają wielkich dowodów - skomentował dzieło i pracę jego twórcy na łamach Onetu Piotr Cielebiaś. - Postanowił więc wydobyć z cienia mało znaną wśród czytelników Kronikę Polską przez Prokosza w X wieku napisaną odkrytą rzekomo w latach 20. XIX wieku przez gen. Franciszka Morawskiego - polityka i literata, który miał znaleźć ją "przypadkiem" na targu w Lublinie. Okazało się, że jest to kronika starsza od Gallowej, a jej autorem mógł być pierwszy biskup krakowski Prohor (X wiek), komentarzami zaś uzupełnił ją żyjący wiek później Kagnimir".

To częściowo na jej podstawie Bieszk "zrekonstruował" niezakłamany (jego zdaniem) poczet władców lechicko-polskich, z których pierwszym był żyjący ok. XVIII wieku p.n.e. Sarmata. Po nim mieli rządzić królowie o dziwnie niesłowiańskich imionach jak Alan, Wandal, Heldwiryk czy Teneryk. Poczet uzupełniają takie postaci jak: król Car, Lech Chytry, Posnan czy Wanda Amazonka. Drugi "święty Graal" dla Bieszkowej wersji dziejów to Poczet z Jasnej Góry (XIX wiek), na którym pojawia się m.in. Popiel oraz kilku innych legendarnych władców polańskich epoki przedchrześcijańskiej.

Swoje wnioski Bieszk poparł również "analizami" językowymi i genetycznymi. Uznał na przykład, że wiele słów zawierających rdzeń lach lub lech jest śladem po Prapolakach. Z kolei haplogrupę R1a1 - w Europie występującą najczęściej wśród Serbołużyczan i Polaków, uznał za "typowo polską", mimo że jest równie rozpowszechniona wśród ludów tureckich w Azji Środkowej.

Swoje racje Janusz Bieszk wyłuszczył obszernie w wywiadzie udzielonym polonijnej gazecie "Nowy Dziennik" ukazującej się w Stanach Zjednoczonych AP.

Co skłoniło pana do tego, by napisać książkę o Lechii, czyli starożytnej Polsce?

- Po prostu był brak takiej publikacji historycznej w Polsce, mimo że minęło już prawie 100 lat po zaborach od 1918 roku. Dlaczego? Zrobiłem to dla społeczeństwa polskiego, starszego i młodszego pokolenia, żeby poznało lub przypomniało sobie swoje słowiańskie korzenie i dumną wielką lechicką przeszłość oraz zachowało właśnie tę lechicką tożsamość historyczną głęboko w swoich sercach i nie pozwoliło jej sobie odebrać. Uważam, że powinniśmy ją kultywować i pielęgnować, albowiem według Marcusa Garveya "Naród bez znajomości swojej historii, pochodzenia i kultury, jest jak drzewo bez korzeni". Starajmy się o tym pamiętać.

Na jakich źródłach się pan opierał?

- Na tylnej okładce książki wymieniłem ogólnie tylko cząstkę źródeł; 50 kronik i materiałów źródłowych polskich i zagranicznych, 36 map cudzoziemskich starożytnych i średniowiecznych, wyniki międzynarodowych badań genetycznych z lat 2010-2013 nad haplogrupą R1a1a Y-DNA Ariów-Słowian, zamieszkujących nasze ziemie od 10 tys. 700 lat oraz ostatnie odkrycia polskich archeologów na terenie słowiańskich grodów, miast, osad i megaksylonów, już od okresu 6000-4000 lat p.n.e. W sumie książka zawiera ponad 200 pozycji w bibliografii.

Moje największe odkrycie dotyczy płyty nagrobnej z dedykacją z I wieku ofiarowanej wraz z grobowcem przez cesarza rzymskiego Tyberiusza Klaudiusza lechickiemu królowi Awiłłowi Leszkowi, którą zlokalizowałem w kwietniu 2014 roku w Museo del Lapidario di Urbino, Italia. Jej zdjęcie, numer katalogu muzeum i opis włoskich naukowców cofnęły oficjalną historię Polski o 1000 lat do I wieku p.n.e., kiedy według moich badań urodził się Awiłło Leszek jako syn króla Lecha III Ariowita i Julii Caesaris Major oraz siostrzeniec Juliusza Cezara.

Muszę przyznać, że książkę tę mogłem napisać tylko dzięki internetowi, ale w sensie drogi dotarcia do nieznanych w kraju, oryginalnych źródeł historycznych na całym świecie, na przykład: starych map Europy z nazwą Lechii po angielsku Lechs i po francusku Leckhes, Leques - na Uniwersytecie w Teksasie, The Nuremberg Chronicle na Uniwersytecie Wisconsin, opracowania True Origin of the Peoples of Eastern Europe, History Research Projects w Sydney, opracowania La Hidalguía Polaca i su estructura social de clanes (Szlachectwo polskie i jego struktura społeczna rodów) w Buenos Aires, księgi referencyjnej kronik frankońskich na Uniwersytecie w Vancouver, Annales ducum Boiariae (Roczniki książąt Bawarii) J. Aventinusa w bibliotece niemieckiej.

Po raz pierwszy w kraju przetłumaczyłem z języka hiszpańskiego w skrócie i omówiłem powyższe unikalne opracowanie profesora Starży-Kopytyńskiego, podobnie opublikowałem roczniki Aventinusa dotyczące ukrywanego króla Wrocisława i udowodniłem jego działalność zgodnie z kroniką Prokosza.

Ponadto udowodniłem wiarygodność najstarszej zachowanej kroniki Prokosza (X wiek), tępionej przez zaborcę niemieckiego, jego Herr Loelhöffela (Lelewel), Kościół rzymski oraz niektórych ówczesnych historyków.

Kronika Prokosza jest naszą perełką wśród 25 kronik, które prezentuję w książce, a także kręgosłupem starożytnej historii Lechii. M.in. dzięki mojej sugestii została wydana w 2015 roku jako reprint, po raz pierwszy od 1825 roku, po 190 latach. Zawiera bezcenną treść, język, bibliografię i komentarze historyków z XVI wieku (króla Stefana Batorego) oraz początku XVIII wieku - co dodatkowo świadczy (wbrew opinii zaborcy niemieckiego, Lelewela i naszej historiografii), że nie mógł jej napisać niejaki fałszerz P. Dyjamentowski (ur. 1694), bowiem miałby wtedy ok. 10 lat.

Poza tym panowanie wielu władców Lechii opisanych przez Prokosza, zarówno starożytnych, jak i średniowiecznych, potwierdziło kilkanaście naszych oraz zagranicznych kronik i dzieł historycznych, m.in. takich autorów, jak: T. Nugent, E. Brydges, J. Anderson, P. Godwin, J. Aventinus, d'Eginhard, R.H. Vickers.

Podobnie Wydawnictwo Armoryka wydało jeszcze kilka starych kronik jako reprinty: Historya Polski (Polanii) z XI wieku Kagnimira z XI wieku, Historya Bolesława III z XI/XII wieku, Dzierswy z XII wieku, Baszko z XIII wieku.

Czytelnikowi, żeby go przekonać i pokazać dowody, tłumaczyłem na język polski różne krótkie teksty z kilku języków obcych. Specjalny podrozdział poświęciłem 12 bitwom z udziałem Lechitów, które zostały pominięte w polskiej historiografii w okresie od 529 roku p.n.e. do 897 roku n.e. Kwintesencję treści książki stanowią wnioski. Szukałem i badałem źródła na świecie i w kraju oraz pisałem tę książkę przez dwa lata i w mojej opinii, według stanu badań na dziś, jest to jedyne na rynku kompendium wiedzy na temat starożytnej Polski nazywanej Sarmacją, Lechią, Lechistanem (Państwo Lechów), Scytią lub imperium Lechitów.

Wielu historyków uważa pana wersję o początkach państwa polskiego za mocno kontrowersyjną. Większość bowiem sądzi, że historia Polski zaczyna się od Mieszka, a reszta jest legendą.

- No cóż, "stare" broni się przed "nowym". Dla mnie tacy historycy nie są w ogóle historykami, bowiem nie chcą lub nie umieją szukać źródeł nie tylko w kraju, lecz także za granicą, albo może obowiązują ich jakieś ograniczenia i boją się o tym pisać, ze względu na konsekwencje w pracy?

Wiele źródeł na przykład opisuje w językach angielskim, niemieckim i polskim walki Ariów-Słowian Lechów, inaczej Sarmatów, z legionami rzymskimi w I wieku p.n.e. i I wieku n.e., a także w IV wieku z cesarzem Walentynianem na terenie: Galii, tzw. Germanii (ziemie Ariów-Słowian), Bawarii i Szwabii nad rzeką Lech i na Lechowym Polu (Lechfeld), pod miastem Lechów (Augsburg). Opisują to m.in. Kronika norymberska, Kronika czeska z XI wieku, Roczniki Długosza, kilka kronik tzw. bawarskich, History of France, Ancient Gaul Parka Godwina.

Podam znamienny przykład z rozmowy e-mailowej z historykiem, który twierdził, że historycy znają kronikę norymberską i nie jest to nic szczególnego. Na moje pytanie - czy zauważyli zawarte w niej opisy walk Lechów (Lechs) na Lechowym Polu (Lechfeld) w 9 roku z tzw. marsowym legionem przysłanym przez cesarza Augusta Oktawiana w celu odebrania im ich miasta Lecha (obecny Augsburg) oraz (po wybiciu przez Lechów do nogi tego legionu), w tym samym celu w 12 roku kilku legionów pod wodzą Tyberiusza Klaudiusza, jeszcze zanim został cesarzem, i czy poinformowali o tym polskie społeczeństwo, w jakich opracowaniach historycznych oraz kiedy - zapadła cisza i rozmowa się skończyła.

Jeżeli historyk twierdzi, że zna źródło i jego treść, to jego obowiązkiem jest oficjalne poinformowanie o tym, szczególnie jeśli chodzi o tak spektakularne wydarzenie, jak walki polskich przodków Lechów z legionami rzymskimi.

Malowidło przedstawiające poczet królów wielkiego imperium Lechitów znajduje się w klasztorze na Jasnej Górze. Powstało prawdopodobnie ok. roku 1764 i - co niezwykle ciekawe - ujmuje ono również władców Lechitów i Popielidów. Co pan sądzi na ten temat? Czy to postaci prawdziwe, czy raczej powstałe w imaginacji jego twórcy?

- Powyższy obraz reprezentuje listę słowiańskich królów dopiero od 550 roku, zawartą w naszych tzw. kronikach krótkich, zgodnych z wymogami i decyzją zaborcy niemieckiego, gdzie np. król Lech I jest umieszczony błędnie, bowiem panował p.n.e. To zaborca niemiecki zmanipulował i ustanowił naszą historię oraz panowanie władców dopiero od 550 roku, odcinając 2400 lat naszej starożytnej historii od XVIII wieku p.n.e.

W tym celu wymyślił błędnie Piasta i dynastię piastowską, która jest uparcie utrzymywana do dziś. Nigdy bowiem nie było takiego imienia. Słowo "piast" jest skrótem od piastuna, czyli majordoma (zarządca dworu królewskiego). Tak więc: piast = piastun = majordom i nic więcej. A nasza historiografia nadal utrzymuje dynastię nazwaną od zawodu piastuna, czyli majordomową. A tak naprawdę jest to wielka dynastia Lechitów lub lechicka.

Dokonano tego specjalnie, żeby ukryć i zapomnieć nazwy: Lechia, Lechy, Lechici, lechicki czy dynastia lechicka, król lechicki. Zmieniono także tytuły kronik lechickich, nazywając polskimi np. Kadłubka itd.

Czy uważa pan, że wiedza o starożytnych dziejach Polski jest skrywana? Jaki jest tego powód?

Wszystko wskazuje na to, że nadal mamy historię pozaborową i prokościelną, gdzie wiele tematów, wydarzeń, faktów i nawet postaci królów jest tabu.

Nie opisywano w literaturze historycznej i nie rozpowszechniano w społeczeństwie wiedzy, na przykład:

- o znanej od ponad 170 lat wspomnianej tablicy nagrobnej z dedykacją cesarza Tyberiusza Klaudiusza, którą przetłumaczył z języka łacińskiego i opublikował już w 1843 roku badacz, archeolog i numizmatyk Tadeusz Wolański, który badał nasze starożytne dzieje i uznał za prawdziwą kronikę Prokosza. W 1853 roku Kościół ogłosił jego księgi jako zakazane i spalił na stosie. Jego skazaniu zapobiegła interwencja cara Mikołaja I, który także przydzielił mu do ochrony w czasie badań i ekspedycji oddział wojska.

Od dawna jej wierna kopia winna być wystawiona dla społeczeństwa na Zamku Królewskim lub w Muzeum Narodowym jako najstarszy artefakt dotyczący króla Lechii z I wieku n.e.:

- o walkach Lechów i Sarmatów z legionami rzymskimi, pomimo dowodów w źródłach historycznych;

- o panowaniu króla lechickiego Wrocisława w latach 892-896, pomimo dowodów w kronice Prokosza i rocznikach Aventinusa;

- o funkcjonowaniu cesarstwa w Lechii w latach 1000-1038, pomimo dowodów zawartych w kronikach i rocznikach polańskich oraz zagranicznych;

- panowaniu Bolesława II Zapomnianego w latach 1034-1038, wyklętego przez Kościół rzymski i skazanego na zapomnienie, i to chyba skutecznie, ponieważ kupiłem dwa albumy (wydane w 2014 i 2015 roku) z pocztami królów i w obu nadal nie figurował8.

Kiedy według pana dokonał się chrzest Polski?

Zgodnie ze źródłami historycznymi, polskimi oraz zagranicznymi chrzest ludności Lechii nie był aktem jednorazowym, lecz wieloetapowym, zarówno w obrządku rzymskim, jak i słowiańskim (cyrylo-metodiańskim). Jego chronologia była następująca:

1. W czasie panowania króla Koszyszki (842-862) 1 stycznia 845 roku 14 Lechów - lechickich książąt i możnowładców wraz ze swoimi dworami, wojskiem i ludnością, mieszkających na południu przy granicy z Morawami i Czechami - przyjęło uroczyście chrzest w obrządku rzymskim. Chrztu udzielili kapłani z arcybiskupem Adalramem z Ołomuńca w Wielkiej Morawie, który podlegał arcybiskupstwu w Pasawie w Bawarii. Powyższy akt miał cel praktyczny i taktyczny, a mianowicie uniknięcie w przyszłości zbrojnych najazdów chrystianizacyjnych agresywnego państwa wschodniofrankijskiego.

2. W połowie IX wieku, a szczególnie za czasów panowania króla Ziemowita Reformatora (862-892) i za jego przyzwoleniem, zaczęła przenikać do ludności małopolskiej religia chrześcijańska w obrządku słowiańskim. Była ona nauczana przez kapłanów Wisnoga i Oslawa, uczniów arcybiskupa Metodego, który urzędował w Welehradzie w Wielkiej Morawii. Biskupem Lechitów był w tym czasie Sawa, uczeń Cyryla. Religia w rycie słowiańskim rozprzestrzeniła się później w Małopolsce, na Śląsku i w Wielkopolsce, obejmując znaczny obszar Lechii. Powstało wiele kościołów (cerkwi) w miejscowościach: Wiślica, Kraków, Przemyśl, Wrocław, Poznań, Ostrów Lednicki (Lechicki) i Gniezno. Potwierdziły to wykopaliska archeologiczne. Arcybiskupstwo obrządku słowiańskiego w Krakowie funkcjonowało przez ponad 150 lat.

Niektórzy królowie Lechii wraz z otoczeniem przyjęli chrzest w obrządku słowiańskim i razem panowali przez ponad 100 lat już jako chrześcijanie. Moim zdaniem byli to: Ziemowit Reformator, który panował w latach 862-892; Wrocisław 892-896; Lech X Dzielny 896-921; Ziemomysł 921-957; Mieczysław II 957-999. Według pocztu władców pierwszy król Mieczysław panował w latach 340-388. Zgodnie z kronikami i rocznikami polańskimi, Mieczysław II zmarł w 999 roku.

Mieczysław II, wybrany na króla Lechii na prawomocnym wiecu w 957 roku, zachował tytuł króla zgodnie z obyczajem (obecnie tzw. protokołem) aż do śmierci w 999 roku, bez względu na późniejsze reperkusje związane z przejściem wraz z otoczeniem z obrządku słowiańskiego na obrządek rzymski. Nastąpiło to prawdopodobnie w, lub po, 968 roku, ponieważ w tzw. epitafium Chrobrego napisano, iż Bolesław urodził się w 967 roku, z "ojca pogana". A to dlatego, że kler rzymski nie uznawał obrządku słowiańskiego i traktował go jako pogaństwo. Chrzest przyjął Mieczysław II z rąk agresywnego Kościoła niemieckiego, a nie czeskiego, ponieważ w Pradze nie było jeszcze w tym czasie arcybiskupstwa.

Również można by przesunąć oficjalną datę chrztu części ludności Polanii (Polski) już na rok 845, ale wtedy trzeba by poinformować społeczeństwo, że dotyczyła ukrywanych Lechów, bo tak są nazwani w źródłach zagranicznych.

Skąd pochodzi nazwa Lechia i jej różne odmiany?

- Według kronikarza Prokosza i prof. Starży-Kopytyńskiego nazwa kraju Lechia pochodzi od nazwy króla Lecha Wielkiego, ojca narodu Lechów, czyli Lechitów, który panował przez 50 lat w okresie 1729-1679 roku p.n.e. Nadana nazwa Lech pochodziła od słowa Leh z języków sanskrytu i staroirańskiego (awestyjskiego) - co oznaczało pan, król, bóg, pasterz, a nazwa Lechia (Lehía) oznaczała królestwo. Król Lech I Wielki wprowadził zręby szlachectwa, tzn. lechickiego systemu rycerskiego Comes militi - towarzyszy broni Lecha - króla, nominowanych jego decyzją rycerzy Lechitów z poszczególnych rodów oraz plemion słowiańskich.

Etymologicznie więc szlachta znaczyła "synowie Lecha" i pochodziła od słów "Z Lecha", "Ci od Lecha". Comes militi, towarzysze broni króla, byli członkami pierwszych rodów i stąd określenie - synowie Lecha. Chronologicznie pierwszą nazwą kraju była Sarmacja, której nazwa pochodziła od pierwszego króla - Sarmaty (prawdopodobnie przybysza z Elamu), który panował pod koniec XVIII wieku p.n.e. i wprowadzał zasady sarmackie oraz założył Sarmację europejską (Prokosz, Bielski).

Drugą nazwą kraju była Lechia, którą zorganizował wnuk Sarmaty, wcześniej omówiony król Lech I Wielki. Trzecią nazwą kraju był Lechistan (Lehestan), czyli Państwo Lechów, nadaną przez Persów - Perskie Imperium Achemenidów, z którym Lechistan walczył dwukrotnie w 530 i 529 roku p.n.e. z królem królów Cyrusem II Wielkim oraz w 513 roku p.n.e. z królem królów Dariuszem I Wielkim. Czwartą nazwą kraju była Scytia, zwana także Wielką Scytią lub Scytią europejską, nadana i używana przez Greków. Piątą nazwą kraju przejętą od wcześniejszej była Sarmacja, kiedy Rzymianie nazywali Lechów (Lechitów) - Sarmatami.

Szóstą nazwą kraju i Ariów-Słowian, Indoscytów byli Sklawenowie lub Sklavinowie, nadana i używana przez Bizancjum. Siódma nazwa kraju - imperium Lechitów, powstała prawdopodobnie samoistnie, w ramach realizowanej ekspansji i w trakcie udanych podbojów terytorialnych Lechów oraz podporządkowywania kolejnych plemion i narodów. Moim zdaniem imperium Lechitów funkcjonowało już przed naszą erą.

Z narracji kronik i dzieł historycznych wynika bowiem, że Lech III Ariowit zwany przez Rzymian Ariowistusem, był królem królów i podlegało mu całe imperium Ariów-Słowian, Indoscytów. Nie bez powodu Juliusz Cezar w czasie swojego konsulatu złożył w 59 roku p.n.e. wniosek w senacie rzymskim o przyznanie Ariowistusowi oficjalnego tytułu Króla i Przyjaciela Rzymu, który senat zaakceptował.

Pana badania dowodzą, że Polska za czasów Lechitów była potęgą. Opierając się na tej wiedzy, jaką widzi pan przyszłość dla Polski i innych narodów słowiańskich?

- Pytanie nie jest związane z książką i powinien odpowiedzieć na nie polityk. Obecnie żyjemy w odmiennej przestrzeni geopolitycznej oraz sytuacji gospodarczo-społecznej, nie mówiąc już wręcz o przepaści dzielącej kraje w zakresie siły militarnej i związanego z tym potencjalnego zagrożenia. Ale obserwuje się w społeczeństwie polskim, a szczególnie wśród młodszego pokolenia, pozytywne zmiany w zakresie świadomości i postrzegania historii. Narasta chęć powrotu do korzeni, do źródła. Wzrasta zainteresowanie dziejami przodków i osobista identyfikacja z nimi. Generalnie budzi się świadomość słowiańska także w sąsiednich krajach słowiańskich. Świadczy o tym chociażby moja skromna książka o królach Lechii, która miała już sześć dodruków.

*

Historycy akademiccy zdecydowanie zaprzeczają istnieniu Lechii, twierdząc, że to nic innego jak po prostu stary mit o Sarmatach, tylko w nowej odsłonie.

Dlaczego więc, zdaniem nauki, "starożytna Polska" nigdy nie istniała? Główny problem stanowią źródła, na których oparł się Janusz Bieszk.

Pierwsza księga Kroniki Kadłubka uzupełnia dzieje elementami legendarnymi, dla wykształconego na Zachodzie autora stanowiły one pomost łączący Polskę ze spuścizną antyku. Z kolei kronika zmarłego w 986 roku mnicha benedyktyńskiego Prokosza już dla XIX-wiecznych historyków była dziełem mocno podejrzanym i niewiarygodnym.

Jej pełna nazwa brzmi: Kronika polska przez Prokosza w wieku X napisana, z dodatkami z Kroniki Kagnimira, pisarza wieku XI, i z przypisami krytycznymi komentatora wieku XVIII pierwszy raz wydrukowana z rękopisma nowo wynalezionego. Fałszerstwo wykrył Joachim Lelewel, historyk, bibliograf, slawista, numizmatyk, poliglota, heraldyk, działacz polityczny i wolnomularz, którego turbo-Lechici nienawidzą jak diabeł święconej wody, nazywając "niemieckim czynownikiem"9. Uważa się powszechnie, że została sfabrykowana przez Przybysława Dyjamentowskiego (1694-1774) - fałszerza dokumentów, rodowodów magnackich i dyplomów. Niektórzy uczeni twierdzą natomiast, że została napisana jako żart towarzyski ok. 1825 roku przez generała Franciszka Morawskiego, który jakoby zakupił rękopis w jednym z żydowskich kramów w Lublinie.

Franciszek Dzierżykraj Morawski, późniejszy minister wojny w Rządzie Narodowym w czasie powstania listopadowego, sprezentował ją Julianowi Ursynowi Niemcewiczowi. Przekonany o autentyczności otrzymanego dzieła, Niemcewicz zaprezentował je w Towarzystwie Warszawskim Przyjaciół Nauk. W tym samym roku rękopis wydał drukiem Hipolit Kownacki, który także przełożył tekst kroniki na łacinę.

Jeszcze inną wersję przedstawił historyk Michael Morys-Twarowski, autor książki o pierwszym polskim królu: Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego. Według niego w 1824 roku generał Franciszek Morawski wysłał do Biblioteki Towarzystwa Królewsko-Warszawskiego zbiór notatek i wypisów, między innymi z kronik Kadłubka, Długosza i Kromera, przeplatanych oczywistymi bzdurami. Hipolit Kownacki, wydawca równie pracowity, co naiwny, zrobił ekstrakt z tego zbioru, pochodzący z rzekomej kroniki Prokosza, ogłosił drukiem, a nawet przetłumaczył na łacinę. Wszystko wskazywało, że jest to falsyfikat z XVIII wieku, historycy zorientowali się od razu. Tymczasem prawda jest ciekawsza od fikcji, bo najprawdopodobniej ów zbiór notatek był dziełem generała Morawskiego, znanego żartownisia, który chciał się ponabijać z Wincentego Krasińskiego (ojca wieszcza - Zygmunta Krasińskiego), namiętnie szukającego prawdziwych i zmyślonych przodków. Z dzisiejszej perspektywy możemy powiedzieć, że żart zdecydowanie wymknął się spod kontroli.

"Po co zmyślać? - pyta Morys-Twarowski, oceniając książkę Bieszka. - Wiadomo, że każda społeczność czy naród woli wspominać rzeczy chwalebne, pozwalające czuć się dumnym z dokonań przodków czy poprzedników. Tymczasem dzieje Polski - w przeciwieństwie do powiedzmy dziejów Słowacji - obfitują w sukcesy militarne i elementy mocarstwowe. Jeżeli chcemy znaleźć historie ku pokrzepieniu serc, to mamy ich pod dostatkiem, tylko trzeba umieć je wyłuskać".

"Jeśli (...) chodzi o teorię Bieszka, głównym jej problemem okazuje się sam autor, który nie ma zielonego pojęcia o metodologii badań historycznych, krytyce źródeł ani dziejach Słowian i naszej części Europy - pisze Piotr Cielebiaś. - Jego analizy lingwistyczne trącą absurdem, przypominając bliźniacze starania Stanisława Szukalskiego - malarza, który na podstawie "badań ze słuchu" uznał polski za przodka wszystkich języków świata. Bieszk przykładowo wywodzi nazwę Lechitów od sanskryckiego "leh", które oznaczać ma pana lub boga, podczas gdy w rzeczywistości jest to czasownik "lizać, chłeptać".

Na tym jednak autor Słowiańskich królów Lechii nie poprzestaje i sięga głębiej, przekonując, że Polacy to jeden z najstarszych narodów świata i potomkowie cywilizacji Gobi (która nie istnieje nigdzie poza jego umysłem), jaka wywodziła się z kolei z zatopionego (także nieistniejącego) kontynentu Mu na Pacyfiku.

Obok wielu innych problemów, jak baśniowe wątki o królu Szczycie - synu Herkulesa i wnuku Ozyrysa, który założył Szczecin (!) jest jeszcze jedna przeszkoda nie do ominięcia przez Bieszka i jego zwolenników: władcy i obywatele potężnego imperium Lechitów zapomnieli pozostawić po sobie jakiekolwiek ślady - zarówno w wiarygodnych źródłach, jak i pod postacią zabytków archeologicznych".

Znakomitym komentarzem do tworzonych przez turbo-Słowian teorii są również dotyczące Wielkiej Lechii informacje zamieszczone na portalu Nonsensopedia. Jest to witryna internetowa parodiująca Wikipedię, założona w 2005 roku i posiadająca, według własnych wskazań, ponad 35 tys. haseł, a w Polsce ponad 19 tys. Logo serwisu jest parodią logo Wikipedii.

"W 14 roku n.e. imperium Lechitów rozpoczęło program lotów kosmicznych. Kraj kupował kwarc od zaprzyjaźnionego narodu irańskiego, który był niezbędnym składnikiem do produkcji mikroprocesorów sterujących rakietami i sondami. W 26 roku mieszkaniec Codanovii Jan Twardowski poleciał na Księżyc. Loty na Marsa trzeba było wstrzymać przez lobbing chrześcijańskich grup wywrotowych. Po wielu latach chrześcijańscy zbrodniarze zatuszowali wszystkie ślady genialności Lechitów.

Konflikt pomiędzy ekumenicznymi religiami imperium lechickiego i Wielki Kosmos a Kościołem katolickim sprawił, iż papieże zlecali mordowanie władców. I tak berlińska terrorystka Ryksa miała w 840 roku zamordować monarchę Popiela. Ryksie udało się jednak zamordować 20 stryjów Popiela, zadając tym samym cios elitom politycznym Lechii. Popiel jednak uszedł z życiem, uratowany przez znachora z Gniezna. Na jego cześć przeniesiono stolicę do Gniezna".

*

Roman Żuchowicz jest naukowcem z Zakładu Historii Starożytnej Uniwersytetu Warszawskiego. W 2015 roku obronił pracę magisterską w ramach studiów na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych. Zajmuje się religijnością u schyłku starożytności, a także jezydami. Od 2013 roku współpracuje z miesięcznikiem "Focus Historia". Na pracy Janusza Bieszka nie zostawia przysłowiowej suchej nitki.

"Przyjrzyjmy się niektórym współczesnym mitom o początkach Polski. Łysa Góra długo skrywała swe tajemnice. Setki lat temu katoliccy misjonarze zbezcześcili święte dla pogan miejsce, stawiając na nim klasztor. Chrystianizatorzy ukryli tym samym grobowce lechickich królów, czyniąc krok w kierunku wymazania prawdy o słowiańskim imperium. Wydrążone w szczycie Łysej Góry krypty pozostawały w zapomnieniu przez setki lat. Dopiero w latach 50. XX wieku na ich ślad przypadkiem wpadli robotnicy, wykonujący prace budowlane wokół opactwa. Komunistyczne władze przeraziły się jednak tego odkrycia i nakazały zalać prastare komory grobowe. Na ponowne odkrycie czekały kolejne pół wieku.

Postanowił zbadać je Adolf Kudliński. Ten "pierwszy polski preppers" zorganizował ekspedycję, w trakcie której dokonał, pod osłoną nocy, w asyście paramilitarnych oddziałów, penetracji zalanych krypt. Jego badania przyniosły dowód na liczącą wiele tysięcy lat przeszłość tego miejsca. Film z eksploracji można obejrzeć w serwisie YouTube. W te rewelacje wierzy część polskich turbo-Słowian. Argumenty na rzecz tego odkrycia są dosyć skąpe. Po pierwsze, odkrywca zakłada, że Łysa Góra była dla Słowian ważnym miejscem, więc znajdujące się pod wzgórzem podziemne struktury musiały mieć znaczenie. Po drugie, znajdujące się w domniemanych kryptach stalaktyty mają wskazywać na to, że zostały one wykute kilka tysięcy lat temu. Kwestia religijnej wagi Łysej Góry w przedchrześcijańskiej Polsce jest od jakiegoś czasu kontrowersyjna.

Nie trzeba jednak wdawać się w zawiłe naukowe dysputy, by obalić argument o dziwności domniemanych krypt. Przez setki lat działał na Łysej Górze klasztor, a później, od czasów zaborów do II wojny światowej, mieściło się w nim ciężkie więzienie. Obie instytucje miały jeden, wspólny problem: niedobór wody. Kilka lat temu doktor Czesław Hadamik odkrył sieć cystern pod klasztornym wirydarzem. Domniemane krypty również są funkcjonalnie połączone z zabudowaniami opactwa, wobec czego należy uznać, że mamy do czynienia ze zwykłymi zbiornikami na wodę. Mogą być nawet znacznie młodsze. Inżynier Pulikowski, który w latach 50. dokonywał inspekcji krypt, ocenił, że są dziełem carskich więźniów.

Odnośnie do turbo-Słowiańskich spekulacji na temat wieku krypt, należy dodać, że nie przedstawili oni żadnych wyników badań potwierdzających pradawny wiek stalaktytów. Przedstawili jedynie szacunki "na oko", ustalając pod tezę tempo przyrostu stalaktytów. Tymczasem zależy ono od wielu czynników, jak np. rocznych opadów, rodzaju skały itp.

Również spiskowa teoria wokół domniemanych krypt nie ma za bardzo sensu. W momencie pierwszego odsłonięcia świętokrzyskich cystern trendem w polskiej nauce była tzw. archeologia milenijna. Na tle ideologicznej rywalizacji z Kościołem władze komunistyczne chętnie dotowały badania początków państwa polskiego. Każde odkrycie wykorzystywano pośrednio lub bezpośrednio do wykazania, że Kościół nie przyniósł do Polski cywilizacji, ale że była ona rozwiniętym krajem jeszcze przed przyjęciem nowej religii. Komunistyczne władze nie miałyby więc żadnego interesu w zalewaniu krypt, gdyby w rzeczywistości były tym, za co uważa je Kudliński.

Tomasz Kosiński, jeden z lechickich guru, zadał sobie trud odkrycia na nowo słowiańskich runów. Zapowiedział już wydanie kolejnej książki, w której dokona ich odczytu. Na ten moment, w publikacji Słowiańskie skarby. Tajemnice zabytków runicznych z Retry (2018), zdał relację z własnej wyprawy szlakiem dawnych falsyfikatów. Historia zabytków, które próbuje przywrócić do obiegu naukowego Kosiński ma już przeszło 200 lat.

W 1771 roku Andreas Gotlieb Masch ogłosił odkrycie, do którego miało dojść już kilka dziesięcioleci wcześniej w miasteczku Prillwitz. Gdzieś w jego okolicy powinna znajdować się opisana przez historyka Helmolda świątynia Połabian, a na terenie Prillwitz znaleziono pogańskie figurki. Uznano, że są to posążki bóstw słowiańskich. Zabytki miał odkryć miejscowy pastor Fryderyk Sponholz podczas sadzenia drzew obok plebanii. W trakcie prac ogrodowych wykopał brązowe kotły. Tkwiło w nich wiele figurek wykonanych z brązu oraz inne starożytne przedmioty. Po jego śmierci część zbioru sprzedano złotnikowi z pobliskiego miasta nazwiskiem Paltzke. Niektóre ze znalezisk przetopił on podobno na dzwon kościelny. Obie rodziny łączą się we wnukach pastora Sponholza, Gideonie i Jakobie. W 1768 roku bracia Sponholtzowie sprzedali "znalezisko pastora", czyli 46 przedmiotów (w tym 20 posążków bóstw) doktorowi Joachimowi Jasperowi Johannowi Hemplowi. Mieli też zapewnić, że więcej takich przedmiotów nie posiadają. Dziś znajdują się one w muzeum w Schwerin. Aż do drugiej połowy XIX wieku uchodziły za dowód na istnienie słowiańskiego pisma. Podejrzliwością wobec odkrycia wykazali się już XVIII-wieczni uczeni. Zaowocowało to przeprowadzonym kilka lat później śledztwem, wskazującym na lokalnego złotnika jako fałszerza.

Prawie 100 lat później w prasie ukazały się wzmianki o ozdobionym runami kamieniu żarnowym odkrytym w Mikorzynie, w majątku Andrzeja Doroszewskiego. Nieco później odkryto kolejny kamień z wizerunkiem konia i runicznym napisem. Uczeni tej miary co Lelewel i Cybulski szybko podjęli się odczytania napisów, dochodząc do bardzo różnych wniosków. Bomba wybuchła 22 lutego 1869 roku.

Na spotkaniu Oddziału Architektury i Sztuk Pięknych Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Krakowie Hrabia Aleksander Przeździecki wygłosił odczyt na temat idoli prillwitzkich, o których autentyczności był przekonany. W reakcji na ten referat Karol Estreicher oświadczył, "iż nie tylko bożki prylwickie, ale i kamienie mikorzyńskie (Prowe i Konik) uważa za podrobione". Hrabia Przeździecki potraktował sprawę bardzo osobiście. W toku dyskusji podjęto decyzję o powołaniu komisji, by dokładnie zbadała stan rzeczy. Jej prace przeciągały się kilka lat.

Czytając opublikowane w 1872 roku Sprawozdanie o kamieniach mikorzyńskich, nie sposób odnieść wrażenia, że Estreichera próbowano zakrzyczeć. Uczciwie jednak zamieszczono na końcu jego wątpliwości, wygłoszone na spotkaniu Komisji Runologicznej w kilka dni po odczycie Przeździeckiego. Estreicher zaczął od tego, że nacięcia na kamieniu wydają się świeże. Jak sam stwierdza, "Zarzut ten jednak byłby błahy, gdyby inne nie nasuwały się wątpliwości". Jego zdaniem, litery ktoś skopiował z rysunku fałszywek Sponholza, umieszczonych w publikacji Lelewela. Rysunek rzekomego bóstwa Prowe również wyglądał na odrysowany z tej samej książki. Konik został natomiast skopiowany z niewiele wcześniej odkrytego Światowida ze Zbrucza. Tym razem fałszerz nieznacznie poprawił rysunek.

W tym kontekście znowu pojawia się bóstwo Prowe. "Tymczasem jego powstanie - stwierdza Karol Estreicher - zawdzięczamy zecerom, którzy źle złożyli do druku tekst Helmolda". Miał też drobniejsze uwagi, podważające starożytność domniemanych runów. Wprawdzie do części jego argumentów można mieć wątpliwości. Różnie współcześnie podchodzi się do owego bóstwa Prowe. Jednak w zgodnej opinii większości uczonych imię jest w przekazie Helmolda zniekształcone. Jeśli chodzi o ogólne spojrzenie na kamienie mikorzyńskie, dalsze badania i publikacje przyznały Estreicherowi rację.

Nawet ci uczeni, którzy byli mniej skłonni wierzyć w owe odkrycia, mogli w XIX wieku żywić nadzieję, że pewnego dnia słowiańskie runy ujrzą światło dzienne. Piotr Boroń w artykule Ku pradawnej Słowian wielkości podaje przesłanki źródłowe, które wówczas wykorzystywano dla potwierdzania ich istnienia. Po pierwsze, niemiecki kronikarz Thietmar (975-1018) napisał, że stojące w świątyni Światowida w Radogoszczy posągi bóstw są podpisane.

Drugim źródłem jest Traktat o literach, napisany przez mnicha Chrabra (X wiek). Pisząc o wynalezieniu przez świętych Cyryla i Metodego głagolicy, Chrabr wspomina, iż: "Najpierw więc Słowianie nie mieli pisma, a będąc poganami, za pomocą kresek i nacięć liczyli i wróżyli". Zastosowane w oryginale słowo może obok liczenia oznaczać także czytanie. Wreszcie w Żywocie Świętego Konstantyna mowa jest o jakichś "literach roskich", których czytanie święty opanował w czasie wizyty na Krymie. Tekst Thietmara nie precyzuje, jakim alfabetem miały zostać napisane owe imiona. Napisy towarzyszące połabskim posągom mogły być po prostu malunkami, mylnie zinterpretowanymi przez obserwatora pochodzącego z piśmiennej cywilizacji. Mogły też stanowić próbę naśladownictwa pisma, czy też być prostymi symbolami, oznaczającymi dane bóstwo. Zresztą, jak zauważyła Adrianna Szerba, Thietmar w innym miejscu mówi wprost, że Słowianie są... niepiśmienni. Chrabr opowiada natomiast o przedpiśmiennych formach zapisu informacji. Tego rodzaju zabytki pochodzące ze Słowiańszczyzny (i nie tylko) znamy z późniejszych czasów. Bardzo długo w środowiskach chłopskich i pasterskich karbowano proste informacje, głównie inwentarzowe, na drewnianych kijach. Tak zwany rabosz można było też wykorzystać do zawierania umów - oznaczony kij dzielono następnie na dwie równe części, a niszczono po jej wypełnieniu. Etnografowie przekazują bardzo dużo różnych zastosowań takich kijów.

Natomiast trzeci przekaz opowiada najprawdopodobniej o znanym na Krymie piśmie gockim lub o runach używanych przez Waregów. Drugie ze wskazanych wyjaśnień podaje się również dla kilku wzmianek o piśmie wśród Rusów, które pochodzą ze źródeł arabskich. To wszystko powoduje, że uczeni z dużą dozą sceptycyzmu podchodzą do wszelkich domniemanych odkryć przedsłowiańskiego pisma.

Cesarz Tyberiusz postanowił uczcić swojego siostrzeńca. Wystawił mu grobowiec, ozdobiony łacińską inskrypcją. Siostrzeńcem władcy był lechicki władca Awiłło Leszek. Na inskrypcję zwrócił uwagę jako pierwszy Tadeusz Wolański w 1843 roku. Kilka lat temu jego odkrycie przywrócił nauce Janusz Bieszk. Płyta nagrobna, znajdująca się w Museo Lapidario w Urbino, cofa oficjalną historię Polski o 1000 lat do I wieku n.e. Tak widzą ten zabytek zwolennicy teorii Wielkiej Lechii. Przyjrzyjmy się łacińskiej inskrypcji oraz proponowanemu tłumaczeniu:

 

CAVILLIO LESCHO TI CLAVDIVS BVCCIO

COLVMBARIA IV OLL VIII SE VIVO

A SOLO AD FASTIGIVM MANCIPIO DEDIT

(ORYGINAŁ - podkreślone słowa i litery zostały pominięte w przekładzie Wolańskiego)

Na pożegnanie*

Awiłłowi Leszkowi Tyberiusz Klaudiusz

Grób ten z czterema framugami,

na osiem urn popielnych,

jeszcze za życia, jemu jedynie,

dla zaszczytu, na zupełną własność oddał

(przekład Wolańskiego, ortografia uwspółcześniona, pierwsza linijka oznaczona gwiazdką została dodana przez Bieszka).

 

Choć zabytek jest oryginalny, problemów z takim odczytaniem jest sporo. Po pierwsze, w Rzymie panował inny niż współcześnie system imienniczy tria nomina. Najsłynniejszym przykładem jest Gajusz Juliusz Cezar. Pierwszy człon jego nazwiska to praenomen (przedimię), drugi nomen gentile (imię rodowe), a trzeci cognomen (przydomek). Już pierwszy rzut oka na inskrypcje wskazuje, że Wolański, XIX-wieczny kolekcjoner i fantasta, ignorował istnienie tego systemu. Zamiast Awiłło Leszka mamy więc Gajusza (C to skrót od Caius) Awilliusa Lescho (Leschusa). Cognomen tej osoby stanowi problem, gdyż jest tzw. Hapax legomenon, słowem (w tym wypadku imieniem) poświadczonym tylko raz. Domniemany Cesarz w inskrypcji to natomiast Tyberiusz Klaudiusz Buccio, który rzymskie obywatelstwo (lub jego przodek) zawdzięczał... Klaudiuszowi. Nowi obywatele otrzymywali bowiem praenomennomen gentile od nadającego obywatelstwo, w epoce cesarstwa zwykle od samego władcy. Gdyby Buccio otrzymał obywatelstwo od Tyberiusza, byłby Tyberiuszem Juliuszem, bo takie były pierwsze elementy tria nomina tego cesarza. W reszcie inskrypcji nie chodzi natomiast o uhonorowanie kogokolwiek, a o handel miejscem pochówku. W Rzymie nie można było sprzedać grobu, jeśli znajdowały się w nim zwłoki. Stąd podkreślenie, że akt dokonał się za życia sprzedającego. Finalnie uzyskujemy następujące tłumaczenie:

 

Gajuszowi Awilliuszowi Leschusowi, Tyberiusz Klaudiusz Buccio

cztery kolumbaria i osiem urn,

za życia, od podłogi po sklepienie,

na własność przekazał.

(prawidłowe tłumaczenie)

 

To tylko niektóre z naukowych źródeł wykorzystywanych przez turbo-Słowian. Naukowcy mają tendencję do ignorowania teorii pseudonaukowych. Tymczasem aktywne reagowanie na nie powinno być wpisane w etos uczonego. Od wiary w Wielką Lechię nikomu nie stanie się krzywda. Osoba taka może jednak przykładowo, poprzez spirale pseudonaukowych portali, zacząć wierzyć w medycynę alternatywną, zostać antyszczepionkowcem albo zaszkodzić sobie na sto innych sposobów. Podatność na tego rodzaju teorie wskazuje też na pewien kryzys zaufania do nauki. Musimy, jako historycy i archeolodzy, walczyć o wiarygodność. Teoria Wielkiej Lechii jest bękartem sporów o autochtonizm Słowian na ziemiach polskich.

Dziś biskupińskie grodzisko nie uchodzi za dzieło Prasłowian, ale świat nauki niedostatecznie przedstawił swoje racje, jak i nie stworzył spójnej i alternatywnej wizji naszych korzeni na potrzeby zwykłego odbiorcy. Stąd turbo-Słowianie, zarzucając, że naukowcy twierdzą, iż Polska stała się nagle w 966 roku, mają poniekąd rację. Istnienie takich głosów wskazuje na sporą wyrwę w popularyzacji wiedzy. Zwolennicy Bieszka i pokrewnych do jego teorii stanowią też zagrożenie. Jak inne kraje postkolonialne, jesteśmy zagrożeni tym, że nienaukowe i spiskowe teorie trafią kiedyś do podręczników, by pompować nasze narodowe ego. Podobne teorie są nauczane na Bałkanach, znajdują się w podręcznikach szkolnych i akademickich. Ponadto amatorzy pokroju Kudlińskiego coraz chętniej bawią się w archeologów, niszcząc niekiedy wartościowe stanowiska.

Podsumowując: spory o Lechię pokazują, że historia to nie tylko naukowe odkrycia i spory, lecz także gałąź wiedzy, która jest potrzebna "laikowi", by mógł odnaleźć swoje miejsce na świecie. Stąd spoczywa na nas, uczonych i popularyzatorach nauki, spory obowiązek".

*

Już pod koniec XIX wieku znakomity historyk Antoni Małecki (1821-1913) we wstępie do swojej pracy Lechici w świetle historycznej krytyki, demaskującej dziejopisarskie mity w naszej historiografii, napisał:

"Otóż ten lechistyczny dział naszego dziejopisarstwa ma być przedmiotem niniejszej mej publikacyi. Nie podejmuję jej w tym zamiarze, bym z Lechitami wszczynał polemikę, bym dowodził, że byli na mylnej drodze. Byłoby niewłaściwością i na śmieszność by zakrawało, gdyby się miało dziś jeszcze brać pod rozbiór jaką z poszczególnych konstrukcyi tej doktryny i wykazywało jej błędność".

Dziennikarz Grzegorz Burtan również nie ma najlepszego zdania na temat "osiągnięć historycznych" Janusza Bieszka. Ściślej mówiąc, uważa je za kompletne bzdury:

"Współcześnie orędownikiem "niezakłamanej" historii Polski jest Janusz Bieszk, autor poczytnych książek na ten temat. Jak sam chwalił się w wywiadzie, jego wydana w zeszłym roku książka Słowiańscy królowie Lechii, miała już sześć dodruków. To sporo, zważywszy na niezbyt wysoki poziom czytelnictwa w Polsce. Niedawno premierę miała druga część, zatytułowana Chrześcijańscy królowie Lechii.

Zastanawiające jest jednak to, że w internecie trudno odnaleźć jakiekolwiek informacje na temat wykształcenia Pana Bieszka. A jedna z wydanych wcześniej pozycji nosi tytuł Cywilizacje kosmiczne na Ziemi i dotyczy dowodów na działalność istot pozaziemskich w budowę kultury na naszej planecie. Teraz jednak autor skupia się na badaniu historii naszego narodu.

A w jego wersji Polacy, a właściwie ich protoplaści, czyli Słowianie i Ariowie, zamieszkują nasze ziemie od prawie 11 tys. lat. A zręby imperium Lechitów powstały 3 tys. lat temu.

W swojej teorii Bieszk powołuje się na przeprowadzone kilka lat temu badania nad haplogrupami. Te grupy pewnych wersji genów, położonych w specyficznym miejscu na chromosomie, bada się, aby lepiej śledzić migrowanie populacji. Zdaniem Bieszka współcześni Polacy dzielą je ze swoimi starożytnymi przodkami.

To jest dowód biologiczny. Ale autor posiada również dowody kulturowe. Należy do nich spisana w średniowieczu kronika Wincentego Kadłubka, gdzie opisane zostały zwycięskie kampanie polskich królów przeciwko Juliuszowi Cezarowi i Aleksandrowi Wielkiemu.

Powołuje się również na kronikę Prokosza, spisaną rzekomo w X wieku przez benedyktyńskiego mnicha. Jednak już w XIX wieku Joachim Lelewel odkrył, że kronika to pochodzące z XVIII wieku fałszerstwo, stworzone zresztą przez człowieka, który zawodowo zajmował się spisywaniem fikcyjnej historii Polski.

Bieszk uważa jednak, że to jeden z najcenniejszych reliktów polskiego kronikarstwa. A oskarżenia o fałszerstwo? Cóż, w XIX wieku niemiecki zaborca, z Lelewelem na czele, próbował zafałszować historię naszego kraju jako element germanizacji. Pomagał mu przy tym zresztą Kościół katolicki, który dla autora jest jednym z głównych fałszerzy prawdziwej historii, rozpoczętej na długo przed 966 rokiem".

Dlaczego teorie pisarza można włożyć między bajki? Robert Jurszo, dziennikarz Wirtualnej Polski i publicysta historyczny, w rozmowie z INN:Poland podkreśla, że podejście Bieszka nie jest obiektywne.

"Przede wszystkim Janusz Bieszk w sposób amatorski i niefrasobliwy korzysta ze źródeł historycznych. Przykładowo, powołuje się na kronikę Prokosza, która jest falsyfikatem, albo bierze serio różne rewelacje, które można wyczytać u Kadłubka - wyjaśnia. - Nie rozumie, albo zrozumieć nie chce, że lektura źródła historycznego musi być krytyczna. Pamiętajmy, że w średniowieczu pisanie dzieł historycznych często było nieodległe od uprawiania politycznej propagandy. A do tego autorzy różnych kronik, jak wspomniany Kadłubek, posiłkowali się fantazją w sposób niemający nic wspólnego z nauką w takim sensie, w jakim ją dziś rozumiemy".

Turbo-Słowianom zarzuca się jeszcze mylenie dwóch porządków: genetycznego i kulturowego.

"Owszem, badania genetyczne pokazują, że ludność słowiańska mogła żyć na tych ziemiach wcześniej, niż do tej pory sądzono - mówi Robert Jurszo. - Ale to jeszcze nie znaczy, że tworzyła jakieś imperium Lechitów. Poza tym jedna sprawa to ustalenia badań genetycznych, a druga efekty dociekań historyków i archeologów. Nie można tak po prostu mieszać jednych z drugimi i wyprowadzać karkołomne wnioski".

Doktor Grzegorz Pac z Zakładu Historii Średniowiecznej Uniwersytetu Warszawskiego w rozmowie z INN:Poland przyznaje, że książki nie czytał, ale teorie w niej zawarte nie są mu obce.

"Każdy ma prawo interpretować historię, jak chce. Ale jedni są do tego przygotowani merytorycznie, a inni nie - podkreśla. - Już kronikarz Wincenty Kadłubek opisywał nie tylko walki Lechitów z Aleksandrem Wielkim i Juliuszem Cezarem, ale też Smoka Wawelskiego, Wandę, co Niemca nie chciała, i króla Pompiliusza, którego zjadły myszy. To wspaniała lektura, polecam ją każdemu. Ale odpowiedź na tradycyjne pytanie XIX-wiecznej historiografii: "jak było naprawdę?", radzę rozsądnie przemyśleć".

"Czy zatem czeka nas szybka wymiana podręczników do historii? - pyta Grzegorz Burtan z serwisu INN:Poland. - Jurszo powołuje się na "modne bzdury", termin ukuty przez amerykańskiego fizyka Alana Sokala. W jego definicji mieści się wybiórcze i swobodne podejście do metody naukowych oraz erudycyjne wywody, które nie prezentują sobą żadnej wartości dodanej. W związku z tym są tylko chwilowym trendem, który zostanie zastąpiony w przeciągu kilku lat inną modną bzdurą. A po co nam ta obecna?"

"Jest to jakaś kusząca koncepcja, bo podnosi nam samoocenę. Prezentuje nas bowiem jako potomków starożytnych królów i wspaniałych wojowników" - konkluduje doktor Grzegorz Pac.

*

Podobnego zdania, co poprzednicy, jest również Michał Wałach, który w obszernym artykule zatytułowanym Wielkie kłamstwo Wielkiej Lechii, którego fragmenty tu przytaczamy, obala po kolei wszystkie wywody autora Słowiańskich królów Lechii:

"Pseudonaukowa koncepcja Imperium Lechickiego opiera się na kilku fałszywych aksjomatach. Turbo-Słowianie przyjmują bowiem za pewnik, że dowodem na prawdziwość ich twierdzeń jest... brak dowodów, zaś cała brać zawodowych historyków uczestniczy w zawiązanym przed wiekami antysłowiańskim spisku. Absurdalne? To dopiero początek!

Owe "niezbite dowody", świadczące rzekomo o świetnej przeszłości przedchrześcijańskiej Polski, miały zostać - zdaniem twórców turbosłowiańskich teorii i ich wyznawców - zniszczone przez wrogów owej potęgi. Ośrodkami nienawiści wobec Słowian mieli być Niemcy oraz ich sojusznicy z Watykanu. Na szczęście w szczątkowej formie "dowody" przetrwały do dziś. Przetrwały mimo wielu wieków niszczenia ich przez wszechwładne ośrodki, które miały siłę, aby zniszczyć potężne imperium (sic!). Z tych okruchów dawnej świetności prawdziwi historycy mogą rekonstruować prawdziwą przeszłość - twierdzą wielko-Lechici.

W tej istnej nawałnicy absurdu warto pamiętać, że wszystkie tego typu koncepcje to czysta fantastyka, a nie historia rozumiana jako nauka. Wielkolechickie twierdzenia nie są rozważane przez zawodowych badaczy przeszłości (czy to historyków, czy archeologów), gdyż turbosłowiańska "rekonstrukcja" dziejów oparta jest na naiwnym, a bardzo często nieuczciwym interpretowaniu źródeł - czy to zagranicznych, czy polskich, zarówno wczesnośredniowiecznych, jak i późniejszych - a także podpieraniu się publikacjami uznanymi bezsprzecznie za fałszywki udające dokumenty średniowieczne.

(...) Sztandarowym przykładem nieuczciwego podejścia turbo-Słowian do przekazów historycznych jest ich reakcja na obecność słowa "Lechi" w starotestamentowej Księdze Sędziów oraz Księdze Samuela. Dla wyznawców pseudonaukowych koncepcji słowa "Wybrali się następnie Filistyni, aby rozbić obóz w Judzie, najazdy zaś swoje rozciągnęli aż do Lechi" (Sdz 15, 9) dowodzą istnienia - i to na kilkaset lat przed Chrystusem - państwa o tej nazwie. Oczywiście państwa Lechitów, a więc Polaków.

Turbo-Słowianie ignorują jednak całkowicie zasady tłumaczenia, wyjaśnienia tłumaczy oraz kontekst historyczny. Tymczasem w biblijnych słowach o Lechi (Ramat-Lechi) chodzi o... miasto leżące w Ziemi Świętej. Wspominają o nim Księga Sędziów oraz Księga Samuela, zaś hebrajska nazwa (jako nazwa własna nietłumaczona) wiąże się z pokonaniem przez Samsona tysiąca wrogów za pomocą oślej szczęki. Chcąc przetłumaczyć nazwę własną Ramat-Lechi, uzyskalibyśmy po prostu Wzgórze Szczęki. Naukowa refleksja nie przemawia jednak do turbo-Słowian, którzy pozostają przy swoim.

(...) Pseudonaukowa metoda piewców koncepcji Wielkiej Lechii - wolna od pogłębionych refleksji i bazująca na prostych (a nawet prostackich) skojarzeniach - z "sukcesem" stosowana jest także przy "analizie" innych źródeł. Dlatego też w najważniejszej dla tego środowiska książce (wydanej przez szanowane niegdyś wydawnictwo bez recenzji naukowej, za to z ogromnym sukcesem komercyjnym) znajdziemy sięgający blisko 2000 lat przed Chrystusem spis władców rzekomej Lechii. Jeden z królów, jak twierdzą turbo-Słowianie, miał panować 6 października roku 780 n.e. przez cztery godziny. Zadziwiająca precyzja jak na "fakt", że niemal wszystkie "informacje" o historii Wielkiej Lechii zniszczyć miały wszechwładne i nienawidzące Słowian ośrodki - Niemcy i Watykan.

Wszystko jest jednak możliwe dzięki żonglowaniu źródłami i selekcjonowaniu ich w sposób niezwykle wybiórczy - pod tezę, opieraniu się na wątpliwych "autorytetach" rodem z internetu (również rosyjskiego) i ich twórczości, nieuzasadnionych naukowo próbach łączenia kultur archeologicznych z etnosami, a także symulowaniu językoznawstwa poprzez podpieranie się banalnymi skojarzeniami lingwistycznymi, a nawet "poprawianiu" cytatów ze źródeł. Wygodne i łatwe do tworzenia zmanipulowanych interpretacji są również wyniki badań genetycznych poszczególnych populacji, zaś autorom zainteresowanym uzyskaniem konkretnego efektu swoich "prac" nie przeszkadzają logiczne błędy, zaprzeczanie samym sobie czy podkradanie dla rzekomej słowiańskiej Lechii historii innych, bezapelacyjnie niesłowiańskich grup etnicznych.

I chociaż absurdalność wielkolechickich teorii aż bije po oczach, a w sieci nie brakuje ludzi naukowo punktujących każdy fałsz turbosłowiańskich mędrców, to tego typu poglądy zyskują coraz większy poklask. Już dawno przestały być tylko epidemią polskiego internetu - obecnie możemy już raczej mówić o pandemii!

(...) W skład Imperium Lechickiego - jak przekonują bez żadnych historycznych dowodów turbo-Słowianie - wchodzić miały plemiona niezaprzeczalnie germańskie (Wandalowie, Goci), irańskie (Sarmaci, Scytowie, Alanowie) czy Wenedowie, których przynależność etniczna pozostaje dyskusyjna. Słowem wszyscy, którzy "nie załapali" się do Cesarstwa Rzymskiego i na współczesnych mapach oznaczani są często jednym kolorem jako funkcjonujący poza nim.

Doskonałym przykładem pseudojęzykoznawczych akrobacji jest natomiast łączenie arabskiego słowa "allah" z... Polakami (przedrostek "al" oraz "lah", czyli Lechita - Polak). Podobieństwo - owszem, występuje, ale na nim związki się kończą. Wszak indoeuropejska i semicka rodzina językowa nie mają źródłowych związków. Jednak nauka i pseudonauka chodzą swoimi ścieżkami.

Dlatego też wyznawcy teorii o Wielkiej Lechii chętnie podpierają się Kroniką Prokosza - dokumentem bezapelacyjnie fałszywym. Braku jego autentyczności dowiedziono już w XIX wieku, zaś autorem tekstu nie był żaden średniowieczny mnich Prokosz, a zawodowy XVIII-wieczny fałszerz dokumentów i autor fikcyjnych genealogii rodów szlacheckich Przybysław Dyjamentowski. Wiedza przegrywa jednak w starciu z ideologią, wszak tekst Kroniki pasuje do z góry założonej teorii.

Tymczasem - wiemy to z historii Polski, ale też dziejów innych narodów środkowej Europy - pisma stylizowane na starożytne lub wczesnośredniowieczne powstawały w czasach nowożytnych wcale licznie. Na przykład ważną rolę w rozbudzeniu czeskiej świadomości narodowej (poprzez "poprawienie" historii i położenie nacisku na heroizm przodków) odegrały dwa XIX-wieczne falsyfikaty autorstwa Václava Hanki i Josefa Lindy - Rękopis królowodworskiRękopis zielonogórski. Z kolei jeszcze w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej na porządku dziennym było tworzenie fantastycznych genealogii rodów szlacheckich, bowiem łączenie przodków z wielkimi postaciami świata antycznego zaspokajało megalomańskie ambicje. Tego typu utwory są w nauce przydatne jako źródło do badania mentalności czasów nowożytnych, a nie dokumenty opisujące przeszłość.

Również nienaukowe, niekonsekwentne i nieuczciwe jest podejście wielkolechickich "autorytetów" do źródeł związanych swoją genezą z Kościołem. Olbrzymia większość badań nad średniowieczną historią Europy Środkowej opiera się na pracach ówczesnych biskupów i mnichów. Wielko-Lechici - chociaż mówią o watykańsko-niemieckim spisku - chętnie korzystają z tych dokumentów, a powoływanie się na opinię ludzi powiązanych z rzekomą antysłowiańską koalicją w ogóle im nie przeszkadza. A przecież, gdyby chcieli być konsekwentni i działać logicznie, powinni z założenia odrzucać każdy przekaz wytworzony w kręgu Kościoła. Gdy jednak z prac autorów katolickich można wyprowadzić wygodną i użyteczną narrację (średniowieczni twórcy często powielali w swoich utworach znane im z innych krajów legendy), biskupi nagle okazują się dla turbo-Słowian... pisarzami godnymi zaufania.

(...) Spór o pochodzenie Słowian (koncepcja autochtoniczna lub allochtoniczna) jest znany nauce od dekad i bez wątpienia mieści się w granicach naturalnego ścierania się różnych poglądów. Problem zaczyna się wtedy, gdy do koncepcji rozważanych przez historyków oraz archeologów próbuje dołączyć się ideologię. Tak było w przeszłości, gdy obie koncepcje służyły nie tylko opisaniu przeszłości i poznaniu prawdy, ale również uzasadnieniu ówczesnej obecności bądź to Polaków, bądź Niemców w zachodnich regionach naszego kraju. Z przyczyn politycznych (w tym również antychrześcijańskich) teoria autochtoniczna była również lansowana w PRL.

Dziś, chociaż historia starożytna ziem polskich nie jest już obiektem zainteresowania polityków i polem pracy propagandzistów, nauka dotycząca tego okresu ciągle cierpi z powodu pozanaukowego zainteresowania nią. Ideolodzy Wielkiej Lechii niczym rzep psiego ogona uczepili się teorii autochtonicznej, bowiem bez dowiedzenia obecności Słowian w Europie Środkowej od tysięcy lat nie sposób w ogóle mówić o jakimś prastarym imperium.

Ostatnio z pomocą przyszła im na przykład genetyka - istnienie dziedzicznych haplogrup i występująca dość często wśród Polaków haplogrupa R1a1. Nagle, ni stąd, ni zowąd, grupy internetowych zapaleńców i samozwańczych badaczy zaczęły wypowiadać się nie tylko w dziedzinie archeologii, językoznawstwa czy historii, ale również genetyki - i to w sposób stanowczy, widząc w popularności jednej haplogrupy dowód potwierdzający ich teorie. I to pomimo faktu, że R1a1 występuje często nie tylko u Polaków (czy szerzej Słowian), ale również narodów germańskich, mieszkańców Indii, Iranu czy nawet nieindoeuropejskich, bo ugrofińskich Węgrów i Estończyków oraz turskich Kirgizów.

Wobec tego dlaczego haplogrupa R1a1 miałaby stanowić dowód na istnienie akurat polskiego imperium, a nie na cywilizacyjny sukces Wielkiego Kirgistanu i podbój Europy Środkowej przez ten turski lud? Być może dlatego, że ów scenariusz - równie absurdalny co założenia Wielkiej Lechii - mógłby nie znaleźć poklasku wśród tych spośród turbo-Słowian, którzy, niczym niemieccy narodowi socjaliści, mówią o związkach z... Ariami (nazistowską koncepcję ariozofii "rozwinęli" w czasach upadku Związku Sowieckiego rosyjscy okultyści tworząc "Ario-Słowian").

Jednak opieranie prehistorycznych teorii na haplogrupach jest wątpliwe pod względem naukowym również dlatego, że niełatwo o materiał porównawczy. Ludność stojąca zarówno za archeologiczną kulturą łużycką, jak i kulturą przeworską praktykowała najczęściej pochówek w obrządku całopalnym, co najzwyczajniej w świecie utrudnia lub nawet uniemożliwia ich genetyczną identyfikację.

(...) Posiadanie narodowej historii liczącej 4000 lat byłoby z pewnością rzeczą przyjemną. Może nawet poznawane w szkole cywilizacje starożytnego Bliskiego Wschodu oraz Imperium Rzymskie stałyby się dla polskiego ucznia bliższe, gdyby opisowi wynalezienia pisma czy podboju Galii przez Juliusza Cezara towarzyszyły wojny z przodkami Polaków. Nie możemy jednak godzić się na fałsz oparty na słodkich kłamstewkach suflowanych nam przez wielkolechickich ideologów, na fałsz, którego rodowód łączyć można z teoriami niemieckich narodowych socjalistów oraz rosyjskich okultystów.

Wszak kłamstwo ma zawsze krótkie nogi, a oparte na fałszu pokonywanie pewnych kompleksów i poprawianie narodowego samopoczucia musi skończyć się tragicznie. Szczególnie że chcąc poczuć dumę, nie musimy sięgać do absurdalnych i ociekających antyklerykalizmem koncepcji internetowych pseudonaukowców. Mamy przecież ponad tysiąc lat fascynującej i ciągle nie w pełni poznanej historii Polski i Polaków".

*

Kamil Janicki, pisarz i publicysta specjalizujący się w dziejach II Rzeczypospolitej, z wykształcenia historyk, potraktował rewelacje Janusza Bieszka następująco:

"Bazując na falsyfikatach, podróbkach i mistyfikacjach łatwo wykreować dodatkowe kilka tysięcy lat rzekomej, chwalebnej historii Polski. I na tym właśnie opierają się teorie turbo-Lechitów: na materiałach kompletnie fikcyjnych. W swojej nowej książce poświęconej słowiańskim wierzeniom sprzed chrystianizacji (Religie dawnych Słowian) wybitny mediewista doktor habilitowany Dariusz A. Sikorski wymienia całą masę źródeł, które zupełnie opacznie zrozumiano lub które nie są niczym więcej, jak tylko fałszerstwami.

To między innymi na nich swoje wizje dziejów budują zwolennicy Wielkiej Lechii: dyletanci przekonani, że istnieje międzynarodowy spisek mający na celu ukrycie prawdy o polskiej historii. Prawdy, zgodnie z którą ponoć polskie mocarstwo istniało przez tysiące lat, nasi władcy ścierali się na bałkańskiej granicy już z Aleksandrem Macedońskim, a kultura Słowian pod każdym względem przerastała te sąsiednie..."

"Dla wielu polskich historyków XIX wieku Kronika Prokosza była niczym objawienie - twierdzi Dariusz Aandrzej Sikorski, polski historyk mediewista, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. - Otwierała okno na świat najdawniejszego i zupełnie niepoznanego obszaru dziejów Polski. (...) W jej treść uwierzył nawet sławny Julian Ursyn Niemcewicz".

Ale do czasu. Gwóźdź do trumny Kroniki Prokosza wbił wspomniany już wcześniej słynny polski historyk Joachim Lelewel, którego zwolennicy turbolechictwa opluwają dziś na potęgę, wykorzystując przy tym jego cudzoziemskie korzenie. (Rodzina rzeczywiście pochodziła z Austrii, gdzie początkowo nosiła nazwisko von Loelhöffel. W XVII wieku przeniosła się do Prus wschodnich, uzyskując indygenat z nazwiskiem Loelhöffel von Löwensprung. W roku Karol Maurycy von Löwensprung, ojciec Joachima, otrzymał polski indygenat ze zmianą nazwiska na Lelewel).

Wspomniani wyżej naukowcy (oraz wielu innych), rozprawiają się również z wieloma kolejnymi, przytaczanymi przez Janusza Bieszka "dowodami".

Na przykład pod koniec XVII wieku we wsi Prilwitz w Meklemburgii (dziś północnowschodnie Niemcy) pastor Fryderyk Sponholtz miał wykopać w przykościelnym ogrodzie kilkadziesiąt figurek z brązu, oraz naczynia i sprzęty obrzędowe z osobliwymi inskrypcjami przypominającymi runy. Początkowo wspominano o 50 elementach, później zaczęły one "cudownie" rosnąć, aż przekroczyły liczbę 100. Odkrycie ogłoszono dopiero kilkadziesiąt lat później. Według ówczesnych badaczy były to pamiątki po sławnej średniowiecznej świątyni słowiańskiej w Retrze (Radogoszczy, którą w swojej kronice z X wieku opisał merseburski biskup Thietmar). Znajdowała się ona na terytorium wspólnoty plemiennej Redarów, a czczono w niej boga Radegasta (Swarożyca) - jego złoty posąg opisywali chrześcijańscy kronikarze.

Tzw. idole prilwickie obalały pogląd, jakoby Słowianie do czasu stworzenia alfabetu przez misjonarzy Cyryla i Metodego byli niepiśmienni, dowodząc, że podobnie jak Skandynawowie, już w okresie przedchrześcijańskim posiadali własny system pisma, a tym samym nie ustępowali wcale Niemcom czy Grekom. "Niestety - jak twierdzą zwolennicy teorii Wielkiej Lechii-runy słowiańskie z Retry w kolejnych wiekach pozostawały tematem tabu, zwłaszcza w nauce niemieckiej, bo nie pasowały do nacjonalistycznych teorii o wyższości cywilizacyjnej ludności germańskiej nad słowiańską".

"Odnalezienie" idoli priwlickich stało się wielkim wydarzeniem w ówczesnej Europie i początkowo badacze powszechnie przyjęli ich autentyczność. Oszustwu dał się zwieść m.in. Jan Potocki, który w 1794 roku osobiście odwiedził miejsca ich rzekomego odkrycia, wykonał rysunki części z nich, a całą sprawę nagłośnił w wydanej w 1795 w Hamburgu relacji z podróży po Niemczech. O autentyczności znalezisk z Prillwitz było przekonanych wiele autorytetów naukowych ówczesnych czasów, dał się na nie nabrać - jak dziecko - również Joahim Lelewel.

Już jednak w drugiej połowie XIX wieku, dzięki odkryciom archeologicznym stało się jasne, że sensacyjne "idole prillwickie" są niczym innym jak zwykłymi odlanymi z brązu falsyfikatami, w dodatku jeszcze wykonanymi dość niezdarnie. Dla zmylenia ludzi przemieszano je z paroma autentycznymi, ale nie mającymi nic wspólnego ze słowiańską kulturą. W 1883 roku polski językoznawca i etnograf Roman Zawiśliński zauważył, że niektóre z run umieszczonych na posągach podobne są do tych, widocznych na 262 stronie dzieła Hansa Heinricha Klüvera z 1737 roku pod tytułem Beschreibung des Hertzogthums Mecklenburg. Odnosząc się do zapisanych nazw stwierdził: "Nawet na bóstwie zwanym u Mascha Schwayxtix położono bez namysłu Belbock, zepsute imię słowiańskie, obok zepsutego litewskiego, czemu fałszerz nie winien, bo z drukowanego kopiował dzieła".

Chociaż nie mają żadnej naukowej wartości, przechowywane są do dziś w muzeum w Schwerinie. Być może dlatego dla turbosłowian stanowią kolejny dowód spisku, mającego na celu ukrycie prawdy o chwalebnych osiągnięciach rodzimej kultury.

Kolejną bzdurę ogłosił drukiem w 1981 roku Ludwik Stomma w książce Słońce rodzi się 13 grudnia, będącej rozwinięciem jego wcześniejszej pracy doktorskiej. Zdaniem Stommy prosta ludność w Polsce nawet blisko tysiąc lat po chrystianizacji wciąż kierowała się kalendarzem astronomicznym, odmiennym od oficjalnego, wprowadzonego przez reformę gregoriańską. Sławny antropolog stwierdził również, że udało mu się zlokalizować najprawdziwsze ludowe obserwatorium, którym chłopi posługiwali się jeszcze w początkach XX wiek

To "polskie Stonehenge" wzbudziło ogromne zainteresowanie naukowego świata: Ciąg dalszy afery streścił Dariusz A. Sikorski na kartach Religii dawnych Słowian: "Wnioski autora, jak i odkrycie, że jeszcze do niedawna chłopi prowadzili obserwacje astronomiczne, aby ustalić kalendarz świąt, brzmiały rewelacyjnie. Przyciągnęło to uwagę innych badaczy zaintrygowanych ciekawym przypadkiem. Gdy jednak próbowali dowiedzieć się czegoś więcej, okazało się, że pomijając błędne założenia astronomiczne, które stoją u podstaw głoszonej tezy, istnienie owego wiejskiego obserwatorium było wymysłem Stommy. Sam antropolog nie przyznał się do fałszerstwa, a co najwyżej - do nieistotnego błędu, który nie wpływał na całość pracy. O swoich krytykach pisał, że zniżają się do "jawnych insynuacji". Jednemu z nich zarzucił też, niby to w formie zgryźliwego żartu, że należałoby sprawdzić czy nie jest analfabetą".

*

Niezbyt przychylnie - mówiąc delikatnie - obeszli się z pracami pana Bieszka autorzy bloga Sigillum Autenthicum. Blog Sigillum Authenticum (Dowód autentyczności) powstał w 2015 roku. Jego zadaniem jest - zgodnie z twierdzeniem autorów - dementowanie rozmaitych fałszerstw, jakie możemy napotkać w sieci.

"(...) Janusz Bieszk w swojej książce Słowiańscy królowie Lechii nie udowodnił niczego. Jego praca posiada niezliczoną liczbę katastrofalnych (w wielu przypadkach szkolnych) błędów. Pokazaliśmy tylko pewną część błędów, a nie wszystkie, bo jest ich zdecydowanie za dużo. Lektura książki autora może tylko i wyłącznie wprowadzić czytelnika w błędne przeświadczenie, co w przypadku młodego odbiorcy może mieć kolosalne znaczenie w jego rozwoju i ukształtowaniu świadomości historycznej.

(...) Na tym kończymy naszą drogę dowodową. Pierwotnie wykazanie błędów merytorycznych miało dotyczyć również niedawno wydanej książki J. Bieszka Chrześcijańscy królowie Lechii. Publikacja ta nie mieści się jednak w obszarze procesu dowodowego, gdyż zawiera jeszcze więcej błędów [od poprzedniej], tak że nie należy jej traktować jako książki historycznej".

Po recenzji książki Słowiańscy królowie Lechii. Polska starożytna autorzy wspomnianego bloga postanowili wysłać jej treść wraz z oceną do autora, aby się ustosunkował. "Wszak zapewniał nas w liście, że nie unika wymiany poglądów". Janusz Bieszk odpowiedział na wszystkie postawione zarzuty, takimi oto słowami (pisownia i składnia oryginalna):

"Redakcja S.A. - przejrzałem i podtrzymuje swoje tezy i wnioski zawarte w książce a na dalsze dyskusje czy polemiki akademickie nie mam ochoty, czasu i szkoda mi energii. Każdy ma swój punkt widzenia, który musi się obronić, ale nie w wąskiej grupce naukowej z jej interesami tylko w społeczeństwie, które akceptuje treść książki lub nie! Moje książki się obroniły i np. dziś 29.09.2016 roku w empiku na 100 najlepiej sprzedających się książek w dziale Historia; niezmiennie Słowiańscy królowie...- miejsce 1, Chrześcijańscy królowie - miejsce 3-4 a Cywilizacje kosmiczne ...- miejsce 7-8. Trzy moje książki w pierwszej dziesiątce.

Nauka historyczna zapomniała, że powinna służyć Społeczeństwu swojemu Suwerenowi, któremu żadna partia, religia czy siły pozaborowe nie mają prawa odbierać wiedzy historycznej, ale zapomniała o tym i dalej utrzymuje np. dynastię majordomową (piastowską), a nie króla Koszyszko (Prokosz, Historya Polski (Polanii) i dynastię lechicką, Ja Ja Die Dienastie der Lechen z dzieła zaborcy Die Theilung Polens, prawda? A jak nie rozumie The Nuremberg Chronicle to niech przeczyta o Lechach (Lechitach) i Sarmatach w Bawarii, Szwabii i w tzw. Germanii (Bratnia Ziemia),w Kronice czeskiej z początku XI wieku lub Rocznikach Długosza. Żałosny argument z Dyjamentowskim ur. w 1694 roku, który przy pisaniu kroniki Prokosza miałby tylko ok. 10 lat? - przeczytajcie wreszcie Prokosza! i Wstęp w mojej nowej książce Chrześcijańscy... A co z tablicą na kolumnie Zygmunta w W-wie, gdzie Zygmunt Waza został ogłoszony przez syna króla Władysława 44. królem polskim w szeregu?! Gdzie i kiedy polska nauka ogłosiła poczet tych królów, gdzie Mieszko I jest dopiero 20. królem a 19 przed nim - policzcie Panowie i to jest nauka? Mógłbym tak w nieskończoność ale i tak Społeczeństwo rozliczy nasza historiografię - jest to kwestia czasu ! Pozdrawiam przy okazji dwóch Waszych komentatorów; jedna to chyba Pani od "tupnięcia nogą" i Pan, który wyśmiewał moje źródło z Buenos Aires i co nie głupio Panu?, bo tutaj trzeba znać j. hiszpański a Prof. Starża-Kopytyński ma wielką wiedzę i pracował w Instytucie Genealogii i właśnie jest potomkiem starodawnego rodu Starżów herbu Topór, o którym chyba Pan nie słyszał? Bez obrazy - Pozostawiam Państwa w Waszej Wieży z Kości Słoniowej-Samouwielbienia i Wielkich Metod Badawczych! Proszę te pospiesznie napisane słowa opublikować dla Waszych komentatorów.

Pozostaje z poważaniem i żegnam Janusz Bieszk".

*

Wszystkie fakty historyczne i cała metodologia stoją po stronie nauki, jednak w dobie internetu, tak zwanych fake news (czyli po prostu ordynarnych kłamstw) oraz powszechnego upadku autorytetów, akademiccy historycy często okazują się bezradni wobec pleniącej się pseudonauki, nieposkromionej, nieznającej wędzidła, jak czad zatruwającej umysły, odbierającej ludziom rozsądek, mącącej w głowach, upijającej, paraliżującej przezorność, uczciwość i rozwagę. Niestety, żyjemy w czasach, w których nauka jako zespół dyscyplin znacznie straciła w świadomości społecznej swoją wartość.

W końcu jednak nauka przeszła do kontrataku! Obok wymienionych opinii w księgarniach ukazała się niedawno książka zatytułowana Fantazmat Wielkiej Lechii Artura Wójcika z wiele mówiącym podtytułem: "Jak pseudonauka zawładnęła umysłami Polaków".

"Świat potężnych Lechitów to fantazmat, który obecnie pewne grupy starają się przedstawić jako fakt historyczny, a wszelkie uzasadnienia jego istnienia są barwnymi konfabulacjami - pisze autor we wstępie, uzasadniając potem bardzo szeroko swoją negatywną opinię. - (...) Nie wszyscy zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji. Zdarza się, że wieloletnie badania naukowe zestawia się ze słowami samozwańczego lekarza, który twierdzi, że nowotwór można wyleczyć za pomocą witaminy C, a w swoim sklepie internetowym sprzedaje strukturyzatory wody pitnej za 2 tys. 500 zł. Choć narracja o Wielkiej Lechii w przeciwieństwie do paramedycyny nie może bezpośrednio wyrządzić uszczerbku na zdrowiu (przynajmniej w fizycznym wymiarze), to łączy je wspólna cecha: przekonanie, że wszystko można wytłumaczyć bez posługiwania się faktami. (...) To internet, przy wszystkich swoich niezaprzeczalnych zaletach, jest siedliskiem propagowania wielu pseudonaukowych tez, dając o wiele większe możliwości działania niż książki czy gazety. Wirtualną treść można bez skrępowania umieszczać i udostępniać na portalach, blogach, forach, mediach społecznościowych itd. Możemy prezentować swoje poglądy, przeglądać interesujące nas tematy, lajkować, dyskutować, hejtować czy nawet trollować. Możemy również wypowiadać się w sprawach, o których nie mamy większego pojęcia i stwarzać tym samym różnego rodzaju fantazmaty, których nie da się racjonalnie udowodnić. Niektórzy w tej złotej wolności słowa czują się jak ryby w wodzie, bo internet nie wymaga rzetelnego uwiarygodniania prezentowanych informacji. W tej sieciowej wojnie na wymianę informacji, infografik czy memów fachowa wiedza po prostu ginie. Internet stał się siłą, dzięki której rzesza ludzi potrafi uwierzyć niemalże we wszystko, jeśli tylko ma odpowiednio silne podłoże emocjonalne. To właśnie tam kończy się nauka, a zaczyna pseudonauka.

(...) Zwolennicy Lechii nie potrafią przyjąć do wiadomości obiektywnych argumentów, udowadniających, że nie ma znalezisk monet, fragmentów budowli, przedmiotów kultu czy charakterystycznego rzemiosła, które potwierdzałoby istnienie Wielkiej Lechii. Nie ma możliwości, żeby te przedmioty i artefakty zniszczono, spalono lub wykopano, nie pozostawiając przy tym śladów naruszeń gleby i warstw archeologicznych, bo przecież taka ingerencja byłaby widoczna przy dzisiejszych możliwościach badań odkrywkowych.

Wszystkie (...) opowieści o Wielkiej Lechii, jedne mniej, drugie bardziej wiarygodne, pochodzą ze średniowiecznych i nowożytnych kronik, w których dziejopisarze starali się zrekonstruować przeszłość narodu poprzez opisywanie legendarnych postaci Lecha, Sarmata czy Lestka. Owi kronikarze nie posiadali tak rozbudowanej wiedzy jak dzisiejsi historycy, dlatego tworzyli własną koncepcję starożytnych Polaków, inspirując się motywami zaczerpniętymi z pism antycznych autorów lub z Biblii. Skąd mamy jednak pewność, że Lechia, opisywana wszak przez kilkanaście źródeł średniowiecznych i nowożytnych, nie istniała w rzeczywistości? W dyspucie tej należy zacząć od tego, że współcześni zwolennicy Lechii nie poddają krytycznej analizie przeczytanych fragmentów źródeł, lecz wyrywają poszczególne frazy z kontekstu, przedstawiając je jako dowód na historyczność Lechii. Posługując się wyszukiwarkami internetowymi i metodą kopiuj - wklej, szukają konkretnych fraz (np. Lechia), docierając w ten sposób do kolejnych nowych "dzieł", w których pojawiają się żądane słowa. Nie sięgają przy tym ani do tekstów w językach oryginalnych (najczęściej chodzi o teksty średniowieczne spisane w języku łacińskim), ani do opracowanych przez naukowców wydań krytycznych źródeł. Wykorzystują za to chętnie nieścisłe i archaiczne tłumaczenia na język polski. Każdą leciwą książkę, w której mowa jest o Lechitach, traktują jako kolejny koronny dowód, nie zdając sobie sprawy z postępu w badaniach naukowych i nie mając umiejętności prawidłowej pracy ze źródłami.

Sytuację z dowodzeniem o historyczności Wielkiej Lechii można porównać do współczesnego autora, który twierdziłby w swojej monografii, że Polska graniczy z Mandżurią, a Związek Sowiecki nigdy nie upadł. Inni natchnieni ową książką autorzy zaczęliby bezkrytycznie powtarzać takie tezy w kolejnych publikacjach, dodatkowo reinterpretując je na swoją modłę. Za 500 lat ktoś odnalazłby te książki i szczerze się oburzył: "Patrzcie! Polska graniczyła z Mandżurią, a Związek Sowiecki istniał jeszcze w 2019 roku! Eureka! Dlaczego naukowcy o tym nie mówią?! Dlaczego naszych dzieci nie uczy się o tym w szkołach?! Czy te szkoły są w ogóle nasze?!".

Podobnie rzecz się ma z dziejopisarstwem dotyczącym Wielkiej Lechii. Wielu zapomina, że historię nie zawsze rozumiano tak jak dzisiaj. Historia jako nauka dla żyjących w czasach średniowiecznych czy nowożytnych nie była zespołem dyscyplin, które w sposób empiryczny i racjonalny miały wyjaśniać poszczególne elementy działalności człowieka. Kronikarze i dziejopisarze nie skupiali się tylko na opisywaniu zdarzeń z przeszłości, ale także na etyce, filozofii i moralności. Teksty miały wtedy nadawać poczucie sensu egzystencji w danej wspólnocie politycznej i utwierdzać w przekonaniu, dlaczego istnieje taki, a nie inny porządek społeczny. Średniowieczni i nowożytni autorzy nie znali przy tym krytyki źródła, bo wyłoniła się ona dopiero wtedy, gdy zaczęto dostrzegać, że opisy te nie są ze sobą spójne i wcale nie muszą opisywać wiarygodnych wydarzeń".

Według Artura Wójcika całą ideową historię Polski w narracji turbosłowiańskiej możemy zawęzić do 10 założeń:

1. Polska nigdy nie była chrześcijańska. Wiara chrześcijańska została nam narzucona w momencie, kiedy byliśmy już wielowiekowym państwem z własną (słowiańską) religią i tradycjami. Nawet jeśli zmuszono nas do bycia chrześcijanami, to byliśmy nimi na swój sposób.

2. Poczucie zagrożenia bytu narodowego. Podkreślanie naszej odrębności kulturowej od cywilizacji zachodniej, której wyrazicielem na naszych ziemiach jest kultura łacińska i chrześcijaństwo. Wynika to z naszych wartości, które bliższe są Wschodowi niż postępowej kulturze zachodniej. Potępianie imperializmu Zachodu (USA, Francja, Wielka Brytania, Niemcy) przy jednoczesnej akceptacji imperializmu wschodniego - rosyjskiego.

3. Rdzenność Słowian. Polacy zawsze byli na naszych terenach. Nie było żadnej pustki osadniczej ani wędrówki ze Wschodu. Dowodzą tego genetyka i haplogrupa R1a1. Geny te były zbyt mocne, aby dały się zgermanizować czy zrusyfikować.

4. Rosja jako opiekun tradycji słowiańskiej (prorosyjskość). Polska jest jedną z części większego tworu polityczno-kulturalnego, do którego wchodzą również inne wschodnie narody. Przewodnictwo w tej federacji pełni Rosja, która w czasach zaborów stała się opiekunem słowiańskiej tradycji, zaś o fałszowanie historii należy oskarżać Niemców.

5. Odrzucenie "oficjalnej nauki" i własne poszukiwania "prawdy". Żyjemy w czasach szybkiego postępu technologicznego, nowych odkryć i dowodów, których oficjalna nauka jeszcze długo nie uzna. Metody naukowe należy zastąpić kategorią wiary i subiektywizmu. Każdy wierzy, w co chce, w myśl zasady, że "każdy sobie historię skrobie".

6. Selekcja źródeł. Mimo deklarowanej postępowości badań i konieczności odrzucenia rzekomo archaicznych teorii zwolennicy turbo-Słowiańszczyzny bazują na bezpodstawnych spekulacjach i domysłach. Aby uwiarygodnić swoją narrację, posuwają się do daleko idącej nadinterpretacji przekazów źródłowych.

7. Fanatyczny antyklerykalizm. W konstrukcji każdej teorii o Słowianach bądź Wielkiej Lechii powinno znaleźć się oskarżenie Kościoła katolickiego o niszczenie starożytnej historii Polaków. Patologiczna nienawiść zwolenników turbo-Słowiaństwa do instytucji kościelnych jest tak duża, że zastępuje wszelkie merytoryczne argumenty i racjonalną ocenę.

8. Antysemityzm. W środowiskach spiskowych odpowiedzialność za wszelkie zło na świecie ponoszą również Żydzi. W przypadku Wielkiej Lechii przybiera to formę specyficznej niechęci do wyznawców judaizmu. Turbo-Lechici uważają bowiem, że Jezus był Lechitą, a Żydzi powinni wypłacić należne odszkodowanie za użytkowanie tradycyjnych lechickich miejsc kultu. Jednym z takich miejsc jest rzekomo Betlejem:

"Jezus był arcykapłanem Żydów z Galilei, Galem, wyznawcą nie judaizmu, ale perskiej Zoroastry, poganinem - pisze w książce Wandalowie, czyli Polacy Paweł Szydłowski. - Podaje się on w Biblii za Boga Pana, powtarzając wielokrotnie: Jam jest Pan. Lechici nazywali Pana Lechem. Dlatego miejsce urodzenia Jezusa Pana zapisane hebrajskimi i chaldejskimi literami to Bet Lechem. Po chaldejsku tłumaczy się jako Dom Lecha"10.

9. Pozytywny stosunek do Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (PRL) jako państwa etnicznie słowiańskiego i realizującego interes narodowy. Kościół i elita intelektualna kraju celowo utrzymywały wysoki wskaźnik analfabetyzmu wśród społeczeństwa, aby Polacy pozostawali nieświadomi swojej przedkatolickiej historii. Dopiero PRL miał wykonać pracę u podstaw i zniwelować stopień analfabetyzmu do zera.

10. Wszyscy kłamią. Podatność na mity pseudohistoryczne oznacza także kontestowanie całej otaczającej rzeczywistości: politycy kłamią, lekarze kłamią, fizycy kłamią, telewizja kłamie itp. Dlatego też wyznawcy turbo-Słowiańszczyzny często są zwolennikami ezoteryki, medycyny alternatywnej, antyszczepionkowcami, płaskoziemcami czy wyznawcami UFO.

Namiętnie czytują prasę przeznaczoną dla ludzi poruszających przy tej czynności wargami, w której swoje usługi polecają wielebni nauczyciele wschodnich technik medytacyjnych, hinduscy mistrzowie jogi, media, wróżbici z ręki i z kart tarota, akupunkturzyści, zielarze, parapsycholodzy, tłumacze emanacji, interpretatorzy teorii chaosu, przewodnicy po poprzednim życiu i specjaliści od irygacji odbytnicy11.

*

Kto więc lansuje te wszystkie bzdury o Wielkiej Lechii i tym podobne i dlaczego?

"Trudno jest wskazać pioniera turbo-Słowiańszczyzny - pisze Artur Wójcik. - Pierwocin tego nurtu można się doszukiwać już w staropolskiej historiografii w postaci ekscentrycznego franciszkanina, kapelana lisowczyków Wojciecha Dembołeckiego (1575-1645/1647), który w jednym ze swoich dzieł pt. Wywód jedynowłasnego państwa świata z 1633 roku stwierdził chociażby, że pierwotnym językiem świata był język słowiański i to ówczesna Rzeczypospolita jest jedynym państwem, które ze względów historycznych zasługuje na panowanie nad całym światem".

Na początku XIX wieku pojawiła się tajemnicza postać, ukrywająca się pod pseudonimem Jan Andrault de Buy Antosewicz, która w rękopiśmiennym traktacie zatytułowanym Obrona Kadłubka i Długosza szanowanych dziejopisów polskich przeciwko wieku osiemnastego krytykom, sfrustrowana pisała, co następuje:

"Wieku ośmnastego nowi powątpiewacze Filozofy Pyrhoności umówili się wszystkiemi prawie siłami upodlić Polskie Dzieje niedostatkiem wiadomości przez Kadłubka i Długosza pisane, zarzucając niepewności bytu Lecha, Krakusa, Wandy, Popiela, pierwszych książąt kraju sarmackiego. Z przyczyn? Że nie maią oczywistego u siebie odwiecznych pisarzów świadectwa przekonywaiącego Wiek nasze niedowierczy o ich panowaniu. [...] Niemcy w pismach swoich wielcy Znieważyciele Dziejów Polskich, wielbiąc Niemieckie sprawy, a poniżaiąc dawnych Lechitow Czyny, Łacińską albo Niemiecką głoską przenicowali osób, Imiona i Miast nazwiska. Naród zaś Lechitow nad Sarmatami panuiących, a między niemi i Xiążąt ich pierwotnych złośliwie rzeczeni Autorowie zatarli uwielbioną pamięć, a Polacy niemiecką wiadomością zwiedzeni więcey poddawaiąc ufności zagranicznym pisarzom, niżeli naszym krajowym".

"Jak widać, ta podniosła i nieco emocjonalna wypowiedź autora, sformułowana u progu narodzin historiografii naukowej, jest porównywalna z poziomem argumentacji współczesnych zwolenników fantazmatu lechickiego" - skomentował w swojej książce powyższe wywody Artur Wójcik.

Jako prekursora turbo-Słowian niektórzy wskazują również Stanisława Szukalskiego, "Stacha z Warty", niezwykle barwną postać międzywojennej bohemy artystycznej Warszawy i Krakowa12. Przebywając na emigracji w Stanach Zjednoczonych, Szukalski stworzył w 1940 roku koncepcję zermatyzmu, czyli pochodzenia Polaków z Wyspy Wielkanocnej. Usłyszał wówczas nadawaną przez radio wiadomość o ataku wojsk niemieckich na Danię. Amerykański korespondent znajdował się w Bohuslänie. Słuchając relacji, Szukalski uznał, że nazwa tej miejscowości ma słowiańskie korzenie. W swoim późniejszym liście do papieża Jana Pawła II pisał, że: "(...) jest to Polska nazwa, która uległa zmiękczeniu w milionach szwedzkich ust i która pierwotnie brzmiała "Bogu Slan", co dla nas Polaków znaczy "do Boga Wysłany"".

Następnego dnia po informacji z Bohuslänu Szukalski wypożyczył najstarsze holenderskie mapy Europy. Ich analiza skłoniła go do stwierdzenia, że na terenie Skandynawii znajdują się setki miejscowości, których nazwy wskazują na rodowód słowiański.

Według jego koncepcji mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej mieli przedostać się do Europy, by z miejscowości Zermatt w Szwajcarii przybyć do Polski. Szukalski uważał, że ludzie pierwotni posługiwali się wspólnym językiem (macimową, bądź też protongiem), który dał początek wszystkim innym językom świata.

*

Jeszcze przed II wojną światową ideą Wielkiej Lechii zajmował się Ruch Nacjonalistów Polskich "Zadruga" zapoczątkowany w 1937 roku przez Jana Stachniuka. W czasach dawnych Słowian mianem zadrugi określano wspólnotę rodową. Nazwę tę przejęło następnie wydawane przez RNP pismo, ukazujące się między rokiem 1937 a 1939. Z kolei podwaliny pod "Zadrugę" jako ideę opierającą się na pogańskich wierzeniach, z równoczesnym odrzuceniem chrześcijaństwa oraz wzorca postawy Polaka katolika - położył ruch XIX-wiecznych słowianofilów.

Słowianofilstwo było ideologicznym nurtem myśli politycznej upowszechnianym w XIX stuleciu Rosji, odrzucającym europeizację Rosji i upatrującym szczególną wartość we wszystkim tym, co słowiańskie. Umowną datą rozpoczynającą kształtowanie się słowianofilstwa jest data publikacji artykułu Aleksieja Chomiakowa O starym i nowym z roku 1839. Podstawowym założeniem słowianofilstwa była wiara w możliwość pokojowego i harmonijnego współżycia narodów. Podkreślali również konieczność tworzenia przez ludzi wierzących wspólnoty opartej na prawdzie, miłości i wolności, które ich zdaniem stanowiły podstawę wiary prawosławnej. Funkcjonowanie takiej wspólnoty określali mianem sobornost'. W ocenie słowianofilów analogicznie harmonijne relacje panowały na Rusi Moskiewskiej także między ludem a władcami, co wynikało z wyznawanej wiary prawosławnej. Miała ona określić charakter Rosjan jako ludzi kochających sprawiedliwość i wolność ducha, jak również wspólną pracę. Słowianofile dostrzegali konieczność rozwiązania wielu problemów społecznych Rosji. Inspiracji dla dokonania niezbędnych reform poszukiwali w historii tego kraju, twierdząc, że każde państwo rozwija się w unikatowy sposób i nie może wzorować się na innych. Opowiadali się za usunięciem z Rosji elementów kultury zachodniej, wprowadzonych do kraju przez Piotra Wielkiego, twierdząc, że ich pojawienie się (w szczególności upowszechnianie zachodniego racjonalizmu i legalizmu) zakłóciło harmonijny rozwój społeczeństwa. Za nośniki racjonalizmu (niedającego się pogodzić z miłością i harmonią) uważali Kościół katolicki i Kościoły protestanckie. Argumentowali, że oczyszczenie kultury rosyjskiej z obcych wpływów umożliwiłoby również odnowę kultury europejskiej, gdyż odrodzona Rosja byłaby przykładem dla innych państw. Słowianofile rozwinęli koncepcję Świętej Rusi, utożsamiając ją ze współczesną Rosją carską. W ujęciu tym Rosja była strażniczką nieskażonej tradycji chrześcijańskiej i sprawiedliwego ustroju społecznego. W epoce Mikołaja I Romanowa słowianofilstwo było przede wszystkim konserwatywno-romantyczną utopią idealizującą więzi społeczne typu patriarchalnego. Koncepcja ta dzięki poparciu cara stała się w połowie XIX wieku częścią oficjalnej ideologii państwowej. Stosunek słowianofilów do autokracji carskiej był jednak niejednoznaczny. Z jednej strony, głosząc konieczność budowy wspólnoty opartej na dobrowolnej więzi, krytykowali wszelkie formy przymusu, apelowali o zaprowadzenie w Rosji wolności słowa, druku i wyznania, jak również o uwłaszczenie chłopów, występowali przeciwko biurokracji, ingerowaniu władz w prywatne życie oraz karze śmierci, w związku z czym wiele publikacji słowianofilskich było blokowanych przez cenzurę. Z drugiej strony, uznając grzeszność natury ludzkiej, traktowali istnienie rządów za konieczność, zaś funkcjonowanie samodzierżawia - za ważną rosyjską tradycję. Liberalizacja polityki wewnętrznej za panowania Aleksandra II Romanowa umożliwiła słowianofilom wydawanie własnych czasopism "Russkaja biesieda" oraz "Mołwa" i "Dień". Stali się wówczas ideologami prawego skrzydła liberałów szlacheckich; ich przedstawiciele uczestniczyli w przygotowaniu reformy uwłaszczeniowej 1861 i przyczynili się do usankcjonowania tradycyjnej wspólnoty gminnej (obszczina), która miała, ich zdaniem, zapewnić Rosji bezkonfliktowość rozwoju społecznego. Słowianofile odrzucali zachodnie koncepcje monarchii konstytucyjnej, nigdy jednak nie uznali monarchii absolutnej za jedyną właściwą formę ustrojową. Kreowali natomiast wizje monarchii patriarchalnej, której władca opiera się na zaufaniu ludu, wyrażanym na zwoływanych wiecach. Inspiracją dla słowianofilów był europejski romantyzm, którego idee zostały zaadaptowane na grunt rosyjski i wzbogacone konceptami wywodzącymi się wprost z teologii prawosławnej.W polskiej literaturze naukowej termin "słowianofilstwo" jest używany na określenie wspólnej cechy różnych ideologii postulujących kulturalne lub polityczne jednoczenie Słowian bądź upatrujących szczególną wartość w słowiańskich pierwiastkach polskiej historii narodowej. Tak rozumiane słowianofilstwo było rozpowszechnione w Polsce zwłaszcza w pierwszej połowie XIX wieku. Szczególnie aktywnym ośrodkiem polskiej myśli słowianofilskiej była w latach 30. grupa literatów lwowskich, wydawców i współorganizatorów almanachu "Ziewonia".

"Zadruga" głosiła otwarcie, że to zadrużny ruch narodowy jest tym prawdziwym dalszym ciągiem polskiego nacjonalizmu z pierwszych lat jego działalności, jego twórczym rozwinięciem. Nowoczesny polski nacjonalizm zapoczątkowany działalnością Jana Popławskiego (1854-1908) znalazł w "Zadrudze" swego prawowitego spadkobiercę, zaś Narodowa Demokracja odeszła od jej własnych zdrowych korzeni. Najistotniejsze zadanie polegało na uzdrowieniu polskiego charakteru narodowego. Przedstawiciele środowisk narodowych główny zarzut wobec "Zadrugi" czynili z jej antychrześcijańskiego charakteru. Wacław Cichowski na łamach narodowo-radykalnej "Falangi" pisał m.in.:

""Zadruga" nawróciła się na pogańską wiarę dopiero od paru numerów, tj. od grudnia, poprzednio bowiem przez kilkanaście miesięcy reprezentowała połączenie tendencji nacjonalistyczno-faszystowskich ze światopoglądem kompletnie ateistycznym odrzucającym istnienie Boga osobowego i nieśmiertelność duszy - połączenie mające swe odpowiedniki w niektórych nacjonalizmach egzotycznych (np. turecki); dopiero gdzieś w adwencie roku ubiegłego ozdobiono ten bezbożniczy faszyzm doktryną o chrześcijaństwie, jako intrydze żydowskiej i pewnymi reminiscencjami z pierwotnej religii Słowian. W rezultacie cała redakcja wykazała wiedzę w dziedzinie historii religii, a nawet historii ogólnej na poziomie docentów uniwersytetu ludowego z ul. Gęsiej. Dla poznania koncepcji tych nie potrzebowaliśmy czekać aż na ostatni numer "Zadrugi", trzeba atoli przyznać, że niegdyś zapładniały one dzieła naprawdę poważne. Antychrysta Nietzschego czyta człowiek wierzący czy niewierzący z szacunkiem, Julian Apostata Asnyka jest utworem naprawdę pięknym, Historia upadku Imperium Rzymskiego Gibbona dotychczas nie straciła swej wartości - niestety, redaktorzy "Zadrugi" zaczęli proces cofania się umysłowego do poziomu pradziadów woźnych Mieszka I od tego, że o wymienionych pracach nic nie wiedzą, za cały zaś Stary Testament swego nowego objawienia przyjęli parę felietonów jakiegoś poganina (w rosyjskim znaczeniu tego słowa) nalewkowsko-amerykańskiego.

Filozofia zadrużan opierała się na opozycji między "kulturą" (tzn. twórczym i dynamicznym przekształcaniem rzeczywistości) a "wspakkulturą" (czyli tendencjom stagnacyjnym i społecznej apatii). Projekty polityczne Zadrugi miały charakter etatystyczny i totalistyczny. Gospodarka byłaby upaństwowiona i planowa, co miało pozwolić na wielką modernizację i stworzenie zaawansowanej technologicznie cywilizacji. Kultura jest historycznym procesem uprawy człowieka tak, aby zwiększała się jego moc sprawcza, panowanie nad naturą. Przejawia się w kulturowytworach. To, co sprzyja przyrostowi mocy sprawczej człowieka, należy do sfery kultury, zaś to, co sprzyja obecnym w człowieku (jak u wszystkich ssaków) tendencjom do bytowania jedynie na poziomie wegetacji, kwietystycznym - jest wspakkulturą".

Chrześcijaństwo jest wspakulturą głównie z uwagi na spirytualizm i wszechmiłość. Ale w cywilizacji zachodu znana jest od XVIII wieku wspakultura laicka - oświecenie, wysuwające na plan pierwszy personalizm i wszechmiłość oraz hedonizm, ale w połączeniu z ateizmem, deizmem lub agnostycyzmem. Ta formacja dominuje obecnie w kulturach wywodzących się z Europy Zachodniej. Postulat nawiązania do słowiańskich źródeł kultury wynika z faktu, że przedstawiają one sobą zdrowy czynny stosunek wobec życia, (który w szczytowej formie przejawił się w antycznej Grecji nie zaś z tego, że same w sobie jako słowiańskie miałyby być lepsze. Ten sam stosunek przejawił się zresztą u innych ludów indoeuropejskich, stanowiąc element ich wspólnego dziedzictwa, który powierzchownie schrystianizowany stał się jedną z istotnych części składowych cywilizacji zachodniej.

Nawiązanie to oznaczało powrót do ducha przedchrześcijańskiego - i w tym sensie można mówić o "Zadrudze" jako o koncepcji neopogańskiej. Jednak - co trzeba podkreślić - nie proponowano powrotu do ówczesnego świata form wyrażających tego ducha - czyli kultu i obrzędowości. Prawosławie było z punktu widzenia zadrużan nawet bardziej wspakulturowe niż katolicyzm - choćby z uwagi na obecną w nim ideę "raba (niewolnika) bożego" i podkreślenie wartości cierpienia jako czegoś rzekomo uszlachetniającego. Dlatego wszelkie koncepcje odrodzenia kultury słowiańskiej z udziałem pierwiastka prawosławnego były sprzeczne z duchem "Zadrugi".

"Naród jest bytem rzeczywistym, istniejącym w wypadku Polaków od średniowiecza, na bazie jeszcze starszych wspólnot. Jednostka ma wobec niego obowiązki niezbywalne" - pod tym względem "Zadruga" podzielała opinie wczesnej endecji (Romana Dmowskiego), na którą się powoływała w opozycji do jej późniejszej ewolucji w stronę formacji narodowo-katolickiej. Stwierdzenie, że nacjonalizm jest postawą naturalną, nie oznacza jednak szowinizmu, który "Zadruga" odrzucała. Podkreślała ona i uzasadniała tezę, że to od wytwarzanego przez kulturę charakteru danej zbiorowości zależy - w ostatecznej instancji - jej los. Inne czynniki (geograficzne, przyrodnicze, antropologiczne) miały znaczenie wtórne. "Ponieważ charakter narodowy wytwarzany jest przez kulturę i przekazywany kolejnym pokoleniom poprzez system wychowawczy (ideomatrycę), to kultura ostatecznie decyduje o słabości lub sile danej zbiorowości, a zatem o jej powodzeniu dziejowym. W obrębie kultury zwłaszcza religia - choćby z racji jej powszechności - najwięcej wpływa na rysy charakteru zbiorowego".

Zwycięstwo kontrreformacji w Polsce zmieniło polski charakter narodowy, gdyż w masach uległy uwewnętrznieniu ideały katolickie oraz utożsamiono katolicyzm z polskością. Polak w masie przestał kierować się interesem narodu i racją stanu, a zaczął interesem Kościoła katolickiego. Był Polakiem językowo i biologicznie, w jakiejś mierze kulturowo (obyczajowość), ale politycznie - tylko katolikiem. Publicystyka zadrużna mówiła o typie "Polakatolika". Zobojętnienie na sprawy narodu i państwa (przy niezobojętnieniu na dobro Kościoła) widoczne jest choćby w porównaniu nakładów społeczeństwa polskiego XVIII wieku na wojsko (małe) i na Kościół (duże). Zmiana charakteru narodu zrodziła wszechstronny upadek doby saskiej, zakończony rozbiorami. Warunkiem odbudowy samodzielnej siły Polaków jest więc przemiana ich kultury i mentalności.

Przebudowa kultury narodowej miała według założeń "Zadrugi" wytworzyć w swoich skutkach nowy typ Polaka, stanowiącego pełnowartościowy materiał ludzki dla budowy nowego społeczeństwa polskiego - Narodowej Wspólnoty Tworzącej. Bezklasowy naród, ale zorganizowany hierarchicznie i zdyscyplinowany głównie mocą wewnętrznego przekonania, mniej zaś państwowego przymusu. Rozszerzenie się koncepcji zadrużnych na inne narody słowiańskie mogło spowodować w dalekiej przyszłości i polityczne zjednoczenie, i wytworzenie się "nadnarodu". Koncepcja ta, podobnie jak większość koncepcji ściśle politycznych, nigdy nie została dopracowana, pozostając na etapie ogólnej idei. Nietrudno odnaleźć tutaj nawiązanie do ideałów panslawizmu i neoslawizmu.

"Zadruga" przez cały okres swojego istnienia pozostała niesformalizowanym ruchem - nigdy nie była organizacją, nie posiadała bowiem cech charakterystycznych dla organizacji, np. formalnego kryterium członkostwa czy statutu. Była środowiskiem zwolenników określonych idei, a w toku swojego rozwoju wywierała wpływ na określone organizacje. Pozostała środowiskiem marginalnym, oceniana na paręset osób w całym kraju. Członkowie "Zadrugi" przyjmowali też imiona słowiańskie, niekiedy podczas okupacji pełniły one funkcję ich konspiracyjnych pseudonimów.

W rządzonym przez komunistów kraju nie udało się odtworzyć środowiska zadrużnego w zorganizowanej i legalnej postaci. W okresie przejściowym - gdy PPR miała do czynienia z silną opozycją zbrojną, a ze względów taktycznych dopuszczano opozycję legalną - środowisko wykorzystywało legalną trybunę, jaką było kierowane przez Tadeusza Jędrzejewskiego pismo "Zryw", jawną kontynuację wydawanego wcześniej przez SZN podziemnego periodyku. Zespół pisma określał się jako ruch neonarodowy. Środowisko "Zrywu" bliskie było postawom pozytywistycznym, akcentując konieczność wzmocnienia potencjału kulturowo-cywilizacyjnego Polski w istniejących realiach. Aresztowanie w 1949 roku grupy zadrużan i ich proces w 1952 zakończyły ten etap istnienia środowiska. Po odwilży gomułkowskiej w 1956 roku zadrużanie tworzyli nieformalne środowisko intelektualne.

Po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku do ideologii "Zadrugi" odwołują się bądź odwoływały między innymi Wydawnictwo Toporzeł, Unia Społeczno-Narodowa i Stowarzyszenie na rzecz Kultury i Tradycji "Niklot".

*

Jeszcze zanim Wielka Lechia wyłoniła się z odmętów internetu, by trafić na półki bestsellerów w księgarniach, na Uniwersytecie Jagiellońskim powstała praca doktorska Piotra Makucha Od Ariów do Sarmatów. Nieznane 2500 lat historii Polaków, cytowana z uwielbieniem przez zwolenników Lechii. Autor twierdzi tam między innymi, że nazwę Wawel można wywieść od biblijnego słowa Babel, a imię mitycznego władcy Krakowa - Krakusa, od króla Persji Cyrusa.

Wskrzeszające ideę Wielkiej Lechii książki Janusza Bieszka wydane zostały (i promowane) przez wydawnictwo Bellona. Sam ten fakt stanowi również część odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie: "Kto więc lansuje te wszystkie bzdury o Wielkiej Lechii i tym podobne i dlaczego?". Wydawnictwo Bellona jest bowiem firmą... dość specyficzną. Jednym z niewątpliwych powodów tego jest zdecydowanie antykatolicki charakter mitycznej Wielkiej Lechii (całą wielkość i wspaniałość imperium zniszczył chrzest Polski...). "(...) u Katolików wiara powoduje blokadę umysłową i z tego wynika niewiedza" - Paweł Szydłowski, Wandalowie, czyli Polacy, s. 176, (wydawnictwo Bellona 2018).

Zaglądając do Wikipedii, możemy przeczytać informację: "Bellona - polskie wydawnictwo specjalizujące się w literaturze historycznej oraz militarnej, powstałe w 1990 na bazie istniejącego w okresie Polski Ludowej Wydawnictwa Ministerstwa Obrony Narodowej"13. To jednak nie wszystko, co ciekawe.

Pod koniec maja 2011 roku wydawnictwo Bellona SA w wyniku prywatyzacji zostało przejęte przez spółkę, na której czele stoi ppłk Zbigniew Czerwiński - członek zarządu Fundacji Archiwum Dokumentacji Historycznej PRL, skupiającej takie postacie jak generał Wojciech Jaruzelski czy sekretarz Czesława Kiszczaka. Współwłaścicielem zwycięskiej firmy był do niedawna... prezes Bellony SA, płk Józef Skrzypiec, były oficer polityczny Ludowego Wojska Polskiego, dobry znajomy Bronisława Komorowskiego.

Dużo więcej światła na charakter Bellony rzuca cytowany poniżej w obszernych fragmentach artykuł Grzegorza Wierzchołowskiego pod tytułem Wydawcy w mundurach.

"Kim jest ppłk Zbigniew Czerwiński, prezes firmy Wydawnictwa Bellona, która wraz z cypryjską Creditero Holdings Ltd nabyła za niecałe 47 mln zł państwową spółkę Bellona SA? To dyrektor ds. wydawniczych i prokurent prywatyzowanej Bellony SA oraz długoletni znajomy Józefa Skrzypca - jej prezesa.

Czerwiński to także członek zarządu Fundacji Archiwum Dokumentacji Historycznej PRL, zrzeszającej wielu przedstawicieli komunistycznego "betonu". W jej radzie nadzorczej można znaleźć takie osobistości, jak: gen. Wojciech Jaruzelski, Andrzej Werblan (wieloletni członek KC PZPR, jeden z głównych ideologów partii komunistycznej), Jerzy Domański (redaktor naczelny lewicowego tygodnika "Przegląd"), Krzysztof Dubiński (sekretarz gen. Czesława Kiszczaka) czy Ryszard Strzelecki-Gomułka (syn Władysława Gomułki).

Należy zaznaczyć, że firma Wydawnictwo Bellona Czerwińskiego jest spółką pracowniczą; przewijają się w niej te same osoby co w prywatyzowanej Bellonie SA. Najważniejszą z nich jest wspominany już płk Józef Skrzypiec - od 1991 roku prezes państwowej Bellony SA, a do listopada 2009 roku - wraz z Czerwińskim - współwłaściciel pracowniczej spółki Wydawnictwo Bellona (czyli tej, która państwową Bellonę SA właśnie kupiła).

(...) Jak sprawdziliśmy, prezes Bellony SA w czasach PRL był oficerem politycznym Ludowego Wojska Polskiego i członkiem PZPR. - Byłem w wydziale oświaty odpowiedzialnym za biblioteki w Wojsku Polskim, a wcześniej kierownikiem klubu i pracownikiem poradni metodycznej kultury i oświaty - przyznaje w rozmowie z "GP" [Gazetą Polską] Skrzypiec. - Zajmowałem się szkoleniem żołnierzy w ramach kształcenia zawodowego - dodaje.

(...)

Skrzypiec został dyrektorem państwowej Bellony w 1991 roku. Trafił tam - mimo komunistycznej przeszłości - dzięki nominacji ówczesnego wiceministra obrony... Bronisława Komorowskiego.

- Nie ukrywam, że dzięki prezydentowi Komorowskiemu w owym czasie awansowałem. To na jego wniosek z instruktora ds. bibliotek zostałem szefem Oddziału Oświaty Departamentu Wychowania Wojska Polskiego. Za jego czasów była przecież weryfikacja, przeszło nas tylko kilku. A ja właśnie wtedy awansowałem. A potem, w 1991 roku, zostałem szefem Bellony, bo minister Komorowski mi zaufał. Powierzył mi funkcję dyrektora wydawnictwa. Później stwierdził w jednym z wywiadów, że była to jedna z jego trzech najlepszych życiowych decyzji - opowiada w rozmowie z "GP" płk Skrzypiec.

Obaj panowie znają się zresztą długo. Jak twierdzi nasz rozmówca, Bronisława Komorowskiego poznał jeszcze w czasie studiów na wydziale historii Uniwersytetu Warszawskiego. - Byliśmy na tym samym roku - mówi.

Płk Skrzypiec i Bronisław Komorowski powinni się także pamiętać ze wspólnej działalności w Fundacji Kultury w Wojsku "Artwoj". Jak ujawniła rok temu "Gazeta Polska", fundacja ta została założona 26 marca 1990 roku, a jej siedziba mieściła się przy ul. Batorego. Nadzór nad nią sprawował ówczesny minister obrony narodowej gen. Florian Siwicki. Władze fundacji stanowiły zarząd oraz Rada Fundatorów, której wiceprezesem był właśnie Bronisław Komorowski. W Radzie Fundatorów znaleźli się z przyszłym prezydentem dawni ideolodzy stanu wojennego (jak gen. Zdzisław Rozbicki) oraz wysocy rangą wojskowi, którzy karierę zrobili w Ludowym Wojsku Polskim, wśród nich Józef Skrzypiec.

Sposoby wydawania pieniędzy przez "Artwoj" budziły kontrowersje, mówiono o tym m.in. w Sejmie. - "Artwoj" ma różną prasę. Po latach jego działalność opisywano źle, być może ze względu na późniejszą, inną perspektywę ocen - komentuje Skrzypiec.

(...)

Bohaterowie prywatyzacji Bellony SA to nie tylko ludzie mający związki z czerwoną generalicją. Drugim członkiem konsorcjum, które kupiło Bellonę, jest bowiem cypryjska Creditero Holding Limited. Egzotyczne pochodzenie kupca jest tu oczywiście mylące, bo Creditero to zwykła spółka celowo powołana na potrzeby konkretnej transakcji (jak można przypuszczać, chodzi o kwestie podatkowe). W rzeczywistości za Creditero stoi znany belgijski deweloper Ghelamco.

Tajemnicą poliszynela jest atrakcyjny zestaw nieruchomości jakim dysponuje Bellona SA. Jak wyliczał niedawno "Dziennik", "Portfolio nieruchomości Bellony obejmuje m.in. działkę w Warszawie na Grzybowskiej 77 (ok. 3,5 tys. mkw.), gdzie znajduje się pięciokondygnacyjny budynek biurowy o łącznej powierzchni ok. 6 tys. mkw. (...) W skład nieruchomości Bellony wchodzą także zabudowane działki w stolicy w kwartale Łucka, Wronia, Grzybowska o łącznej powierzchni gruntu ponad 5 tys. mkw., obiekt biurowy na Woli o łącznej powierzchni blisko 1,5 tys. mkw. oraz kilka lokali handlowo-usługowych w Krakowie".

Przypomnijmy, że te wszystkie grunty i budynki - wraz z całym wydawnictwem, nazwą itd. - zostały sprzedane Belgom i spółce ppłk. Zbigniewa Czerwińskiego za niecałe 47 mln zł. Dla porównania: w 2005 roku na tej samej ulicy (Grzybowskiej) działkę o powierzchni ok. 10 tys. mkw. wraz z budynkiem, który wkrótce po transakcji został rozebrany, sprzedano za blisko 72 mln zł. Sprzedawcą było wówczas Polskie Stronnictwo Ludowe, a nabywcą Dom Development.

(...)

Sprzedaż Bellony SA to kolejny przykład na to, że wojskowi tkwiący korzeniami w PRL bardzo dobrze odnajdują się w specyficznym kapitalizmie III RP.

Podpułkownikowi Zbigniewowi Czerwińskiemu i płk. Józefowi Skrzypcowi przecierał szlaki m.in. gen. Gromosław Czempiński - były oficer wywiadu PRL, potem m.in. szef Urzędu Ochrony Państwa (UOP) i - jak przyznał w wywiadzie dla Niezależnej.pl - współtwórca Platformy Obywatelskiej. W 2006 roku tygodnik "Wprost" pisał o Czempińskim:

"W kwietniu 1996 roku założył firmę Doradztwo GC i rozpoczął ekspansję. W pewnym momencie pracował dla 23 firm. Były wśród nich krajowe i zagraniczne banki (od 2000 roku jest członkiem rady nadzorczej BRE Banku), firmy najbogatszych Polaków (Jana Kulczyka, Sobiesława Zasady), duże spółki (Deloitte & Touche, PLL LOT) i małe firmy (Quantum Group), spółki notowane na giełdzie (Energomontaż Północ, Szeptel). Trudno znaleźć branżę, w której Czempiński nie działał: finanse, telekomunikacja, transport, opakowania dla przemysłu spożywczego (Forcan), a nawet utylizacja opon".

Budową Stadionu Narodowego w Warszawie zajmuje się z kolei spółka Pol-Aqua. "W spółce tej pracowało wielu wojskowych, jak były szef WSI [i były oficer wywiadu wojskowego PRL - przyp. red.], gen. Konstanty Malejczyk. W radzie nadzorczej zasiadają m.in. gen. Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego WP [w latach 80. słuchacz Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR w Moskwie - przyp. red.], i gen. Sławomir Petelicki, były dowódca GROM [a także funkcjonariusz wywiadu PRL - przyp. red.] i członek rady nadzorczej Biotonu Ryszarda Krauzego" - pisała trzy lata temu "Gazeta Polska".

Innym znanym biznesmenem związanym z komunistycznym wywiadem jest były szef WSI kontradmirał Kazimierz Głowacki, który pełnił m.in. funkcję dyrektora Biura Kontroli Wewnętrznej PZU SA (od 2002 roku, czyli w trakcie przejmowania spółki przez Eureko), działał w branży sportowej (członek zarządu i udziałowiec firmy Polsport Serwis), motoryzacyjnej (członek rady nadzorczej spółki Auto-Barcelona), ekologicznej (wiceprezes i udziałowiec Nanopac Polska) i gazowej (członek rady nadzorczej firmy A.P.I. TESTO, budującej m.in. Gazociąg Jamalski)".

Artur Wójcik:

"(...) Prowadząc internetową działalność, chętnie wykorzystują w swojej retoryce nurt turbo-Słowiańszczyzny. Przykładem jest aktor i reżyser inscenizacji historycznych Wojciech Olszański, występujący pod pseudonimem Aleksander Jabłonowski. Jest on prezesem stowarzyszenia Narodowy Front Polski. Znak stowarzyszenia odwołuje się do symboliki słowiańskiej: orzeł stylizowany na tego z powstania wielkopolskiego, na którego korpusie umieszczono dwie swastyki słowiańskie - prawo- i lewoskrętną oraz napis NFP nad głową orła, stylizowany na współczesne pismo runiczne. Olszański znany jest z używania wulgarnego języka oraz występowania w paramilitarnym ubiorze z furażerką na głowie, przyozdobioną Orłem Białym i charakterystycznym mieczykiem Chrobrego - symbolem przedwojennych organizacji narodowych.

Stało się o nim głośno za sprawą ekstrawaganckiego wystąpienia podczas spotkania z posłem na Sejm RP, zasłużonym opozycjonistą z czasów PRL Kornelem Morawieckim, w trakcie którego Olszański w swoim stylu opowiadał o sytuacji Polski na arenie międzynarodowej.

Aktor wspierany był lub jest przez "niezależne" media internetowe: wRealu24 Marcina Roli, eMisjaTV, PorozmawiajmyTV, Centrum Edukacyjne Powiśle Rafała Mossakowskiego, Niezależną Polską TV, Sumienie Narodu TV czy Telewizję Narodową Eugeniusza Sendeckiego. W jednym ze swoich materiałów filmowych Olszański odniósł się do kwestii słowiańskiej:

Ci, którzy są wdrożeni w temat, wiedzą, że Polska nie stała się państwem słowiańskim w 966 roku. Myśmy tylko zmienili w 966 roku... zmieniliśmy orientację religijną na łacińską. Ja się tym bardzo nie przejmuję, dla niektórych jest to bardzo ważne, spać im po nocach nie daje... Ja... nie jestem człowiekiem, który uważa, że przed 966 rokiem w Polsce rósł bór i nic więcej nie było. Nie! Byli Słowianie... byli Słowianie, i to musieli być bardzo dobrze zorganizowani... Zobaczcie, celowo nie wchodzę w szczegóły (...), opowiadam wam same zimne fakty. (...) Nie wypadliśmy sroce spod ogona i nie zaczęliśmy się od momentu, kiedy przyjęliśmy krzyż chrystusowy. To pewne... To pewne...

Olszański znany jest także ze swojej sympatii do Rosji. W jednej z wypowiedzi stwierdził:

My powinniśmy z Rosją trzymać sztamę, gospodarzyć, współpracować..., bo jesteśmy Słowianami... Ja wiem, niektórzy dostaną białej gorączki. Tak, jestem Słowianinem, a ty kolego kim jesteś? Może nie jesteś Słowianinem? No więc, jak nie jesteś Słowianinem, to wypierdalaj, jak ci się nie podoba słowiańska ziemia...

Może ktoś to wykropkuje, ale to jest jedyne sformułowanie. Zobaczcie, tu Ukraińcy, tu Niemcy, tu jakaś inna kolorowa hołota, a nasza młodzież bezcenna, najlepsza z najzdrowszym materiałem genetycznym na Zachód! Pomnażać dochód narodowy Anglii, Niemiec i ich funduszy emerytalnych!".

*

Po przeczytaniu tego, co wcześniej napisano, rodzi się zasadnicze pytanie: jak to możliwe, że w XXI wieku, charakteryzującym się między innymi powszechnym dostępem do wiedzy, ludzie bardziej wolą wierzyć w to, co napisali jacyś blogerzy amatorzy niż w to, co twierdzą naukowcy?

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Pierwsza to chyba taka, że ludzie na ogół nie lubią rozstawać się ze swymi legendami. O wiele bardziej wolą wierzyć w zaklęte księżniczki niż w promienie Roentgena. Co prawda ani jednych, ani drugich nigdy nie widzieli, ale księżniczki - nawet zaklęte - wydają im się o wiele przyjemniejsze.

O kilku innych przyczynach wspomniano wcześniej. Poza tym historia Słowian i plemion polskich pełna jest tajemnic, ale jednocześnie domysłów i białych plam, np. w kwestii wierzeń czy praojczyzny Słowian. Przyznają to uczciwie uczeni. Turbo-Lechici oferują tymczasem gotowe scenariusze, dodając - całkiem słusznie zresztą - że przez lata temat naszych korzeni był traktowany po macoszemu, a polski uczeń, potrafiący wymienić jednym tchem bogów greckich, o słowiańskich nie wie często nic.

Przypisy

1 Jego uczniem był twórca poznańskiej szkoły archeologicznej, prof. Józef Kostrzewski, który stosując bardzo zbliżoną metodologię, doszedł do teorii autochtonicznej, zakładającej historyczną ciągłość osadnictwa słowiańskiego na terenie Polski od prehistorii, przez co stał się głównym polemistą i przeciwnikiem swojego nauczyciela.

2 Badania pod kierunkiem prof. Marka Figlerowicza prowadzone są w ramach projektu "Dynastia i społeczeństwo państwa Piastów w świetle zintegrowanych badań historycznych, antropologicznych i genomicznych", który jest finansowany przez Narodowe Centrum Nauki.

3 Kącina (także chram, kupiszta; niepoprawnie: kontyna, gontyna) - typ budowli sakralnej w religii Słowian. Miejsce spotkań, modlitw, nabożeństw i wróżb, którego funkcję pierwotnie pełniły poświęcone kultowi drzew oraz sił przyrody gaje - słowiańskie odpowiedniki świętych gajów w innych kulturach.

4 Nestor, zwany także Nestorem Kronikarzem lub Nestorem z Kijowa - kronikarz, mnich pieczerskiego monasteru. Nestor pisał, że Słowianie rozeszli się po świecie po zburzeniu wieży Babel. Synowie biblijnego Jafeta udali się na północny zachód. Następnie, uciekając przed Rzymianami, osiedli nad Wisłą.

5 Karol Potkański, właśc. Jan Nepomucen Karol Potkański (1861-1907) - historyk, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, etnograf, badacz regionu, taternik.

6 Przypomina to trochę stary dowcip z okresu istnienia Związku Sowieckiego. Jaki był największy sowiecki matematyk? Pietia Goras.

7 Teoria o Lechii to jednak stary kotlet w nowej panierce, a nie wymysł samego Janusza Bieszka. Opowieści o tym, jak rzymski obywatel Grakchus założył Kraków i jak Polacy-Lechici ścierali się z Macedończykami, spopularyzował w swej kronice już w XIII w. Wincenty Kadłubek. Renesans teorii o "Rzeczpospolitej antycznej" nastąpił w romantyzmie, kiedy znalazły one wielu głosicieli, m.in. archeologa amatora Tadeusza Wolańskiego. Współcześnie ożywił je Bieszk i inni autorzy, również piszący o tym od dawna Czesław Białczyński.

8 Bolesław Zapomniany (Bolesław Mieszkowic) - rzekomy syn Mieszka II i król Polski mający panować w latach 1034-1038, o którym wzmiankę przynosi pochodząca z drugiej połowy XIII w. Kronika wielkopolska.

9 Czynownicy - urzędnicy państwowi w carskiej Rosji, wywodzący się ze szlachty. Wszyscy obywatele tego stanu byli zobowiązani do dożywotniej służby w administracji, która obejmowała 14 stopni (ros. czynów) awansu cywilnego i wojskowego.

10 Może więc pora, aby wyznawców judaizmu poprosić o odszkodowanie za mienie pozostawionie w Palestynie - nic tam w czasach antycznych nie należało do nich. Możemy być pewni, że Żydzi opisani w Biblii nazywali Pana Lechem, bo stąd wywodzi się przecież nazwa Bet Lechem (Betlejem), miejsce urodzenia Pana. [Komentarz Artura Wójcika].

11 Zwolennicy imperium lechickiego doczekali się też własnej muzyki. Mieszkańcy lechickiej krainy gustują w pieśniach i poezji dwójki artystów występujących pod pseudonimami Jaruha i Vedamir, których twórczość nawiązuje do lechickich korzeni. Wspólnie przygotowują płytę Przebudzenie Lechitów. Jaruha zresztą już zasłynął z teledysku Lechistan (180 tys. wyświetleń w serwisie YouTube), w którym śpiewa między innymi takie słowa: "(...) jeszcze Lechia nie zginie, póki my żyjemy / Polska niepodległa to Polska Lechicka (...) odbierzmy, co nasze, wiarę, pismo, ziemię, / bo jesteśmy niepokonane aryjskie plemię".

12 Stanisław Szukalski (1893-1987) - polski rzeźbiarz, malarz, rysownik, projektant i teoretyk, przywódca Szczepu Rogate Serce, grupy artystycznej założonej w 1929 r., skupiającej plastyków poszukujących inspiracji w kulturze dawnej słowiańszczyzny. Po założeniu grupy zaczął wydawać pismo "Krak". Na jego łamach pojawiała się tematyka filozofii artystycznej, a także podkreślanie wagi polskości sztuki w życiu kraju.

13 Pod koniec maja 2011 r. Ministerstwo Skarbu podpisało umowę sprzedaży 85 proc. akcji wydawnictwa Bellona SA na rzecz konsorcjum firmy Creditero Holdings Limited z siedzibą w Limassol na Cyprze i warszawskiej spółki pracowniczej Wydawnictwo Bellona. Wartość transakcji wyniosła niespełna 47 mln zł. Sprzedana spółka słynęła z publikacji książek o tematyce historycznej, współorganizuje m.in. Targi Książki Historycznej, podczas których wręczane są nagrody za najlepsze książki historyczne roku. Do Bellony SA należy także kilka niezwykle cennych nieruchomości w Warszawie i Krakowie.