Prolog
Czas.
Pan życia.
Nie mający granic, początku ni końca.
Władca wszystkiego co żyje.
Sprawiedliwy dla królów i niewolników.
Nie dający się zatrzymać ani przekupić za żadne
skarby świata.
I biedni, i bogacze nie wybłagają u niego nieśmiertelności.
Dlatego jest wszechmocny.
"Nie pamiętam dokładnie kiedy się to zaczęło, ale wydaje mi się, że musiało to być bardzo dawno" - pomyślał siwy starzec siedzący z nieskrywaną przyjemnością na usłanym kwiatami dywanie. Długie, sino-białe włosy opadały mu na ramiona, a wiatr łagodnym podmuchem potrząsał nimi, jak młodymi gałązkami na wiosnę. Długimi palcami przebierał pośród świeżo zerwanych kwiatów, które miał zamiar złożyć w świątyni. Gładził ich łodygi, liście i płatki. Pożółkła twarz z zapadniętymi oczami wpatrywała się gdzieś w dal, aż za horyzont, poszukując gdzieś w odmętach umysłu słów i znaczeń, które dawno uleciały w niepamięć. Tuż obok starca siedział mały chłopiec, bawiący się dyskretnie kolorowymi kamykami przyniesionymi ze sobą. Malec zachowywał się spokojnie. Od czasu do czasu tylko podśmiewywał się w trakcie zabawy. "Dziwne" - kontemplował dalej mężczyzna. "Jak ludzka pamięć może być ulotna... Znikąd pomocy. Pomarli ci, którzy byli świadectwem tamtych czasów. Niewiele pozostało mi w głowie". Nagle starzec westchnął z wyraźną ulgą, tak jak gdyby jego umysł wrócił do lat młodości. Uśmiechnął się niepozornie i ochoczo rozpoczął opowieść.
- Wszystko wydarzyło się tu, na Ziemi Indyka, gdzie słońce przygrzewa najmocniej, a ziemia wydaje obfity plon - rzekł z przekonaniem.
Oczy malca błysnęły łapczywie, a typowo dziecięca ciekawość skupiła się nagle na mężczyźnie i jego słowach.
- Tak przynajmniej twierdzili niektórzy - kontynuował. - Nikt jednak nie potrafi określić ile czasu przeminęło od tamtych wydarzeń. Podobno dzień, od którego wszystko wzięło początek, był taki jak dziś, upalny i wilgotny...