Sixteen Souls - Rosie Talbot

Kup ebooka

39.00 zł
31.20 zł (30,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PODZIĘKOWANIA

Mówi się, że potrzeba całej wioski, by wychować dziecko. Z książką jest podobnie; to kosztowne przedsięwzięcie, które pochłania mnóstwo uwagi, ale daje niezwykłą satysfakcję. Z pewnością potrzebny był wysiłek całej społeczności i kilka imponujących zwrotów akcji, by Charlie i jego duchy trafili w ręce czytelników.

Na podziękowania w pierwszej kolejności zasłużyła Palomi Kotecha, za nieustające wsparcie i przyjaźń. Bez ciebie zapewne zgubiłabym się w lesie i nie wiedziałabym, ile mam lat. Jeśli cokolwiek osiągnę, to tylko dlatego, że uparcie przypominasz mi, że jestem do tego zdolna. Poza tym dziękuję, że pewnego dnia namówiłaś mnie na kupno smartfona.

Dziękuję tym, którzy jako pierwsi rzucili okiem na moją powieść: stowarzyszeniu Prologue Preservation, Laurze Bartlett i wszystkim w Curtis Brown Creative. Przepraszam, że usunęłam z tekstu wzmiankę o gaciach.

Dziękuję Tash McAdams, która uwierzyła w tę opowieść, gdy najbardziej tego potrzebowałam, oraz Cynthii Murphy, najlepszej mentorce na świecie! Jestem także wdzięczna Lee Newbury'emu, który jest cudownym przyjacielem i wielką inspiracją.

Mam dożywotni dług wobec Reubena Thomasa, który zadbał, by moja opowieść nie była nadmiernie szokująca, oraz Amber i Dana Sidburych za ich porady dotyczące niepełnosprawności Charliego. Biorę na siebie pełną odpowiedzialność za wszelkie pomyłki czy nieścisłości.

Dziękuję mojej cudownej redaktorce Leonie Lock, za entuzjazm wobec książki, nasze spotkania na zoomie, wspaniałe rady wydawnicze oraz (przede wszystkim) za przyjaźń.

Na podziękowania zasługuje także Becka Moor, moja urocza specjalistka od składu, za niezachwianą cierpliwość i piękny wygląd książki.

A teraz poproszę o brawa dla okładki! Jestem zachwycona tym, co stworzył niezwykle utalentowany Andrew Davis. ZACHWYCONA!! Dziękuję, że się zgodziłeś.

Jestem wdzięczna cudownej Yasmin Morrissey, która uwierzyła w Sixteen Souls, podjęła ryzyko i postawiła na tę niezależną powieść, spełniając marzenie autorki. Na podziękowania zasłużyli także Harriet Dunlea, Hannah Griffiths, Ellen Thomson, Claire Yeo, Sarah Dutton i cała ekipa ze Scholastic. To prawdziwy zaszczyt być jedną z waszych pisarek!

Jestem niezwykle wdzięczna za wsparcie moim przyjaciołom z Waterstones Booksellers. Zwłaszcza Lydii, która przeczytała tę opowieść więcej razy, niż ktokolwiek powinien. A także Kurdemu, najlepszemu menedżerowi na świecie, który uwierzył we mnie jako pisarkę. Tabitha stale rozmawiała ze mną na twórcze tematy. Gemma przynosiła domowe wypieki. Ekipa z Cheltenham Festival krzyczała najgłośniej. Do zobaczenia w Bentley's, przyjaciele! Dziękuję także wielu innym pracownikom firmy za promocję mojej dziwacznej opowieści. Żałuję, że nie mogę Wam wszystkim podziękować osobiście.

Moje podziękowania otrzymują pisarze: Lee Newbury (tak, znów ci dziękuję!), Amy McCaw, Brianna Bourne, Marisa Noelle, K.D. Edwards, Erik J. Brown, Menna van Praag, Kathryn Foxfield, Rory Michaelson, H.M. Long, Bex Hogan, Kat Ellis, Dawn Kurtagich, Phil Stamper i Adam Sass, którzy napisali wiele wspaniałych książek i wspierają moją twórczość.

Na szczególne słowa wdzięczności zasługuje cała społeczność BookToka i wszyscy moi internetowi przyjaciele. Bez was nigdy nie wydałabym Sixteen Souls. Dziękuję wszystkim, którzy pisali o mojej książce, zamówili ją przedpremierowo, zrecenzowali lub zorganizowali spotkania w celu wspólnej lektury. Zmieniliście moje życie!

Dziękuję Jacobowi Demlowowi, który był moim najlepszym literackim przyjacielem. Londyn jest pusty bez ciebie.

Dziękuję Becky Albertalli. Słowa nie są w stanie wyrazić wdzięczności, którą czuję za wszystko, co uczyniłaś dla mnie jako biseksualnej kobiety i pisarki, która bała się dzielić swoją twórczością ze światem.

Dziękuję tacie, który nigdy nie przeczyta tej książki, ale i tak w nią wierzy, a także mamie, która jest moją najlepszą przyjaciółką (nawet jeśli uważacie, że to trochę smutne). Dziękuję siostrom, Helly i Emmie, za wspieranie moich marzeń.

A także Edowi. Mój duch będzie nawiedzał twojego ducha.

Na końcu dziękuję wam, drodzy czytelnicy. Za to, że daliście szansę tej dziwnej książce o chaotycznych duchach Yorku. Doceniam to bardziej, niż przypuszczacie.

To niedawno zmarli najbardziej mnie niepokoją. Starsze duchy nie są takie złe. Zawsze mają na sobie kamizele, obcisłe spodnie, gorsety albo szerokie suknie, więc łatwo ich uniknąć - wystarczy spuścić wzrok i założyć słuchawki, a nie zorientują się, że mogę je zobaczyć. Ale świeżo zmarli nie wyróżniają się wyglądem i właśnie to sprawia, że są tak niebezpieczni.

Nie włóczę się bez potrzeby po starej części Yorku, a już na pewno nie chodzę tam sam. Dzisiaj, gdy ostrożnie przemierzam The Shambles, towarzyszy mi Heather, a jej stetoskop zaplątuje się w żółtą smycz, na której wisi szpitalny identyfikator. Nie zmieniła się w ciągu sześciu lat, które upłynęły od jej śmierci: ma takie same potargane warkoczyki, ładną pulchną buzię i nosi szare spodnie z podwyższoną talią oraz wygniecioną koszulę z podwiniętymi rękawami, niezależnie od pogody. Papla swoim słodkim głosikiem, a ja niemal jej nie słucham, ale pozwalam, by jej słowa płynęły swobodnie. Nie zatrzymuję się i próbuję ukryć lekkie utykanie, które nie daje mi spokoju od czasu autobusu.

Protezy zaczęły mnie uwierać. Powinienem był założyć podwójne skarpety, ale wtedy gniazda stają się zbyt ciasne i pod koniec dnia jestem obolały. Teraz już nic na to nie poradzę. Nigdy nie zdejmuję dolnej części nóg w miejscach publicznych, zwłaszcza od czasu, gdy bliźniaczki dorwały się do nich i potraktowały je brokatowymi lakierami mamy. Teraz osłony mienią się na różowo i fioletowo.

Idziemy po bruku. Stare budynki o drewnianych konstrukcjach pochylają się, jakby walczyły o dostęp do światła dziennego. Mam wrażenie, że obie strony ulicy zbliżają się do siebie, jakby zakład jubilerski chciał wyszeptać jakiś sekret sklepikowi z krówkami. Nic tutaj nie jest równe, ani ściany, ani węgary, ani przysadziste drzwi, ani szyby w staroświeckich wiktoriańskich witrynach sklepowych. Nad niektórymi z nich widzę metalowe szyldy w kształcie ciast albo tarcz z kunsztownie zdobionymi metalowymi mocowaniami, dzięki którym trzymają się cegieł, polepy i drewna na ścianach nieczyszczonych od setek lat.

Historia wisi w powietrzu, jak smród, przed którym nie mogę uciec. Tutaj urodził się Guy Fawkes, tutaj powiesili Dicka Turpina, a święta Małgorzata Clitherow została zmiażdżona drzwiami własnego domu. Nic więc dziwnego, że duchów jest tu niemal tak dużo jak turystów.

Często słyszę, że mam starą duszę jak na szesnastolatka, ale to nieprawda. Nie jestem Starą Duszą. Szczerze mówiąc, staram się ich unikać.

Muszę ominąć ducha w obszytym futrem płaszczu, więc udaję nagłe zainteresowanie wystawą śpioszków i kaftaników dla niemowląt. Potem obracam się gwałtownie, jakby ktoś zawołał mnie po imieniu, tak że o mało nie wpada na mnie kobieta w krezie. W odróżnieniu od pozostałych żywych ludzi na ulicy byłbym dla niej równie realny jak ona dla mnie.

Taka jest cena widzenia zmarłych. Potrafią przechodzić przez ściany i przenikać przez żywych, ale ja jestem dla nich istotą z krwi i kości. Mogą mnie dotknąć. Mogą zrobić mi krzywdę. Potrafią być bardzo wymagający oraz niebezpieczni, jeśli ogarnie ich zbytni entuzjazm, a ja nie jestem w stanie im uciec, zanim poleje się krew.

Pieprzyć to.

Wolałbym pojechać autobusem do galerii handlowej Monk's Gate, gdzie posadzki są gładsze i nie ma tylu duchów, ale tutaj znajduje się sklep, który Heather koniecznie chce odwiedzić.

- Co sądzisz o zakładkach do książek z różnymi motywami? - Idzie pół kroku za mną i zachowuje się jak zagubiony duch, który rozpaczliwie próbuje się skomunikować z żyjącymi. Umarli nawiedzają ludzi równie często jak miejsca. W końcu nie mają zbyt wiele do roboty poza snuciem się i narzekaniem, nawet jeśli nie może ich usłyszeć nikt poza mną.

Nie odpowiadam na pytanie; rozmowa z duchem na tak nawiedzonej ulicy byłaby głupotą. Jeszcze przez chwilę trajkocze, wyliczając rozmaite pomysły na prezenty, a ja wciąż udaję, że nie zauważam zbłąkanych dusz, dopóki Heather nie milknie w połowie zdania. Wbrew sobie podążam wzrokiem za jej spojrzeniem i widzę chłopca, który opiera się o futrynę drzwi pobliskiego sklepu. To dziecko ze slumsów, z odmrożonymi palcami, bez butów i z chudym jak szkielet ciałem owiniętym cuchnącymi szmatami.

Nie odzywa się we mnie szósty zmysł, nie czuję delikatnego stukania wewnątrz czaszki ani nie mam niepokojącego wrażenia, że w pobliżu czai się coś nie z tego świata. Takie doznania pojawiają się w książkach i filmach. Dziecko wygląda w moich oczach jak żywy człowiek, ale po chwili czyjeś sportowe buty przenikają przez nie, a ono częściowo blaknie.

Obmywa mnie fala lodowatego strachu. Heather zasłania mi chłopca i zagaduje mnie, tak że po chwili już nie słyszę bicia własnego serca.

Z trzech typów duchów: wolnych, uwiązanych i zapętlonych, najgorsze są te ostatnie. Zamknięte we wspomnieniu swojej śmierci, nie zdają sobie sprawy, że nie żyją, i istnieją poza naszą czasoprzestrzenią, we własnej bańce. Ale czasami ich rzeczywistość przesącza się do naszego świata, a to dla mnie zła wiadomość.

Odwracam się, poczucie winy ściska mi serce.

Muszę pamiętać, co jest rzeczywiste.

Potykam się o krawężnik i niemal upadam. Heather chwyta mnie za rękę i podtrzymuje, zataczając się w głąb brukowanego przejścia między budynkami. Rozglądam się po ulicy, mając nadzieję, że nikt nie zauważył, jak właśnie oszukałem grawitację. Kiedy widzę, że wśród umarłych nie zapanowało nagłe poruszenie, wypuszczam powietrze z płuc.

- W porządku? - pyta Heather.

Kiwam głową, najdelikatniej, jak jestem w stanie, a ona puszcza moją rękę, choć wciąż ma mocno zaciśnięte usta i zatroskaną minę.

Musimy bardziej uważać.

Przestępuję z nogi na nogę i przeglądam się w ciemnym oknie sklepu z podarunkami, który zamknięto z powodu remontu. Heather stoi tuż obok, ale widzę tylko siebie. Umarli nie mają odbić. Wyglądam jak kawał łobuza - kwadratowa twarz, pękaty nos, barczyste i muskularne ciało o grubych kościach - zupełnie jak mój tata.

Powoli ruszamy dalej. Rozpoznaję sklep, gdy tylko dostrzegam książkę i pióro nad wejściem. Mimo że czuję się nieswojo, szeroko się uśmiecham.

Wewnątrz zielone ściany i regały są wypełnione najróżniejszymi towarami, od gier planszowych i wyszukanej papeterii po kolekcjonerskie repliki Jedynego Pierścienia i kija baseballowego Harley Quinn. Sklep jest zatłoczony i zagracony, ale Heather potrafi poruszać się między ludźmi w taki sposób, by nikt przez nią nie przenikał. Nieśpiesznie oglądamy asortyment, ale muszę przez cały czas pamiętać o tym, by się nie zdradzić. Łatwo jest zapomnieć, że nikt inny jej nie widzi ani nie słyszy.

- Charlie, nie odwracaj się - dobiega mnie żeński głos, ale to nie Heather. Ta kobieta mówi z wyszukanym akcentem, jakby długo nad nim pracowała. - Masz ogon.

Powoli się obracam, dumny ze swojej samokontroli, i staję oko w oko z blondynką po trzydziestce, która tkwi między ubranymi w suknie manekinami na środku sklepu. Sznur naturalnych pereł, krój sukienki i starannie upięte loki sprawiają, że Audrey Nightingale wygląda jak na zdjęciu z lat czterdziestych. Jak z obrazka.

Zaciska usta.

- Mówiłam, żebyś się nie odwracał.

- Co tutaj robisz, Nightingale? - pyta Heather, krzyżując ręce na piersiach.

- Uważam na naszego chłopca, rzecz jasna. - Audrey omija młodą parę robiącą selfie, ponownie wbija we mnie wzrok i sięga po zabawkowego trzygłowego psa, którego trzymam w dłoniach.

Szybko uciekam spojrzeniem. Jak w przypadku wszystkich duchów, jej ręka przenika ciała stałe. Zawsze, kiedy to widzę, mam dreszcze. Chociaż Audrey nie znosi moich zasad, zazwyczaj ich przestrzega, więc dziś musi być w paskudnym nastroju.

- Mam sobie pójść czy chcesz się dowiedzieć, kto cię śledzi? - Moja mina zapewne wystarcza za odpowiedź, ponieważ dodaje: - Na zewnątrz, ciemne włosy, zielona kurtka.

Heather udaje, że ogląda repliki mieczy, ale tak naprawdę chce przyjrzeć się naszemu ogonowi.

- Jesteś pewna?

- O tak. Uważa, że jest bardzo subtelny.

Ostre wiosenne słońce oświetla twarz za szybą. Odwracam się w tej samej chwili co on. Mój rówieśnik, może o rok czy dwa młodszy, ale ubrany, jakby udawał starszego - w chinosy, sweter robiony ściegiem warkoczowym i nową woskowaną kurtkę.

Nie wątpię, że mnie śledzi. Audrey rzadko się myli. Oglądam się. On również ryzykuje kolejne spojrzenie na naszą trójkę, na chwilę zatrzymuje wzrok na Audrey, a następnie wchodzi do sklepu naprzeciwko.

Jeśli widzi Heather i Audrey, to znaczy, że jest duchem. Sądząc po ciuchach, odszedł niedawno. Może chce, żebym skontaktował się z jego bliskimi i przekazał im wiadomość, czego nigdy nie robię. Nie jestem chłopcem na posyłki dla umarłych.

Doświadczenie podpowiada mi, że się mylę. Po pierwsze, chłopak nie sprawia wrażenia uradowanego tym, że ktoś jest w stanie go zobaczyć. Po drugie, wyraz twarzy Audrey - jej poważna mina i czujny wzrok - przyprawia mnie o dreszcze.

Audrey zerka na ulicę.

- Musisz stąd wyjść.

Znów dostrzegam u niej cień lęku. Stara się to ukryć, ale wyraźnie się boi, a niełatwo ją przestraszyć. Możliwe, że mamy do czynienia z Wygłodniałym, duchem, który uważa, że posmakowanie ciała i krwi medium przywróci go do życia.

Boże. To ostatnie, czego potrzebuję.

- Widział nas razem - mówi Heather bardziej piskliwie niż zwykle. - Powinniśmy się rozdzielić.

- Spotkajmy się na przystanku autobusowym, dobrze? - rzucam szeptem.

Niechętnie kiwa głową, posyła surowe spojrzenie Audrey, ściska moją dłoń i odchodzi. Sklepikarz patrzy na mnie podejrzliwie, co jest dosyć zabawne, zważywszy na to, że sam ma na sobie skórzany ubiór Dothraków. Podchodzę do kasy, po drodze biorąc ze stojaka papier do pakowania, i pośpiesznie płacę za zabawkowego psa.

Co mam zrobić, żeby Woskowana Kurtka za mną nie poszedł?

- Wyjdźmy tyłem - szepcze Audrey i wskazuje mi drogę do składziku. - Kod to cztery-pięć-trzy-jeden-igrek.

- Skąd wiesz?

- Co wiem? - pyta gość przy kasie, zakładając, że mówię do niego.

- Och... - Czuję, że czerwienieją mi policzki. - Nic, nic.

Wciskam zabawkę do plecaka, a sprzedawca zwija papier do pakowania w rulon. Trzymam go jak miecz, gdy kieruję się na tyły sklepu do drzwi z napisem Wstęp wzbroniony, nie licząc spraw imprezowych.

Od potu mam śliskie palce, ale udaje mi się wpisać kod i otworzyć drzwi bez nerwowego oglądania się przez ramię.

Audrey czeka na mnie po drugiej stronie.

- Idź szybko, ale nie za szybko - poucza. - Głowa do góry, jakbyś był u siebie.

Pośpiesznie mijam półki pełne towarów i wstrzymuję oddech, gdy słyszę czyjś głos dobiegający z niewielkiego aneksu kuchennego. Przygotowuję się na konfrontację z rozwścieczonym pracownikiem, który spyta, co tutaj robię, ale bez przeszkód docieram do wyjścia ewakuacyjnego.

- Drzwi uruchomią alarm - ostrzega Audrey.

Krzywię się, kładę dłonie na dźwigni i mocno naciskam.

Po chwili pośpiesznie przemierzam targ, wciąż słysząc dzwonienie w uszach. Potrzebuję kwadransa, żeby wrócić do centrum. Idę na północ w cieniu katedry, bo wokół Clifford's Tower kręci się zbyt wielu niespokojnych umarłych. Szalonej Alicji nie ma w jej uliczce, więc przemykam przez Lund Court do Swinegate, ledwie unikając zderzenia z przewodnikiem w cylindrze i jego grupą ochoczych łowców duchów.

Zaczynam kuleć, kiedy przekraczam rzekę przy Memorial Gardens i idę wzdłuż muru starego miasta w stronę dworca kolejowego. Gdy w końcu zatrzymuję się, by odetchnąć, Audrey już przy mnie nie ma. Jestem sam. Nikt za mną nie podąża. Wkładam do ust gumę do żucia, żeby pozbyć się posmaku lęku.

Heather opiera się o przystanek i obserwuje mnie, kiedy szukam biletu w kieszeniach puchowej kurtki. Boli mnie lewy kikut. Kiedy tylko wsiądę, będę musiał zdjąć protezy. Chcąc złagodzić ból, siadam na metalowej ławce i opieram plecy o szklaną wiatę. Heather siada obok mnie, a ponieważ w pobliżu nie ma nikogo, lekko się do niej nachylam.

Wracam myślami do chłopaka, który wciąż na nowo umiera na zimnie. Chciałbym mu pomóc, ale ostatnim razem...

Nie, nie mogę myśleć o ostatnim razie.

Trzymając rolkę papieru pod pachą, wyciągam zabawkę z plecaka. Nagle zaczynam się martwić, że dokonałem błędnego wyboru.

Odwracam się do Heather.

- Myślisz, że mu się spodoba?

- Będzie zachwycony. - Słyszę w jej głosie napięcie, jakby czegoś mi nie mówiła, ale nie mam siły drążyć.

Pojawia się nasz autobus, tylko w połowie wypełniony, dzięki czemu będziemy mogli pojechać do domu razem. Ulga dodaje mi energii. Wstajemy. Autobus się zatrzymuje, a ja pokazuję bilet znudzonemu kierowcy. Prawie na niego nie patrzy, ale ożywia się, kiedy spostrzega zabawkowego psa.

- Kupiłem takiego synowi pod choinkę. To strażnik podziemnego świata.

Kiwam głową z uśmiechem.

Heather i ja siadamy przy oknie z przodu, dzięki czemu mogę się rozprostować. Kiedy autobus rusza, zauważam jakąś postać, która patrzy w naszą stronę spod muru naprzeciwko dworca. Woskowana Kurtka musi być pewny siebie, skoro stoi w pełnym słońcu. Zupełnie jakby chciał, bym wiedział, że tam jest. Heather go nie zauważyła. To dobrze, tylko by się zmartwiła.

Nagle gwałtownie się prostuję, bo w mojej głowie pojawia się mrożąca krew w żyłach myśl.

On mnie nie śledził; Audrey by go zauważyła. A zatem wiedział, dokąd idę. Dotarł tutaj pierwszy i czekał.

Szarpnięcie w żołądku, które czuję, nie ma nic wspólnego z dudnieniem i wyciem silnika. Autobus jedzie Queen Street i skręca w Blossom. To nie szósty zmysł, ale mam wrażenie, że moje kości stały się cięższe, a w czaszce czuję pulsowanie, jakbym bronił się przed odpowiedzią na pytanie, którego nigdy nie chciałem usłyszeć.

Po raz pierwszy od dawna czuję się nawiedzony.

Cofamy się do Bedern Arch, żeby Sam mógł tam trochę podymić w nadziei na znalezienie drugiej pułapki na duchy. Ta pojawia się na ulicy już po kilku sekundach. Nie chcę tam dłużej stać, więc Sam prowadzi nas gdzieś, gdzie możemy porozmawiać.

Wybiera bardzo snobistyczne miejsce. Ściany pokrywa stare drewno, nad barem wisi jaskrawy neon, którego powyginane litery układają się w napis KAWA, a w menu jest siedemnaście rodzajów ziołowej herbaty. Lokal jest pełen turystów, studentów i dupków z laptopami, którzy udają, że piszą powieści.

Kelnerka pewnie zastanawia się, co tam robimy razem. Nie wyglądamy jak kumple ani nawet para. Sam prosi o miejsca w boksie. Puszcza przodem towarzyszące nam duchy, a następnie siada obok Heather i zamawia kawę z mlekiem. Nie przepadam za gorącymi napojami, ale proszę o czarną kawę i mam nadzieję, że uda mi się ją przełknąć.

Sam zwraca się do Olliego i Heather:

- Macie na coś ochotę?

W co on pogrywa? Przecież oni nie mogą jeść ani pić. Muszę wyglądać na równie oszołomionego jak kelnerka.

- Na... gorącą czekoladę? - nieśmiało odpowiada Ollie.

Sam patrzy na Heather, a ona kręci głową.

Potem Sam zamawia gorącą czekoladę. Kiedy kelnerka się waha, szczerzy do niej zęby.

- Proszę to dla mnie zrobić.

Dziewczyna uśmiecha się nerwowo, jak ktoś, kto znalazł się w dziwnej i nieprzewidzianej sytuacji.

- Z bitą śmietaną i piankami?

- Ollie? Tak, poproszę, tak będzie świetnie. - Albo Sam nie zdaje sobie sprawy, że kelnerka czuje się przez niego niekomfortowo, albo ma to gdzieś.

Po kolejnej chwili wahania dziewczyna zapisuje zamówienie i zmywa się, żeby opowiedzieć koleżankom o stoliku z dziwakami.

Ollie nie patrzy mi w oczy, pewnie się boi, że będę na niego wściekły. Jestem wściekły, ale na Sama. Nachylam się i rzucam cicho:

- Ludzie się na nas gapią.

- Naprawdę? - Rozgląda się. - Ach, rzeczywiście. Ludzie lubią to robić. Trudno ich powstrzymać.

- Mógłbyś zachowywać się bardziej dyskretnie.

- Czyli mam udawać kogoś, kim nie jestem, żeby nieznajomi nie czuli się niezręcznie? Nic z tego. Ludzie i tak będą się gapić.

Zaciskam pięści pod stolikiem i głęboko oddycham, żeby uspokoić nerwy. Gdyby któryś z Wygłodniałych zobaczył naszą czwórkę przy jednym stoliku - dwóch żywych i dwoje umarłych - mielibyśmy poważne kłopoty.

Sam otwiera notes i wyjmuje metalowe pióro wieczne, które kosztowało zapewne więcej, niż moja mama zarabia przez miesiąc.

- Kim są łapacze dusz? - pyta.

- To ludzie, którzy polują na duchy - wyjaśnia Ollie.

Tym razem to Sam sprawia wrażenie zbitego z tropu.

- Masz na myśli telewizyjnych pseudojasnowidzów?

Wiem, o jakich programach mówi. Noszą idiotyczne tytuły w rodzaju Najbardziej nawiedzone brytyjskie budki z kebabem, a prowadzą je "eksperci", którzy nie zauważyliby prawdziwego ducha, nawet gdyby przez niego przeszli. Co prawda w telewizji nie widzę, czy te miejsca faktycznie są nawiedzone. Umarli pojawiają się na ekranie równie często jak na zdjęciach i w lustrach.

- Nie, łapacze nie są oszustami - tłumaczy Ollie. - Nie mogą nas zobaczyć ani dotknąć tak jak ty i Charlie, ale mają inne sposoby, by na nas polować. W pierwszym tygodniu po mojej śmierci hrabia Percy powiedział mi, że łapacze potrafią zniszczyć nasze dusze: wystarczy jedno pchnięcie magicznym sztyletem, a nic po nas nie zostanie, jakbyśmy nigdy nie istnieli. Ale gość jest dupkiem, więc uznałem, że opowiada bzdury, tak jak wtedy, gdy bredził o ludziach opętanych przez duchy. Każdy wie, że opętanie to ściema, nie da się tego zrobić. Słyszałem za to, że łapacze są w stanie nas uwięzić i trzymają nas na półkach niczym trofea.

Sam marszczy czoło.

- Jak w gabinecie osobliwości?

- W czym? - pytam.

- Dawniej bogaci biali ludzie kupowali, a często po prostu kradli, rozmaite osobliwe obiekty z całego świata i wystawiali je w swoich domach, żeby pokazać przyjaciołom, jak bardzo są wyrafinowani i wykształceni.

- No tak - przyznaje Ollie. - Ale zamiast wypchanych niebezpiecznych zwierząt z zagrożonych gatunków, skamieniałości czy skurczonych ludzkich głów łapacze mają gabinety dusz. Wyobraźcie sobie półki pełne uwięzionych duchów.

To brzmi jak bajka, która ma wystraszyć małe duchy, żeby były grzeczne, ale Ollie mówi poważnie. Wszystkie zaginione duchy są dobrze znane, opowiadają o nich przewodnicy i pisze się o nich w książkach. Z pewnością takie sławy stanowią atrakcyjniejszą zdobycz dla kolekcjonera, który buduje gabinet z osobliwymi trofeami. Albo po prostu najłatwiej je złapać.

Kelnerka wraca, stawia filiżankę z gorącą czekoladą przed pustym miejscem obok mnie i niezręcznie się uśmiecha. Moja kawa jest mocna i gorzka. Muszę wrzucić cztery kostki cukru, żeby dało się ją wypić. Sam patrzy na mnie z rozbawieniem.

Widząc swoją czekoladę, Ollie się rozpromienia. Ostentacyjnie zanurza w niej nos i rozkoszuje się zapachem.

Nagle rozumiem, co się dzieje, i nienawidzę samego siebie.

Nie chodzi o czekoladę, ale o bycie częścią świata żywych. Wkurzam się na Sama, że nie zauważa potrzeb Olliego, podczas gdy to ja jestem ślepy. Poza tym nie podoba mi się, że nie mam odwagi zamówić czegoś dla niewidzialnej osoby ani wystarczająco dużo forsy, by kupić coś, czego nikt nie wypije.

- Kiedyś po okolicy krążyła spora grupa łapaczy - ciągnie Ollie. - Ale potem tamta zakonnica z arsenału, no wiecie, ta, którą zamurowali za to, że zaszła w ciążę... chyba miała na imię Agnes... pożarła ostatniego widzącego w Yorku. Ostatecznie dopadł ją jeden z łapaczy, a przynajmniej nikt jej nie widział od dziesięcioleci, więc podejrzewam, że trafiła na czyjąś półkę. Na bruku w miejscu jej zniknięcia wypalono taki sam symbol jak w uliczce Szalonej Alicji i przy Bedern. Widziałem go na własne oczy.

- Chwileczkę. Siostra Agnes pożarła widzącego? - pyta Sam.

- Niektóre duchy uważają, że nasze ciało i krew mogą przywrócić je do życia, jeśli będą je spożywać - wyjaśniam.

- To prawda?

- Nie. Ale niewiele ci to pomoże, jeśli któryś z nich postanowi spróbować.

- Słyszałeś o Kubie Rozpruwaczu? - pyta Ollie. - Podobno wszystkie te dziewczyny były widzącymi i dopadła je wyjątkowo paskudna dusza hołdująca dawnym zwyczajom.

- Między innymi dlatego staram się nie wychylać i tobie też to radzę. - Udaję, że biorę kolejny łyk posłodzonej kawy.

- Dobrze wiedzieć - odpowiada Sam. Sprawia wrażenie wstrząśniętego.

- Nie żartuję. To nie Wygłodniałymi powinieneś się martwić. Niektóre duchy po prostu są wkurzone, a my stanowimy dla nich cel, na którym mogą się wyładować. Poza tym są jeszcze Zapleśniali Starcy...

- Zapleśniali Starcy?

- Stare Dusze - tłumaczy Heather, włączając się w rozmowę. - Potężne dawne duchy, które tworzą coś w rodzaju rady duchów i utrzymują w Yorku pokój między umarłymi. Jest ich siedmioro. - Odlicza na palcach. - Lady Alice Peckitt, sir Gosselin Danville, hrabia Henry Percy, święta Małgorzata Clitherow, Inge z Jorviku, król Aelle i cesarz Septimus Severus, ich przywódca. Nawiedza katedrę, którą wzniesiono na miejscu rzymskiego fortu, i na szczęście rzadko ją opuszcza. Ale nie mogę powiedzieć tego samego o innych, więc musicie być ostrożni.

Widzę, że Sam jest zbity z tropu.

- Wśród duchów pokutuje odwieczne przeświadczenie, według którego widzący istnieją tylko po to, by zapewnić umarłym łączność ze światem żywych - mówię.

- A przynajmniej tak twierdzą Stare Dusze - dodaje Heather. - Kiedyś usiłowały uczynić Charliego swoim sługą, ale... zainterweniowałam.

Opowiada wszystko Samowi i ostrzega go, których miejsc powinien unikać. Widzę po jego zarumienionej twarzy, że już przemierzył całe miasto, szukając duchów. Jeśli zauważyła go pani Tulliver, to inni również wiedzą, że jest w Yorku. To prawdziwy cud, że Zapleśniali Starcy jeszcze nie próbowali go stracić ani uwięzić.

Ollie wpatruje się w bitą śmietanę na swojej czekoladzie i w pianki, które w niej zatonęły.

- Dzięki Bogu niewielu ludzi wraca do życia i może nas widzieć - stwierdza.

- Ale nas to spotkało. - Sam patrzy mi w oczy.

Pochylam się nad filiżanką i upijam duży łyk, krzywiąc się pod wpływem goryczy. Kiedy podnoszę wzrok, na twarzy Sama maluje się pytanie: Nie chcesz się dowiedzieć dlaczego?

Nie, Sam, nie chcę. Rzeczy po prostu się wydarzają.

Splata palce dłoni i nachyla się nad blatem.

- A co z poltergeistami? Nie są groźne dla wszystkich, nie tylko dla widzących?

- Może gdyby były prawdziwe - odpowiada Ollie.

Kręcę głową.

- Nigdy nie spotkałem ducha, który potrafiłby wpływać na świat fizyczny, nie licząc... no cóż... widzących, takich jak my.

Migoczące światła w kuchni... ślady paznokci na futrynie drzwi... dziwne srebrzyste oczy.

Czyżbym się mylił? Nie, po prostu przepalił się bezpiecznik. Psiakrew, zapomniałem sprawdzić, czy tamta dziewczyna, Obdarta, używała czerwonego lakieru, chociaż po chwili namysłu dochodzę do wniosku, że w jej czasach jeszcze nie malowano paznokci. Dłoń była zbyt duża, palce za długie, paznokcie zbyt ostre. A zatem kto był w mojej kuchni i po co? Czy tylko sobie to wyobraziłem?

- Więc jeśli Człowiek z Cieni nie jest widzącym, duchy nie będą w stanie go dotknąć ani się przed nim bronić - stwierdza Sam.

Ma rację, a mnie robi się niedobrze. Porwanie i uwięzienie przez kogoś, kogo nie możesz dotknąć, a potem... nicość? Prawdziwa śmierć? Wieczne zniewolenie? Czuję ukłucie gniewu, a potem smutek, gdy myślę o wszystkich zaginionych, nawet o Szalonej Alicji.

Heather sprawia wrażenie zmartwionej.

- Jesteśmy zbyt przewidywalni. Szalona Alicja rzadko opuszczała swoją uliczkę, dudziarz James Reid codziennie robił to samo, jak w zegarku. Dusze lubią rutynę: wciąż nawiedzamy te same miejsca i ludzi.

- Łatwo was namierzyć, jeśli ktoś wie, kogo szuka - przyznaję.

- Pytanie brzmi: czy Człowiek z Cieni już ma to, czego pragnie, czy będzie polował na kolejne duchy? - odzywa się Sam i z troską zerka na Olliego.

Heather ma poważną minę, jak zawsze, gdy zamierza wydać rozkaz.

- Porozmawiam z cesarzem i sprawdzę, czy zgodzi się zwołać zgromadzenie dusz.

- Co to takiego? - pyta Sam, a ja w tej samej chwili rzucam:

- Jeszcze czego!

- Zgromadzenie dusz to zebranie wszystkich wolnych duchów z Yorku - wyjaśnia Ollie. - Heather, przypomnij sobie, co Septimus powiedział ostatnim razem...

- Poradzę sobie z nim - ucina Heather. - Zgadzam się, że Zapleśniali Starcy to banda palantów, ale muszą się o tym dowiedzieć, a my powinniśmy ostrzec wszystkich, by mieli się na baczności.

- Przed przewodnikami w cylindrach - dodaje Ollie.

- Naprawdę sądzisz, że to on? - pyta Sam.

- Przynajmniej powinniśmy sprawdzić ten trop - mówię, chcąc poprzeć Olliego. - Trochę poszperam.

Wyjmuję telefon, chcąc przejrzeć stronę internetową Cylindra, i klnę pod nosem. Mam dwa nieodebrane połączenia i SMS-a od taty. Przyszedł odebrać mnie ze szkoły po lekcjach powtórzeniowych i dowiedział się, że nawet się tam nie pojawiłem.

- Muszę wracać do domu.

Nie mam pojęcia, ile kosztuje tutaj kawa, ale pewnie mnie na nią nie stać. Wyciągam pięć funtów z kieszeni, rzucam je na stół i wstaję.

Sam patrzy na pieniądze.

- Ja stawiam.

Chcę wziąć z powrotem swoją kasę, w końcu jestem spłukany, ale duma mi nie pozwala. Sam znów wbija we mnie wzrok. Czego oczekuje?

- W porządku, to do zobaczenia - mówię i po prostu odchodzę. Słyszę, jak woła mnie po imieniu. Kiedy oglądam się przez ramię, akurat mówi coś do Heather, dzięki czemu łatwiej mi się oddalić. Poza tym ogarnia mnie panika na myśl, że będę musiał stawić czoło rodzicom.

Kiedy odpisuję tacie, żeby dać mu znać, że jestem cały, każe mi przyjść na dworzec. Ollie i Heather mnie doganiają; są pogrążeni w rozmowie o łapaczach dusz i o tym, jak najlepiej zwrócić się do cesarza, by nie zostać rozdartym na bezcielesne konfetti.

Tata podjeżdża na postój dla taksówek. Wsiadam do auta. Kiedy widzi, w jakim jestem stanie, zaczyna krzyczeć.

Mama prawie wybucha płaczem, kiedy widzi moje rozcięte usta i opuchnięty policzek.

- Co ci się stało?

Tata powtarza kłamstwo, które powiedziałem mu w samochodzie.

- Przewrócił się.

Nasz bungalow jest przesiąknięty wonią pieczonych ziemniaków i detergentu do prania. Widzę brudne naczynia w zlewie, bałagan na blatach i klocki Lego rozrzucone po linoleum. Mam ochotę uprzątnąć podłogę i zamienić protezy na wózek, ale mama posyła mi przeciągłe spojrzenie, które nakazuje mi się nie ruszać i zaczekać, aż znajdzie środek odkażający w apteczce. Posłusznie siadam przy kuchennym stole, podczas gdy ona opatruje moje piekące skaleczenia.

Heather i Ollie sami wracają do domu. Tata się śpieszył i był wkurzony, a ja nie potrafiłem znaleźć wymówki, żeby otworzyć dla nich drzwi samochodu. Tata właśnie powinien zaczynać zmianę, ale wygląda na to, że nigdzie się nie wybiera. Nastawia wodę i wrzuca torebkę z herbatą do mojego ulubionego kubka. Niebiesko-biało-czerwone logo igrzysk paraolimpijskich w Londynie w 2012 roku mocno wyblakło po zbyt wielu kąpielach w zmywarce.

Mama ogląda moją szczękę, jakby próbowała mnie prześwietlić i wydobyć na wierzch wszystkie tajemnice.

- Biłeś się z kimś?

- Oczywiście, że nie. Potknąłem się na bruku. - Przesuwam lewą nogę, a proteza posłusznie skrzypi.

- Myśleliśmy, że byłeś na zajęciach powtórzeniowych.

Wzruszam ramionami i odwracam wzrok.

- Zmieniłem zdanie i w ostatniej chwili poszedłem na miasto z Samem.

Mama powstrzymuje się przed powiedzeniem tego, co miała na końcu języka, i zerka na tatę.

- No co? - pytam. - Przecież chcieliście, żebym miał kolegów.

Tata stawia herbatę na blacie.

- Ale okłamałeś nas na temat tego, gdzie byłeś.

Okłamuję was w znacznie większej liczbie spraw.

- Zapomniałem zadzwonić, to wszystko! Nie jestem dzieckiem.

- Nie, ale jesteś... - Tata urywa.

Jaki, tato? Niepełnosprawny? Inny?

- Naszym synem - kończy po zbyt długiej przerwie. - Posłuchaj, jeśli ktoś znów sprawia ci kłopoty, załatwimy to, ale musisz nam powiedzieć, co się dzieje. Chodzi o kogoś ze szkoły?

- Poradziłem sobie z tym.

Kolejne kłamstwo.

W zeszłym roku Josh Girshaw zaczął dawać mi się we znaki, tak mocno, że byłem bliski zgłoszenia sprawy dyrekcji. A potem przestał. Z dnia na dzień. Od tamtej pory nawet na mnie nie spojrzał. Pewnie po prostu się znudził.

- A może to któryś z miejscowych chłopaków? - drąży tata.

- Nikt mi nie dokucza. - A przynajmniej nikt żywy.

Widzę, że mi nie wierzą. Tata niespokojnie poprawia się na krześle, a na policzku mamy pojawia się dołeczek, jak zawsze, gdy jest niezadowolona. Czuję ucisk w piersi, jakby chciał się z niej wyrwać filmowy Obcy. Cały czas ich okłamuję. Mam tego dosyć. Dobrze, że widzę duchy przez przypadek, bo gdyby ktoś mnie takim stworzył...

Chyba nigdy bym mu nie wybaczył.

Pieką mnie oczy. Przygryzam wnętrze policzka i czuję w ustach smak żelaza.

- Wypadł! - Poppy i Lorna wparowują do kuchni w pasujących do siebie piżamkach z jednorożcami i astronautami. Lorna triumfalnie trzyma mały zakrwawiony siekacz. Uśmiecha się szeroko, żeby pokazać lukę między dolnymi zębami.

- Szorowała zęby, a wtedy zaczął się majtać i była krew! - piszczy Poppy.

Mama obraca się, maskując frustrację uśmiechem.

- Lepiej owiń go chusteczką. - Odrywa listek ręcznika papierowego.

- Przyjdzie do mnie Wróżka Zębuszka? - pyta Lorna, pląsając po kuchni.

- Myślę, że tak. Włóż go pod poduszkę.

Lorna owija ząb, jakby to był drogocenny klejnot, i biegnie do swojego pokoju, a Poppy za nią.

Zapada długa cisza. Tata bierze oddech, a ja przygotowuję się, wiedząc, że o cokolwiek zapyta, zapewne znów będę musiał skłamać.

Dzwoni komórka. Mama odbiera i pyta z niepokojem:

- Co się stało? - Patrzy na zegar nad lodówką. - Zaraz będę. - Odwraca się do taty. - Chrissie prosi, żebyśmy zabrali dzieciaki na noc.

Tata wstaje ze znużonym stęknięciem. Ma podkrążone oczy. Jest nieogolony, a za chwilę ma wrócić do pracy, żeby wyrobić nadgodziny. Nigdy nam się nie przelewało, ale ostatnio rodzice są w bardzo trudnej sytuacji. Słyszałem, jak rozmawiali o tym, kiedy wyprowadzałem Dantego na udawany nocny spacer. Mama coraz częściej bierze wolne, żeby pomagać Chrissie. Tata stara się to nadrobić, ale i tak zwykle brakuje im do pierwszego, zwłaszcza że muszą przeznaczać sporą część pieniędzy na utrzymanie cioci.

- Co z dziewczętami? - pyta mama.

- Ja je położę - proponuję.

- Dobrze - odpowiada, chwytając płaszcz i kluczyki. - Ale nie pozwól im siedzieć do późna ani zastawiać pułapek na Wróżkę Zębuszkę, tak jak poprzednim razem.

Prawie się uśmiecham. Kiedy bliźniaczki przestają się przekomarzać i łączą siły, są zdolne do niebezpiecznych rzeczy. Tata wciąż ma na palcu bliznę, która tego dowodzi.

- Jeszcze nie skończyliśmy tej rozmowy - ostrzega mama, zamieniając kapcie z pomponami na podróbkę uggsów. - Jeśli będziecie mnie potrzebowali, dzwońcie.

Tata idzie za nią, ale zatrzymuje się przy drzwiach. Nie odrywam wzroku od stygnącej herbaty.

- Chłopcze, cokolwiek się stało, możesz nam powiedzieć. - Przestępuje z nogi na nogę, a poluzowany fragment linoleum trzeszczy. - Kochamy cię niezależnie od wszystkiego, nieważne, z kim... - Odchrząkuje. - Zawsze możesz ze mną porozmawiać, o wszystkim i o każdym.

O każdym? Sposób, w jaki to powiedział... O każdym. No i to spojrzenie, które wymienili, gdy wspomniałem o Samie. Nieważne, z kim... Z kim co? Kręci mi się w głowie i zaciska mi się gardło.

On wie. On wie. On wie.

- Tato... ja... - Mam pustkę w głowie. Odgrywałem tę scenę w wyobraźni tysiąc razy, a kiedy wreszcie nadeszła, czuję tylko mdłości.

Kiedy dokonałem coming outu przed Heather, stwierdziła, że powinienem wyznać prawdę rodzicom, gdy tylko będę gotowy. Czy teraz jestem gotowy? Nie wiem, ale przytłacza mnie potrzeba zbudowania tego mostu między mną a tatą. Coś we mnie pęka i słowa pośpiesznie wylewają się z moich ust.

- Jestemgejemiwiemżemożenietochcielibyście...

Tata podchodzi do mnie dwoma długimi krokami i kładzie ciężką dłoń na moim ramieniu.

- Spokojnie, Charlie. Wszystko jest w porządku.

- Mama wie?

- Owszem, i bardzo cię kocha. Oboje cię kochamy. - Łamie mu się głos i ociera oczy. - Żaden homofobiczny dupek nie będzie dokuczał mojemu synowi, więc załatwimy to, dobrze? Ty i ja.

Przez chwilę czuję niezwykłą lekkość.

"Załatwimy to".

Ale po chwili znów mam wrażenie, że na moim sercu zaciska się imadło. Sądzą, że ktoś mnie pobił dlatego, że jestem gejem. Jeśli nic im nie powiem, przestaną zadawać pytania. Ale to kolejne kłamstwo i kolejne zmartwienie dla nich.

- To nie tak - mówię.

Tata robi zachęcającą minę i czeka na moje wyjaśnienia. Jeśli nie przeszkadza mu, że podobają mi się chłopcy, może zrozumie też to całe zamieszanie z duchami. Potem Ollie potarga mi włosy lub mnie podniesie i tata zobaczy, że to nie są wymysły...

- Paul! - dobiega nas wołanie mamy z przedniej części domu.

Prawda utyka mi w gardle. Nie mogę tak ryzykować. Przełykam ślinę i kiwam głową, zerkając na cykający zegar oraz pudełko z herbatą z Yorkshire stojące obok czajnika. Byle nie patrzeć na tatę; jeśli to zrobię, rozpłaczę się, a żaden z nas nie jest teraz na to gotowy.

- Dzięki za wsparcie - rzucam.

Tata stuka palcem w parujący kubek.

- Z mlekiem i dwiema kostkami cukru. Wypij, zanim ostygnie. - Odczekuje chwilę, pociąga nosem i rusza do samochodu.

Przytrzymuję kubek drżącymi rękami i upijam długi łyk naparu. Pamiętam, co mi powiedział w dniu, gdy podarował mi ten kubek: "Możesz robić w życiu wszystko, na co masz ochotę".

- Oprócz stepowania - zażartowałem ze szpitalnego łóżka, wciąż obolały po kolejnej operacji.

- Nie bądź tego taki pewien, chłopcze - odpowiedział.

Pośpiesznie zbieram zabawki z podłogi i przesiadam się na wózek. Chociaż mam zniszczone buty po tym, jak ciągnięto mnie po bruku, lewa proteza niemal nie ucierpiała. Poluzowała się tylko jedna śruba, co mogę naprawić, kiedy już położę dziewczynki spać.

Poppy upiera się, że musi ponownie umyć zęby, na wypadek gdyby kolejny z ruszających się siekaczy chciał wypaść. Zapewniam ją, że wkrótce dostanie swoje złoto, i odprowadzam ją do pokoju, gdzie razem z Lorną przygotowują dla ciotecznego rodzeństwa posłanie między swoimi łóżkami.

- Możecie poczytać przez dziesięć minut - mówię, wiedząc, że będą to robiły znacznie dłużej.

Mój telefon wibruje. SMS od nieznanego nadawcy. Kiedy zostaję sam, siadam w kuchni i otwieram wiadomość.

Daj znać, kiedy będziesz coś wiedział o tym przewodniku. Poza tym musimy dowiedzieć się więcej o łapaczach dusz. Mam nadzieję, że bezpiecznie wróciłeś do domu. S

Sam. Nie dałem mu swojego numeru, ale nie jestem zaskoczony, że go zdobył. Czuję znajome ukłucie rozdrażnienia, ale coś je łagodzi.

"Musimy".

Liczba mnoga. Jakbyśmy byli drużyną.

Moje palce zatrzymują się nad ekranem. Czy powinienem mu powiedzieć o wiadomości od Audrey?

Górują nade mną zacienione ruiny Saint-Lô. Tracę oddech. Chrapliwe głosy. Kroki. Dotyk metalu na skórze. Krew. Moja skroń pulsuje. Łapczywie chwytam powietrze.

Nie chcę pamiętać.

Dante skowycze i kładzie pysk na moim kolanie. Znajomy psi zapach przywraca mnie do rzeczywistości.

Żyję. Mogę oddychać.

Ostatecznie nie piszę do Sama.

Zjadam resztki z kolacji, a następnie znajduję śrubokręt i naprawiam protezę, jednocześnie starając się wszystko przemyśleć. Zaklęcia łapacza dusz, czerwony wosk i idiotyczna wiadomość od Audrey, która również mogła zaginąć. Podejrzany przewodnik opowiadający o duchach, który może, ale nie musi, mieć z tym coś wspólnego. A co z przemieszczoną pętlą śmierci? Wydaje się, że to całkowicie odrębna sprawa, a ja nie rozumiem, jaki związek z tym wszystkim mają wydarzenia z Saint-Lô. Siedzę oszołomiony, jakbym właśnie skończył wirować wokół własnej osi.

Przed chwilą dokonałem coming outu przed tatą. Ja pierdolę. A co z mamą? Co ona na to? A jeśli tata się myli, ona o niczym nie wie i nie będzie mogła się z tym pogodzić?

Głębokie oddechy. Panuj nad sobą. Postanawiam porobić pompki i brzuszki, żeby zająć czymś umysł. Po przywiezieniu mamy i dzieci Chrissie do domu tata pojedzie prosto do pracy, a wkrótce pojawią się Heather i Ollie.

Ostatecznie Ollie wraca sam, co mi się nie podoba; chciałem powiedzieć Heather, że miała rację, gdy twierdziła, że moim rodzicom nie będzie przeszkadzało, że jestem gejem.

- Poszła namawiać cesarza na zwołanie zgromadzenia - tłumaczy Ollie, kiedy go wpuszczam. - Próbowałem ją od tego odwieść.

Obaj z niepokojem czekamy na jej powrót. Ollie chce ponownie omówić wszystkie tropy i pozachwycać się tym, że Sam potrafi czarować. Może w swoim notesie zapisał jakieś zaklęcie, które nas ochroni.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi o magii? - pytam.

- To przecież nie jest prawdziwa magia. - Ollie wzrusza ramionami. Jego zgarbiona sylwetka kojarzy mi się ze starym mędrcem uwięzionym w tyczkowatym ciele chłopca. - Sam nie wskoczy na latającą deskorolkę ani nie zaprzyjaźni się z sową. To raczej przesądy, w które już prawie nikt nie wierzy, nawet umarli.

- Ale czy to... możliwe?

- Myślę, że w świecie jest tyle magii, na ile pozwolimy. - Uśmiecha się szeroko. - To całkiem nieźle brzmi, prawda?

Przypominam sobie, jak Sam wymachiwał dymiącą filiżanką w uliczce Szalonej Alicji, ze zmarszczonym w skupieniu czołem i nadzieją w oczach.

Tak, całkiem nieźle.

Mama wraca do domu razem ze straszliwą trójcą. Po tym, jak mnie przytula, domyślam się, że rozmawiali z tatą w samochodzie, a jej nie przeszkadza, że ma syna geja. Tak naprawdę wiedziała o tym już od dłuższego czasu.

Po fatalnej bajce na dobranoc wymykam się z sypialni. Kiedy mama zagląda do mojego pokoju, leżę pod kołdrą i udaję, że śpię, chociaż nie mogę się uspokoić. Jeśli zasnę, coś mi się przyśni, a nie chcę śnić.

Zamiast tego bez celu przeglądam TikToka: moja ulubiona drużyna koszykarska na wózkach, trenerzy fitnessu, seksowni goście w bluzach z napisem Miłość zwycięża, którzy leżą ze swoimi uroczymi chłopakami w polu kukurydzy albo tulą się na kanapie. Ich życie jest dużo lepsze od mojego. Jeden chłopak trochę przypomina Mitcha. Przestaję śledzić jego profil.

Nie mogę się powstrzymać i znów oglądam zdjęcie Sama. Powinienem mu odpisać. Możliwe, że jest moją jedyną nadzieją na odnalezienie Audrey.

Kiedy o niej myślę, przypominam sobie, że muszę sprawdzić gościa w cylindrze. Szybko znajduję jego stronę internetową. Nazywa się Peter Rawley i od dawna oprowadza ludzi po miejscach związanych z duchami. Wygląda na to, że był jednym z pionierów takich wycieczek w Yorku. Ale jeśli jest łapaczem dusz, to dlaczego zaczął porywać duchy dopiero teraz, a nie dziesięć lat temu? Co się zmieniło?

Czuję mrowienie na karku. Odwracam głowę. Jakaś postać stoi przy moim oknie.

Podrywam się z posłania.

Pan Broomwood do mnie macha.

Przeklinam, ignoruję szczekanie Dantego oraz przesadne stęknięcie Olliego dobiegające z hamaka i wyślizguję się z łóżka. Moje kikuty utrzymują ciężar ciała. Mogę pokonywać na nich krótkie odległości, chociaż sprawia mi to ból. Martwy sąsiad czeka niecierpliwie, aż zbliżę się do okna i je odsunę. Chłodne powietrze owiewa moją gorącą skórę.

- Jeśli chodzi o pańskie cholerne róże...

- Po co Heather stara się zwołać zgromadzenie?

Patrzę na telefon. Jest czwarta nad ranem. Musiała nie próżnować, skoro wieści tak szybko się rozniosły. Odliczam do pięciu, żeby się uspokoić. Mógłbym kazać panu Broomwoodowi spadać, ale tylko by mnie zwymyślał. Zamiast tego mówię mu tyle, ile mogę. W końcu usłyszy to wszystko podczas zgromadzenia.

- I tak nie będę mógł pójść - oznajmia. - A jeśli jacyś wandale przyjdą i zniszczą mi ogród, jak wcześniej grób na cmentarzu? - Kręci głową. - Łobuzy i ich czary-mary. Dzisiejsza młodzież nie szanuje zmarłych. - Mocniej otula się szlafrokiem. - Oglądałem wiadomości razem z lokatorami Davida. Przynajmniej śledzą lokalne serwisy informacyjne, nie tak jak poprzedni...

- No cóż, Heather później wszystko panu zrelacjonuje. - Tłumię ziewnięcie i sięgam do zasuwki, chcąc zamknąć okno, ale pan Broomwood jeszcze nie skończył.

- Nie będzie żadnego zgromadzenia, chłopcze. Cesarz próbował dobić targu, a Heather odmówiła, przynajmniej tak słyszałem.

Uderzam się łokciem o ramę okna.

- Chyba nic jej nie jest...?

- Nie, ale ostro ją zbeształ za to, że wychodzi przed szereg. Stare Dusze nigdy nie pozwoliłyby jej zwołać zgromadzenia, nawet gdyby była martwa od dziesięciu lat. Mógłbym się za nią wstawić, ale moje stare kości nie pozwolą mi się wybrać aż do katedry.

Jestem zbyt grzeczny, by zwrócić mu uwagę na to, że to już nie kości, a ponieważ umarł dopiero kilka miesięcy temu, Zapleśniali Starcy i tak by go nie posłuchali.

- Ale jeśli te ciekawskie staruchy się zbiorą, będą mnie potrzebować - dodaje. - W końcu mam doświadczenie w straży sąsiedzkiej.

- Z pewnością o tym wspomnę.

Parska i oddala się, mrucząc pod nosem.

Dopiero kiedy wracam do łóżka, dociera do mnie to, co powiedział o wandalach na cmentarzu. Kiedy byłem w szpitalu, wspominano o tym w telewizji. Widziałem coś na ekranie... co to było?

Znajduję krótki artykuł na stronie internetowej lokalnej gazety. Przeglądam go: brak podejrzanych, szok i oburzenie, bla, bla, bla. Mój kciuk zatrzymuje się nad zwrotem: możliwe powiązania okultystyczne. Patrzę na zdjęcie rozbitego nagrobka otoczonego taśmą policyjną, z cmentarną kaplicą w tle. Przy krawędzi płyty nagrobnej znajduje się czerwona kałuża stwardniałego wosku. Ale to nie z jej powodu głośnym sykiem budzę Olliego. Obok coś zniszczyło trawę, tworząc bardzo znajomy kształt.

Człowiek z Cieni dopadł kolejną ofiarę.

Za pół godziny zamykamy bramę - rzuca mężczyzna znad gazety, gdy docieramy do cmentarza. Rozpoznaję go z telewizyjnych wiadomości. Kiedy zauważa rolkę papieru, którą niosę pod pachą, jego krzaczaste brwi wędrują w górę.

Włóczenie się po cmentarzu nie jest tym, co większość młodych ludzi robi pierwszego dnia Świąt Wielkanocnych, zwłaszcza jeśli wkrótce czekają ich egzaminy, więc podebrałem siostrom nieco przyborów plastycznych. Jeśli ktoś spyta, odpowiem, że przyszedłem zrobić frotaż z nagrobka... cholera, nie pamiętam, jakiegoś słynnego geologa, który jest tutaj pochowany... w ramach projektu, który tak naprawdę złożyłem kilka tygodni wcześniej.

Strażnik zapewne myśli, że nie wyglądam na artystę, i przez chwilę obawiam się, że mnie nie wpuści, ale niespodziewanie zaprasza mnie do środka.

- Tylko trzymaj się z dala od kaplicy i postaraj się niczego nie uszkodzić. - Zagina róg gazety. - No i żebym nie musiał cię szukać. Masz tylko pół godziny.

Oczywiście zachowałem się jak głąb i nie sprawdziłem godzin zamknięcia. Okazuje się, że trupy nie lubią przyjmować gości po szesnastej piętnaście. Pewnie mają kalendarz wypełniony spotkaniami towarzyskimi.

- Wciąż na ciebie patrzy - mówi Heather.

Ignorujemy alejkę prowadzącą do kaplicy i idziemy naokoło jedną z dróżek ocienionych drzewami. Ollie biegnie przodem. Spomiędzy grobów wyrastają przebiśniegi i wiosenne krokusy. Z oddali dobiega szum samochodów. Czuję woń skoszonej trawy i roślinności.

- Przypomnij mi, dlaczego nie zadzwoniłeś po Sama - odzywa się Heather.

- Nie chciałem go fatygować na próżno - mruczę niezobowiązująco.

Heather otwiera usta, zamyka je, a następnie się uśmiecha. Co ją tak bawi, do diabła?

- Czego chciał cesarz? - pytam, zmieniając temat.

Heather się zatrzymuje.

- Chciał?

- No tak, w zamian za zwołanie zgromadzenia. Broomwood powiedział, że cesarz chciał zawrzeć układ, ale odprawiłaś go z kwitkiem.

- Nie było żadnego układu. Nie mam niczego, czego mógłby potrzebować. - Rusza pośpiesznie, tak że trudno jest mi za nią nadążyć.

Wsparta na kolumnach kaplica góruje nad połacią przysypanego żwirem asfaltu. Bardziej przypomina grecką świątynię niż przybytek Boga. Kiedyś zapewne była biała, ale pod wpływem deszczów poszarzała u podstawy. Fasada wygląda normalnie, więc przechodzimy na tył, zachowując bezpieczny dystans. Groby sięgają aż do ściany, w której znajdują się niewielkie drzwi.

Pułapka na duchy jest wypalona w trawie obok zniszczonego grobu. Wygląda identycznie jak pozostałe. Robię zdjęcie telefonem.

- Jak myślicie, kto został porwany? - odzywa się Ollie, nie zbliżając się do znaku.

- Może jakaś uwiązana dusza? - odpowiada Heather. - Popytam, czy ktoś wie, kto nawiedzał to miejsce.

Jak na większości cmentarzy, także tutaj jest bardzo mało duchów. Dusze nie przepadają za takimi miejscami. Niby dlaczego miałyby je lubić?

Podchodzę do bocznej ściany kaplicy i oglądam nazwiska na nagrobkach, licząc na to, że coś rzuci mi się w oczy. Większość napisów jest zbyt zatarta, by je odczytać. Kłódka na tylnych drzwiach wygląda, jakby ktoś już ją kiedyś na siłę otworzył. Chcę spytać Heather, co o tym myśli, ale ona i Ollie wciąż stoją obok pułapki i napierają dłońmi na powietrze, jakby dołączyli do cyrkowej grupy mimów.

Lodowata dłoń zaciska się na moim sercu. Gdyby zostali złapani, nie miałbym pojęcia, jak ich wydostać.

Pośpiesznie do nich wracam.

- Utknęliście?

Ollie taranuje powietrze ramieniem i odbija się od niego.

- Nie. Zablokowane.

- Znów magia?

- Nie, niewidoczne pola siłowe, których nie jesteśmy w stanie sforsować, ciągle pojawiają się wokół różnych miejsc. To okropnie irytujące.

Nie utknęli, po prostu nie mogą podejść do kaplicy. Przesuwamy się wzdłuż bariery, a Heather i Ollie co chwila ją sprawdzają. Niezależnie od tego, czy pod stopami mamy żwir, kamienie nagrobne czy trawę, Ollie i Heather nie mogą zbliżyć się do kaplicy na mniej niż dziesięć metrów.

Okrążamy cały budynek.

- Co teraz? - pyta Heather.

Coś brutalnie pociąga mnie do tyłu. Zimna stal kłuje mnie w szyję, gdy cienkie ostrze przywiera do mojej skóry.

Duch? Tak podejrzewam, przecież żaden żyjący nie spaceruje z prawdziwym mieczem. Od razu by go okradli.

Ollie i ja patrzymy sobie w oczy. Kiedy on rusza z miejsca, ja również to robię i uderzam napastnika łokciem w tułów, podczas gdy Ollie rzuca się na nas z dziką odwagą, ale bez precyzji. Ktokolwiek mnie przytrzymywał, okręca się, unikając mojego ciosu, a potem - cały czas przyciskając rapier do mojego gardła - przesuwa się razem ze mną w bok. Ollie mija nas chwiejnym krokiem, dostaje celnego kopniaka w tyłek i leci z nóg.

- Puść Charliego - odzywa się Heather spokojnie, ale stanowczo.

- Masz na imię Charlie? - mówi mężczyzna do mojego ucha. - Wygląda na to, że twoi towarzysze chcą cię odzyskać całego i zdrowego, widzący. Nie jestem niesprawiedliwy. Proponuję wymianę. Kobieta w zamian za twoje życie.

Heather krzyżuje ręce na piersiach.

- Możesz sobie pomarzyć, ty obleśny...

- Źle mnie zrozumiałaś, panienko. Dziewięć dni temu postać spowita w ciemność uprowadziła z tego miejsca pannę Nightingale.

- Widziałeś Audrey? - pytam.

- To nie był Charlie, więc zabieraj od niego łapy - rzuca Ollie.

- Przysięgasz na swój honor? - pyta napastnik, wzmacniając ucisk.

Próbuję pokiwać głową, ale ostrze wrzyna mi się w gardło.

- Szukamy zaginionych duchów, nie porywamy ich.

Mężczyzna mnie puszcza. Instynktownie chcę odskoczyć, ale boję się upadku na śliskiej trawie, więc obracam się powoli i staję naprzeciwko dobrze zbudowanego dżentelmena w czarnym kubraku ze złotymi obszyciami. Orzechowe kręcone włosy opadają mu na szeroki biały kołnierz.

- Porwane dusze, powiadacie? - Wsuwa rapier do pochwy i gładzi trójkątną bródkę. - Zaiste, dzieje się tutaj coś dziwnego.

- Nic się przed tobą nie ukryje - mruczy Ollie, masując tyłek.

Mam krew na szyi, ale to tylko drobne skaleczenie.

- Kim pan jest?

Mężczyzna prostuje się, unosi twarz ku niebu, przykłada jedną dłoń do piersi, a drugą opiera na rękojeści rapiera.

- Jestem George Villiers, pierwszy książę Buckinghamshire, były admirał królewskiej floty, rycerz Orderu Podwiązki i faworyt trzech królów.

Coś kojarzę z zajęć o jakobinach na lekcjach historii.

- Słyszałem o panu... - mówi Ollie, co wcale mnie nie dziwi. - Zasztyletowano pana w pubie w Portsmouth.

Teraz sobie przypominam. Pod koniec życia księciu zdecydowanie się nie wiodło i wreszcie ktoś go wykończył.

Zamordowany mężczyzna kiwa głową z ponurą miną.

- Okrutnie zabity przez tego łotra Feltona i skazany na tułanie się po świecie. Przybyłem do Yorku, by odnaleźć zabłąkanego syna. Niestety, nie miałem szczęścia, ale to miasto trafia w me gusta znacznie bardziej niż moje poprzednie miejsce pobytu. Dlatego postanowiłem uczynić je swoim domem. Panna Nightingale, którą poznałem dzięki Jamesowi Reidowi, znakomitemu dżentelmenowi, namawiała mnie, abym objął ten posterunek i ostrzegł ją, gdyby jacyś złoczyńcy zbliżyli się do kaplicy.

- Powiedziała dlaczego? - pyta Heather.

- Nie, wspomniała jedynie, że jest to zadanie niezwykłej wagi. - Villiers kładzie dłoń na sercu. - Nienawidzę bezczynności. Szukam odkupienia, by naprawić wyrządzone krzywdy i w ten sposób zakończyć mą włóczęgę...

- No tak, a więc obserwował pan kaplicę na prośbę Audrey - podsumowuję. - Co było dalej?

- Po tygodniu spędzonym na posterunku, a raczej głównie na posterunku, gdyż spotykałem się także z moim najdroższym Jamesem... - Villiers odchrząkuje - jakiś łotr otworzył kłódkę przy drzwiach kaplicy, spędził nieco czasu wewnątrz, a po wyjściu na powrót zamknął drzwi.

- Zabrał coś?

- Nic nie rzuciło mi się w oczy, ale mógł potajemnie wynieść jakiś pomniejszy przedmiot. Panna Nightingale bardzo się martwiła. Kiedy James nie pojawił się na umówionym spotkaniu nad rzeką Foss, przestraszyłem się, że przydarzyło mu się coś niefortunnego, więc przyszedłem tutaj po radę. Zastałem pannę Nightingale twarzą w twarz ze złoczyńcą. - Wskazuje pułapkę na duchy. - Żywe cienie przesłaniały jego oblicze, wiły się jak demony z piekła rodem. Ruszyłem ku niemu pośpiesznie, ale on roztoczył wokół siebie odrażającą ciemność i zasnuła mi oczy. Kiedy w końcu odzyskałem orientację, panny Nightingale już nie było.

- Człowiek z Cieni. - Głos Olliego przypomina pełne napięcia westchnienie. - Zabrał ją łapacz dusz, tak jak Reida i pozostałych.

- Jamesa uprowadzono? - Villiers gwałtownie chwyta za rękojeść rapiera.

- Owszem, ale uwolnimy go - odpowiadam z przesadną pewnością siebie.

Villiers kiwa głową.

- To szlachetne przedsięwzięcie, więc chętnie do was dołączę.

Heather parska.

- Czyżby?

- Pani, byłem dworzaninem, mężem stanu i admirałem. Dowodziłem siłami Jego Wysokości i w jego imieniu prowadziłem negocjacje. Byłem faworytem trzech królów. Mogę się wam przydać. A James... jest mi bardzo drogi.

Heather wpatruje się w niego, nie dając po sobie niczego poznać.

- Widział pan twarz Człowieka z Cieni?

Villiers ochoczo kiwa głową.

- Rozpoznałby go pan przy kolejnym spotkaniu?

- Jego wstrętne oblicze ciągle staje mi przed oczami.

Heather przez dłuższą chwilę przygląda się Villiersowi, aż w końcu wyciąga do niego rękę.

- Heather Noble, lekarka stażystka.

- Jestem zaszczycony, panno Noble. - Chwyta ją za dłoń i nachyla się, by ją ucałować.

Ollie macha ręką.

- Ollie Shuttleworth, chorowity przybłęda.

- A to Charlie Frith, widzący. - Heather wypowiada ostatnie słowo z szacunkiem, na który nie zasługuję.

Niezręcznie kiwam głową.

- Czy tamten złoczyńca, którego widziałeś, nosił cylinder?

Twarz Villiersa się rozpromienia.

- Zaiste, miał nakrycie głowy niezwykłej wysokości.

- Wiedziałem! - woła Ollie. - A więc to jednak on.

Muszę przyznać mu rację. Coraz bardziej prawdopodobne, że Peter Rawley jest Człowiekiem z Cieni. Mam ochotę odszukać go podczas jednej z jego wycieczek. Ale co mi to da? Nie wiem, jak z nim walczyć, nie mam pojęcia, jakiej używa magii, w jaki sposób przetrzymuje duchy, a tym bardziej jak mógłbym je uwolnić. Potrzebujemy więcej informacji, zanim stawimy mu czoło.

- Potrafisz otwierać zamki? - pytam Villiersa.

Pociąga nosem.

- Takie zdolności nie przystoją mojemu stanowi, ale zdarzały się sytuacje, gdy... no cóż, były pewne obciążające listy, które musiałem...

- Czyli tak?

- Pod warunkiem że chodzi o zamki bębenkowe.

Zostawiam trzy duchy przy barierze, robię zdjęcie zamka na drzwiach kaplicy i pokazuję je Villiersowi.

- Tak, potrafię go otworzyć, a przynajmniej potrafiłbym, gdybym wciąż miał ciało. Niestety, nie mam śmiertelnej formy.

- A mógłbyś mnie nauczyć? - Wskazuję kaplicę. - Jeśli Rawley włamał się do środka, to powinniśmy się tam rozejrzeć, zanim ruszymy jego śladem. Albo czegoś tam szukał, albo właśnie tam ukrywa porwane duchy. Muszę wejść do środka.

- Ale my nie możemy ci towarzyszyć - ostrzega Heather.

Villiers strzela palcami.

- Potrzebujemy maga, który usunie barierę powstrzymującą duchy przed wejściem do kaplicy.

Ollie posyła mi znaczące spojrzenie.

Przypominam sobie Sama w kawiarni, z końcówką pióra między zębami i sterczącymi lokami w miejscu, w którym przeczesał je palcami. Przy nim czuję, że tracę kontrolę i może wydarzyć się wszystko. To mnie przeraża bardziej niż wpadnięcie w pętlę śmierci, z której nikt nie będzie mógł mnie wyciągnąć.

Zaciskam szczęki, choć wiem, że Ollie ma rację. Mógłbym tam wejść sam, ale to byłaby głupota. Mam z magią tyle wspólnego co łyżeczka do herbaty.

- No dobrze, niech będzie.

Wysyłam wiadomość Samowi. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Naprawdę. Wszystko komplikuje, jest pewny siebie, natrętny i... irytujący. Robię to dla dobra zaginionych duchów, a nie dlatego, że chcę się z nim spotkać albo coś w tym rodzaju.

Odpowiada w ciągu kilku sekund: wysyła adres i godzinę.

Mam tylko pięć minut do zamknięcia cmentarza. Wybieram wystarczająco bajerancki nagrobek i szybko robię frotaż, podczas gdy Heather i Ollie opowiadają Villiersowi o naszym dochodzeniu.

Marudny strażnik czeka na mnie, stukając w rękę zwiniętą gazetą, jakby oceniał prawdopodobieństwo, że później włamię się na cmentarz, żeby przeprowadzić jakiś znieważający rytuał na grobach.

Powiedziałbym, że jest to niemal pewne, chociaż jeszcze nie znam szczegółów.

Ostentacyjnie patrzy na zegarek.

- Na styk, chłopcze.

- Przepraszam, niezbyt szybko chodzę. - Podnoszę nogawki dresu, żeby pokazać protezy.

Staruszek łagodnieje.

- Masz to, po co przyszedłeś?

- Chyba tak. Dziękuję, że pan zaczekał.

Nawet życzy mi miłego dnia, gdy zamyka bramę.

Wyrzucam frotaż do pierwszego napotkanego kubła na śmieci.

To nie może być tutaj. - Ollie mruży oczy, spoglądając na pięciopiętrową kamienicę na jednym z najładniejszych osiedli Yorku.

- Dlaczego nie? - pytam, otwierając bramę. - Zachowuje się, jakby świat do niego należał, więc może rzeczywiście tak jest.

Przed domem pyszni się nieskazitelny ogród, a lśniące drzwi wejściowe znajdują się na szczycie zakrzywionych marmurowych schodów. Ta ulica to enklawa pretensjonalnych dupków - mosiężne kołatki, potężne samochody z napędem na cztery koła. Ludzie, którzy tutaj mieszkają, zapewne używają papeterii z monogramami, a wakacje spędzają w swoich drugich domach.

Waham się przez chwilę, a potem unoszę i opuszczam dużą mosiężną kołatkę. Otwiera mi wysoki, elegancko ubrany biały mężczyzna przed sześćdziesiątką. Ma ostre rysy twarzy, starannie przystrzyżone włosy i skrojony na miarę garnitur.

- Czy... czy mieszka tutaj Sam? - A potem, ponieważ mężczyzna nie odpowiada, dodaję: - Jestem jego kumplem ze szkoły.

- Ze szkoły? - Mężczyzna marszczy czoło. Zawaliłem sprawę. Chłopcy z St Matthews pewnie nie noszą wytartych dresów i czapek baseballowych ani nie używają słów takich jak "kumpel". - Sama nie ma w domu.

- Aha. - Staram się stać spokojnie. - Wie pan, kiedy wróci?

W jego oczach widzę dziwny blask. Wydają się nieco zbyt jasne i zbyt wilgotne. Przez chwilę patrzy ponad moim ramieniem, jakby przenikał wzrokiem Olliego i przyglądał się Heather i Villiersowi, którzy dyskutują na jego trawniku. Potem znów na mnie spogląda.

- Niedługo. Może wejdziesz i zaczekasz?

To zaproszenie mnie zaskakuje. Mam ochotę uciec, ale facet wchodzi do domu i oczekuje, że pójdę za nim. Niegrzecznie byłoby się ulotnić.

Ollie również przekracza próg.

- Myślisz, że mają xboxa?

Dom jest cholernie imponujący. Nie żartuję. Wszystko lśni: posadzka, zasłony w oknach, obrazy. Nad drzwiami znajdują się rzeźbione panele przedstawiające mężczyzn na rydwanach i kobiety nalewające wodę z wielkich dzbanów. Kręte marmurowe schody prowadzą na wyższe piętra. Obok nich stoi masywny kredens pełen rodzinnych fotografii. Na środku dostrzegam zdjęcie olśniewającej kobiety o takiej samej złocistej skórze jak Sam. Jej dłoń spoczywa na piersi młodszej wersji mężczyzny, który otworzył nam drzwi. Pan i pani Harrow. Sam ma jej nos i jego podbródek, łącznie z dołeczkiem.

Z przodu komody stoi starsze zdjęcie. Dwaj młodzieńcy - jeden z lokami identycznymi jak u Sama - opierają się o nos niewielkiego wojskowego samolotu. Jasne światło słońca wyostrza kształt ich szczęk i pogrąża w cieniu oczodoły, przez co twarze przypominają czaszki.

Odwracam ramkę i czytam:

August i Henry S. przed wyjazdem na front, 1943.

- Jak się nazywasz?

Wzdrygam się, zaskoczony tym, że pan Harrow znalazł się tuż za mną.

- Charlie - odpowiadam. Ponieważ wygląda na to, że pan Harrow czeka na coś więcej, dodaję: - Frith.

- Jesteś spokrewniony z Frithami z Upperwhelmingcotte?

Dam głowę, że wymyślił tę nazwę.

- Eee... nie sądzę. - Mój głos rozbrzmiewa niezwykle donośnie w rozległych salach.

- Szkoda. - Mężczyzna odbiera mi zdjęcie i stuka palcem w wizerunek młodzieńca o kręconych włosach. - To mój dziadek, August. Był naukowcem i inżynierem, w czasie wojny specjalizował się w projektowaniu broni. Bystry człowiek. Firma, którą założył po wojnie razem ze swoim przyjacielem Henrym... - wskazuje drugiego z mężczyzn - wciąż sprawnie działa i należy do naszej rodziny. A czym się zajmują twoi rodzice?

- Mama jest starszą stylistką fryzur. Tata jeździ taksówką, ale jego ojciec był farmerem, zanim przeszedł na emeryturę i sprzedał ziemię.

- Przykro mi, że musiał ją sprzedać. - Pan Harrow wpatruje się w zdjęcie. - Otrzymywałem wiele szczodrych propozycji, ale nie potrafiłem się rozstać ze spuścizną po dziadku. Utrzymanie jej w dobrym stanie to mój obowiązek. To smutne, że twój ojciec nie kontynuował rodzinnych tradycji.

Niespecjalnie. Tata nigdy nie chciał być farmerem, jako młody chłopak nienawidził wstawania o świcie i włóczenia się niezależnie od pogody w poszukiwaniu owiec zbyt głupich, by utrzymać się przy życiu. A chociaż dziadek z sympatią opowiadał o swoim gospodarstwie, nigdy nie krytykował taty za to, że pragnął czegoś innego.

Nie chcę sprzeciwiać się panu Harrowowi, więc tylko wzruszam ramionami i mruczę pod nosem:

- Pewnie tak.

Odstawia zdjęcie na kredens. Patrzy na mnie, jakby mnie oceniał i kategoryzował.

- Co ci się stało w nogi?

Serio? Rozumiem, że ludzie są ciekawscy, ale gówno powinno ich obchodzić...

Chwileczkę. Czy on właśnie popatrzył w stronę drzwi, gdzie Ollie zagląda do wyjątkowo brzydkiej urny?

Nie, jestem spięty przez Rawleya i Olliego, który uważa, że każdy, kto zerka w jego stronę, może go zobaczyć. Sam przecież wspomniałby o tym, że jego staruszek też jest widzącym.

Oddycham z ulgą, gdy Sam wchodzi do domu z drogim plecakiem na ramieniu.

- Przepraszam za spóźnienie.

W odróżnieniu od większości mężczyzn w jego wieku pan Harrow nie farbuje włosów. Są przyprószone siwizną i starannie przystrzyżone. Teraz dostrzegam, czym tak naprawdę są wygniecione koszule Sama i jego potargana czupryna: oznaką buntu. Być może dla mnie wygląda jak ulizany laluś, ale przy swoim tacie przypomina kloszarda.

Gdzieś na niższym piętrze dzwoni telefon.

- Muszę odebrać - usprawiedliwia się pan Harrow. - Miło cię poznać, Charlie. Z pewnością mnie zaskoczyłeś.

Mruczę pod nosem coś grzecznego i pozbawionego znaczenia, podczas gdy on schodzi po schodach.

- Ładna chata, stary - odzywa się Ollie w przepastnej ciszy.

- Dziękuję. - Sam sprawia wrażenie równie skrępowanego w tym domu jak ja. Kładzie plecak przy kredensie. Patrzymy na siebie, coraz bardziej spięci. - A więc...? - zachęca.

Przypominam sobie, po co przyszedłem, i pokazuję mu zdjęcie pułapki na duchy na cmentarzu. Opowiadam o George'u Villiersie, zniknięciu Audrey, kręgu wokół kaplicy i o tym, że przewodnik Peter Rawley zapewne jest Człowiekiem z Cieni.

- To w zasadzie wszystko. Rawley schował coś w kaplicy albo czegoś tam szuka, ale nie wiem, od czego zacząć w kwestii magicznej bariery powstrzymującej duchy.

Usta Sama wykrzywia ironiczny uśmiech.

- Aha, przyszedłeś, ponieważ mnie potrzebujesz.

- Nie, mogę się tym zająć sam. Po prostu... lepiej się znasz na magii i wyczuwaniu różnych rzeczy i... myślałem, że chcesz ze mną współpracować...

- Zostawiłeś mnie w tamtej kawiarni, Frith. Od tamtej pory ignorujesz moje wiadomości, a teraz nagle mam ci zaufać, że chcesz stworzyć drużynę? Od samego początku byłem z tobą szczery.

- Szczery? - Czuję na szyi ukłucia gorąca. - Chyba jednak nie... nawet mi nie powiedziałeś, że jesteś trans. - Nie mam pojęcia, po co o tym wspominam. Od razu żałuję tych słów, ponieważ to nie ma znaczenia, ale mleko się rozlało.

- Serio? - Uśmiecha się kpiąco. - To akurat najmniej ciekawa rzecz we mnie, ale spoko, czemu nie. Pozwól, że ponownie się przedstawię. - Udaje, że ściska moją dłoń, wykonując teatralne ruchy. - Miło cię poznać. Jestem Sam Harrow, jestem transseksualnym mężczyzną. Pomyślałem, że musisz o tym wiedzieć, żebyś mógł sobie wyrobić całą masę niepotrzebnych opinii na mój temat.

Patrzy na mnie z naciskiem, a ja czuję się obnażony i pokonany.

- Po prostu żałuję, że mi nie powiedziałeś.

- Nie masz prawa wszystkiego o mnie wiedzieć - odpowiada beznamiętnie.

Atmosfera między nami wyraźnie się popsuła. Jego pewność siebie i zbuntowana natura cholernie mnie irytowały, ale teraz widzę, że drżą mu usta, i mam wrażenie, że nieświadomie coś mu odebrałem. Chciałbym mu to zwrócić, ale nie wiem jak.

Ollie patrzy na nas z dziwną miną.

- Zobaczę, co słychać u Heather i Villiersa.

Pieprzyć to.

- Nieważne. - Zakładam kaptur i ruszam do drzwi. Ollie tak się śpieszy, że przenika przez drewno. Odwracam wzrok i zauważam monochromatyczną fotografię pradziadka Sama. Uderza mnie to, jak są do siebie podobni. Sam ma nieco smuklejsze ciało, ale widzę u niego charakterystyczny dołeczek w brodzie, takie same oczy, brwi, kręcone włosy.

- Charlie, zaczekaj... - Łapie mnie za rękę. - Nie powiedziałem, że ci nie pomogę. Najważniejsze jest odnalezienie zaginionych duchów.

Stoimy blisko siebie. Gdybym również chwycił go za przedramię, wyglądalibyśmy jak członkowie rywalizujących gangów, którzy zawierają jakiś pakt.

Głowa Olliego wynurza się z frontowych drzwi. Wzdrygam się. Sam puszcza moją rękę.

- Wiem, wiem, zasada numer jeden - mówi Ollie. - Ale oni poszli do katedry.

Ulica już jest opustoszała. Co strzeliło Heather do głowy?

- Kurwa mać! Nie potrzebujemy zgromadzenia. Poproś Broomwooda, żeby zachował coś w tajemnicy, a jeszcze przed świtem będzie o tym gadał cały York.

- Niektórzy w to nie uwierzą - odpowiada Ollie. - Heather uznała, że warto spróbować jeszcze raz. Villiers jest naocznym świadkiem i nie żyje od co najmniej trzystu lat. To dłużej niż niektórzy z Zapleśniałych.

- To nie oznacza, że nie zrobią jej krzywdy.

- Co się dzieje? - Sam zbiega po schodach i staje przed drzwiami.

- Heather poszła się spotkać z Zapleśniałymi Starcami.

- Tymi straszydłami? Myślałem, że już z nimi rozmawiała.

- Zgadza się, więc powtórka to czysta głupota. - Nie wiem, co z nią zrobią, ale ostatnim razem, gdy postanowili ją ukarać, wróciła na wpół przejrzysta i nie mogła mówić przez kilka dni. - Chodźmy, Ollie.

Otwieram bramę i ruszam ulicą, a Ollie idzie krok za mną.

- Czy Heather nie prosiła, żebyśmy trzymali się od nich z daleka? - przypomina Sam.

- Nie pozwolę, żeby znów ją skrzywdzili! - odkrzykuję.

- Idę z tobą.

- Nie ma mowy.

- Kurwa, Charlie. - Sam nas dogania. - Albo chcesz mojej pomocy, albo nie.

ściany katedry wielokrotnie czyszczono myjkami ciśnieniowymi, ale kiedy wchodzimy do przepastnego wnętrza budynku, czuję upływ lat. To miejsce naprawdę jest cholernie stare.

- Wieczność w każdym łuku i linii - mówi Ollie.

Witraże ożywiają blade ściany, oblewając je łagodnymi barwami, ale i tak czujemy się jak w ciele jednego z lewiatanów z powieści graficznych Olliego, pośród kolumn przypominających żebra.

Ollie pośpiesznie udaje się na poszukiwanie Heather i Villiersa, ale Sam i ja musimy stanąć w kolejce. Wejście jest biletowane, a ja mam za mało pieniędzy. Młoda kobieta za ladą pyta, czy mieszkam w Yorku, a kiedy odpowiadam, że tak, pozwala mi wejść za darmo, pod warunkiem że wypełnię kilka formularzy. Waham się i rozważam włamanie tylnym wejściem, ponieważ nie znoszę papierkowej roboty, a Zapleśniali Starcy mogą właśnie w tej chwili krzywdzić Heather.

Sam płaci za mnie. Nie mam innego wyboru, ale i tak jestem wkurzony. Nie potrzebuję, żeby popisywał się przy mnie swoim bogactwem.

Szepty odbijają się echem pod łukowatym sklepieniem, gdy zapuszczamy się do wnętrza katedry. W takim miejscu człowiek odruchowo stąpa z czcią, jakby ktoś obserwował każdy jego krok.

Coś rzeczywiście nas obserwuje. Gmach jest pełen duchów. Jakiś mundurowy idzie między ławkami i opowiada coś grupce unoszących się w powietrzu mnichów. W głębi jednej z naw grupa dżentelmenów w wielkich krezach stoi razem i wymienia się plotkami. Niedaleko ołtarza mężczyzna w pudrowanej peruce leży na posadzce z rozłożonymi rękami i nogami i gapi się w sufit.

Niby czemu nie? Jeśli nie możesz zachowywać się dziwacznie po śmierci, to kiedy?

Idziemy dalej. Rozlega się huk młotków. Trwa jakiś poważny remont. Organy są obudowane rusztowaniem, większość potężnych piszczałek leży na stojakach. Pod ścianami katedry znajdują się liczne pomniki zmarłych, którzy modlą się na kolanach lub spoczywają w trumnach. Pod naszymi stopami leżą pleśniejące kości, schronienie dla robaków i pyłu. Nie powinno tu być aż tylu duchów, to miejsce jest jak jeden wielki cmentarz. Może przesiadują tutaj, ponieważ Zapleśniali Starcy lubią bawić się w dworzan.

- Więc gdzie oni są? - Jakimś cudem szept Sama brzmi głośniej od jego normalnego tonu. Obracam go, tak że stajemy przodem do kunsztownie zdobionego grobowca jakiegoś pobożnego gościa z imponującym nosem.

- Cokolwiek będzie się działo, nie nawiązuj kontaktu wzrokowego z duchami - syczę. - To nie jest zabawa, rozumiesz? Jeśli nas złapią... - Pozwalam, żeby moje słowa zawisły w powietrzu jak topór, który za chwilę ma opaść.

Uświadamiam sobie, że wciąż trzymam go za rękę, więc ją puszczam. To głupie i niebezpieczne. Jeśli nie będę ostrożny, wypatroszą nas obu. A jeżeli nie zabiją nas Zapleśniali Starcy, zrobi to Heather.

Sam nachyla się, udając, że czyta plakietkę na grobowcu.

- Co ci zrobili Zapleśniali?

- Nic. - Nie patrzę na niego. Z trudem powstrzymuję drżenie. - Ale zaufaj mi, wolałbyś, żeby nie wiedzieli o twoim istnieniu.

Zapędzili mnie w kozi róg wkrótce po śmierci babci. Mama przechodziła wtedy fazę religijną i szukała pocieszenia w kościele po utracie obojga rodziców. Siedziałem na swoim starym wypożyczonym wózku, którego nienawidziłem, ponieważ miał rączki do popychania. Nabożeństwo się skończyło, a dziewczynki zawodziły i rozpraszały rodziców. Ja i Heather skierowaliśmy się na koniec kościoła, żeby obejrzeć imponujące witraże. Nie jestem wielkim miłośnikiem sztuki, ale wtedy robienie czegokolwiek bez udziału rodziców było dla mnie nie lada wydarzeniem.

Nagle otoczyli mnie wiekowi umarli. Pamiętam dotkliwy ból w piersi i pragnienie ucieczki, ale chwycili mnie za ręce i nie mogłem dosięgnąć kół wózka. Cesarz i hrabia Percy byli najbardziej natarczywi i zostawili na moich ramionach i piersi bolesne zadrapania, gdy próbowali mnie pochwycić. Heather przyszła mi z pomocą. Cesarz próbował ją powstrzymać, ale stawiła mu czoło, dzięki czemu zdążyłem uciec do swojej rodziny, bełkocząc ze strachu.

Nigdy się nie dowiedziałem, w jaki sposób Heather nakłoniła Zapleśniałych Starców, żeby zostawili mnie w spokoju i zawarli ze mną układ, ale tak się stało. Ja nie wchodzę do katedry, a oni nie próbują uczynić mnie swoim sługą.

Naprawdę nie powinno nas tutaj być. Wycieram spocone dłonie o środek kieszeni i tłumię w sobie strach, aż zmienia się w lśniący ból pod przeponą. Powinienem nas stąd wyprowadzić, ale nie mogę odejść bez Heather.

Od chwili, gdy się za mną wstawiła, cesarz wciąż szuka pretekstu, by ją ukarać. Umarli nie potrafią zranić większości żywych, ale inne duchy nie są przed nimi bezpieczne. Ataki nie pozostawiają trwałych śladów, ale Heather zapewnia mnie, że bolą jak cholera. Nie zamierzam pozwolić, by znów jej to zrobili. Nigdy więcej.

Ollie zbliża się do nas i szepcze:

- Skarbiec.

Chodzi mu o sklepioną przestrzeń pod chórem, ale nie możemy tam zejść. Wokół kłębi się zbyt wielu zwiedzających. Chociaż moglibyśmy ukryć się za kolumnami, pozostałyby nam tylko dwie drogi ucieczki, obie po krzywych kamiennych schodach.

Sam proponuje, że zejdzie do skarbca, podczas gdy ja zaczekam tutaj.

- Oni nie wiedzą, że ich widzę.

Każę mu się zamknąć i ciągnę go na drugą stronę przejścia, gdzie znajduje się luka między kamieniami. Zakrywa ją ozdobna krata. Jest położona tak nisko, że musimy kucnąć, ale możemy przez nią zobaczyć część skarbca. Sklepione pomieszczenie jest pełne turystów, którzy oddychają pobożnym powietrzem i robią selfie przed rzeźbą z kamienia piekielnego. Potem przechodzą do następnej komnaty, żeby popatrzeć na grobowiec króla, a ja zauważam Heather i Villiersa.

Spóźniliśmy się.

Stoją bokiem do naszej kryjówki, naprzeciwko cesarza Septimusa Severusa, barczystego brodacza w sztywnej biało-fioletowej szacie. Święta Małgorzata Clitherow stoi na obrzeżach grupy i piorunuje ich wzrokiem. Przysuwam się bliżej, żeby lepiej zobaczyć, co się dzieje. Sam ładnie pachnie - to zapach kojarzący się z lasem. Dostrzegam krawędź obszytej futrem eleganckiej peleryny Jorvika oraz błysk zbroi i aksamitu, który oznacza, że w spotkaniu uczestniczy także hrabia Henry Percy. Nie mogło również zabraknąć rudowłosego dżentelmena rabusia sir Danville'a, który kroczy pewnie u boku lady Peckitt i króla Aelle'a z Northumberlandu.

A zatem komplet, wszystkie siedem Starych Dusz.

Zamykam oczy, żeby się uspokoić. Sam siedzi na tyle blisko, że dostaję gęsiej skórki - a może to przez chłód panujący w katedrze albo to, że mieszają się we mnie dwie porcje lęku z jedną porcją panicznego podniecenia. Nie jesteśmy na widoku, ale to się może zmienić, jeśli starcy się przemieszczą.

- Wasza Cesarska Wysokość, proszę wysłuchać ostrzeżenia hrabiego Percy'ego - odzywa się lady Peckitt, schludna kobieta w średnim wieku ubrana w pastelową suknię z koronką na łokciach. - Żadna związana dusza nie może mówić otwarcie, ponieważ pętają ją łańcuchy, które wykuła za życia. Danie wiary słowom Ophelii byłoby aktem niezasłużonego zaufania.

- Z całym szacunkiem, lady Peckitt - odpowiada Heather tonem, w którym nie ma ani cienia szacunku. - Moja więź z miastem nie wpływa na zdolność racjonalnego myślenia. Lekceważenie doświadczeń Ophelii w związku z jej chorobą psychiczną jest okrutne, szkodliwe i świadczy o zacofaniu.

Zapominam, że musi wypowiadać się w tak wyszukany sposób w ich obecności. Starsze duchy mówią tak samo jak współcześni ludzie, przecież przez całe dnie nasiąkają wszystkim, co słyszą. Ale Zapleśniali Starcy to banda snobów, którzy lubią brzmieć staroświecko. Całe szczęście ze względów praktycznych zrezygnowali z łaciny i staronordyckiego.

Król Aelle z Northumberlandu występuje naprzód, a Sam i ja odsuwamy się od kraty.

Nie patrz w lewo ani do góry, bo będzie po nas, napominam się.

Anglosaski król ma obwisły podbródek i wytrzeszczone oczy.

- Śpieszę wam donieść, że Ophelia nie tylko prowadziła rozmowy z naszym wrogiem, lecz także... - na chwilę milknie dla efektu - weszła z nim w relacje.

Święta Małgorzata marszczy nos.

- Cielesne grzechy.

- To także nieistotne dla sedna tej dyskusji - dodaje Heather.

Zapleśniali Starcy są książętami, królami i lordami, nie licząc świętej Małgorzaty Clitherow, która zapamiętała siebie w prostej szacie, z włosami upiętymi pod czepkiem. Jest dumna ze swojej świętości i powstała z martwych, by stać się kimś więcej. W tej chwili patrzy na Heather z wyższością, jakby ta była czymś paskudnym, co przylepiło jej się do buta.

- Ophelia była świadkiem uprowadzenia Millie - nie ustępuje Heather. - Ponadto mamy dowód zastosowania magicznego śladu w miejscu, gdzie...

Hrabia Percy unosi dłoń.

- Zaiste, ukochany Ophelii był podłym porywaczem dusz, a ona sama nigdy nie była wobec nas lojalna.

W swojej niebieskiej aksamitnej pelerynie, z białymi włosami i brodą nieco przypomina starego mądrego czarodzieja. A przynajmniej mogłoby tak być, gdyby Gandalf był podłym draniem o zakrzywionym nosie i diabelskim uśmiechu.

Villiers dumnie występuje naprzód.

- Wasza dostojność może za to pokładać wiarę w moją lojalność. Jestem George Villiers, pierwszy książę Buckinghamshire... - Rozpoczyna przydługą prezentację, wymieniając kolejne tytuły i dokonania, jak moje siostry, gdy dodają czekoladową posypkę do płatków śniadaniowych.

Czyżby on ich... kokietował? Tak, co za gość, pyszni się i rzuca efektownymi komplementami, a Zapleśniali to łykają. Sam i ja zerkamy na siebie. Przewracam oczami. Usta Sama drgają, powstrzymuje uśmiech rozbawienia. Przez chwilę jestem zadowolony, że uparł się, by do nas dołączyć.

- Jest pan mile widziany w Yorku - odpowiada sir Danville, wyraźnie zadowolony z pochlebstw Villiersa.

- Otóż to, taka urocza i dobrze wychowana dusza zawsze jest mile widziana w naszym wspaniałym mieście - dodaje lady Peckitt.

Villiers kolejno kłania się im obojgu. Może jest lepszym mężem stanu, niż uczy nas historia.

- Mury tego miasta szepczą o waszej mądrości, a ja, wasz skromny sługa, przybyłem prosić o radę. Mój serdeczny przyjaciel, James Reid, jest jedną z tych biednych pochwyconych dusz... - Mówi dalej, opisując to, co widział na cmentarzu, oraz Człowieka z Cieni, przyprawiając relację kolejnymi komplementami. Wszystko idzie dobrze, dopóki nie wspomina o pannie Nightingale.

- Audrey Nightingale? - pyta Inge. Wśród członków zgromadzenia rozlega się pomruk dezaprobaty. Atmosfera w jednej chwili się psuje.

- Czy możecie go wysłuchać? - wtrąca się Heather. - Peter Rawley, łapacz dusz, więzi niewinne duchy. Ślubowaliście chronić nas przed...

- Zamilcz! - Głos cesarza jest chrapliwy od gniewu.

Heather natychmiast przestaje mówić.

Zaciskam palce na kamiennej krawędzi ponad kratą z taką siłą, że bieleją mi knykcie. To ta chwila. Zaraz ją skrzywdzą. Musimy odwrócić ich uwagę. Gdzie, u diabła, jest Ollie?

- Z całego serca współczuję panu doznanej straty - zwraca się cesarz do Villiersa. - Wyznaczę kogoś do zbadania tej sytuacji.

- Wasza Cesarska Wysokość - odzywa się hrabia Percy. - Zgłaszam się na ochotnika do tego przedsięwzięcia. Porozmawiam z każdym, kto ma wiedzę na temat zaginionych, i postaram się zadbać o bezpieczeństwo naszego wspaniałego miasta.

- Przecież już mamy świadków i podejrzanego - wtrąca się Heather. - Należy czym prędzej wszystkich ostrzec.

- Ustanowiłem jasne zasady naszego zgromadzenia, panno Noble - odpowiada cesarz.

Heather sztywnieje.

- Nic z tego.

- Czy zatem uważa pani, że chciałbym niepokoić obywateli bez wyraźnego powodu? - Cesarz się krzywi. - Niech hrabia Percy zajmie się tą sprawą. Proszę nie dawać mi powodu, abym skierował swój gniew na panią oraz tych, którzy pani pomagają.

Odejdź, zachęcam Heather w myślach. No dalej, nie bądź głupia.

- Ejże, chłopaki, nie możecie tu siedzieć. - Gwałtownie oglądam się na mężczyznę, który stoi nad nami. Ochroniarz. Nie, to prawdziwy policjant, z odznaką i tak dalej.

- Przepraszamy, panie władzo - odpowiada Sam, zrywając się na nogi. - My tylko...

Nie ruszam się z miejsca, za to wyjmuję z kieszeni klucz imbusowy. Podciągam nogawkę dresu i udaję, że reguluję protezę.

- Już prawie skończyłem. Ona nie daje mi dzisiaj spokoju.

- Na chórze jest dużo miejsc siedzących, a po drugiej stronie stoją kamienne ławki - informuje mnie funkcjonariusz. - Tam będzie ci wygodniej. Tutaj ktoś może się o ciebie potknąć. - Wyciąga rękę, żeby pomóc mi wstać.

- Dziękuję i przepraszam za kłopot.

- Nie ma sprawy. Miłego zwiedzania.

Spotkanie w skarbcu dobiega końca i duchy wnikają w szkielet gmachu. Heather, która z mojego powodu przywykła do przestrzegania praw fizyki, wspina się po schodach. Zamykamy się w toalecie, ignorując protesty matek z dziećmi w wózkach. Wkrótce dołącza do nas Ollie. Odczekujemy kilka minut i wychodzimy. Kiedy mijamy skrzyżowanie naw, upewniam się, że mam czapkę naciągniętą na czoło. Opuszczamy katedrę przez sklepik z pamiątkami.

Na zewnątrz pociemniało; chmury gromadzą się nad miastem, a ulice pustoszeją, bo ludzie chowają się w sklepach oraz restauracjach, by uciec przed deszczem. Kiedy spadają pierwsze krople, Sam wciąga mnie pod markizę antykwariatu z książkami, a następnie ogląda się na katedrę. Śmieje się nerwowo. Jestem roztrzęsiony, ale patrzę mu w oczy. Dostrzegam tam łobuzerski błysk, który na chwilę odbiera mi oddech.

- Powiedz mi, że tam nie weszliście.

Zrywamy się na nogi i gwałtownie obracamy. Heather i Villiers stoją na deszczu, ale pogoda nie ma na nich żadnego wpływu. Heather ma zdeterminowaną i wystraszoną zarazem minę.

- Charlie chciał być tutaj, kiedy wyjdziecie - szybko odpowiada Sam.

Ulga na twarzy Heather. Uwierzyła mu. Kolejny powód, dla którego cieszę się, że do nas dołączył. Jestem fatalnym kłamcą.

- Szczeniaki mają ikrę. - Villiers chichocze. - To zapewne nasz adept sztuk okultystycznych. Cieszę się, że mogę cię poznać, paniczu Harrow. - Podają sobie dłonie. - Jestem George Villiers, pierwszy książę Buckinghamshire, były admirał królewskiej floty, rycerz Orderu Podwiązki i faworyt trzech królów...

Heather jeszcze ze mną nie skończyła.

- Charlie, nie wolno ci wchodzić do katedry.

- I kto to mówi?

- Miałam wszystko pod kontrolą.

- Pomogą nam? - pyta Sam.

Heather pochmurnieje.

- Hrabia Percy zamierza... - kreśli cudzysłowy w powietrzu - "przyjrzeć się tej sprawie".

- Myślisz, że tego nie zrobi?

Ollie parska.

- Hrabia Percy? Wątpliwe. Myślę, że Zapleśniałych Starców nie obchodzi, że łapacze dusz urządzają na nas polowanie, ale na pewno inaczej zaśpiewają, jeśli Rawley weźmie na cel któregoś z nich.

- Zgadzam się - mówi Heather. - Niemożliwe, żeby Percy naprawdę się tym przejmował, ale nie jestem pewna, z czego wynika ich lekceważąca postawa. Musimy zająć się tym sami.

- Powinniśmy śledzić Rawleya i złapać go na gorącym uczynku? - pyta Ollie.

Kręcę głową.

- I zaryzykować, że cię dopadnie? Nie ma mowy.

- Dziś wieczorem sprawdzę kilka rzeczy - proponuje Sam. - Zobaczę, czy uda mi się znaleźć sposób na obejście bariery wokół kaplicy.

- Dzięki - odpowiadam. - Mogę do ciebie dołączyć jutro.

- Lepiej nie. To może wyglądać podejrzanie, jeśli wrócisz. Niewykluczone, że Rawley obserwuje to miejsce.

- Okej... w porządku.

- Zadzwonię później.

- No to dzięki. - Już raz mu podziękowałem. Pewnie ma mnie za bełkoczącego idiotę.

Sam nieznacznie się uśmiecha, chowa ręce w kieszeniach i wychodzi na deszcz.

Heather odprowadza go wzrokiem.

- Jeśli Zapleśniali Starcy dowiedzą się, że wciąż węszymy, może się zrobić nieciekawie.

- Teraz się nie poddam. - Mam nadzieję, że sprawiam wrażenie dzielniejszego, niż jestem w istocie.

- Charlie, oni mogą cię zabić.

- Owszem, oni i każda inna dusza w Yorku.

Mężczyzna pluje mi w twarz.

- Jakie jest rozwiązanie teorematu?

Odwracam się i ze świstem wciągam do płuc cuchnące powietrze. Ja również spluwam. Krew. Kolejny cios pięścią sprawia, że płonie mi policzek.

- Umierają dobrzy ludzie.

Wściekły śmiech wydobywa się z moich zakrwawionych ust.

- A ty znów poślesz ich na śmierć. - Głos jest kobiecy, ale należy do mnie. To ja wypowiadam te słowa.

- Wiemy, że je znalazłaś. - Druga osoba staje w załamujących się promieniach słońca, a światło odbija się od jej ciemnych loków i brody z dołeczkiem. - W jaki sposób ustabilizowałaś sąsiadujące wiązania?

To Sam Harrow.

- Powiedz nam albo on to z ciebie wyciągnie - grozi wyższy z mężczyzn.

Ktoś mnie budzi, szarpiąc za ramię. Mrugam szybko, spodziewając się, że zobaczę Olliego, ale to Lorna.

- Znów krzyczałeś - mówi.

Siadam i ocieram kołdrą pot z twarzy. Nie ma Olliego. Nie ma żadnych duchów, tylko Lorna i Poppy, która wygląda zza futryny.

- Przepraszam. - Wciąż mam opuchniętą szczękę, a tępy ból przywołuje przebłyski z koszmaru. - Nie chciałem was wystraszyć.

- Nie bałam się - odpowiada Lorna i odchodzi.

Poppy patrzy, jak wstaję z łóżka. Mam ochotę krzyczeć, więc zagryzam obolałą wargę, aż łzy stają mi w oczach.

- Przypominasz sobie swoją śmierć? - pyta Poppy łagodnym głosem.

Zaskoczony, podnoszę wzrok.

- Ja też bym się tego bała. - Posyła mi słodki uśmiech, a zanim mam szansę znaleźć jakąś odpowiedź, dodaje: - Mama prosiła, żebyś nie spał cały dzień, bo musisz powtarzać lekcje.

Po chwili już jej nie ma.

Krew pulsuje mi w obolałych skroniach i plącze myśli. Mężczyźni z koszmaru pochodzą z pętli śmierci w Saint-Lô. Śnię o tym, jak wyższy z nich pochyla się nad martwymi ciałami na polu bitwy - nigdy nie widzę, co z nimi robi, mam tylko poczucie, że to coś niewłaściwego - a drugi pojawia się w ciemnym pokoju z ostrzami i krwią. Wiem, że tak naprawdę to nie jest koszmarny sen, tylko wspomnienie ducha z pętli śmierci, w którą wpadłem.

"Pamiętaj o stolicy ruin".

Jasne, Audrey, ale co dokładnie mam pamiętać? Ją? Tamtych gości i to, co jej zrobili? Śnię o nich, ale nigdy wcześniej nie widziałem ich twarzy, tak jak nie widziałem prawdziwej twarzy zabójcy, tylko Sama.

Cholera. Chciałbym, żeby Sam Harrow wyniósł się z mojej głowy. Chcę pozbyć się tego paskudnego gorącego ciężaru, który mnie przytłacza, gdy o nim myślę. Zachowałem się wobec niego jak palant i to dlatego pojawia się w moich koszmarach.

Ollie staje w progu.

- Wszystko w porządku?

- Zajebiście, stary.

- Tak myślałem. Woda się gotuje.

Zerkam na telefon. Żadnych wiadomości od Sama.

Śniadanie. Powtarzanie lekcji. Pompki. Znów nauka. Ponownie sprawdzam telefon. Cisza.

Sam dzwoni dopiero następnego dnia w porze lunchu.

- Co jest? - odzywam się, osłaniając komórkę dłonią, podczas gdy Lorna goni cioteczne rodzeństwo z dłońmi pełnymi czegoś lepkiego.

- Obiecałem, że rozejrzę się po cmentarzu - zaczyna Sam.

- Znalazłeś coś?

Słyszę trzaski na linii.

- Nie wiem, jakie zaklęcie bądź klątwa nie pozwala duchom wejść do kaplicy, ale jest zbyt silne, żebym je przełamał.

Nie mam pojęcia, jak wygląda jego pokój, ale wyobrażam sobie coś imponującego. Może siedzi na skraju olbrzymiego łoża z baldachimem, loki opadają mu na czoło, a biały kosmyk odbija światło nieśmiało wpadające przez jedwabiste zasłony.

To nie tak, że wyobrażam go sobie w łóżku... po prostu myślę o jego pokoju.

- Charlie?

- Jestem. Wydawało mi się, że znasz się na magii.

- Jestem raczej obserwatorem, a nie praktykiem sztuk okultystycznych.

- Nie znasz nikogo innego? - pytam. - A co z tamtą koleżanką?

- Z kim?

- Z tamtą magiczną dziewczyną, która pomogła ci mnie znaleźć.

- Miri jest hakerką, a nie wiedźmą.

- Aha.

Kolejna długa cisza. Powinienem przeprosić, że wtedy zachowałem się jak dupek. Co prawda nie obchodzi mnie, co Sam o mnie myśli, i nie musimy się lubić, żeby współpracować, ale przekroczyłem granicę.

Nie, lepiej teraz do tego nie wracać. Zresztą powinienem go przeprosić osobiście.

Z kaplicą nie możemy zwlekać. Ollie i ja przygotowaliśmy plan B. Miałem nadzieję, że nie będziemy go potrzebować, ponieważ jest niebezpieczny, zwłaszcza jeśli Zapleśniali Starcy poczują się dotknięci naszym wścibstwem.

- W porządku - mówię. - Będziemy musieli tam wejść, ty i ja.

- Włamać się? - Słyszę zaskoczenie w głosie Sama.

- Na tyłach cmentarza znajduje się druga brama. Na końcu Belle Vue Terrace. Spotkajmy się tam w środę o północy. Włóż ciemne ubranie.

- Jak dostaniemy się do kaplicy? - pyta.

Patrzę na kłódki, które dziś rano wydobyłem z szopy w ogrodzie.

- Pierwszy książę Buckingham uczy mnie otwierać zamki.

- No tak. - Sam odchrząkuje. - No to mamy randkę.

Brama na końcu Belle Vue Terrace jest równie wysoka jak ja i zbudowana z grubych prętów zakończonych kolcami. Po obu stronach wznoszą się domy. Muszę być ostrożny. Trudno byłoby wytłumaczyć, dlaczego ktoś z latarką, łomem i zestawem wytrychów domowej roboty kręci się w okolicy cmentarza.

- Myślisz, że Sam naprawdę przyjdzie? - pyta Ollie.

- Lepiej, żeby to zrobił. - Powiedziałem rodzicom, że u niego przenocuję. Jeśli się nie pojawi, to utknę tu na całą noc i nie będę miał gdzie się przekimać.

Chmury wiszą nisko na niebie, a powietrze jest wilgotne jak podczas mżawki. Ollie spaceruje ulicą, czekając na Sama. Heather siedzi na niskim murku i wygładza fałdy na swoich szarych spodniach. Takie detale zdradzają, że w głębi duszy wariuje z nerwów.

- Audrey miała rację - mówi. - Po prostu myślałam, że będę miała więcej czasu.

Właśnie mam ją spytać, o co jej chodzi, gdy Villiers wyłania się ze ściany domu naprzeciwko i sunie w powietrzu w naszą stronę. Wzdrygam się i odwracam wzrok.

- Słowo daję, paniczu Frith, jak na widzącego wyjątkowo płochliwie reagujesz na bezcielesną naturę dusz. Im starsi jesteśmy, tym mniej chętnie poddajemy się ograniczeniom materialnego świata. Przy okazji, czy oglądałeś serial Wiedźmin? Pod numerem dwudziestym właśnie urządzają maraton.

- Przestań podglądać ludzi w ich domach, to wścibstwo - poucza Heather.

Villiers wzdycha przesadnie.

- Biada mi, bez końca będę się uczył zwyczajów ludzi.

- Tylko dlatego, że Zapleśniali Starcy uważają cię za uroczego, nie możesz unosić się w powietrzu tak jak oni. Jeśli masz zamiar nam towarzyszyć, stosuj się do zasad Charliego i chodź po ziemi.

Serio, gdzie ty, kurwa, jesteś?

To moja trzecia wiadomość do Sama w ciągu pół godziny. Żadnej odpowiedzi. Nie chcę się martwić, że coś mu się stało, więc wyklinam go pod nosem.

- Jest - ekscytuje się Ollie.

Duchy mają lepszy wzrok niż żyjący. Mimo wszystko o mało nie mówię Olliemu, że się pomylił. Chłopak, który idzie w naszą stronę, w ogóle nie przypomina Sama Harrowa. Naciągnął czapkę baseballową nisko na czoło, puchową wojskową kurtkę zapiął pod samą szyję dla ochrony przed zimnem, a ręce trzyma w kieszeniach spodni dresowych, które najlepsze dni mają już za sobą. Ale to Sam. Wciąż nie rozstaje się z notesem. Chociaż ubrał się podobnie do mnie, ma w sobie coś z dżentelmena i podejrzewam, że chętnie przyjęliby go do klubu golfowego.

- Wyglądasz jak idiota - rzucam.

- To oczywiste. Ubrałem się tak jak ty. - Szczerzy się wyzywająco. - Po co ci ten łom? Na wypadek gdyby nie udało ci się otworzyć zamka?

Palą mnie policzki.

- Nie, po prostu... no wiesz... pomyślałem, że może się przydać.

- Zapewniam, że jestem wybitnym nauczycielem, a panicz Frith to pojętny uczeń - wtrąca się Villiers. - No dobrze, noc już nie jest młoda. Pójdźmy na spotkanie przygody oraz nieprzeciętnej dawki zagrożenia.

Ruszamy w stronę bramy. Ulicę zalewa ostre światło bijące z podjazdu pobliskiego bliźniaka. Przykucamy, rozbiegamy się na boki i przywieramy do porośniętego bluszczem muru, który otacza cmentarz, szepczemy pod nosem modlitwy, przekleństwa i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze.

Z werandy zbiega czarno-biały kot. Po kilku sekundach światło gaśnie.

Nigdy nie słyszałem, by ktoś szepnął "ja pierdolę" łagodniej niż Sam.

Bramę wieńczą żelazne kolce, więc musimy wspiąć się na mur. Sam przeskakuje go bez żadnego trudu. Ma drobniejsze ręce i ramiona, ale jest silniejszy, niż się wydaje, i bardzo zwinny. Moje przejście na drugą stronę wymaga znacznie więcej stękania i przeklinania. Villiers pozwala, bym stanął mu na plecach, i podsadza mnie. Zawisam na opuszkach palców, a potem opadam. Czuję ostry ból w kolanach, gniazda i protezy nie nadają się do amortyzowania upadku, ale utrzymuję się na nogach i w głębi duszy jestem dumny, że te wszystkie pompki się opłaciły.

Tutaj jest naprawdę niesamowicie w nocy.

Wchodzimy w jedną z okolonych drzewami alejek wiodących do kaplicy, a ja nagle się zatrzymuję. Niczego nie widzę, ale znam drogę. Żeby dostać się do kaplicy, musimy iść prosto, a potem w lewo. Wyciągam przed siebie ręce, trzymam łom jak miecz i powoli przesuwam się naprzód. Niemal natychmiast potykam się o nierówną kostkę brukową. Ktoś mnie podtrzymuje, żebym nie upadł.

- Ostrożnie, paniczu Frith. - Villiers klepie mnie po plecach.

Sam przeklina gdzieś za mną.

- Będziemy musieli użyć latarki.

- Ustawcie się w rzędzie, a my was poprowadzimy - mówi Heather.

Zaczepiam łom o pasek i szukam po omacku, aż w końcu łapię kogoś za rękę. Myślę, że to Ollie, ale dłoń jest znacznie cieplejsza i ma dłuższe palce.

Sam.

On również ma spocone ręce i mógłbym przysiąc, że przez skórę czuję bicie jego serca. Chcę cofnąć dłoń, ale to byłoby dziecinne, więc panikuję i nieświadomie ją zaciskam.

Puść go, po prostu puść.

Nie, wtedy pomyśli, że coś się za tym kryje.

Nie zwalniam uścisku.

Trzymając się za ręce, idziemy przez ciemność razem z umarłymi. Drzewa się rozstępują i czuję, że zbliżamy się do kaplicy. Kiedy wreszcie puszczam dłoń Sama, mam wrażenie, że usuwa się w mrok, ale tak naprawdę stoi tak blisko, że słyszę jego oddech i czuję zapach jego drogiego mydła.

Zatrzymujemy się przy barierze.

Villiers odchrząkuje.

- Bądźcie ostrożni, a przede wszystkim czujni.

- Tak, nie umrzyjcie - dodaje Ollie.

Heather mocno mnie ściska. Jej wywołane zdenerwowaniem milczenie przyprawia mnie o dreszcze.

Razem z Samem podchodzimy do drzwi krypty. Kucam na murawie i wyjmuję dwa wytrychy, które sporządziłem ze spinek do włosów mamy. Sam włącza latarkę w telefonie. Oślepia mnie, ale oświetla zamek. Zabieram się do roboty.

Tutaj nie idzie mi tak łatwo jak w moim bezpiecznym pokoju. Kilka razy muszę odłożyć wytrychy, otrzeć czoło i zacząć od nowa. Sam się nie odzywa, choć czas płynie. Nasłuchuję zapadek, kolejno na nie naciskając i jednocześnie przekręcając dźwignię. Za każdym razem, gdy czuję opór, czekam na charakterystyczny szczęk. Po czwartym z nich przesuwam wytrych na ostatnią zapadkę. Wciskam ją, a potem przekręcam oba wytrychy i drzwi otwierają się ze skrzypieniem.

- Nieźle, Frith, całkiem nieźle. - Sam klepie mnie po ramieniu i wchodzi do kaplicy, nawet nie sprawdziwszy, czy Rawley nie czeka w cieniu, by nas zabić.

Nieostrożny głąb.

W krypcie śmierdzi i przydałoby się jej solidne wietrzenie. Zielone awaryjne światło ujawnia położenie głównego przełącznika za drzwiami. Pstrykam nim, ale nic się nie dzieje. Wyjmuję latarkę i drugi snop światła dołącza do blasku telefonu Sama. Światła tańczą w krótkim korytarzu i docierają do ściany składającej się z trzech warstw postarzałych granitowych grobowców.

- Po co ktoś chciałby być zapieczętowany w tym pozbawionym powietrza miejscu? - pyta Sam.

Krzywię się. On naprawdę głośno szepcze.

- Pewnie sądzili, że ich ciała ulegną zakonserwowaniu albo coś w tym stylu.

- Ale w jakim celu? Nikt nie otwiera grobu i nie mówi: ojej, czyż dziadek nie wygląda ładnie jak na trupa? - Sam kopie kamyk, a ten z grzechotem toczy się po kamiennej płycie. - Ja chcę, żeby pochowano mnie pod drzewem. Zostanę pokarmem dla robaków.

- Jeśli dzisiaj coś pójdzie nie tak, dam znać twojemu tacie.

- Nie kłopocz się, on ma to gdzieś. - W jego głosie pobrzmiewa gorycz. Nie wiem, co odpowiedzieć, więc milczę. W końcu Sam znów się odzywa: - Więc gdzie jest jego kryjówka?

- Nigdy nie mówiłem, że to jego kryjówka, tylko że Rawley się tu włamał. Według Villiersa spędził tutaj sporo czasu. - Świecę w prawo i lewo przy rozwidleniu korytarzy. Na końcu jednego z nich znajduje się metalowa skrzynka, zapewne część instalacji elektrycznej. W drugim zauważam okno do połowy zabudowane cegłami.

- W porządku, ty zajrzyj tam. - Sam macha w stronę skrzynki. - Ja pójdę tędy. - Wskazuje okno.

Widziałem wystarczająco dużo horrorów, by wiedzieć, że rozdzielanie się to najgorsza taktyka. Zamierzam mu to powiedzieć, ale on już się oddala.

Wyjmuję łom zza pasa, skupiam światło latarki na podłodze oraz dolnej części ścian i szukam czegoś, co mogło zainteresować łapacza dusz lub w czym można przetrzymywać porwanego ducha, ale niczego takiego tutaj nie ma. W jednej z nisz piętrzą się krzesła; inna jest pełna narzędzi.

- Masz coś?! - woła Sam. Wygląda na to, że daliśmy sobie spokój z szeptaniem.

- Nie.

Spotykamy się u zbiegu korytarzy.

- Mógłbym oczyścić tę przestrzeń. Może wtedy pojawi się jakaś pułapka lub magiczny znak - proponuje Sam.

- Masz coś przy sobie?

Posyła mi uśmiech.

- Zawsze.

Wyjmuje poskładaną papierową torebkę, rozsypuje na posadzce ziołową mieszankę i zapala zapalniczkę. Cofam się, żeby cuchnący dym nie buchnął mi w twarz. Jeśli są tutaj czujniki przeciwpożarowe, mamy przechlapane.

Rozglądamy się, wypatrując na ścianach i podłodze śladów pozostawionych przez łapacza.

- U mnie niczego nie ma - mówię, powstrzymując kaszel.

- Chwileczkę - odzywa się Sam. - Jest coś za tymi grobowcami.

Na większości kamiennych płyt widnieją nazwiska, daty i epitafia, ale trzy środkowe są gołe. Pozbawione napisów. Dym wije się i wnika w szpary po ich bokach, zupełnie jakby odkurzacz wciągał go w pustą przestrzeń po drugiej stronie.

- Jest. - Sam zaczyna napierać pięściami, najpierw na środek każdej z płyt, a potem na ich narożniki.

- Czy to nie szczęśliwy zbieg okoliczności, że ktoś zabrał łom? - zauważam i macham narzędziem.

Krzywi się, kiedy wciskam koniec łomu w szparę między płytami. Kładzie ręce obok moich i ciągnie, kiedy ja popycham. Kamień zgrzyta, a łom wyślizguje się ze szpary. Zderzam się z Samem, a on mnie podtrzymuje, żebym nie upadł. Rumienię się. Próbujemy ponownie.

Po kolejnym niepowodzeniu Sam kręci głową.

- Nawet nie drgnie.

Ma rację. Może po prostu próbujemy się włamać do miejsca spoczynku jakiegoś biedaka, ale przecież Rawley musiał mieć powód, żeby tu przyjść. Nie mamy innych tropów. Opieram się o granit. Pomimo chłodnego powietrza czoło mam zlane potem.

Imię.

Nie mam pojęcia, skąd się wzięło ani dlaczego właśnie o nim pomyślałem, ale pozwalam mu się ześlizgnąć z języka, choć wypowiadam je zbyt cicho, by Sam mnie usłyszał.

- Rachel.

W krypcie rozlega się zgrzyt, dudnienie i głuchy huk, jakby otworzyły się jakieś drzwi. Trzy panele jednocześnie przekręcają się do środka, odsłaniając wąskie schody prowadzące w głąb ziemi.

Myślisz, że to bezpieczne? - Sam oświetla latarką schody.

Wciągam do płuc zatęchłe powietrze.

- Pewnie, że nie.

- No dobrze, pójdę pierwszy.

Podążam za nim, porzuciwszy łom, dzięki czemu mogę trzymać się dłonią ściany. Dlaczego to zawsze muszą być schody? Nienawidzę schodów, zwłaszcza starych i nierównych. Jeśli kiedyś spotkamy tego, kto wybudował to miejsce, powiem mu, że w następnej podziemnej kryjówce, czy cokolwiek to jest, powinien umieścić windę.

Mój Boże. Najlepiej nie myśleć o tym, co może na nas czekać w ciemności. Skupiam się na kolejnych krokach. Jeśli się poślizgnę, przewrócę Sama, a jeśli skręcę mu kark, pewnie będzie mnie nawiedzał.

Schody skręcają w prawo, potem jeszcze raz, zataczając pełen okrąg.

Sam wstrzymuje oddech.

- Rany, ale cuchnie.

Ja też to czuję: pleśń, wilgoć i uporczywa woń zgnilizny, od której mam odruch wymiotny. Docieramy na dół i w świetle latarki dostrzegam rozległe pomieszczenie. Nagle czujemy silne uderzenie powietrza. Latarka migocze i gaśnie. Podobnie jak światło w telefonie Sama.

Słyszę jedynie własny nerwowy oddech. Po chwili coś chrzęści nam pod nogami. Żwir? Obok nas rozjarza się światło i pojawia się jakaś groteskowa maska. Odskakuję z krzykiem.

- Charlie, to tylko ja.

Sam. Zapalił zapalniczkę, a ciepły płomień rozjaśnia ciemne plamy pod jego oczami.

Opieram dłonie na kolanach i pochylam się, wciągając powietrze przez zęby.

- Cholera jasna, człowieku.

- Szkoda, że nie widziałeś swojej twarzy. - Szczerzy się jak zwykle.

- Palant.

Na posadzce leży potłuczone szkło. Na środku pomieszczenia stoi długi stół, ale niewiele widzę w słabym blasku zapalniczki. Smród starego amoniaku drażni mnie w gardle.

Próbuję włączyć latarkę, ale nie działa.

- Poszukaj świec albo lamp.

Sam już się do tego zabrał, ruszając w głąb sali. Idę za nim, ponieważ w otaczającej go niewielkiej kałuży światła czuję się bezpieczniej.

- Aha! - Zapala dwie staroświeckie latarnie sztormowe, wręcza mi jedną z nich i zaczynamy się rozglądać.

Na wyłożonym płytkami blacie po lewej stronie stoi cała masa pustych puszek ze staroświeckimi etykietami, a obok leży do połowy zapisana książeczka żywnościowa datowana na sierpień 1944 roku. Duży stół pokrywają stary sprzęt laboratoryjny oraz kruche gumowe rurki, które rozpadają mi się pod palcami. Biorę do ręki okulary połówki w cienkich oprawkach. Kiedy obracam je w dłoniach, w szkłach pojawiają się niebieskawe refleksy.

Już je kiedyś widziałem.

Ta woń, te płytki...

Sam myszkuje w rzędzie zakurzonych butelek z alkoholem. Wyjmuje korek z jednej z nich i wypija potężny łyk.

- Uch, ale kopie.

Częstuje mnie. Chwytam butelkę i chciwie piję, krztusząc się palącym trunkiem, a potem wskazuję pogrążony w ciemności drugi koniec pomieszczenia.

- Już tutaj kiedyś byłem.

Sam powoli rusza naprzód, a światło z jego latarni dociera do końca stołu i do trupa, który wisi nad nim na grubym sznurze.

- Cholera! - Sam odskakuje do tyłu.

Ciało okryte przegniłymi strzępami ubrania jest skurczone i przypomina szkielet. Skóra, poczerniała i stwardniała z upływem czasu, opina czaszkę jak błyszczący plastik. Krzesło, na które wspiął się mężczyzna, leży na podłodze.

Odwracam wzrok.

- To z jego pętli śmierci mnie wyciągnąłeś.

- Jesteś pewien?

- Jest tylko jeden sposób, by to sprawdzić: przed śmiercią spalił listy i zdjęcie... - Omijając zwłoki szerokim łukiem, idę na drugi koniec pomieszczenia. Znajduje się tutaj zlew, tak jak zapamiętałem, a w środku widzę spopielone resztki. Przetrwał tylko kawałek zwiniętego pożółkłego papieru. - Tak, to on.

- Myślisz, że on także był łapaczem dusz? - pyta Sam.

- To miejsce otacza magiczna bariera, która powstrzymuje umarłych, więc myślę, że tak. A to... - Podnoszę okulary połówki. - Rawley ma takie same.

Zakładam szkła i na ścianach pojawiają się świecące znaki, takie jak w pętli Wisielca. Okrążają nieprzerwanie całe pomieszczenie, ale sprawiają wrażenie wyblakłych i słabych. Kiedy zerkam ponad szkłami, znikają.

- Cholera, Sam, popatrz przez nie.

Wręczam mu okulary. Sam je zakłada, po czym cicho i przeciągle gwiżdże.

- Ujawniają ukryte zaklęcia. To bardzo użyteczne. Mówisz, że Rawley ma takie?

Oddaje mi okulary, a ja chowam je do kieszeni.

- Nosi je na łańcuszku na szyi.

- Czyli włamał się do kryjówki zmarłego przed laty łapacza dusz, żeby... porównać magiczne okulary? - Sam na chwilę się zamyśla. - Czy cokolwiek tutaj wygląda inaczej niż w pętli? Czegoś brakuje? A może coś zostawił? - Zaczyna otwierać szuflady i badać przedmioty na blacie, a potem zerka pod stół.

Pomimo słabego światła uważnie rozglądam się po pomieszczeniu.

- Może. Nie... nie wiem. Szczerze mówiąc, byłem wtedy skupiony na tym, żeby nie umrzeć...

- Charlie. Musimy iść. - Sam zamiera. W dłoni trzyma szklaną butelkę wielkości zaciśniętej pięści. Pamiętam ją z pętli śmierci. Znajdowała się na stojaku, metalowej konstrukcji na podłodze pod stołem, i pewnie się przewróciła, kiedy mężczyzna kopnął krzesło.

Sam podnosi butelkę, przez którą przenika światło jego latarni. Szyjka jest zapieczętowana czerwonym woskiem, a wewnątrz kłębi się mięsista masa, w której dostrzegamy przekrwione oko, zębate usta i rozcapierzoną dłoń.

Źle do tego podeszliśmy. Zadaniem magicznej bariery nie jest powstrzymywanie duchów na zewnątrz, ale utrzymywanie umarłych w środku.

Cholera. Wolałbym teraz walczyć ze Starymi Duszami. Albo nawet bić się ze szkolnymi łobuzami, mając na sobie kostium fiuta. Wszystko byłoby lepsze od zawartości tej butelki.

- Odstaw ją. Ostrożnie. - Z trudem panuję nad głosem.

Wiedzieliśmy, że łapacze dusz chwytają duchy w pułapki. Teraz się dowiedzieliśmy, jak je przechowują. Czerwony wosk, którym zapieczętowane są butelki, tłumaczy kałuże w miejscach porwań. Ktokolwiek jest uwięziony w tej butelce, przebywa tam od dawna i zapewne jest solidnie wkurzony. Jeśli butelka pęknie...

Oddech Sama paruje w chłodnym powietrzu.

Od wyładowań elektrycznych dostaję gęsiej skórki.

Coś chrzęści pod moimi butami - okruchy szkła, o ostrych krawędziach, upstrzonego śladami wosku.

Dwie butelki. Na metalowym stojaku znajdowały się dwie butelki, a nie jedna. Jedno naczynie trzyma Sam, a drugiego nigdzie nie widać. A to oznacza...

Szloch odbija się echem od ścian. Strach wrzyna się w moją pierś, gdy staję przed Samem i unoszę latarkę, jakby to była broń. Ale żaden duch nigdy nie bał się światła.

Zakonnica w szarym habicie wyłania się zza schodów, jakby ktoś ekshumował ją ze ściany. Jest zaskakująco wysoka - ma sporo ponad metr osiemdziesiąt - i smukła, bacznie obserwuje nas mlecznymi oczami, sunąc w naszą stronę. Czuję woń kruszonej cegły, potu i starego piwa. Przed śmiercią ktoś obciął jej włosy i mocno ją sponiewierał. Krwawe plamy na czaszce lśnią wilgocią w blasku lampy.

Patrzy mi w oczy. Czuję się, jakbym wpadł do lodowatej rzeki. Próbuję się poruszyć, ale mięśnie odmawiają posłuszeństwa. Mój mózg wrzeszczy panicznie. Czuję skrzypienie w kościach.

Zakonnica coś śpiewa, hymn, w którym rozpoznaję fragment modlitwy Ojcze nasz.

- Ale nas zbaw ode złego. - Wyciąga rękę w naszą stronę. - Pomóżcie mi, proszę.

Sam pośpiesznie się cofa.

- Ściany.

Rdzawy pył przesącza się przez szpary między płytami i tworzy ciemne wzory, podobne do tych, jakie widziałem przez okulary. Kurz i gruzy poruszają się, jakby szkielet budynku wibrował od trzęsienia ziemi. Przez chwilę myślę, że to sprawka Sama i jego magii, ale on wytrzeszcza oczy i widzę, że jest równie wystraszony jak ja.

- Zamurowana żywcem za zajście w ciążę. - Zakonnica przyciska habit do lekko wzdętego brzucha. - Potrzebuję was.

- Eee, do czego dokładnie jesteśmy jej potrzebni? - pyta Sam.

Nie znam odpowiedzi, ale mogę się założyć o swoje życie wieczne, że nie chodzi o grupową zniżkę na bilety do kina ani spacer po plaży. Ollie opowiadał nam o ciężarnej zakonnicy - siostrze Agnes - którą łapacz zamknął w butelce w ramach kary za zamordowanie widzącego. Ona jest jedną z Wygłodniałych, a żeby się stąd wydostać, musimy ją minąć.

- Nie zbliżaj się, bo zamkniemy cię z powrotem w butelce. - To desperacka i próżna groźba.

Siostra Agnes doskonale o tym wie. Śmieje się okrutnie i pożądliwie.

Atakuje. Jej usta rozciągają się nad bladymi dziąsłami i pożółkłymi zębami. Dłoń o długich paznokciach odpycha mnie na bok. Obracam się i upuszczam lampę, żeby złagodzić upadek. Kiedy przetaczam się po ziemi, widzę, jak Agnes popycha Sama na stół i wytrąca mu z rąk drugą butelkę.

Mógłbym przysiąc, że czas zwalnia, gdy butelka spada. Uderza o kamienną posadzkę i rozbija się na kawałki. Wsysa, a następnie wydmuchuje powietrze.

Jakaś postać o silnie zarysowanej szczęce porośniętej krótkim zarostem materializuje się pomiędzy nami. Jej szerokie czoło zakrywa melonik. Poszarpany płaszcz i długie palce są poplamione zaschniętą krwią. Kiedy mnie zauważa, uśmiecha się, błyskając ostrymi zębami.

- Po jednym na głowę - odzywa się zakonnica. - Wystarczy, żeby przełamać zaklęcie.

- Agnes, kochana, rozpieszczasz mnie. - Mężczyzna unosi dłonie. Okruchy szkła wzlatują w powietrze. Drewno skrzypi, gdy potężne drzazgi odrywają się od stołu. Mężczyzna przekręca palce, a powyginany metal, emaliowane talerze i potłuczone butelki zaczynają krążyć wokół niego jak tornado.

- Przecież... on nie może... jak? - bełkoczę. Umarli nie są w stanie dotykać fizycznego świata, więc co tu się dzieje, do diabła?

Z trudem utrzymując równowagę, nurkuję pod burzowym wirem. Sam odpycha Agnes i omija Zębatego, który najwyraźniej jest bardziej zainteresowany zabawą swoim jedzeniem niż zadaniem zabójczego ciosu. Pozwala Samowi się prześlizgnąć.

Pewnie chcą nas pożreć żywcem.

Na stole buchają płomienie i podążają za śladem oleju z pękniętej lampy. Ogień pochłania gumowe rurki i rozprzestrzenia się pośród kłębów ciemnego dymu.

- Uciekaj! - Sam pcha mnie w górę schodów, a ja po omacku szukam drogi. Moje mięśnie pulsują bólem, gdy obciążam protezy do granic możliwości, ale nie mogę się zatrzymywać. Gryzący dym wypełnia schody, a za nim podąża okrutny śmiech Agnes.

Potykam się, oszołomiony. Uderzam brodą o stopień i gryzę się w język. Sam dopada do mnie i wsuwa rękę pod moją pierś, żeby mnie podźwignąć. Rzęzi tak samo jak ja. Z trudem odzyskuję równowagę, a on ciągnie mnie w górę schodów.

Granit wokół nas drży i pęka. Zębaty rzuca się za nami i próbuje mnie chwycić, a ja w panice wierzgam nogą. Moja proteza przenika przez niego i trafiam go kikutem w brzuch, tak że zatacza się na Agnes. Sam mocno mnie trzyma, dzięki czemu nie staczam się w ślad za duchami. Spluwam krwią i wspinam się dalej.

Razem wtaczamy się do krypty. Za nami szybują płonące okruchy drewna i kawałki granitu. Sam chce zamknąć drzwi.

- Zostaw! - sapię.

Zębaty wyłania się ze schodów. Woskowa twarz Agnes pojawia się tuż za nim. Znów ogarnia mnie panika, ale adrenalina pobudza do działania. Naszą jedyną szansą jest przekroczenie bariery.

Biegniemy w stronę głównych drzwi i wpadamy na groby. W porównaniu z zatęchłą kryptą wieczorne powietrze jest oazą świeżości i wolności.

Coś trafia mnie w plecy i zwala z nóg. Upadając, boleśnie wykręcam lewą nogę. Trawa jest wilgotna i zimna. Przeklinam z bólu i przetaczam się na plecy. Zdesperowany Sam próbuje zamknąć ciężkie drewniane drzwi, które przez chwilę drżą na zawiasach i w końcu się zatrzaskują.

To strata czasu, Sam nie myśli logicznie, ale nie mam siły mu tego mówić.

Niematerialne ręce wyłaniają się z drzwi i mocno pociągają go na drewno. Po chwili ukazuje się głowa i duch wbija zęby w szyję Sama, a ten wrzeszczy z bólu. Ciemna, lśniąca krew cieknie Zębatemu z ust.

Nie!

Dźwigam się z ziemi, ale coś znów jest nie tak z moją lewą protezą. Jej stopa bezwładnie obwisła. To bez znaczenia. Muszę się dostać do Sama.

Rzucam się w stronę drzwi i atakuję oczy Zębatego, wbijając kciuki w miękkość jego oczodołów. Krzywię się, czując, jak wilgotne gałki oczne ustępują pod moimi palcami. Duch cofa się, wyjąc z bólu, a ja odciągam Sama.

Przyciskam dłoń do jego szyi, a on obejmuje mnie ręką w pasie. Na wpół zataczamy się, a na wpół skaczemy między grobami. Obaj nawzajem podtrzymujemy się i pomagamy sobie utrzymać równowagę. Sam potwornie sapie. Ściskam go mocniej, chcąc dodać mu sił. Już niedaleko.

Gdzie ta magiczna bariera?

Przez jedną pełną grozy chwilę boję się, że zniknęła, wyparowała, kiedy byliśmy w środku.

Potem słyszę wołanie Heather, Villiersa i Olliego. Wściekły pisk niesie się echem nad cmentarzem.

Nie oglądaj się.

Zostało tylko kilka metrów. Moje mięśnie płoną. Nie dam rady. Nie zrobię ani jednego kroku więcej. A jednak mi się udaje.

Przekraczamy barierę.

Sam wyślizguje mi się z rąk, chociaż próbuję go utrzymać. Chwyta mnie Heather i oddalamy się od kaplicy. Zaczynam odczuwać swoje obrażenia i każdy krok kosztuje mnie więcej, niż jestem w stanie z siebie dać. Villiers przykrywa dłonią ranę Sama.

Boże. Jest niedobrze. Naprawdę niedobrze.

- To ugryzienie - informuję Heather. Więcej na razie z siebie nie wyduszę.

Kilka metrów dalej pomaga mi usiąść. Opieram się o nagrobek i poddaję bólowi, który czuję w nogach.

Siostra Agnes i Zębaty rzucają się za nami pośród eksplozji z kamieni i płonącego drewna. Część odłamków dociera do bariery i spada po drugiej stronie. Kawałek nadpalonego drewna przelatuje przez Villiersa i trafia w nagrobek nad moją głową. Ollie przeklina. Sam próbuje mnie osłonić.

Wygłodniali szturmują barierę. Jeśli magia nie wytrzyma, dopadną nas w sekundę. Nie jestem w stanie z nimi walczyć - ledwie się poruszam.

Heather robi minę, jaką widziałem u niej tylko raz. Powoli wstaje i idzie w stronę kaplicy. Siostra Agnes patrzy na nią kpiąco. Zębaty szaleńczo się szczerzy.

Villiers bez słowa dobywa rapiera i staje obok Heather. Ollie dołącza do nich i z zaciśniętymi pięściami patrzy na wroga. W nocnym powietrzu czuć elektryczne napięcie.

- Miejcie nadzieję, że ta bariera wytrzyma - odzywa się Heather poważnym głosem. - Tak będzie dla was lepiej. Uważacie, że jesteśmy jedynymi duszami, które staną w obronie tych chłopców? Liczy na nich całe miasto, a dla ducha, który by ich zabił, życie po śmierci bardzo szybko się skończy.

Oczywiście blefuje, ale i tak czuję w sercu nadzieję.

Agnes cofa się jako pierwsza. Zębaty charczy, spluwa, a następnie się odwraca, jakby od początku planował, że da za wygraną. Gruzy z podziemnego pomieszczenia wciąż walają się po kaplicy, ale duchy już w nas nimi nie ciskają.

Heather i Villiers pośpiesznie wracają. Przed odejściem Ollie pokazuje Agnes i Zębatemu środkowy palec.

Sam wspiera się na mnie, trzymając się za szyję, z twarzą wykrzywioną bólem. Ja też jestem ranny, ale to bez znaczenia. Nic mi nie będzie, jeśli tylko Sam przeżyje.

- Światło - prosi Heather.

Wyjmuję latarkę, ale ta wciąż nie działa. Sam drżącymi palcami podaje mi swoją zapalniczkę. Jest usmarowana jego krwią.

Na rozkaz Heather cofa rękę. Z kilku głębokich zadrapań na obojczyku krew nieśpiesznie sączy się na koszulkę polo, ale to ugryzienie wygląda najgorzej. Dwie paskudne rany w miejscach, gdzie zęby ducha rozdarły ciało.

- Musimy powstrzymać krwawienie - mówi Heather.

Zdejmuję puchową kurtkę i bluzę z kapturem. Bluza jest stara i pełna dziur. Łatwo oderwać z niej kawałek materiału na opatrunek uciskowy. Heather każe mi uciskać szyję Sama, a on opiera się na mnie, aż tracę dech.

Ollie siada obok nas.

- Sam, stary, czego nie zrozumiałeś ze słów: "nie umrzyjcie"?

Delikatny ślad uśmiechu.

- Jeszcze nie umarłem.

- Musimy zawieźć cię do szpitala - odzywa się Heather.

Sam nieco się prostuje.

- I co im powiem? Że ugryzł mnie duch?

- Nie obchodzi mnie, co powiesz - odpowiada ona głosem lekarki. Nie ma zamiaru wysłuchiwać bzdur, gdy ktoś wymaga pomocy. - Trzeba oczyścić i zszyć ranę...

- Żadnych szpitali.

- Mamy towarzystwo - informuje Villiers.

Fala sztucznego światła zalewa groby po naszej prawej stronie. Cholera! Pewnie uruchomiliśmy jakiś alarm. Albo Człowiek z Cieni wrócił, żeby nas wykończyć.

Sam z trudem wstaje, a wieczorny wiatr porusza jego lokami. Zostawiłem łom w kaplicy, a z zepsutą protezą nigdzie nie pójdę. Latarka świeci nam prosto w twarz. Mrużę oczy i podnoszę rękę.

- Charlie? - Światło się kołysze, a następnie obniża.

Leonie. Ma na sobie za duży płaszcz i spodnie od piżamy wciśnięte w buty, a włosy schowała pod jedwabnym czepkiem.

- O cholera, Olimpijczyk. - Mitch stoi tuż za nią z łopatą w rękach. Wygląda, jakby był gotów w każdej chwili zadać nią cios. - To ty podpaliłeś kaplicę?

Światło z latarki Leonie pada na wykrzywione usta Zębatego i długie paznokcie Agnes. Sam i ja się wzdrygamy. Chociaż Leonie i Mitch ich nie widzą, nie mogą nie zauważyć fruwających śmieci.

- Kurwa, to jakiś tunel powietrzny? - pyta Mitch.

- Raczej wygłodniałe duchy - odpowiada Sam, zanim mam szansę go powstrzymać. Ollie załamuje ręce i cmoka z dezaprobatą. Villiers sprawia wrażenie niemal rozbawionego.

Mitch parska z niedowierzaniem.

- Czyli włamaliście się w nocy na cmentarz, żeby polować na wygłodniałe duchy pogody i dokonać podpalenia?

- Mniejsza z nami. - Wskazuję głową łopatę w jego rękach. - Wybraliście się na nocne rabowanie grobów? To nietypowy pomysł na randkę, gratuluję oryginalności.

- To najlepsza broń, jaką udało nam się znaleźć w garażu Leonie. - Mitch brzmi, jakby się tłumaczył.

Leonie staje między nami.

- Mieszkam przy Belle Vue. Widzieliśmy, jak ktoś wspina się na bramę.

- Kiedy przeprowadziłaś się na tę stronę miasta? - pytam.

- Moja mama jest tutaj pochowana.

Poczucie winy skręca mi żołądek. Powinienem był o tym pamiętać. Ale i tak nie kupuję ich historii.

- Śledziliście mnie.

- Ależ nie!

- Nie jestem głupi. Chodzicie za mną od dwóch tygodni.

Leonie krzyżuje ręce na piersiach.

- Zachowywałeś się dziwacznie.

- Zawsze się tak zachowuję.

- No cóż, dziwaczniej niż zwykle, a po tym, co zobaczyliśmy na szkolnym boisku...

- Nie było was tam - wchodzę jej w słowo.

- Byliśmy... eee, w pawilonie - odpowiada Mitch. Nie potrafi spojrzeć mi w oczy.

Musieli pójść tam od razu, podczas gdy ja leżałem na ziemi i próbowałem odzyskać oddech.

- Wiemy, że wcale się nie biliście - dodaje Leonie. - No i że było tam coś jeszcze. - Zerka na kaplicę i płonące szczątki. - Coś, czego nie mogliśmy zobaczyć.

- Nie rozmawiajmy tutaj - mówi Heather. - Straż pożarna może już być w drodze, a niedaleko znajduje się posterunek policji.

- Masz rację - zgadza się Sam.

Villiers podaje mi rękę. Chwytam ją, a on płynnym ruchem dźwiga mnie na nogi.

- Jak, u diabła...? - rzuca Mitch. - Jesteś magiem albo kimś w tym rodzaju?

Wbrew sobie parskam śmiechem. Brzmi to wariacko i nienaturalnie. Na ich oczach uniosłem rękę i rozkazałem swojemu ciału, żeby wstało, jakbym był wampirem podnoszącym się z trumny.

- Kimś w tym rodzaju - odpowiadam.

Moja latarka i telefon Sama nie działają, więc prosimy Leonie, żeby oświetlała nam drogę. Villiers i Heather podpierają mnie z obu stron, dzięki czemu mogę kuśtykać w ślad za innymi. Pośpiesznie idziemy trawiastą alejką w stronę Belle Vue. Leonie stale się na mnie ogląda, a niedowierzanie, które widzę w jej szeroko otwartych oczach, nieco łagodzi jej zwyczajowe wyrachowanie. Po tym, co widzieli, nie ma sensu ukrywać, że dzieje się coś nadprzyrodzonego.

W oddali wyją syreny.

- Szybciej! - syczy Leonie, gramoląc się przez mur. Sam podąża za nią. Mitch mnie podsadza. Ollie tymczasem ostrzega, żebym odwrócił wzrok, i duchy przenikają przez cegły. Wiszę na murze, aż czuję czyjeś dłonie na tyłku i plecach. Villiers mnie podtrzymuje. Puszczam się i spadam w jego objęcia.

To nie Villiers, tylko Sam. Ciężko dyszy i pachnie dymem, krwią oraz nocnym powietrzem.

- Trzymam cię - mówi.

- Załóż z powrotem opatrunek uciskowy - warczy Heather, zanim udaje mi się cokolwiek wykrztusić.

Villiers otacza swoje ramię moją ręką, a Leonie prowadzi nas na podjazd przed bliźniakiem z czerwonej cegły; na werandzie pali się światło. Słyszę trzask czujnika ruchu i po chwili obmywa nas ostry blask reflektora.

- Twój tata? - pytam.

- Jest w Chinach z Alem. W przyszłym roku mamy tam pojechać wszyscy, ale biologiczny ojciec Ala zachorował, więc musieli się tam wybrać jak najszybciej, a loty do Zhengzhou są bardzo drogie. Zresztą mamy egzaminy. Joe jest w Leeds. Terry poszedł na domówkę.

Otwiera drzwi kluczem i wtaczamy się do środka.

Salon wygląda tak, jak go zapamiętałem: białe ściany, naturalne drewno, wszędzie rośliny, dzieła pani Agyemang na ścianach, ręcznie szyte poduszki rozrzucone po skromnej kanapie. Tylko że to jest inny dom. Nigdy nie bawiłem się tutaj jako dziecko, nigdy nie jadłem lodów ani kruchych ciastek z masłem orzechowym na trawniku na tyłach. Mama Leonie nigdy tu nie mieszkała, a Leonie i ja nie jesteśmy już przyjaciółmi. To mieszkanie kogoś obcego. Czuć w nim woń typową dla cudzego domu, zapach wielu ciał, które wiodą odrębne życie.

Sam wyraźnie ma dosyć. Ile krwi stracił? Heather namawia go, by odchylił resztki bluzy i pokazał jej ranę w lepszym świetle.

Na jej widok Leonie głośno wciąga powietrze.

- Mój Boże, wampiry naprawdę istnieją?

- Jeśli nie chcesz pojechać do szpitala, to musimy się tym zająć tutaj - stwierdza Heather. - Powiedz dziewczynie, żeby przestała się gapić. Musimy oczyścić ranę. Czy ona ma jodynę?

Przekazuję to pytanie Leonie, a ona się krzywi.

- Chy-chyba nie.

- W takim razie będą musiały wystarczyć mydło i woda. Niech przyniesie apteczkę.

Leonie posyła Mitcha do kuchni, żeby zajrzał do blaszanej apteczki, a sama prowadzi nas do łazienki na piętrze. Przeszkadza mi popsuta proteza, więc zdejmuję obie i zostawiam w korytarzu razem z wkładkami. Zawiązuję nogawki spodni od dresu na supły.

Łazienka jest bardzo duża, szersza niż przedpokój na dole. Na lewo od drzwi znajdują się wanna i umywalka, a na prawo kabina prysznicowa oraz toaleta.

Mitch przynosi apteczkę. Przeglądam jej zawartość, oparty o wannę, i słucham, jak Heather tłumaczy Samowi, w jaki sposób należy umyć ranę.

- Będziemy potrzebowali nylonowej nici, zakrzywionej igły, pęsety i nożyczek - wymienia. Nożyczki i pęseta to nie problem, ale nie znajduję niczego, czym mógłbym zszyć ranę.

Leonie pojawia się w drzwiach z matowym plastikowym pudełkiem.

- Joe zamówił to na eBayu, kiedy planował podróż po studiach, ale w końcu zostało w domu.

To zestaw do szycia z igłami w sterylnych osłonkach, szczypcami, a nawet parą rękawiczek bez lateksu. Myję nad umywalką dłonie, nadgarstki i przedramiona, a potem przygotowuję wszystko, co będzie nam potrzebne.

- Robiłeś to kiedyś? - pyta Leonie.

- Heather to robiła - odpowiadam. - Ona pokieruje moimi dłońmi.

- Kim jest Heather?

W domu rozbrzmiewa dźwięk dzwonka.

Wszyscy zastygamy bez ruchu. Krew skapuje na płytki.

- Policja! Proszę otworzyć.

- Wezwałaś na nas gliny? - syczę.

- Mówiłam ci, myśleliśmy, że wrócili tamci wandale - mruczy przepraszająco Leonie.

- Co teraz zrobimy? - pyta Mitch.

Leonie zrzuca buty i płaszcz, tak że zostaje w samej piżamie.

- Pójdę z nim porozmawiać.

- I co mu powiesz? - dopytuję.

- Jeszcze nie wiem, cokolwiek będę musiała, żeby sobie poszedł.

Mitch zdejmuje liść, który przyczepił się do jej czepka, i posyła jej pocieszający uśmiech, a ona ściska jego dłoń.

- Postarajcie się nie hałasować - prosi i znika na dole.

- Nie powinieneś z nią pójść? - szepcze Sam do Mitcha.

Mitch masuje się po karku.

- Jej tata nie wie, że jestem u niej o tej porze.

Słyszymy odgłos otwieranych frontowych drzwi.

- Ktoś zadzwonił do nas spod tego adresu w sprawie włamania na cmentarz - odzywa się niski i spokojny głos.

Odpowiedź Leonie jest przytłumiona. Czyżby wyszła na zewnątrz?

Nieupoważnione wejście to najmniejszy z naszych problemów - grozi nam oskarżenie o uszkodzenie mienia, podpalenie oraz, jeśli znajdą tamto ciało, także zabójstwo. Nie, tego na nas nie zrzucą. Znalezienie ciała to nie przestępstwo.

Frontowe drzwi zamykają się z grzechotem, a Ollie prostuje dwa kciuki, ale nie jestem pewien, czy to już koniec. Pod nami rozbrzmiewają ciężkie kroki, a potem odzywa się męski głos. Zamykam oczy i wytężam słuch.

Są w domu.

Cichy trzask.

Rozwieram powieki.

Mitch przyciska palec do ust. Ostrożnie zamknął drzwi łazienki. Sam syczy z bólu, a ja skupiam się na nim. Potrzebuje pomocy. Musimy zachowywać się cicho i liczyć na to, że Leonie pozbędzie się policji.

- Na pewno nie chcesz pojechać do szpitala? - szepczę.

Sam próbuje pokręcić głową i jego twarz wykrzywia grymas. Zazwyczaj jego szept jest głośny, ale teraz muszę się nachylić, żeby wyraźnie go usłyszeć.

- Za dużo pytań, na które nie możemy odpowiedzieć, a poza tym powinienem być u ciebie, pamiętasz? Mój ojciec będzie chciał porozmawiać z twoimi rodzicami, a wtedy wyda się, że kłamałeś...

- I tak zauważy krwawą dziurę na twojej szyi.

Sam mruga.

- Do twarzy mi w szalach.

- Jako człowiek, który stracił wielu kamratów i przyjaciół przez gangrenę, szczerze odradzam takie postępowanie - odzywa się Villiers. - Chociaż wierzę w zręczne ręce Charliego, nie należy lekceważyć środków odkażających, jakimi dysponujemy współcześnie.

Sam się krzywi.

- Dziękuję, Villiers, wezmę to pod uwagę.

- Do kogo mówisz? - Mitch rozgląda się po łazience.

- Po prostu zejdź nam z drogi - odpowiadam, a on, ku mojemu zaskoczeniu, odsuwa się bez dyskusji.

Zakładam rękawiczki. Sam siada na podłodze obok wanny, a ja klękam przed nim.

- Dobrze ułóż skórę. Jeśli nie przytrzymasz jej równo, blizna będzie poskręcana - podpowiada Heather. - Zastosujemy pojedynczy ścieg w poprzek rany. Jak najmniej ukłuć, dobrze? Kiedy zaczniemy, nie ciągnij igły, tylko delikatnie ją prowadź za pomocą pęsety.

Otarcia na dłoniach pieką mnie pod rękawiczkami, ale muszę się uspokoić. Uśmiecham się przepraszająco do Sama.

- Będzie bolało.

- Powinienem był zabrać tamtą whisky - odpowiada.

- Ostatnia szansa, żeby zmienić zdanie.

- Po prostu to zrób.

Heather kładzie dłonie na moich rękach. Biorę głęboki oddech i zaczynam szyć.

Leonie wraca, gdy już kończę, i z przerażeniem patrzy na moje śliskie od krwi rękawiczki. Sam oddycha płytko, jego pokryta potem skóra wydaje się szara. Mitch, który był świadkiem wszystkiego, ma podobny kolor twarzy.

- Gotowe - mówię, zdejmując rękawiczki. Heather klepie mnie z dumą po ramieniu. Ja tylko się cieszę, że już po wszystkim.

Sam patrzy na moje dzieło w lustrze nad umywalką.

- Nieźle, Frith, całkiem nieźle.

Leonie wydobywa z apteczki tubkę maści odkażającej i podaje ją Samowi.

- To, co cię ugryzło, mogło mieć wściekliznę.

- Ostatni zgon w Anglii spowodowany naturalnie występującą wścieklizną miał miejsce w tysiąc dziewięćset drugim roku - informuje Ollie, ponieważ zna wiele takich ciekawostek. Powtarzam to Leonie, a ona przewraca oczami.

- Prawdziwa z ciebie encyklopedia, Charlie. - Macha tubką w stronę Sama. - Masz ładną buzię, byłoby szkoda, gdyby zgniła.

Heather patrzy na nią z uznaniem.

- Zawsze miała głowę na karku.

Tak, tylko nie w Normandii.

Sam próbuje odkręcić tubkę, ale mu się nie udaje. Biorę ją od niego. Przekrzywia głowę, a ja uświadamiam sobie, że chce, bym posmarował mu ranę. Coś przewraca mi się w żołądku. Mam zawroty głowy - pewnie dlatego, że przed chwilą zszywałem człowieka. Maść ma jałowy medyczny zapach. Nakładam ją na szwy.

- Gotowe.

- Dzięki. - Sam się odsuwa. Coś między nami napina się i pęka.

- Policja już odjechała? - pyta Mitch, obejmując Leonie w pasie.

- Tak. Serio, zasłużyłam na Oscara. - Ona również go obejmuje. Zamieram, kiedy widzę, jak przeczesuje mu włosy palcami.

- Myślisz, że wrócą? - pytam.

- Nie dzisiaj. Muszą pomóc strażakom.

- Ale zobaczą, że tam się działy jakieś zwariowane rzeczy, prawda? - dodaje Mitch.

Klnę pod nosem. Siostra Agnes i Zębaty nie skrzywdzą żyjących, ale nawet najbardziej tępy krawężnik nie przegapi latających kamieni.

- Tak - odpowiadam, czując się nieswojo. - Poza tym zostawiłem tam bluzę i nasze czapki.

- No i co z tego? - pyta Mitch. - Pomyślą, że należały do wandali, o których im powiedzieliśmy.

- Będzie na nich pełno moich odcisków palców...

- Byłeś kiedyś zatrzymany?

- N-nie.

- A pobierano ci odciski palców z jakiegoś innego powodu?

- Nie.

Mitch kręci głową.

- Więc życzę im powodzenia.

Sam siada na krawędzi wanny.

- On ma rację. Mogą tylko zestawić znalezione odciski z tymi zgromadzonymi w bazie danych, szukając zgodności, ale nic im to nie da. Poza tym te zwłoki leżą tam od dziesięcioleci, to nie jest świeże zaginięcie.

- Zwłoki? - pyta Leonie. - Jakie zwłoki?

Sam i ja wymieniamy spojrzenia.

- Pod cmentarną kaplicą. - Jak wiele mogę im zdradzić? Postanawiam ograniczyć się do najprostszej odpowiedzi. - To ktoś, kto zmarł kilkadziesiąt lat temu, a my go teraz znaleźliśmy.

Leonie unosi brew, a Mitch marszczy czoło. Pochyla się do przodu.

- W porządku, nie jesteście magami ani łowcami wampirów, więc kim, do diabła?

Duchy i Sam milczą, czekając, jak potoczą się sprawy. Otwieram usta, ale się waham. Mitch i Leonie byli ze mną w Saint-Lô; widzieli, co się stało, i wszystko popsuli. A jeśli teraz zaczną opowiadać ludziom o wydarzeniach tego wieczoru, powiedzą, że znów zwariowałem, powiedzą... czy ja wiem... coś. Niech to szlag.

- Nie odtrącaj nas znowu, Charlie - nalega Leonie. - Nie teraz.

Odtrącać ich? A to dobre.

- To niebezpieczne - mówię. - Istnieją pewne... rzeczy!

- Rzeczy?

- Groźne rzeczy - mówię z naciskiem. - Mogłaby wam się stać krzywda. Nie powinniście się w to angażować.

- Ale się zaangażowaliśmy! - Leonie celuje we mnie palcem. - Łamiesz prawa grawitacji, a on... - oskarżycielsko wskazuje Sama - właśnie zakrwawił mi całą łazienkę, więc to także nasza sprawa, czy ci się to podoba, czy nie.

- Mogli oddać cię w ręce policji - zauważa Heather cichym głosem. - Ale tego nie zrobili.

Jeszcze.

- Lepiej zawrzeć sojusz, niż ryzykować, że poszukają odpowiedzi u naszych wrogów - radzi Villiers.

- Chyba że wymażemy im pamięć - proponuje Ollie. - Ale nie mam takiego gadżetu jak Faceci w Czerni. Sam, masz w swoim cudownym notesie jakieś zaklęcie, które sprawi, że zapomną, co widzieli?

Sam kręci głową, lekko się chwieje, a potem siada w wannie.

- Muszę się... na chwilę położyć.

- Możesz leżeć, jak długo zechcesz, jeśli któryś z was odpowie na nasze pytania - mówi Mitch. - W przeciwnym razie wezwiemy policję i to im opowiecie, co się stało.

- Mitch - odzywa się Leonie.

Ale on już podjął decyzję. Znam to spojrzenie. Jego urok osobisty wyparowuje, do głosu dochodzi prawdziwy Mitch, który zawsze szydzi ze mnie, maskując to fałszywym uśmiechem. Kumpel Josha Girshawa, który mnie pobił. Teraz na twarzy Mitcha nie ma uśmiechu, tylko gniew i strach. Mitch się boi. A wystraszeni ludzie robią głupie i niebezpieczne rzeczy.

Dlatego mówię im prawdę.

- Kiedy ludzie umierają, czasami nadal krążą między nami jako duchy... a raczej dusze. Ja i Sam, no cóż, możemy je zobaczyć. - Ledwie rozpoznaję dźwięk własnego głosu, ale to naprawdę ja wyjawiam te tajemnice. - Jest ich mnóstwo w Yorku, zarówno starych, sprzed setek lat, jak i niedawno zmarłych. Nie wiem, dlaczego tu pozostają, być może z powodu trudnego zgonu lub niedokończonych spraw, ale w każdym razie wszędzie są duchy. Ostatnio ktoś zaczął je porywać. Uważamy, że to przewodnik, Peter Rawley. Duchy nazywają go Człowiekiem z Cieni.

Opowiadam im o łapaczach dusz oraz o tym, co naprawdę znaleźliśmy w kaplicy, a także o pętli śmierci na szkolnym boisku. Im więcej wyznaję, tym łatwiej jest mi mówić. Kiedy kończę, Mitch i Leonie siedzą ciasno przytuleni do siebie, a Sam leży zwinięty w kłębek w wannie, jak kurczak w jajku. Heather stoi przy drzwiach, blisko mnie. Ollie i Villiers tłoczą się pod prysznicem, żeby zaoszczędzić trochę miejsca.

- A więc widzisz zmarłych? - pyta Leonie, jakby czekała, aż potwierdzę, że jestem wariatem albo robię sobie żarty.

- Tak. - Obserwuję Mitcha. Jeszcze nigdy nie widziałem go tak bladego.

- Sam też?

Z wanny unosi się ręka.

- Przyznaję się do winy.

Leonie rozgląda się i zatrzymuje wzrok na lustrze, jakby mogła w nim zobaczyć tańczące duchy.

- Czy... jakieś duchy są teraz tutaj?

Przedstawiam wszystkich. Villiers kłania się, zataczając efektowny łuk ręką. Heather się uśmiecha. Ollie niczego nie robi. I tak go nie widzą.

- Ktoś jeszcze? - pyta Leonie.

- Trzy duchy to dużo jak na jedną łazienkę na przedmieściach.

Kręci głową.

- Powiedziałabym, że ściemniasz, ale widziałam, co wydarzyło się w szkole. To było jak powtórka z wycieczki do Saint-Lô.

Nie chcę rozmawiać o Normandii.

- A na cmentarzu... - Trzyma przed sobą złożone ręce, jakby musiała się czegoś chwycić. - To, w jaki sposób się poruszyłeś, było niemożliwe bez obecności kogoś jeszcze... dlatego zaufam dowodom. Od zawsze widzisz umarłych?

Pocę się.

- Nie. Od czasu, kiedy zachorowałem na zapalenie opon mózgowych.

Mitch wstaje; ma zaciśnięte pięści i dygocze.

- Dlaczego mi nie powiedziałeś? Byliśmy najlepszymi kumplami.

Najlepszymi kumplami? Prawie czymś więcej.

Nie powiedziałem mu, ponieważ to była kolejna rzecz, która różniła mnie od niego i wszystkich innych. Ponieważ musiałem sobie poradzić z utratą nóg. Ponieważ widzenie i słyszenie niewidzialnych ludzi jest dziwaczne i nienaturalne, a ja nie chciałem, żeby uznał mnie za dziwaka.

Jeśli tego nie rozumie, nie zamierzam mu tego tłumaczyć. Nie odpowiadam, a on kręci głową i wychodzi.

- Dobrze poszło - odzywa się Ollie.

Mam wrażenie, że mój świat został zgnieciony do malutkiego punktu w oceanie ciemności. Po wszystkim, co Mitch mi zrobił, jak może się obrażać, jakby to on został skrzywdzony?

Leonie biegnie za nim i dogania go w połowie schodów. Nie słyszę, co do niego mówi, bo odzywa się bardzo cicho. Mitch kiwa głową i odchodzi, a Leonie wraca na górę.

- On tylko chce ci pomóc - tłumaczy. - Oboje zawsze próbowaliśmy to zrobić.

- Pomóc? - Parskam śmiechem. - Porzuciliście mnie.

- To ty nagle przestałeś być naszym przyjacielem. Usiłowaliśmy...

- Ponieważ powiedzieliście wszystkim, że oszalałem. - Gromię ją wzrokiem.

- Wcale nie... - Bierze głęboki oddech. - Cholera, Charlie, byliśmy dzieciakami i baliśmy się. W jednej chwili byłeś obok nas, w następnej coś wciągnęło cię do tamtej apteki, a potem... na moment usiadłeś w powietrzu. To było niemożliwe. Cały byłeś we krwi... twoje ręce... Nie mogliśmy zrozumieć, co widzieliśmy... bo niby jak? A ty nie chciałeś z nami rozmawiać!

- A więc to moja wina, tak?

Heather kładzie dłoń na mojej ręce, a jej dotyk nieco łagodzi pulsowanie w mojej czaszce.

Leonie zamyka oczy na dłuższą chwilę.

- Może po prostu się z tym prześpijmy, dobrze? Połóż się w łóżku Ala. Sam może zająć łóżko Joego.

Patrzę na nią zaskoczony, a ona wciąga powietrze przez zęby.

- Przecież was nie wyrzucę w środku nocy, nawet jeśli zachowujesz się jak palant.

- W porządku. Sam?

Nie odpowiada.

- Hej, Sam? - W moim głosie pobrzmiewa panika. Nachylam się nad nim. Oddycha równo i głęboko. Dotykam jego ramienia, a wtedy trzepocze rzęsami, ale się nie budzi. - Chyba nie wyciągniemy go z tej wanny.

- Idź się przespać - mówi Heather. - Ja przy nim posiedzę.

- Nie, zostanę. - Nie widziałem braci Leonie od ponad pięciu lat. Nie chcę spać w łóżku żadnego z nich.

- Chcesz przenocować tutaj? - pyta Leonie.

Kiedy przytakuję, wzrusza ramionami i wychodzi na korytarz. Po chwili wraca z pościelą. W łazience jest akurat tyle miejsca, żebym mógł się ułożyć obok wanny. Leonie myje podłogę, rozkłada na niej kilka wełnianych koców i przynosi dwie kołdry.

- Czy... twoje duchy czegoś potrzebują?

- Cóż za urocza młoda dama - zachwyca się Villiers, a następnie wygłasza długą listę żądań, na której znajduje się między innymi czarna lniana szlafmyca i coś, co nazywa się posset.

- Nie, niczego im nie trzeba - odpowiadam pośpiesznie.

- W porządku. A więc dobranoc.

- Leonie?

Zatrzymuje się w progu, a ja odchrząkuję.

- Eee, dzięki za... no wiesz.

- Tak. - Kiwa głową i wychodzi.

Otulam Sama kołdrą i podkładam mu pod głowę poduszkę, uważając, żeby nie urazić szwów, a następnie kładę się na kocach, opierając się o wannę. Heather dołącza do mnie, a Ollie zwija się w kłębek po jej drugiej stronie.

Villiers siada przy ścianie pod oknem.

- Musisz się przespać. Ja stanę na straży.

Spadek adrenaliny sprawia, że czuję się zmęczony i obolały. Powinienem wstać i uprać wkładki. Mnie także przydałaby się kąpiel, ale Sam zajął wannę, a z prysznicem byłoby za dużo zamieszania. Zajmę się tym rano.

Przywieram do Heather i pozwalam, by pochłonęło mnie wyczerpanie. Mam ochotę sięgnąć w ciemność i chwycić Sama za rękę, by upewnić się, że wciąż jest prawdziwy. Dzisiaj znów ocalił mi życie, ale ja jego też uratowałem. Stanowimy świetną drużynę.

Myślę o słowach Heather, która powiedziała, że jesteśmy ważni dla duchów w Yorku. To niemal smutne, że nie miała racji. Może chciałbym, żeby tak było. Kiedy żyła, poświęcała się leczeniu ludzi i była wierna przysiędze Hipokratesa, by przede wszystkim nie szkodzić. Od czasu śmierci dba o mnie jak starsza siostra, więc kiedy grozi innym, że skróci ich życie pozagrobowe... nie wiem, czy mnie to przeraża, czy raczej sprawia, że jeszcze bardziej ją kocham.

- Heather? - Trącam ją łokciem. - Myślałem, że dusze są nieśmiertelne. Czy duchy naprawdę mogą powtórnie umrzeć, tym razem ostatecznie?

Mocno ściska moją dłoń.

- Nic nie trwa wiecznie, Charlie.

Tam, gdzie mieszkamy, jest mniej duchów, ale też można je spotkać - snują się alejkami lokalnego sklepu budowlanego, z sentymentu stoją w kolejce po frytki albo krążą po dzielnicy willowej, narzekając na stan swoich drogocennych róż.

- Oni mają to gdzieś, chłopcze! - krzyczy pan Broomwood, a poły jego szlafroka ciągną się za nim, gdy przechodzi przez ulicę i idzie w naszą stronę. Jego twarz składa się niemal wyłącznie z brwi i zmarszczek nad opadającymi ustami. - Na mszyce wystarczy zwykła woda z mydłem, ale oni zostawiają kubły na ulicy przez kilka dni po odjeździe śmieciarki. Kilka dni! To był mój dom przez czterdzieści lat, a ci lokatorzy od Davida wcale go nie szanują, ani trochę. Wystarczyłby list, nawet anonimowy...

- To nie moja sprawa, panie Broomwood - protestuję, jak niemal każdego dnia od jego śmierci w październiku zeszłego roku.

- Więc czyja, co? - Staruszek się nadyma i macha na mnie palcem, jakbym był niegrzecznym szczeniakiem albo jednym z radnych. - Jeśli możesz naprawić jakieś zło, staje się to twoim obowiązkiem.

Wkładam ręce do kieszeni. Jest wiosna, ale w powietrzu czuć chłód.

- Wyszedłbym na dziwaka.

- Jakie to ma znaczenie? Zawsze byłeś dziwnym chłopcem.

- A jakie znaczenie mają pana róże?

W bungalowie naprzeciwko poruszają się firanki. Pani Ginty zapewne zastanawia się, dlaczego chłopak Frithów znów kłóci się sam ze sobą na chodniku.

- Odmówił, więc daj mu spokój. - Heather bierze mnie pod rękę i zostawiamy pana Broomwooda za sobą.

Nie zawsze ich widziałem. Moje wczesne dzieciństwo było szczęśliwie wolne od widm, dopóki nie zachorowałem w wieku dziewięciu lat. Zapalenie opon mózgowych miało szybki i gwałtowny przebieg i kosztowało mnie utratę obu nóg pod kolanami. Potem mnie zabiło. Lekarzom udało się przywrócić mnie do życia, co według mojej babci było cudem Bożym.

Świat, do którego wróciłem, był znacznie bardziej zatłoczony niż ten, który opuściłem.

Taksówka taty stoi na podjeździe. W domu pali się światło, a ja wciągam w nozdrza znajomy zapach. Buty i płaszcze przy drzwiach, rysy od wózka inwalidzkiego i odkurzacza na podłodze w przedpokoju, plama na suficie - pamiątka po tym, jak tata próbował sam załatać pękniętą rurę - niebieska wykładzina, wytarta na środku, ale wciąż gruba na obrzeżach.

Mama woła, że mój podwieczorek grzeje się w piekarniku. Gra telewizor i słyszę, jak ustawiona kłótnia w studiu osiąga punkt kulminacyjny, a czajnik wyje, zachęcając do zaparzenia herbaty w przerwie na reklamę.

- Cześć! - wołam i idę do swojego pokoju.

Kiedy tylko wchodzę do środka, Dante, duch collie, unosi uszy, a ja pośpiesznie go drapię. Jego radosny pisk niemal wystarczy, bym ucieszył się, że mogę dotykać zmarłych.

Chudy rudowłosy dzieciak siedzi ze skrzyżowanymi nogami na moim łóżku. Kiedy się poznaliśmy, wyglądaliśmy jak rówieśnicy, ale ja dorastam, a Ollie zawsze będzie jedenastolatkiem. Mój własny Piotruś Pan.

Pokazuje kserówki przyczepione do ścian.

- Gdzie byłeś? Przeczytałem to wszystko dwa razy.

- Zobaczysz, staruszku - odpowiada Heather.

Chcę od razu dać mu prezent, ale muszę się przenieść na wózek. To jak zmiana uwierających butów na wygodne kapcie. Podwijam spodnie od dresu, odpinam zapięcia łączące silikonowe wkładki z gniazdami i kolejno zdejmuję obie protezy, a po nich wkładki i skarpety. Ollie wciąga powietrze, a Heather się krzywi. Skóra w kilku miejscach jest podrażniona. Solidnie się spociłem, więc czuję pieczenie.

Wsuwam się na swój wózek - ultralekki, z niskim oparciem i bez rączek. Ten pokój kiedyś należał do mojej babci i ma dużą łazienkę. Potrzebuję kilku minut, żeby się umyć i opatrzyć otarcia gazą. Potem szoruję wkładki i wieszam je, by wyschły.

Kiedy wjeżdżam do pokoju, Ollie gawędzi z Heather o najnowszym komiksie na ścianie. W bibliotece skserowałem Hellboya. Prawą rękę zniszczenia i poprzypinałem poszczególne strony do ściany jak scenorys, żeby chłopak miał co czytać po moim wyjściu, chociaż podejrzewam, że przez większość dnia nawiedzał sale wykładowe na uniwerku. Za życia nie miał wielu okazji do nauki, więc nadrabia zaległości po śmierci.

Większa część mojego pokoju jest poświęcona jego pasjom. Półki nad biurkiem to miejsce kultu naszych ulubionych Avengersów: Thora, którego uwielbia Ollie, i mojego faworyta Spider-Mana. Heather nie zdradza swoich preferencji, ale obaj jesteśmy przekonani, że ma słabość do Scarlet Witch. Na wszystkie wolne miejsca na ścianach trafiają stale zmieniające się kolaże powieści graficznych, komiksów i książek.

Ollie ostatnio wciągnął się w starożytnych klasyków: Homera, Eurypidesa i Owidiusza. Panie w lokalnej bibliotece mają mnie za intelektualistę. Mama mówi, że przy takiej liczbie książek, jaką wypożyczam co tydzień, powinienem mieć dużo lepsze stopnie. Kiedyś całkiem dobrze sobie radziłem, gdy Ollie chodził ze mną do szkoły i szeptał mi odpowiedzi do ucha. Nauczyciele przypisują mój nagły kryzys w nauce przeżytej traumie, a ja nie wyprowadzam ich z błędu. Tak naprawdę bez Olliego jestem zwykłym przeciętniakiem. Lubię opowieści, ale wolno czytam, a gdybym nie musiał mu przewracać kartek, nie skończyłbym żadnej z książek, które każe mi przynosić do domu.

Wyjmuję z plecaka prezent i podaję mu go. Jestem zadowolony z tego, jak go zapakowałem, zwłaszcza że robiłem to w autobusie.

- Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy śmierci, staruszku.

Ollie się szczerzy.

- Nie musiałeś niczego mi kupować.

- Chcieliśmy coś ci dać - odpowiada Heather.

Ollie był zbyt chory, by zapamiętać cokolwiek z dnia swojej śmierci, nie licząc tego, że był to wyjątkowo zimny dzień jak na wiosnę. W zeszłym roku zajrzałem do akt i go znalazłem: Oliver John Shuttleworth, zmarły jedenastego kwietnia na grypę. Wtedy postanowiłem, że będziemy obchodzić tę rocznicę.

Zrobiłbym to samo dla Heather, ale ona wolałaby zapomnieć, co ją spotkało.

Ollie wygląda, jakby za chwilę miał pęknąć.

- Odpakuj wreszcie.

Ostrożnie rozdzieram papier zgodnie z jego instrukcjami, najpierw na rogu, potem wzdłuż łączeń. Kiedy naszym oczom ukazuje się trzygłowy pies, Ollie radośnie szczerzy zęby.

- Cerber! Stary, ale czad, dzięki! Wiedziałeś, że u Hezjoda miał pięćdziesiąt głów, a nie trzy?

Nagle czuję, że moja wyprawa na The Shambles, pieczenie podrażnionej skóry, a nawet wpadnięcie na Wygłodniałego były tego warte.

Dante trąca moją dłoń, przypominając mi, że ma ochotę wyjść i poszczekać na wiewiórki.

- Wyprowadzę go - proponuje Heather.

Tak pewnie będzie najlepiej. Nie mam żadnej dobrej wymówki na wieczorną włóczęgę.

Heather czeka, aż otworzę drzwi, w przeciwnym razie będzie musiała wyjść przez ścianę, a to wbrew jednej z moich zasad.

Zasada numer jeden: żadnego przenikania przez stałe obiekty, ściany i żywopłoty.

Zasada numer dwa: żadnego unoszenia się w powietrzu ani łamania prawa powszechnego ciążenia w inny sposób.

Zasada numer trzy: żadnego znikania ani pojawiania się znikąd.

Odprowadzając Heather i Dantego do drzwi wyjściowych, zaglądam do pokoju bliźniaczek. Poppy, zwinięta pod kocem z królową Elsą, macha do mnie nieprzytomnie. Lorna na chwilę podnosi wzrok znad książki i mówi, że śmierdzę, jakbym puścił bąka. Dzieli posłanie z naszą kuzynką Danielle. Chłopcy, Anton i Jamie, leżą na wysuwanym łóżku. Witają mnie odgłosami pierdnięć. Czasami czuję się taki osamotniony za sprawą dziesięcioletniej różnicy wieku między mną a pozostałymi dziećmi w rodzinie.

Skoro to straszliwe trio nocuje u nas w środku tygodnia, to znaczy, że ciocia Chrissie źle znosi chemię. Wszyscy lubią narzekać na pecha prześladującego naszą rodzinę - moje zapalenie opon mózgowych, potem niespodziewana śmierć babci, a teraz choroba Chrissie. Ale jednocześnie mówią różne głupie rzeczy, na przykład: "Nic nie dzieje się bez przyczyny" albo: "Jeśli już zachorować na raka, to właśnie na takiego". Co można na to odpowiedzieć?

Po cichu wypuszczam Heather i Dantego z domu. Kiedy wracam do środka, mama patrzy na mnie bezmyślnym, rozmarzonym wzrokiem zarezerwowanym dla ludzi, których kocha.

- Późno wróciłeś.

Nie lubię odwzajemniać spojrzenia, kiedy ją okłamuję, więc otwieram piekarnik i wyjmuję podwieczorek: zapiekankę z mięsem mielonym i ziemniakami, groszek i marchewkę.

- Byłem w bibliotece.

- Cieszę się, że poważnie podchodzisz do egzaminów. - Podaje mi sztućce, a ja podjeżdżam wózkiem do stołu. Wiem, że zauważyła świeży opatrunek. - Jeśli protezy cię ocierają, używaj wózka poza domem.

Odpowiadam, że tak zrobię, chociaż to nieprawda. Mój wózek jest wygodny, zwrotny i dopisało mi szczęście, że go mam, ale nienawidzę, gdy ludzie gapią się na mnie, ignorują mnie albo pytają osobę, która mi towarzyszy, co mi się stało, jakbym nie mógł sam odpowiedzieć. Protezy pomagają mi wtopić się w tłum, tylko nie mogę nosić ich zbyt długo. Za pięć dni idę na kolejne badanie i dostanę nowe gniazda. Może pomogą mi uniknąć podrażnień, chociaż nie mam wielkich nadziei.

Mama opiera się o blat i trajkocze, podczas gdy ja zajadam podwieczorek. Beżowe linoleum, żółte ściany i żyrandole nie zmieniły się od czasu, gdy mieszkała tu babcia. Kiedy się wprowadziliśmy, zastanawiałem się, czy będzie na mnie czekał jej duch, ale w domu panowała cisza.

Ollie stoi w progu i słucha plotek mamy. Patrzę mu w oczy i uśmiecham się. Mama lekko blednie i podąża za moim wzrokiem, ale powstrzymuje się od komentarza.

Głupio. Nieostrożnie. Mama dostrzega wszystkie moje słabości, niezależnie od tego, jak bardzo staram się je ukryć. A muszę je ukrywać, zwłaszcza przed nią. W salonie doskonale odgrywa swoją rolę - efektowna fryzura, pomalowane paznokcie, uśmiechy i chichoty. Ale ma w domu trójkę dzieci, chorą siostrę i za mało czasu oraz pieniędzy.

Po podwieczorku proponuję, że wyniosę śmieci, a mama dziękuje mi sprzed telewizora, gdzie stoi przed górą ciuchów do prasowania.

Wkładając worek do kubła na kółkach, rozglądam się po naszej ślepej uliczce, wypatrując Woskowanej Kurtki. Pan Broomwood już sobie poszedł, zapewne nęka lokatorów wnuka.

- Nie ma go tutaj.

Obracam się na wózku, cały spięty, ale to tylko Audrey kręci się obok domu.

- Sprawdzałam w okolicy. Nie poszedł za tobą.

- Dobrze. Kim on jest?

- Kimś, od kogo powinieneś się trzymać jak najdalej.

- A więc to Wygłodniały?

Audrey waha się przez chwilę.

- Utrzymam go z dala od ciebie, tylko bądź ostrożny.

Wciąż się boi; chowa to głęboko w sobie, ale nauczyła mnie czytać z ludzkich twarzy, więc nie jest w stanie tego przede mną ukryć.

- Boisz się go.

Posyła mi lodowate spojrzenie.

- Pamiętaj, żeby Ollie został dziś z tobą.

- Czego mi nie mówisz?

- Nie jesteś gotowy.

- Jestem - odpowiadam odruchowo, a nie dlatego, że w to wierzę.

- Widzisz, co się dzieje, ale wcale nie chcesz tego naprawdę zobaczyć.

Policzki pieką mnie ze złości.

- Owszem, ponieważ to spieprzyło mi życie!

Audrey uśmiecha się smutno. Zachowuje się bardzo protekcjonalnie, jakby chciała powiedzieć, że gdybym lepiej sobie z tym radził, podzieliłaby się ze mną wspaniałymi sekretami ze świata duchów. Może wtedy mógłbym przestać się bać zmarłych. A może bałbym się jeszcze bardziej. Sam nie wiem.

Żałuję, że nie mogę wydostać tamtego chłopca z The Shambles z pętli śmierci, w której jest uwięziony. Zapewne wciągnęłaby mnie samego i zamarzłbym samotnie na zaśnieżonej ulicy. Chcę mu pomóc, ale nie potrafię.

Byłoby lepiej, gdybym nie widział duchów.

Dante mija mnie pędem, znika za żywopłotem, a potem wraca z wywieszonym językiem. Obracam się. Heather wciąż stoi w tym samym miejscu i przygryza wargę.

- W porządku? - pytam, żeby cokolwiek powiedzieć, zażenowany swoim wybuchem. Kiedy obracam się w stronę Audrey, podjazd jest pusty.

Ona zawsze łamie zasadę numer trzy.

- Audrey się tym zajmie, Charlie. Spróbuj się przespać. - Heather posyła mi rozczarowany półuśmiech i odchodzi.

Wołam "dobranoc!", żałując, że nie została. Czułbym się lepiej, gdyby była blisko, ale wiem, że ma swoje zajęcia.

Po powrocie do domu przygotowuję dla Olliego hamak i wypycham go poduszkami, by oszukać mózg i wmówić sobie, że on tam leży, a nie unosi się w powietrzu. Kiedy wślizguję się pod kołdrę, Dante układa się obok mnie. Szkoda, że nie jest lepszym stróżem; jeśli zobaczy obcego ducha, może równie dobrze zbudzić mnie szczekaniem, jak i przewrócić się brzuchem do góry, czekając na pieszczoty. Leżę i udaję, że śpię, ale myślami wciąż krążę wokół Woskowanej Kurtki.

Nie sprawiał wrażenia zdesperowanego, tylko zdeterminowanego.

To mnie przeraża.

Odchrząkuję i siadam na łóżku.

- Ollie, nie widziałeś w okolicy żadnych nowych twarzy? Dzisiaj ktoś śledził mnie w mieście. To pewnie nic ważnego, ale... - Moje słowa zawisają w powietrzu jak przynęta.

Ollie łapie się na nią.

- Na wszelki wypadek stanę na straży. Jak wygląda ten duch?

Opisuję kręcone włosy Woskowanej Kurtki, pochylone ramiona i dłonie tkwiące w kieszeniach. Ciekawość Olliego miesza się z moim lękiem i mam wrażenie, że wszystko jest nie tak.

- Obudź mnie, jeśli pojawi się ktoś zmarły, dobrze? Nie tylko on. - Próbuję mówić swobodnym tonem, a Ollie śmieje się i uprzejmie udaje, że nie wyczuwa we mnie strachu.

Wchodzę do sypiącego się domu na placu, zanurzam się w cieniach i czekam, aż mężczyźni przejdą. Szukają mnie. Nie, raczej jej. Ona stoi w ruinach Saint-Lô, a rdza skapuje z jej palców na ziemię, która wygląda jak zakrwawiona.

Nie ucieka. Nie wolno jej okazywać strachu. Prawie ją dogonili w Caen, ale wymknęła się, zanim ją znaleźli. Używała uroków, by zmieniać tożsamość, i dotarła aż tutaj. Może to powtórzyć, stać się kimś innym, nową osobą z nowym nazwiskiem.

Wyglądam za rozsypującą się ościeżnicę drzwi i wciągam do płuc pył oraz smród błota i dymu. Wiem, co stanie się za chwilę.

Podjeżdża ciężarówka. Drzwi się otwierają. Dwaj Anglicy o lodowatych spojrzeniach. Za późno na ucieczkę. Wyższy nachyla się nad rozerwanym ciałem w gruzach. Cokolwiek szepcze, przyprawia mnie o dreszcze i czuję wzbierające obrzydzenie.

Mężczyzna o gęstych lokach i twarzy Sama woła mnie jej imieniem. Pluję na niego i przeklinam. Szorstka tkanina drażni moją skórę. Coś ciągnie mnie w dół; wpadam w błotnistą wodę, chlupocze mi między palcami. Wstrzymuję oddech, broniąc się przed smrodem, od którego robi mi się niedobrze: gnijące ciało, amoniak, węgiel drzewny, gorący metal i spalona ziemia. Gubię się, gubię w jej wspomnieniach i nie potrafię się wydostać.

Sznur wgryza się w moje nadgarstki. Pali mnie skóra.

Ktoś woła:

- Tnij jeszcze raz, głębiej! Wykrój to z niej, jeśli będziesz musiał!

Kobieta obserwuje mnie z rogu pomieszczenia. Jej oczy przypominają mroczne jeziora, dawno uciekło z nich życie. Krew skapująca z jej palców zmienia się w strużkę, a potem w silny strumień.

- Charlie.

Moje imię. Wypowiedziane ponownie, tym razem bliżej. Leżę w łóżku, nie, na podłodze. Sam klęczy obok mnie. W łazience jest ciemno, ale i tak widzę jego potargane włosy i profil. Ten widok przywraca mnie do rzeczywistości, w której nie ma rozerwanych ciał ani smrodu krwi.

- Wszystko w porządku? - pyta.

Odburkuję, że tak, przeczesując palcami spocone włosy, a potem patrzę na grzbiety swoich dłoni - ciężkich, z obgryzionymi paznokciami - ponieważ nie dowierzam, że się obudziłem.

W łazience panuje zaduch. W którymś momencie rozebrałem się i odrzuciłem pościel. Nagle uświadamiam sobie, że mam na sobie tylko bokserki, i zawstydzam się, co jest idiotyczne, ponieważ Sam widział mnie w takim stroju w szpitalu. Ale wtedy nie był tak blisko mnie, nie uciekliśmy razem z podziemnej kryjówki, a ja nie zaszyłem dziury w jego szyi.

Zakrywam kołdrą kikuty nóg.

- Gdzie są wszyscy?

Opiera się o wannę.

- Heather i Ollie poszli sprawdzić, co się dzieje na cmentarzu. Villiers stoi na straży na zewnątrz.

To nie w ich stylu zostawić mnie śpiącego. W pierwszym odruchu myślę, że Sam kłamie i stało się z nimi coś strasznego, ale wiem, że ten lęk to pozostałość po koszmarnym śnie. Znów zmuszam się do wzięcia kilku głębokich wdechów.

- Zły sen? - pyta Sam.

- Tak, dawne wspomnienia. Nie moje.

- Pętla śmierci?

Kiwam głową.

- Nie widzisz pętli, prawda? - pyta.

- Nie, dopóki nie znajdę się na tyle blisko, że mnie wciągają. A ty je widzisz?

- Tak, a jeszcze wcześniej wyczuwam. Ogarnia mnie poczucie zagrożenia, dreszcz przebiega mi po plecach. Jeszcze nigdy... w żadną nie wszedłem. - Sprawia wrażenie zawstydzonego, jakby ominął go jakiś rytuał inicjacyjny.

Pocieram knykciami zmęczone oczy.

- Uwierz mi, nie chciałbyś tego. Masz wrażenie, że wspomnienia ducha stają się twoimi. Wiesz to, co on wie. To, co go spotkało, spotyka ciebie i jest... brutalne. Gdybym umarł w pętli śmieci Wisielca, mój duch dołączyłby do niego i utknął tam na zawsze... przynajmniej tak twierdzi Ollie.

- Teraz nie śnił ci się Wisielec.

Marszczę czoło.

- Mówiłeś po francusku - dodaje Sam.

- Nie znam tego języka.

- Ale ja tak i to był francuski. - Lekko się nachyla. - Czy jest jeszcze coś, czego mi nie mówisz?

Odchylam się na bok.

- Porozmawiaj ze mną, Charlie. - Czeka; jego twarz skrywa cień, ale widzę sekrety, które lśnią w jego oczach. Może już wie o wiadomości od Audrey i tylko ze mną igra.

- Prawie cię nie znam - odpowiadam.

Przekrzywia głowę, a na czoło opada mu pojedynczy kosmyk włosów. Przygląda mi się uważnie.

- A chciałbyś mnie poznać?

Audrey mu nie ufa.

Ale Heather owszem, w przeciwnym razie nie zostawiłaby mnie z nim samego. Zresztą ja też chcę mu zaufać, dlatego powinienem lepiej go poznać. Siedzimy tak blisko siebie, że moglibyśmy się dotknąć, a ja jeszcze nigdy nie byłem niczego tak pewien: świat kończy się na nas dwóch, coś ciemnego i pustego czeka w cieniu, ale jeśli będziemy trzymali się razem, być może przetrwamy.

- Możesz mnie spytać o cokolwiek - mówi.

- O cokolwiek?

- Poza moim martwym imieniem.

Krzywię się.

- Miałeś rację wtedy w swoim domu - przyznaję. - Nie mam prawa wiedzieć tego wszystkiego, jeśli sam nie będziesz chciał się tym ze mną podzielić. Zachowałem się jak palant.

Sam się krzywi.

- Rzeczywiście.

- Dlatego przepraszam.

- Przeprosiny przyjęte.

- W porządku. - Waham się. Mogę spytać o cokolwiek? - A więc jak to się stało? Chodzi mi o twoją śmierć. Jak wróciłeś do świata żywych i tak dalej?

Mruga, wyraźnie zaskoczony, a ja od razu żałuję swojego pytania.

- Nie musisz odpowiadać, jeśli...

- Utonąłem w naszym jeziorze.

- Macie jezioro?

Chichocze, ale bardzo cicho.

- Przy willi. Moja matka jest Włoszką, to jej dawna rodzinna posiadłość. Często tam jeździmy, a przynajmniej... kiedyś jeździliśmy. - Przestaje się uśmiechać i przyciąga nogi do siebie, obejmując rękami kolana. - Spacerowałem z przyjaciółką. Poślizgnąłem się na brzegu, uderzyłem się w głowę i wpadłem do wody. Pamiętam niemal wszystko, co widzę, nie wiem dlaczego, po prostu mam dobrą pamięć wzrokową. Pamiętam, jak zielona była woda. Unosiły się w niej algi i jakieś malutkie stworzenia. - Mruga. - Luci... moja przyjaciółka... wskoczyła za mną. Wyciągnęła mnie na powierzchnię, a potem znalazłem się w karetce, gdzie wymiotowałem wodą z jeziora, a przy mnie był ojciec. Widział z domu, co się stało, przybiegł i mnie wyciągnął. - Na chwilę milknie. - Ciało Luci znaleźli dopiero następnego dnia.

- Przykro mi.

Ociera policzek.

- Matka uważa, że kiedy się topiłem, moje ciało pod wpływem szoku uaktywniło uśpione nadprzyrodzone zdolności, które zawsze posiadałem, mimo że nigdy wcześniej nie miałem żadnych doświadczeń z duchami.

Mrugam.

- Powiedziałeś rodzicom?

- Tak.

- Uwierzyli ci?

- Matka kiedyś spędziła całą zimę, organizując seanse spirytystyczne w zamku na Węgrzech. Nie tylko mi wierzy, jest wręcz zachwycona. A ojciec, choć wydaje się to mało prawdopodobne, bo pracuje w branży technologicznej i inżynieryjnej, wspiera matkę i finansuje jej seanse jasnowidzenia i kursy budowania aury, które ona organizuje. Przywykł do szumnych opowieści o zdolnościach parapsychicznych w naszej rodzinie, więc nie staje mi na drodze.

Patrzę mu w oczy w ciemności i przez chwilę siedzimy w ciszy. Czy pozwoliłby się wziąć za rękę?

Nie, to byłoby dziwaczne. Ale czy na pewno?

Powinienem mu opowiedzieć o pętli śmierci w Normandii. O tym, że Audrey mnie wyciągnęła, a potem, ponieważ byłem przerażony, wróciła ze mną do Yorku. A kobieta w pętli... tamta kobieta...

Przypomnij sobie.

Nie potrafię. Koszmar jest wciąż zbyt świeży, by o nim rozmawiać. Zamiast tego pytam:

- Zmieniłbyś to, gdybyś mógł? Oczywiście chciałbyś ocalić Luci, ale chodzi mi o bycie widzącym.

- Raczej nie. - Kręci głową. - Ale chcę zrozumieć, co powinienem zrobić z tymi zdolnościami. Matka wygaduje wiele pseudoduchowych bredni, ma jednak rację, kiedy twierdzi, że to szansa na wsparcie dusz, które nie potrafią same sobie pomóc. Nie wiem, czy ktoś mnie wybrał do tego celu, ale akceptuję to, co się stało.

- Ja nie - odpowiadam pośpiesznie, próbując nie okazywać zazdrości. Wyraźnie się w tym odnalazł. Widzenie zmarłych nakręca go do działania, a mnie dołuje.

- Pewnego dnia wrócę nad tamto jezioro - mówi Sam. - Znajdę ducha Luci, jeśli wciąż tam jest, ale najpierw muszę dowiedzieć się wszystkiego, co mogę, o duchach. Nie chcę pojawić się tam bez odpowiedzi i znów ją zawieść. - Posyła mi smutny półuśmiech. - A ty jak umarłeś?

Wzruszam ramionami.

- Czytałeś w gazecie, wiesz, co się stało.

- Nie od ciebie.

- Nie ma zbyt wiele do opowiadania. Prawie nie pamiętam choroby. Z pewnością nie pamiętam, jak umarłem i wróciłem, wiem tylko, że była przy mnie Heather. Ale potrzebowałem kilku dni, by zrozumieć, że nikt inny jej nie widzi. Została zaatakowana nożem na parkingu, wykrwawiła się. Jej dusza wróciła prosto do pracy, ponieważ jest bezinteresowna, a leczenie ludzi jest dla niej najważniejsze. Wróciła, żeby sprawdzić, jak się czuję, i od tamtej chwili jesteśmy przyjaciółmi.

- To szczęście, że ją masz - stwierdza Sam. Ma rację, a ja nienawidzę siebie, bo marzę o byciu normalnym, co oznaczałoby zniknięcie Heather i Olliego. - Nie straciłem żadnych bliskich przyjaciół, kiedy wyjawiłem, że jestem trans, ale wydarzenia nad jeziorem zmieniły wszystko - ciągnie. - Matka opowiadała ludziom o moim darze i wszyscy uznali, że przeżyłem załamanie nerwowe. Imogen i Suze przy mnie zostali, ale mieszkają aż w Surrey. Poznałem kilka niesamowitych osób, na przykład Miri oraz moich przyjaciół Huntera i Jake'a, dzięki internetowej społeczności trans. Bez przerwy do siebie piszemy i dzwonimy, ale nie możemy spotkać się osobiście.

- Przykro mi, że musiałeś się przeprowadzić.

- Ja nie żałuję. Niektóre cispłciowe dziewczyny w mojej klasie twierdziły, że wymyślam opowieści o duchach, żeby zwrócić na siebie uwagę, jakby mi nie wystarczyło, że jestem jedynym chłopakiem w żeńskiej szkole z internatem. Ale to były idiotki, które twierdziły, że nie mogę być trans, skoro podobają mi się faceci, więc pieprzyć je. - Wzdycha. - Serio, byłem gotowy na nowy start. York jest w porządku, nie licząc łapaczy dusz i zaginionych duchów.

Podobają mu się faceci.

Cofam rękę, która prawie dotykała jego dłoni. Podejrzewałem, że tak może być - w końcu podał się za mojego chłopaka - ale podejrzenia a pewność to dwie różne rzeczy. Nagle nie wiem, co zrobić z tymi częściami ciała, które są najbliżej niego.

- Charlie, powiedz coś.

Patrzę na loczek na jego czole, dołeczek w brodzie i usta. Czeka, aż powiem, że jesteśmy przyjaciółmi, ponieważ razem polujemy na Człowieka z Cieni, i być może to prawda. Heather miała rację. Sam nie jest groźny, tylko szczodry, dzielny i bezinteresowny. Tak bardzo nastawiłem się na to, by mu nie ufać, że tego nie zauważyłem. Powtarzałem sobie, że współpracuję z nim tylko po to, by mieć go na oku. Ale się myliłem.

Nie chcę być tylko jego kumplem. Chcę czegoś więcej.

Mitch mnie pocałował i to było dobre. Patrzę na Sama i czuję to samo pełne nadziei przyciąganie. Ale Mitch mnie zdradził, a najsmutniejsze jest to, że nawet nie miał takiego zamiaru. Łatwo jest dać zbyt wiele, przegrać i stracić wszystko. Tak by było z Samem, ponieważ jestem tchórzliwym egoistą, a on wkrótce by to zauważył.

Zapewnienia o przyjaźni nie mogą mi przejść przez usta.

- Nie rozumiem, dlaczego widzisz pętle śmierci, a ja nie - mówię, czując się jak skończony dupek.

Sam odchyla się do tyłu.

- Może musisz się otworzyć.

- Jestem otwarty.

- Naprawdę? Mam wrażenie, że spędzasz mnóstwo czasu na odpychaniu wszystkich od siebie.

Znów gramoli się do wanny.

Wiem, że powiedziałeś, że poltergeisty nie istnieją... - Leonie podaje mi śrubokręt, który wyjęła ze skrzynki z narzędziami na końcu stołu.

- Dzięki - mówię, obracając uszkodzoną protezę.

- Ale w takim razie jak to możliwe, że tamte przedmioty na cmentarzu latały w powietrzu?

Wspornik i reszta osprzętu wyglądają na całe, chociaż muszę dokręcić kilka śrubek. Zdejmuję osłonę na stopie, żeby przyjrzeć się uszkodzeniom. Mam nadzieję, że nie będę musiał oddać protez do serwisu. Jako dzieciak często je psułem, ale teraz powinienem mieć więcej rozumu.

- Charlie! - popędza mnie Leonie. - Poltergeisty, cmentarz...

- Co? Och, nie wiem. Nigdy nie widziałem czegoś takiego.

Mrugam - srebrne oczy... migoczące światła... czerwone paznokcie na futrynie - po czym wracam do pracy. To tylko dręczony koszmarami mózg płatał mi figle. Poza tym żaden z duchów pod kaplicą nie miał srebrnych oczu.

Oglądam osłonkę stopy. Na wierzchu widzę duże rozdarcie.

- Psiakrew, przebita na wylot. - Popsuła się tulejka, a palce są niewłaściwie ustawione, co wymaga poważniejszej naprawy, ale przynajmniej mogę się postarać, żeby stopa znów była skierowana we właściwą stronę.

- Leonie ma rację - odzywa się Sam ze swojego miejsca przy drugim końcu stołu. - Albo istnieje czwarty rodzaj duchów, o którym nie wiedzieliśmy, albo coś je przemienia.

Ślad po ugryzieniu Zębatego wyraźnie odznacza się na jego szyi, ale szwy wytrzymały. Mam wrażenie, że Sam nie jest do końca sobą, ale może to dlatego, że wciąż ma na sobie dres, a nie chinosy i sweter. To, co się między nami wydarzyło, nadal wisi w powietrzu, jak napięcie przed burzą. Jeśli będę na niego zbyt długo patrzył, z pewnością poczuję wstrząs, więc wracam do naprawiania popsutej stopy, zastanawiając się, czy na razie wystarczy owinąć osłonkę taśmą klejącą.

Kropla wody z włosów, wciąż mokrych po wizycie pod prysznicem, spada mi za kołnierz. Wzdrygam się, chociaż w pomieszczeniu jest ciepło.

Podoba mi się kuchnia Leonie. Pachnie w niej śniadaniem. Wszystko dzięki Mitchowi, który krząta się przy płycie kuchennej i smaży jajka. Obok niego Villiers rozprawia o kulinarnych preferencjach dawnych królów. Mitch go nie słyszy, ale to wcale nie zmniejsza entuzjazmu Villiersa.

Leonie wraca do swojego laptopa, a jej palce tańczą nad klawiszami.

- A jeśli esencja ducha nie jest stała, tylko plastyczna, a uwięzienie w butelce w jakiś sposób ją zmienia?

- Niby jak? - pyta Sam, a ja cieszę się, że to zrobił, ponieważ pogubiłem się już przy słowie "plastyczna".

- Jeszcze nie wiem, najpierw muszę sama zbadać butelkę. Jeden przypadek to za mało, by udowodnić, że uwięzienie zmienia zwykłego ducha w poltergeista...

- Jeśli właśnie tym one są - zaznaczam.

- Polter-geist to nazwa pochodząca z niemieckiego i oznacza rozgniewanego ducha - odzywa się Ollie z podłogi. - Moim zdaniem bardzo trafna.

On i Heather w końcu wrócili z cmentarza, więc mogę się nieco odprężyć i przekazać jego słowa Leonie i Mitchowi.

- Podsumujmy fakty. - Leonie odlicza na palcach. - Fakt numer jeden: większość duchów nie może dotykać fizycznego świata ani na niego wpływać, nie licząc was dwóch. - Wskazuje Sama i mnie.

- Fakt numer dwa - odzywa się Sam, unosząc palec - duchy, które zostały uwięzione w butelce, a następnie uwolnione, mogą wpływać na materię.

- To wciąż tylko hipoteza, ale niech będzie, wygląda na to, że tak jest.

Podnoszę wzrok znad skrzynki z narzędziami, w której szukam taśmy klejącej.

- Czy to oznacza, że kiedy łapacz dusz zamyka ducha w butelce, tak naprawdę czyni go silniejszym?

- Dopiero gdy duch zostanie uwolniony - uściśla Heather. - No i tylko na jakiś czas. Koleś w meloniku teraz nie może podnieść nawet kamyka.

- Wcześniej rzucali wielkimi głazami - przypomina Ollie. - To musiało ich kosztować mnóstwo energii.

- Czy to oznacza, że zamknięcie w butelce zapewnia im skończoną ilość dodatkowej energii? - pyta Sam. - A kiedy ta się wyczerpie, na powrót stają się zwykłymi duchami?

- Zwolnij trochę, nie wszyscy tutaj słyszą umarłych - odzywa się Leonie.

Relacjonuję całą rozmowę, a kiedy Ollie i Heather zapoznają nas z najnowszymi wieściami z cmentarza, również je przekazuję. Strażacy ugasili pożar, ale krypta jest niemal całkowicie spalona. Policja znalazła szczątki Wisielca i wszczęła dochodzenie. Przed bramami cmentarza już roi się od dziennikarzy.

- Posprzątajcie ze stołu - prosi Mitch, wymachując łopatką.

Pośród ogólnego zamieszania zdejmujemy z blatu moją protezę, skrzynkę z narzędziami i laptopa Leonie, a następnie przynosimy sztućce z szuflady. Sam idzie po talerze i zostawia otwarty notes. Z rozłożonych jak wachlarz stron patrzy na mnie znajoma twarz. Moja własna.

Wszyscy są zajęci, więc rzucam okiem.

Może Sam rzeczywiście ma fotograficzną pamięć, ponieważ szkic jest doskonale szczegółowy, wliczając małe znamię pod moim prawym okiem. Nawet cieniowanie wygląda idealnie. Na kolejnych stronach znajduję więcej rysunków, które mnie przedstawiają. Część jest niemal skończona, na innych widać tylko pojedyncze fragmenty ciała - oko, ucho albo profil.

- Charlie, jedno jajko czy dwa? - pyta Mitch, jakby do naszej wieczornej kłótni w ogóle nie doszło.

Gwałtownie cofam rękę i strony notesu znów rozkładają się w wachlarz, ukrywając szkice. Mitch się uśmiecha, ale to przyjacielski uśmiech. Leonie pewnie poprosiła go, by zachowywał się uprzejmie.

- Eee... dwa, dzięki.

Kuśtykam do nich, żeby im pomóc, i biorę garść sztućców od Leonie. Ona otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale rezygnuje.

- Pytaj - zachęcam.

- Och... czy chodzenie bez protez cię nie boli?

Wzruszam ramionami i kieruję się do stołu, żeby rozłożyć sztućce.

- Tylko na bardzo twardych posadzkach albo żwirze. Utrzymanie równowagi wymaga nieco wprawy i nie jestem w stanie robić tego zbyt długo.

Sam podaje mi kubek z kawą i stawia obok mnie cukiernicę.

- Żeby osłodzić ci życie.

Czuję żar na policzkach i szyi, ale zmuszam się do obojętnego wzruszenia ramionami. Nie wiem, czy się ze mną drażni, czy flirtuje.

Siadamy przy stole, zostawiając miejsce dla duchów. Uśmiecham się, kiedy widzę, że Sam zaparzył dla każdego z nich kubek kawy.

Heather zaciąga się oparami.

- Boże, tęsknię za kofeiną.

Jajka są wyjątkowo smaczne. Mitch naprawdę świetnie gotuje. Sam mówi mu to z pełnymi ustami, a on rumieni się, słysząc komplement, i tłumaczy krok po kroku, w jaki sposób przyrządził sos. Zdradza, że po egzaminach wybiera się na praktyki kucharskie do jakiejś eleganckiej restauracji.

Po skończonym posiłku Sam otwiera notes na stronie ze szkicem kaplicy.

- Musimy wykombinować, co Rawley zabrał z kryjówki łapacza dusz.

- W tym celu powinniśmy się dowiedzieć, kim jest Wisielec - zauważam. - Jeśli poznamy jego nazwisko, być może dojdziemy do tego, skąd znała go Audrey.

- Mogę nawiedzić policjantów prowadzących dochodzenie - proponuje Ollie. - Będą próbowali zidentyfikować ciało, więc może odkryją jego tożsamość.

- A co z Rawleyem? - pyta Sam. - Powinniśmy się skupić na nim. Stanowi zagrożenie.

- Właśnie. - Wyjmuję okulary w kształcie półksiężyców. - Ciekawe, czy dzięki nim będziemy mogli widzieć jego pułapki.

- Stare okulary? - pyta Leonie.

- Znaleźliśmy je pod kaplicą. Chyba są magiczne albo coś w tym rodzaju.

- Pozwalają noszącej je osobie widzieć ukryte zaklęcia - wyjaśnia Sam.

- Mogę spróbować? - pyta Leonie.

Sam podaje jej okulary.

- Nie sądzę, żeby coś magicznego znajdowało się w twojej kuchni...

- Jasna cholera. - Leonie rozgląda się, na zmianę podnosząc i opuszczając okulary na nos. Szkła lśnią błękitnym blaskiem. Śmieje się z zachwytem. - Widzę ich.

- Kogo? - pytam.

- Duchy. - Leonie wskazuje palcem. - Heather, tak? Villiers i... Ollie.

Ollie strzela z palców jak z pistoletów.

- Przyznaj, nie spodziewałaś się, że będę taki przystojny, prawda?

- Prawdę mówiąc, wyglądasz trochę strasznie. Jak zniekształcony obraz osoby, ale widzę cię i... słyszę... jak to możliwe? Może za odbiór bodźców dźwiękowych odpowiada osobne zaklęcie? - Znów parska śmiechem. - Nauka potrzebuje sporego uaktualnienia.

- Mogę? - prosi Mitch. Wygląda w okularach znacznie lepiej niż Leonie, ja czy nawet Sam, którego styl kojarzy mi się z seksownym bibliotekarzem.

Kilkakrotnie mruga i przenosi oszołomiony wzrok między Villiersem a Heather. Ollie zaczyna tańczyć po całej kuchni, poruszając się jak robot.

- Ale to... kurczę... - Mitch wyciąga rękę, kiedy Ollie przed nim przechodzi. Przez chwilę mam wrażenie, że się dotkną, ale potem widmowe ciało Olliego obmywa dłoń Mitcha, a ja się wzdrygam.

- Tak pewnie jest lepiej - odzywa się Heather. - Jeśli nie możemy was dotknąć, nie możemy zrobić wam krzywdy.

- Chyba że za pomocą mojego zabójczego dowcipu i celnych ripost - dodaje Ollie i puszcza oko.

Mitch oddaje okulary Leonie, a ona waha się, a następnie przechodzi do salonu.

- Zaraz wrócę - rzuca przez ramię.

- Chyba właśnie odkryliśmy, w jaki sposób łapacze dusz mogą zobaczyć duchy - stwierdzam. - Ollie, może Rawley rzeczywiście na ciebie patrzył tamtego dnia w uliczce Szalonej Alicji.

- Przecież mówiłem - odpowiada Ollie.

Heather parska.

- Rawley nie miał wtedy na nosie okularów. Nie widział nas i to dobra wiadomość, jeśli jest Człowiekiem z Cieni.

Leonie wraca; w oczach ma łzy, a jej podbródek drży.

- Ojej, kochanie, tak mi przykro... - Mitch obejmuje ją, a ona przyciska twarz do jego piersi.

- Pomyślałam... że może ona wciąż tu jest i nad nami czuwa.

Ja i Sam wymieniamy zawstydzone spojrzenia. Jej mama. To dlatego wczoraj pytała mnie, czy w łazience nie ma kogoś jeszcze, a ja odpowiedziałem żartem. Ale ze mnie palant.

- Leonie, są tu z nami tylko duchy, które sami przyprowadziliśmy - tłumaczę, jak najdelikatniej potrafię. - Nawet jeśli twoja mama została na świecie, to tutaj jej nie ma.

Leonie kiwa głową, a jej rozczarowanie zamienia się w smutek, być może z nutą ulgi. Przypina do okularów kwiecisty sznurek, który wyjęła z kredensu, i zawiesza je sobie na szyi.

- Co teraz?

- Śledzimy Rawleya - odpowiadam. - Sam ma rację. On jest groźny, ale jeszcze nie zna naszych twarzy, więc możemy się do niego zbliżyć. Mam nadzieję, że uda nam się odkryć, co robił z porwanymi duchami, a dzięki okularom będziemy mogli zobaczyć, gdzie umieścił pułapkę. Może nawet złapiemy go na gorącym uczynku.

Sam wyciera dłonie o spodnie od dresu.

- Wygląda na to, że czeka nas wycieczka śladem duchów.

Według strony internetowej wycieczki Rawleya zaczynają się w porze lunchu w pubie Golden Fleece, krzywym budynku przy Pavement. Żadnych zapisów, wystarczy się pojawić.

Mama rozpłakała się, kiedy wczoraj wróciłem do domu, i twierdzi, że już nie wyprę się udziału w bójkach, skoro wciąż mam nowe skaleczenia i sińce. Obiecałem, że nad wszystkim panuję i że nie ma to nic wspólnego z tym, że podobają mi się chłopcy. Sądziłem, że będzie się sprzeciwiała, gdy powiem, że znów wychodzę - mam egzamin pierwszego dnia szkoły, a jeszcze się nie uczyłem - ale nie robiła mi wyrzutów. Chociaż odkąd wyszliśmy, wysłała mi już dwie wiadomości, pytając o jakieś drobiazgi, byle tylko upewnić się, że jestem cały. Moi starzy zazwyczaj pozwalają mi spędzać całe godziny w pokoju, ale ostatnio wystarczy, że nie widzą mnie przez chwilę, a boją się, że tylko im się przyśniłem.

Docieramy do pubu o czasie, w towarzystwie naszych duchów. Dobrze, że moja prowizoryczna naprawa protezy okazała się skuteczna, ponieważ dostanie się tam na wózku byłoby koszmarem. Po drodze jest zbyt wiele niewygodnych zjazdów i podjazdów, nierównych węgarów i wąskich przejść. Lokal jest niski i zagracony. Białe gipsowe maski zawieszone wysoko na ścianach krzywią się do nas, kiedy idziemy do baru, gdzie o kontuar opiera się szkielet. W pomieszczeniu unosi się woń tłuszczu z sąsiedniej piekarni Greggs, pomieszana ze słodkim zapachem starego piwa i jeszcze starszego drewna.

Rozglądam się po barze, obawiając się, że lady Peckitt za chwilę wyłoni się ze ściany i nas zbeszta. To jej stałe miejsce i nie będzie zachwycona, jeśli dowie się, że dalej prowadzimy śledztwo pomimo ostrzeżenia cesarza Septimusa. Zamiast tego widzę kobietę o piaskowych włosach, która z zaskoczeniem przyciska dłoń do piersi, a następnie znika za boczną ścianą. Są tu także ponury facet, który przykucnął na pianinie w głębi sali, oraz żołnierz w berecie, obserwujący nas z kąta.

- Geoff Monroe - szepcze Sam, wskazując mundurowego. - Kanadyjski pilot, który wypadł z okna na górze.

Monroe stanowi jedną z atrakcji pubu. Słyszałem, że odbywają się tutaj regularne seanse, choć spragnieni nadprzyrodzonych atrakcji turyści oczywiście nie mogą go wyczuć.

Mitch i Leonie wymieniają się okularami i gapią na umarłych, aż w końcu Heather każe im przestać, ponieważ mogą nas zdradzić przed Rawleyem. Co prawda nas nie zna, ale domyśli się, co to za okulary.

- Czy to tutaj zaczyna się wycieczka w poszukiwaniu duchów? - pyta Leonie przy barze.

Barmanka wskazuje znak, który przegapiliśmy.

- Odwołana, ale Bill rozpoczyna swoją wycieczkę na Minster Yard za pół godziny, więc może jeszcze zdążycie.

- Bardzo chcieliśmy, żeby to był Rawley - odpowiadam. - Słyszeliśmy, że jest jednym z najlepszych przewodników. Ma pani jego numer?

- Pete to skryty gość. Nie odzywał się od czasu, gdy odwołał wycieczkę. - Kobieta przepraszająco wzrusza ramionami i odwraca się, żeby przyjąć kolejne zamówienie.

Sam wyjmuje portfel. Jest ubrany jak bubek; zatknął jedwabny szal za kołnierz koszuli, żeby ukryć szwy na szyi. Podobno to się nazywa apaszka. Kto, u diabła, nosi apaszkę? Muszę przyznać, że świetnie wygląda jako wiejski dżentelmen, serio, ale... apaszka?

- Napijmy się i na wszelki wypadek rozejrzyjmy za pułapkami.

Zostajemy w pubie i wszyscy wciskamy się do kąta, który zapewne przeznaczony jest dla jednej pary. To dobre miejsce, na uboczu, ale z widokiem na całe wnętrze.

Nigdzie nie widać Rawleya, więc Leonie oddaje mi okulary. Kiedy tylko je zakładam, Villiers, Heather, Ollie i inne duchy wokół nas stają się szare i na wpół przejrzyste. Ollie coś mówi, a ja słyszę jego głos, ale jest zniekształcony, jakby ktoś przykręcił głośność. Głowa pulsuje mi bólem.

Zrywam okulary z głowy i podaję je Samowi, który również je przymierza. Po chwili się krzywi.

- Wygląda na to, że możemy ich używać tylko do oglądania ukrytej magii, jeśli w pobliżu nie ma żadnych duchów.

- Ja to zrobię - proponuje Leonie.

Sam pokazuje jej szkice pułapek na duchy, żeby wiedziała, czego wypatrywać, a do mnie dociera, co tak naprawdę robimy. Jest tutaj na tyle głośno, a my siedzimy na tyle blisko siebie, że nikt z żyjących nie zorientuje się, że rozmawiamy z ludźmi, których nie widać. Ale umarli nas zauważą. Niezależnie od tego, jak to się potoczy, właśnie zaprzepaściłem szansę na anonimowość w Yorku.

Teraz już nie ma odwrotu.

Jeszcze tydzień temu drżałbym ze strachu, ale pewność siebie Sama mnie uspokaja. Nie obchodzą go opinie innych ani to, że bycie widzącym jest niebezpieczne. Skoro on potrafi dać sobie z tym radę, to ja też.

Po prostu wybrałem się na piątkowego drinka z kumplami - no, prawie kumplami. Owszem, rozglądamy się za pułapkami na duchy, ponieważ popularny miejscowy przewodnik jest porywaczem duchów, złodziejem i złoczyńcą, ale to i tak... miłe.

Mitch jest nachmurzony i nieobecny. Nie mam pojęcia, o czym myśli. Leonie wraca do stolika, oznajmia, że nigdzie w pobliżu nie ma pułapek, a następnie, na wszelki wypadek, zdejmuje okulary. Mitch bierze ją za rękę, a ona uśmiecha się do niego. Jego spojrzenie łagodnieje. Kocha ją, choć pewnie jej tego nie powiedział - nie należy do gości, którzy w ten sposób odsłaniają karty.

Spodziewam się, że poczuję znajomy ból spowodowany stratą, ale tak się nie dzieje. Kiedy Sam się pochyla, jego kolano ociera się o moje. Zapewne stało się to przypadkiem, ale i tak czuję ukłucie nadziei. Wiem, że jeśli pójdę tą drogą, czeka mnie rozczarowanie, więc się odsuwam. On także to robi, a chociaż to ja pierwszy się poruszyłem, i tak czuję się zdruzgotany.

Do naszego stolika podchodzi drobny młody mężczyzna z opaską na lewym oku. Jego ubiór rzuca się w oczy: jaskrawy dwurzędowy płaszcz i filcowy trikorn, który mężczyzna efektownie uchyla, gdy się nam kłania.

- Słyszałem, że pytaliście o Rawleya.

Zmylił mnie jego strój i biorę go za Jednookiego Jacka, siedemnastowiecznego rabusia, który podobno nawiedza Golden Fleece.

- Jeśli szukacie umarłych, to ja wam pomogę - dodaje. - Gwarantuję najbardziej niesamowitą wycieczkę po Yorku, pełną strachów i atrakcji. Może nawet uda nam się dostrzec jakiegoś udręczonego ducha w którejś ze starych uliczek.

Czyli płaci jakiemuś biedakowi, który przebiera się i straszy klientów. Wystarczyłby jeden rzut oka na to, co Sam i ja oglądamy każdego dnia, a ten południowy mięczak zlałby się w spodnie.

- Ej, ty tam! - Mężczyzna o byczym karku, rumianych policzkach i zachmurzonym spojrzeniu kroczy w naszą stronę. Rabuś blednie i czmycha. - Cholerne studenciaki, wydaje im się, że mogą zarobić kilka funtów na papugowaniu prawdziwych przewodników. Jakbyśmy nie mieli wystarczająco dużej konkurencji. - Jest potężnie zbudowanym białym mężczyzną po trzydziestce, ma krótką ciemną brodę, krzywe przednie zęby i małe oczy. - Szukacie dobrej opowieści o duchach? - pyta, a jego głos bardziej przypomina szczek.

- Chcielibyśmy porozmawiać z Peterem Rawleyem - informuję, ponieważ wszyscy pozostali milczą. - Wie pan, gdzie możemy go znaleźć?

Byczy Kark nie odpowiada, ale nerwowo zaciska szczęki.

Jakiś ruch po mojej lewej stronie. Mężczyzna siedzący na końcu baru udaje, że czyta gazetę, ale zerka w naszą stronę, gdy wydaje mu się, że nie patrzę. Nie widzę dokładnie jego twarzy, ale jest biały, wiekiem zbliżony do gościa o byczym karku, ma krótko ostrzyżone blond włosy i gładko ogoloną twarz. Spod jego kołnierza wystają ciemne tatuaże, ale z tej odległości nie mogę się im przyjrzeć.

- Przygotowujemy prezentację do szkoły - odzywa się Leonie pogodnym tonem. - Biznes i turystyka. Musimy opisać niewielką firmę, która zarabia na turystach zainteresowanych folklorem. - Uśmiecha się niewinnie. - No wie pan, krwawe opowieści, łowcy duchów i tak dalej.

- Łowcy duchów, tak? Rawley mógłby się nadać, tylko że pojechał do siostry do Harrogate.

Ton głosu mężczyzny się zmienił i wcale mi się to nie podoba.

- Wie pan, kiedy wróci? - pytam.

- Zapomnijcie o Peterze Rawleyu. Znajdźcie kogoś innego. - Kręci oschle głową i odchodzi. Krótko ostrzyżony nieznajomy przy barze wykorzystuje tę chwilę, by zamówić kolejne piwo. Cały czas jest odwrócony plecami do nas i Byczego Karku.

- Dziwne - stwierdza Heather.

Sam nachyla się nad stolikiem.

- Też macie wrażenie, że zostaliśmy ostrzeżeni?

- Tak - zgadza się Mitch ponuro.

- Nie ufam mu - dodaje Villiers. - Wymuskany pomywacz.

Ale ja bardziej martwię się gościem przy barze. Dlaczego podsłuchuje rozmowę o Peterze Rawleyu? Leonie zauważa, że go obserwuję, i oznajmia, że musi iść do toalety. Kiedy wraca, uświadamiam sobie, że dzięki temu mogła dokładnie przyjrzeć się jego twarzy.

Wślizguje się na swoje miejsce i syczy:

- To ten sam policjant, który pojawił się po pożarze.

- Jesteś pewna? - pytam.

- Okłamywałam go przez dwadzieścia minut.

- Ma duchowe okulary?

Leonie kręci głową.

- Może po prostu wpadł na piwo po służbie - sugeruje Mitch.

Jedna z pośmiertnych masek wiszących za Ostrzyżonym mruga. Zmarły o jasnobrązowej skórze i z krótkimi warkoczykami na głowie wyłania się z ceglanej ściany. Pewnie umarł niedawno, najwyżej kilkadziesiąt lat temu. W czarnej koszulce polo i prostych spodniach wygląda jak podróbka Steve'a Jobsa, ale ma także kolczyk w nosie i przekłute uszy. Pełne usta pokrył różem. Nie jest potężny, ale sprawia wrażenie silnego, jak tancerz. Powoli kładzie na barze dłoń z czerwonymi paznokciami.

Na barze. Nie w nim. Na barze, jakby mógł go dotknąć.

Ma długie czerwone paznokcie. I srebrne oczy.

- Charlie? - Sam prawie szepcze. - Czy widzisz...?

Pochylam się, zdenerwowany.

- Tak. Był w moim domu dwa tygodnie temu, obserwował mnie w mojej kuchni.

- Nigdy nie widziałem takich oczu - mówi Ollie z niepokojem.

- Diabeł - mruczy Villiers. - Kusiciele i złoczyńcy wysłani, by nas pognębić.

Srebrnooki duch kiwa do nas głową w przesadny sposób, byśmy nie mieli wątpliwości, że wie, że go widzimy. Potem przenika przez bar, po drodze przesuwając opuszkami palców po dłoni Ostrzyżonego, przewracającego stronę gazety. Z tego kąta nie widzę, czy go dotknął, czy jego dłoń przeniknęła przez ciało. Ale policjant musiał wiedzieć, że srebrnooki duch tam jest. Mogę się założyć.

Jakie jest prawdopodobieństwo, że ten mężczyzna to kolejny widzący? A jeśli naprawdę to Człowiek z Cieni, a my przez cały czas goniliśmy za niewłaściwym facetem? Ale czy duch pomagałby łapaczowi dusz? Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze.

Leonie i Mitch zadają pytania. Odpowiadam im szeptem najlepiej, jak potrafię, opisując srebrnookiego ducha i tłumacząc, że być może potrafi dotykać przedmiotów. Widzę, że Leonie chce założyć okulary, ale tego nie robi.

- To może oznaczać, że Rawley jest niewinny. Jak myślisz, George? - Heather trąca Villiersa łokciem. - Czy ten facet to nasz Człowiek z Cieni?

- Nie sposób tego ustalić z tej perspektywy.

- Więc przyjrzyj mu się z bliska - odpowiadam. - Tylko dyskretnie.

- Proponuję odwrócić wzrok, paniczu Frith. - Odsuwa się do tyłu i znika w ścianie. Po chwili pojawia się za barem i nachyla, próbując dobrze się przyjrzeć Ostrzyżonemu. Jeśli ten widzi Villiersa, nie daje tego po sobie poznać.

- No i co? - pytam, kiedy Villiers wraca do stolika.

Kręci głową.

- To możliwe, że jest naszym poszukiwanym, ale...

- Ale? - zachęca Heather.

- Noc była ciemna.

- Przecież powiedziałeś, cytuję: "Jego wstrętne oblicze ciągle staje mi przed oczami".

- No cóż, może nieco za bardzo chciałem wam pomóc. - Villiers wierci się, zakłopotany. - Zapewniam was, że on... - wskazuje głową bar - jest odpowiedniego wzrostu i budowy ciała, by być naszym złoczyńcą, ale musiałbym dla porównania zobaczyć Rawleya.

- Mamy zorganizować okazanie? - syczę. Na stronie internetowej przewodnika znajdują się jego zdjęcia, ale widać na nich całą sylwetkę, w cylindrze na głowie. Żadnych dokładnych ujęć twarzy.

Sam nachyla się nad stolikiem.

- To co... podchodzimy do niego?

Ma na myśli Ostrzyżonego. Moglibyśmy to zrobić, ale co mu powiemy?

"Dzień dobry, panie władzo, zastanawiamy się, czy przypadkiem nie porywa pan duchów w jakimś złowieszczym celu. Jeśli nie, to życzymy miłego relaksu przy piwie i gazecie. Ale jeśli tak, to czy moglibyśmy odzyskać naszych przyjaciół? Poza tym uwaga, ktoś chyba pana nawiedził".

Jasne. Aresztowałby nas za nękanie funkcjonariusza policji.

- Zanim wkurzymy lokalnego gliniarza, powinniśmy wytropić Rawleya, żeby Villiers mógł się im obu przyjrzeć - odpowiadam.

- Nie wydaje mi się, żeby zastawił tutaj jakieś pułapki - stwierdza Leonie. - Powinniśmy już iść.

Wszyscy się zgadzają. Wychodzimy, szybko i po cichu, ja idę na końcu. Kiedy mijam Ostrzyżonego, nie mogę się powstrzymać i zerkam w jego stronę. Obrócił się na swoim stołku, złożył gazetę i patrzy prosto na mnie. Jest młodszy, niż przypuszczałem, jeszcze przed trzydziestką, ma prosty, szeroki nos, silnie zarysowaną szczękę i poważne oczy. Jest przystojny na swój własny, kanciasty i niepokojący, sposób. Prawie się potykam, ale w porę odzyskuję równowagę.

- Lepiej uważaj. - Mówi serdecznym tonem, ale się nie uśmiecha. Podwija lewy mankiet, dzięki czemu widzę tatuaż na jego nadgarstku: dłoń trzymającą płonącą pochodnię, narysowaną w stylu dawnych ilustracji. Czy ten wzór powinien coś dla mnie znaczyć? Mężczyzna marszczy czoło. - Są rzeczy, w które lepiej się nie wpakować, niebezpieczne sytuacje, z którymi dzieci nie powinny mieć nic wspólnego.

- Nie jestem dzieckiem, człowieku - odpowiadam swobodnie, a następnie zmykam.

Na zewnątrz szare chmury kłębią się nad kominami, jakby niebo opadało ku miastu. Zaczyna mżyć, a po chwili kapać. Duże krople znaczą twarz Sama; wyciąga język ku tej, która zawisła na jego górnej wardze. Odwracam wzrok.

Chowamy się pod rzeźbionym okapem potężnego domu o drewnianej konstrukcji i przemykamy wzdłuż witryny sklepowej do wąskiego przejścia, które prowadzi na podwórko lady Peckitt. Podwórko tak naprawdę jest uliczką, na tyle wąską, by niemal całkowicie osłonić nas przed deszczem. Staroświeckie latarnie już się palą, walcząc z popołudniową szarówką.

Leonie zakłada okulary, jakby musiała stale sprawdzać, czy sobie tego wszystkiego nie wymyśliła. Heather posyła jej pocieszający uśmiech, a Leonie go odwzajemnia.

- Jesteśmy na właściwym tropie - mówię, kiedy tylko chowamy się przed deszczem. - Tamten gliniarz właśnie to potwierdził.

- Co takiego? - Heather znów marszczy czoło.

- Odezwał się do mnie, kiedy wychodziliśmy, pokazał mi swój dziwaczny tatuaż...

Sam zawraca, a ja chwytam go za rękę.

- Nie, posłuchaj, ostrzegł mnie. Powiedział, że to, co robimy, jest cholernie niebezpieczne.

- Też mi nowość - parska Ollie.

- Czyli jesteśmy blisko - dodaję. - To Rawley. Na pewno.

- A co go to obchodzi? - Mitch wskazuje pub kciukiem.

Wzruszam ramionami.

- Może policja ma jakiś specjalny wydział do polowań na duchy albo coś w tym rodzaju, chociaż jeśli to prawda, to są do dupy. Zajmiemy się tym sami, upolujemy Rawleya. Z tego, co wiemy, może trzymać duchy chociażby na swoim kominku.

- Chcesz pójść do niego do domu? - pyta Leonie. - Jak go znajdziemy?

- Chwileczkę. - Sam dzwoni do kogoś i rozpromienia się, gdy jego rozmówca odbiera. - To ja. Tak, wciąż poluję na porywacza duchów. Potrzebujemy informacji o Peterze Rawleyu i jego adresu w Yorku, jeśli to możliwe... Właśnie z nimi jestem... tak, możemy zaczekać na linii. - Zaczyna dreptać w kółko. W uliczce odbija się echem bębnienie deszczu o dachy. Po kilku minutach Sam znów się odzywa: - W porządku. Zaczekaj. - Wyciąga przed siebie telefon, zachęcając wszystkich, żeby stanęli w kadrze, i włącza tryb wideokonferencji.

Młoda kobieta na ekranie ma okrągłą twarz, łukowate brwi, szeroko rozstawione oczy, równie niebieskie jak jej włosy, i małe złote kółko w nosie. Jest starsza od nas, ale niewiele.

- Witaj, Zespole Widmo, jestem Miri, wyjęta spod prawa hakerka i miłośniczka gofrów. - Lekko sepleni i mówi z delikatnym skandynawskim akcentem.

Wykrztuszam słowa powitania.

- Miri, poznaj Charliego, Mitcha i Leonie. - Sam wskazuje kolejno każde z nas. - George Villiers, Ollie i Heather również są z nami, ale to umarli, więc nie możesz ich zobaczyć.

- Bardzo mi miło. - Najwyraźniej przedstawienie jej trójki duchów to dla niej chleb powszedni. - Dobrze wiedzieć, że Sam nie pakuje się w kłopoty samotnie.

- Poprosiłem Miri, żeby sprawdziła Rawleya - wyjaśnia Sam. - Znalazłaś coś?

- Mnóstwo artykułów zamieszczonych w lokalnych czasopismach historycznych. Ma dobre oceny na Tripadvisorze. To w zasadzie wszystko. Pogrzebałam trochę głębiej, złamałam kilka przepisów i mogę wam powiedzieć, że jest właścicielem domu i ma siostrę w domu opieki w Harrogate. Ale jeśli istnieją jakiekolwiek dowody na to, że poluje na dusze, czy jak wy to nazywacie, to są ukryte w jakimś prywatnym miejscu.

- Na przykład w jego domu - zauważam. - Powinniśmy go przeszukać. Zdobędziesz dla nas adres?

Miri unosi jedną cienką brew.

- Już to zrobiłam, cukiereczku. Mieszka niedaleko, przy Hull Road.

- Posiada jakieś inne nieruchomości? - pyta Sam.

- Nie oficjalnie, ale możliwe, że wynajął przestrzeń magazynową pod fałszywym nazwiskiem. Musicie zdobyć dla mnie jego IP.

- Po co? - dziwi się Sam.

- Bo jeśli użył fałszywego nazwiska, by wynająć jakąś nieruchomość, to zapewne pozostał po tym ślad w jego komputerze. Jestem zbyt daleko, żeby wykorzystać niezabezpieczony router wi-fi. Nie obchodzi mnie, jakie dziwactwa go kręcą, każdy ma jakieś cyfrowe tajemnice. Poza tym zawsze warto wiedzieć, z kim komunikuje się wasz cel; chyba że porywacze duchów korzystają z gołębi pocztowych, w takim wypadku nie będę mogła wam pomóc.

Sam i ja wymieniamy zaniepokojone spojrzenia. A jeśli jest więcej łapaczy dusz? To niezbyt pocieszająca myśl.

- IP? - pytam. - Chodzi o jego komputer, tak? Jak mamy to zrobić?

Miri puszcza oko.

- Zapukajcie do jego drzwi i podajcie się za mormonów przekazujących dobrą nowinę albo coś w tym stylu.

Kończy połączenie. Kilka sekund później telefon Sama miga i na ekranie pojawia się wiadomość z adresem Rawleya, emotką przedstawiającą detektywa oraz linkiem do strony internetowej, która objaśnia, jak zlokalizować IP komputera.

Ollie się uśmiecha.

- Uwielbiam jej włosy.

Autobus wysadza nas niedaleko warsztatu przy Hull Road. Niebo wciąż pluje wodą, więc idziemy szybko, podążając za Samem, który wlepia wzrok w Google Maps. Docieramy do alejki, przy której wznoszą się przysadziste domy z czerwonej cegły, z wysokimi kominami. Uliczka jest cicha, jak przystało na przedmieścia pachnące skoszoną trawą, świeżym deszczem i ligustrowymi żywopłotami.

Zaniedbany dom Rawleya przesłania bujna zimozielona roślinność, co nas cieszy, ponieważ kiedy idziemy ścieżką w jego stronę, nie widać nas z ulicy. Mimo wszystko wyobrażałem sobie, że Rawley będzie knuł swoje niecne plany w jakimś rozsypującym się gmachu przy The Shambles albo w starej drewnianej posiadłości pełnej duchów i magii wyrytej w dachówkach, a nie w obskurnym nieciekawym bliźniaku.

Ale jestem tak rozkojarzony i niepewny, że równie dobrze moglibyśmy stać przed nawiedzonym domem. Przygryzam wargę, tak mocno, że czuję smak krwi. To idiotyzm. Jeśli mylimy się co do Rawleya, narobimy sobie wstydu. Jeśli mamy rację, może nam grozić prawdziwe niebezpieczeństwo. Dlatego... po prostu zapukamy do jego drzwi i spytamy, czy porywa duchy.

To znaczy nie. Mamy plan. Tylko że niezbyt dobry.

Leonie i Mitch będą udawać, że zbierają datki na odbudowę kaplicy na miejskim cmentarzu. Po drodze wstąpiliśmy do kiosku i punktu ksero. Teraz jesteśmy uzbrojeni w wycinki z gazet i fałszywą ankietę, którą wypełniliśmy w autobusie. Leonie ma nawet odznakę wolontariuszki, która może spełnić swoją funkcję, jeśli nikt dokładniej się jej nie przyjrzy.

Podczas gdy Leonie będzie rozmawiać z Rawleyem, Mitch spyta, czy może skorzystać z toalety, i otworzy tylne drzwi mnie i Samowi. Wtedy sprawdzimy, czy w domu są jakieś butelki z duchami lub ślady łapania dusz, Mitch tymczasem znajdzie komputer i zdobędzie IP dla Miri. Przeczytał instrukcje, które nam przesłała, i zapewnia, że wie, jak to zrobić. Kiedy Villiers potwierdzi, że Rawley to na pewno Człowiek z Cieni, będziemy mogli opracować plan ataku.

W wielkim skrócie: idziemy na żywioł.

Ja i Sam stajemy obok drzwi wejściowych, tak żeby nie było nas widać ze środka, a Heather, Ollie i Villiers chowają się pod oknem, na wypadek gdyby Rawley wyszedł z domu w duchowych okularach na nosie.

- Gotowi? - pyta Mitch.

Leonie sprawdza papiery oraz plakietkę i kiwa głową. Mitch puka do drewnianych drzwi, a farba łuszczy się pod jego knykciami. Czekamy kilka minut. Puka ponownie. Żadnej odpowiedzi.

- Charlie, zamknij oczy - ostrzega Heather. - Zajrzę do środka.

Staję jej na drodze.

- Zły pomysł. Może wyszedł, ale może też czekać z pułapkami w gotowości.

- Daj spokój, nie ma go - odpowiada Ollie. - Niewykluczone, że znajdziemy butelki z duchami. Włammy się i przeszukajmy dom, zanim wróci.

- Dobrze, ale trzymajmy się razem - ustępuję.

Obmacuję kieszenie. Cholera, nie wziąłem ich.

- Co się dzieje? - pyta Mitch.

- Heather chce przeniknąć do środka i się rozejrzeć - wyjaśniam. - Myślę, że to zbyt ryzykowne i powinniśmy się włamać, ale jestem idiotą i zapomniałem wytrychów.

Mitch powoli mruga.

- Masz wytrychy?

Leonie wyjmuje jedną z długich spinek, które przytrzymują chustkę z wzorzystego materiału na jej wysokim koku.

- Może być?

- Idealna - odpowiadam. - Masz jeszcze jedną?

Owszem, ma. Od razu przypominam sobie, jaki nadać im kształt, a potem wsuwam wytrych i dźwignię do zamka i poruszam nimi jak zawodowiec. Kiedy rozlega się ostatni szczęk i drzwi stają otworem, odskakuję do tyłu, ale ciemny kształt po drugiej stronie to tylko płaszcz, peleryna i cylinder, które wiszą na kołku w wąskim przedpokoju.

Sam wchodzi pierwszy, jak zawsze. Leonie i Mitch przekomarzają się o to, kto powinien jako następny dostać duchowe okulary. Leonie wygrywa, co mnie wcale nie dziwi.

Obskurny salon znajduje się tuż po lewej.

- Dzwonił Kubrick - szepcze Leonie. - Hotel Overlook chce odzyskać tapetę.

Tartanowy fotel stoi obok brzydkiego kominka, a na podłodze leżą kapcie. Gazety na stoliku, regały pełne książek, zapleśniały kubek po kawie - nic nie kojarzy się z łapaniem dusz. Żadnych butelek z duchami. W oknie jest pożółkła moskitiera, zasłony są częściowo zaciągnięte, przez co w pokoju panują ciemności. W powietrzu unosi się woń stęchlizny i czegoś metalicznego. W podziemnym pokoju śmierdziało dawną śmiercią, ten zapach jest... świeższy.

Tutaj stało się coś złego.

W głębi salonu znajduje się łukowate przejście, w miejscu, w którym zburzono ścianę, łącząc dwa pokoje w jeden. Prowadzi do pomieszczenia, które kiedyś zapewne było jadalnią, a teraz pełni funkcję gabinetu. Stary komputer - z włączonym wygaszaczem ekranu - stoi na biurku obok stert artykułów i dokumentów. Podczas gdy Sam i Mitch szukają IP, rzucam okiem na półki z książkami, na wypadek gdyby kryło się tam coś użytecznego. Widzę tam głównie przewodniki National Trust i lokalne książki historyczne.

- Mam - szepcze Sam i zapisuje IP w telefonie.

Zza drzwi po lewej stronie dobiega zduszone westchnienie.

Sam wytrzeszcza oczy, równie zaszokowany jak ja. Moje serce zaczyna galopować. Czy ktoś tam jest? Ollie przyciska palec do ust i wskazuje drzwi. Rozumiem, ktoś musi to sprawdzić. Idę w stronę dźwięku, podczas gdy Heather okrąża salon i przechodzi pod łukiem. Wiem, że przyjaciele są tuż za mną, ale równie dobrze mogliby być oddaleni o wiele kilometrów.

Pod wpływem mojego dotyku drzwi otwierają się ze skrzypieniem, ukazując gładkie blaty, czajnik, toster oraz zlewozmywak pełen talerzy i patelni. Coś ciemnego zbryzgało szafkę. Podłogę pokrywają barwne lodówkowe magnesy, w tym jeden z wikingiem, który ma na tarczy napis York. Karteczki z notatkami i przepisami spoczywają w ciemnej lepkiej kałuży, która wypełnia metalowy pasek oddzielający linoleum od wytartej wykładziny. Czuję woń żelaza.

To z pewnością nie jest wosk.

Za moimi plecami Villiers szepcze starą modlitwę, w której co chwilę wzywa Ojca Niebieskiego. Drzwi z hukiem uderzają o lodówkę. Niepewnie wyglądam za róg.

Na środku kuchni mężczyzna pochyla się nad czymś, co leży w ciemnej kałuży.

Ciało. Na podłodze leży ciało.

Mężczyzna jest do nas zwrócony plecami. Powoli się odwraca. To Rawley, blada skóra naciągnięta na rusztowanie z kości. Kimkolwiek jest jego ofiara, raczej już nie wstanie.

- Eee, Charlie - odzywa się Leonie. - On nie...

Patrzę na ciało na podłodze. Głowa jest zwrócona w moją stronę, szczęka bezwładnie zwisa, oczy są puste i pozbawione życia. Już rozumiem, dlaczego Rawley sprawia wrażenie tak wydrążonego i wyniszczonego.

Nie żyje.

- Widzę, że Gates teraz wysługuje się dziećmi. - Duch Petera Rawleya wygląda jak dzikie zwierzę schwytane w sidła. - Powiedział wam, że pójdę spokojnie jak grzeczny mały duszek, co?

Wyciągam ręce, żeby Rawley mógł je zobaczyć. Nie mam broni, stary, jestem zwykłym tępym nastolatkiem, który próbuje się nie zrzygać na twojego trupa.

- Nie zamierzamy pana skrzywdzić - odzywa się Sam za moimi plecami.

Rawley próbuje przyswoić fakt, że Heather, Ollie i Villiers są duchami tak jak on, a potem znów patrzy na mnie i na Sama, a zmarszczki na jego czole się pogłębiają.

- Dotknięty przez śmierć.

Chyba zgaduję, co to znaczy. Powoli kiwam głową, nie chcąc go wystraszyć.

- Kim jest Gates? Czy... czy to on... pana zamordował?

- Zamordował? - powtarza Rawley, jakby ta myśl dopiero teraz przyszła mu do głowy. Wie, że jest martwy. Gdyby nie zdawał sobie z tego sprawy, musielibyśmy sobie poradzić z pętlą śmierci.

- Tak, ma pan spore zagłębienie w czaszce... - Ollie pokazuje zwłoki Rawleya. - To raczej wskazuje na to, że nie mamy do czynienia ze śmiercią z przyczyn naturalnych.

- Ollie! - syczy Heather.

Rawley kpiąco wykrzywia usta.

- Zgadza się, to było zabójstwo, a wszystko dlatego, że nie chciałem bezczynnie patrzeć na to, jak duchy są porywane z ulic. Nikt nie będzie więził dusz z Yorku bez mojej zgody, nawet stary przyjaciel.

- Nie wygląda na pańskiego przyjaciela - zauważam.

- Znam Caleba Gatesa od dzieciństwa, sam nauczyłem go podstaw teorii widmowej. Już wtedy był z niego ambitny drań. Pieklił się z powodu jakiegoś spadku, którego niesłusznie nie otrzymała jego matka, i interesował się niebezpieczną magią, którą lepiej zostawić w spokoju. Wyjechał nie wiadomo gdzie i uczył się nie wiadomo czego. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek wróci, ale w końcu matka zmarła, a jemu skończyły się pieniądze. Oczywiście, że zamierzał przyjąć takie intratne zlecenie. Zagroziłem, że użyję przeciwko niemu zaklęć ochronnych, więc drań rozwalił mi łeb. - Rawley kręci głową. - Powinienem był to przewidzieć. Gates to pasożyt, zabiera to, czego potrzebuje, i ucieka.

- Na czym polegało jego zadanie? - pyta Ollie.

- Gotówka za dostawę szesnastu duchów. Nie powiedział, kim były cele, ale nie zdziwiło mnie, kogo porwał do tej pory: same osobistości, stare i potężne.

- Dziwię się, że ten, kto go wynajął, nie zaproponował tej pracy panu - odzywa się Heather lodowatym tonem. Pyta, czy możemy mu zaufać, a odpowiedź zapewne brzmi: nie. Ale jednocześnie jestem przekonany, że nie mamy wyboru.

- Owszem, zaproponował. Wysłał mi maila, bardzo nowocześnie - odpowiada Rawley. - Przydałaby mi się kasa, mam chorą siostrę, a w branży jest ogromna konkurencja. Byłem jednym z pierwszych przewodników, którzy opowiadali o duchach. Teraz można ich znaleźć na każdym rogu. Ale nie porywam niewinnych dusz i nie łamię dawnych zasad, więc odrzuciłem tę propozycję. - Kręci głową, po czym mruczy pod nosem: - Dziwnie jest widzieć umarłych bez kryptosoczewek.

- Myślał pan, że Gates wysłał nas, żebyśmy pana uwięzili? - pytam.

- Tak, kiedy mnie załatwił, miał przy sobie butelkę. Świeżo umarli mają w sobie mnóstwo energii. - Rawley patrzy na swoje zwłoki. - Zwłaszcza jeśli zakończyli życie w brutalnych okolicznościach.

Mam ochotę powiedzieć, że jest mi przykro, że jego życie skończyło się w taki sposób, ale nie chcę pogorszyć sytuacji.

- Pewnie się martwi, że ostrzegę przed nim duchy Yorku - ciągnie Rawley. - Próbował mnie złapać, ale byłem zbyt szybki i uciekłem, zanim mnie uwięził.

- Skoro chce pana dopaść, to dlaczego pan tutaj wrócił? - pyta Leonie. - Czy nie będzie tu pana szukał?

- Duszę przyciąga miejsce jej śmierci - wyjaśnia Heather. - Zwłaszcza w pierwszych dniach po odejściu.

- A Gates o tym wie, więc lepiej stąd idźcie. - Rawley popędza nas w stronę drzwi.

Cofamy się do jadalni, ale nikt nie zamierza wyjść. Mitch nie widzi ani nie słyszy tego, co się dzieje, więc tylko stoi w miejscu, całkowicie zagubiony.

Rawley kręci głową.

- No już, zmykajcie wszyscy.

- Gates ma naszych przyjaciół - odpowiadam. - Musimy się dowiedzieć, kto go wynajął.

- Mail był anonimowy. To pewnie jakiś bogaty okultysta, zbyt leniwy, żeby samemu uzupełnić kolekcję.

- Okultysta? - pyta Sam.

- Zgadza się. Jakiś domorosły magik czy czarownik.

Ogarnia mnie gniew.

- Więc Gates porywa duchy dla jakiegoś bogatego dupka z obsesją na punkcie magii, który chce postawić na kominku mroczny i niebezpieczny gadżet?

- Łapacze nie porywają dusz dla miłych ludzi, chłopcze. - W głosie Rawleya pobrzmiewa lodowate rozbawienie, jakby to wszystko było tylko chorym żartem. Już widzę, że nie spodoba mi się puenta.

Dalsza część odpowiedzi Rawleya tonie w wiązance barwnych przekleństw. Villiers stoi pomiędzy salonem a gabinetem i wyciąga ręce na boki, jakby miał się za chwilę przewrócić. Początkowo nie wiem, co mu odbiło.

Potem ją widzę.

Pośród brzydkich wzorów na wykładzinie lśni pułapka na duchy. A Villiers stoi w jej centrum.

Przeklinam i wyzywam siebie od najgorszych. Wiedzieliśmy, że grożą nam pułapki, a jednak pozwoliliśmy, by Villiers wpakował się w jedną z nich. Leonie jest niezadowolona, przeprasza, że ją przegapiła, chociaż ma na nosie duchowe okulary. Trzeba uczciwie przyznać, że wzór na wykładzinie dobrze maskuje pułapkę. Villiers nadyma policzki z wysiłku, próbując się uwolnić. Powietrze wokół pułapki faluje.

- Wyciągniemy cię - obiecuję, spoglądając na Sama w nadziei, że zobaczę na jego twarzy charakterystyczny kpiący uśmiech: och, to żaden problem, przygotowałem na tę okazję te cuchnące zioła.

Ale on jest równie zbity z tropu jak ja.

- Gates na pewno podpiął do pułapki alarm - ostrzega Rawley.

Jego słowa napełniają mnie otępiającym przerażeniem. Wyobrażam sobie Ostrzyżonego i jego srebrnookiego ducha, a powaga sytuacji mnie przytłacza. Gates zamordował Rawleya. Wścibscy nastolatkowie będą dla niego tylko świadkami, których należy uciszyć.

- No dobrze, musimy jak najszybciej wyciągnąć Villiersa. - Obracam się do Rawleya. - Jak to zrobić?

- Nie mogę wam pomóc.

- Bzdura, to pan najlepiej z nas zna się na magii - odpowiada Ollie.

Rawley kręci głową.

- Jego esencja jest związana i zasila teoremat. Jedyna droga wyjścia to zamknięcie w butelce.

- Wybitnie nie znoszę ciasnych przestrzeni. - Villiers stara się nie wpadać w panikę, ale ma strach w oczach. Gdyby mógł się pocić, byłby cały mokry. Nieważne, pocę się za nas obu.

- Przygotowanie butelki wymaga specjalnego procesu, a nie mamy na to czasu - wyjaśnia Rawley. - Pułapkę może otworzyć tylko łapacz, który ją zastawił, albo ktoś równie potężny. Ja nie żyję, a wy wyglądacie, jakbyście nie mieli zielonego pojęcia o najprostszych zaklęciach przełamujących.

- Jest nas czworo i szybko się uczymy - odpowiada Sam.

- Czego? - pyta Mitch.

- Magii - wyjaśniam.

Mitch wytrzeszcza oczy.

Rawley zamyśla się, przykładając dłonie do policzków.

- Cztery syfony mogą wystarczyć.

- Co mamy robić? - pyta Leonie.

Rawley wskazuje regał przepełniony książkami.

- Na górze, cienka książka o fioletowym grzbiecie.

Sam wspina się na krzesło, zdejmuje książkę i rzuca mi ją. Jest cienka jak kieszonkowy przewodnik, zadrukowana drobną czcionką, a pomiędzy fragmentami tekstu znajdują się wykresy i diagramy, które przedstawiają, no cóż, cholera wie co. Może gdybym był lepszy z fizyki albo matmy, miałbym szansę je odszyfrować, ale jestem kiepski z obu, więc to dla mnie dosłownie czarna magia.

- Strona sześćdziesiąta pierwsza - mówi Rawley.

Omijam takie rozdziały jak Fantomatologia stosowana czy Podstawowe zasady matemagii i docieram do rysunku pułapki na duchy, który pokrywają niezrozumiałe linie i wzory.

- Duchowe zapadnie, pułapki na duchy i uwiązania - czyta Leonie ponad moim ramieniem. Oddaję jej książkę, licząc na to, że zrozumie z niej więcej niż ja. - Żeby rozpuścić pułapkę na duchy... - Gwałtownie podnosi głowę. - Musimy naznaczyć ją własną krwią?

- Wszystko opiera się na zrównoważeniu energii - wyjaśnia Rawley. - Żeby wydobyć jego esencję, musicie dać coś w zamian. Ej, blondyn. - Rawley przywołuje gestem Mitcha. - W moim płaszczu przy drzwiach frontowych jest nóż.

- On nie jest widzącym - odpowiadam, kiedy Mitch nie reaguje.

- Jezu. - Rawley przeciąga dłonią po twarzy. - Więc sam mu to powiedz. W płaszczu znajdzie też kryptosoczewki. W końcu ja już ich nie potrzebuję.

Zgaduję, że chodzi mu o duchowe okulary.

Kiedy przekazuję polecenie, Mitch czym prędzej odbiega. Rawley wywarkuje kolejne rozkazy, rozstawiając nas w równej odległości od pułapki. Olliemu i Heather każe stanąć z tyłu. Cały czas opowiada o przekazywaniu energii, ale mój spanikowany mózg tego nie przyswaja. Sam zadaje jakieś inteligentne pytanie dotyczące struktury i stabilności, a Rawley się szczerzy.

- Masz smykałkę do magii. Ty też... - Wskazuje głową Leonie. - Oboje macie naturalny talent, to dobrze.

Żałosna cząstka mojego umysłu chce zapytać: a ja? Ale szkoda strzępić język.

Mitch przynosi nóż i okulary, a potem przełyka ślinę, jakby za chwilę miał włożyć dłoń do ciemnej dziury bez gwarancji, że wyjdzie z tego cało. W końcu zakłada szkła i zajmuje miejsce w kręgu.

Każde z nas wbija czubek ostrza w kciuk.

- To bardzo niehigieniczne - stwierdza Heather.

Nie przeszkadza mi ukłucie stali, ale kiedy Leonie kuca i wciera swoją krew w wykładzinę, czuję szarpnięcie pod żebrami. Krwi nie jest dużo, ale symbol, który Leonie rysuje, jest wyraźny, jakby naszkicowała go świecącym w ciemności markerem.

Następny w kolejce jest Sam. Kiedy kreśli swój symbol, ogarnia mnie jeszcze większy niepokój. Gdy książka trafia w moje ręce, niemal ją upuszczam. Symbol, który muszę narysować, przypomina elegancką odwróconą literę J. Kiedy go kreślę, szarpnięcie pod żebrami zmienia się w ból całego ciała.

Mitch jest ostatni, a ja próbuję się nie przewrócić.

- Tylko równo - poucza Rawley. Staje przy krawędzi pułapki. - Ej, duchu. Na trzy rzuć się z całej siły na zewnątrz.

Villiers rozpina kubrak, potrząsa ramionami i lekko obniża się na nogach.

- Na pański sygnał, dobry panie.

Na twarzy Rawleya dostrzegam determinację i iskierkę strachu. Nagle dociera do mnie, co zamierza zrobić.

Odlicza.

Villiers skacze, stękając z wysiłku.

Rawley wchodzi do pułapki. Kiedy dotyka znaku, ten zaczyna falować. Dym zbiera się i kłębi. Rawley zgrzyta zębami.

Villiers jeszcze nie jest wolny. Porusza się, jakby znajdował się pod wodą. Sięgam w głąb pułapki i chwytam go za ręce. Rawley zanurza się cały w środku, a Villiers wytacza się na zewnątrz, wgniatając mnie w fotel, który stoi za moimi plecami.

Rawley kuca na środku pułapki.

Jeden do środka. Jeden na zewnątrz.

Jakiś kształt porusza się obok bujnych zarośli przed domem. Ollie odwraca się od pożółkłej siatki na oknie.

- Ktoś tam jest!

- Człowiek z Cieni - szepcze Villiers, staczając się ze mnie i przenikając przez mebel. Zrywa się na nogi i dobywa rapiera.

Nie mamy czasu.

- Możemy go załatwić - mówi Mitch. - Czworo na jednego.

Klucz wsuwa się do zamka we frontowych drzwiach.

- Zwariowaliście? - pyta Rawley. - Pozabija was i zabutelkuje. Świeżo zmarli mają mnóstwo mocy. W ogrodzeniu za domem jest dziura. Uciekajcie.

Pułapka pulsuje, a ból w moich kościach przybiera na sile.

- Chodź - mówię do Sama i szarpię go za rękaw. - Musimy iść.

- Weź książkę - prosi Rawley Leonie. - Zaklęcie ochronne znajduje się w ostatnim rozdziale. Rzućcie je na każdym rogu i rozwidleniu dróg.

Leonie przyciska niewielki tom do piersi.

- Nie możemy tak po prostu pana zostawić...

Drzwi grzechoczą, gdy gałka się przekręca.

Owszem, cholera, możemy!

- Biegnijcie! - sapie Rawley.

Mitch i Leonie wpadają do gabinetu i rzucają się do tylnych drzwi. Heather i Ollie pomagają Villiersowi; kontury jego sylwetki lekko dymią. Dłoń Sama odnajduje moją. Nie oglądamy się, tylko pędzimy przez zarośnięty ogród. Za nami Rawley coś krzyczy, może próbuje skupić na sobie uwagę Gatesa, a może zachęca nas, żebyśmy biegli szybciej.

Otwór w ogrodzeniu jest na tyle ciasny, że trzeba się przez niego przeciskać pojedynczo. Duchy nie muszą się bawić w takie ceregiele i pośpiesznie przenikają przez przegniłe drewno. Jestem zbyt spanikowany, by się tym przejmować.

Po drugiej stronie znajduje się wąska ścieżka wyłożona zarośniętymi płytami. Biegniemy nią z dużą prędkością. Wysoko podnoszę stopy, uważając, żeby się nie potknąć. Kiedy skręcamy za róg i wpadamy w kolejną ślepą uliczkę, Sam nie puszcza mojej dłoni przez dobre dziesięć sekund.

Wiem, bo liczę.

Nie zatrzymujemy się, ale zwalniamy. Idziemy jak zwykła grupa nastolatków, która wybrała się na popołudniowy spacer, by oddalić się z miejsca zbrodni. Na prawym bucie mam smugę krwi. Wycieram ją o trawę.

Mamy szczęście. Autobus pojawia się na horyzoncie kilka minut po tym, jak docieramy na przystanek. Mitch macha ręką do kierowcy. Siadamy z tyłu. Ollie wygląda przez tylną szybę. Sam się o mnie opiera, bardzo delikatnie, a ja przyciskam kolano do jego kolana. Pragnę czegoś więcej, ale nie wiem, jak mu to powiedzieć.

Zatapiam się w miarowym warkocie silnika za moimi plecami i zaciągam się wonią brudnego wnętrza pojazdu i spalin.

- Było blisko, nie powiem.

Villiers dygocze.

- Jak na domniemanego złoczyńcę Rawley to wyjątkowo honorowy człowiek.

- Źle go oceniliśmy - zgadza się Heather.

Nie mogę uwierzyć, jak bardzo się co do niego pomyliłem. Straciliśmy naszego głównego podejrzanego, ale przynajmniej poznaliśmy nowe nazwisko: Caleb Gates.

- Musimy iść na policję - stwierdza Mitch.

- Nie ma mowy - odpowiadam.

Leonie kręci głową.

- Włamaliśmy się i naruszyliśmy miejsce zbrodni...

- Ale wiemy, kto go zabił - protestuje Mitch.

- A nie ma żadnych innych dowodów.

- Nie możemy zeznać, że jego duch powiedział nam, kto jest mordercą - odzywa się Sam. - A jeśli wezmą od nas odciski palców, będą mogli powiązać nas z pożarem w kaplicy.

- Poza tym Caleb Gates jest gliniarzem - wtrącam. - Pamiętacie? Tamten nieznajomy w pubie, krótko ostrzyżony i z tatuażami, to ten sam funkcjonariusz, który przyszedł do domu Leonie po pożarze w kaplicy. Obserwuje nas.

- Wyciągasz pochopne wnioski, Charlie - odpowiada Heather. - Jesteśmy pewni, że Gates to on?

- Skoro to nie był Rawley, to nie ma innej możliwości. Pasuje budową ciała. - Spoglądam na Villiersa, a ten kiwa głową. - Pojawia się u Leonie po pożarze i zadaje pytania. Kiedy idziemy szukać Rawleya... mężczyzny, którego zamordował... siedzi w barze i nasłuchuje. Może przyszedł tam tylko napić się piwa, ale dlaczego właśnie do tego pubu i o tej godzinie? A potem mnie ostrzega, bardzo niepokojącym tonem. Musi być w to zamieszany.

- Owszem, ale to nie oznacza, że jest Człowiekiem z Cieni - stwierdza Heather.

Szkoda, że Audrey tu nie ma. Na pewno by mnie poparła.

- A co z tym srebrnookim duchem, który za nim podąża? - pytam. - Rawley powiedział, że Gates parał się niebezpieczną magią, a takiego ducha jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Wiele ryzykujemy, jeśli ten gliniarz to naprawdę Gates. Musimy się mieć na baczności, zwłaszcza jeśli jednocześnie pracuje w policji, być może w wydziale zajmującym się polowaniem na duchy. Nie powstrzymamy go, jeżeli trafimy za kratki.

- Cholera, dobrze, żadnej policji - zgadza się Mitch.

Sprawia wrażenie nachmurzonego. Rozumiem go. Mnie również nie podoba się, że zostawiliśmy ciało Rawleya, ale musimy dbać o swoje bezpieczeństwo. Leonie pociąga nosem, otwiera magiczną książeczkę i zaczyna czytać.

Sam wyjmuje telefon, wybiera numer i włącza głośnik. Kiedy sygnał połączenia rozlega się w całym autobusie, jedna z kobiet ogląda się i posyła nam karcące spojrzenie. Może się wypchać.

- Szybko wam poszło. Jestem pod wrażeniem - odzywa się Miri. - Już weszłam do systemu i szukam. Jest tu dużo informacji o duchach, ale jak na razie głównie w kontekście trasy turystycznej.

- Rawley otrzymał anonimowego maila od kogoś, kto wynajął go do łapania dusz - mówi Sam.

- Tak po prostu wam o tym powiedział?

- Owszem, jego duch - odpowiadam. - Rawley nie żyje.

Cisza.

- Przykro mi to słyszeć.

- Tak, nie jest naszym Człowiekiem z Cieni. To ktoś o nazwisku Caleb Gates.

- Mówisz, że dostał maila? Chwileczkę.

Stukanie paznokci w klawiaturę. Autobus skręca z jękiem i zatrzymuje się, a zawieszenie syczy. Kilka osób wsiada, kilka wysiada.

- Nie ma go tutaj - odzywa się Miri. - Żadnego maila. Być może uległ samozniszczeniu po upływie określonego czasu.

Sam stęka.

- Wszystko pozostawia ślad - dodaje hakerka. - Znajdę nadawcę i dowiem się jak najwięcej o Calebie Gatesie, ale to może potrwać kilka dni. Zadzwonię, kiedy będę coś miała.

Rozłącza się.

Próbuję usiedzieć spokojnie.

- Sam, nie mamy kilku dni. Gates może nas dogonić albo uwięzić kolejne dusze.

- Musimy rzucić zaklęcie ochronne, tak jak nas prosił Rawley. - Leonie podnosi książkę, żebyśmy wszyscy mogli odczytać tytuł: Zaklęcia ochronne, osłony i bariery. Stuka palcem w dolny lewy róg, gdzie znajduje się symbol, który przypomina dwie zapalone zapałki, jedną skierowaną ku górze, a drugą ku dołowi.

- Dla ochrony delikatnych duchów - czyta Ollie. - Należy go namalować świńskim włosiem na każdym rogu i rozstaju dróg. Powinien powstrzymać każdego, kto będzie próbował zastawiać pułapki na duchy.

- W dobrych sklepach plastycznych wciąż można dostać pędzle ze świńskiej szczeciny - zauważa Sam.

- Farba też musi być specjalna. - Leonie marszczy czoło. - Gdzie o tej porze roku znajdziemy jemiołę?

- W internecie? - podsuwam. - Tam można dostać prawie wszystko.

- Daj popatrzeć - prosi Mitch. Leonie podaje mu książkę, a on czyta listę składników. - Proces wygląda na skomplikowany, ale dam radę to przyrządzić. Tylko nie u siebie. Mama dostanie szału, jeśli użyję jej najlepszych garnków, a to potrwa co najmniej trzy dni.

- A więc mój dom też odpada - odpowiada Leonie. - Tata i Al wracają pojutrze.

- Mój też - dodaję. Rodzice zadawaliby zbyt wiele pytań, a za nic nie zdołam ściemnić, że to element powtórki z chemii.

- Możemy skorzystać z mojej kuchni - proponuje Sam. - Ojciec pracuje nad dużym kontraktem i rzadko opuszcza gabinet. Pewnie nawet nie zauważy naszej obecności.

- Na wszystkich rogach ulic i rozstajach dróg w Yorku... - mówi Leonie. - To mnóstwo malowania, ale jeśli zaczniemy na środku i będziemy się przesuwać na zewnątrz, obrobimy większość starego miasta w tydzień.

- Musicie uważać - ostrzegam. - Duchy nie mogą was skrzywdzić, ale Gates owszem. To zabójca i wie, gdzie mieszka Leonie. Widział nas razem. Wie, że jesteście w to zaangażowani.

Leonie przełyka ślinę. Mitch przyciąga ją do siebie. Mam ochotę zrobić to samo z Samem. Siedzi obok mnie z tymi głupimi oklapniętymi włosami, dołeczkiem w brodzie i cholernymi rzęsami i przyciska nogę do mojego uda. Mam nadzieję, że nie odsunie się teraz, gdy już nie uciekamy przed zagrożeniem.

- Nie wycofamy się - mówi Mitch i zaciska mięśnie szczęki.

Patrzę na niego i Leonie. Chciałbym im powiedzieć, że zrobili już wystarczająco dużo, ale prawda jest taka, że Mitch najlepiej zna się na gotowaniu. Ufam, że właściwie wykorzysta recepturę. Leonie z kolei do rana przestudiuje całą książkę i wypełni ją barwnymi fiszkami. Jeśli jest tam coś, co pomoże nam lepiej zrozumieć sytuację, ona to znajdzie.

- Nie proszę was o to, ale trzymajmy się razem - odpowiadam. - Co najmniej w parach. Niech nikt nie zostaje sam, także duchy. Uważajmy na siebie nawzajem.

Wszyscy kiwają głowami.

Dopiero wtedy przychodzi mi do głowy, żeby sprawdzić telefon. Siedem nieodebranych połączeń od mamy. Od razu do niej oddzwaniam.

- Charlie. - Jej głos jest pełen troski. - Chodzi o ciocię Chrissie. Bardzo jej się pogorszyło.

Tym razem jest naprawdę niedobrze. Ciocia Chrissie musi zostać na obserwacji w szpitalu, więc straszliwe trio wprowadza się do nas na stałe. Pomagam mamie, a potem ukrywam się u Sama, przekonawszy ją, że razem wkuwamy Hamleta przed egzaminami, a nie pichcimy jakiś cuchnący eliksir i malujemy magiczne graffiti na każdym rogu ulicy i rozwidleniu dróg w Yorku. Złożyłem rodzicom mnóstwo idiotycznych obietnic dotyczących moich tegorocznych stopni, więc będą wkurzeni, kiedy obleję wszystkie przedmioty.

Sam nie kłamał, w jego domu rzeczywiście jest mnóstwo miejsca. Jak dotąd nie widzieliśmy jego taty ani nawet nie słyszeliśmy kroków na schodach czy trzaskania drzwi w piwnicy. Nie opuszczamy kuchni na parterze: dużego kremowego pomieszczenia z lśniącymi blatami, niebezpiecznie śliskimi posadzkami i prawdziwym kryształowym żyrandolem. Mitch stoi przy kuchence, gdzie magiczna farba gotuje się na małym ogniu. Para pokrywa szkła jego kryptosoczewek. Zgodnie z przepisem, kiedy ziołowa maź zgęstnieje, będziemy musieli zblendować korzeń marzanny i ochrę, a następnie dodać je do mikstury.

Villiers przycupnął na blacie i zabawia Mitcha opowieściami o tym, jak niweczył plany swoich wrogów, którzy chcieli oczernić go w oczach króla.

Siedzę przy stole, pochylony nad laptopem Sama. Pootwierałem niezliczone zakładki i przeglądam cyfrowe zasoby miejskiej biblioteki w poszukiwaniu czegokolwiek, co może nam pomóc ustalić tożsamość Wisielca. Naprzeciwko mnie Leonie i Sam wczytują się w książkę Rawleya i próbują nauczyć się podstaw magii, a przynajmniej zrozumieć, czym ona jest i dlaczego działa.

Poszukiwania idą mi powoli. Muszę przejrzeć mnóstwo materiałów - gazet, archiwalnych zdjęć, danych genealogicznych - a jedyny ślad, jaki mamy, to możliwy związek z cmentarzem. Żeby podwoić nasze szanse, Ollie i Heather wybrali się na posterunek policji w Fulford i nasłuchują tam informacji dotyczących tożsamości Wisielca. Otrzymali wyraźne zalecenie, by ulotnić się, gdy tylko zauważą srebrnookiego ducha lub Ostrzyżonego. Wciąż uważam, że ten ostatni to Gates, ale i tak jestem cały w nerwach. A jeśli wpakują się w tarapaty, a ja nie będę mógł im pomóc?

- Charlie, prawie słyszę, jak się zamartwiasz - odzywa się Sam. - Nic im nie będzie.

Tak łatwo mnie przejrzeć? Posyłam mu słaby uśmiech, ale nie potrafię spojrzeć mu w oczy. To by mnie zabiło.

Zerka na mnie ukradkiem od tygodnia. Wczoraj musnął palcami moją dłoń, kiedy siekaliśmy zioła do farby. Mógłbym przysiąc, że zrobił to specjalnie. Zerknąłem z ukosa na linię jego szczęki i miałem ochotę go pocałować. Nie zrobiłem tego. Ale teraz za każdym razem, gdy go widzę, ogarnia mnie zmieszanie, przez które o wiele trudniej jest mi wykrztusić choć słowo.

- Mój Boże, mam - rzuca Leonie i wzdycha. - Wiem, do czego wykorzystują schwytane duchy.

Villiers milknie. Mitch odwraca się od kuchenki, Sam prostuje się na krześle.

- Naprawdę? - pytam z entuzjazmem.

Leonie bierze głęboki wdech.

- Jak to możliwe, że duchy zostają uwięzione wewnątrz butelki, skoro nie mogą dotykać niczego poza widzącymi? Czy nie powinny przeniknąć przez szkło? Dlatego przeanalizowałam zawarte w książce instrukcje dotyczące wykonania butelki. Jak może pamiętacie, Rawley powiedział, że naczynia muszą zostać specjalnie przygotowane.

Chciałbym, żeby przeszła do rzeczy. Leonie jest osobą, która zawsze musi się dowiedzieć, dlaczego i jak coś działa, a potem objaśnia to innym, nawet jeśli nie mają pojęcia, o czym mówi.

- Po aktywacji teoremat, czyli, o ile się zorientowałam, po prostu złożone zaklęcie nazwane w wyszukany sposób, uruchamia sztuczną pętlę wewnątrz butelki, przez co duch zostaje uwięziony i staje się silniejszy. Jeśli butelka pęka, pętla zostaje przerwana, a uwolniony duch zmienia się w poltergeista i przez ograniczony czas może wpływać na materię.

Sam przesuwa palcem po swoich szwach i wzdryga się.

- Jeszcze nie rozumiem, jak to się dzieje - ciągnie Leonie. - Mam hipotezę, że pętla wzmacnia widmową energię ducha, dzięki czemu ta staje się bardziej skoncentrowana. W dużym uproszczeniu: daje duchowi supermoce. Ta książka... - stuka palcem w poradnik od Rawleya - nie omawia tego tematu wystarczająco dokładnie, ale wspomina o duchach jako o uzupełniającej esencji, co wszystko wyjaśnia. - Na chwilę milknie i patrzy na nas szeroko otwartymi oczami, czekając, aż zrozumiemy, ale my tylko tępo się na nią gapimy. - Zmagazynowany potencjał. Energia. Okultyści wykorzystują duchy jako baterie.

Sam wygląda, jakby miał się pochorować.

- Ale to popieprzone - stwierdza Mitch.

Chciałbym wierzyć, że to bzdury, ale Leonie jest genialna, a to wszystko, niestety, trzyma się kupy. Gates i jego tajemniczy klient traktują duchy jak przedmioty, a nie jak ludzi, którzy myślą i czują.

Nic nie trwa wiecznie.

Czuję się dziwnie bezsilny.

- Myślicie, że kiedy dusza zostaje użyta do zasilenia zaklęcia... teorematu... jak zwał, tak zwał... że to ją, no wiecie, zabija na dobre?

- Na pewno - odpowiada Sam. - Po co łapać nowe duchy, skoro można wielokrotnie wykorzystywać te, które już się ma?

- Prawdziwa śmierć. - Głos Villiersa jest zarazem pełen grozy i zachwytu. - Żadnego piekła. Żadnego nieba. Tylko... zapomnienie.

Drzwi kuchni się otwierają i wchodzi pan Harrow. Nawet w zwykłych chinosach i swetrze sprawia wrażenie równie wyrafinowanego i eleganckiego jak jego posiadłość.

- Tato! - Sam zakrywa książkę Rawleya moimi notatkami o Szekspirze. - Co tu robisz?

- No cóż, mieszkam tutaj, a czasami muszę coś zjeść.

Bierze bochenek pieczywa z chlebaka i wyjmuje z lodówki wędlinę w plasterkach oraz żółty ser. Dziwnie jest patrzeć, jak robi coś tak pospolitego. Na ścianach jego kuchni wiszą obrazy. Jest tam kryształowy żyrandol. Powinien zatrudniać osobistego kucharza, który przygotowywałby dla niego czterodaniowe lunche.

- Miło znów cię widzieć, Charlie. - Ma takie same wodniste i lśniące oczy jak za pierwszym razem, gdy go spotkałem, pewnie od wielogodzinnego wpatrywania się w ekran.

- Pana również. Jak idzie... praca?

- Całkiem dobrze. Tak się składa, że dziś rano osiągnąłem spory przełom. Niedługo będziemy mogli rozpocząć testy naszego prototypu. - Słyszę entuzjazm w jego głosie. - Sam, nie przedstawisz mnie swoim pozostałym przyjaciołom?

Jego syn wstaje, żeby to zrobić.

- Macie oboje bardzo nietypowe okulary - zauważa pan Harrow.

Leonie się uśmiecha.

- Zgrana z nas para.

- Ktoś jeszcze ma ochotę na kanapkę czy wystarczy wam zupa? - Pan Harrow nachyla się nad bulgoczącą farbą, wącha ją i szybko się cofa. - Jesteście pewni, że to jadalne?

Mitch sprawia wrażenie podenerwowanego; boi się o efekty naszej kilkudniowej ciężkiej pracy.

- Nie, to... eksperyment... na nasze...

- To barwnik - wtrąca się Sam. - Naturalny barwnik, który przygotowujemy na lekcję żywej historii. Gość ze szkoły zaprosił nas na średniowieczny piknik, ale musimy sami przygotować kostiumy.

- Ciekawe. - Pan Harrow wie, że to kłamstwo. Jego usta lekko drgają, a za uśmiechem kryje się grymas. - Czego używacie jako zaprawy?

- Zaprawy...?

- Żeby umieścić barwnik na tkaninie. - Akcent na ostatnie słowo jest delikatny, ale zauważalny. Oczywiście nie mamy żadnej tkaniny, którą moglibyśmy włożyć do garnka. Atmosfera w pomieszczeniu robi się nerwowa. Sam wpatruje się w tatę, mięśnie jego szczęki pulsują. Pan Harrow odwzajemnia spojrzenie.

- Szczyn - odzywa się Villiers.

Rozumiem go, też jestem rozdrażniony.

Usta pana Harrowa drgają.

Villiers krzywi się, a ja uświadamiam sobie, że mówił poważnie.

- Moczu! - odzywam się nieco zbyt głośno.

Wszyscy się na mnie gapią.

- No tak. - Pan Harrow odwraca się do blatu i sprząta po sobie. - W takim razie muszę pamiętać, żeby kupić nowy garnek.

Kiedy jego kroki cichną na marmurowych schodach, Leonie zaczyna się śmiać.

- Żywa historia? Niemożliwe, żeby to kupił.

- Spanikowałem - tłumaczy się Sam, zakrywając twarz dłońmi. - Tak naprawdę nie obchodzi go, co robimy. Za dziesięć minut już nie będzie pamiętał, że tu jesteśmy. Pochłania go praca.

Podchodzę do kuchenki i udaję, że sprawdzam farbę, ale tak naprawdę potrzebuję chwili, żeby się uspokoić. Po odejściu pana Harrowa stres staje się nie do zniesienia.

Możliwe, że już jest za późno, żeby kogokolwiek ocalić. Niewykluczone, że oni już nie istnieją.

Kiedy myślę, że coś takiego mogłoby spotkać Audrey albo któregokolwiek z zaginionych duchów, robi mi się niedobrze, chociaż możliwe, że to smród farby tak na mnie działa. Pan Harrow ma rację, ona naprawdę cuchnie: ta zatęchła woń przypomina mi ruiny Saint-Lô i koszmary, w których mężczyzna o lodowatym spojrzeniu pochyla się nad umazanymi błotem zwłokami. Ciała nie wyglądają inaczej, gdy od nich odchodzi, ale mam wrażenie, że coś im odebrał i wyrządził im większą krzywdę niż bomby i pociski. Zawsze wtedy ogarniają mnie odraza, złość oraz, najgorsze ze wszystkich, poczucie winy.

Nic nie trwa wiecznie.

Błysk światła na szkle.

Butelka. Mężczyzna miał w dłoniach butelkę.

Zbierał dusze.

Łapacz dusz butelkował duchy martwych żołnierzy podczas drugiej wojny światowej. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ponieważ patrzyłem na to wszystko jej oczami, a ona nie była widzącą.

Niemożliwe, żeby ten sam człowiek obecnie chwytał duchy w Yorku, na pewno już dawno nie żyje. Ale Audrey chciała, żebym pamiętał o Saint-Lô i kobiecie, w której pętlę tam wpadłem. Czy naprawdę istnieje jakiś związek?

Myśl, Frith. Myśl.

"Pamiętaj o stolicy ruin".

Co mam pamiętać? Wszystko, co straciłem? Swój umysł. Przyjaciół. Szanse u Mitcha.

Ten właśnie stoi obok mnie i spogląda na mnie z troską.

- Wszystko w porządku? Źle wyglądasz.

Kurczowo przytrzymuję się blatu i wpatruję się w garnek. Bąbelki unoszą się i przebijają powierzchnię farby.

- To przez ten smród.

- No tak, cuchnie jak cholera. - Mitch parska śmiechem, a potem ogląda się na Sama, Leonie i Villiersa, którzy rozprawiają o tym, w jaki sposób duchowa bateria może być wykorzystywana do zasilania zaawansowanych teorematów. - A tak przy okazji, powiedziałem jej - mówi przyciszonym głosem. - Kiedy tylko zaczęliśmy się spotykać.

Wracam do rzeczywistości.

- Co takiego?

Odchrząkuje.

- Leonie. Powiedziałem jej o tym, że się pocałowaliśmy. To znaczy nie powiedziałem, że to byłeś ty, bo wciąż chodzisz z nami do szkoły, ale ona i tak odgadła i wcale jej to nie przeszkadza. Chciałem, żebyś o tym wiedział.

- Nie przeszkadza jej to?

- Mówi, że to nic wielkiego.

Nic wielkiego? Dla mnie to była duża sprawa.

- Więc to był tylko eksperyment? - pytam chłodnym tonem.

- Wszystko jest eksperymentem. - Uśmiecha się półgębkiem, a jego policzki czerwienieją. - Ale tak naprawdę chciałem cię pocałować już wiele tygodni przed wycieczką do Francji.

- Więc jesteś... biseksualny?

Mitch wzrusza ramionami.

- Ludzie są po prostu ludźmi. A ja chyba jestem kochliwy, ale... jeszcze nikomu o tym nie powiedziałem. Rodzice by tego nie zrozumieli, a nie chcę zostać zaszufladkowany, zanim sam siebie nie poznam. Serio, wciąż tego nie rozgryzłem. - Bierze głęboki oddech. - Bardzo mi się podobałeś. Jesteś naprawdę fajnym gościem i... - Z trudem przełyka ślinę i patrzy na mnie. Na jego twarzy maluje się nadzieja. - Tęsknię za naszą przyjaźnią.

Czyli za każdym razem, gdy zapraszał mnie do stolika podczas lunchu, wcale nie robił sobie jaj. Kiedy powiedział, że szuka mnie jakiś chłopak, traktował to jako pretekst do rozmowy, a nie okazję, żeby mnie zdenerwować. Kolejny element układanki trafia na swoje miejsce.

- Kazałeś Girshawowi zostawić mnie w spokoju?

Nozdrza Mitcha falują.

- Josh to kawał fiuta.

Czyli tak.

Tuż przed tym, jak Josh przestał mnie bić, widziałem ich obu razem i założyłem, że mój dawny najlepszy kumpel zaprzyjaźnił się z gościem, który zmienił moją codzienność w piekło. Tymczasem Mitch wstawiał się za mną.

Leonie miała rację. Odciąłem się od nich. Saint-Lô było najgorszym dniem w moim życiu - wrzeszczałem na środku francuskiej apteki, cały zalany krwią, z rozpalonymi rękami, a klasa patrzyła na mnie z przerażeniem. Odepchnąłem wszystkich, nie chciałem o tym rozmawiać i zablokowałem tamte wspomnienia, żeby poczuć się bezpieczniej.

Teraz muszę sobie wszystko przypomnieć. To, co się wtedy wydarzyło, z jakiegoś powodu znów ma znaczenie. Nie wiem dlaczego, ale tak jest.

- Mitch, zachowywałem się jak totalny palant.

Wręcza mi drewnianą łyżkę i wskazuje garnek.

- Myślisz, że jest wystarczająco gęsta?

Nie sądzę, żeby potrzebował mojej opinii, ale i tak mieszam farbę, a powierzchnia płynu się marszczy. Mitch kiwa głową.

- Tak, jest gotowa. Ej, Sam, masz blender?

- W dolnej lewej szafce.

Wyjmuję go, a kiedy Mitch mówi: "Dzięki, Charlie", domyślam się, że ma na myśli: nie ma sprawy, stary.

Minął prawie tydzień, odkąd spotkaliśmy Rawleya. Wciąż nie zabezpieczyliśmy ani jednego rozwidlenia dróg w Yorku przed Człowiekiem z Cieni, a Miri nie udało się znaleźć żadnych śladów Caleba Gatesa w policyjnej kartotece. Może używa fałszywego nazwiska albo nawet nie jest prawdziwym gliniarzem. Nie mamy jak się tego dowiedzieć.

Przynajmniej farba jest prawie gotowa. Mitch stoi przy kuchence, jedną ręką przegląda TikToka, a drugą miesza w garnku. Musimy bez przerwy to robić, dopóki mikstura nie przybierze innego koloru. Regularnie się zmieniamy. Leonie drzemie w fotelu, który Sam przyciągnął z salonu, z głową opartą na moich zwiniętych spodniach od dresu. Kryptosoczewki lekko przekrzywiły jej się na nosie.

Nie powiedziałem innym o Saint-Lô i łapaczu dusz, ponieważ sam tego nie rozumiem i nie zniósłbym zbyt wielu pytań. Brakujące elementy powoli zaczynają wracać na swoje miejsca. Wspominanie tamtych wydarzeń jest jak wpychanie języka w miękki otwór po wyrwanym zębie. Gdy już zacząłem, nie potrafię przestać tego robić.

Znów przeszukuję internet, przeglądam spisy ludności i zestawiam je z książką o historii miejskiego cmentarza, którą zamówiłem. Dziś od rana czytam o tym miejscu. Kimkolwiek był Wisielec, musiał być jakoś powiązany z cmentarzem. Jak inaczej mógłby zbudować pod kaplicą kryjówkę, której nie ma na planach architektonicznych?

Jak dotąd to niezbyt owocne poszukiwania. Kaplicę ukończono w 1838 roku, na długo przed narodzinami Wisielca. Książeczka żywnościowa w podziemnym pomieszczeniu pochodziła z 1944 roku, więc mężczyzna nie mógł uczestniczyć w projektowaniu ani budowaniu krypty. Ale kimkolwiek był, z pewnością miał łatwy dostęp do cmentarza.

W domu odbija się echem szczekanie psa, które budzi Leonie. Ollie wchodzi do kuchni, a za nim podąża Dante.

- Drzwi! - Wskazuję drewnianą płytę, przez którą właśnie przeniknął.

- Przepraszam. - Ma posępną minę. - Złe wieści. Koroner właśnie powiedział śledczym, że nie ma szans na zidentyfikowanie zwłok. Wygląda na to, że po pożarze niewiele z nich zostało, a policja nie ma rejestru dentystycznego z tak dawnych lat.

- Nie będą dłużej się tym zajmować - odzywa się głos w korytarzu. Otwieram drzwi i widzę Heather, która marszczy czoło. - Już nie uznają tego zgonu za podejrzany, sprawa zamknięta.

- A więc od policji niczego się nie dowiemy - stwierdza Sam i drapie Dantego po głowie.

- Bzdura - parskam, po czym wracam na swoje miejsce, żeby dalej przeglądać książkę historyczną. Przewracam stronę i... - To on - mówię oszołomionym głosem.

- Poważnie? - pyta Mitch.

- Tylko popatrzcie.

Podnoszę książkę, a oni gromadzą się wokół ziarnistego zdjęcia z jedenastego sierpnia 1940 roku. Trzej mężczyźni stoją wokół krateru po jednej z pierwszych bomb, które spadły na York. Wygląda na to, że jedna z nich uderzyła w cmentarz, a Wisielec stoi w kraterze bokiem do obiektywu z łopatą w dłoniach. Czytam podpis pod zdjęciem, licząc na to, że znajdę nazwisko.

- Dozorcy... chwileczkę, Ruddock, Heath, Tussle... Simon Tussle. - To imię wpada mi do głowy jak kamyk wrzucony do rzeki i odbija się od na wpół sformowanych idei.

Simon.

Przełączam karty, które pootwierałem w przeglądarce na laptopie Sama, i znajduję krótką prasową wzmiankę o mężczyźnie z Fishergate, okolicy niedaleko cmentarza, który zaginął latem 1944 roku. Wracałem do notatki kilkakrotnie, choć nie byłem pewien, dlaczego wydaje mi się taka ważna.

- Sąsiedzi donieśli, że przed zniknięciem dziwnie się zachowywał - czytam. - Nie ma zdjęcia, ale napisali, że pracował na cmentarzu i nazywał się S. Tussle. Pasuje. To on.

- Dobra robota. - Sam klepie mnie po ramieniu.

Ale jest coś jeszcze, czego nie potrafię rozgryźć.

- Skąd Audrey go znała? - pyta Ollie. - Kiedy umarł, była we Francji, zgadza się? Nie mogli się spotkać.

Heather z namysłem przygryza wargę.

- Chyba że znali się jeszcze przed wojną.

- Chcesz powiedzieć, że ona też była łapaczką dusz? - pyta Leonie.

- Audrey nigdy by... - zaczyna Ollie, ale milknie.

- To... możliwe - stwierdza Heather, choć wyraźnie nie podoba jej się ta myśl. - W końcu nie znamy jej dobrze, jest bardzo skryta. Ale nie rozumiem, skąd mogła wiedzieć, że pętla śmierci Simona Tussle'a znajduje się pod... co się stało, Charlie?

Pewnie dostrzegła grymas na mojej twarzy.

- Simon... niedawno słyszałem to imię. - Odpowiedź tańczy na skraju mojej pamięci, ale nie mogę jej pochwycić. Psiakrew. Jestem do niczego.

Przypominam sobie pętlę śmierci, wymizerowaną twarz Simona pełną smutku i troski. Pamiętam pustkę, którą czuł, bolesny żal. Coś stracił. Doskwierały mu także poczucie nieuchronności oraz ból psychiczny i panika, jakie dopadają kogoś postawionego pod ścianą. Naprawdę uważał, że odebranie sobie życia to jedyna możliwość, był na tyle zdesperowany. Ale dlaczego?

Wiem, że nie tylko doświadczam wspomnień dusz, które spotykam wewnątrz pętli śmierci, ale też czuję to, co one czuły, wiem to, co wiedziały, i zabieram część tego ze sobą, gdy odchodzę. Odpowiedź musi kryć się gdzieś w mojej głowie, ale nie potrafię się na niej skupić. Moje myśli ślizgają się i uświadamiam sobie, że już na początku powinniśmy byli zadać sobie podstawowe pytanie.

Dlaczego York?

Mówi się, że to najbardziej nawiedzone miasto w Europie, ale to nie znaczy, że miłośnicy duchów nie mają czego szukać w Londynie, Bath czy Edynburgu. Sam ma rację. Gates włamał się do laboratorium Simona Tussle'a, ponieważ szukał czegoś konkretnego. Problem w tym, że nie mam tak dobrej pamięci jak Sam i nie umiem sobie przypomnieć wszystkich szczegółów pętli śmierci, by odkryć, czego brakuje.

- Nie - stanowczo mówi Heather.

Unoszę ręce.

- Niczego nie powiedziałem...

- Och, znam cię, Charlesie Frith, i znam to spojrzenie. Zamierzasz zrobić coś głupiego.

Ma rację.

Muszę wrócić do pętli śmierci Simona Tussle'a.

Potrzebujemy dwudziestu minut, żeby dostać się do szkoły. Stoję na podstawkach na stopy przy kole roweru Leonie, podczas gdy Sam pedałuje. Mitch jedzie za nami na swoim BMX-ie, Dante biegnie obok nas, a Heather i Villiers podążają za nami pieszo.

Ollie został na czatach, zastępując Leonie, która ma odwieźć do siebie gotową farbę oraz wyniki naszych badań. Nie chcieliśmy zostawiać ich u Sama po rozmowie z jego tatą, chociaż czułbym się lepiej, gdybyśmy trzymali się razem.

Sądziłem, że w szkole zastaniemy nauczycieli, którzy przygotowują się do poniedziałkowego rozpoczęcia semestru, ale brama jest zamknięta. Zostawiamy rowery za żywopłotem i idziemy wzdłuż siatki wokół boiska aż do krzewów głogu. Za nimi jest dziura w ogrodzeniu. Mitch chwyta siatkę i ją odchyla, jakby otwierał konserwę.

Sam gramoli się na drugą stronę, a ja podążam za nim, czołgając się na brzuchu. Moje nozdrza wypełnia woń skoszonej trawy i ziemi. Kiedy Mitch również jest już po drugiej stronie, opuszcza siatkę, żeby dziura nie była widoczna. Rozglądam się po boisku, przeklinając wilgoć i błoto. Dante puszcza się biegiem w stronę pawilonu i pętli śmierci Tussle'a.

Stary kasztan porusza się na wietrze, gałęzie trzeszczą. Z tego miejsca wydaje się, że zacieniony zakątek pod drzewem jest pusty, ale jeśli podejdę bliżej...

Waham się, wspominając przeraźliwe zimno, ciężar na szyi, ucisk w płucach. Ktoś kładzie mi dłoń na plecach - to Sam.

- Poradzisz sobie - uspokaja mnie.

Jego dotyk sprawia, że w żyłach zaczyna mi krążyć dziesięć tysięcy skrzydlatych istot, które odwracają moją uwagę od przytłaczającego otępienia. Twarz mi płonie, gdy znajduje się tak blisko, ale on sprawia wrażenie spokojnego, jakby w jego głowie nie szalała burza. Podejrzewam, że mnie nie pragnie, tylko wspiera jako przyjaciel. Mogę na niego liczyć.

Podnoszę wzrok. Zmuszam się do ruszenia naprzód.

To był mój pomysł. Ale buńczuczne zapowiedzi wygłaszane w kuchni to nie to samo co stawienie czoła groźbie powieszenia. No dobrze, zaraz się w to wpakuję. Rozmyślnie. Zachowam spokój i dokładnie się rozejrzę, żeby dowiedzieć się, czego szukał Gates, a także w jaki sposób Simon Tussle jest powiązany z zaginionymi duchami. Może przypomnę sobie coś więcej na temat tego, jak się czuł i co wiedział. Może znajdę jakieś wskazówki co do tożsamości tajemniczego zleceniodawcy Gatesa.

Kiedy zbliżam się do drzewa, coś uderza mnie w but. Odpycham to na bok i idę dalej. Gdzie jest pętla? Chyba czułbym się lepiej, gdybym ją widział. Problem polega na tym, że kiedy już będę blisko, nie zdołam się powstrzymać przed wpadnięciem do środka. A jeśli nie będę się tego spodziewał...

Nie, tak się nie stanie. Ale świadomość, że są ze mną Sam, Heather, Mitch i Villiers, którzy mogą mnie wyciągnąć, zanim się uduszę, nie wystarczy, by powstrzymać paniczne pulsowanie w czaszce.

Jestem już niebezpiecznie blisko. Powoli się obracam, spodziewając się, że but Simona w każdej chwili może uderzyć mnie w tył głowy, ale niczego nie widzę.

Dante szczeka. Skupia się na czymś w wilgotnej trawie pod drzewem. Idę sprawdzić, co go tak zdenerwowało.

To przedmiot, który odepchnąłem stopą - ciemny, okrągły kamień przypominający małą kryształową kulę wróżki, tylko spłaszczoną z jednej strony. Przecina go wyraźne pęknięcie, a na jego powierzchni coś wydrapano. Jest cięższy, niż się wydaje, i lekko ciepły w dotyku.

- To czarny turmalin - wyjaśnia Heather. - Moja była uwielbiała kryształy i trzymała coś takiego pod łóżkiem, żeby odpędzić złe sny.

- Można go także używać do uziemienia duchowej energii - dodaje Sam. Podaję mu kamień. Ściera błoto z jego powierzchni i przeklina. - Widzicie ten symbol? Identyczny jak na jednym z zaklęć ochronnych pod kaplicą. Pamiętacie czerwone znaki na ścianach? Używał tego łapacz dusz.

- W jakim celu?

- Paniczu Frith! - Villiers stoi pod kasztanem i patrzy w górę. - Pod tymi gałęziami nie ma żadnej uwięzionej duszy.

Kiedy zaczyna padać, uświadamiam sobie dwie rzeczy.

Po pierwsze, pętla śmierci Simona Tussle'a zniknęła.

Po drugie, już wiem, skąd znam to nazwisko.

W Snickleway Inn panuje ścisk. Gra zespół, skrzypek uwija się jak w ukropie, podczas gdy klienci wiwatują i pokrzykują. W przedniej części sali Roderick, elżbietański barman, wiruje z panią Tulliver, a ich duchowe ciała przenikają przez otaczających ich ludzi. Kręci mi się w głowie. Nawet Sam wygląda, jakby miał mdłości.

- Co za widok! - przekrzykuje gwar, gdy brniemy w stronę schodów.

Okrążamy koniec baru, a turmalinowa kula w kieszeni boleśnie ociera mi się o nogę. Przesłaliśmy nagranie przedstawiające kamień do Leonie, a ta znalazła w książce Rawleya wzmiankę o wykorzystywaniu czarnego turmalinu i lustra do zakotwiczania i przenoszenia nienaruszonych pętli śmierci.

Od początku chodziło o Wisielca.

Sam uważa, że Gates włamał się do kaplicy, żeby uwięzić ducha Tussle'a, i naruszył zaklęcia ochronne, co spowodowało uruchomienie jakiegoś mechanizmu obronnego i w efekcie przeniesienie pętli Tussle'a, która trafiła na nasze boisko. To oznacza, że Tussle umarł ze świadomością, że może utknąć w pętli śmierci, a ktoś pewnego dnia może po niego przyjść. Przygotował się na to.

Ale dlaczego Gates chce zdobyć pętlę śmierci Tussle'a, zwłaszcza jeśli potrafi tworzyć sztuczne pętle za pomocą butelek z duchami? No i jak się dowiedział, dokąd trafiła ta konkretna pętla śmierci? York to spore miejsce, więc raczej nie wpadł na nią przypadkowo.

Potrzebujemy odpowiedzi.

Mam nadzieję, że intuicja mnie nie zawodzi.

Na piętrze jest równie tłoczno jak na parterze. Szyby zaparowały od ciepła wydzielanego przez ściśnięte ciała skąpane w alkoholu. Ja i Sam wyglądamy jak zwiadowcy wysłani w celu zdobycia stolika dla naszej grupy. Jakiś mężczyzna wiesza marynarkę na oparciu jedynego wolnego krzesła, roszcząc sobie do niego prawo, ale ja już go ominąłem i wypatruję burzy kręconych włosów.

Kiedy byłem tu ostatnio, Ophelia wspominała o jakimś Simonie, ale ja tak bardzo skupiłem się na Millie, że uznałem, że mówi o jakimś dupku, który złamał jej serce wieki temu i zostawił ją uwiązaną. Tymczasem pani Tulliver powiedziała, że Ophelia nie może opuścić tego pomieszczenia od około osiemdziesięciu lat. Jest znacznie starsza, zmarła przed czterystu laty - z dokładnością do mniej więcej dziesięciu lat - więc osiemdziesiąt lat temu musiało się wydarzyć coś, co ją tutaj uwiązało. Chodzi o początek lat czterdziestych, a Simon Tussle zaginął latem 1944 roku.

Oczywiście tylko zgaduję.

Ophelia leży zwinięta na podłodze, na wpół ukryta za dwoma stołami blisko okna. Przepycham się w jej stronę. Jakiś koleś przesuwa krzesło, pozwalając mi przejść, chociaż jest wyraźnie zaskoczony, co wcale mnie nie dziwi. Ophelia podnosi wzrok i mnie rozpoznaje. Prostuje plecy i nogi okryte grubą spódnicą. Podaję jej rękę i pomagam wstać. Ma zaczerwienione policzki i opuchnięte oczy.

- Wróciłeś. - Mówi powoli i ospale. - Znalazłeś Millie?

- Jeszcze nie, ale jesteśmy blisko. - Nie próbuję ściszać głosu i ludzie się na mnie gapią. Nie patrzę na nich, tylko skupiam wzrok na dłoniach Ophelii. Z jakiegoś powodu czuję, że koniecznie powinienem trzymać ją za ręce. - Muszę cię zapytać o Simona.

- Miał się tutaj ze mną spotkać, ale nie przyszedł.

- Przykro mi i przepraszam, że tak cię wypytuję, ale czy on nosił nazwisko Tussle?

Wytrzeszcza oczy, a jej twarz tężeje.

- Gdzie on jest?

- Eee... - Czy to właśnie to straszliwe, bolesne poczucie winy, które zawsze dręczyło Heather, gdy mówiła krewnym pacjentów, że nie udało się ich uratować? - W miejskiej kostnicy. Zapewne.

- Nie, nie chodzi mi o pustą skorupę. Potrzebuję jego. Gdzie on jest?

Żal i wyrzuty sumienia, które Tussle czuł przed śmiercią, wracają do mnie potężną falą, jakby jego pętla wciąż trzymała mnie w uścisku. Nie potrafię patrzeć na Ophelię.

- Utknął w pętli śmierci na terenie liceum przy Acomb...

Zarzucając spódnicą, obraca mnie w stronę drzwi.

- A więc go uwolnisz.

- Nie mogę - mówię i wzdycham. Z trudem łapię równowagę i prawie potykam się o nogę stołu.

Sam staje Ophelii na drodze.

- Pętle śmierci tak nie działają, a Simon nie jest...

Ophelia odpycha go z nadnaturalną siłą, jaką widziałem tylko u Zapleśniałych Starców. Sam pada na stolik, uderza jednego z facetów ręką w głowę, rozlewa piwo i rozrzuca chipsy.

- Zaczekaj! - wołam, ale Ophelia się nie zatrzymuje, tylko znika za ścianą w głębi.

Pomagam Samowi wstać, a on próbuje przeprosić mężczyznę, na którego wpadł, podnosząc wywrócone szklanki i zmiatając z blatu chipsy z solą i octem.

- Myślałem, że ona jest uwiązana! - woła do mnie.

- Już nie - odpowiada Heather. - Teraz jest wolną duszą.

- Dokąd pójdzie?

- Za Simonem. - Odwracam się do Heather. - Może spróbuj ją dogonić i spowolnić, zająć rozmową?

Przygląda mi się uważnie.

- Będę musiała się pośpieszyć.

Rozumiem, do czego zmierza, i wcale mi się to nie podoba. Czynię drobne postępy i czasami już nie odwracam wzroku, kiedy są zmuszeni łamać zasady, ale coś takiego? Niestety, chyba nie mamy wyboru.

- Zrób to - mówię.

Kiwa głową z uśmiechem, a potem...

Znika.

Przede mną nie ma już nikogo i widzę zaskoczone twarze klientów, którzy gapią się na nas w milczeniu.

Mam to w dupie.

Leje jak z cebra. Kałuże światła rozmazywane deszczem sprawiają, że wąskie chodniki lśnią. Zapinam kurtkę i mrużąc oczy, patrzę wzdłuż Goodramsgate. Ani śladu Heather i Ophelii.

Mitch gwiżdże. Razem z Samem wchodzimy w wąskie suche przejście, w którym się schował.

- Miałem rację - mówię Mitchowi. - Ale Ophelia właśnie uciekła, żeby znaleźć Simona. Widziałeś, jak wychodzi?

Nie widział. Psiakrew. Szukał Dantego, ponieważ głupi psiak coś zwęszył i się ulotnił. Ophelia może już być po drugiej stronie miasta. Nawet jeśli Heather ją dogoni, to nie będzie miała jak powiadomić nas, gdzie się znajdują, a sami raczej nie odszukamy ich w labiryncie ulic.

Czasami żałuję, że zdolności widzenia umarłych nie towarzyszy szósty zmysł.

O tak, mógłbym powiedzieć, wiem, gdzie oni są; Heather i mnie łączy telepatyczna więź.

Co prawda nie chciałbym słyszeć w głowie niczyjego głosu, ale w tej chwili byłoby to użyteczne.

- Gdzie jest Villiers? - pytam.

Mitch ściera krople deszczu z kryptosoczewek.

- Oddalił się, kiedy szukałem Dantego.

Możliwe, że pognał za Heather i Ophelią. Nie mamy innego wyjścia, jak ponownie dać się zmoczyć. Odpinamy rowery i kierujemy się pieszo na zachód w kierunku szkoły.

Kiedy docieramy do St Sampson's Square, jestem cały mokry, deszcz kapie z mojej czapki i spływa mi po karku. Żałuję, że nie możemy jechać na rowerach, byłoby szybciej, ale nie chcemy ryzykować, że przegapimy Heather i Ophelię, które mogą chować się w jakimś ciemnym kącie. Chociaż na ulicach prawie nie ma żyjących, roi się od umarłych - kapłanów, rzymskich żołnierzy, wikingów, bez wyjątku zajętych swoimi sprawami. W czym im przeszkadza burza? Deszcz przenika przez nich i spada na bruk.

Podmuchy wiatru kołyszą drzewami wzdłuż Parliament Street. Pochylamy głowy i skręcamy w mniejsze uliczki, próbując udawać, że czystym przypadkiem nie zderzamy się z umarłymi. Sam i ja dobrze sobie radzimy, klucząc po chodniku, jakbyśmy się wygłupiali. Każdy, kto na nas patrzy, myśli pewnie, że się upiliśmy.

- Paniczu Frith!

Wiatr niemal porywa ten okrzyk, ale kiedy znów go słyszę, obracam się i widzę, że Villiers leci w naszą stronę i rozpaczliwie wymachuje rękami. Kilka duchów nieruchomieje i bacznie mu się przygląda. Potem patrzą na mnie i unoszą brwi, gdy dociera do nich, że ich widzę. Dwie kobiety w staroświeckich spódnicach pokazują nas sobie palcami, a po nich pojawia się rzeźnik w zakrwawionym fartuchu. Moje serce przyśpiesza, gdy tłum szybko zmienia się w ścianę umarłych, obserwujących nas w śmiertelnej ciszy.

Uspokój się, Frith.

Mitch poprawia kryptosoczewki.

- Jeśli nas zaatakują, jak mogę ci pomóc?

- Nie możesz - odpowiadam szeptem.

Sam prowadzi BMX-a przy swoim boku i zasłania się nim jak tarczą.

- Dlaczego są tacy nieruchomi?

Widzę srebrzysty błysk, ale twarz znika równie szybko, jak się pojawiła. Tężeję z nerwów. Gdzieś tu jest srebrnooki duch.

Villiers dociera do nas, przepychając się przez tłum.

- Heather zatrzymała smutną damę na moście, chociaż nie wiem, na jak długo.

Bacznie obserwując naszą widmową widownię, prowadzi nas wzdłuż ulicy. Kolejni umarli zablokowali wylot Market Street i stoją nam na drodze. Kiedy się do nich zbliżamy, prawie się spodziewam, że spróbują nas pochwycić, ale usuwają się na bok. Zapewne szepczą i gniewnie mruczą pod nosem, ale nie mogę ich usłyszeć przez ryczący wiatr.

Ophelia i Heather stoją na King's Landing, tuż przed pubem. Nienawidzę chodzić wzdłuż rzeki. Bruk jest tam śliski, a w wodzie roi się od duchów. Niektóre czają się pod powierzchnią, blade twarze w ciemności. Inne wędrują po brzegu, mimo upływu nawet kilku wieków wciąż ociekając wodą - przegrany w pijackiej bójce, dziecko porwane przez powódź, dusze utopione, gdy zawalił się stary most, zrzucając do lodowatej wody pobliskie sklepy i domy.

Wszyscy są uwiązani. Rzeka zachowuje to, co zagarnęła.

Heather gwałtownie do nas macha, jakby chciała powiedzieć: "Chodźcie tu jak najszybciej". Mitch się waha i patrzy na nurt z dłonią na balustradzie. Czy przez okulary widzi tylko migoczące fale duchowego światła, czy może konkretne twarze? Nawet Sam najwyraźniej nie ma ochoty zbliżyć się do brzegu. Ostatecznie ruszam pierwszy.

Ophelia popędza mnie z twarzą wykrzywioną ze złości, a ja uświadamiam sobie, że machanie Heather było ostrzeżeniem. Próbuje odciągnąć Ophelię, ale ta jest stara i silna, więc odrzuca Heather do tyłu jednym uderzeniem ręki.

Smród rzeki wypełnia moje nozdrza, gdy zataczam się na ścianę. Ophelia doskakuje do mnie. Wygląda inaczej, ma czystą halkę i sukienkę, a jej długie włosy zakrywa czepek. Pamięta siebie inaczej i to ją przemienia. To już nie jest zagubiona uwiązana dusza, którą znam, ale wolny duch, który płonie nienawiścią.

Rzuca się na mnie, łaknąc krwi.

- Chodziłeś w jego pętli, ale go tam zostawiłeś! - woła.

Sam wpycha się przede mnie, tak że jestem uwięziony między zimnym kamieniem za moimi plecami a jego ciepłem.

- Nie możemy uwalniać dusz z pętli, to tak nie działa.

- Mówi dziecko, które nic nie wie o swoim darze. - Patrzy na mnie surowo. - Powiedziałam mu, żeby pomagał im pamiętać.

- Co pamiętać? - pytam z frustracją. Patrzę na Heather, ale ona jest równie zbita z tropu jak ja.

Ophelia unosi ręce.

- Pamiętać swoją śmierć! Wtedy będą mogli się wyzwolić.

- Z... pętli? - pyta Heather.

- Podczas wszystkich swych wędrówek nigdy nie słyszałem o takim wyczynie - stwierdza Villiers.

Ophelia jęczy.

- Właśnie taka jest nasza rola... dotkniętych przez śmierć, widzących!

To mi wygląda na kolejną bzdurę w rodzaju ulubionej śpiewki Zapleśniałych Starców, którzy powtarzają, że widzący służą umarłym. Ale jeśli możliwe jest uwalnianie duchów z pętli śmierci, to mógłbym pomóc chłopcu przy The Shambles oraz temu dzieciakowi, Obdartemu, przy Bedern Arch.

- Byłaś taka jak my? - pyta Sam.

- Zabito mnie z powodu mojego daru widzenia - odpowiada Ophelia. - Wystraszeni mężczyźni, którzy chcieli zachować swoje tajemnice, oskarżyli mnie o przyzywanie diabła. Nie zostałam zapętloną duszą, ale byłam wściekła i zagubiona, dopóki nie poznałam Simona. Łapacze często są naszymi wrogami, ale on jest inny. - Uśmiecha się. - Zakochaliśmy się w sobie.

Opowiada, że Zapleśniali Starcy dowiedzieli się o jej związku z Simonem i ich rozdzielili. Załamana dziewczyna całkowicie ustępuje miejsca spokojnej i rzeczowej kobiecie, mądrej ponad swój wiek.

- Przez lata spotykaliśmy się potajemnie w saloniku na piętrze, dopóki Simon nie zniknął. - Wskazuje mnie palcem. - Spraw, żeby sobie przypomniał. Uwolnij go.

- Nie mogę. Simon odszedł.

- Odszedł?

Wygrzebuję z kieszeni kulisty czarny turmalin.

- Znaleźliśmy to w miejscu, w którym była jego pętla śmierci.

Ophelia otwiera szerzej oczy.

- Kamień do mielenia? - Po chwili jej twarz wykrzywia grymas. - Teraz jest więźniem nie tylko swojej pętli, ale także łapacza dusz.

- Tak, Caleba Gatesa - potwierdza Mitch.

Ophelia się wzdryga, jakby dopiero teraz zauważyła jego obecność.

- Kogo?

- Łapacza, którego nazywamy Człowiekiem z Cieni - wyjaśniam. - Porywa duchy w Yorku na zlecenie jakiegoś tajemniczego klienta. Uważamy, że zagarnął pętlę śmierci Simona.

- Dlaczego?

Silny podmuch obryzguje mi twarz deszczem. Jestem cały przemoczony, spodnie od dresu przykleiły mi się do nóg.

- Mieliśmy nadzieję, że ty nam powiesz.

Ophelia kręci głową.

- Nie wiem, chyba że... teoremat odnowienia, jeśli Rachel się udało, to może być powód...

Rachel.

Imię, które wyszeptałem do granitu pod kaplicą. Żal. Ostra woń dymu. Zdjęcie mężczyzny i dziewczynki pośród płonących...

- Listy - wyrzucam z siebie. - Ale ze mnie idiota... oni chcą zdobyć jego listy.

Wszyscy patrzą na mnie z mieszaniną zaskoczenia i niezrozumienia.

- Jakie listy? - pyta Heather. - Kim jest Rachel?

- Córką Simona - informuje Ophelia. - Miała obsesję na punkcie opracowania zaklęcia, które dałoby mi trwałą fizyczną postać. Nazywała je teorematem odnowienia. Krążyły plotki, że to możliwe. Zaczęła eksperymentować na pograniczu matemagii i widmowej inżynierii, opierając się na znanych skutkach ubocznych stosowania butelkowych pułapek. Odniosła pewne sukcesy, ale ani ona, ani jej ojciec nie mieli funduszy, by kontynuować badania. Po wybuchu wojny zwerbowało ją wojsko. Zaproponowali jej pieniądze i zasoby, by mogła dalej pracować, a następnie przewieźli ją na kontynent, by testowała swój teoremat na obiektach w terenie.

Słowa Ophelii otwierają drzwi w moim umyśle. Mam wrażenie, że kryje się za nimi głęboka ciemność, która może połknąć mnie w całości. Deszcz spływa mi po nosie i ustach. Czuję pieczenie w brzuchu i gardle. Cuchnące powietrze. Ziąb. Jest w moich kościach, szumi w szpiku, wije się w czaszce.

Wiem o różnych rzeczach: dusze żołnierzy zamykano w butelkach i przynoszono Rachel, która łączyła je w pętlach i odsyłała na front, by walczyły i ginęły, raz za razem. Wmawiali jej, że to godna ofiara, ponieważ duchy walczyły w obronie naszych ludzi.

Szesnaście dusz powiązanych ze sobą w sztucznej pętli śmierci może wygrać wojnę... ale koszt... z czymś takim nie mogę żyć.

Mrugam. Wzburzona gleba i popękane kamienie. Chcą dopaść Rachel, a ona jest cholernie wystraszona. Próbuje ukryć się w zbombardowanym domu w Saint-Lô i zabiera mnie ze sobą. Czuję woń krwi.

- Jakie jest rozwiązanie teorematu? Powiedz nam, jak go ustabilizować.

Listy. Nie jest głupią dziewuchą, więc dlaczego miałaby podejmować ryzyko?

Ophelia, to wszystko było dla niej, dla ducha, którego kochała jak własną matkę, dla kobiety, która uszczęśliwiała jej ojca. Rachel pisała do rodziny o postępach w pracy nad teorematem, wyjawiała tajemnice. Gdyby udało im się znaleźć inną formułę, jej tata i Ophelia mogliby naprawdę być razem.

Kiedy Rachel umarła, płonęła strachem. Czuję go, jakby należał do mnie. Wiedziała, że kiedy Saunders z nią skończy, poszuka listów. Modliła się, by ojciec zdążył uciec z Yorku, zanim zapukają do jego drzwi.

Chwieję się i dostaję torsji, ale nic nie wydobywa się z moich ust. Heather pochyla się nade mną i kładzie dłoń na moich plecach.

- Pamiętaj o stolicy ruin.

- Pętla śmierci, w którą wpadłem w Saint-Lô - dyszę przez łzy. - To była Rachel Tussle. Noszę jej tajemnice od dwóch lat. Po prostu... nie potrafiłem sobie przypomnieć.

- Saint-Lô. To w Normandii? - pyta Sam, podając mi rękę. Stawia mnie na nogi i wręcza mi chustkę. Oczywiście z monogramem. Ocieram usta i odchrząkuję. Mitch częstuje mnie gumą. Przez chwilę ją żuję, pozwalając, by smak mięty wypełnił mi usta, a potem wypluwam ją do pobliskiego kosza.

- Stolica ruin - mówię. - Tam dopadło ją wojsko. Porywali duchy alianckich żołnierzy, prawda? Butelkowali je, tak jak teraz Człowiek z Cieni, a potem nakłonili Rachel, żeby połączyła je w coś potwornego, dzięki czemu mogli znów posłać je na front.

- Czyli odnowienie to tak naprawdę wskrzeszenie? - pyta Mitch.

Sam wyraźnie ma wątpliwości.

- Nie pamiętam, żeby na lekcjach historii uczyli nas o niepowstrzymanych żołnierzach zombie walczących podczas drugiej wojny światowej.

- Może wspomną o tym dopiero podczas przygotowań do egzaminów końcowych.

- Właśnie będę je zdawał, między innymi historię. Jak dotąd zombie się nie pojawiły.

- To nie były zombie - protestuję. - Teoremat nie odbudowuje ich ciał; są raczej jak poltergeisty o supermocach.

Znów zamykam oczy, próbując uporządkować wspomnienia, którymi dusza Rachel podzieliła się ze mną w tych bolesnych i panicznych chwilach, jakie spędziłem wewnątrz jej pętli. To mieszanka magii z nauką, a ja nie znam się na żadnej z nich. Wciąż myślę o Audrey i zastanawiam się, czy przyjaźniła się z Rachel oraz jak dużo z tego wiedziała.

- Rachel najpierw łączyła duchy w pary i zapętlała je, żeby zapobiec wyciekaniu energii. Zasilały się wzajemnie, dzięki czemu nigdy nie wracały do normalnego stanu. Ale przełożeni nie chcieli, żeby Rachel ograniczała się do łączenia dwóch dusz. Pragnęli, by teoremat stworzył coś potężniejszego, niezwykłą broń złożoną z szesnastu dusz. Tylko że próba połączenia większej liczby duchów destabilizowała system. - Kręcę głową. - Rachel znalazła rozwiązanie. Dzięki niemu mieli wygrać wojnę i ocalić tysiące istnień. Dopóki ona go nie zniszczyła.

Krople deszczu uderzają w moje stopy. Rzeka faluje i wzbiera. Niespokojne duchy drapią palcami o brzeg i osuwają się do wody. Nikt mnie nie popędza. Wszyscy czekają w milczeniu.

- Nie chciała wykorzystywać żołnierzy, którzy oddali życie za ojczyznę, ale to nie dlatego uciekła. Chodziło o samą metodę. Na czymkolwiek polegała... była czystym złem. Wojsko ruszyło za nią w pogoń, a kiedy ją złapali, próbowali torturami wydusić z niej odpowiedzi. Rachel wolała umrzeć, niż zdradzić im, jak można ustabilizować pętle.

- Stary, nie miałem pojęcia - szepcze Mitch, kręcąc głową. - Musiałeś to przeżyć. Tak mi przykro.

Twarz Sama czerwienieje ze złości.

- Jak mogliśmy zrobić coś takiego własnym żołnierzom? Komukolwiek?

- Ponieważ to miało zakończyć wojnę - odzywa się Heather ponurym tonem. - Nie oni pierwsi usprawiedliwiali zbrodnie wyższym dobrem.

Villiers krzywi się.

- Wojna zmienia wszystkich ludzi w diabły.

- Co dokładnie robi ta broń? - pyta Ollie. - Czy to jakaś bomba?

Kręcę głową.

- Gorzej. To jak niepowstrzymane tornado zbudowane z zapętlonych poltergeistów, które rozpierdala wszystko na swojej drodze. Może rozerwać na strzępy całą armię albo zrównać z ziemią miasto. Jest znacznie skuteczniejsze i łatwiejsze do kontrolowania niż naloty. Nie mieli zamiaru przestać szukać rozwiązania, które Rachel przed nimi ukryła. Zdradziła je tylko w listach, które wysłała do swojego taty. Bała się, że jego też dopadną.

Ophelia kiwa głową.

- Zrobili to. Szukał go niejaki Saunders. Simon był wystraszony i załamany. Zrozumiał, że jego córka nie żyje.

- Saunders? - Sam wpatruje się w nią z napięciem. - Jesteś pewna?

- Tak, to on. Również był łapaczem - dodaję, kiwając głową, gdy kolejne elementy układanki trafiają na swoje miejsca. - Rachel widziała, jak butelkował dusze. Kiedy Saunders zaczął węszyć w Yorku, Simon za pomocą magii przygotował dla siebie więzienie, spalił wszystkie listy córki i powiesił się, by prześladowcy nie mogli zdobyć wiedzy, którą się z nim podzieliła. Zaklęcia ochronne i bariera wokół kaplicy miały uwięzić jego niespokojnego ducha i nie dopuścić do jego odkrycia, na wypadek gdyby pozostał na ziemi.

- Audrey obserwowała kaplicę - odzywa się Heather. - Pewnie podejrzewała, co się pod nią kryje.

- Poznałem Audrey w Saint-Lô - wyjaśniam pozostałym. - Wyciągnęła mnie z pętli śmierci Rachel, więc może wspólnie pracowały nad tym projektem. Może Audrey pomagała jej w ucieczce i również została zabita. Nie wiem, ale coś musi je łączyć i właśnie dlatego Gates ją uprowadził.

- A teraz ma mojego Simona - dodaje Ophelia, zaciskając pięści.

- Oraz listy, ponieważ wspomnienia o nich są zachowane w jego pętli. Czyli Gates zna metodę ustabilizowania teorematu odnowienia.

Heather drży.

- A to znaczy, że ten, kto mu płaci, wie, jak zbudować widmową broń z dusz, które butelkuje Gates.

- Owszem, ale nie zna dokładnej metody, ponieważ nikt nie może się dostać do wnętrza pętli, prawda? - wtrąca się Mitch. - Nie licząc was dwóch. - Wskazuje Sama i mnie.

Sam mruga powoli. Sprawia wrażenie zaszokowanego i bardzo wystraszonego. Nie mogę go za to winić. Nagle odwraca się i wychodzi.

Doganiam go na schodach i chwytam za rękę. Jest lodowato zimna od deszczu, ale jej nie puszczam. Obraca się na pięcie, ma zaczerwienione i lśniące oczy.

- To jest takie popieprzone. - Kręci głową. - Przepraszam, że cię w to wszystko wpakowałem.

- To nie do końca tak było.

- Właśnie że tak.

- Nie wepchnąłeś mnie w pętlę śmierci Rachel Tussle w Normandii, za to wyciągnąłeś mnie z pętli jej ojca, więc nic z tych rzeczy. Zresztą chyba nawet ci za to nie podziękowałem, więc dzięki.

Na jego ustach pojawia się półuśmiech. Bardzo chcę go pocałować, aż cały płonę. Ale to nie jest właściwa chwila. Może kiedy to wszystko się skończy, będziemy mogli porozmawiać i...

Nachyla się ku mojej twarzy, jest zbyt blisko, by to mógł być przypadek. Patrzy na mnie pytająco. Zaraz. Czy on myśli...? Nie, przecież ściga nas groźny okultysta, możemy umrzeć i... kurczę, ciężko jest mi złapać oddech. Boję się ruszyć, żeby nie popsuć tej chwili.

- Sam, czy mogę cię po...

W mgnieniu oka jego usta dotykają moich, a ja odwzajemniam pocałunek. To się naprawdę dzieje. Już nie czuję deszczu. Liczy się tylko bliskość Sama, mój kciuk dotykający jego szczęki, jego dłoń na moim karku, palce wplecione we włosy. Sam dygocze. Ja też się trzęsę. W moim sercu gra orkiestra, wybuchają fajerwerki i ktoś odtwarza kompilację najbardziej romantycznych filmików z TikToka, a nasz pocałunek jest jak obietnica.

Sam się cofa, odsuwając się ode mnie.

- Dokąd idziesz? - pytam, wciąż czując mrowienie na wargach.

Powinniśmy o tym porozmawiać, ponieważ bardzo chciałbym to powtórzyć.

- Muszę coś zrobić. - Oddala się o kolejny krok. - Powiedz Mitchowi, że pożyczam rower Leonie. - Jeszcze jeden krok. Nasze palce się rozplatają. - Zadzwonię do ciebie. Proszę, uważaj na siebie.

Zabiera rower Leonie, który stoi oparty o ścianę, i odjeżdża.

- Sam! - Biegnę za nim. - Będą próbowali dopaść nas obu, ty palancie.

Podążam za nim aż do końca mostu, tracę go jednak z oczu. Deszcz siecze mnie w twarz, ale nadal się nie odwracam. Co się z nim dzieje, do diabła?

Pocałował mnie. Pocałował mnie.

A potem uciekł.

Czyżbym coś spaprał?

- Mógłbyś bardziej uważać, z łaski swojej, widzący.

Okręcam się tak szybko, że wpadam na ścianę. Hrabia Henry Percy - jak zwykle ubrany w niebieski aksamitny strój - sunie w moją stronę w powietrzu. Uśmiecha się paskudnie. Szukam drogi ucieczki, ale mogę najwyżej wskoczyć do wody, gdzie rzeczne duchy od razu by mnie utopiły. Może taki jest jego plan.

- Gdyby cesarz wiedział, że złamałeś zasady porozumienia i wkroczyłeś na teren katedry, pociągnąłby cię do odpowiedzialności, a być może także twojego przyjaciela.

Czuję niepokój, ale też coś gwałtowniejszego. Jeśli ktokolwiek z nich spróbuje tknąć Sama, rozerwę ich na strzępy.

- On nie jest widzącym, więc zostawcie go w spokoju.

Percy unosi dłoń, a ja się przygotowuję.

- Nie kpij ze mnie, chłopcze! - Ale zamiast mnie uderzyć, obraca dłoń w geście pocieszenia. - Twoje próby oszustwa są uwłaczające, nie przyszedłem jednak, by grozić, ale ostrzec. Twoja ignorancja, niegdyś zabawna, staje się kłopotliwa. Sądziłem, że do tej pory uda ci się już wydobyć prawdę ze swojej przyjaciółki lekarki.

Przybliża się. Skok do rzeki wydaje się coraz bardziej kuszący. Panicznie się go boję, ale jestem także przemoczony, przemarznięty i wyczerpany. Za chwilę każę mu się odpieprzyć i nie będę dbał o konsekwencje.

Niech mówi, a Heather zyska więcej czasu, by się przed nim obronić. On tylko próbuje narobić zamieszania.

- Jaką prawdę? - pytam.

Percy uśmiecha się nieznacznie.

- Ona wie, jak zostali stworzeni tacy jak ty.

- Widzący? Nie pieprz, człowieku - oburzam się. - Powiedziałaby mi.

Daleki krzyk przebija się przez szum wiatru i ulicznego ruchu. Heather zauważyła Percy'ego. Muszę wytrzymać jeszcze tylko kilka sekund.

- Twoja mało dyskretna nienawiść wobec uwięzionych na ziemi dusz zatruwa relację między nami, a pani doktor Noble wydatnie przyłożyła rękę do sytuacji, w której się znalazłeś. Nie sądzę, żeby zechciała z własnej woli podzielić się wiedzą.

- W jaki sposób Heather przyłożyła do tego rękę? - pytam.

- Uczyniła cię tym, kim jesteś. - Głos Percy'ego jest tak cichy, że ledwie go słyszę ponad szumem wiatru. - Widzącym dusze.

Zawsze wiedziałem, że Heather ma swoje tajemnice. Na przykład nie powiedziała mi, że jest uwiązana w Yorku, dopóki nie wyjechałem do Francji. Ale coś takiego? Widzenie duchów, codzienne okłamywanie rodziny, znoszenie ataków - czy to wszystko z jej powodu?

- Bzdura - odpowiadam.

Heather jest jedną z moich najlepszych przyjaciółek i nigdy nie zrobiła niczego, żeby mnie skrzywdzić. Percy tylko dla zabawy wsadza kij w mrowisko.

Unosi się ponad chodnik, zawisa metr nad ziemią i patrzy na mnie z pogardą i współczuciem, gdy Heather pojawia się między nami.

- Sam ją spytaj.

Naprawdę mi przykro. - Poczucie winy w głosie Heather wywraca mój świat do góry nogami. Wszystkie zmysły nagle się wyostrzają. Wciąż mam na sobie mokre ubrania. Muszę się przebrać w coś ciepłego, ale czuję się przytłoczony.

Heather stoi przy oknie mojego pokoju ze splecionymi dłońmi. Powrót do domu upłynął w niezręcznej atmosferze. Zachęcała mnie, bym opowiedział jej o swoich uczuciach. Ignorowałem ją, aż w końcu zamilkła. Potrzebowałem przestrzeni do namysłu, ale sam nie wiem, co sądzić o tym, co wyjawił Percy, ani o bolesnym przyznaniu się Heather do winy. Gdyby był tutaj Villiers, zająłby nas opowieściami o dworze Stuartów, ale razem z Mitchem wybrał się do Leonie, żeby przekazać jej najnowsze wieści i zadbać o bezpieczeństwo ich obojga.

Odkąd wróciliśmy do domu, Heather nie daje mi spokoju.

- Czy to był wypadek? - pytam, ale nie potrafię na nią spojrzeć.

Nie odpowiada od razu.

- Uczynienie cię widzącym to najbardziej świadoma decyzja, jaką podjęłam w życiu.

- Ale dlaczego? Prawie mnie nie znałaś, byłem tylko jakimś dzieciakiem...

- Ponieważ cię zabiłam! - wyrzuca z siebie ze szlochem. Czekam, próbując powstrzymać łzy. W końcu znów zaczyna mówić: - Oddział ratunkowy był przepełniony, mieliśmy braki kadrowe, a ja w nocy spałam tylko cztery godziny. To nie jest wymówka, po prostu... sądziłam, że masz grypę. Powiedziałam twoim rodzicom, że przesadzają, i odesłałam cię do domu. Kiedy babcia przywiozła cię ponownie z objawami ciężkiego meningokokowego zapalenia opon mózgowych... zakażenia już nie dało się powstrzymać lekami. Nie pozwolono mi nawet spróbować naprawić błędu, tylko wysłano mnie do domu, a potem na parkingu... - Obejmuje się rękami. - To nie jest najważniejsze, ale... umarłeś, ponieważ postawiłam błędną diagnozę.

"Wydatnie przyłożyła rękę do sytuacji, w której się znalazłeś", przypominam sobie słowa hrabiego.

Groza i otępienie stopniowo ustępują miejsca złości i smutkowi. Ból jest zbyt silny.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś?

- Sądziłam, że mnie znienawidzisz, a jesteś dla mnie wszystkim. Przywrócenie cię do życia było świadomą decyzją, ale potrzebowałam dużo czasu, by zrozumieć, jak do tego doszło, a nie chciałam dodatkowo komplikować sytuacji, niewłaściwie ją objaśniając. Wciąż nie do końca potrafię to wytłumaczyć, a ty i tak masz mnóstwo problemów. Po powrocie z Normandii za każdym razem, gdy próbowałam o tym wspomnieć, zmieniałeś temat.

- I tak powinnaś była mi powiedzieć.

- Niby jak? Kiedy nie chcesz o czymś mówić, po prostu kończysz rozmowę. Przestałeś rozmawiać ze swoimi żyjącymi przyjaciółmi i z rodzicami. Bałam się, że gdybyś poznał prawdę, mnie także byś odepchnął.

- Owszem, ponieważ okłamywałaś mnie przez całe lata, Heather.

Wzdrygam się, kiedy Ollie przenika przez ścianę. Krzywi się na widok mojej miny.

- Wybacz, myślałem, że już wolno nam to robić... Jezu, kto umarł? - Kiedy nie odpowiadamy, wytrzeszcza oczy. - Serio, kto umarł?

- Ja - odpowiadam zbolałym głosem.

- Aha. - Po jego spojrzeniu widzę, że wiedział od początku i także o niczym mi nie powiedział. Nawet po tym, jak duchy z Clifford's Tower ścigały mnie, wykrzykując swoje żądania. Nawet wtedy, gdy musiał mnie budzić, bo krzyczałem przez sen, albo gdy wyznałem mu, że okłamywanie rodziny mnie niszczy.

Wiedział, że Heather mi to zrobiła, i milczał jak grób.

Ollie się krzywi.

- Charlie...

- Daruj sobie. - Obracam się na wózku i zaczynam zdejmować komiks o Hellboyu ze ściany, strona po stronie.

Heather podchodzi bliżej.

- Przykro mi, że cię to spotkało. Przykro mi, że nie miałeś nic do powiedzenia. Przepraszam, że nie wyznałam ci prawdy wcześniej.

Milczę, ponieważ nie potrafię wyrazić tego, co czuję. To dla mnie za dużo.

Zabiła mnie. To był jej błąd.

- Charlie, proszę, powiedz coś.

- Chcę, żebyś sobie poszła.

Wzdycha.

- Rozumiem.

- Zaopiekuję się nim - obiecuje jej Ollie.

Kręcę głową.

- Ty też.

Podnosi wzrok, zaskoczony.

- Ale...

- Mówię poważnie. Chcę, żebyście oboje się wynieśli. Natychmiast. - Te słowa brzmią w moich ustach niczym zjadliwy syk. Brutalniej, niż zamierzałem, ale ich nie cofam.

W oczach Olliego pojawia się błysk cierpienia. Czekam, aż Heather się sprzeciwi, ale oboje tylko patrzą na mnie przez dłuższą chwilę, a potem Heather znika. Ollie niemal natychmiast podąża za nią.

Po raz pierwszy od lat zostaję zupełnie sam.

Robi się późno, a Dante wciąż nie wraca. Mam ochotę zanurzyć twarz w jego futrze i zwinąć się w kłębek na łóżku. Mógłbym spać przez tydzień, ale wspomnienia Rachel i Simona kłębią się w mojej głowie i czuję się cały obolały. Moja wytrzymałość ma swoje granice i wiem, że znalazłem się na krawędzi.

Chociaż w domu jest pełno członków rodziny, mam wrażenie, że jest pusty. Nie mogę przestać myśleć o twarzy Heather i oczach Olliego, gdy kazałem im się wynosić.

Gdybym nawet chciał ich teraz odnaleźć, nie byłbym w stanie, nie o tak późnej porze. Zresztą nie mam pojęcia, dokąd odeszli.

Martwię się także o Sama - ten pocałunek był... o kurczę. Nasze serca pędziły z prędkością dziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę. Nic mu nie grozi, prawda? Bogaci ludzie mają w swoich domach wiele zamków i alarmów. Wątpię, żeby Gates zdołał łatwo się do niego włamać.

Wysyłam do Sama wiadomość, a on od razu odpisuje:

Wciąż żyję.

Wolałbym przeczytać, że wszystko u niego w porządku, ale przynajmniej nadal jest ze mną. Chcę spytać, dokąd tak popędził, ale mam wrażenie, że to głupie pytanie. W każdej chwili możemy się stać celem dla zabójcy, który spróbuje nas wtłoczyć do pętli śmierci, by przesłuchać ducha ogarniętego smutkiem i żalem. Nic dziwnego, że Sam jest roztrzęsiony.

A jeśli uświadomił sobie, że to, co nas łączy, jest głupie i skazane na niepowodzenie, a ja jestem chodzącą porażką?

Chociaż tamten pocałunek... Tamten pocałunek...

Żałuję, że Sama nie ma przy mnie, ale muszę mu zaufać.

Rezygnuję ze snu i robię sobie kanapkę, a potem sprzątam w kuchni. Pojawia się zaspana mama i każe mi przestać się tłuc i iść do łóżka. Zamiast tego robię brzuszki, odliczając je w głowie, żeby nie myśleć o niczym innym, a zwłaszcza o Heather i Olliem. Później biorę długi gorący prysznic.

Kiedy wracam do pokoju, czuję się w nim zarazem swojsko, jak i obco, jakby ta przestrzeń już do mnie nie należała. Chcę, by moje życie wróciło do normy. Nie do prawdziwej normy, ale do tej mojej. Powtarzanie lekcji z Olliem, bliźniaczki malujące moje protezy brokatowymi lakierami, spacery z Dantem u boku Heather.

Wiele bym za to oddał.

Opadam na łóżko.

Ogarnia mnie cisza. Słyszę w uszach szum i mam wrażenie, że wszystko się popsuło. Płaczę, kaszlę i drżę, przytulony do poduszki, a gorące łzy nie przestają płynąć, tylko ściekają mi po nosie.

Nawet nie wiem, kiedy zasypiam, bo nic mi się nie śni.

Wponiedziałek jestem roztrzęsiony jak cholera. Lekcje, poprawki, czas mija, sekundy zmieniają się w godziny, a ja wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że na coś czekam. Zupełnie jak wtedy, gdy napakowany starszy chłopak grozi, że cię dopadnie. Może to zrobi, a może wróci do żłopania piwa i niszczenia przystanków autobusowych i o tobie zapomni. Tak czy inaczej, tego rodzaju obietnicę niełatwo zignorować.

Moja szkoła jest skupiskiem niskich budynków z szarej cegły, posklejanych ze sobą i ustawionych obok parkingu, boiska i dużej hali sportowej. Nie znam wszystkich uczniów, ale wygląda na to, że oni znają mnie. Mam reputację gościa, który dyskutuje sam ze sobą.

- Ej, Olimpijczyk! - woła Mitch z końca korytarza. Jest chudy, ale barczysty, ma jasną skórę, ładne usta i blond włosy ułożone w falę. Obejmuje jedną ręką swoją dziewczynę, Leonie. Przyciągnęli do siebie grupkę wielbicieli, głównie moich dawnych znajomych. Głowy obracają się w moim kierunku.

Staram się nie jęknąć, ponieważ to głupie uważać, że każdy dzieciak, który nie ma nogi albo dwóch, założy sportowe protezy i będzie śmigał jak Jonnie Peacock, ale ludzie najwyraźniej oczekują, że kiedyś zostanę gwiazdą sportu. Mają nadzieję, że pewnego dnia będą mogli powiedzieć: "Tak, chodziłem do szkoły z Charliem Frithem. Już wtedy był dziwakiem, mówił do siebie, a kiedyś podczas szkolnej wycieczki całkowicie odleciał i się pociął".

Mógłbym zignorować Mitcha. Zazwyczaj to robię, nawet kiedy udaje, że wciąż mnie lubi. Już wcześniej zapraszał mnie do swojego stolika, ale był na miejscu, kiedy to się stało, podobnie jak Leonie. Pamiętam strach na ich twarzach i to, jak rozmawiali o mnie szeptem.

No a potem doszło do tamtego pocałunku.

Może już zapomniał albo mi przebaczył.

A może próbuje mnie pogrążyć. Moja pozycja towarzyska tego nie zniesie. Dlatego udaję, że go nie słyszę, i wyjmuję telefon. Mitch podbiega korytarzem i posyła mi swobodny uśmiech. Podziwiam jego nastawienie, jakby wiedział, że wszyscy go kochają. Zresztą tak jest. Zawsze tak było, już w podstawówce.

- Ej... Charlie - cicho wypowiada moje imię. - Jakiś nowy chłopak pytał o ciebie dziś rano.

Nowy chłopak... Kto zmienia szkołę tak blisko końca roku? No i kto może mnie znać? Przez jakiś czas chodziłem na spotkania grupy wsparcia dla młodych osób po amputacjach i przez dwa lata byłem skautem. Próbuję sobie przypomnieć imiona innych dzieciaków, ale mam pustkę w głowie.

Potem zaczynam się zastanawiać, po co Mitch miałby się fatygować, żeby mi o tym mówić, zupełnie jakbyśmy byli kumplami, którymi nie jesteśmy. Już nie. Może to jakiś podstęp, tylko go nie dostrzegam.

- Cześć, Charlie. - Leonie sunie korytarzem razem z resztą paczki. Sprężyste kręcone włosy spięła na czubku głowy, a boki ozdobiła zygzakiem ze spinek. Za tydzień wszystkie dziewczyny będą kopiowały ten styl.

Mitch zaborczo obejmuje ją ramieniem, upewniając się, że na nią zasługuje, choć z pewnością tak nie jest. Każda dziewczyna w szkole chce być przyjaciółką Leonie, a każdy chłopak - oprócz mnie - chce się z nią całować. Rozumiem, że jest piękna - krągłe policzki, drobna, kształtna figura, ciemnobrązowa skóra i długie rzęsy. Jest przewodniczącą klasy i ma najlepsze wyniki z przedmiotów ścisłych. Kiedyś będzie pracowała dla jakiegoś miliardera i założy kolonię na Marsie albo coś w tym rodzaju. Kurczę, pewnie sama zostanie miliarderką.

Mitch z kolei nie jest nikim wyjątkowym.

Więc dlaczego, kiedy widzę, jak ją obejmuje, czuję się, jakby ktoś rozrywał mnie na strzępy?

- Jasne - odpowiadam pośpiesznie. - Dzięki za informację.

A potem podnoszę wzrok i za ich plecami w głębi jasnego korytarza widzę postać, która mnie obserwuje.

Nie tyle zamieram, ile opadam z sił. Leonie zwraca się do mnie i pyta o coś, ale jej nie słucham. Rzucam półgębkiem, że się śpieszę, i szybko odchodzę.

Duchy przemieszczają się bezgłośnie. Nie usłyszę, czy sunie za mną.

Kiedy otwieram pchnięciem podwójne drzwi i wytaczam się na parking, ryzykuję rzut oka przez ramię. Leonie patrzy na mnie, jakbym był okazem w muzeum. Mitch po prostu jest oszołomiony.

Woskowana Kurtka szybko się do nich zbliża. Wreszcie mnie namierzył i już mu nie ucieknę.

Północny wiatr przenika przez moją szkolną bluzę. Nie wiem, dokąd idę - jak najdalej od niego. Rozlega się dzwonek. Nikt mnie nie zatrzymuje, kiedy pośpiesznie okrążam pracownię przedmiotów ścisłych.

Moje protezy nie zostały stworzone z myślą o ucieczce. Nie są wystarczająco elastyczne, żebym mógł w nich biegać. Muszę zwolnić i skręcam w ścieżkę za budynkiem, gdzie roślinność wyrwała się spod kontroli. Nie ma stamtąd wyjścia, ale czuję się bezpieczniej, gdy otacza mnie woń świeżych liści i wilgotnej ziemi. Zamykam oczy i liczę oddechy.

Audrey wiedziałaby, jak go zgubić, ale jestem sam i mam mętlik w głowie.

Nie mogę iść do domu. Tata dzisiaj późno zaczyna pracę. Jeśli teraz wrócę, na pewno się wkurzy. W szkole mam akurat przerwę na samodzielną naukę, więc przez godzinę nikt nie zauważy mojego zniknięcia. Skoro nie mogę uciec, muszę się schować w lepszym miejscu niż to.

Kiedy rozlega się dzwonek, kieruję się w stronę boiska. Przy jego południowej krawędzi stoi stary pawilon, w którym kiedyś składowano sprzęt sportowy. Jest na tyle daleko od głównego budynku, że nikt nie zobaczy, jak chodzę po otwartej przestrzeni, a uczniowie nie wypatrzą mnie z sal lekcyjnych. Poza tym jest tam na tyle sucho, że się nie przeziębię. Mogę przeczekać i wrócić do klasy później. Drzwi są uchylone i właśnie mam je otworzyć, ale nagle się waham.

Jeśli Woskowana Kurtka mnie tutaj złapie, nie będę miał którędy uciec. Nie potrafię przenikać przez ściany. Okrążam budynek i docieram do miejsca, gdzie trawę wydeptały niezliczone stopy, pozostawiając pas błota usiany niedopałkami.

Przychodzą tutaj palacze oraz pary, które chcą się całować między lekcjami. Gdybym posłuchał Heather i nie pojechał na tamtą cholerną szkolną wycieczkę do Saint-Lô w Normandii, być może cały czas pojawiałbym się tu w tym celu.

Ale w końcu to wszystko też zaczęło się we Francji, więc może niekoniecznie.

Mitch i ja nigdy później o tym nie rozmawialiśmy, ani o pocałunku, ani o tym, co się ze mną stało następnego dnia, ani o tym, co powiedział wszystkim. Zapewne nigdy tego nie zrobimy. Pamiętam, jak na mnie patrzył, zanim się pocałowaliśmy. Teraz tak samo patrzy na Leonie.

Mniejsza z tym.

W pawilonie rozlega się głuchy huk. Czyżby ktoś był w środku? Cofam się, nie odrywając wzroku od okienka. Nade mną trzeszczy i drży potężny kasztanowiec. Coś uderza mnie w tył głowy. But oblepiony błotem, brązowe sztruksy, bez skarpetek...

Mężczyzna ma wzdętą twarz, a jego opuchnięty język sterczy spomiędzy wykrzywionych ust. Ciało kołysze się w powietrzu, a sznur mocno zaciska się na szyi. Uderza mnie smród jego jelit. Krew szybciej krąży mi w żyłach, kiedy chwiejnie się cofam.

Nie powinno go tutaj być.

W szkole jest bezpiecznie. Heather skrupulatnie sprawdziła cały teren. Ani śladu uwiązanych, a tym bardziej zapętlonych duchów. Ten mężczyzna jest taki sam jak chłopiec na śniegu. Nie wie, że umarł, i raz za razem przeżywa ostatnie chwile swojego życia. W każdym momencie mogą mnie dopaść jego wspomnienia. Muszę stąd odejść.

Przekrwione oczy mężczyzny gwałtownie się otwierają.

Szkoła rozpływa się w powietrzu i stoję przed ścianą z białych płytek, poprzecinaną dziwacznymi rdzawymi symbolami. Kilka świec tkwi w płytkich glinianych naczyniach porozstawianych po dużym pomieszczeniu. Wyczuwam zatęchłe powietrze i pleśniejącą żywność. Na blacie długiego stołu leżą okulary o szkłach w kształcie półksiężyca. Jestem pod ziemią, może w jakiejś piwnicy? Widzę stary sprzęt laboratoryjny, zwoje gumowych rurek i umieszczone na stojakach dwie pękate butelki, w których wiruje coś, co wygląda jak fragmenty ciała.

Muszę się wydostać. Muszę się wydostać, zanim...

Mężczyzna pojawia się w połowie schodów ze zwojem liny w rękach. Jest biały, w średnim wieku, ma krótko ostrzyżone włosy. Łzy płyną z jego opuchniętych oczu. Zapala ogień w głębokiej umywalce, wrzuca w płomienie sterty ręcznie zapisanych kartek i podlewa je whisky. Jako ostatnia płonie stara czarno-biała fotografia przedstawiająca mężczyznę i małą dziewczynkę. Nie mam czasu dokładnie się jej przyjrzeć, gdyż zdjęcie wybrzusza się i zwija pod wpływem gorąca.

Jestem zbyt przerażony, by się ruszyć. Nawet gdybym mógł to zrobić, nie miałbym dokąd uciec, musiałbym krążyć w tej bezkresnej pętli. Czuję przyciąganie i próbuję z nim walczyć, ale jestem równie słaby jak wtedy, kiedy miałem czternaście lat. Mężczyzna otwiera usta i odzywa się głosem, który brzmi jak powietrze wydmuchiwane przez pęknięty miech. A wtedy otacza mnie woń potu, chemikaliów i smutku tak dojmującego, że nie mogę go znieść.

Rachel.

Coś się porusza.

Szorstki sznur dotyka mojej dłoni. Przytłacza mnie zniechęcenie. Przygotowuję pętlę. Wspinam się na stół. Wchodzę wyżej. Krzesło się chwieje. Odpycham je nogą.

W dół.

Czuję ciężar na żołądku, serce przyśpiesza. Ból. Ale mój kark nie pęka. Przez chwilę czuję nadzieję, a po niej duszący ucisk. Kurczowo szarpię palcami swoje gardło. W piersi wzbiera bolesne ciśnienie. Mężczyzna patrzy na mnie z dołu. Ciemność strzępi krawędzie mojego pola widzenia. Płuca domagają się powietrza.

Będziemy to robić raz za razem, dopóki moje ciało nie umrze, a mój duch nie dołączy do niego na wieczność.

Coś we mnie uderza. Czyjeś ręce chwytają mnie pod pachami i ściągają. Pętla zaciska się, a następnie zsuwa. Resztka powietrza ucieka z moich płuc, kiedy padam na wilgotną ziemię. Jakiś ciężar miażdży mi żebra, a potem stacza się ze mnie.

Mam słaby puls i spowolnione, lepkie myśli. Dźwigam się na łokciach i pluję na trawę. Rozkoszuję się każdym haustem powierza. Woskowana Kurtka stoi obok mnie i dotyka mojej ręki.

- To było albo bardzo odważne, albo bardzo głupie. - Ma wyszukany akcent, jak goście z BBC.

Nie mam siły uciekać.

- Ejże, chłopcy, co się dzieje? - Podnosimy wzrok i widzimy dyrektora, który idzie w naszym kierunku. Pan Farrell lubi tutaj zaglądać i łapać ukrywających się palaczy. Wiedziałem o tym. Wiedziałem, ale zapomniałem, ponieważ nigdy tu nie przychodzę.

Woskowana Kurtka nie czeka, tylko puszcza się biegiem, a ja widzę, że pan Farrell zastanawia się, czy go gonić. Najwyraźniej uświadamia sobie, że jestem łatwiejszym celem, ponieważ już po chwili stoi nade mną i wyrzuca z siebie pytania.

Czuję w gardle smak żółci i wymiotuję lunchem na jego buty.

Nagle to do mnie dociera. Pan Farrell zawołał: "chłopcy", więc widział nas obu. A pod woskowaną kurtką duch miał na sobie szkolny mundurek taki jak mój: wygnieciony szary sweter, pasiasty krawat i spodnie, które sprawiały wrażenie za długich, jakby znalazł je w koszu ze zgubionymi ciuchami.

A to oznacza... że wcale nie jest duchem.

Dom cuchnie jak przypalony tost. Moje siostry biegają tam i z powrotem korytarzem i słyszę dudniący głos taty. Musi być później, niż mi się wydawało. Po nocnej zmianie tata zazwyczaj wstaje dopiero około dziesiątej, chyba że coś go wcześniej obudzi.

Zastanawiam się, dlaczego Olliego nie ma na jego hamaku. Potem sobie przypominam i znów chce mi się płakać. Wczorajszy dzień mnie przytłoczył - listy Rachel, zaginiona pętla śmierci Simona, teoremat odnowienia, wyznanie Heather.

Czuję się wewnętrznie poobijany, więc przez chwilę tylko leżę i wpatruję się w pustkę, starając się niczego nie czuć. Ten, kto powiedział, że chłopaki nie płaczą, może się odpierdolić. Potrzebuję tego, więc nie powstrzymuję łez, a gdy przestają płynąć, czuję, że znów mogę się poruszyć. Siadam na łóżku.

Zgadza się, Heather powinna była wcześniej powiedzieć mi prawdę. Ale ma rację, że jej tego nie ułatwiłem i nie lubię stawiać czoła problemom. Uczucia czasami mnie przerastają. Nie mieszczą się we mnie i nie umiem o nich rozmawiać. Heather nie tylko uczyniła mnie widzącym, ale też uratowała mi życie. Nie mogę jej za to nienawidzić. Cokolwiek zrobiła albo czegokolwiek nie zrobiła, jakkolwiek teraz wygląda moje życie, jestem szczęściarzem, że moje serce wciąż bije.

Straszny ze mnie palant.

Biorę do ręki telefon, ale nie dostałem wiadomości od Leonie, że Heather i Ollie są u niej, załamani i wściekli, a ja powinienem się ogarnąć. Zamiast tego widzę wiadomość od Sama. Chcę ją otworzyć, ale się waham.

A jeśli żałuje, że mnie pocałował? Może to dla niego zbyt wiele i nie chce więcej mnie widzieć? Jeśli się wycofa, zostanę sam.

Audrey i Heather na pewno powiedziałyby mi, żebym nie był takim pesymistą. Może Sam pisze, że bardzo mu się podobam i niezależnie od tego, co się stanie, razem zmierzymy się ze światem.

Pełen nadziei otwieram wiadomość.

Miri pewnie zadzwoni. Powiedz jej że wszystko wyprostuję. Jeśli przeżyję chcę zabrać cię na prawdziwą randkę. Proszę nie znienawidź mnie Xx

Czytam ją ponownie, a mój entuzjazm słabnie. "Jeśli przeżyję?" Co to ma znaczyć, do cholery? Dzwonię do niego, ale łączę się z pocztą głosową. Próbuję ponownie. Bez powodzenia.

A jeśli Gates go dopadł? Jeśli wpakował się w tarapaty?

Ekran telefonu się rozświetla. To Miri. Odbieram połączenie, zanim jednak zdążę się odezwać, słyszę:

- Sam jest z tobą? - pyta Miri.

- Nie widziałem go od wczorajszego wieczoru, ale napisał, że zadzwonisz.

Niemal wyczuwam, że Miri marszczy czoło.

- Co jeszcze napisał?

- Że wszystko wyprostuje, ale nie wiem, co to znaczy.

Gwałtowny potok słów w języku, którego nie rozumiem.

- Co? O co mu chodziło? - pytam. - Dowiedziałaś się, kto wysłał tamtego maila?

- Najpierw muszę porozmawiać z Samem.

- Dlaczego?

Cisza.

- Miri?

- Na pewno jest jakieś wyjaśnienie.

- MIRI!

Kolejna pauza. Mój puls przyśpiesza z każdą sekundą.

- Nie mam na to czasu - rzucam i chcę się rozłączyć. - On wyraźnie ma jakieś kłopoty...

- Nie chodzi o osobę - odpowiada Miri. - Klientem, który wynajął Gatesa i próbował wynająć Rawleya, jest firma.

Przysięgam, że jeśli będzie dalej zwlekała, to zacznę wrzeszczeć.

W końcu mi mówi.

A wtedy wszystko się rozpada.

- Charlie? Jesteś tam?

I tak, i nie. Jestem tam na dole i przyciskam pięść do boku, jakby ktoś dźgnął mnie nożem. Ale jestem także tutaj, patrzę na to wszystko z oddali i czuję tylko lekkie zawroty głowy oraz ucisk w żołądku.

S & H Systems.

Saunders & Harrow.

Patrzę na długie białe blizny na swoich przedramionach i myślę o kędzierzawym mężczyźnie, który mi je zafundował, kiedy wpadłem do pętli śmierci Rachel w Saint-Lô. W moich koszmarach miał twarz Sama, ale nie dlatego, że stale myślałem o Samie, tylko dlatego, że są tak podobni. Widziałem twarze obu tych mężczyzn nie tylko w snach, ale także na zdjęciu - August i Henry S. przed wyjazdem na front, 1943.

Pan Harrow powiedział, że jego dziadek pracował przy projektowaniu broni. To od początku byli oni, Saunders i Harrow. Chwytali dusze, by wykorzystać je w doświadczeniach Rachel, zmuszali ją do opracowania teorematu odnowienia, ścigali i torturowali.

Przypominam sobie specjalny projekt pana Harrowa, który niedawno przyniósł mu przełom. On próbuje odtworzyć teoremat Rachel i dokończyć dzieło dziadka.

"Niedługo będziemy mogli rozpocząć testy naszego prototypu", przypominam sobie jego słowa.

Założę się, że przełomem było odnalezienie pętli śmierci Simona Tussle'a.

Dziwny niebieski blask w oczach pana Harrowa wyglądał tak samo jak błękitny odcień kryptosoczewek. Czy on nosi magiczne szkła kontaktowe? Boże, pichciliśmy w jego kuchni farbę, żeby zabezpieczyć miasto, a on przez cały czas widział Villiersa.

- S and H Systems to spółka technologiczna, która pracuje głównie dla klientów z branży wojskowej i prywatnych firm ochroniarskich - mówi Miri, zmuszając mnie do ponownego skupienia się na jej głosie. - Ale mają kłopoty, trzy lata temu stracili duży kontrakt wojskowy i niemal zbankrutowali.

Mogę się założyć, że widmowa broń, która pozwala zbierać wściekłe duchy z pól bitew i zamienia je w potężnego poltergeista, który może siać zniszczenie, wystarczy, by zagwarantować spółce nowy kontrakt. Pan Harrow sam mi powiedział, jak ważny jest dla niego rodzinny biznes.

Czy Sam od początku o wszystkim wiedział?

Oczy szczypią mnie od łez wściekłości. Czerpał wiedzę z Google'a, akurat; okultystyczne klimaty to w ich rodzinie pewnie chleb powszedni. Nic dziwnego, że Audrey się go bała. Jest tak podobny do swojego pradziadka, że pewnie go rozpoznała - pomagała przecież Rachel w ucieczce przed Harrowem i Saundersem. Dlatego nie chciała dopuścić do naszego spotkania. Wiedziała, kto się za tym wszystkim kryje.

Możliwe, że Sam zaprzyjaźnił się ze mną tylko po to, by dostać się do pętli śmierci Simona i znaleźć teoremat, chociaż to się nie trzyma kupy. Podobno nigdy nie był w pętli, a jednak na wszystkim zna się lepiej ode mnie. Więc może zbliżył się do mnie, ponieważ musiał się nauczyć, jak w niej przeżyć.

Jestem przede wszystkim wkurzony. Przecież go nie kocham, co za idiotyzm, znamy się dopiero od kilku tygodni. A wczorajszy pocałunek i jego palce w moich włosach wcale nie oznaczają, że my...

To nie znaczy, że ja...

Cholera.

Jeśli Sam wczoraj wieczorem wrócił do ojca, to już mogli wejść do pętli śmierci Simona Tussle'a, przeczytać listy przed ich spaleniem i wrócić z gotowym planem na ustabilizowanie teorematu.

Albo może być martwy.

Pocieram piekące oczy. Sam jest twardy, bystry i znacznie lepiej ode mnie zna się na byciu widzącym. Poradzi sobie.

Ale to nie jest takie proste, prawda? Zdążyłem tylko zerknąć na listy, zanim spłonęły, i nie zdołałem ich zapamiętać. Sam ma doskonałą pamięć, ale Ollie kiedyś powiedział mi, że pamięć fotograficzna to tak naprawdę mit. Nikt nie jest aż tak dobry. Sam będzie musiał wejść do pętli więcej niż raz.

- Charlie, słuchasz mnie? - pyta Miri. - Rozmawiamy o kontraktach wojskowych. Chodzi o poważne pieniądze.

- Tak - kłamię. Zapomniałem, że wciąż mam telefon przy uchu.

Powinienem czuć się bardziej rozgniewany. Powinienem nienawidzić Sama za to, że mnie wykorzystał, i tak jest w istocie. Ale myśl, że w poszukiwaniu odpowiedzi będzie raz za razem wracał do pętli Tussle'a i miotał się ze sznurem na szyi, odbiera mi chęć do życia.

Nagle to do mnie dociera.

On wejdzie do tej pętli po to, żebym ja nie musiał tego robić.

Samie Harrow, ty kretynie.

- Co zamierzasz zrobić? - pyta Miri.

Waham się. Czy mogę jej zaufać?

- Charlie, boję się o swojego przyjaciela, a jestem od was oddalona o osiem godzin lotu.

Wszystkie duchy porwane przez Gatesa były stare i silne lub młode i wściekłe. Jeśli Sam znajdzie sposób na ustabilizowanie teorematu odnowienia, albo dzięki listom z pętli, albo dzięki duchowi Tussle'a, pan Harrow zmieni porwanych w coś potwornego.

Teoremat jest pomyślany na szesnaście dusz, co oznacza, że Gates wkrótce znów ruszy na łowy.

Muszę znaleźć Heather i Olliego, a potem sprawdzić, co z Mitchem i Leonie. Jeśli uda nam się zabezpieczyć zaklęciami niektóre z ulic, być może skierujemy pana Harrowa i Gatesa do konkretnej części miasta i zastawimy na nich pułapkę. A jeśli Sam jest z nimi...

- Spróbuję mu pomóc - obiecuję.

Mówię poważnie.

Podniesione głosy rozbrzmiewają w korytarzu. Tata kłóci się z kimś w kuchni. Słyszę swoje imię. Drzwi pokoju gwałtownie się otwierają. Poppy, Lorna i nasza kuzynka Danielle wpadają do środka, wszystkie ubrane w piżamy.

- Masz kłopoty - mówi Lorna.

Poppy dygocze.

- Przyszedł policjant!

- Zabiłeś kogoś? - pyta Danielle.

Moje skarpety uciskowe szurają po wykładzinie w korytarzu, gdy przesuwam się wzdłuż ściany i wyglądam zza futryny kuchennych drzwi. Mama stoi zwrócona do mnie plecami, ma przygarbione ramiona i drży.

- ...świadek zeznał, że nastolatek pasujący do rysopisu Charliego przebywał w tamtej okolicy wkrótce przed odkryciem ciała. Czy zauważyli państwo jakieś zmiany w jego zachowaniu? Czy był ostatnio nietypowo wycofany?

Nie widzę tego mężczyzny, ale rozpoznaję jego głos. Kiedy ostatnio go słyszałem, siedział przy barze w Golden Fleece i ostrzegał, żebym nie szukał zaginionych duchów. Miałem rację, Ostrzyżony, czyli koleś z wytatuowaną dłonią trzymającą pochodnię, to Caleb Gates. Po cóż innego by tu przychodził?

Nagle to do mnie dociera. Człowiek z Cieni jest w moim domu i rozmawia z moją rodziną.

- Muszę pomówić z państwa synem.

- W takim razie później przyprowadzę go na posterunek. - Tata stoi za rogiem, więc go nie widzę, ale jego głos brzmi surowo.

Gates i Harrow mają Sama, więc czego jeszcze chcą ode mnie? Przypominam sobie rozbitą głowę Rawleya, którego zamordowali, ponieważ stanął im na drodze.

Zamykają niedokończone wątki, pozbywają się świadków.

Wślizguję się z powrotem do swojego pokoju. Mam mętlik w głowie.

- Czy on cię zabierze? - pyta Lorna. Każę jej się uciszyć, zakładam skarpety i wkładki, a następnie mocuję protezy. Siostra wciąż się we mnie wpatruje, czekając na odpowiedź, więc kiwam głową.

Rodzice nie wiedzą, że już wstałem, co daje mi kilka minut przewagi, ale wkrótce zapukają do moich drzwi.

Poppy rzuca mi spodnie od dresu. Naciągam je, a następnie znajduję świeżą koszulkę i bluzę dresową. Wciskam do kieszeni pięciofuntowy banknot i komórkę, a potem wkładam puchową kurtkę i drugą ulubioną czapkę.

- Wygląda groźnie. - Buzia Poppy jest poważna. - Nie chcę, żebyś z nim szedł.

- Nie zamierzam, Pops, obiecuję. Zresztą nie sądzę, żeby był prawdziwym policjantem. - Przyklękam, żeby ją uściskać. Nagle wydaje mi się taka drobna. - Muszę go stąd wyprowadzić, żeby nam nie zagrażał, w porządku? To na mnie mu zależy.

- Ale dlaczego? - pyta Lorna.

- Bo kogoś zabiłeś? - dopytuje Danielle.

- Oczywiście, że nie - odpowiadam. Sprawia wrażenie szczerze rozczarowanej.

Poppy wytrzeszcza oczy.

- Czy to z powodu niewidzialnych ludzi?

Czyżby mówiła o...?

- Oni nie są prawdziwi! - złości się Danielle. - Jamie mówi, że tylko sobie z nas żartujesz.

- Właśnie że są prawdziwi - protestuje Lorna.

- Czy ty... widzisz ludzi wokół mnie? - pytam, niemal szepcząc.

- Nie, ale czasami ich wyczuwamy.

Siostry stoją spokojnie, chociaż właśnie wywróciły do góry nogami wszystko, co wiem o byciu widzącym. Chcę je zapytać, od jak dawna wiedzą, co właściwie wiedzą i co mają na myśli, gdy mówią, że ich wyczuwają, ale to nie jest właściwa chwila.

- Muszę uciekać.

Poppy ma łzy w oczach.

- Nie potrafisz szybko biegać, Charlie.

- Tak, Pops, wiem...

- Masz jakiś plan, prawda? - Danielle krzyżuje ręce na piersiach.

- W pewnym sensie.

Coś wykombinuję.

Dziewczynki przez chwilę się naradzają, a potem odsuwają od siebie i patrzą na mnie dużymi niewinnymi oczami.

Lorna uśmiecha się łobuzersko.

- Odwrócimy jego uwagę. A ty przebij mu opony.

Drobny deszcz przecina powietrze, gdy wychodzę przez okno, okrążam bungalow i chowam się za taksówką taty. Ściskam w dłoni ostre szydło babci - metalowy kolec długi jak moja dłoń.

Wciąż nie mogę uwierzyć, jak podstępne są moje siostrzyczki. Już zapomniałem, że kiedy byłem mały, babcia lubiła szyć różne rzeczy ze skóry. A jeśli chodzi o imprezowe sztuczki, to nikt nie potrafi wymiotować na zawołanie tak dobrze jak Danielle. Udało jej się nawet wcelować w brata, co wywołało potężne zamieszanie.

Samochód Człowieka z Cieni - cywilne auto, a nie radiowóz - stoi na ulicy w taki sposób, że blokuje taksówkę taty. Przyciskam czubek szydła do tylnej opony i napieram na rączkę. Guma stawia opór, a potem ostrze wbija się w nią z cichym pyknięciem. Przez chwilę nim poruszam, uszkadzając oponę, aż w końcu słyszę ostry syk.

- Minie kilka godzin, zanim ujdzie z niej powietrze.

Obracam się tak szybko, że ląduję na tyłku. Nachyla się nade mną pan Broomwood.

- Na wszelki wypadek przebiłbym też przednią oponę. - Kiedy rozdziawiam usta, unosi brwi. - Pośpiesz się, chłopcze, zanim ten facet wyjdzie na zewnątrz.

Robię tak, jak mi radzi.

Po chwili niemal biegnę ulicą. Broomwood podąża za mną i powtarza wszystkie plotki, które słyszał o mnie w tym tygodniu: że próbuję ocalić duchy Yorku, że jestem Człowiekiem z Cieni albo współpracuję z łapaczami dusz, że pracuję dla Zapleśniałych Starców.

Miałem nadzieję, że Heather i Ollie kręcą się gdzieś w pobliżu, ale oczywiście ich nie ma, w przeciwnym razie przestrzegliby mnie przed Gatesem.

Nie mam gdzie się schować, przede mną jak okiem sięgnąć ciągną się rozległe trawniki, wokół których stoją donice z krokusami i przebiśniegami. Pani Ginty stoi przy swoim aucie z torbami z Tesco w obu rękach i obserwuje mnie, wyraźnie licząc na świeże plotki.

Otwierają się frontowe drzwi naszego domu. Oglądam się przez ramię. Tata stoi w progu i kłóci się z Gatesem.

Zaciekawienie w oczach pani Ginty zmienia się w ostrożność. Kobieta wydaje z siebie cichy pisk niepokoju i wsiada do samochodu. Niemal prześlizguję się po jej masce, otwieram drzwi po stronie pasażera i gramolę się do środka.

- Ależ co ty...? - pyta zdumiona.

Gates już minął tatę i idzie w naszą stronę. Tata rusza za nim ulicą i coś wykrzykuje.

- Niech pani jedzie! - syczę. - Szybko!

- Wysiadaj! - rozkazuje pani Ginty.

- Ale uparta.

Oglądam się i widzę pana Broomwooda na tylnym siedzeniu.

- Kiedy Norman chciał ściąć swoją jabłonkę, narobiła zamieszania, wykłócając się o granice...

Ignoruję Broomwooda i odwracam się do pani Ginty, a ona się wzdryga. Boi się mnie, a mnie robi się przykro z tego powodu.

- Nie skrzywdzę pani. Proszę, niech pani jedzie.

Gates się zbliża. Wygląda groźniej niż wtedy za barem. Za nim podąża Srebrnooki, który wpatruje się we mnie, jakbym był zwierzyną.

Kurwa.

Pani Ginty niezdarnie chwyta klamkę i otwiera drzwi, ale z powrotem je zatrzaskuję. Uderza mnie łokciem w pierś, a ja przewracam się do tyłu.

- Pan Broomwood jest na tylnym siedzeniu i marudzi z powodu jabłonki Normana - mówię.

To ją powstrzymuje. Nerwowo się ogląda.

- Jest duchem, a tamten gość to nie jest prawdziwy gliniarz. Chce mnie dopaść. Nie jest dobrym człowiekiem, porywa duchy z Yorku, ponieważ tata mojego tak-jakby-chłopaka próbuje odtworzyć pewien teoremat z czasów drugiej wojny światowej, który zmienia widmową energię w superpoltergeista, i bardzo mi przykro, ale musi pani ruszyć, i to natychmiast, ponieważ on już zabił jednego gościa, który stanął mu na drodze. Mówię poważnie! Razem z przyjaciółmi znaleźliśmy jego ciało i sądzę, że gość zamierza zabić także mnie.

Pani Ginty patrzy na mnie, jakbym stracił resztki rozumu.

Niematerialne ręce przenikają przez bok samochodu i przyciskają mnie do szyby. Czerwone paznokcie drapią moją puchową kurtkę. Usiłuję się odsunąć, ale Srebrnooki jest silny. Broomwood z bojowym okrzykiem skacze przez ramę auta, taranuje napastnika i wypycha go na chodnik. Kiedy upadają, ostre paznokcie zaczepiają o mój policzek i pozostawiają na nim palące zadrapanie.

- Twoja... twoja twarz - wykrztusza słabym głosem pani Ginty.

- No ruszaj, ty starucho! - wrzeszczy Broomwood, wskakując przez drzwi na tylne siedzenie.

- Proszę, niech pani jedzie - powtarzam.

Może sprawia to mój zdesperowany ton, zadrapanie, które pojawiło się znikąd na moim policzku, a może wściekły błysk w oczach Gatesa, który podchodzi do auta i wykrzykuje moje imię, w każdym razie pani Ginty przekręca kluczyk, wciska pedał gazu i rusza z piskiem opon. Wyglądam przez tylną szybę i widzę, jak Gates powstrzymuje Srebrnookiego przed ruszeniem w pogoń.

Caleb Gates jest widzącym.

Nie wiem, co mam o tym myśleć, więc rozpieram się na siedzeniu, dygocząc pod wpływem ulgi.

- Znają numer rejestracyjny - ostrzega Broomwood.

No tak, oczywiście. Czyli nie mogę jechać do Leonie. Zamiast tego proszę panią Ginty, żeby zawiozła mnie do centrum, i przerywam jej potok pytań, na które nie mam czasu odpowiadać. Staruszka gwałtownie, bez kierunkowskazu, skręca w lewo, a ja uderzam o drzwi.

Nikt z nas nie ma zapiętych pasów. Powinniśmy je zapiąć. Dlaczego teraz o tym myślę? Broomwood nawet ich nie potrzebuje.

- Zawsze wiedziałam, że istnieje coś po śmierci - odzywa się pani Ginty i ponownie zerka na mój policzek, jakby chciała się upewnić, że sobie tego nie wyobraziła.

Ignoruję ją i wyjmuję telefon. Siedem nieodebranych połączeń od Mitcha. Oddzwaniam.

- Charlie, dzięki Bogu... jestem w szpitalu. Człowiek z Cieni był w nocy u Leonie.

- Co? Nic jej nie jest?

- Nie, tylko wstrząśnienie mózgu, rozbita warga i nos oraz parę siniaków. Villiers ostrzegł ją na czas, ale Gates użył tych swoich cieni, wszędzie zrobiło się ciemno, a on... - Mitch oddycha szybko i płytko. - Rzucił Leonie na ścianę, kiedy próbowała powstrzymać go przed zniszczeniem farby. Ale on i tak ją zabrał, a także książkę Rawleya, wszystkie nasze notatki i mapy...

- A co z Villiersem?

- Jest tutaj. Tata i bracia Leonie są bardzo zdenerwowani. Myślą, że te cienie to była jakaś bomba dymna. Policja zadaje pytania, a ja nie wiem, co im powiedzieć. To znaczy wiem, że według Miri Gates nie jest prawdziwym funkcjonariuszem, ale co, jeśli ona się myli, a policja bierze udział w tym spisku?

Kiedy ofiara próbuje się ukryć, nie pozostaw jej żadnej kryjówki. Nie pamiętam, skąd pochodzi ten tekst, chyba z jakiegoś filmu o kowbojach w kosmosie, do którego obejrzenia zmusił mnie Ollie, ale to ma sens.

- Zostań z Leonie. Ukryjcie kryptosoczewki, dopóki nie będziemy wiedzieli, komu... i czy w ogóle komukolwiek... możemy zaufać. Gates właśnie próbował mnie dopaść.

Mitch klnie.

- Coś ci zrobił?

- Nic mi nie jest.

- A co z Samem?

Teraz to ja milknę.

- To pan Harrow jest klientem. - Przełykam ślinę. - W tej chwili nie możemy ufać Samowi.

- No nie... serio? - Mitch przez chwilę się nad tym zastanawia. - Stary, do dupy, wiem, że wy dwaj...

- Tak. - Mrugam gwałtownie.

- Co zrobisz?

Nie wiem. Nie mam już żadnego planu. Najpierw muszę znaleźć Heather i Olliego. Nie zrobię tego bez nich.

- Zaczekaj, Leonie chce z tobą zamienić słowo.

Słyszę szelest tkaniny ocierającej się o mikrofon.

- Charlie? - Ma taki napięty głos, jakby mówienie sprawiało jej ból.

- Leonie, tak mi przykro...

- Zabrał ich.

- Co takiego?

Kaszle chrapliwie.

- Nawet nie widziałam jego twarzy... było za ciemno, ale powiedział... kazał ci powtórzyć... Heather i Ollie... zabrał ich.

Nawet nie słyszę, co wrzeszczę. Ogarniają mnie panika i rozpacz. Samochodem zarzuca. Pani Ginty błaga, żebym się uspokoił. Boi się mnie, a tak nie powinno być. Każę jej się zatrzymać, a kiedy to robi, wyskakuję na asfalt, przewracam się, wykrzykuję przeprosiny i zbiegam z ulicy.

Jesteśmy przy Lendal Tower. Schodzę po żelaznych schodach nad rzekę, szorstkie cegły zaciągają mi kurtkę, a fale z chlupotem rozbijają się o most. Strasznie tutaj brudno, śmierdzi szczynami i wodorostami, ale przynajmniej nikt mnie nie zobaczy. Nikt żyjący.

Leonie jest w szpitalu. Heather porwano. Olliego też. Kurwa, wszystko przeze mnie. Nie zdążyłem powiedzieć Heather, że jej przebaczam, chociaż tak jest, to oczywiste. Zawsze będę stał po jej stronie i po stronie Olliego, ponieważ są dla mnie jak rodzina.

Gates chciał, bym się dowiedział, że ich dopadł, a to oznacza, że jestem mu do czegoś potrzebny. Pewnie pojawił się w moim domu, żeby złożyć mi propozycję - ja w zamian za nich. No cóż, może mnie dostać. Zaraz pójdę do domu Sama i oddam się w ich ręce.

Broomwood bierze mnie pod ramię.

- Zły pomysł.

- Nie wie pan, o czym myślę. - Obracam się, a wtedy ból przeszywa moje żebra w miejscu, którym uderzyłem o asfalt. Potrzebuję Heather, żeby się mną zaopiekowała. Potrzebuję żartów Olliego.

- Zamierzasz oddać się w ich ręce, żeby uwolnić przyjaciół. To uczciwa wymiana, ale widziałem wystarczająco dużo seriali kryminalnych, żeby wiedzieć, jak to się kończy. Kiedy już się poddasz, dlaczego mieliby ich wypuścić?

Ma rację. Opieram się ciężko o ścianę.

Potrzebuję prawdziwego planu, ale nie mogę przestać się trząść.

Moi przyjaciele zostali zabutelkowani, co oznacza, że tkwią w sztucznej pętli, gdzie są zmuszeni do przeżywania raz za razem swojej śmierci. Nikt nie powinien doświadczać takiego piekła.

Jestem sam.

Pewnie powiedziałem to na głos, ponieważ pan Broomwood parska i mówi:

- A ja to co, cholerne złudzenie?

Sam powiedział, że wróciliśmy przemienieni z jakiegoś powodu.

Powiedział, że taki dar należy wykorzystywać.

Mówił wiele rzeczy, a większość z nich to bzdury. Ale akurat w tym się nie mylił.

- Panie Broomwood, tamtego wieczoru, gdy Heather nie udało się namówić cesarza na zwołanie zgromadzenia, powiedział pan, że stało się tak dlatego, że on próbował zawrzeć z nią jakiś układ, a ona odmówiła.

- Owszem.

- Czego od niej chciał?

Broomwood przekrzywia głowę.

- Chyba obaj znamy odpowiedź na to pytanie, chłopcze.

Tak, znamy.

Mógłbym oddać się w ręce Gatesa, ale Broomwood ma rację, że to nic nie da. Potrzebuję sojuszników, kogoś silniejszego i bardziej bezwzględnego od łapaczy dusz, kto naprawdę może zagrozić Gatesowi. On jest widzącym, tak jak ja. A to czyni go słabym.

Co prawda nie mam wielkich życiowych planów. Nie czekają mnie praktyki w eleganckiej restauracji, jak Mitcha, ani studia na wiodącej uczelni, jak Leonie. Nie znam się na niczym, więc równie dobrze mogę się stać chłopcem do bicia dla umarłych, jeśli to komuś pomoże.

Ruszam ulicą w stronę katedry, a Broomwood towarzyszy mi aż do szczytu wzniesienia.

- Ej, Charlie! Dokąd idziesz?

Obracam się i wkładam ręce do kieszeni.

- Sprzedać swoją duszę.

Duch w pudrowanej peruce wciąż leży na posadzce katedry i nuci wesołą melodię. Nachylam się nad nim i przesłaniam mu sufit wieży. Mruga i siada.

Cofam się o krok.

- Gdzie jest cesarz?

Pudrowana Peruka gapi się na mnie z rozdziawionymi ustami.

- Trochę mi się śpieszy, koleś - mówię, a w moim ciele buzuje adrenalina.

Grupka zakonnic przystaje i patrzy na mnie. Problem z zakonnicami polega na tym, że są ponadczasowe i nie mam pojęcia, czy akurat te są umarłe, czy żyjące, dopóki jedna z nich się nie odzywa.

- Stare Dusze zgromadziły się w kapitularzu na wezwanie hrabiego Percy'ego.

Wycieram spocone dłonie o spodnie od dresu, mruczę słowa podziękowania, pośpiesznie mijam olbrzymi zegar astronomiczny i przechodzę do szerokiego przedsionka w kształcie litery L. Czuję się jak na własnym pogrzebie.

Słyszę Zapleśniałych Starców, jeszcze zanim ich dostrzegam. A czuję ich, jeszcze zanim ich słyszę, co stanowi nowość. Powietrze stało się gęstsze i naelektryzowane. Każdy nerw w moim ciele jest w stanie gotowości. Nie zdaję sobie sprawy, że kurczowo zaciskam pięści, dopóki paznokcie nie wbijają mi się w dłonie.

Heather.

Ollie.

Audrey.

Szalona Alicja.

Obdarty Peter.

Mała Beth.

Millie.

Reid Dudziarz.

Peter Rawley.

Simon Tussle.

Mantra złożona z nazwisk porwanych, których przyszedłem ocalić.

No i Sam.

On też.

Z zewnątrz kapitularz wygląda jak gigantyczna okrągła skrzynka na biżuterię z kapeluszem wiedźmy zamiast dachu. W środku widzę blade, elegancko ułożone kamienie, które podtrzymują ogromne witraże łączące się nad moją głową w sklepienie w kształcie gwiazdy. Poniżej zgromadziło się siedem Starych Dusz Yorku. Kiedy wchodzę, hrabia Percy ogląda się na mnie, a pozostali idą w jego ślady. Ich twarze wykrzywia szok, złość, a w jednym wypadku cichy triumf.

Dopadają do mnie w kłębowisku jedwabiu i kanciastych dłoni, sięgają pod moje ubrania, by pochwycić skórę. Odruchowo chcę gryźć i drapać, gdy ich palce szorują po mojej czaszce i szczypią ciało. Wleką mnie, podnoszą i obracają jak lalkę.

Wyczerpany, przestaję walczyć. Duchy trzymają mnie mocno ponad podłogą, pod sobą czuję przepływające powietrze. Ktoś, kto teraz zajrzałby do kapitularza, by zobaczyć jego słynny strop, przeżyłby największy szok w życiu.

- Przybył sam - oznajmia Inge z Jorviku.

Sir Danville śmieje się paskudnie.

- Czekają go nie lada nieprzyjemności, gdy panna Noble odkryje jego dwulicowość.

Cesarz nachyla się w moją stronę. Jest imponującym mężczyzną: ma okrągłą twarz, brodę i mocno kręcone włosy.

- Dlaczego złamałeś zasady porozumienia?

- Przyszedłem zawrzeć układ. - Z mocno bijącym sercem opowiadam im o Simonie i Rachel oraz teoremacie odnowienia. Wyjaśniam, co wiem o Calebie Gatesie i panu Harrowie. Staram się być jak najbardziej szczery, chociaż nie wspominam o Samie. Kiedy kończę, Zapleśniali Starcy wymieniają krytyczne spojrzenia.

Cesarz surowo patrzy na Percy'ego.

- Wygląda na to, że poczyniłeś nieznaczne postępy w swojej misji, podczas gdy ten zwykły chłopiec odkrył tak wielki spisek.

Hrabia pociąga nosem.

- Szokują mnie jego oszustwa, Wasza Cesarska Wysokość.

- Ten prostak nie potrafi kłamać - stwierdza sir Danville, wskazując mnie ręką.

W zasadzie przemawia w mojej obronie, ale nie musi przy tym zachowywać się jak palant.

Król Aelle sprawia wrażenie zmartwionego.

- Powinniśmy go posłuchać i zabezpieczyć się przed tym złoczyńcą. Uciekajmy czym prędzej.

Ogarnia mnie palący gniew.

- Więc to tak? Bierzecie nogi za pas, podczas gdy Gates porywa, kogo zechce? Skoro ja mogę ruszyć tyłek i coś z tym zrobić, to wy tym bardziej.

Gwar głosów wypełnia salę. Cesarz wykonuje prosty gest palcami i duchy mnie puszczają. Z przenikliwym krzykiem spadam na twarde płyty. Wstrzymuję oddech, czekając, aż minie najgorszy ból, a potem patrzę ze złością na otaczające mnie dusze.

- Posłuchajcie, Gates uwięził Heather i Olliego. - Z trudem wykrztuszam kolejne słowa. - Nie zdołam go pokonać samodzielnie. Potrzebuję waszej pomocy. On jest widzącym, tak jak ja, więc możecie zrobić mu krzywdę, prawda?

- Jeśli pomożemy ci w tej sprawie, co nam zaproponujesz w zamian? - pyta cesarz.

- Będę wasz przez dziesięć lat. Będę dla was pracował, zanosił wiadomości żyjącym, stanę się waszymi rękami i głosem w świecie, zgodnie z waszymi pragnieniami.

Stare Dusze znów zaczynają się naradzać, a ja uświadamiam sobie, że nie są niezadowolone, tylko rozbawione. Śmieją się ze mnie.

- No co? - Z trudem wstaję. Mam czerwoną twarz. - Przecież tego chcecie, prawda? Służącego?

Król Aelle chichocze, a potem zaczyna głośno rechotać.

- A więc dwadzieścia lat - rzucam.

Inge obniża się na ziemię.

- Jego Cesarska Wysokość nie potrzebuje twojej służby, tylko twojego ciała.

O cholera.

Zapleśniali Starcy są Wygłodniałymi. Albo Septimus Severus chce się ze mną umówić na randkę, co, prawdę mówiąc, jest równie przerażające.

- Pożarcie mnie nie przywróci was do życia - odpowiadam. - Doskonale wiecie, że to bzdury.

Cesarz uśmiecha się okrutnie.

- Nie spożyję twojego ciała, lecz będę je nosił. Inni żyjący są dla nas niczym ulotny opar, przenikamy przez nich. Ale ty, który zaznałeś śmierci i powróciłeś dzięki czyjejś ofierze, jesteś dla nas namacalny. Chociaż jesteś uszkodzony, możesz jeść, oddychać, pieprzyć się, walczyć. A ja tego wszystkiego zakosztuję.

To nie tak, że nie usłyszałem jego słów: zamierza nosić moje ciało jak garnitur. A gdybym potrafił skupić się na czymkolwiek poza słowami "dzięki czyjejś ofierze", pewnie panikowałbym jeszcze bardziej, ponieważ niemożliwe, by takie przejęcie kontroli nad ciałem nie upodobniło mnie do ofiary Freddiego Kruegera. Ale słyszę w głowie tylko łamiący się głos Heather...

"Najbardziej świadoma decyzja, jaką podjęłam w życiu".

Czuję się, jakby ktoś zdzielił mnie pięścią w żołądek. Byliśmy na stołach operacyjnych w tym samym momencie, w sąsiednich salach, lekarze walczyli o nas oboje. Koledzy Heather się nie spóźnili. Ona powinna była wrócić. To ja nie miałem szans. Ale zamieniła się ze mną miejscami, ponieważ obwinia się o moją śmierć. Heather oddała za mnie życie.

Mój Boże. Sam. Jezioro. Jego przyjaciółka Luci.

Dwie osoby umierają w tym samym miejscu i czasie. Jedna poświęca życie dla drugiej. Ocalona dusza budzi się przemieniona - jako widzący.

Sir Danville blokuje mi drogę ucieczki.

- To będzie ciekawy eksperyment, na pewno lepszy niż poprzedni. - Lady Peckitt klaszcze.

Lęk wywołany tym, co zamierzają mi zrobić, przebija się przez mgłę zasnuwającą mój mózg.

- J-już to robiliście?

- Bez powodzenia - przyznaje Inge. - Porażka oznacza wyjątkowo paskudny koniec.

Chcę, żeby adrenalina zalała moje ciało i pomogła mi walczyć, ale ogarniają mnie tylko paraliż i bolesna groza.

- Doktor Noble tutaj nie ma, a skoro z własnej woli wkroczyłeś na nasz teren, mamy do ciebie... - cesarz doskakuje do mnie, chwyta mnie za gardło i patrzy mi prosto w oczy - pełne prawo.

Wołam o pomoc. Nie obchodzi mnie, czy przyjdzie ktoś żyjący, czy umarły, byle tylko ktoś się pojawił. Cesarz zakrywa mi usta dłonią, a sir Danville i Inge chwytają mnie za ręce. Bezradnie się miotam. Pot spływa mi po czole. Cesarz za chwilę spróbuje mnie opętać, ale nic z tego nie wyjdzie, ponieważ składam się z krwi i kości, a to jedno wielkie wariactwo.

Czuję ostry ból w piersi, gdy drapie mnie paznokciami, próbując wedrzeć się pod skórę. Krzyczę pomimo zasłoniętych ust.

- Wystarczy!

Ktoś szarpie cesarza, ten leci do tyłu i przenika przez ścianę kapitularza. Oszołomione duchy wzdychają. Ból w mojej piersi słabnie do tępego pulsowania. Oglądam się, żeby zobaczyć, kto mnie uratował.

Ze wszystkich duchów Yorku, które mogłyby przyjść mi z pomocą, hrabia Henry Percy nie znajduje się na szczycie listy, ale nie mam zamiaru wybrzydzać. Percy uśmiecha się kpiąco. Sir Danville i Inge są tak zaskoczeni, że puszczają mnie i patrzą na Starą Duszę, która zwróciła się przeciwko swoim pobratymcom.

Przykucam, równomiernie rozkładam ciężar ciała na protezach i przygotowuję się do ucieczki przy pierwszej nadarzającej się okazji. Rozcapierzam palce na posadzce. Czuję się jak sprinter przed sygnałem startowym.

- Jak śmiesz! - grzmi cesarz na Percy'ego, wracając do sali przez ścianę.

Inge rzuca się naprzód, ale hrabia uskakuje poza zasięg jej ostrych paznokci.

- Tak samo jak ty, Septimusie, pragnę ponownie żyć, dotykać świata i odciskać na nim ślad - mówi. - Ale nie działaj pochopnie, tylko wpierw przygotuj swoje naczynie. Masz za sobą wieki niepowodzeń, a mimo to nie chcesz korzystać z teorematów naszych wrogów do realizacji swoich planów.

Coś porusza się pod moimi palcami i czuję delikatne szarpnięcie na wysokości mostka. W powietrzu pojawia się woń popiołu, a także ostrzejszy zapach. Sól.

- Herezja i fałsz. Umarli nie mogą korzystać z tak podłych praktyk - odpowiada cesarz.

- Być może. - Percy uśmiecha się złowieszczo. - Ale w odróżnieniu od ciebie ja nie jestem na tyle dumny, by nie przyjaźnić się z tymi, którzy to potrafią.

Wzory rozjarzają się na posadzce, przecinające się linie otaczają salę, tworząc ogromną pułapkę na duchy. Pułapka się zamyka i odrywa umarłych od siebie nawzajem, jakby byli opiłkami żelaza poruszanymi przez magnes. Dusze zostają rozmieszczone na obrzeżach okręgu, w którego środku przykucnąłem. Zapleśniali Starcy machają rękami i ryczą wściekle, ale magia ich unieruchamia.

Percy nie walczy. Szczerzy się, jakby właśnie wygrał na loterii.

- Będę pierwszą duszą przywróconą do ciała. Moi sojusznicy dysponują teorematem odnowienia, potrzebują tylko paliwa, a wy, moi przyjaciele, idealnie się do tego nadacie.

Ciemny dym kłębi się nad posadzką, gdy Człowiek z Cieni wchodzi do kapitularza.

To nie jego się spodziewałem; prawdę mówiąc, dopiero po chwili rozpoznaję gościa o byczym karku, tego samego, który przegonił z pubu studenta namawiającego klientów na wycieczkę w poszukiwaniu duchów. Przez chwilę jestem zdezorientowany - mieszają się we mnie nadzieja i groza. Co on tutaj robi?

Nagle dostrzegam, w co jest ubrany. Pod ciemnym płaszczem ma podwójny bandolier pełen butelek. Zakrywa dłonie rękawiczkami.

- Cała siódemka, tak jak pan prosił, panie Gates - odzywa się hrabia Percy. - Dorzucam gratis widzącego.

Panie Gates?

Pomyliłem się. Byczy Kark to Caleb "Człowiek z Cieni" Gates. Więc kim, u diabła, są Ostrzyżony i jego srebrnooki duch? Czy to jednak prawdziwy policjant, czy może obaj pracują dla Człowieka z Cieni?

Gates zatrzymuje na mnie wzrok.

- Możesz próbować uciec, chłopcze. Ale wtedy zniszczę twoje ukochane duszki.

Zaciskam pięści i nie ruszam się. Co mogę zrobić? Przyglądam się jego bandolierowi w nadziei, że ma przy sobie Heather i Olliego. Jeśli tak, może zdołam odebrać mu butelki i je roztrzaskać. Wtedy będzie miał kłopoty. Heather byłaby groźnym poltergeistem. Ale wszystkie butelki, które widzę, są puste.

Gates zdejmuje jedną z nich ze skórzanego pasa i wyciąga z kieszeni pałeczkę wosku. Nie ma na nosie kryptosoczewek, więc w jaki sposób widzi umarłych? Czyżby był kolejnym widzącym, tak jak tajemniczy gliniarz?

Widzący są jak autobusy; nigdy ich nie ma, a potem pojawiają się trzej naraz.

Gates wchodzi do wnętrza pułapki. Barwne światło z witraża pada na jego twarz. Tracę nadzieję, kiedy dostrzegam perłowy błysk w jego oczach. To takie same błękitne refleksy, jakie widziałem w kryptosoczewkach i oczach pana Harrowa. Po prostu nosi specjalne szkła kontaktowe albo coś w tym rodzaju.

Ustawia po jednej butelce u stóp każdej ze Starych Dusz. Kiedy dociera do Percy'ego, temu rzednie mina.

- Co ty robisz? Zebrałem ich, tak jak poleciłeś. Dzięki ich energii zostanę odnowiony. - Wypina pierś. - Uwolnij mnie, tak jak obiecałeś.

Początkowo mam wrażenie, że Gates coś do niego mówi. Hrabia najwyraźniej też, ponieważ próbuje się nachylić, nasłuchując odpowiedzi, ale Gates tylko nuci coś pod nosem. Nie mam pojęcia, co robi, ale czuję skutki - oszałamiające wrażenie szarpania w głębi piersi.

Zapleśniali Starcy zaczynają wrzeszczeć i ciągnąć się za włosy oraz rękawy ubrań; krew wypływa spod ich pękającej skóry. Zrywają się ścięgna. Kości łamią się na kawałki, niepowstrzymana magia wciąga ich do butelek, które stoją u ich stóp.

Stękam z bólu. Dlaczego to mnie boli?

Moja dusza. Pułapka usiłuje ją ze mnie wyrwać, mimo że wciąż żyję.

Uciekam najszybciej, jak potrafię. Magia mnie wypuszcza dzięki temu, że jeszcze nie umarłem. Dzikie wycie hrabiego Percy'ego odbija się echem w przedsionku. Metalowa brama na końcu korytarza została zamknięta, a po drugiej stronie powieszono tabliczkę informacyjną. Krata jest zimna w dotyku, potrząsam nią i zmagam się z zamkiem. Nie mam czasu użyć wytrycha. Gates już za mną idzie i zaraz wyłoni się zza zakrętu.

Ogrom katedry i huk młotków ekipy remontowej połykają i zagłuszają moje wołanie o pomoc. Ale duchy Yorku mnie słyszą. Mężczyzna w pudrowanej peruce, dwie zakonnice z zakrytymi głowami oraz dżentelmeni w wielkich kryzach przybywają na wezwanie. Towarzyszy im pan Broomwood.

- Za tobą, chłopcze, zbliża się.

Umarli wyciągają ręce przez metalową kratę, ale nie mogą skrzywdzić Człowieka z Cieni ani sprowadzić kawalerii. Nie ma żadnej kawalerii.

Niezdarnie wyciągam telefon. Szorstka dłoń zakrywa mi twarz i dusi mnie w eksplozji czarnego cienia. Komórka wyślizguje mi się z palców i po chwili słyszę chrzęst, gdy zostaje zdeptana.

- Przestań się miotać - syczy mi do ucha Gates. Unieruchomił mi ręce. Mrugam, ale wciąż nic nie widzę. - Jestem uczciwym człowiekiem. Jeśli będziesz współpracował, uwolnię twoje duchy. Możesz pójść ze mną i zrobić to, co trzeba, albo walczyć. Ale nawet jeśli spróbujesz się ze mną mierzyć, wiedz, że zwyciężę. A w odwecie zabiję twoją rodzinę i zabutelkuję ich duchy, jednego po drugim. Twój wybór.

Nie pozostaje mi nic innego: poddaję się i pozwalam, by zabrała mnie ciemność.

Tylko że wcale nie tracę przytomności, co zapewniłoby mi chociaż kilka minut cudownej ulgi. Słyszę grzechot otwieranej bramy i na rozkaz Gatesa chwiejnie ruszam naprzód. Podtrzymuje mnie za ręce, żebym nie upadł. Czuję ból w piersi. Palą mnie oczy. Słyszę głosy.

- Nie, nie, chłopak tylko źle się poczuł, nic poważnego.

Chłodne wilgotne powietrze na mojej twarzy. Otwierają się drzwi samochodu - smród oleju i smaru oraz ostra ziołowa woń przypominają mi o Samie i mam ochotę się rozpłakać. Leżę z tyłu czegoś, co zapewne jest furgonetką, stłamszony i spocony. Czuję wszystkie wyboje i zakręty. Moja czaszka pulsuje, w piersi tli się ból. Kiedy kaszlę, przybiera na sile, jakby ktoś dźgnął mnie nożem. Może mam pęknięte żebro. Heather będzie wiedziała.

Jeśli jeszcze kiedyś ją zobaczę.

Szybko mrugam. Popielate cienie zaczynają się rozwiewać. Zapewne mógłbym już coś zobaczyć, gdyby tu nie było tak ciemno. Gates spiął mi nadgarstki plastikową opaską zaciskową.

Jutro zaczynają się końcowe egzaminy.

To idiotyczna myśl, ponieważ w tej chwili mam większe problemy.

Przeklinam sam siebie. Przeklinam Gatesa. Przeklinam swoją głupotę. Gdybym nie był takim tchórzem, uważnie bym się mu przyjrzał przed domem Rawleya, zobaczyłbym jego twarz i wiedziałbym, że to on jest naszym wrogiem, a nie Ostrzyżony.

Kim w ogóle jest ten gość? Jeśli nie współpracuje z Gatesem ani Harrowem, to czego on i Srebrnooki ode mnie chcą?

Staram się jak najdokładniej przeanalizować wspomnienia, ale nie znajduję żadnych odpowiedzi. Mogę tylko pocić się i czekać, zmagając się ze skurczami mięśni i walącym sercem.

Domyślam się, gdzie jesteśmy, gdy tylko drzwi samochodu się odsuwają: nowoczesna kamienica, wypolerowane stopnie i lśniące szkło. Gates wyciąga mnie z furgonetki i rozgląda się po ulicy, na której nie lubią chłopaków takich jak ja ani drani takich jak on. Okoliczni mieszkańcy wolą przestępstwa w białych rękawiczkach. Albo, jak widać, okultyzm.

Wewnątrz mijamy kredens w rozległym holu, a Gates gwałtownie mnie zatrzymuje. Bierze do ręki zdjęcie przedstawiające młodych Harrowa i Saundersa, przez chwilę patrzy na nie z falującymi nozdrzami, a potem roztrzaskuje ramkę o ścianę, wyjmuje fotografię i bez słowa chowa ją pod połą płaszcza.

Schodzimy na niższy poziom, gdzie długi stół prowadzi do oszklonej ściany, za którą widać niewielki, ale zadbany, ogród z równo przystrzyżonymi kanciastymi żywopłotami i dziedzińcem ze schodkami. Gates mnie obraca. Dostrzegam jakiś blask, światło lampy odbija się od dużego złotego lustra.

Pan Harrow siedzi na szerokim fotelu, który przypomina tron. Ma na sobie garnitur i biały fartuch laboratoryjny, ale równie dobrze mógłby być ubrany w bonżurkę, ponieważ jest całkowicie zrelaksowany i najwyraźniej nie przeszkadza mu, że właśnie przywleczono do niego poobijanego nastolatka.

- Dobra robota. - Odkłada na stolik czytaną książkę, a ja widzę, że to notes Sama, otwarty na szkicu pętli śmierci Simona Tussle'a. Gdybym miał wolne ręce, spróbowałbym go zabrać. Co daje mu prawo grzebać w sekretach syna?

Powstrzymuję pusty śmiech. Co ja bredzę? Przecież Sam zapewne mu go dał - zobacz, tato, ile zabawy miałem z miejscowymi. Nie, nie mają o niczym pojęcia, biedni frajerzy.

Ale chyba by tego nie zrobił?

- Masz ich? - pyta pan Harrow.

- Całą siódemkę.

- Dobrze. Ale będziesz musiał znów ruszyć na łowy. Mam braki. Staruszka i dziecko byli skażeni, pojawiło się zaburzenie drugorzędnej więzi. Naprawiłem to, ale z obu bytów i tak zostały strzępy.

Strzępy.

Zupełnie jakby stracił jakieś stare dokumenty, a przecież mówi o ludziach. O duszach.

- Potrzebuję jeszcze dwóch. - Zerka na mnie. - Dzisiaj. Młodego Fritha będą szukać.

- Załatwione. - Gates poklepuje swój bandolier. - Wczoraj zgarnąłem dwa dodatkowe, żeby ten się nie sprzeciwiał.

Heather i Ollie.

Pan Harrow się krzywi.

- Są silne?

- Silniejsze niż Rawley, a jego pan przyjął. Rudy chłopak umarł sto lat temu, a lekarka ma w sobie tyle poczucia winy, że sama mogłaby zasilić całą aparaturę.

Wygląda na to, że pan Harrow wierzy Gatesowi na słowo co do użyteczności Heather i Olliego, ponieważ skłania głowę.

- Potrzebujemy jeszcze szesnastego.

Nie! Muszę to powstrzymać. Zaczynam się miotać, robiąc przy tym tyle hałasu, że pewnie słyszą mnie aż na The Shambles, a przynajmniej tak by było, gdyby to cholerne okno nie miało potrójnej szyby. Mięsista ręka miażdży moją klatkę piersiową. Nie jestem chuchrem, ale Gates to potężny gość i mocno mnie trzyma. Oddycham z trudem. Mam wilgotne policzki i zasmarkany nos.

- Charlie?

Sam stoi na dole schodów. Kiedy go widzę, tracę oddech. Ledwo trzyma się na nogach. Szyję ma opatrzoną dużym kawałkiem gazy. Ktoś odciął rękawy jego koszuli, a przedramiona ma grubo obandażowane. Podkrążone oczy są przekrwione i wilgotne.

- Wracaj na górę - mówi pan Harrow. - Powinieneś odpoczywać.

- Nie potrzebujesz go. - Sam patrzy na mnie z rozpaczą i grozą. - Powiedziałem, że ja to zrobię.

Pan Harrow podchodzi do syna.

- Nie pozwolę swojemu jedynemu dziecku...

- Przetrwałem pierwsze splątanie.

- Tym razem nie przeżyjesz.

- Jestem silniejszy, niż ci się wydaje.

- Bądź rozsądny. Teoremat odnowienia wymaga wyssania... - Pan Harrow próbuje skierować Sama z powrotem na górę, ale ten się wyrywa.

- Albo ty, albo on, chłopcze - odzywa się Gates, potrząsając mną. - To musi być widzący.

- Więc po prostu to przerwij! - krzyczy Sam. - Żadne dziedzictwo nie jest tego warte, tato.

Pan Harrow zaciska pięści.

- To jest najważniejsze. Jeśli stracimy ten kontrakt, firma upadnie.

- I co z tego? To tylko pieniądze.

Pan Harrow kręci głową.

- Nigdy nie musiałeś o nic walczyć, Sam.

- Jasne, moje życie to jedno wielkie przyjęcie.

- Dałem ci wszystko, czego pragnąłeś...

- Wcale nie. - Każde słowo wydobywające się z ust Sama jest ostre jak nóż. - Chciałbym, żebyś się mną czasem, kurwa, zainteresował. Spytał, jak przebiegają wizyty w klinice zmiany płci, czy sobie z tym radzę... bo tak się składa, że nie... ale ty masz to gdzieś. Jesteś gotów zapłacić za prywatne leczenie, ale nie chcesz ze mną porozmawiać. Nigdy nie masz czasu. Gdyby ci na mnie zależało, nie ukradłbyś mojego dziennika, nie okłamałbyś mnie, nie groziłbyś moim przyjaciołom, żeby zdobyć to, czego chcesz, ani nie ukrywałbyś tego przede mną.

- Robię to wszystko dla ciebie i twojej matki. A teraz, dzięki tobie, możemy ocalić firmę. Wszystko jest gotowe, wykonaliśmy obliczenia. Powinienem być bardziej otwarty, ale musiałem podjąć trudne decyzje, a ty zawsze miałeś wielkie serce. Nie chciałem, żeby coś takiego ciążyło ci na sumieniu.

- A to może? - Sam wskazuje mnie. - Myślisz, że po prostu zapomnę, że musieliśmy zabić mojego przyjaciela, aby mama mogła dalej urządzać swoje pseudoduchowe imprezy na jachcie? To z jego powodu przyjechaliśmy do Yorku? Chciałeś, żebym odnalazł Charliego. Taki od początku był plan?

- Nie, on mnie... zaskoczył.

Sam patrzy na mnie, a mój świat się kurczy, tak że widzę tylko jego i bolesną determinację na jego twarzy.

- Więc udaj, że nigdy się nie poznaliśmy.

Pan Harrow kręci głową.

- Nie mogę ci na to pozwolić.

- Przecież miałeś taki zamiar - odpowiada Sam. - Gdybym nie namierzył Charliego, musiałbym sam wykonać każde splątanie.

- Znalazłbym kogoś innego.

Sam wybucha głuchym śmiechem.

- Jasne, przecież widzący rosną na drzewach.

- Panie Harrow... - odzywa się Gates.

Ojciec Sama unosi rękę.

- Nie teraz.

- Ten projekt jest zbyt ważny, żeby narobić w gacie ze strachu tylko dlatego, że pański dzieciak się zabujał.

Na chwilę zapada złowroga cisza.

- Moi ludzie tak do mnie nie mówią, jeśli chcą zachować posadę.

- No właśnie, jeśli chodzi o mój kontrakt. - Gates pociąga mnie w dół, sięga w kierunku swojej nogi, a następnie prostuje się i przechodzi na moją prawą stronę. - Chyba już czas, żebyśmy wynegocjowali nowe warunki.

Coś metalowego przesuwa się obok mojej twarzy, a potem rozlega się trzask tak głośny, że padam na podłogę. Nadgarstki mi płoną, gdy odruchowo próbuję zasłonić uszy.

Szczęka pana Harrowa rozpada się w eksplozji okruchów kości i kawałków rozdartej skóry.

W mojej głowie wyje piskliwy alarm. Pan Harrow wpatruje się w Gatesa, a na tym, co pozostało z jego twarzy, maluje się niedowierzanie. Język porusza się w odsłoniętym gardle. W powietrzu unosi się krwawa mgiełka. Ciało upada u stóp Sama.

Przerażony Sam cofa się, potyka o dolny stopień schodów, siada na podłodze i chwyta drżącymi rękami za brzuch.

Odwróć wzrok, odwróć wzrok, zachęcam go bezgłośnie. Ale on tego nie robi. Może nie potrafi.

Gates opuszcza broń i wsuwa ją do ukrytej kabury na kostce, jakby wiedział, że nie będzie mu potrzebna, by nad nami zapanować. A może musi mieć wolne ręce.

Dusza unosi się z ciała jak para, falista i poskręcana, stawy z trzaskiem zginają się pod nienaturalnymi kątami. Jako ostatnia formuje się twarz, z obwisłą szczęką i rozdartym policzkiem. Duch pana Harrowa próbuje coś powiedzieć, ale z jego ust wydobywa się tylko bulgot.

Nagle znów jest cały, ma elegancką siwą fryzurę i nienaruszoną twarz.

- Sam - chrypi. Rozwiera usta i zatacza się.

Pewnie próbuje sobie siebie przypomnieć i zrozumieć, co się stało. Jeśli mu się nie uda, stanie się pętlą. A w takim wypadku Sam będzie zdecydowanie za blisko niego.

Klęczę na podłodze, palą mnie nadgarstki podrażnione plastikowymi zaciskami. Próbuję się podnieść, ale podłoga jest za śliska.

Gates wyjął butelkę, identyczną jak te, których użył na Zapleśniałych Starcach. Mruczy jakieś zaklęcie. Niematerialne ciało pana Harrowa zaczyna się rozpadać, kolejne kawałki znikają wewnątrz butelki. Widzę kształt roztrzaskanej czaszki i zwisającej szczęki. I nagle go nie ma, echo jego jęku wyparowuje, a po jego duszy pozostaje tylko bolesne dzwonienie w uszach.

Sam wytrzeszcza oczy, jakby jego umysł się wyłączył i dokądś oddalił. Nie płacze, tylko stoi w milczeniu. Nagle całym sobą rzuca się na Gatesa i rozpaczliwie stara się wytrącić mu z rąk pułapkę.

Pięść Gatesa gwałtownie się unosi. Zadaje pojedynczy cios. Chrzęszczą kości. Sam pada i z westchnieniem chwyta się za nos. Jeszcze więcej krwi. Krzyczę bezgłośnie i zmagam się ze swoimi pętami. Gates wyjmuje zapalniczkę i pieczętuje butelkę czerwonym woskiem, zamykając w środku duszę pana Harrowa. Potem wysuwa nóż zza pasa, przecina opaskę na moich nadgarstkach i wskazuje Sama brodą.

- Podnieś go i chodźcie za mną.

Gates zapędza nas do windy ukrytej w jednej z nisz w głębi pomieszczenia. Lśniące chromowane drzwi zamykają się jak pułapka. Odwraca się do nas plecami. Wie, że nic mu nie zrobimy. Sam dygocze. Próbuję otrzeć mu krew z policzków i brody, ale tylko ją rozmazuję.

Gdybym zdołał zabrać jedną z butelek z pasa Gatesa i uwolnić poltergeista, być może mielibyśmy szansę na ucieczkę.

Problem polega na tym, że musiałbym puścić Sama, a on raczej nie utrzyma się na nogach bez pomocy.

Poza tym Gates mógłby się obrócić i w jednej chwili roztrzaskać moją czaszkę o ścianę.

No i uwolnienie wściekłego poltergeista w zamkniętej przestrzeni zapewne zabiłoby nas wszystkich.

Wpatruję się w swoje rozmyte odbicie w lśniących ścianach i próbuję uspokoić serce oraz wszystko sobie przemyśleć, ale potrafię skupić się tylko na chrapliwym oddechu Sama i tym, że jego ojciec właśnie został zamordowany na jego oczach. Sam obejmuje mnie w pasie i kurczowo zaciska dłoń na mojej bluzie. Przytrzymuję go mocniej.

Winda się zatrzymuje. Drzwi się rozsuwają i widzę laboratorium - czyste ściany wyłożone kafelkami, połyskującą stal i długą tablicę pokrytą równaniami oraz magicznymi symbolami. Po obu stronach pomieszczenia ciągną się szafki, a na środku jest stół zastawiony rzędami pustych butelek, których jest tak wiele, że nie widzę jego drugiego końca przez warstwy szkła. Butelek wystarczy, by uwięzić połowę dusz w Yorku.

Drzwi windy zamykają się za nami z szumem, który ma w sobie coś nieodwracalnego.

Jest zimno, nasze oddechy parują. Czuję na skórze pieczenie wysychającego potu. Ale ziąb przenika także moje kości, przytłacza mnie falą tępego bólu. Taki ziąb odczuwa się tylko w pętli śmierci. Powietrze skwierczy od elektryczności. Czuję ją na języku, kwaśną i kruchą.

Sam opiera się o mnie.

- Charlie, nie wiedziałem. Przysięgam, odkryłem to dopiero po tym, co się wydarzyło nad rzeką. Kiedy skonfrontowałem się z ojcem, przysiągł, że zostawi cię w spokoju, jeśli pomogę...

Gates odwraca się i przyciska palec do ust.

- Ktoś, kto mówi, kiedy nie powinien, może zapracować na kulkę w łeb dla swojego chłopaka.

Sam natychmiast się zamyka.

Powinniśmy byli walczyć, zamiast pozwolić, by Człowiek z Cieni nas tutaj przyprowadził, ale ciało pana Harrowa wciąż leży na górze, a Gates ma pistolet. Kląska językiem, pociera kciukiem o palec wskazujący, a my idziemy za nim jak grzeczne psiaki.

Kiedy mijamy stojaki z butelkami, rozglądam się po laboratorium, wypatrując czegokolwiek, co może nam dać przewagę. To przepastne, kanciaste pomieszczenie z okrągłą dziurą na środku. Cztery schodki prowadzą w dół do szerokiej płaskiej przestrzeni otoczonej miedzianymi łukami, na których krańcach znajdują się kule z czarnej materii, zapewne turmalinu. Cała konstrukcja jest olbrzymia, a odstępy pomiędzy jej poszczególnymi częściami na tyle szerokie, że można przez nie przejść. U podstawy, tuż obok klatki, znajduje się krąg z symboli. Odłamki rozbitego lustra pokrywają posadzkę wewnątrz kręgu. Do ramy w równych odstępach przyspawano miedziane naczynia, w których idealnie mieszczą się butelki na duchy. Kable zwisają z rdzenia każdego z łuków ku środkowej przestrzeni, w której coś się porusza.

Pętla śmierci Simona Tussle'a drga i trzęsie się w środku konstrukcji, a jego ciało wisi na niewidzialnym sznurze. Słyszę trzask wyładowań elektrycznych. Ciało Simona znika i w jego miejscu pojawia się kobieta w brudnej sukience, która trzyma ręce za plecami.

Krew skapuje z jej rozbitych ust...

Światło brzęczy i przygasa. Powietrze skwierczy. Kobieta porusza się i znika.

...Simon kołysze się, nieruchomy i martwy, szczyny ściekają na podłogę...

Kobieta szeroko otwiera usta i odrzuca głowę do tyłu, plamy krwi wykwitają na jej rękach...

Brzęczenie słabnie i zmienia częstotliwość. Kolejny trzask.

...Simon, żywy, wiąże sznur...

...kobieta szlocha z ulgą, jaką czuje ktoś bliski końca...

Rachel Tussle.

Mają jej pętlę śmierci. Jak to możliwe? Czyżby Gates zabrał ją z Saint-Lô i sprowadził do Yorku? Dwa duchy - ojciec i córka - znajdują się w tej samej pętli i zachodzą na siebie. Nie, to coś więcej. Są połączone, ich pętle splatają się ze sobą, wymieniając energię i tworząc obwód. Oto teoremat odnowienia w praktyce.

Przypominam sobie, co Sam powiedział na górze.

"Przetrwałem pierwsze splątanie".

Saint-Lô. Skaleczenia na rękach Rachel. Moje długie blade blizny. Bandaże Sama. Wszedł do podwójnej pętli śmierci, żeby przeczytać listy, które Rachel wysłała ojcu, i dowiedzieć się, jak ustabilizować teoremat. To początek widmowej broni, którą wymarzyli sobie Saunders i Harrow. Dzięki Samowi Gates już wie, jak ją ukończyć.

- Ty - rzuca ostro, popychając Sama w stronę stołu z butelkami. - Zaczekaj tutaj.

Sam krzywi się i prawie upada, ale odzyskuje równowagę.

- Chodź tutaj. - Gates mocno wbija palce w moje ramię. Zaciskam zęby, próbując mu się przeciwstawić, ale jest ode mnie dużo silniejszy. Wyciąga z kieszeni płaszcza nową plastikową opaskę zaciskową.

Nie wiem, jakim cudem udaje mi się poruszyć obolałymi kończynami, ale to robię. Wykorzystując ostatni przypływ adrenaliny, wyrywam się Gatesowi i opadam na podłogę, uderzając go łokciem w tył kolana. To idiotyczny ruch, ale skuteczny. Gates zwala się na podłogę z rykiem, w ostatniej chwili łapie mnie i pociąga za sobą.

- Uciekaj! - wrzeszczę do Sama i próbuję odczołgać się od Gatesa.

Opada całym ciężarem na mój kręgosłup. Przygniata mnie, a ból przeszywa mi plecy i poobijaną klatkę piersiową. Sam wykrzykuje moje imię. Przeklinam go za to, że nie próbuje uciec. Gates drze się na nas obu. Ciągnie mnie do tyłu za kaptur bluzy i przydusza. Potem uderza moimi obolałymi plecami o stołową nogę.

- Ty dra... - Moja obelga urywa się pod wpływem ciosu. Krew wypełnia mi usta. Plastikowa opaska wrzyna się w lewy nadgarstek. Nie! Wierzgam nogą, ale jestem tak wyczerpany, że protezy są dla mnie zbyt ciężkie. Mimo wszystko udaje mi się trafić Gatesa w kostkę. W odpowiedzi dostaję kopniaka w bok, a ostry ból przeszywa mi żebra. Zginam się wpół i zamykam oczy. Gates ponownie mnie kopie i pozbawia tchu. Coś mówi, ale nie słyszę słów, tylko gniew w jego głosie, gdy kolejne kopnięcie wywołuje eksplozję gwiazd w mojej czaszce.

Usta mam pełne miedzi, a moje kości płoną. Spluwam krwią i podnoszę się z podłogi. Mój prawy nadgarstek jest przyczepiony opaską zaciskową do stołowej nogi. Szarpię plastik, ale stół jest przykręcony do posadzki.

Sam leży zwinięty w kłębek po mojej lewej stronie. Jedną rękę ma przywiązaną do uchwytu stalowej szafki. Gates kuca przed nim i marszczy nos, jakby wywęszył coś obrzydliwego.

- Nie musiałeś zabijać mojego ojca - szepcze Sam.

Gates rozkłada zdjęcie, które zabrał z góry.

- Twój pradziadek nie miał pojęcia o bytach ani okultyzmie. Podczepiał się pod Henry'ego, podążał za nim, zbierał resztki i wykonywał rozkazy. To nasza rodzina zbudowała S and H Systems, a potem twój ojciec podstępnie pozbawił moją matkę jej części udziałów, przejął firmę i doprowadził ją do upadku. - Upuszcza zdjęcie. - Może noszę nazwisko ojca, ale jestem Saundersem. Nie, nie musiałem zabijać twojego ojca. Chciałem to zrobić.

- To wszystko... z powodu zemsty? - Samowi łamie się głos.

- Ależ nie, to byłoby zbyt małostkowe. A Saundersowie tacy nie są. Można to uznać za dodatek. Musiałem tylko pokazać Harrowowi badania i sprawić, by uwierzył, że wykorzystanie duchów jako broni może ocalić firmę. Był zbyt ograniczony, by dostrzec, że to... - Gates wskazuje miedzianą klatkę z migoczącymi pętlami śmierci - może być czymś więcej niż bronią. To kolejny krok w starożytnym matemagicznym teoremacie. Większość tak zwanych okultystów to zwykli kolekcjonerzy, którzy marnują energię pobraną od uwięzionych duchów na aroganckie głupoty. Boją się wcielić w życie tę teorię. To ja jako pierwszy poszerzę granice naszych możliwości. Mam magię we krwi. To moje prawo.

Sam wpatruje się w zdjęcie leżące u jego stóp.

- Mnie też zabijesz.

- Zgadza się. - Gates przeczesuje grubymi palcami kręcone włosy Sama, a potem mocno je chwyta i odchyla jego głowę do tyłu. - To nieuniknione. Widzisz, nie zostałem dotknięty przez śmierć tak jak ty. Nie potrafię stać się przytulnym gniazdkiem dla zbłąkanych dusz, a właśnie taka moc otwiera matemagiczne możliwości. Potrzebuję ciebie do przypieczętowania procesu.

Spojrzenie Sama łagodnieje.

- Więc wypuść Charliego. On nie ma z tym nic wspólnego.

- Obawiam się, że to niemożliwe. Za dużo wie, a jeśli coś się nie uda z tobą, będę potrzebował zastępstwa. - Gates szczerzy się radośnie. - Ale jeśli to zadziała, będzie świadkiem najważniejszego postępu w dziedzinie matemagii od dwóch wieków. - Patrzy na mnie i puszcza oko. - Szczęściarz z ciebie, co?

Dobywa noża. Krzyczę ostrzegawczo, sądząc, że za chwilę potnie Sama, ale on rozcina własną dłoń i zaciska pięść, pozwalając krwi skapywać na podłogę. Potem okrąża miedzianą konstrukcję i ponownie kreśli znajdujące się na niej symbole krwią. Kiedy kończy, wkłada butelki z duchami do naczyń na metalowej ramie. W jednym z nich już znajdują się kawałki potłuczonej butelki. Wokół ramy jest miejsce na piętnaście butelek - szesnaście, wliczając pętlę Simona.

Panika ściska mnie za gardło. Wszystko, co Sam powiedział do swojego taty, a także słowa Gatesa - "potrzebuję ciebie do przypieczętowania procesu" - zaczynają mieć sens. W końcu rozumiem, dlaczego Rachel uciekła.

Widzący, tacy jak ja i Sam, stanowią rozwiązanie teorematu.

Kroczymy po dziwacznej granicy między życiem a śmiercią. Tak jak mówił cesarz, normalni ludzie są dla duchów jak powietrze, lecz ciała widzących są namacalne. Ta stabilność oznacza, że nasze ciało i krew mogą posłużyć do ustanowienia więzi między licznymi pętlami śmierci, czyniąc je realnymi i chroniąc przed rozpadem.

Na pewno nie pojawię się jutro na egzaminach. Dwa lata nauki i korepetycji z myślą o przyszłości, która zostanie mi odebrana.

Gates unosi rękojeść noża nad jedną z butelek, szepcze coś i uderza. Butelka pęka.

Wyczuwam w powietrzu zmianę - ostrą woń ozonu i żelaza, jakbym polizał skaleczenie wewnątrz ust. Coś obrzydliwego i poskręcanego pełznie po miedzianym łuku. Połączone pętle dygoczą, gdy wewnątrz pojawia się święta Małgorzata. Ma rozpostarte ramiona i połamane, zmiażdżone kończyny.

Gates uśmiecha się z pełną entuzjazmu pewnością. Uświadamiam sobie, że nie posłucha głosu rozsądku, nie zatrzyma się, nie zwolni, ponieważ wie, czego chce, i nie obchodzi go, kto będzie musiał za to zapłacić.

Magiczne kręgi na podłodze rozjarzają się czerwonym światłem. Wielokrotna pętla się odkształca. Rachel, Simon i święta Małgorzata wrzeszczą i ukazują się w przelocie wewnątrz ramy. Nie mogę zakryć uszu, ponieważ nadgarstek wciąż mam przytwierdzony do stołu. Sam się krzywi i również usiłuje stłumić odgłosy cierpienia, które odbijają się echem w laboratorium. Wypierają z mojego umysłu wszystkie myśli. Chcę tylko, żeby ustały.

W końcu tak się dzieje. Ich miejsce zajmuje elektryczne brzęczenie, które przybiera na sile, a potem łagodnieje i stabilizuje się.

Gates na mnie patrzy.

- Widzisz, chłopcze? Jeden z głowy, jeszcze trzynaście.

Każdy przenikliwy trzask noża uderzającego o szkło sprawia, że się krzywię. Umarli kolejno są chwytani przez miedzianą ramę i wciągani kablami do środka pętli, stopniowo budując broń.

Simon opada, ciało napina linę i zaczyna się kołysać.

Krew spływa po rękach Rachel.

Święta Małgorzata wzdycha pod ciężkimi drewnianymi drzwiami.

Przystojny młodzieniec wrzeszczy, gdy ktoś rozcina jego brzuch i wywleka wnętrzności.

Hrabia Percy pada na kolana ze strzałą w ramieniu.

Głowa Petera Rawleya zapada się, czaszka pęka.

Młoda kobieta ginie, zmiażdżona pod kołem wozu.

Lady Peckitt leży na plecach i konwulsyjnie drży.

Inge z Jorviku płacze, kiedy bicze rozdzierają jej plecy.

Dziewczynka, chuda jak szkielet, nie ma siły się poruszyć.

Sir Danville zawisa, jego kark pęka pod wpływem upadku.

Usta króla Aelle'a wykrzywia bezgłośny krzyk, gdy ktoś zrywa mu skórę z pleców, łamie i rozchyla żebra.

Cesarz Septimus Severus chwyta się za pierś z twarzą wykrzywioną cierpieniem.

Piana zbiera się w kącikach sinych ust Olliego.

Heather przyciska dłoń do brzucha, a krew sączy się między jej palcami.

Pocisk niszczy twarz pana Harrowa.

Szesnaście dusz migocze w zapętlonym strumieniu śmierci i rozpaczy, rozpadając się i odbudowując na nowo. Robi się zimniej. Elektryczne trzaski są coraz bardziej przenikliwe, niczym jęk zamęczanego silnika. Na ciałach zapętlonych duchów pojawiają się pęknięcia pełne jaskrawych iskier, wypełniają lodowate powietrze niespodziewanym żarem.

Szesnaście dusz.

Paraliżuje mnie groza. Zdaję sobie sprawę, że brakuje jednego z porwanych duchów. Gdzie jest Audrey? Do lęku dołącza żal. Została uprowadzona, ale Gates jak dotąd nie dodał jej do pętli. A jeśli już została zgładzona, tak jak Szalona Alicja i Obdarty Peter? Niemożliwe, żeby tak po prostu... zniknęła.

Gates zrywa z siebie płaszcz, bandolier i koszulę, a następnie przyciska czubek noża do piersi. Krew spływa po jego obnażonym tułowiu. Boże, wycina sobie na skórze pułapkę na duchy. Rdzawy blask pętli śmierci rozświetla jego rozemocjonowaną twarz. Ma dzikie spojrzenie, jakby był naćpany.

Rozjaśniony jaskrawym światłem bijącym od pętli, powoli rozkłada ręce. Symbole łapacza dusz nakreślone na podłodze poruszają się po okręgu jak gigantyczne koła zębate. Syk elektrycznych iskier zagłusza cichy śpiew Gatesa. Pułapka wycięta na jego piersi świeci jak końcówka zapalonego papierosa.

Jęk wypełniający powietrze staje się mniej piskliwy, a potężna błyskawica rozrywa pętlę. Gates przestaje się uśmiechać. Marszczy czoło. Zaciska usta z bólu. Unosi dłoń i strzela palcami.

Plastikowa opaska opada z nadgarstka Sama, uwalniając go.

Co do...? Próbuję coś z tego zrozumieć. Telekineza, jak u Scarlet Witch albo Jean Grey. Jak to możliwe?

Kiedy wcześniej wspominał o przytulnym gniazdku dla zbłąkanych dusz, miał na myśli coś w rodzaju opętania. Wyciął sobie pułapkę na duchy na skórze, więc czyżby usiłował uwięzić dusze w swoim wnętrzu?

Nie, nie bezpośrednio. Wyśpiewywane zaklęcia, symbole na podłodze oraz pułapka wycięta na piersi pozwalają mu przyswajać widmową energię, którą wytwarzają zapętlone duchy, a to zmienia go w jakiegoś telekinetycznego X-mana.

Oto postęp w matemagii, o którym wspominał. Nie zamierza sprzedać pętli jako broni, chce sam stać się bronią, człowiekiem o nadludzkich zdolnościach, zasilanym mocą umarłych. Jeśli już potrafi jednym ruchem palców przerwać plastikową opaskę, to do czego będzie zdolny, gdy wchłonie energię wszystkich szesnastu dusz?

Stanie się żywą bombą, zdolną burzyć miasta? Mógłby w jedną chwilę zniszczyć cały York. Wymazać setki tysięcy istnień. Zmusić rząd, do czegokolwiek zechce.

Cesarz twierdził, że kiedy mnie opęta, będzie mógł mną kierować, ale to jest coś innego, te duchy są uwięzione, sprowadzone do roli baterii. Nie mogą powstrzymać tego, co się z nimi dzieje.

- Chodź tutaj - rozkazuje Gates Samowi.

Ten chwiejnie wstaje, masując nadgarstki. Mój Boże, jego twarz wygląda koszmarnie, ale oczy płoną.

- Nie rób tego! - wołam.

- Nie mam wyboru. - Zamyka, a potem otwiera oczy. - Jeden z nas musi ustabilizować pętlę, w przeciwnym razie więzy ulegną rozerwaniu i wszystkie dusze zostaną zniszczone.

Nie rozumiem tego procesu, ale mu ufam. Jeśli jeden z nas nie wejdzie do serca pętli i nie doda do niej swojego ciała oraz krwi, by ustabilizować więzy między poszczególnymi duchami, cała pętla ulegnie rozerwaniu. To zła wiadomość dla Gatesa, ale jeszcze gorsza dla znajdujących się w nim dusz.

Za chwilę na zawsze stracę Heather i Olliego. Obdarty Peter i Szalona Alicja już zniknęli. Zostali rozerwani na strzępy. Nie mogę pozwolić, by spotkało to kogokolwiek innego.

Ten z nas, który wejdzie do pętli, zginie. Pan Harrow nie pozostawił co do tego żadnych wątpliwości. Sam przetrwał podwójne zapętlenie, ale szesnaście duchów jeden po drugim? Nic z tego.

Nie chcę umierać. Naprawdę pragnę żyć. Ktokolwiek zostanie, będzie musiał powstrzymać broń, którą stanie się Gates, gdy uwięzi w swoim wnętrzu szesnaście naładowanych energią poltergeistów. Sam jest bystrzejszy ode mnie i lepiej zna się na magii. Możliwe, że odniesie sukces.

Plastikowa opaska rozcina mi skórę, kiedy zaczynam ją szarpać.

- Ja tam wejdę! Sam, stój, ty durniu, ja to zrobię.

Sam głośno szlocha. Ignorując moje słowa, idzie w stronę Gatesa i pętli. Czy od razu zostanie rozerwany na kawałki? A może będzie musiał kolejno stawić czoło śmierci każdego z duchów, a jego własna nadejdzie dopiero w ostatniej chwili?

Chociaż nadgarstek mam śliski od krwi, nie mogę przecisnąć dłoni przez plastikową opaskę. Nie mogę się uwolnić. Nie mogę go powstrzymać. Płaczę, a łzy przesłaniają mi wzrok. Sam za chwilę umrze.

Wchodzi do kręgu symboli u podstawy miedzianej ramy i zatrzymuje się. Przez chwilę mam wrażenie, że spojrzy na mnie, żeby się pożegnać. Ale tego nie robi.

Sam leci do tyłu, oddalając się od miedzianych łuków i skwierczącej pętli. Jak to się stało? Srebrnooki stoi nad nim z wygiętymi szponami. Skąd się tutaj wziął, do diabła? Chwyta Sama za koszulę i odciąga go od Gatesa i pętli.

Rozlega się szczek. Dante mija mnie pędem i skacze w stronę Sama. Pan Broomwood biegnie w ślad za psem, ciągnąc za sobą sznurek od szlafroka. Ophelia depcze mu po piętach, a tuż za nią pani Tulliver, zdyszana i wkurzona.

Srebrnooki znika i pojawia się obok mnie. Wzdrygam się odruchowo, ale on tylko wskazuje moje więzy leniwym gestem. Opaska pęka. Wpatruję się w niego, oszołomiony i wystraszony. Nie jest poltergeistem. Tak jak one potrafi dotykać materialnych przedmiotów, ale wygląda na to, że panuje nad tą zdolnością, co powinno być niemożliwe. No i dlaczego jest taki silny?

Nakazuje mi wstać, ale nie mogę. Nie o własnych siłach. Głowa pęka mi z bólu, mam mdłości.

- Paniczu Frith! Dzięki Bogu, baliśmy się, że przybędziemy za późno. - Villiers chwyta mnie w objęcia i składa drapiący pocałunek na moim czole.

Dante kończy obwąchiwać Sama i liże mnie po twarzy, skowycząc z podniecenia. Villiers też go głaszcze, powtarza mu, że jest dobrym pieskiem, i zapewnia, że bez niego nigdy by nas nie znaleźli.

Pani Tulliver i Broomwood przynoszą Sama do mnie. Padam mu w ramiona, czuję jego włosy na swoim czole i bicie jego serca.

- Palant z ciebie, wiesz? - Łamie mi się głos.

Sam mnie obejmuje, a moje łzy moczą mu koszulę.

- Najgorszy.

- Najpierw ucieknijmy, potem będziemy się obejmować - syczy Villiers i pomaga nam wstać.

Otwierają się drzwi windy. Jest tutaj ktoś jeszcze. Ktoś żyjący. Spodziewam się, że to Mitch, i wolałbym, żeby tu nie przychodził, ponieważ może mu się stać krzywda, kiedy jednak drzwi stają otworem, na progu pojawia się Ostrzyżony. Trzyma w dłoni paskudną policyjną pałkę, ale zamiast munduru ma na sobie ciemne ubranie i długi płaszcz, tak jak Gates. Wygląda na to, że obleśni okultyści mają własny styl.

Srebrnooki staje u jego boku.

Nigdy nie widziałem, żeby duch tak się poruszał. Owszem, dusze potrafią znikać i się pojawiać, ale nigdy nie przemieszczają się tak szybko. Czym on jest?

- Calebie Gatesie, zaprzestaniesz tej dewiacji - odzywa się Ostrzyżony.

Energia w powietrzu gęstnieje, a znak pułapki na piersi Gatesa płonie jaśniej.

- Należysz do Dłoni - mówi Gates.

- Jan Liska. - Liska pokazuje tatuaż na lewym nadgarstku, a potem wskazuje Srebrnookiego. - A to jest Dusan.

- Dusan? - pyta Gates kpiąco.

- Nie pamiętał swojego imienia, więc wybrał sobie nowe, które do niego pasowało.

Dusan porusza dłońmi, a ja uświadamiam sobie, że używa języka migowego. Liska tłumaczy:

- Mówi, że może jest nas niewielu, ale mamy koneksje. Meryem wiedział, że spróbujesz pójść inną drogą.

- Meryem może się odpierdolić. To moja rodzina wszystko zapoczątkowała. - Pętla trzeszczy, z miedzianego łuku wystrzeliwuje błyskawica i trafia Gatesa, ale on nie reaguje.

- To okropieństwo zbudowano na szeptach, których nie mogliśmy uciszyć. Rachel Tussle to zaczęła. - Liska wskazuje głową Ophelię. - A chociaż miała szlachetne zamiary, tajemnice Dłoni nie służą do tego, by bawili się nimi okultyści.

- Nie chcecie pozwolić, żeby ktoś ulepszył wasze nędzne teorematy, prawda?

- Lustrzana droga jest święta i przeznaczona tylko dla dotkniętych śmiercią.

Dusan mówi coś w języku migowym, a Liska kiwa głową.

- Mówi, że chcesz zniewolić umarłych, zamiast zapłacić cenę za symbiozę i prawdziwą jedność.

- Och, jak mi przykro! - ryczy Gates. - To typowe dla Dłoni: przejmować się losem ludzkości, podczas gdy tak naprawdę liczą się tylko ci z nas, którzy mają prawdziwą moc. Powinniśmy być ich panami, a nie sługami.

- Nie jestem sługą - odpowiada Liska. - Łączy nas partnerstwo.

- Bardzo romantyczne.

- Jeśli to zrobisz, staniesz się potworem, Caleb. Niektórych kroków nie należy podejmować, nawet jeśli są możliwe. - Liska patrzy na mnie i Sama, ale kiedy znów się odzywa, zwraca się do Villiersa: - Zabierz ich obu, natychmiast. Cokolwiek się stanie, trzymaj ich z dala od apertury.

Apertury? Pewnie chodzi mu o strzelającą błyskawicami, wyłożoną miedzią pętlę. Widmową broń.

Uwięzione duchy zmieniają się w wirujący koszmar. Blada twarz Olliego krzywi się, jego usta szeroko się otwierają, a potem na jego miejscu kolejno pojawiają się Heather, cesarz i Reid Dudziarz...

Podejrzewam, że mamy mało czasu, a pętla wkrótce ulegnie rozerwaniu. Nie znam się na tym, ale słyszę coraz głośniejszy jęk, jakby układ był przeładowany.

Liska prostuje ramiona i błyskawicznie porusza nadgarstkiem. Pałka teleskopowa w jego dłoni rozkłada się na pełną długość. Gates również macha ręką, a wtedy pałka wylatuje Ostrzyżonemu z ręki, przez chwilę wiruje wysoko nad ich głowami i z grzechotem spada na blat.

Gates skacze naprzód z obnażonymi zębami i uniesioną pięścią. Liska się nie porusza, ale Dusan owszem. Zbliża się do Liski, a potem w niego wnika. Jego ciało zostaje wchłonięte w całości tuż przed tym, jak Liska przyjmuje na twarz cios Gatesa. Jego głowa odskakuje do tyłu z trzaskiem, który kojarzy się z pękającą cegłą, ale mężczyzna nie pada. Gates zadaje kolejny cios, tym razem Liska zwinnie odsuwa się w prawo, a ja mógłbym przysiąc, że ludzie nie poruszają się tak szybko. Potem obraca się i zaskakuje wytrąconego z równowagi Gatesa uderzeniem w pierś.

Villiers odciąga Sama i mnie, podczas gdy Gates pada na stojaki z butelkami i rozrzuca je na boki. Wyczuwam ducha wewnątrz Liski; jest jak cień pod jego skórą. Ich oczy lśnią srebrzyście.

Opętanie jest możliwe. Uświadamiam sobie, że właśnie tego pragnął Gates: nadludzkiej szybkości, siły i mocy, ale posunął się za daleko.

Kto kontroluje ciało, gdy Dusan jest wewnątrz Liski? Nie wiem, ale jestem pewien, że razem są silniejsi.

Powietrze gęstnieje, aż bucha magią. Kilka pozostałych butelek grzechocze na stojakach, a do tego hałasu dołączają okruchy tłuczonego szkła. Czuję dziwną, ostrą chemiczną woń. Liska upada i wygląda na to, że nie może złapać oddechu. Po chwili zrywa się na nogi, kawałki szkła lecą w stronę Gatesa, a ten je odbija.

A jeśli moc, którą Gates czerpie z pętli, by walczyć z Dusanem i Liską, sprawia, że one szybciej się rozpadają?

Właśnie o to chodzi, uświadamiam sobie. Zmuszają go do obrony, umożliwiając Samowi i mnie ucieczkę. Nie dlatego, że się o nas troszczą albo zamierzają uratować uwięzione duchy; chcą powstrzymać Gatesa przed wchłonięciem widmowej energii i staniem się żywą bronią. Próbują jak najszybciej zużyć moc pętli i wymusić jej rozpad. Heather, Ollie i pozostali przestaną istnieć.

Nie dzisiaj.

Za wszelką cenę muszę przerwać pętlę i pozbawić cały układ energii, nie krzywdząc znajdujących się w nim dusz. Musi istnieć jakieś rozwiązanie, które nie ustabilizuje teorematu ani nie wpompuje mocy w Gatesa. Ophelia powiedziała, że można uwolnić duszę z pętli, jeśli przypomni się jej, że jest martwa. Ale jak? Wewnątrz pętli śmierci ledwie pamiętam, kim jestem, więc jak mam kogokolwiek uratować?

Patrzę poza walczących Liskę i Gatesa oraz wirujące okruchy szkła. Ophelia stoi obok migoczącej pętli i wyciąga rękę w stronę swojej utraconej rodziny. Za miedzianymi łukami na chwilę pojawia się twarz Rachel, a ja mógłbym przysiąc, że patrzy prosto na mnie.

Tylko że to już nie jest Rachel.

Przez ułamek sekundy patrzę na ducha kogoś, o kim wiem, że nie jest uwięziony w pętli. Czy to jakaś sztuczka, czy mój umysł płata mi figle? Ale teraz, gdy już zauważyłem podobieństwo, nie mogę go zignorować. Chociaż jej włosy, ubranie i wszystko inne wygląda inaczej.

Ale to ona. To zawsze była ona.

A to wszystko zmienia.

- Wiem, jak to powstrzymać! - wołam do Sama, przekrzykując trzask pętli.

Sam chwyta mnie za ręce i boję się, że zamierza się sprzeciwić. Ale tylko kiwa głową.

- Co mamy zrobić?

Liczba mnoga, jakbyśmy byli drużyną.

Mógłbym go pocałować.

- Musimy wejść do wnętrza pętli, żeby uwolnić dusze. - Staram się udawać pewnego siebie. - Mogę to zrobić, ale wtedy zapomnę, kim jestem. Zawsze tak się dzieje. Dlatego kiedy tam będziemy, musisz pomóc mi pamiętać.

- Dobrze - odpowiada Sam, jakby to było całkiem proste. Ściska mocniej moją dłoń. Cholera, ale jest odważny.

Villiers się krzywi.

- Panicz Liska wyraźnie ostrzegał, że nie wolno wam tam wchodzić.

- Umrzecie - dodaje pani Tulliver, a Broomwood w tej samej chwili woła, że jestem idiotą.

Ryzykujemy, że damy Gatesowi przewagę, ale jeśli mam rację, nie będzie to miało znaczenia.

- Zaufajcie mi - odpowiadam.

Villiers patrzy na pętlę z rozpaczą na twarzy, a potem kiwa głową.

- Niech Bóg was chroni i błogosławi.

Nie puszczamy się biegiem, tylko przemykamy wzdłuż ścian pomieszczenia. Sam wzdycha, gdy latający kawałek szkła rozcina mu czoło. Ociera krew i idziemy dalej.

Liska zaczyna krzyczeć. Dusan porusza się pod jego skórą. Ponownie wrzeszczą na nas, a ich srebrne oczy są spanikowane i wściekłe. Gates odrzuca ich do tyłu. Za kilka sekund dotrzemy do pętli. Elektryczność przenika moje kończyny, ale czuję tylko lekkie mrowienie. Najbardziej dokucza mi chłód. Z naszych ust wydobywają się gęste białe obłoki.

Coś uderza mnie w pierś i nie mogę dalej iść. Sam także się chwieje. Mam wrażenie, że powietrze zgęstniało i trudno się przez nie przebić. Dlaczego?

Liska i Dusan. Wyciągają w naszą stronę rękę ze zgiętymi palcami, jakby nas trzymali. Kiedy Gates wykonuje gwałtowny ruch, ciśnienie zmienia się w żar, od którego powietrze wokół nich zaczyna kipieć. Blokują atak, ale zalewają się potem, krew spływa im po twarzy, a zęby zaciskają się w skupieniu.

Trafia w nich coś metalicznego - poskręcane resztki stojaków. Sam i ja zataczamy się do przodu, kiedy Dusan oddziela się od Liski i skacze w naszym kierunku. Popycham Sama naprzód. Moje piekące dłonie uderzają o podłogę, łagodząc upadek.

Podnoszę głowę i szukam wzrokiem Sama. Jestem oddalony o metr od miedzianych łuków, ale Sam wylądował na kręgu symboli otaczających podstawę pętli. Dusan chwyta moją lewą protezę. Wierzgam nogą, ale nie mogę się uwolnić.

Pozostawiony samemu sobie Liska zbiera potężne baty. Bez siły i szybkości Dusana nie może się równać z Gatesem, a ja uświadamiam sobie, że jest gotów oddać życie, by go powstrzymać. Ciąży mi ta świadomość, ale nie mam czasu wyjaśniać swojego planu.

Dusan ciągnie mnie za nogę i oddalam się od pętli. Nie!

Nagle pojawia się Villiers, otacza ramieniem szyję Dusana i odrywa go ode mnie. Dusan migocze i znika, a następnie pojawia się za Villiersem i wyrzuca go w powietrze. Ale miejsce Villiersa zajmują Broomwood, Ophelia i pani Tulliver, którzy rzucają się na Dusana.

- Idź! - woła Broomwood.

Sam dźwiga mnie z podłogi. Nasze ciała przebijają powierzchnię pętli. Kiedy wpadamy w kłębowisko fragmentów utraconego życia, słyszę triumfalny okrzyk Gatesa, a potem cały świat wypełnia wrzask.

Lodowate igły przeszywają mnie do szpiku kości, bolą mnie zęby, a usta pękają. Dłonie drapią moją twarz i chwytają mnie za włosy. Przetaczam się i wstaję.

Jestem sam na ulicy. To York, znajome budynki pozbawione współczesnych witryn, żadnych reklam, migoczących świateł ani samochodów. W powietrzu czuję woń jesieni i nawozu. Obserwuje mnie młoda kobieta o zmęczonej życiem twarzy. Millie. Idę w jej stronę. Słyszę huk wozu jadącego po bruku. Coś odrzuca mnie do tyłu.

Nie, raczej pociąga.

Mężczyzna o kwaśnym oddechu rozrywa moją wełnianą sukienkę. Znam go i nienawidzę. Nazywa mnie zdrajczynią, dziwką, wiedźmą. Inge ściska moją dłoń i zaciska zęby, gdy bat opada po raz pierwszy.

Sunę przed siebie na kolanach. Ziemia pod moimi palcami zmienia się w delikatny len, mokry od potu. Wokół mnie unosi się kwaśny smród choroby i starości, umierającego ciała. Czuję ciężar w płucach, mam chrapliwy oddech, a temu uciskowi towarzyszą strach i smutek.

Zrywam z siebie pościel. Jestem tutaj po to, by kogoś znaleźć.

Sznur drapie mnie po twarzy, gdy kat wsuwa mi pętlę przez głowę.

Nie! To ich śmierć, nie moja. Opadam w ciemność i ląduję na parkingu przed szpitalem. Jestem wyczerpana i płaczę, ponieważ ten dzieciak umrze i to moja wina. Nie zauważam mężczyzny, który wychodzi z krzaków za kładką, dopóki ten nie zadaje ciosu. Piecze mnie dłoń. Przez moje ubranie przesącza się coś ciepłego i mokrego. Słyszę, jak wrzeszczy... a może to ja?

Przyciskają mnie czyjeś dłonie. Leżę w lesie na skraju otwartego pola pełnego gnijących ciał. Nade mną krąży stado wron, które co jakiś czas pożywiają się zwłokami. Jestem sparaliżowany strachem, moje nadgarstki i kostki są związane, nie mam koszuli, obnażona skóra jest poobcierana. Tną mnie powoli, czuję ostry ból po obu stronach kręgosłupa. Za chwilę zerwą ze mnie skórę, kolejno wyłamią żebra... Nie przeżyję.

Wiatr liże moją spoconą twarz. Czuję ogień i wiem, że płonie moja jedyna nadzieja. Nie powinienem był tu przychodzić. Nie jestem wystarczająco silny. Nigdy nie byłem.

Czyjeś usta przywierają do moich, tak mocno, że zaczynam krwawić. Sól i żelazo. Sznur ześlizguje się z moich nadgarstków. Mam wolne stopy i wchodzę do lasu, kurczowo przytrzymując się Sama, tonący dzieciak szukający suchego lądu. Jego dłonie palą mnie przez ubranie.

- Charlie - szepcze, ścierając kciukiem łzę z mojego policzka.

Nie jestem królem zwanym Aelle'em ani mężczyzną zwanym Simonem. Nie jestem kobietą o imieniu Heather ani dziewczynką o imieniu Millie.

Jestem Charlie i jeszcze nie umieram.

Musisz pomóc im pamiętać.

Biorę Sama za rękę.

- Musimy znaleźć Rachel.

Czas się zagina, ale teraz już nad nim panuję. Pętla słucha moich poleceń. Dymiące drzewa i mokre pole bitwy zmieniają się w ruiny Saint-Lô. Rachel, pochylona do przodu, patrzy na nas oczami o czerwonych obwódkach. Czy to naprawdę ona? Padam na kolana, odgarniam jej włosy z czoła i widzę w jej rysach inną twarz.

- Audrey! - syczę i delikatnie nią potrząsam. - Audrey, to ja, Charlie.

Kaszle.

- Mam na imię Rachel...

- Wiem, wiem, ale teraz nazywasz się Audrey. - Klęczę w kałuży krwi. Mojej własnej? Jej? To bez znaczenia. - Uciekałaś przed tymi facetami, cały czas zmieniałaś tożsamość, a kiedy umarłaś, instynktownie wciąż czułaś potrzebę, żeby się ukryć. Na jakiś czas stałaś się kimś innym, na wypadek gdyby nadal cię szukali.

Duchy pamiętają siebie samych. Ich ubrania i wygląd są wzorowane na tym, kim były za życia. Jeśli mają wystarczająco dużo kontroli i świadomości, potrafią zmieniać wygląd, tak jak Ophelia, gdy zerwała więzy. Rzadko jest to tak dramatyczna zmiana jak w wypadku Rachel, ale nie znam duszy, która byłaby bardziej od niej świadoma bolesnych stron bycia człowiekiem.

- Charlie! - W głosie Sama pobrzmiewa panika. Mroczne cienie gromadzą się w kącie i przyjmują postać dwóch mężczyzn. Saundersa i Harrowa.

- Tak naprawdę ich tu nie ma - mówię, choć nie jestem pewien, czy zwracam się do Sama, Rachel, czy może próbuję uspokoić siebie. - To tylko wspomnienie.

Ręce Sama znów zaczynają krwawić. Jestem tylko częściowo świadomy gorącej wilgoci na swoich poranionych plecach.

- Umarłaś tutaj - mówię. - Ci mężczyźni cię zamordowali.

- Nie - odpowiada Rachel, zaciskając powieki.

- Tak! Posłuchaj mnie, proszę. Już przez to przechodziliśmy, ale byłem wtedy tylko dzieckiem. Wpadłem w twoją pętlę w Saint-Lô. Byłem wystraszony, pamiętasz?

- Krzyczałeś na mnie.

- Tak. Pamiętasz, co mówiłem?

Otwiera oczy. Są opuchnięte od płaczu.

- "Nie żyjesz, ty nie żyjesz, nie żyjesz!"

- Nie... żyjesz. - Wypowiadam na głos oba słowa. - Myślałem, że Audrey wyciągnęła mnie z twojej pętli, ale to ty jesteś Audrey. Ocaliłem cię, ale byłem tak wystraszony, że odepchnąłem od siebie wspomnienia o tym, co się wydarzyło. Wróciłaś ze mną do Yorku, pamiętasz? Pewnie po to, by strzec laboratorium swojego taty...

- Chciałam ci wszystko powiedzieć, ostrzec cię i poprosić, żebyś poszedł do kaplicy - mówi Rachel, a ja mam wrażenie, że dostrzegam w jej twarzy i głosie przebłyski Audrey. - Wtedy wreszcie dowiedziałabym się, co się z nim stało. Ale nie byłeś gotowy, Charlie, ja chyba też nie. To nie było bezpieczne. Nigdy nie wolno używać teorematu odnowienia, nawet...

- Ktoś go użył, właśnie znajdujemy się wewnątrz wielokrotnej pętli. Wiedziałaś, że to się może stać, więc zostawiłaś mi wiadomość, bym pamiętał Saint-Lô, pamiętał tę chwilę i to, że cię uwolniłem. Dlatego wróciłem i mówię ci to samo co wtedy, że nie żyjesz, Rachel Tussle, nie żyjesz, a to oznacza, że jesteś wolna.

- Jestem wolna - szepcze. - Wszyscy jesteśmy wolni.

Oboje wstajemy. Inne postacie wchodzą do piwnicy, zbierają się niczym cienie, ich twarze są rozciągnięte i nieobecne. Są tutaj Ollie i Heather, a obok nich Mała Beth. Pan Harrow staje obok syna z mieszanką dumy i żalu na twarzy. Sam wpatruje się w niego ze łzami w oczach, a potem bierze mnie za rękę. Ściskam ją i czuję się silniejszy.

- Nie żyjecie - mówię im wszystkim. - To pułapka, którą zbudowano, by ukraść i wykorzystać waszą energię. Człowiek, który ją wam odbiera, skrzywdzi innych ludzi, ale żadne z was nie musi tutaj zostać.

- Ja muszę - odzywa się pan Harrow. - To mój projekt, moje dziedzictwo.

Pozostałe dusze kłębią się wokół nas, zagubione i wystraszone. Mała Beth wybucha płaczem, gdy pętle zaczynają się zmieniać, ceglane ściany znikają, ukazując sterty szmat na drewnianej podłodze, krew skapującą na wilgotne liście, brukowaną ulicę, łoże z baldachimem i grubymi zasłonami, jasno rozświetloną komnatę, a barwy tych wszystkich miejsc wirują i łączą się ze sobą.

- Charlie, widzę laboratorium - odzywa się Sam.

Ma rację. Granice tego miejsca się rozciągają. Wyczuwam otaczające nas pomieszczenie i postacie, które poruszają się poza zarysami miedzianych łuków.

Podarte ubranie Rachel zmienia się w elegancko skrojoną spódnicę, jej twarz staje się pełniejsza, usta czerwienieją. Ma teraz jaśniejsze włosy, które układają się w idealne fale.

Na jej ustach pojawia się uśmiech Audrey.

- Charlie, przypomniałeś sobie.

Kiwam głową.

- Ty też.

- Dziękuję.

- Następnym razem nie bądź taka tajemnicza, dobrze?

- Nie mam więcej sekretów. - Odwraca się do stojącej wokół nas grupki. - Przytrzymajcie widzących.

Wyciągają się ku nam ręce. Heather stoi po mojej jednej stronie, Ollie po drugiej. Audrey zauważa swojego ojca i ponownie upodabnia się do Rachel. Całkowicie panuje nad wyglądem; nigdy nie widziałem czegoś takiego u żadnego ducha. Razem z Simonem biorą Sama za ręce. Ollie chwyta Millie, ta z kolei łapie Reida Dudziarza, a on obejmuje Małą Beth. Dłoń Rawleya spoczywa na moim ramieniu. Hrabia Percy ze zdesperowaną miną ściska mój rękaw. Pozwalam mu. Pozostali Zapleśniali Starcy mruczą coś pod nosem i spierają się ze sobą.

- Trzymajcie się! - wołam do nich.

Światło przecina moje pole widzenia. Za nim dostrzegam białe płytki i lśniący chrom laboratorium. Patrzę na Sama, upewniając się, że jest gotowy, a potem razem wychodzimy z pętli, prowadząc za sobą umarłych.

Nie wszyscy za nami podążają.

Wszystko dzieje się jednocześnie.

Wychodzimy z pętli, która rozpada się przy wtórze wyładowania widmowej energii. Słyszymy urywane okrzyki z innego świata, gdy umarli przemykają obok nas i skręcają się jak sploty liny, by wniknąć w Gatesa. Jego ciało unosi się nad podłogę, na której jeszcze przed chwilą leżał nieruchomo. Jego oczy i usta szeroko się otwierają, jakby wrzeszczał.

Miedź pęka, iskrzy, skwierczy, rozświetla się i pulsuje, a ja lecę do przodu i wpadam na Sama. Gates unosi się metr nad podłogą. Zagubione dusze wiją się pod jego skórą, przebłyski widmowej energii wypełniają powietrze wonią metalu i soli. Jego oczy lśnią srebrzyście. Fale mocy przenikają jego ciało.

Nie! To nie powinno się dziać. Nie umarliśmy. Uwolniliśmy duchy i rozerwaliśmy wielokrotną pętlę. Heather jest tutaj, podobnie jak Ollie, Rawley, Millie, hrabia Percy, Mała Beth i Reid Dudziarz. Villiers i Reid trzymają się w objęciach i namiętnie całują. Ophelia przytula Rachel i Simona.

Ale nie ocaliliśmy wszystkich.

Sam dygocze, jego ubranie jest przesiąknięte krwią. Spuszczam wzrok. Moje również. Całe plecy mam lepkie. Krwawiliśmy wewnątrz pętli. Najwyraźniej taka ilość krwi widzących wystarczyła, żeby ustabilizować teoremat, a układ otrzymał odpowiednio dużo energii. Pan Harrow wybrał swój projekt zamiast wolności, a większość Zapleśniałych Starców była zbyt uparta, by za nami podążyć.

Teraz stali się czymś straszliwym.

Gates patrzy na swoje ręce, jakby był noworodkiem, który po raz pierwszy ogląda świat. Szczerzy się rozpaczliwie i składa dłonie, a wtedy zmienia się ciśnienie powietrza. Czuję, że za chwilę wybuchną mi bębenki. Rozkłada ramiona i fala uderzeniowa przetacza się przez pomieszczenie, przygniatając Sama i mnie do podłogi, rozbijając szafki, wyrywając uchwyty i roztrzaskując drzwi w drzazgi.

Gdzie są Liska i Dusan? Nie widzę ich.

Metalowy uchwyt leci w kierunku mojej twarzy. Heather rzuca się naprzód. Nierdzewna stal odbija się od jej ręki i uderza o ścianę, niszcząc kafelki.

- Jasna cholera - mówi zdumiona Heather, a potem się śmieje.

Jest poltergeistem - wszystkie duchy, które uwolniliśmy, stały się poltergeistami, przynajmniej na jakiś czas.

Gates drży, być może ma trudności z utrzymaniem w sobie duchowej energii. Kafelki odrywają się od ścian. Zygzaki pęknięć przecinają sufit. Cały budynek jęczy.

- Heather, wyprowadź chłopców! - woła Rachel.

- A co z tobą? - pytam.

- Tata i ja musimy to skończyć.

Ophelia splata palce z palcami Simona.

- Kiedy zabraknie ci sił, zaczerpnij mocy ode mnie i doprowadź to do końca.

Simon ujmuje jej twarz w obie dłonie.

- Nie ty, kochanie.

- Jesteśmy rodziną - odpowiada. - Zrobimy to razem.

Rachel chwyta ją za drugą rękę ze smutnym, ale zdeterminowanym uśmiechem. Jest taka dzielna.

- Na mnie też możecie liczyć. - Rawley wbija wzrok w Gatesa. - Szkoliłem go, kiedy był dzieckiem, więc jestem za niego odpowiedzialny.

Cztery poltergeisty idą w stronę Gatesa, trzymając się za ręce, a podłoga faluje pod ich stopami. Ciśnienie gwałtownie rośnie. Stół skręca się i skrzypi. Sufit pęka.

Po prawej stronie laboratorium ktoś krzyczy obok windy. Dusan pomaga Lisce wstać z... o cholera. Strzaskane zwłoki Liski leżą pod powyginanymi metalowymi stojakami. Jego duch kurczowo trzyma się Dusana.

- Hej! - wołam do nich.

Dusan coś do nas miga. Nie wiem, co dokładnie mówi, ale rozumiem, co pokazuje palcem. Każe nam wyjść.

Chcę powiedzieć, że przykro mi z powodu śmierci Liski, ale oni już nas mijają i ruszają na spotkanie Gatesa. Liska się wyprostował, panuje nad sobą i wygląda na mniej oszołomionego. Podejrzewam, że walka jest dla niego czymś tak naturalnym, że nawet śmierć nie jest w stanie go powstrzymać.

Ollie krzyczy ostrzegawczo. Rzucam się na Sama, próbując osłonić go przed ostrymi wirującymi kafelkami, które lecą w naszą stronę. Ale Ollie podnosi ręce, kierunek prądu się zmienia i kafelek eksploduje w obłoku drobnego pyłu.

- Widziałeś? - pyta radośnie. - Jestem jak jeden z Avengersów.

- Nie powinniśmy dłużej tu zostawać - mówi Millie.

- Słyszeliście, co powiedziała. Wynocha! - woła Heather.

Sam i ja chwiejnym krokiem zmierzamy do windy, podpierając się nawzajem. Jeśli wysiadł prąd, będziemy mieli przechlapane. Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale żałuję, że w tym budynku nie ma schodów. Wszędzie wokół latają szczątki, ale Heather, Ollie i pozostali nas osłaniają. Fruwające kawałki miedzi, drewna i kamienia rozpadają się na niegroźne fragmenty bądź zmieniają kierunek, umożliwiając nam bezpieczne przejście.

Zerkam na zniszczoną pętlę i zauważam sześć duchów, które otaczają Gatesa. Z ich złączonych dłoni unosi się dziwny dym. Powietrze wokół nich lśni oślepiającą bielą.

Cegły pękają. Beton się kruszy. Pył wypełnia mi usta i opada na twarz. Ból przeszywa moje plecy. Kaszlę. Sam wtacza się na mnie i również zanosi się kaszlem. Prawie nie mamy czym oddychać. Ziemia się porusza. Z krzykiem ślizgamy się po cegłach i kamieniach, a potem zatrzymujemy się, głośno dysząc.

Dom Sama chyba właśnie zawalił nam się na głowy.

- Heather? - wykrztuszam, plując pyłem, który pokrywa mój język.

Jest nad nami i unosi ręce, jakby podtrzymywała kulę ziemską.

- Pchajcie do góry! - woła. - Utrzymujcie poduszkę powietrzną!

Ollie, Millie, Reid Dudziarz i Mała Beth znajdują się u jej boku. Cegły się poruszają. Światło przygasa, ale wciąż widzę ich twarze. Wytężają nowo zdobytą siłę, by uchronić nas przed zmiażdżeniem.

- Nie... wytrzymam... dużo... dłużej - sapie Reid.

- Charlie - szlocha Sam. - Moje ramię... nie czuję palców.

Jego płytki oddech ogrzewa mi szyję. Coś wbiło się w rany na moich plecach i sprawia mi potworny ból. Próbuję lekko się poruszyć, a Sam krzyczy.

No dobrze, żadnych ruchów.

- Trzymaj się - mówię. - Nic nam nie będzie.

Głupie kłamstwo. Gruzy się poruszają i przesłaniają resztkę światła. W ciemności nikt nie mówi tego, co oczywiste, ale słyszę w myślach głos Leonie, która wszystko nam wykłada: wzmocnienie widmowej energii nie trwa długo, gdy poltergeist już zostanie uwolniony z butelki.

Wkrótce ich pożyczona siła się wyczerpie i Heather, Ollie oraz pozostałe poltergeisty znów staną się zwyczajnymi duszami, a ich duchowe ciała będą przenikały przez materię. Wtedy zagłębienie, w którym się znajdujemy, zapadnie się i nas zmiażdży.

- Zaczerpnij ode mnie, paniczu Reid - odzywa się Villiers w zapylonym mroku.

- I ode mnie. - To Broomwood; rozpoznaję jego kojący głos, który słyszałem podczas wielu wieczornych tyrad.

- Jeśli oddacie za wiele, zupełnie osłabniecie - ostrzega Ollie. - Powrót do pełni sił może wam zająć kilka wieków.

- Nic nas to nie obchodzi - odzywa się pani Tulliver.

- Będzie bolało - mówi Heather zdenerwowana, a ja uświadamiam sobie, że zna to cierpienie. Wiedziałem, że duchy mogą krzywdzić się nawzajem, ale nie miałem pojęcia, że mogą także przekazywać sobie energię lub esencję. Albo odbierać ją siłą. Czy właśnie to zrobili jej Zapleśniali Starcy, gdy uznali, że wyszła przed szereg i powinna zostać ukarana? Czy to dlatego znikała na całe dni, a nawet tygodnie? Ponieważ nie miała siły, żeby funkcjonować?

- Weź po trochu od wielu dusz - odzywa się jakiś głos nad nami. Nie wiem, kto to; rozpoznaję głos, ale nie potrafię go z nikim skojarzyć.

Nagle rozlegają się kolejne głosy, dziesięć, dwadzieścia albo więcej, a wszystkie zapewniają o swoim wsparciu i zachęcają, by zaczerpnąć ich energii. Wyczuwam je; to jak delikatne mrowienie na plecach i w dłoniach. Mam nadzieję, że to oznaka szóstego zmysłu, a nie objaw jakiejś poważnej kontuzji.

Wyobrażam sobie widmowe dłonie, które sięgają przez cegły i beton wokół nas, by użyczyć Heather i pozostałym siły niezbędnej do podtrzymania sufitu i niewielkiej poduszki powietrznej, dzięki czemu Sam i ja możemy przeżyć.

Łzy mieszają się z pyłem i krwią na moich policzkach. Duchy Yorku przybyły nam z pomocą.

Maaaamooo! - Piskliwy głos odzywa się w moim uchu. - Budzi się!

Leżę na oddziale siedemnastym z kroplówką w dłoni - płyny, antybiotyki, być może także środki przeciwbólowe. Poppy siedzi na krześle obok łóżka. Chwytam ją w objęcia. Słyszę tupot i czuję nowy ciężar przy boku, gdy Lorna wspina się na łóżko obok siostry. Nie zamykają jej się usta.

Nie odpowiadam. Nie jestem w stanie. Muszę zignorować ból i przytulić siostry, ponieważ jeszcze nigdy tak mnie nie ucieszył widok tych bachorów.

- Pomóżcie mi - odzywam się w końcu. - Chciałbym usiąść. - Bawią się przyciskami kontrolnymi i górna połowa mojego łóżka powoli się podnosi. Jestem tak zesztywniały, że prawie nie mogę się poruszać. Kiedy próbuję, mam wrażenie, że całe ciało, od szyi po żebra, jest napięte i zaskorupiałe.

- Ostrożnie, założyli ci szwy na plecach, skóra jest jeszcze bardzo podrażniona. - Heather przenika zasłony otaczające moje łóżko. Materiał się nie porusza, a więc moce poltergeista zniknęły.

Otwieram dłoń i splatamy palce. Na jej ustach gości uśmiech, w którym kryją się duma, miłość oraz cała nasza wspólna historia.

- Przebaczysz mi, Charlie?

Powstrzymuję łzy.

- Jeśli ty zdołasz mi przebaczyć.

Lorna marszczy czoło.

- Twoi niewidzialni ludzie tutaj są?

Waham się. Heather unosi brew. Przypominam sobie, jak dziewczynki wspomniały, że potrafią wyczuwać duchy, ale teraz nie mam siły myśleć o tym, co to właściwie znaczy.

- Tylko jedna z nich - odpowiadam, cały czas patrząc Heather w oczy. - Nazywa się doktor Heather Noble i uratowała mi życie. Można powiedzieć, że jest superbohaterką.

Lorna się szczerzy.

- Ale czad.

- Na zewnątrz jest ich dużo więcej - szepcze Poppy.

- Więcej duchów? - pytam.

- Znasz Broomwooda. - Heather wzrusza ramionami. - Zebrał nie lada ekipę, która przyszła ci z pomocą. Potem wieści się rozniosły i teraz niemal wszystkie duchy w Yorku wiedzą, co ty i Sam dla nich zrobiliście. Nic dziwnego, że się tobą interesują. Wolne dusze od wielu godzin ściągają do szpitala. Ollie i Dante stoją na zewnątrz i przypominają tym hordom, żeby nie wchodziły na oddział i dały ci trochę przestrzeni.

- Gdzie jest Sam?

- Mama wynajęła mu prywatną salę w dalszej części korytarza. Villiers i Reid strzegą wejścia.

- Jest ranny? - pytam z troską. - Jego ramię...

Heather poprawia smycz, na której wisi jej szpitalny identyfikator. Kiedy się odzywa, przemawiają przez nią profesjonalizm i wiedza doświadczonej lekarki:

- Poza obrażeniami szyi, które wskazują na częściowe powieszenie, złamanym nosem i głębokimi nacięciami na obu rękach doznał przedniego przemieszczenia prawego ramienia oraz skomplikowanego złamania prawego przedramienia. Wczoraj poddano go operacji w celu nastawienia kości i zszycia skóry. Obyło się bez komplikacji. Jego stan jest stabilny.

Poprawiam się na łóżku i krzywię się, kiedy ból przeszywa moje plecy.

- Mogę się z nim zobaczyć?

Heather pochmurnieje.

- Potrzebuje... trochę czasu. Dopiero co stracił tatę. Dwukrotnie. Poza tym jest na silnych lekach przeciwbólowych. To dla niego duże obciążenie.

Rozumiem. Nie da się tak po prostu zapomnieć o wszystkim, co widział i zrobił oraz co jemu zrobiono. Ale... co, jeśli już zawsze będzie się czuł tym przytłoczony? Jeśli będzie chciał odejść i o mnie zapomnieć? Jestem gotów zerwać się z łóżka i pobiec korytarzem, niezależnie od tego, ile tam czeka duchów, ale nie mogę go zmusić, by się ze mną spotkał, jeżeli tego nie chce. Wszyscy mamy jakieś granice i muszę je uszanować, nawet jeśli sprawia mi to ból.

Ktoś gwałtownie odsuwa zasłonę przy moim łóżku. Mama. Całuje mnie w czoło.

- Dzięki Bogu, dzięki Bogu. - Ponownie mnie całuje. - Tata już jedzie, zostawi twoich kuzynów u Chrissie. Tak, tak, wróciła do domu, dobrze reaguje na leczenie. Jak się czujesz? Mam zawołać pielęgniarkę? - Zmartwienia pogłębiły kurze łapki przy jej oczach. Będzie teraz rozmyślała o tym, że ponownie o mało mnie nie straciła.

- Kocham cię, mamo, i przepraszam.

- Och, Charlie, ja też kocham cię do szaleństwa. Nie przepraszaj, to nie twoja wina. Dzięki Bogu, że cię wykopali, zanim... - Szlocha, przyciska czoło do mojej dłoni, a potem kręci głową. - Policja pokpiła sprawę. To wszystko było nieporozumieniem, wcale nie jesteś podejrzany. Teraz utrzymują, że nawet nie wysłali do nas funkcjonariusza.

To ma sens. Jan Liska użył munduru, żeby do nas dotrzeć i wzbudzić zaufanie, ale nie pracował dla policji. Jego i Dusana wysłała Dłoń, kimkolwiek oni są.

- Hej, popatrzcie, kto się obudził. - Jest i tata. Wchodzi do sali i już po chwili mierzwi mi włosy i całuje mnie w czubek głowy. Łzy lśnią mu w oczach. Obejmuję go z całych sił, starając się nie rozerwać szwów, i przez chwilę się przytulamy.

- Czy ktoś ma kartkę i długopis? - pytam, kiedy już się od siebie odrywamy.

- Do czego są ci potrzebne? - dziwi się mama.

- Muszę napisać bardzo surowy list dotyczący właściwego dbania o róże ogrodowe.

- Jesteś pewien? - pyta Mitch.

Kładę mu rękę na ramieniu, uważając, żeby nie strącić kryptosoczewek, a następnie opadam na skraj materaca.

- Tak, stary. Zróbmy to.

Zasłona otaczająca moje łóżko jest do połowy zaciągnięta, więc drugą ręką obejmuję Olliego i obaj pomagają mi wstać. Krzywię się, kiedy szwy się napinają.

- Stoisz stabilnie? - pyta Leonie. Wydaje się, że dzisiaj czuje się dużo lepiej, ale jest niespokojna. Wzdryga się, gdy słyszy głośne hałasy, a Mitch mówi, że śpi przy zapalonym świetle, jeśli w ogóle udaje jej się zasnąć.

Kiedy krzywię się i kiwam głową, puszczają mnie. Stawiam krok na próbę. Czuję ból w całym tułowiu, ale jestem w stanie chodzić w protezach.

Według oficjalnej wersji, nieważne, jak idiotycznie to brzmi, odniosłem obrażenia, gdy przygniótł nas dom Sama. Przyczyną katastrofy był powolny wyciek gazu. Nastąpił jego zapłon, co naruszyło fundamenty i spowodowało zawalenie się budynku oraz części sąsiedniej nieruchomości.

To stek bzdur, więc podejrzewam, że kolejny z członków Dłoni zajął się zamieceniem tej sprawy pod dywan. Ollie uważa, że ktoś wkrótce przyjdzie z nami porozmawiać, ale jak dotąd nikt, żywy ani umarły, nie dostarczył nam żadnych odpowiedzi.

A ja bardzo chciałbym je poznać. Według gazet były trzy ofiary śmiertelne: biznesmen milioner Francis Lish Harrow, jego pracownik Caleb Gates oraz jakiś niezidentyfikowany mężczyzna. Liska.

Straciliśmy ludzi. Dobrych, dzielnych ludzi. Liska, Dusan, Peter Rawley, Rachel, Simon, Ophelia, wszyscy odeszli. Według Heather nie zostali rozerwani na strzępy, ale rozpuszczeni. Ich świadomość, czy jakkolwiek nazywa się to, z czego składają się duchy, rozpłynęła się po całym mieście. Kiedyś wrócą, poskładają się w jedną całość, ale to może trwać całe moje życie.

Gates nie żyje, lecz w moim świecie śmierć nie oznacza końca. Jeśli jego duch przetrwał, muszę to wiedzieć.

Ale najpierw chcę się zobaczyć z Samem.

Być może już nie chce być moim przyjacielem, a tym bardziej kimś więcej. Wiem, że nie powinienem wywierać na nim presji, ale moje koszmary zamiast przestać mnie dręczyć, stały się jeszcze gorsze. Muszę osobiście sprawdzić, czy nic mu nie jest. Potem dam mu spokój.

Mitch otwiera dla mnie drzwi oddziału. Kiedy tylko wychodzę na korytarz, staję jak wryty, jakby ktoś zdzielił mnie pięścią.

A niech mnie diabli. Heather nie żartowała. Na korytarzu nadal roi się od umarłych, zarówno młodych, jak i wiekowych - jest kilku rowerzystów, mężczyzna pokryty ceglanym pyłem, kobieta w eleganckim żakiecie. Roderick ze Snickleway Inn gawędzi z grupką zakonnic. Widzę szlachciców w kryzach, mężczyznę w pełnej zbroi, kobiety o potarganych włosach i policzkach pokrytych różem, zmarłych pacjentów w szpitalnych koszulach, pielęgniarkę ze staroświeckim zegarkiem przypiętym do fartucha, nastolatków w podartych jeansach i converse'ach oraz wielu innych.

Wszyscy jak jeden mąż odwracają się i wbijają we mnie wzrok, a rozmowy cichną. Zaciskam pięści i próbuję się wyprostować.

- Zróbcie miejsce - grzmi Ollie. - Idzie szlachetny obrońca bezcielesnych.

Roześmiałbym się, gdybym nie był tak oszołomiony. Kiedy duchy usuwają się na bok, pozwalając mi przejść, lekarze, sanitariusze i pacjenci przenikają przez nie, ale już nie czuję się nieswojo, gdy patrzę, jak oba światy - żywych i umarłych - mieszają się ze sobą.

Duchowe dłonie wyciągają się, by mnie dotknąć, ale są delikatne, a nie natarczywe. Ostrożnie sięgam w ich stronę. Pełne wdzięczności szepty zmieniają się w serdeczne wiwaty. Jakiś staruszek chwyta moją dłoń obiema rękami. Kobiety dygają, jedwab i wełna szeleszczą. Niektórzy kłaniają się z dłonią na sercu.

Tkwię gdzieś pomiędzy odrętwieniem a rozgorączkowaniem. Nie płacz. Nie płacz, napominam się. Trudno to wszystko przyswoić. Próbuję powstrzymać drżenie.

Pani Tulliver jest tuż przed nami. Zatrzymuję się i ją witam. Rumieni się z zadowolenia. Kiwam głową do Rodericka, elżbietańskiego barmana, i szepczę słowa podziękowania do innych duchów, które ofiarowały cząstkę siebie, żebyśmy mogli bezpiecznie doczekać, aż odkopią nas strażacy i sanitariusze. Gdzieś w środku czuję nieśmiałą nadzieję, że być może już nie będę musiał tak bardzo się bać.

Żywa pielęgniarka zatrzymuje mnie przed drzwiami pokoju Sama.

- Przepraszam, ale to prywatna sala. Kim jesteś?

Czuję ucisk w piersi.

- Charlie. Jestem przyjacielem Sama.

- Przykro mi, tylko rodzina ma wstęp.

- Jesteśmy rodziną - odzywa się głos za drzwiami.

Pielęgniarka otwiera salę. Sam nie śpi; siedzi oparty o poduszki, a Seamus, kot pani Tulliver, leży na jego stopach.

- To mój potajemny chłopak.

Prawie krztuszę się ze śmiechu. Budzi się we mnie ciepłe, łagodne uczucie, jakby ktoś podmuchał na przygasające węgle.

Przyjaciele zostają za drzwiami, które zamykają się, oddzielając mnie od natłoku entuzjastycznie nastawionych duchów. Patrzę na Sama. Ma spuchnięty nos i sińce pod oczami. Jedną rękę okrywa bandaż, druga tkwi w grubym gipsie, z którego sterczą metalowe pręty połączone z obręczą na przedramieniu.

Wpatruje się we mnie, jakby już nigdy nie chciał spuścić mnie z oczu.

- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że przyszedłem - dukam. - Wiem, że chciałeś mieć trochę przestrzeni...

- Chodź tutaj. - Klepie dłonią w łóżko i lekko się krzywi, gdy przesuwa się, by zrobić mi miejsce.

Sadowię się obok niego i ostrożnie do niego przywieram, opierając głowę na jego zdrowym ramieniu, dzięki czemu nie muszę się kłaść na poranionych plecach. Seamus otwiera jedno oko, zerka na nas, a potem odwraca się na drugi bok i zasypia.

- A więc wolisz koty - zauważam.

- Wyszło na to, że mnie adoptował - odpowiada Sam.

- Dantemu się to nie spodoba.

Cisza. Nie przerywam jej, tylko pozwalam, żebyśmy po prostu istnieli we dwóch.

Wydaje mi się, że słyszę jego szept, więc przekręcam głowę. Sam płacze bezgłośnie, łzy spływają mu po opuchniętych policzkach. Nie mówię, że wszystko będzie w porządku i wyjdzie z tego silniejszy, ponieważ żałoba nie działa w taki sposób. Mogę tylko trwać przy nim, jeśli będzie mnie potrzebował. Jeszcze przez chwilę milczy. Daję mu przestrzeń.

- Matka chce, żebyśmy przeprowadzili się do Włoch, kiedy tylko odzyskam siły. - Jego głos szumi pod żebrami. - Ogląda mieszkania we Florencji. Jest tam prywatna klinika zmiany płci, która mnie przyjmie, oraz uczelnia, na której mógłbym studiować.

- Aha. - Staram się nad sobą panować, ponieważ jeśli zamierza wyjechać, to nie mogę i nie chcę go zatrzymywać. Pragnę, żeby znalazł dla siebie właściwe miejsce.

- Co teraz zrobisz? - pyta.

A więc już po wszystkim. Postanowił wyjechać.

Kiedy czuję, że dam radę mówić i się nie rozkleję, siadam na łóżku i patrzę mu w oczy.

- Dojdę do siebie. Będę się uczył, spróbuję zaliczyć kilka egzaminów w sesji poprawkowej, ponieważ przegapiłem wszystkie terminy, a potem... - Lekko się waham.

Jeszcze miesiąc wcześniej nie potrafiłbym powiedzieć, co będzie dalej. Przez ostatnie kilka nocy, zamiast spać, rozmyślałem i doszedłem do wniosku, że nieobecność Sama nie ma wpływu na to, czego pragnę. Mam jasny plan dotyczący tego, co chcę zrobić z życiem, które Heather mi ofiarowała.

- Przygotuję kolejną porcję farby i zabezpieczę ulice - odpowiadam. - Nieważne, jak długo mi to zajmie. Odnajdę wszystkie książki o teorematach i nauczę się z nich korzystać, nawet jeśli to będzie trudne. Potem znajdę Meryema oraz resztę Dłoni i nauczę się wszystkiego, co się da, o byciu dotkniętym przez śmierć czy też widzącym, jakkolwiek chcemy to nazywać. Teraz już umiem uwalniać duchy z pętli śmierci, a w mieście wciąż jest ich całe mnóstwo. Postaram się im pomóc. A jeśli pojawi się kolejny łapacz dusz taki jak Caleb Gates, stanę między nim a duchami Yorku.

- Nawet jeśli to będzie niebezpieczne? - pyta Sam.

- Tak. Powiedziałeś, że to jest dar. Nieprawda. Nigdy się z tym nie zgodzę. Ale to moja rzeczywistość i mogę kontrolować, co z nią zrobię. To wszystko pozwoliło mi zrozumieć, że najważniejsi są ludzie. Jeśli mogę coś zmienić w ich życiu, to chcę spróbować.

Sam wpatruje się we mnie z mocą. Unosi brew.

- Jeśli mamy zabezpieczyć całe miasto, to będziemy potrzebowali większego garnka.

Gwałtownie podnoszę wzrok.

- Nie wyjeżdżam z Yorku, Charlie. Jak mógłbym to zrobić?

Aha.

Wybucham śmiechem pełnym ulgi i jednocześnie zaczynam płakać. Wtulam się w niego, a on całuje mnie w policzek. Przesuwam się tak, że nasze usta się spotykają. Jest miękki i ciepły. Pachnie cytrusami i snem. Zapamiętuję to wszystko, chłonę każdą sekundę, ponieważ mamy cholerne szczęście, że tutaj jesteśmy.

Sam przełyka ślinę, drży mu broda.

- Jestem w rozsypce, Charlie, i... nie wiem, kiedy dojdę do siebie. To może potrwać bardzo długo. - Dotyka mojej dłoni. - Ale rozmawiałem z Miri, a ona pomogła mi zrozumieć, że przeprowadzka do Florencji byłaby ucieczką. York miał być dla mnie nowym początkiem. Przyjechałem tutaj, by wreszcie być sobą, i jestem sobą, przy tobie i naszych duchach. - Jego usta drżą. - Poza tym wciąż muszę cię zabrać na tę obiecaną randkę.

- No tak. - Uśmiecham się, a coś ciepłego rozlewa się po mojej piersi: obietnica muzyki i fajerwerków. - Dokąd chcesz iść?

- Wszystko jedno, bylebyśmy nie musieli się włamywać do kościelnych budynków.

Znów się śmieję, a potem go całuję, ponieważ mogę, ponieważ nie jestem sam.

Nigdy nie byłem.

Wktórymś momencie zsikałem się w spodnie. To się zdarza wisielcom. Teraz siedzę przed gabinetem dyrektora z ręcznikiem zakrywającym plamę na kroczu. Czuję się, jakby Hulk zdzielił mnie pięścią w krtań. Zadają mi pytania, ale z moich ust wydobywa się tylko rzężenie.

To dobrze. Nie mam ochoty mówić, a zresztą i tak by mi nie uwierzyli. Uważają, że Woskowana Kurtka i ja wdaliśmy się w bójkę o dziewczynę albo o coś innego, o co zwykle kłócą się chłopcy. Nikt nie wie, kim on jest, a ja nie znam jego imienia. Kiedy udało mi się wykrztusić, że to nowy uczeń, odpowiedzieli, że szkoła nikogo nowego nie przyjęła, co oznacza, że gość równie dobrze mógłby być duchem, ponieważ i tak bym go nie wytropił. Nawet gdybym chciał go znaleźć. A nie chcę.

Tylko że jeśli nie jest duchem, to musi być widzącym.

Jako dzieciak myślałem, że mnóstwo ludzi widzi umarłych. Myliłem się. Mimo wszystko zawsze miałem nadzieję, że jakiś lekarz wytłumaczy moim rodzicom, że ich syn widzi duchy, co jest rzadką konsekwencją zapalenia opon mózgowych, i nie należy się tym niepokoić.

Oczywiście nic takiego się nie stało, ponieważ nie chodzi o to, jak umarłem, tylko jak powróciłem, a w ogóle tego nie pamiętam.

Jestem okryty kocem, ale i tak marznę. Chłód przenika mnie do szpiku kości i nie mogę się rozgrzać. Na chwilę wracam do pomieszczenia wyłożonego płytkami. Czuję smród papierów płonących w umywalce, szorstki sznur, a potem...

Rozlega się dzwonek, z sal lekcyjnych wylewają się strumienie uczniów. Duże okna oddzielają pomieszczenie administracyjne od głównego korytarza. Ciekawskie twarze zaglądają przez szybę, jakbym był zwierzęciem w zoo. Leonie i Mitch stoją tuż za drzwiami wahadłowymi. Nie chcę, żeby Mitch zobaczył mnie w takim stanie. Mogę tylko schylić się i schować twarz w dłoniach, żeby ukryć wstyd.

W jego miejsce pojawia się jednak gniew. Audrey mnie okłamała. Gdybym wiedział, że Woskowana Kurtka nie jest duchem, nie próbowałbym uciec, nie schowałbym się za tym przeklętym pawilonem i nie wpadłbym w pętlę śmierci.

Drzwi skrzypią i wchodzi Leonie. Robi zaskakująco imponujące wrażenie jak na kogoś tak niewysokiego. Wiercę się na krześle. Jeśli podejdzie bliżej, wyczuje szczyny i pot. Boże, na pewno strasznie cuchnę. Mitch wciąż stoi po drugiej stronie szyby i gapi się na mnie, jakby chciał coś rozwalić, a tym czymś mógłbym być ja.

- Charlie - odzywa się Leonie cichym głosem. - Co się stało?

Wciąż wbijam wzrok w swoje stopy. Nigdy nie dadzą mi o tym zapomnieć. Pewnie już jestem na ustach całej szkoły.

Znowu to zrobił, tak samo jak podczas wycieczki do Normandii... "Nie było mnie przy tym, ale Alyssa mówiła..." Bla, bla.

Odwalcie cię!

Nie mogę przestać się trząść. Oddycham z ulgą, kiedy pojawiają się sanitariusze i tata, a Leonie i Mitch znikają w tłumie i nie mają okazji mnie dręczyć wydarzeniami z przeszłości, które zamierzali wywlec na światło dzienne.

Tata kuca i patrzy na mnie szarymi oczami. Jest potężnym gościem o szerokiej piersi i grubych rękach. Ma zakola i łysieje na czubku głowy. Ściska mnie za ramię i szepcze coś pocieszającego, zanim pani Prabakar, dyrektorka, i pan Farrell zabierają go na prywatną rozmowę. Dwaj sanitariusze badają mnie i podłączają do przenośnych urządzeń, które mają zbadać mi ciśnienie albo coś w tym rodzaju. Kiedy tata wychodzi z gabinetu, ma zbolałą minę.

Chcę go przeprosić za to, że musi przez to przechodzić.

Chcę się dowiedzieć, dlaczego Audrey nie powiedziała mi, że Woskowana Kurtka jest widzącym.

Chcę porozmawiać z Olliem i Heather, ponieważ tamtej pętli nie powinno tam być.

Kiedy w nią wpadłem - udręczony duch, bolesny strach, bezradna panika - poczułem się tak samo jak poprzednio. Nasza klasa pojechała na wycieczkę do Normandii w ramach zajęć o drugiej wojnie światowej. Odwiedzaliśmy pola bitew, muzea i miejsca pamięci. Jakimś cudem udawało mi się unikać pętli śmierci aż do ostatniego dnia. Poczułem się zbyt pewnie i dałem się zaskoczyć. Minęły dwa lata, a ja wciąż jestem równie słaby i bezużyteczny jak wtedy. Gdyby Audrey mnie nie wyciągnęła...

A jeśli coś się zmieniło i wszystkie pętle w Yorku się przemieściły? Ulice zmieniłyby się w cholerne pole minowe.

Obraz rozmywa mi się przed oczami. Zimno mnie paraliżuje. Jeden z sanitariuszy o coś mnie pyta, ale jestem w stanie tylko pokręcić głową.

- Ciśnienie krwi gwałtownie spada.

Otwieram usta, żeby powiedzieć, że nic mi nie jest, ale wtedy pokój wiruje, powietrze ucieka, a mój mózg się wyłącza.

Kiedy się budzę, Woskowana Kurtka siedzi na krześle obok mojego szpitalnego łóżka i pisze coś w oprawionym w skórę notesie. Próbuję usiąść, kipiąc ze złości. On nawet tego nie zauważa. Po prostu tam siedzi i wygląda jak idiota w bladoczerwonych chinosach i staroświeckim swetrze. Na nogach ma znoszone buty z brązowej skóry z wytłoczonymi wzorami, jakby był starym prykiem.

Przynajmniej nie nosi mokasynów z frędzlami. Babcia zawsze ostrzegała, żeby nie ufać ludziom, którzy mają frędzle przy mokasynach.

- Co tutaj robisz? - wystękuję obolałym głosem.

- Przyszedłem cię odwiedzić.

- Nie należysz do rodziny. - Mam za sobą wiele operacji, które umożliwiły mi noszenie protez. Znam zasady odwiedzin w szpitalu.

Zatrzaskuje notes.

- Powiedziałem pielęgniarkom, że jestem twoim potajemnym chłopakiem, więc mnie wpuściły.

- Co takiego?

- Spokojnie, przecież mówię, że potajemnym. Przy okazji: przed chwilą wyszła twoja mama.

- Nie powiedziałeś jej, że jestem gejem...

- A jesteś? Aha. Nie, oczywiście, że nie powiedziałem. Udawałem, że się przyjaźnimy. Sprawiała wrażenie zachwyconej, że może mnie poznać, i powiedziała, żebym został tak długo, jak zechcę.

- Uważają, że mnie zaatakowałeś - mówię.

- Serio? - Unosi brew, jakbyśmy wspólnie spiskowali. - Pielęgniarki powiedziały mi, że to jakiś uczeń z York Secondary, a ja chodzę do St Matthews, więc nie miałem z tym nic wspólnego. - Jest z siebie wyraźnie zadowolony.

Napuszony palant.

Pielęgniarz wpada do sali, głośno wyraża zadowolenie z tego, że się obudziłem, bada mnie i dodaje, że niedługo odwiedzi mnie lekarz. Wychodząc, zerka znacząco na Woskowaną Kurtkę, puszcza do niego oko i zaciąga zasłonę przy łóżku.

Od kilku dni widzę twarz tego gościa za każdym razem, gdy zamykam oczy, ale naprawdę wygląda inaczej, mniej złowieszczo. Jest raczej irytujący niż groźny. Ma szczupłe ciało, jasnobrązową skórę, długi prosty nos i dołeczek w brodzie. Pośród brązowych loków nad lewą skronią rzuca się w oczy biały kosmyk, zupełnie jakby trafił go tam piorun.

Uzmysławiam sobie, że się na niego gapię. Ale on odwzajemnia się tym samym i przygląda mi się uważnie, jakby nigdy wcześniej mnie nie widział. Jest w jego spojrzeniu coś, co mi się nie podoba - z pewnością ciekawość, ale także współczucie. Kusi mnie, żeby go wyprosić, ale muszę się dowiedzieć, o co mu chodzi, ponieważ nie ulega wątpliwości, że czegoś ode mnie chce.

Nie jestem jedynym widzącym.

- Kim jesteś? - pytam.

- Samuel Harrow, ale możesz do mnie mówić Sam.

- Dlaczego mnie śledzisz?

Zamyka usta i nachyla się z zaciśniętymi dłońmi. Po raz pierwszy sprawia wrażenie, jakby nie traktował tego wszystkiego jak zabawy.

- Sześć miesięcy temu, wkrótce przed tym, jak się tutaj przeprowadziliśmy, miałem... wydarzył się wypadek i umarłem... na czterdzieści pięć minut. Potem, jakimś cudem, wróciłem. Teraz widzę duchy. Tak jak ty.

Przez chwilę czuję się oszołomiony. Wiedziałem o tym, ale kiedy słyszę to z jego ust... Mógłbym się teraz roześmiać, gdyby pozwoliła mi na to opuchnięta krtań, i ze łzami w oczach wyznać, jaką czuję ulgę, że nie jestem jedyny.

A potem zdzielić go pięścią.

Czy on ma pojęcie, przez co właśnie przeszedłem z jego powodu? Nie, uważa, że może robić, co mu się podoba, śledzić mnie na mieście, przyjść do mojej szkoły, udawać mojego chłopaka. Jasne, jakbym kiedykolwiek...

Spuszczam wzrok. Nie jest w moim typie. Nie ma mowy.

Harrow brnie dalej:

- Mam wiele pytań, ale to teraz nieistotne. Przyszedłem, ponieważ potrzebuję twojej pomocy w sprawie zniknięć.

- Czego?

Gwałtownie mruga, jakby zdziwiła go moja tępota.

- Zniknięć.

- Co? O czym ty mówisz?

Mruży oczy i pojawia się między nimi zmarszczka.

- Charlie, duchy z Yorku znikają.

Kręcę głową. Koleś zupełnie odleciał.

Harrow stuka palcem w swój notes.

- Prowadzę własne lokalne badania i one naprawdę zaczęły znikać. - Odlicza na palcach. - Reid Dudziarz zaginął dwa tygodnie temu, podobnie jak dziewczyna o imieniu Millie, a od ponad tygodnia nie ma śladu po Szalonej Alicji. Próbowałem się czegoś dowiedzieć, ale okoliczne duchy nie chcą ze mną rozmawiać. Albo uciekają wystraszone, albo... - Wskazuje paskudny różowy ślad na dłoni. - Gryzą.

Umarli są niebezpieczni.

- A co ja mogę zrobić? - To nie propozycja, tylko pytanie.

- Pochodzisz z tych stron, przewyższasz mnie doświadczeniem i jesteś w przyjaznych stosunkach z niektórymi z nich. Miałem nadzieję, że pomożesz mi rozwikłać tę tajemnicę.

Mógłbym się zgodzić. Przez chwilę chcę to zrobić, ponieważ on jest taki jak ja i już nie będę sam. Ale Audrey próbowała nie dopuścić do naszego spotkania. Dlaczego? Czyżby Samowi Harrowowi nie można było ufać? Nie powinienem podejmować takiego ryzyka, dopóki jej nie spytam.

- Widzisz to? - Obracam ręce, pokazując mu grube blizny po wewnętrznych stronach przedramion. - Nie bez powodu się ukrywam.

Sam pochmurnieje.

- Ale... wszedłeś we wspomnienie tamtego ducha.

Pewnie chodzi mu o pętlę śmierci.

- Przypadkowo - odpowiadam.

- Nie po to, żeby go uwolnić?

- Nie da się uwolnić zapętlonego ducha. Po prostu go nie zauważyłem, wpadłem i nie mogłem się wydostać.

Jego usta drżą.

- Więc uratowałem ci życie.

- Nie... - Owszem, i być może jestem mu coś winien, ale jeśli uważa, że ogłoszę swoją obecność duchom Yorku i rozpocznę jakąś krucjatę, która może mnie kosztować życie, to chyba zwariował.

- Nie jesteś ani trochę ciekaw? - Nachyla się bliżej. - Umarliśmy. Powinniśmy byli pozostać martwi, ale wróciliśmy, i to przemienieni. Musi być jakiś powód.

- Nie ma żadnego. - Próbuję nie myśleć o zamarzniętym chłopcu na The Shambles ani smutku Wisielca. Nie mogę im pomóc. - Czasami ludzie po prostu mają przerąbane: zapalenie opon mózgowych, rak, życie, śmierć. Tak się po prostu dzieje... - Łamie mi się głos. - A w ogóle to jak mnie znalazłeś?

Po raz pierwszy spuszcza wzrok. Nie przestaję na niego patrzeć. Nie może tak po prostu pojawić się z żądaniami i nie odpowiedzieć na żadne pytanie.

- Natrafiłem na kilka relacji wiktoriańskich mediów, których zdolności podobno ujawniły się po doświadczeniu z pogranicza śmierci, tak samo jak w moim wypadku. Dlatego zacząłem szukać ludzi, którzy przeszli przez coś podobnego. Niestety, bezskutecznie. - Sam milknie, spięty. - Ale kiedy przeprowadziliśmy się tutaj, natrafiłem na stare egzemplarze gazety "York Herald". W jednym z nich znajdował się artykuł o klubie dla młodych osób po amputacjach. Opowiadali w nim o twojej gwałtownej chorobie i o tym, że w pewnym momencie uznano cię za martwego. Nazwali twoje wyzdrowienie cudem. Pod artykułem znajdowało się grupowe zdjęcie, na którym patrzyłeś w górę i uśmiechałeś się do kogoś, kogo tam nie było. Dlatego... eee, namierzyłem cię.

Pamiętam tamten artykuł. Mama wciąż trzyma wycinek z gazety w jednym z pudełek z pamiątkami. Pojawił się miesiąc po tym, jak Heather przedstawiła mi Olliego. Stał obok mnie, ale duchów nie widać na zdjęciach.

- A jak dokładnie mnie namierzyłeś?

Sam masuje się po karku.

- Moja przyjaciółka Miri świetnie zna się na komputerach. Użyła swoich magicznych sztuczek i dowiedziała się, jak się nazywasz, gdzie mieszkasz i gdzie chodzisz do szkoły. Chyba skorzystała z archiwum fundacji, która załatwiła ci wózek.

Wstaje, kiedy gwałtownie odrzucam kołdrę. Chcę się od niego oddalić, ale nie mam wózka ani protez.

- Wynoś się. - Drży mi głos. On nie miał prawa tego zrobić. Dokumentacja medyczna nie bez powodu jest utajniona. Mógłbym zawołać pielęgniarza, ale nie chcę robić scen, zwłaszcza że dzięki niemu wszyscy pomyślą, że to sprzeczka kochanków.

Spodziewam się, że Sam będzie się gapił na moje kikuty, które wystają spod szpitalnego fartucha. Większość ludzi nie potrafi się powstrzymać. Ale on patrzy na moją twarz i robi błagalną minę. Może myśli, że mnie zauroczy, bo jest taki piękny. Podobnie jak Mitch zapewne zdobywa w życiu wszystko, czego chce, dzięki urodzie.

- Przepraszam - mówi, jakby to cokolwiek zmieniało.

Jak mogłem wziąć go za ducha? Nigdy nie widziałem nikogo bardziej żywego niż ten chłopak. Na jego twarzy stale tańczą emocje, a jego broda drży, gdy próbuje je powstrzymać. Rozpaczliwie szuka sensu, jakby nasza przypadłość była zobowiązaniem. To typ człowieka, który puka do drzwi pogrążonej w żałobie wdowy, siada w jej salonie, a potem, chrupiąc herbatniki, oznajmia: "Mam wiadomość od pani męża", i spodziewa się, że to się dobrze skończy.

Też taki kiedyś byłem. Uważałem, że mogę każdemu pomóc, a ostatecznie prawie się wykończyłem.

- Nie jesteśmy nic winni umarłym - stwierdzam. - A na pewno nie powinniśmy grzebać w życiu innych ludzi.

Powoli kiwa głową.

- Masz rację. Przesadziłem i bardzo cię za to przepraszam, ale wierzę, że dary należy wykorzystywać.

Nie odpowiadam. Nie potrafię.

- Charlie?

Nie podoba mi się, w jaki sposób wypowiada moje imię, jakby rościł sobie do niego prawa. Kiedy zamykam oczy, wciąż czuję sznur na szyi oraz upokarzający bolesny strach.

- Po prostu się odwal - rzucam.

Przez chwilę mam wrażenie, że będzie się ze mną kłócił, ale nagle chwyta swój elegancki notes i gwałtownie odsuwa zasłonę.

- A jeśli zniknie któryś z twoich przyjaciół? Wtedy zacznie cię to obchodzić?

Odchodzi, nie czekając na odpowiedź.

Zwijam się w kłębek. Jego pożegnalna uwaga mnie zapiekła. To wyzwanie; on wie, że jestem hipokrytą. Oczywiście, że szukałbym Olliego albo Heather, gdyby coś im się przytrafiło, w końcu to moi najlepsi przyjaciele. Szukałbym nawet Audrey, bo chociaż często ignoruje moje zasady, ocaliła mi życie w Normandii. Zawsze będę miał wobec niej dług.

Ale obiecałem Heather, że przestanę próbować pomagać umarłym. To zbyt niebezpieczne.

Sam Harrow nie proponuje jednak, żebym wniknął do pętli śmierci, tylko porozmawiał z kilkoma duchami.

A co potem? Niekończące się apele o przysługi, duchy nękające mnie w szkole lub w domu, ataki wygłodniałych umarłych, którzy pragną wskrzeszenia? Straciłbym wszelkie szanse na normalne życie.

Kiedy tak leżę, słuchając szpitalnych odgłosów, blada kobieta o smutnych oczach całuje w czoło dziewczynkę, która śpi naprzeciwko. Pielęgniarka podchodzi, żeby zajrzeć do karty dziecka, a gdy się pochyla, przenika przez bladą kobietę. Wzdrygam się i zamykam oczy.

Już prawie nie pamiętam, jak to jest być normalnym.

Tata pojawia się kilka godzin później, ale przed wyjściem ze szpitala muszę jeszcze poddać się badaniom i odpowiedzieć na wścibskie pytania trzech różnych lekarzy. Koniecznie chcę wrócić do domu i porozmawiać z Olliem oraz Heather o pętli śmierci i spotkaniu z Samem Harrowem, ale w całym tym zamieszaniu zapomniałem, że dziś mam odebrać nowe gniazda do protez. Po wszystkich wywiadach i badaniach jestem już prawie spóźniony.

Chociaż się śpieszymy, zatrzymuję się przy tablicy pamiątkowej w holu. Znajdują się tam zdjęcia Heather oraz odręczne wiadomości od jej rodziny, kolegów i pacjentów. Minęło sześć lat i wciąż ich nie zdjęto. Była kochana. Nadal jest.

Tata ściska moje ramię. Twierdzi, że ją pamięta, ale wiem, że był spanikowany, a ona była tylko jedną z wielu młodych lekarek, pielęgniarek i pediatrów, którzy zajmowali się mną w szpitalu. Byłem ostatnim pacjentem Heather przed końcem jej zmiany. Jakiś mężczyzna napadł na nią niecałe pięćset kroków od szpitala. Trafiła na sąsiednią salę operacyjną, ale wykrwawiła się, zanim koledzy zdążyli cokolwiek zrobić.

Zmarliśmy w tym samym momencie.

To jej twarz zobaczyłem, gdy ocknąłem się na oddziale pediatrycznym, zagubiony i obolały. Jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że nie mam jednej nogi, a druga jest tak pełna zakrzepów, że również będzie musiała zostać amputowana - ani że przez chwilę byłem martwy.

Mój pierwszy duch. Od tamtej pory mi towarzyszy.

Dziś w recepcji siedzi nowa osoba, sympatyczna kobieta w fioletowym hidżabie. Sprawdza moje dane i mówi nam, że zapewne będziemy musieli długo czekać. Kiedy już jestem zapisany, tata kieruje się do kawiarni.

Idę się wysikać i patrzę na swoje odbicie w lustrze. W prawym oku pękło mi naczynko, a szyję znaczy nierówny siniak w miejscu, w którym zacisnął się sznur. Koszmarny widok. Wyglądam jak zmarli: poszarzały, zmęczony i zagubiony.

Zobaczymy, czy Sam Harrow wciąż będzie uważał nasze zdolności za dar, gdy wpadnie w pętlę śmierci albo straci wszystkich przyjaciół, ponieważ przyłapią go na rozmowie z powietrzem. Jeśli kręcił się po Yorku i wypytywał o zaginione duchy, to już niedługo dowiedzą się o nim Zapleśniali Starcy.

Nie ma pojęcia, z czym się mierzy.

A ja mu powiedziałem, żeby radził sobie sam.

Kurczowo przytrzymuję się umywalki i powoli wypuszczam powietrze z płuc. Muszę się martwić przemieszczoną pętlą śmierci oraz egzaminami końcowymi w przyszłym miesiącu. Tkwię po uszy w gównie, a Sam Harrow nie jest moim problemem.

A co z zaginionymi duchami?

Pewnie tylko to wymyślił, żeby namieszać mi w głowie. Albo się myli, a Reid Dudziarz i Szalona Alicja po prostu gdzieś się przenieśli.

Po powrocie do poczekalni siadam w najcichszym kącie i sprawdzam telefon. Nie mam nowych wiadomości, ponieważ wszyscy moi kumple nie żyją. Harrow nie ma konta na Twitterze ani TikToku, ale znajduję go na Instagramie. To prywatny profil. Nie ma tam zbyt wiele do oglądania - pseudoartystyczne zdjęcie profilowe oraz krótka notka biograficzna z podanym wiekiem (siedemnaście lat), niebiesko-różową emotką w kształcie flagi trans, zaimkami (on/jego) i jakimś snobistycznym cytatem. Nie wysyłam prośby o zgodę na obserwowanie, tylko przez jakiś czas wpatruję się w ekran, żałując, że nie jestem na tyle odważny, by umieścić tęczową flagę w swoim profilu.

Lokalne wiadomości, wyciszone, wypełniają duży ekran na przeciwległej ścianie. Ktoś rozmawia ze staruszkiem, który mógłby rywalizować z panem Broomwoodem o tytuł Największego Marudy w Yorku. Z wyświetlanych z opóźnieniem napisów dowiaduję się, że chodzi o miejscowych wandali. Widzę taśmę policyjną rozciągniętą przed rozbitym nagrobkiem oraz graffiti na trawie, a potem znów pojawia się ten sam starszy gość i opowiada o zbezczeszczeniu miejsca pochówku i o tym, że to prawdziwy szok dla wszystkich ochotników.

Znajomy chudy dzieciak o potarganej rudej czuprynie wchodzi do recepcji w ślad za jakąś rodziną i od razu kieruje się w moją stronę.

- Wyglądasz koszmarnie. - Ollie opada na puste krzesło obok mnie. - Lojalnie ostrzegam, twoja mama wariuje. Kiedy wrócimy, będzie na nas czekała prawdziwa inkwizycja. Chyba nie wdałeś się w bójkę, co?

Krzywię się.

- Pętla śmierci.

Ollie natychmiast przestaje się szczerzyć.

- Gdzie?

- Na szkolnym boisku. - Mówię szeptem, ale wymuskana para siedząca naprzeciwko i tak posyła mi nieufne spojrzenie.

Otwieram aplikację ColorNote na telefonie i piszę.

Mężczyzna. Wisielec. Pokój wyłożony płytkami. Pod ziemią? Początek drugiej połowy XX wieku?

Przechylam ekran, żeby Ollie mógł odczytać wiadomość.

- Wisielec? To nietypowe miejsce na coś takiego.

Stara część Yorku jest pełna duchów. Na przedmieściach i w okolicznych parafiach powieszenia zdarzały się rzadziej. Tyburn i Knavesmire są wyjątkami. W obu tych strefach roi się od pętli śmierci, a wszystkie należą do wisielców.

To nie egzekucja. Samobójstwo.

Ale jest w nim coś dziwnego. Z doświadczenia wiem, że pętla śmierci utrzymuje się w miejscu, w którym dana osoba umarła. Jestem prawie pewien, że na terenach wokół szkoły kiedyś znajdowały się pola uprawne, zanim York się rozbudował, więc co to za podziemna pracownia? Zapisuję to pytanie, a Ollie wzrusza ramionami.

- Farmerzy mają piwnice.

Coś mi tu nie pasuje. Zamykam oczy i próbuję sobie przypomnieć, jak wyglądało to pomieszczenie. Dziwny sprzęt laboratoryjny, woń chemikaliów, a nie ziemi czy nawozu, do tego słabe światła elektryczne.

- A więc zaburzenie mocy? - pyta Ollie.

Tak nazywa zjawisko, które odkryliśmy w zeszłym roku. Trzy pętle śmierci przemieściły się z dworca kolejowego na Gale Lane i niemal mnie zaskoczyły. Okazało się, że intensywne prace budowlane oraz inne zakłócenia mogą zmusić pętlę do przeniesienia się w stabilniejsze miejsce.

- Nikt nie kopie dziur na terenie szkoły - szepczę, zakrywając usta dłonią. - Więc jeśli ona się przemieściła, to skąd i dlaczego?

- Nie wiem. - Ollie marszczy nos. - Sprawdź, gdzie kładą nowe drogi i czy pokrywa się to z umiejscowieniem jakichś pętli śmierci.

Na stronie internetowej ratusza znajduje się lista bieżących remontów. Wymieniają rury wodociągowe przy Monk Gate, ale w tamtej okolicy znajdowała się tylko pętla rowerzysty, którego potrąciła ciężarówka. Jakieś prace są również prowadzone na Todcaster Road, co może stanowić trop, ponieważ wszystkie najbliższe pętle należą do wisielców. Ale to były ofiary egzekucji w Tyburn, gdzie wokół ulicznej szubienicy gromadził się ryczący tłum żądny krwi, a nie samotni samobójcy z podziemnych laboratoriów.

Drążymy dalej, sprawdzając kolejnych wisielców z Yorku. Większość tych opowieści o duchach to wymysły albo relacje z historycznych egzekucji, których dokonano sto lat wcześniej. Mój wisielec miał na sobie ubranie, jakie mógłby nosić ogrodnik w jednym z tych historycznych filmów, które tak uwielbiają mama i ciocia Chrissie. Muszę dotrzeć do rejestru samobójstw, od początku ubiegłego wieku do lat pięćdziesiątych. Czegoś takiego nie znajdę online.

Przeglądam archiwa gazet, gdy nagle wchodzi Heather. Wszędzie indziej jej smycz i stetoskop wyglądałyby nie na miejscu, ale tutaj mogłaby chwycić wyniki badań i z miejsca zabrać się do pracy. Wiem, że za tym tęskni. Regularnie odwiedza dawnych kolegów. Zaproponowałem, że porozmawiam z nimi w jej imieniu - w ramach podziękowania za niezliczone sytuacje, gdy ratowała mi życie - ale się nie zgodziła. Zupełnie jakby uważała, że nie zasługuje na żadne przysługi. Często zastanawiałem się, dlaczego nigdy nie opuszcza granic miasta. Spytałbym ją o to, ale to jedna z pozycji na liście rzeczy, o których Heather nie chce rozmawiać.

Posyła mi zbolały uśmiech.

- Co się stało?

Ollie zapoznaje ją z sytuacją. Potem piszę na telefonie, że Woskowana Kurtka tak naprawdę nazywa się Sam Harrow i wcale nie jest martwy. Śledził mnie w szkole, odwiedził w szpitalu, tropił w internecie i uzyskał dostęp do moich prywatnych danych.

- Kolejny widzący? - Heather sprawia wrażenie oszołomionej. - Jesteś pewien?

- Jak cholera - odpowiadam. - Poza tym to palant.

Elegancka para pośpiesznie przenosi się na drugą stronę poczekalni.

Spuszczam głowę i piszę:

Sam Harrow jest niebezpieczny.

- Ale uratował ci skórę. - Ollie jest wyraźnie pod wrażeniem, co jeszcze bardziej mnie wkurza.

- Założyłam, że jest duchem, ponieważ widzący są taką rzadkością - tłumaczy Heather.

Audrey ostrzegała, żebym trzymał się od niego z daleka. Dlaczego? No i dlaczego nie powiedziała mi, że jest widzącym?

Marszczy czoło.

- Znasz ją, pewnie to jakiś dziwaczny test, dzięki któremu masz rozwinąć swoje zdolności, albo coś w tym rodzaju.

Ona się boi.

Heather poważnieje.

- Jakiegoś chłopca? Wątpię, nawet jeśli to widzący.

Już mam opowiedzieć o zaginionych duchach, ale tego nie robię. Sam nie wiem dlaczego; przecież miałem taki zamiar. Ale podejrzewam, że Ollie zrobi z tego olbrzymią aferę i będzie chciał zbadać sprawę, a Heather zapewne pochwali mnie za to, że kazałem Samowi się odpieprzyć, ponieważ to nie mój problem. Tylko że jakaś część mnie martwi się, że nie mam racji. Nie chodzi o to, że chcę znów spotkać się z Samem, który zapewne mnie okłamuje, ale Szalonej Alicji rzeczywiście nie było w jej uliczce, kiedy ostatnio tamtędy przechodziłem. Wtedy poczułem ulgę, że nie muszę iść naokoło, ale teraz wiem, że to nie było normalne.

- Audrey ma własne plany - stwierdza Heather.

To prawda, ale dała mi do zrozumienia, że uciekam przed Wygłodniałym, ponieważ wolała, bym nie spotkał się z Samem. Dlaczego? Może nie chce, żebym dowiedział się o zaginionych duchach, albo wie, że chłopak gada głupoty, i postanowiła oszczędzić mi stresu? A może dlatego, że on także jest widzącym? Nie mam pojęcia, czemu to miałoby ją niepokoić.

Audrey nauczyła mnie czytać z ludzkich twarzy. Uznała, że to pomoże mi rozpoznać, kto jest umarły, a kto żywy. Czasami się mylę, ale nie mam wątpliwości, co zobaczyłem w jej oczach. Sam Harrow z jakiegoś powodu ją przeraża.

Heather nie chce o tym słuchać. Nie przepadają za sobą. Nie potrafi przebaczyć Audrey tego, co się wydarzyło w Normandii, mimo że to dzięki Audrey nadal żyję. Ta z kolei upiera się, że Heather mnie rozpieszcza, przestrzegając moich zasad, które tylko powstrzymują mnie przed osiągnięciem pełnego potencjału.

Heather pociera dłonią twarz i wzdycha. Chociaż jej wygląd się nie zmienia, wyczuwam u niej znużenie.

- Przyjrzę się tej pętli śmierci i spróbuję się dowiedzieć, skąd pochodzi.

Dopiero kiedy się oddala, uzmysławiam sobie, że mam widownię. Tata stoi z tekturowym kubkiem w dłoni i patrzy na mnie, jakbym postradał zmysły.

Taksówkę taty wypełnia woń wiśniowego odświeżacza do powietrza i nowej skóry. Zamiast jechać przez miasto i utknąć w korku obok dworca, skręcamy w Water End, gdzie domy nagle ustępują miejsca spienionej rzece i zielonemu terenowi zalewowemu. Tata kilkakrotnie chrząka, ale odzywa się dopiero po minucie niezręcznego milczenia.

- Co to było? - pyta, a ja zerkam w lusterko wsteczne, próbując złowić spojrzenie Olliego, ale oczywiście nie widzę jego odbicia. Chyba jestem zmęczony. - Mówiłeś sam do siebie w poczekalni. - Psiakrew. - Wciąż je słyszysz?

Chciałbym móc po prostu powiedzieć prawdę i mieć pewność, że zostanie właściwie przyjęta.

Posłuchaj, tato, widzę zmarłych i potrafię z nimi rozmawiać. Niektórzy z nich są uwięzieni w swoich wspomnieniach i mogą mnie poturbować, jeśli za bardzo się zbliżę. Tak, to całkiem do dupy, a skoro już jesteśmy przy ważnych wyznaniach, to podobają mi się szykowni chłopcy.

Przysuwam się do szyby, opuszczam rękawy i kurczowo chwytam mankiety.

- Nie prosiłem się o to.

- Nikt tak nie twierdzi.

Mam nadzieję, że to już koniec tematu, ale rzadko dopisuje mi szczęście.

- Często słyszymy, jak mówisz do siebie w swoim pokoju. Powiedziałem mamie, że w ten sposób się uczysz. Ja też tak robiłem jako młody chłopak. Lubiłem czytać na głos, wtedy wszystko łatwiej wchodzi do głowy, prawda? Wiem, że masz kłopoty z koncentracją, ale jeśli nie jesteś pewien, co jest prawdziwe, a co nie, to powinniśmy wrócić do...

- Cholera, tato, po prostu rozmawiałem przez telefon z kolegą.

- Którym kolegą?

- Harrowem. Samem Harrowem. - Moje tętno przyśpiesza pod wpływem kłamstwa. - Mama poznała go w szpitalu.

- Aha... no tak.

Coś w tonie jego głosu mnie niepokoi. Czy mama słyszała, jak Sam powiedział pielęgniarzowi, że jest moim potajemnym chłopakiem? Kiedyś będę musiał powiedzieć rodzicom, że jestem gejem. Pewnie zrobię to prędzej, niż przyznam się, że widzę zmarłych, ale tylko dlatego, że to drugie nigdy się nie wydarzy.

Tata milknie i przez chwilę się namyśla. Jego rodzina od niepamiętnych czasów mieszka w Yorkshire. To miasto jest pełne opowieści o duchach, ale tata jest praktycznym człowiekiem, który zawsze znajduje wyjście, niezależnie od tego, co życie stawia mu na drodze. Gdyby poznał prawdę o moich zdolnościach, właśnie tak by zareagował. Znalazłby jakieś wyjście. Stwierdziłby, że skoro czegoś nie widzi, to coś zapewne nie istnieje, a ze mną postąpiłby tak, jak uznałby za słuszne, co oznacza lekarzy i pigułki. To by tylko pogorszyło sprawę.

Widzę troskę na jego zmarszczonym czole. Pewnie wspomina czasy, gdy miałem czternaście lat. Lekarze stwierdzili, że proste cięcia na moich przedramionach to ślady autoagresji, ponieważ tak wszystkim powiedzieli Mitch, Leonie i inne dzieciaki. Po wycieczce do Normandii musiałem odwiedzić psychiatrę i regularnie rozmawiać z władzami szkoły. Mama cały czas płakała. Czułem się obcy we własnej rodzinie.

Nie chcę do tego wracać.

Skręcamy w naszą ulicę, a widok znajomych żywopłotów, trawników i światła padającego na nasz przysadzisty bungalow nieco mnie uspokaja. Pan Broomwood krąży po swoim ogródku. Wszystko wygląda tak, jak powinno.

Kiedy zatrzymujemy się na podjeździe, wzdycham z zaskoczenia i muszę to zamaskować chrapliwym kaszlem. Tata patrzy na mnie, zdziwiony, dlaczego drżę na widok własnego domu.

Nie widzi martwej dziewczynki, która stoi na progu.

Tata gasi światła samochodu i duch staje się kolejnym z wielu kształtów pośród gęstniejących cieni.

- Nie patrz - ostrzega mnie Ollie, kiedy wysiadamy z auta, ale nie potrafię się powstrzymać i widzę, jak tata przenika przez dziewczynkę, wchodząc do domu.

- Idziesz?! - woła.

Dziewczynka stoi mi na drodze, ale odburkuję coś, co brzmi jak potwierdzenie. Jej żółtobrązowa skóra niemal lśni w wieczornym świetle. Ma oklapnięte włosy, a na wychudzonym ciele wiszą brudna bluzka oraz bezbarwny bezrękawnik.

Zapętlone duchy zawsze są naznaczone okolicznościami swojej śmierci, ale wolne lub uwiązane duchy, jak Heather, Ollie i ta dziewczynka, wyglądają tak, jak same siebie zapamiętały. Ollie umarł w łóżku, zapewne w piżamie, ale pamięta siebie w spodniach, koszuli, szelkach i czapce. Dziewczynka z pewnością zapomniała, że kiedyś była zdrowa, a może nigdy nie nosiła nic lepszego niż te szmaty.

Robię krok do przodu, a wtedy ona gwałtownie podnosi głowę, z niepokojem wytrzeszcza oczy i... znika.

- Co ona tutaj robiła, tak daleko od domu? - pyta Ollie.

- Znasz ją?

- Nie z imienia. To jedna z Obdartych.

Psiakrew, mam nadzieję, że to nieprawda. Kiedy o nich myślę, dostaję dreszczy.

Tata wygląda zza progu, żeby sprawdzić, co mnie zatrzymało. Wstrząśnięty, wchodzę do domu. Lorna mnie przytula. Zazwyczaj straszna z niej wredota, więc wiem, że się martwiła. Poppy pyta, dlaczego mam takie czerwone i dziwne oczy. Mama przyciąga mnie do siebie, powstrzymując łzy, i daje mi całusa, a potem krzywi się, widząc sińce na mojej szyi.

Spodziewam się, że zapyta, co się stało, ale zamiast tego mówi:

- Wspaniale było poznać Sama.

- Mama nie chce, żebyś był samotny - dodaje Poppy.

- No tak. Nie do końca o to mi... ale dobrze wiedzieć... to znaczy... nigdy nie przyprowadzasz do domu kolegów ze szkoły, więc nie byliśmy pewni... - Mama milknie, nakładając zapiekany makaron na talerze. - W każdym razie Sam wydaje się miły. Może kiedyś zaprosisz go na podwieczorek?

Mruczę pod nosem, że niedługo to zrobię, a potem oznajmiam, że muszę się wcześniej położyć, dzięki czemu unikam kolejnych pytań o Sama i wydarzenia w szkole.

Wszystko w moim pokoju wygląda tak samo, jak kiedy wychodziłem. Zasłony są do połowy zaciągnięte, blat biurka zakrywają notatki, z których powtarzałem lekcje, oraz sterta książek Olliego, a na szafce leżą złożone ubrania. Dante wciska nos w moje dłonie. Drapię go za uszami.

Świadomość, że Harrow nie może w dowolnej chwili przeniknąć przez ścianę, powinna dodać mi pewności siebie.

Tak się jednak nie dzieje.

Obdarte Dzieci jeszcze nigdy się do mnie nie zbliżały. Może dziewczynka zobaczyła, jak rozmawiam z Heather na The Shambles, i postanowiła poprosić mnie o jakąś przysługę. Albo jest Wygłodniałą i przyszła, żeby zedrzeć ze mnie skórę. Ale to wątpliwe.

W każdym razie nie mogę do końca życia ukrywać się w swoim pokoju ani polegać na Heather albo Audrey. Nie jestem dzieckiem. Wiem, co muszę zrobić, i nie ma to nic wspólnego z cholernym Samem Harrowem. Ani z mieszanką nadziei i grozy, którą czuję, gdy myślę o tym, że ponownie go zobaczę, co jest prawdopodobne, jeśli obaj zaczniemy szukać odpowiedzi.

Muszę odkryć, dlaczego pętla śmierci Wisielca się przemieściła, na wypadek gdyby coś takiego się powtórzyło. No i powinienem wyjaśnić kilka spraw z tamtą dziewczynką, Obdartą. Nie mogę pozwolić, by obce duchy pojawiały się na progu mojego domu. Audrey jest mi winna wyjaśnienie. Kiedy tylko będzie to możliwe, powiem jej o zaginionych duchach i spytam, co się, u diabła, dzieje z Harrowem.

Najwyższy czas zwerbować chętnego wspólnika.

- Ollie - odzywam się, odpinając protezy. - Mam dla ciebie zagadkę.

Jest już sporo po północy, kiedy Dante zaczyna skowyczeć. Siadam na łóżku, a on przyciska mi mokry nos do szyi. Krzywię się, kiedy dają o sobie znać otarcia. Co go tak zaniepokoiło?

W moim pokoju nie jest całkowicie ciemno, ponieważ przez zasłony zawsze wpada odrobina światła z werandy, ale okno jest na tyle ocienione, że niewiele widzę. Rozważam obudzenie Olliego, ale nie poruszam się. Atmosfera jest gęsta i pełna napięcia, jakby ktoś w pobliżu wstrzymywał oddech.

Nie mogę uwolnić się od wątpliwości, które dudnią mi w głowie: myślę o brutalnych duchach, z którymi się mierzyłem, o przerażających zgonach, w które byłem wciągany, ogarniętych obsesją umarłych, którzy mnie prześladowali. Zawsze byłem do dupy w bronieniu się przed koszmarami. Kiedy budzę się roztrzęsiony w środku nocy - a dzieje się to bez przerwy - chcę tylko przekręcić się na drugi bok, przytulić do Dantego i ponownie zasnąć.

Tylko że teraz to niemożliwe, chociaż jestem wyczerpany. Moja głowa pulsuje bólem, zapewne od nadwerężonej szyi. Może powinienem wstać i zażyć kolejną tabletkę przeciwbólową. Zamiast tego kładę się, ale nie potrafię wymazać obrazu Wisielca ani Obdartej na mojej werandzie. To ostatnie, czym chcę się teraz zamartwiać, więc zamiast tego wracam myślami do Sama Harrowa.

Miał palce poplamione tuszem, pachniał cytrusowym mydłem i drewnem sandałowym.

Myślę o tym, co powiedział.

"Powinniśmy byli pozostać martwi, ale wróciliśmy, i to przemienieni. Musi być jakiś powód".

"Dary należy wykorzystywać".

Uch, mówił zupełnie jak Audrey. Albo Ollie. Po tym, jak powiedziałem Olliemu o zaginionych duchach, od razu chciał ruszyć w ciemność i sprawdzić uliczkę Szalonej Alicji.

Mam wyschnięte usta, a szklanka obok mojego łóżka jest pusta. Może głowa boli mnie z odwodnienia.

Przesiadam się na wózek i jadę do przedpokoju, pozostawiając Dantego zwiniętego w kłębek na pościeli. Nigdy nie myślałem o tym, jak niesamowicie wyglądają w ciemności codzienne przedmioty. Także zapachy i odgłosy domu wydają się dalekie i dziwaczne.

Jakiś kształt przemyka za kuchennymi drzwiami.

Zatrzymuję się i zaciskam spoconą dłoń na poręczy wózka, gotowy się cofnąć, gdyby coś wyskoczyło z cienia. Oddycham płytko. Niemożliwe, żeby to była któraś z moich sióstr, nikt nie porusza się w taki sposób, jakby nie podlegał prawu grawitacji. Ponownie mam dziwne uczucie, że ktoś mnie obserwuje.

Żałuję, że nie obudziłem Olliego, ale jeśli teraz go zawołam albo gwizdnę na Dantego, obudzę mamę, a nie chcę, żeby pytała, dlaczego nie śpię o tej porze.

Ale w moim domu jest nieproszony duch.

Psiakrew. Psiakrew. Psiakrew.

Powoli przesuwam się naprzód i pstrykam włącznikiem przy drzwiach. Zimne światło rozlewa się po stole, blatach i zlewozmywaku. Lodówka cicho szumi. Nasza kuchnia w nocy zawsze pachnie tak samo: cytrynowym aerozolem i słabnącymi aromatami gotowania.

Nikogo tu nie ma.

Napełniam szklankę kranówką i wypijam do dna. Dolewam wody i obracam wózek, żeby wrócić do sypialni, ale się zatrzymuję. Szklanka wysuwa mi się z dłoni i z trzaskiem spada na linoleum. Woda rozlewa się po podłodze.

Szczupłe palce o czerwonych paznokciach. Połowa brązowej twarzy pośpiesznie znikająca za futryną drzwi. Srebrne oczy. Światło migocze i gaśnie, pogrążając kuchnię w półmroku, a dłoń gwałtownie cofa się na korytarz. Zniknęła.

Kurwa mać.

- Charlie? - Ollie stoi w progu.

- Ktoś tu jest - szepczę.

Włącznik światła nie działa. Wszystkie żarówki na korytarzu i w kuchni zgasły. Przepalony bezpiecznik? A może srebrzystooki duch coś zrobił? Nie, przecież to niemożliwe. Duchy sprawiające, że światła migoczą, a przedmioty się poruszają, to hollywoodzka bzdura.

- Wszystko w porządku? - pyta Ollie.

- Tak, tylko ta mała Obdarta działa mi na nerwy. - Zbieram kawałki potłuczonej szklanki.

To nie była ona.

Ta dłoń była za duża jak na dziecko, do tego miała czerwone paznokcie. I te jaskrawosrebrzyste oczy...

Nie, nawet tak nie myśl. To była ta dziewczynka, Obdarta. Po prostu nie przyjrzałeś się jej dokładnie. W kiepskim świetle jej dłoń wydała ci się większa, a oczy... dziwne.

- Pójdziemy do nich i to wyjaśnimy - odpowiada Ollie. - Dobrze wiedzą, że nie powinni tu przychodzić.

Kiedy ruszam do przedpokoju, nie mogę się powstrzymać przed dotknięciem miejsca, w którym palce z czerwonymi paznokciami musnęły futrynę. Nie, nie musnęły, raczej się w niej zagłębiły, ponieważ duchy nie potrafią dotykać drewnianych ram ani gasić światła. Nie istnieje coś takiego jak poltergeist.

Na tyłach Goodramsgate, gdzie krótkie wąskie przejście między budynkami prowadzi do kilku garaży i ceglanych bloków, duchy ze Szkoły Obdartych bawią się w późnopopołudniowym słońcu. To najładniejszy dzień od tygodni. Puszyste obłoki piętrzą się nad spadzistymi dachami starego miasta. W powietrzu unosi się woń zakurzonego kamienia i czegoś metalicznego. Ollie i ja chowamy się za Bedern Arch i obserwujemy grupę dzieciaków o brudnych twarzach, które biegają boso po ulicy.

- Kto wie, ile z nich zabił stary George? - rzuca Ollie, wyglądając zza mojego ramienia. - Co najmniej kilkadziesiąt.

Nie ma tutaj nikogo innego, żywego ani martwego, ale mimo wszystko jestem niespokojny. Gdzieś koło garaży znajduje się pętla śmierci, a my wciąż nie wiemy, czy Wisielec był jedynym duchem, który się przemieścił, czy może wszystkie pętle w Yorku zmieniają położenie. Muszę być ostrożny.

- Możliwe, że będziesz musiał trochę zaczekać - mówi Ollie. - Obdarci niezbyt ufają ludziom.

Ufają Audrey, ale ta nie pojawiła się od czasu, gdy przestrzegła mnie przed Samem.

Heather też potrafi sobie radzić z dziećmi. Powinniśmy byli ją zabrać, ale bardziej prawdopodobne, że próbowałaby nas powstrzymać, zamiast pomóc. Niełatwo było się jej wymknąć. Po raz pierwszy od lat wybrała się ze mną do szkoły, zarówno wczoraj, jak i dzisiaj. Nie była zachwycona, że wracam tam ze świeżymi otarciami na szyi, ale nie mogłem stracić kolejnych lekcji, a i tak nie uniknąłbym plotek.

Było koszmarnie.

Nikt nawet nie próbował szeptać, kiedy o mnie rozmawiali, a te ich spojrzenia - jasna cholera. Poza tym podejrzewam, że Leonie i Mitch mnie śledzą. Nie jestem głupi. Pojawili się nawet w bibliotece publicznej, kiedy przeglądałem stare artykuły prasowe, szukając informacji o Wisielcu.

Na razie mi się nie poszczęściło. Chciałbym zajrzeć do dawnych raportów policyjnych, ale nie mam pojęcia, czy są powszechnie dostępne. Ollie zaproponował, że przeniknie do archiwum w komisariacie, ale co by to dało? Jeśli akta akurat nie leżą na wierzchu i ktoś ich nie przegląda, mógłby tylko bez celu kręcić się po budynku.

Włożyłem szare spodnie od dresu, bluzę z kapturem i czapkę z daszkiem. Nie chcę, żeby ktoś rozpoznał mój mundurek i zadzwonił do szkoły ze skargą, że jeden z uczniów osobliwie się zachowuje. Zwłaszcza że teraz powinienem być na lekcjach powtórzeniowych.

Kiedy postanawiam zaryzykować i wychodzę z cienia, Obdarte Dzieci zerkają na mnie i czym prędzej uciekają do okolicznych budynków. Klnę pod nosem. Nic nie może pójść gładko, prawda? Ollie idzie sprawdzić, czy uda mu się namówić chociaż jedno z nich do wyjścia.

Przez chwilę przechadzam się ulicą, niepewny, czego właściwie szukam, ale nie chcę stać w miejscu. Na ceglanej ścianie na wysokości mojego ramienia znajduje się jakaś smuga, która przypomina wianuszek brudu na wannie. Ta sama linia znaczy także garaże, róg ulicy oraz krawędź przybudówki u wlotu alejki prowadzącej do Goodramsgate.

To pewnie tylko stary osad. Szybko zauważam coś bardziej interesującego. W miejscu, w którym bruk spotyka się z nowym chodnikiem, dostrzegam rozbryzgi czegoś, co wygląda jak krew, prowadzące do niewielkiej czerwonej kałuży. Przykucam - zadowolony z tego, jak wygodne są nowe gniazda po całym dniu używania - i dźgam kałużę palcem. Jest twarda i lśniąca.

- Co to jest? - pyta Ollie, podchodząc do mnie.

Drapię substancję paznokciem.

- Wygląda jak wosk.

- Może skapnął ze świecy. Albo ktoś pieczętował tutaj naprawdę duży list.

- Pewnie jedno i drugie. Dobra robota, Hastings, robisz użytek z szarych komórek.

- Odwal się.

Poważna twarz wychyla się zza garaży. Brudne dziecko jest drobne i niedożywione, więc nie umiem odgadnąć jego wieku. Po chwili dziewczynka w poplamionej bluzce i bezbarwnym fartuszku przenika porośniętą bluszczem ścianę. Wzdrygam się i zmuszam do przyjaznego uśmiechu.

- Wszystko w porządku? Mam na imię Charlie, a to jest Ollie. Chcemy tylko porozmawiać.

Dziewczynka przyciąga do siebie chłopca i uważnie mi się przygląda, jakby chciała się upewnić, że nie jestem złym duchem. Nigdy nie przypuszczałem, że umarli mogą się mnie bać.

Ostatecznie to chłopiec odzywa się jako pierwszy:

- Przyszedłeś powstrzymać Człowieka z Cieni?

Ollie i ja wymieniamy spojrzenia.

- Człowieka z Cieni? - pytam.

- Zabrał naszych przyjaciół, Petera i Małą Beth, oraz tamtą panią.

- Jaką panią?

Wskazuje palcem Goodramsgate.

- Panią, którą zgniótł wóz. Ophelia widziała, jak Człowiek z Cieni ją zabiera.

- Ophelia to nasza przyjaciółka - dodaje dziewczynka.

- To dlatego przyszliście do mojego domu? - pytam.

Ze spuszczoną głową zaciska dłonie na fartuszku. Muszę uważać, żeby za bardzo jej nie przycisnąć. Niewiele trzeba, żeby uciekła i nigdy nie wróciła.

- Pani Nightingale mi kazała - przyznaje.

- Audrey cię wysłała?

- Poszła szukać naszych przyjaciół. Powiedziała, że jeśli nie wróci do pierwszej kwadry, mam cię znaleźć i przekazać ci wiadomość. - Dziewczynka przygryza wargę. - Wiem, że nie powinniśmy przychodzić do twojego domu. Czekałam najdłużej, jak się dało.

A więc to jakiś test ze strony Audrey, która chce sprawdzić, czy jestem gotowy poznać jej tajemnicę?

Ściskam palcami grzbiet nosa, żeby powstrzymać atak gniewu.

- Co to za wiadomość?

Dziewczynka prostuje ramiona, jakby zamierzała powiedzieć coś bardzo ważnego.

- Pamiętaj o stolicy ruin.

Ollie sprawia wrażenie nieco wytrąconego z równowagi. Ja natomiast jestem wkurzony. Oto cała Audrey: niczego mi nie mówi, a potem wysyła ducha z zagadkową wiadomością, ponieważ tak jej wygodnie.

- Wiesz, dokąd odeszła? - pytam.

Dziewczynka kręci głową.

Próbuję sobie przypomnieć, czy Audrey powiedziała coś, co mogłoby stanowić jakąś wskazówkę, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Może nie chciała, żeby ktokolwiek ją znalazł, ale mam złe przeczucia.

- Kiedy ostatnio z nią rozmawiałaś?

- Osiem nocy temu.

W czwartek. Zaraz po tym, jak pomogła mi uciec przed Samem, gdy jeszcze myślałem, że ten jest duchem.

Sam nas szpieguje. Audrey gdzieś przepadła. To nie może być zbieg okoliczności, prawda?

Ale jeśli naprawdę wiedziała, że duchy znikają, to dlaczego nic nam nie powiedziała? Może uznała, że nie będzie mnie to obchodziło. Ta myśl mnie niepokoi.

Zbliżam się do dzieci o dwa kroki, a one się rozbiegają.

- Zaczekajcie! - wołam i ruszam za nimi za róg garażu, ale oboje przenikają przez ceglane mury do pobliskich sklepów i ogródków. Klnę pod nosem.

Gapią się na mnie dwie kobiety. Wyrzucam z siebie jakieś usprawiedliwienie, ale nagle słyszę krzyk. Heather wypada z uliczki na pełnej prędkości. Początkowo myślę, że jest rozgniewana, ponieważ jej się wymknąłem, ale sprawia wrażenie przerażonej. Ollie unosi dłoń, nakazując mi się zatrzymać.

Nieruchomieję, gdy przypominam sobie, że gdzieś w okolicy znajduje się pętla śmierci.

Za późno. Przede mną pojawia się chłopak. Jedna strona jego głowy jest zapadnięta, białe płatki prześwitują przez plątaninę włosów. Głośno wstrzymuje oddech, a krew spływa po jego podbródku.

Odwracam wzrok i obraz przed moimi oczami się zmienia. Ulica się rozpływa i znajduję się w słabo oświetlonym pokoju. Szczur przebiega mi po butach i chowa się pod stertą szmat. Smród jest obezwładniający: niemyte ciała, zatęchłe powietrze i brud. Jestem wygłodniały, w brzuchu czuję żrącą pustkę. Dzieci przywierają do ścian, większość nie ma siły się ruszyć. Niektóre kaszlą, inne płaczą.

Chłopak stoi w kącie i na razie nie rzuca się w oczy, ale promieniuje z niego strach. Wiem rzeczy, których nie powinienem wiedzieć, a jego wspomnienia i emocje przenikają do mojego umysłu. Kroki na korytarzu są coraz głośniejsze. Próbuję się wycofać. Wiem, co się zbliża, ponieważ on zdaje sobie z tego sprawę, i drżę pod wpływem jego grozy.

Wiedział, że go to spotka, kiedy zwędził chleb, ale Sal był głodny, a tego ranka jego najlepszy przyjaciel Izaak umarł, trawiony gorączką w posłaniu z zaszczurzonych szmat, na których wspólnie spali. Nie mógłby znieść tego, gdyby Sal, jego jedyny krewny, również stracił życie.

Drzwi się otwierają i do środka wpada zionący ginem rozwścieczony mężczyzna. We wspomnieniach chłopca widzę nazwisko: George Pimm. Powala nas pojedynczym ciosem na odlew.

Uderzenie w szczękę posyła mnie na drewnianą posadzkę. Spadają na mnie kolejne ciosy i unoszę ręce, niezdarnie się broniąc. But Pimma trafia mnie w żołądek. Napinam się z bólu, wciągam w nozdrza ostry smród alkoholu i kulę się pod wściekłym spojrzeniem przekrwionych oczu. Pimm wrzeszczy, nazywa mnie złodziejem. Da mi lekcję, której prędko nie zapomnę. Obryzguje mi policzek śliną. Ciągnie mnie po podłodze, a ja miotam się, próbując się uwolnić.

- Charlie! - woła ktoś z oddali, ale nie mogę odpowiedzieć.

Martwy chłopak mnie obserwuje.

Nie jestem tym dzieciakiem.

Jego śmierć nie jest moją śmiercią, ale nie potrafię się uwolnić.

- Charlie!

Heather. Wyciągam do niej rękę, a ona mnie podnosi. Ollie pomaga mi się utrzymać na nogach. Kręci mi się w głowie po szybkim przeskoku z wiktoriańskiej Szkoły Obdartych do bocznej uliczki w dwudziestym pierwszym wieku. W połączeniu z kopniakiem w żołądek może się to skończyć pawiem. Chwiejnym krokiem podchodzę do ściany garażu i opieram się o nią, oddychając głęboko. Po chwili świat przestaje wirować, a mnie już nie grozi, że zapaskudzę bruk.

- Jest bardzo źle? - pytam, smakując krew na języku.

Heather szybko i wprawnie mnie ogląda. Krzywię się, kiedy dotyka mojej szczęki. Jestem cały obolały, ale chyba pod wpływem szoku.

- Mogło być gorzej - odpowiada. - Masz rozciętą wargę, niewielkie skaleczenie na głowie i będziesz miał siniaki. Najbardziej ucierpiały ręce i szczęka, chociaż nic nie jest złamane. Ale musisz uważać na objawy wstrząśnienia mózgu.

Ile czasu potrzebował George Pimm, żeby rozbić mi czaszkę?

Według miejscowych legend przygarniał sieroty i wykorzystywał je jako siłę roboczą, jednocześnie pobierając pieniądze przeznaczone na opiekę nad nimi. Kiedy umierały z głodu i z powodu chorób, ukrywał ciała, żeby nie tracić przychodów. W końcu wpadł i powiesił się w więzieniu.

Wisielec, uzmysławiam sobie, ale od razu odrzucam tę myśl. Nie ten człowiek, nie to miejsce, nie ten czas. Mój Wisielec umarł niedawno i nie wyczułem w nim wściekłości, tylko smutek.

- Dzięki, że mnie wyciągnęłaś. - Podnoszę czapkę. - Byli jacyś świadkowie?

Heather się krzywi.

- Dwie dziewczyny próbowały ci pomóc, ale uciekły, kiedy odciągnęło cię coś niewidzialnego.

Ollie obserwuje mnie, jakbym miał się za chwilę przewrócić.

- Lepiej stąd chodźmy. Mogą wrócić z widłami albo księdzem.

Parskam śmiechem pomimo bólu.

- Raczej będą chciały zrobić relację na żywo ze spotkania z duchami.

- Co ci strzeliło do głowy, że tu przyszedłeś? - Heather obejmuje mnie ramieniem. - Powinniśmy zabrać cię do domu.

- Jeszcze nie.

- To niezbyt bezpieczne...

- Wiem - przerywam jej stanowczo.

Ma rację. To nie jest bezpieczne, ale nie daje mi spokoju, że zostawiłem tamtego chłopaka. George Pimm go zamordował i w tamtym wspomnieniu wciąż to robi. Przez jedną szaloną chwilę zastanawiam się, czy nie wrócić, by go powstrzymać, ale wciąż wyczuwam strach chłopca, zupełnie jakbym to ja go doświadczał. To mój lęk, podobnie jak smutek Wisielca. Wewnątrz pętli łączę się z duszą umarłego, zatracam się w jej wspomnieniach i nie potrafię pomóc nawet sobie, a tym bardziej komuś innemu.

Żałuję, że nie da się przerwać tego zaklętego kręgu i uwolnić ich dusz.

Pamiętam, co powiedział Sam Harrow: "A jeśli zniknie któryś z twoich przyjaciół?".

- Audrey przepadła - informuję Heather i pośpiesznie wyjaśniam, co Obdarci powiedzieli o jej śledztwie dotyczącym zaginionych duchów i Człowieka z Cieni. Przytaczam też dziwną wiadomość, którą dla mnie zostawiła. Potem przyznaję, że Sam powiedział mi o duchach i poprosił o pomoc.

Każde moje wyznanie sprawia, że zmarszczki wokół jej ust stają się wyraźniejsze. Zraniłem jej uczucia, okłamując ją, ale teraz nie mogę się tym przejmować.

- Chętnie zadam kilka pytań temu Samowi Harrowowi, jeśli go spotkam. Ale coś rzeczywiście się dzieje. Audrey nie zostawiłaby takiej wiadomości, gdyby to nie było ważne. - Heather się zamyśla. - Chociaż nie mam pojęcia, dlaczego musiała być taka tajemnicza.

- Chcę porozmawiać z Ophelią, przyjaciółką, o której wspomnieli Obdarci - oświadczam. - Dowiem się wszystkiego, co się da, o tym gościu z cieni.

- Wygląda na to, że widzieli, jak porwał Millie. Wpadła pod wóz browarnika przed Snickleway Inn, kiedy pub nazywał się jeszcze The Anglers - informuje Ollie. - Mijaliśmy go po drodze.

- Harrow wspominał, że jedna z zaginionych miała na imię Millie - przyznaję.

Heather sprawia wrażenie zmartwionej.

- Naprawdę uważasz, że ten Człowiek z Cieni ma Audrey?

Ocieram krew z czapki i zakładam ją.

- Jest tylko jeden sposób, by się dowiedzieć. Nie wiem jak wy, ale ja chętnie bym się napił.

Gość za barem w Snickleway Inn z irytacją stuka palcami w blat.

- Nie ma dokumentu, nie ma piwa, kolego.

Nie złoszczę się, bo od początku wiedziałem, że mam małe szanse.

- W takim razie poproszę colę - odpowiadam, próbując nie patrzeć na ducha w eleganckim niebieskim kubraku i krezie, który unosi się w powietrzu obok barmana.

- Z lodem?

- Nie.

- Chcesz słomkę? - pyta barman. - Papierowa, przyjazna dla środowiska.

Wzruszam ramionami i przesuwam językiem po świeżym rozcięciu na ustach. Krzywię się pod wpływem piekącego bólu. Barman wkłada słomkę do szklanki i bierze ode mnie monety. Szukam wolnego miejsca.

Kilku klientów żłopie z kufli. Snickleway Inn to jedna ze słynnych nawiedzonych tawern w Yorku, która chlubi się aż siedmioma stałymi duchami - chociaż mam wrażenie, że co najmniej połowa klientów to trupy. Elżbietański dżentelmen, który podąża za barmanem, oraz starsza kobieta przy oknie z pewnością od dawna nie żyją. Podejrzewam, że Koreańczyk w średnim wieku, który siedzi przy barze, to także umarlak. Nie ma drinka, a odkąd przyszliśmy, barman nie zwrócił na niego uwagi.

Mijam stoliki w niszach i kieruję się do pustego wyłożonego boazerią pomieszczenia za schodami. Jest niewielkie, a ciemnoczerwone zasłony i zdjęcia w kolorze sepii na ścianach sprawiają, że wydaje się jeszcze mniejsze.

Lewa proteza skrzypi, kiedy siadam na ławce. Stopa poluzowała się na wsporniku, ale nie mam wystarczająco dużo miejsca, żeby wyjąć śrubokręt i temu zaradzić, a poza tym jestem cały obolały po pobiciu przez Pimma. Ogień huczy w starym ceglanym piecu, a ja rozkoszuję się ciepłem. Kiedy pierwszy łyk coli dociera do żołądka, mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję, ale mdłości po chwili mijają.

Heather siada obok mnie. Staram się na nią nie patrzeć, nie chcę zobaczyć rozczarowania w jej oczach. Kiedy w końcu się przełamuję, widzę w nich tylko troskę.

- Naprawdę chcesz to zrobić? - pyta.

Przełykam ślinę i spuszczam wzrok.

- Tak.

Opuszcza głowę.

- No dobrze.

- Naprawdę?

- To twój wybór. Co sądzisz o wiadomości od Audrey?

- Prawdę mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, co znaczy. - Wpisuję stolica ruin do wyszukiwarki w telefonie, ale w pubie jest gówniane wi-fi i strona strasznie długo się ładuje.

Kobieta o różowych policzkach i surowej minie, ubrana w długą spódnicę, przenika przez ścianę. Prawie przewracam szklankę. Ona też omal nie wyskakuje ze skóry, ale po chwili na jej twarzy pojawia się uśmiech zrozumienia.

- Przynajmniej wyglądasz, jakbyś zjadł w życiu chociaż jeden porządny posiłek - mówi. - Ten drugi widzący jest zdecydowanie za chudy.

- Chłopak w moim wieku, z kręconymi włosami? - pytam.

- Zgadza się. Przychodzi tutaj z notesem i nie przestaje męczyć Rodericka pytaniami o to, co się stało z Millie. Jeśli go zobaczysz, powiedz mu, że zaplamił mój śliczny blat.

Szybko wsuwam podkładkę pod szklankę.

- A co się stało z Millie?

Kobieta przewraca oczami.

- Nic. Zerwała więzy i zniknęła. Czasami tak się dzieje. Marmaduke Buckle przez dwieście lat był uwiązany po sąsiedzku, a teraz chodzi wolno. Millie pewnie ruszyła zwiedzać świat.

Heather się zamyśla.

- Od dawna tu pani jest, pani...?

- Tulliver. Jestem gospodynią już od trzystu zim. To miejsce wymaga silnej ręki. - Wskazuje głową bar i gościa, który mnie obsłużył. - Ten przynajmniej nie dosypuje prochu, tak jak jego poprzednik.

Dwa smukłe czarne koty z głośnym miauczeniem wybiegają przez tylne drzwi. Po chwili w ślad za nimi mknie duży rudy kocur.

- Ejże, Seamus, zostaw te biedne stworzenia w spokoju! - woła za nimi pani Tulliver. - Szkoda, że ta dwójka nie została w Starre. Nie dają spokoju mojemu Seamusowi, aż chciałoby się, żeby nigdy nie wychodziły ze ściany.

- Pani Tulliver, jest pani pewna, że Millie nie została... porwana? - pytam.

- Porwana? - Kobieta wyrzuca ręce w górę. - Co za dziewczyna! Nie opuściła tego przeklętego pokoju od osiemdziesięciu lat i wciąż sprawia kłopoty. Ophelii się ubzdurało, że Millie ktoś uprowadził, podobno to widziała, ale ona lubi fantazjować.

Wstaję z ławki.

- Możemy z nią porozmawiać?

Pani Tulliver marszczy czoło.

- Nie lubi nieznajomych i gada bez sensu. Pewnie niczego nie zrozumiesz z jej paplaniny, ale nie mogę ci zabronić. Jest na górze.

Mruczę pod nosem słowa podziękowania, chwytam colę i wspinam się po rozchwianych schodach na piętro. Heather i Ollie podążają za mną. Ciasny pokoik ma okna z małych szybek w kształcie rombów, a ciemna boazeria i obicia mebli nie różnią się od tych w barze. Z dala od kominka znów zaczynam odczuwać dokuczliwe zimno.

Na ławce pod oknem leży zwinięta w kłębek drobna kobieta w wełnianej sukience. Nie ma na głowie lnianego czepka, typowego dla duchów z jej epoki, a włosy opadają jej na plecy.

- Obiecał, że wróci - szepcze. Na policzkach ma ślady łez.

Zaraz po wejściu zauważam, że nie jesteśmy sami. Grupka dwudziestokilkulatków rozłożyła się na jednym ze stołów. Zatrzymuję się niepewnie. Nie mogę porozmawiać z Ophelią w ich obecności, ale jeśli jest tak płochliwa, jak twierdzi pani Tulliver, to mogę nie mieć kolejnej okazji.

Kobieta zaczyna przeciągle zawodzić, a następnie szlochać. Co mam zrobić? Nie tkwi w pętli, doskonale zdaje sobie sprawę, że jest martwa, ale jakiś duchowy klej trzyma ją w tym pokoju.

Siadam swobodnie, na tyle daleko, by jej nie wystraszyć, ale wystarczająco blisko, by nie musieć podnosić głosu.

Na ustach Heather pojawia się wymuszony uśmiech. Wątpi w powodzenie moich działań i jest zdenerwowana, gotowa wskoczyć między nas, jeśli Ophelia stanie się nieprzyjemna. Ophelia dalej czuwa przy oknie i nie zwraca na nas uwagi.

Potrzebujemy odpowiedzi, a nie mamy niczego poza wzmiankami o Człowieku z Cieni, które pochodzą od bandy niepoważnych dzieciaków, brudnym śladem na ścianie w miejscu, do którego nie sięga woda, tajemniczą kałużą wosku i enigmatyczną wiadomością.

Jeśli nawet grupka w kącie mnie zauważyła, to najwyraźniej postanowili nie zwracać na mnie uwagi. Wyjmuję z kieszeni douszne słuchawki. Nie mają mikrofonu, ale z tej odległości nikt tego nie zauważy. Wkładam je do uszu, biorę głęboki oddech i udaję, że rozmawiam z kimś przez telefon.

- Ophelio, mam na imię... Charlie - mówię.

Zaskoczona, rozwiera usta. Brakuje jej kilku zębów. Ślady po ospie znaczą jej skronie i policzki.

Próbuję ponownie:

- Pewnie widzisz stąd wszystkie najważniejsze wydarzenia, prawda?

Jej oblicze pochmurnieje.

- Obiecał, że nie zostawi mnie samej, ale złamał dane słowo. - Wyciąga rękę i przesuwa palcem po mojej opuchniętej szczęce.

Wzdrygam się, a Heather tężeje, po czym podnosi dłoń, żeby powstrzymać Olliego przed skoczeniem między nas. Dotyk Ophelii jest delikatny. Przechyla moją głowę i syczy ze współczuciem, widząc sińce na szyi.

- Nie powinieneś pozwalać, by cię tak krzywdzili, to nie w porządku. Musisz pomóc im pamiętać, wtedy nie będą mogli.

- Czego nie będą mogli?

- Zabrać cię ze sobą. - Patrzy mi w oczy. - Czy to dlatego mnie zostawiłeś?

- Nie zostawiłem cię.

Mruga.

- Oczywiście. Nie ty. Wiesz, gdzie jest mój Simon?

- Nie, przykro mi. - Odchrząkuję. - Przyszedłem... żeby zapytać o Millie. Pani Tulliver powiedziała, że widziałaś, jak ktoś ją zabrał. - Wskazuję swoich przyjaciół. - Chcemy pomóc.

Mimo że mam w uszach słuchawki, grupka w kącie zauważyła, że rozmawiam z powietrzem. Próbuję zignorować palący wstyd, który wywołują we mnie ich pełne napięcia szepty i rzucane ukradkiem spojrzenia. Wkrótce zawołają właściciela i wylecę z lokalu.

- Ophelio, co się stało z Millie? - szepczę nagląco.

Kobieta wstaje i wskazuje ulicę za oknem.

- Została zabrana z miejsca, w którym umarła. Właśnie tam, gdzie opadł popiół.

Klękam i opieram się łokciami o parapet. Nie widzę żadnego popiołu, tylko kilka liści i starą foliową torebkę tańczącą na wietrze. Jakiś dzieciak upuścił loda i teraz drze się wniebogłosy.

- Kiedy to się stało?

- Już kilka tygodni temu, ale nikt mnie nie słucha. Śpiewałam o tym dzieciom, śpiewałam, żeby były bezpieczne, ale popiół przyszedł także po nie. - Nachyla się nad parapetem. - Popiół i cienie, z prochu w proch.

- Widziałaś, kto to zrobił?

- Człowiek zbudowany z cienia.

- Czyli nie widziałaś jego twarzy?

Ophelia kręci głową.

- Millie lubiła sprawdzać, jak daleko jest w stanie dojść, zanim więzy pociągną ją z powrotem. Kiedy mnie zawołała, stała o krok dalej niż kiedykolwiek. Powiedziała, że też powinnam spróbować, ponieważ muszę sama znaleźć Simona. Jeśli go dopadli, to nie wróci i będzie się zamartwiał, że wezwano jego córkę, a tamten człowiek przychodzi i zadaje pytania. Gdybym się zgodziła, Millie miała pójść ze mną. Obiecała. Wyjrzałam przez okno, żeby na nią popatrzeć, ale wtedy pojawił się Człowiek z Cieni i popiół poderwał się z ziemi. Kiedy opadł... jej już nie było.

Oglądam się na Heather i Olliego. Ludzie przy drugim stole gapią się na mnie i trącają nawzajem łokciami.

Czas się wynosić.

Dziękuję Ophelii i zapewniam, że poinformujemy ją, jeśli dowiemy się czegoś nowego. Chociaż to wbrew moim zasadom, mam ochotę spytać, czy mogę coś dla niej zrobić. Nigdy, przenigdy tego nie proponuję. Nie jestem w stanie rozwiązywać trzystuletnich tajemnic, dostarczać ostatnich wiadomości ani zajmować się niedokończonymi sprawami, które powodują, że duchy takie jak Ophelia są uwiązane. Otwieram usta, żeby powiedzieć coś pocieszającego, ale ona kręci głową.

- Nie składaj obietnic, których nie będziesz mógł dotrzymać. - Odwraca się w stronę okna.

Zostawiam napój i zbiegam po nierównych schodach, szybciej, niż powinienem. Przy barze nie widzę pani Tulliver, więc wychodzę przed budynek, po drodze przeglądając się w szybie. Mam opuchnięty policzek, zaczerwienioną szczękę i dolną wargę umazaną zaschniętą krwią. Mama pomyśli, że znów wdałem się w bójkę.

Farba na zewnętrznej ścianie jest zbyt ciemna, żeby dostrzec na niej jakiekolwiek ślady, ale i tak ich wypatruję.

Dołącza do mnie Ollie.

- Na co patrzysz?

- Ściana przy Bedern Arch była brudna. To mógł być popiół, o którym wspominała Ophelia.

- Albo zwykły brud - stwierdza Heather.

Już mam się sprzeciwić, ale odpuszczam. Wcale mi się to nie podoba. Chcę z nią swobodnie porozmawiać, nie mogę jednak tego zrobić w tym miejscu. Turyści zapewne pomyślą, że to jakiś performance, który ma ich zachęcić do odwiedzenia pubu, ale inni ludzie na ulicy wezmą mnie za bełkoczącego żula, któremu ktoś obił twarz.

- Millie, Obdarty Peter i Mała Beth nie zniknęli bez śladu - odzywa się Ollie. - Jak to w ogóle możliwe, żeby chmury były ciemniejsze niż noc?

Wypatruję na ulicy śladów czerwonego wosku. Bezskutecznie - mamy deszczową wiosnę. Wygląda na to, że Millie zaginęła już dawno temu, więc wszelkie ślady zostały zmyte lub zadeptane butami tysięcy turystów i weekendowych imprezowiczów.

Zresztą czy wosk w ogóle ma związek z tą sprawą?

Heather wygląda, jakby coś przyszło jej do głowy, ale milczy. Sprawdzam godzinę. Dochodzi siedemnasta. Jeszcze nie jest późno, ale zajęcia powtórzeniowe wkrótce się skończą i mama będzie na mnie czekała w domu.

Przypominam sobie, że w telefonie wciąż mam otwartą wyszukiwarkę Google. Wyświetliły się wszystkie wyniki dla stolicy ruin. Pierwszy z nich dotyczy programu radiowego Samuela Becketta z 1946 roku. Nie mogę odsłuchać nagrania, ale do artykułu dołączono czarno-białe zdjęcia. Klikam w link i ekran wypełnia zrujnowane miasto: sterty gruzów, stojąca woda, błoto i szkielety spalonych domów.

Saint-Lô, Normandia.

Uginają się pode mną kolana. Lęk owija się wokół mojego serca i na chwilę wracam na tamten plac, a przede mną idzie rząd kolegów z klasy. Mitch i Leonie się przedrzeźniają. Wtedy byliśmy nierozłączni. Śmieję się, a potem budynki znikają i zastępują je ruiny po bombardowaniu. W powietrzu unosi się woń pyłu i spalonego kamienia. Coś, albo ktoś, wciąga mnie do ciemnego pomieszczenia.

- Charlie? - Heather trzyma dłoń na moim ramieniu.

Zamykam wyszukiwarkę.

- Wszystko w porządku, po prostu jestem zmęczony.

- Powinniśmy wracać.

Owszem, powinniśmy. Chcę już być w domu, zwinąć się w kłębek obok Dantego i o wszystkim zapomnieć. Ale mam wrażenie, że zamknięcie się w pokoju byłoby ucieczką. Jak to możliwe, by zaginione duchy w Yorku miały cokolwiek wspólnego z pętlą śmierci, w którą wpadłem w Normandii?

- Po drodze powinniśmy zahaczyć o uliczkę Szalonej Alicji - mówię. - Sprawdzimy, czy są tam jakieś ślady na ścianach.

Ku mojemu zaskoczeniu Heather nie protestuje.

Lund Court, niegdyś zwane aleją Szalonej Alicji, to ceglane wąskie przejście łączące Low Petergate i Swinegate. To pułapka na turystów; kiedy próbujemy tamtędy przejść, natrafiamy na przewodnika, który opowiada grupie ludzi o duchach. Rozpoznaję tego chudego białego gościa w średnim wieku, z cylindrem na głowie. Zgromadził swoje stadko w miejscu, w którym uliczka rozszerza się w zatłoczony plac, i wykorzystuje tę naturalną scenę, by opowiedzieć o Szalonej Alicji, o jej śmierci oraz zabójstwie, którego sama wcześniej się dopuściła.

Kobieta w drogim płaszczu posyła mi przeciągłe spojrzenie, jakby chciała mi przypomnieć, że zapłaciła za opowieści o straszliwym cierpieniu i makabrycznej śmierci, a ja nie, więc powinienem się zmywać.

Zupełnie jakbym nie znał historii Szalonej Alicji.

Jest jednym z najsłynniejszych duchów w Yorku. Nazwano jej imieniem uliczkę. Alicja Smith mieszkała tutaj w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Była nieszczęśliwą żoną brutala, którego ostatecznie zadźgała nożem, po czym została stracona w zamku York, gdyż miała pecha i popadła w obłęd.

Podnosząca na duchu opowieść pełna radości i śmiechu.

Rozglądam się za śladami po popiele i zauważam niewyraźną kreskę pod oknami po lewej stronie uliczki, ale nie mogę tam podejść w takim tłoku. Przewodnik jeszcze przez jakiś czas mówi, starając się wycisnąć z opowieści jak najwięcej.

- Popatrzył na mnie - syczy Ollie.

Heather parska.

- Wcale nie.

- Przysięgam, że tak. Charlie, widziałeś to, prawda?

- Nie - odpowiadam.

- Jest ubrany na czarno, może to nasz Człowiek z Cieni.

Serio? Skąd mielibyśmy to wiedzieć? Mimo wszystko bacznie przyglądam się Cylindrowi. Wygląda jak parodia wiktoriańskiego grabarza: długi płaszcz, czarna kamizelka, idiotyczny kapelusz i okulary połówki w srebrnych oprawkach zawieszone na łańcuszku. Ze zmrużonymi oczami obserwuje tłum, przemawiając przyciszonym głosem. Wszyscy w uliczce nachylają się ku niemu z wyczekiwaniem.

Krzyk. Rzuca się naprzód, pokazując, w jaki sposób Szalona Alicja zaszlachtowała męża. Kilka osób wrzeszczy, inne nerwowo chichoczą. Przewodnik kończy opowieść i zabiera grupę ze sobą.

Kiedy mija ślad na ścianie, przystaje. Podniecony Ollie klepie mnie dłonią. Uciszam go, patrząc, jak mężczyzna przesuwa kciukiem po smudze i marszczy czoło. Jeden z klientów o coś go pyta. Przewodnik gwałtownie podnosi głowę i wychodzi z Lund Court, by opowiedzieć kolejną obrzydliwą historię jakiegoś przedwczesnego zgonu.

Czy to coś znaczy? Czy on jest Człowiekiem z Cieni?

Kiedy uliczka pustoszeje, uzmysławiam sobie, że została w niej jeszcze jedna osoba. Ktoś, kto nadaje się na podejrzanego bardziej niż stary przewodnik. Sam Harrow opiera się o rynnę, a oprawiony w skórę notes wystaje z przedniej kieszeni jego woskowanej kurtki.

Zaciskam pięści.

- Hej, co zrobiłeś z Audrey?

Harrow mruga.

- Z kim?

- Audrey Nightingale, pomogła mi cię zgubić na The Shambles i ostrzegała, żebym trzymał się od ciebie z daleka. A teraz zaginęła.

- Jest duchem?

- Owszem, gapiłeś się na nią.

- Patrzyłem na ciebie.

Czuję falę gorąca na posiniaczonej szyi. Nie wiem, co odpowiedzieć, więc tylko wykrzywiam usta.

Harrow patrzy mi prosto w oczy.

- Nie porwałem twojej przyjaciółki. Ale pomogę ci ją odnaleźć.

Kręcę głową.

- To nie jest twoje miasto, a to nie są twoi kumple, więc dlaczego miałyby cię obchodzić jakieś zaginione duchy?

Uśmiech wyparowuje z jego twarzy.

- Ponieważ kogoś powinny.

Odnoszę wrażenie, że to przytyk do mnie, i już mam mu powiedzieć, żeby się odwalił, ale wtedy widzę na jego twarzy coś, co doskonale znam: smutek.

Audrey nie chciała, żebyśmy się spotkali, ale skoro zaginęła, współpraca z Samem Harrowem może być jedynym sposobem, by cokolwiek z tego zrozumieć. Może się wygada i do czegoś przyzna, a może ma jakieś użyteczne informacje w tym swoim notesie.

Niechętnie przedstawiam mu swoich towarzyszy. Ollie tylko kiwa głową na powitanie, ze względu na mnie udając obojętność, ale widzę, że jest zaciekawiony. Heather zachowuje się uprzejmie, lecz z dystansem, jak lekarka, która kogoś bada i nie jest pewna diagnozy.

- A więc... - Sam wciska ręce do kieszeni. - Macie jakieś teorie?

- Ollie uważa, że to był tamten przewodnik - odpowiadam. - Ponieważ ubiera się na czarno i zauważył dziwny ślad na ścianie.

- Jaki ślad?

Wskazuję brudną kreskę na cegłach.

- Podobny znajduje się przy Bedern Arch, a Ophelia w Snickleway Inn powiedziała...

- Rozmawiała z wami?

- Tak. - Głównie mówiła zagadkami, ale tego nie zamierzam mu zdradzać. Dzielę się za to wszystkim, co Obdarci i Ophelia powiedzieli o Człowieku z Cieni.

Harrow wyciąga telefon i przegląda zdjęcia różnych znanych miejsc w Yorku, aż natrafia na mur z podobną smugą brudu.

- Wylot Walmgate - wyjaśnia. - Zawleczono tam szczątki Jamesa Reida po tym, jak go powieszono, utopiono i poćwiartowano. O ile się nie mylę, on zaginął jako pierwszy. Popatrzcie... - Wskazuje kałużę czerwonego wosku na dole zdjęcia, w miejscu, w którym ściana styka się z chodnikiem. - Ktokolwiek... albo cokolwiek... porywa duchy, zostawia po sobie widoczne ślady, co oznacza, że to jakieś fizyczne zjawisko. Nie przechodzą tutaj z drugiej strony i nie sądzę, żeby stał za tym inny duch.

Heather kiwa głową.

- To sprawka żyjących.

Irytuje mnie, że się z nim zgadza.

- Sporo wiesz jak na kogoś, kto widzi umarłych dopiero od kilku miesięcy.

Ale Sam nawet mnie nie słucha. Patrzy w górę, a jego nozdrza falują.

- Znów czuję ten zapach.

- Jaki zapach?

- To bardziej mrowienie w głowie, jakby... łaskotanie.

- Niczego nie czuję.

- Nie?

- Nie ma czegoś takiego jak szósty zmysł.

- Nieprawda, po prostu jesteś uparty. - Nachyla się, żeby obejrzeć smugę na cegłach. - Sól. Oraz węgiel drzewny. - Ponownie pociąga nosem i wyciera dłoń o kurtkę. - Naprawdę tego nie czujesz?

Zaczyna mnie wkurzać.

- Zamknij oczy i wciągnij powietrze - instruuje. - No dalej, zamknij oczy. Skup się. Otwórz umysł.

Ollie wzrusza ramionami, jakby chciał powiedzieć: Co ci szkodzi? Heather w milczeniu patrzy na Sama.

To idiotyzm, ale zamykam oczy i biorę głęboki wdech. Jasne, zaraz otworzę umysł.

Najpierw dociera do mnie ostry smród starego moczu. Tak przenikliwy, że tłumi wszystkie inne wonie, ale jest ich więcej, ułożonych warstwowo jak skały osadowe. Jedzenie z pobliskiej kawiarni, mokry kamień, piżmowy zapach jakiegoś drewna. Ale nie tego szukam, to wszystko jest tutaj, w tym miejscu i czasie.

Biorę kolejny głęboki wdech. Założę się, że wyglądam jak dureń. Harrow pewnie się ze mnie śmieje. Już mam zrezygnować i powiedzieć mu, gdzie ma sobie wsadzić swoje rady, gdy nagle wyczuwam zapach węgla drzewnego i czegoś świeższego.

Zaskoczony, gwałtownie otwieram oczy.

- Czujesz? - Szczerzy do mnie zęby. - Dobrze, co jeszcze?

Irytuje mnie jego natarczywość, ale uświadamiam sobie, że mówi do siebie. Odwraca się plecami i zaczyna zastanawiać się na głos, jak dużo czasu minie, zanim ludzie zadepczą ślady świeżego wosku.

Co mnie w nim tak denerwuje? Wydaje się, że ma dobre zamiary. Nie mogę się o to do niego przyczepić, ale ta jego dumna postawa, zupełnie jak u Mitcha... nie, Sam jest pewny siebie, a nie dumny.

Wyjmuje notes i przerzuca gęsto zapisane kartki.

- Co wiesz o zaklęciach?

- Zaklęciach? - Teraz na pewno robi sobie jaja.

- Tak, o magii.

Parskam i odwracam się do Olliego, oczekując, że ten wyszczerzy się, słysząc coś tak idiotycznego. Ale nic z tego. Heather sprawia wrażenie zmieszanej, ale nie mówi Samowi, że gada głupoty.

- Daj spokój... - odpowiadam. - Magia?

Sam posyła mi poważne spojrzenie.

- Widzisz umarłych, rozmawiasz z nimi i ich dotykasz, a nie wierzysz w magię?

Jeśli tak do tego podejść, to rzeczywiście wychodzę na głupka.

- Nie, nie wiem niczego o żadnych cholernych zaklęciach. Co z nimi?

- No cóż, na przykład ten zapach. - Znów przerzuca kilka stron. - Węgla drzewnego i soli używa się do maskowania śladów.

Drapię się po karku.

- A więc ten, kto to zrobił, nie chciał, żeby go zauważono?

- To oczywiste. - Zaczyna chodzić w kółko, niczym wielki detektyw przemawiający do gamonia, który nie ma o niczym pojęcia.

Czyli do mnie.

- Porywacz nie chciał zdradzić, w jaki sposób ofiary zostały uprowadzone - mówi Sam. - A to oznacza, że w Yorku jest ktoś, przed kim tamten ukrywa swoje działania. Być może chodzi o same duchy, a może o ciebie, Charlie.

Parskam. Jasne. Nie jestem aż taki groźny. A może w Yorku jest poza mną i Samem ktoś jeszcze, kto wie o duchach.

Czyżby przewodnik w cylindrze? W końcu potarł palcem ślad na cegłach, jakby starał się go wymazać. Niewykluczone. Może nie zdawał sobie sprawy, że zostawił dowód przestępstwa.

Albo to jego obawia się Człowiek z Cieni.

Albo to zwykły przewodnik, który po prostu zauważył coś nietypowego w znanym sobie na wylot miejscu.

- Co więcej, to oznacza, że sprawca zamierza uderzyć ponownie - dodaje Sam.

- Alicja była celem ataku? - pyta Ollie.

Sam kiwa głową.

- Ale w jaki sposób została schwytana? Chyba że ją zgładził.

Zgładził? Czuję ucisk w piersi. Nie wiem, czy duchy mogą powtórnie umrzeć, ale ta myśl wywołuje u mnie ciarki na plecach. Przecież to dusze: mają osobowość i wspomnienia, myślą. Są ludźmi.

Sam stuka się palcem w podbródek, na zmianę podchodząc do znaku i zawracając na pięcie.

- Potrzebujemy zaklęcia, a raczej po prostu czegoś, co oczyści tę przestrzeń. Czy w okolicy jest jakaś dobra herbaciarnia?

Ollie wskazuje ulicę.

- Całe mnóstwo.

- Prowadź. - To rozkaz, a Sam najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że go wydał. Widzę ogień w jego oczach, ten entuzjazm jest zaraźliwy. Ollie się waha, jakby czekał na moją zgodę, ale nie zamierzam mu jej dawać, ponieważ może robić, co chce.

- Charlie i ja popilnujemy tego miejsca - odzywa się Heather.

Sam i Ollie się oddalają, a chociaż Heather ze mną zostaje, i tak czuję się jak niepopularny dzieciak, z którym nikt nie chce się bawić.

- On bardzo się od ciebie różni - zauważa Heather, kiedy znikają nam z oczu. - Od jak dawna jest widzącym?

- Od pół roku.

- Hmmm, a do tego wie o magii.

- Zaraz, ty też o niej wiesz?

- Potrafię wyczuwać rzeczy, które znajdują się... poza światem fizycznym. Wszystkie dusze to potrafią, ale jeśli chodzi o zaklęcia... Nie, to dla mnie nowość.

- Więc uważasz, że ściemnia?

- Przekonamy się. - Spogląda na brudny ślad na ścianie. - Szkoda, że nie rozumiemy wiadomości od Audrey.

- Nie możemy mu zaufać.

- Samowi? - Heather długo milczy. - Nie sądzę, żeby skrzywdził Audrey, i wydaje się, że naprawdę chce nam pomóc. - Godzinę wcześniej nalegała, żebym jak najszybciej wrócił do domu. Teraz wygląda na to, że podziałał na nią irytujący urok osobisty Sama. - Myślę, że Audrey po prostu chciała, żebyś trzymał się od tego wszystkiego z daleka. Ale coś musiało się wydarzyć, więc zostawiła ci wiadomość, a ty i tak wpakowałeś się po uszy.

- Uważasz, że powinniśmy dalej współpracować z Samem? - pytam.

Heather kiwa głową.

- Nie zaszkodzi dowiedzieć się, co odkrył, a ty zawsze potrzebowałeś... no wiesz... - Odchrząkuje, ale nie kończy zdania.

Nie przerywam ciszy.

Kilka minut później Sam i Ollie pośpiesznie wracają przejściem między budynkami. Sam niesie kilka pudełek z sypaną herbatą oraz białą filiżankę i czyta coś w swoim notesie. Zamiast schować go do kieszeni, nagle mi go podaje. Jestem tak zaskoczony, że praktycznie wciska mi go w ręce. Okładka jest ciepła od dotyku jego palców. Chcę zajrzeć do środka, ale mam wrażenie, że byłoby to wścibstwo. Oczywiście on nie miał oporów przed grzebaniem w moim życiu, więc miałbym pełne prawo przeczytać jego durne notatki.

Mimo wszystko tego nie robię.

Sam kuca i otwiera paczki z herbatą, a w powietrzu unosi się świeży aromat mięty pieprzowej i cytrusów. Miesza zioła w filiżance i wyciąga staroświecką zapalniczkę. Wysuszone liście zajmują się ogniem jak papier błyskowy. Z naczynia bucha dym, a Sam rozwiewa go po całej uliczce.

Jeszcze chwila i zacznie śpiewać.

Zapewne sprawiam wrażenie zbitego z tropu, ale on tylko się uśmiecha.

- Większość najskuteczniejszych ziół jest toksyczna i nie można ich dostać w sklepie, ale mięta pieprzowa, pokrzywa i cytryna też dobrze się nadają do oczyszczania. - Macha rękami pośród kłębów dymu. - Tylko tyle mogę zrobić, mam nadzieję, że to wystarczy.

Mocniej zaciskam dłonie na notesie.

- Skąd o tym wszystkim wiesz?

- Z Google'a. Można tam znaleźć mnóstwo informacji, chociaż większość jest myląca. Współczesne praktyki pogańskie, które traktują magię jako religię, nie zawsze okazują się równie skuteczne. Dawne przesądy i rytuały, oczywiście te autentyczne, są bardziej godne polecenia w realnym świecie. Chwileczkę, co to takiego?

Wskazuje coś palcem, ale widzę tylko szary bruk porośnięty chwastami. Nagle powietrze w jednym miejscu zaczyna się rozmywać i migotać, jak nad rozgrzanym asfaltem, a na ziemi pojawia się wyraźny rdzawy ślad.

Sam kuca, żeby mu się przyjrzeć. Część wzoru się ukruszyła, ale większość pozostała nienaruszona: niedokończony okrąg, jak podkowa przecięta pionową linią i drugą, krótszą, biegnącą przez jej środek. Obraz kojarzy mi się z runami Wikingów, ale to nie ten styl. Czymkolwiek jest ten symbol, wygląda... znajomo. Już kiedyś widziałem coś takiego, ale gdzie?

- Zdecydowane podobieństwa do starszego futharku, ale także pisma klinowego, które pochodzi ze znacznie wcześniejszych czasów - ocenia Sam. - Ciekawe.

Nie mam pojęcia, o czym mówi, ale nie daję po sobie poznać, że czuję się zagubiony.

- Co to jest?

- Pułapka na duchy. - Zbliża do niej dłoń. - Jeśli duch nad nią przejdzie, zostanie uwięziony. Łatwa ofiara.

- O tym też czytałeś w Google'u?

Ignoruje mnie, wyjmuje notes i zaczyna szkicować oraz pisać na marginesach.

Ollie wpatruje się w znak. Wzdryga się, kiedy dotykam jego ręki.

- Wiem, kto zabrał Alicję - szepcze. - Wiem, kto zabrał ich wszystkich. W Yorku grasuje łapacz dusz.