Siostrzyczka miłosierdzia - Ewa Zaleska

Kup ebooka

20.90 zł
17.35 zł (13,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Na e­kra­nie 42-ca­lo­we­go te­lewi­zora Meg Ryan po raz ty­sięcz­ny za­le­wała się łzami w sce­nie z filmu "Bez­sen­ność w Se­at­tle", pod­czas gdy w po­gotowiu cze­kał ko­lej­ny obraz z tą samą ak­tor­ką, "Kiedy Harry po­znał Sally" – dla or­ga­ni­zator­ki wie­czo­ru naj­lep­sze dzie­ła na chan­drę.

Za­trzy­mała obraz, sły­sząc dźwięk te­lefonu.

– Słu­cham – pra­wie wark­nę­ła na in­tru­za, który śmiał prze­ry­wać jej psy­cho­te­ra­peu­tycz­ną sesję.

– Czyż­bym przy­pad­ko­wo tra­fi­ła na scenę...

– Ty nigdy ni­cze­go nie ro­bisz przy­pad­ko­wo – prze­rwa­ła niegrzecz­nie, czu­jąc, że zde­ner­wo­wa­nie wy­ni­kające z ko­niecz­no­ści o­de­rwa­nia się od losów u­ko­cha­nej bo­ha­terki przecho­dzi w nie­chęć pro­wa­dze­nia kon­wer­sa­cji o życiu. – Czy coś się stało?

– A mu­siało się coś wy­da­rzyć? Halo, to ja, twoja sio­stra!

– Fakt, u cie­bie ra­czej nie mogło się zda­rzyć nic, czego nie za­plano­wałaś przynaj­mniej z rocz­nym wy­prze­dzeniem i o czym nie po­in­for­mowa­łaś mnie co naj­mniej kil­ka­na­ście razy.

– Je­steś o­krop­na! Nie chcesz chyba mo­je­go zdro­we­go roz­sąd­ku na­zwać nudą?

– Nie śmia­łabym! To nie nuda, to zdol­ność pro­gnozowa­nia i pla­no­wania.

– Ab­so­lut­nie nie­po­trzeb­na sa­mot­nym ko­bietom po czter­dziest­ce, prze­ży­wa­ją­cym hi­sto­rie fil­mo­wych bo­ha­terek jak wła­sne?

– Uwa­żaj, nie­bez­piecz­nie zbli­żasz się do gra­ni­cy...

– Z rze­czywistością?

Dwie ko­biety za­sty­gły na mo­ment po dwóch stro­nach linii te­lefonicznej. W słu­chaw­kach sły­sza­ły je­dy­nie swój wza­jem­ny płyt­ki od­dech.

– Wiesz, że je­steśmy po­dob­ne? – Za­dając py­ta­nie, Maria spoj­rza­ła w lu­stro i na­tych­miast zdała sobie spra­wę, jak bar­dzo to stwier­dzenie mi­ja­ło się z praw­dą.

Ma­ry­si, mimo że była star­sza, udało się za­cho­wać mło­dzień­czą fi­gu­rę, czego trud­no by­ło­by się do­szu­kać u Hanki, matki trój­ki dzie­ci. Po­sia­dała za to siwe włosy, które w miarę sys­te­ma­tycz­nie far­bo­wała, czego jej młod­sza sio­stra robić nie mu­siała i nie miała za­miaru. Oby­dwie miały jed­nak te same duże brą­zo­we oczy i wy­dat­ne usta. Ucho­dzi­ły za a­trak­cyj­ne, czego do­wodem było mię­dzy in­ny­mi wcze­sne za­mąż­pój­ście Hanki, u­cie­ka­ją­cej w ten spo­sób od rze­szy wiel­bicieli, oraz licz­ne, za każ­dym razem bar­dzo po­waż­ne, związ­ki Marii, które każ­do­razowo koń­czyły się to­tal­nym fia­skiem.

Wła­śnie o ko­lej­nym u­si­ło­wa­ła za­po­mnieć za po­mocą wielogo­dzin­ne­go se­an­su fil­mo­we­go.

– Jak na to wpa­dłaś?

– Na co?

– Na to nasze po­dobień­stwo. Stoję wła­śnie przed lu­strem...

– Nie tu! Cho­dzi o pewne cechy. Ja co­dzien­nie za­tapiam się w fik­cję, z któ­rej ty, z rów­nym u­po­rem, u­si­łujesz mnie wy­rwać.

– Złosz­czę cię?

– Nie, do­pó­ki nie za­dajesz kre­tyń­skiego py­ta­nia, dla­cze­go i tym razem nie wy­szło.

– Marek jest...

– Był!

– Na Boga! On żyje!

– Nie ze mną.

– Ale de­cy­zja była twoja.

Cisza prze­ry­wa­na od­dechami.

– Cie­ka­wa je­stem, jak ty za­cho­wałabyś się na moim miej­scu. Czu­jesz, że twój zegar bio­logicz­ny już ledwo tyka, że to o­stat­nia szan­sa na dziec­ko, a facet, z któ­rym za­mie­rzasz je po­sia­dać, rzuca hasło, że już nie­ba­wem bę­dzie­cie mogli się bez­kar­nie ko­chać za­wsze, kiedy naj­dzie was na to o­chota. A dla­cze­go? Bo prze­sta­niesz być ko­bietą!

– Nie wiedzia­łam, że chcesz mieć dziec­ko.

– Ja też nie. Do pew­nego mo­mentu.

– Ro­zma­wiali­ście o tym?

– Po takim wy­stą­pie­niu?

– Na pewno tak nie my­ślał. Pew­nie nawet nie po­dej­rzewał...

– Że taka stara ko­bieta może w ogóle my­śleć o czymś takim?

– Nie to mia­łam na myśli.

– A co?

– Wi­dzisz... Wie­dzia­łaś, że Marek ma dwój­kę dzie­ci z pierw­szego mał­żeń­stwa. Może czuje się zre­ali­zo­wany jako oj­ciec?

– To niech sobie tkwi w tej sa­mo­re­ali­zacji! Od­de­chy.

– Jeśli nie chcesz z nim roz­ma­wiać, to może ja...

– Ani się waż! Sap­nię­cia.

– Przy­je­chać?

– Bę­dzie­my jadły po­pcorn i o­glą­da­ły ko­me­die ro­man­tycz­ne?

– Jak zwy­kle, kiedy je­steś w dołku.

– Kup wino. Białe, wy­traw­ne. Kilka bu­te­lek.

 

 

Przed przy­jaz­dem sio­stry Maria do­konała szyb­kiego prze­glą­du dóbr. Zaj­rzała do lo­dów­ki, żeby się u­pew­nić, że znowu nie bę­dzie miała czym poczę­stować go­ścia. W ła­zien­ce udało jej się zgar­nąć po­roz­rzu­ca­ne u­bra­nia i we­pchnąć do kosza na brud­ną bie­liznę, który mimo sta­rań po­zo­stał lekko u­chy­lo­ny. Okrusz­ki cze­goś strasz­nie sta­re­go, roz­rzu­cone na skra­ju dy­wa­nu, scho­wa­ła tym­cza­so­wo pod ów dywan, prze­su­wa­jąc w ten spo­sób głę­biej te, które wy­lą­do­wa­ły tam przed o­stat­nią wi­zy­tą Hani. Nie chcia­ła mar­twić sio­stry, że się nie wy­ra­bia, nie dba o dom i u­po­dab­nia się do matki.

Hanka w eks­preso­wym tem­pie na­kar­mi­ła wiecz­nie głod­ne po­tom­stwo, zor­ga­ni­zowała o­pie­kun­kę i skre­śli­ła li­ścik do męża. Wy­ja­śni­ła w nim ko­niecz­ność u­da­nia się na akcję ra­tun­ko­wą, nie o­kre­śla­jąc go­dziny po­wrotu. Opa­tru­jąc ca­łość cza­sow­ni­kiem "ko­cham cię" u­zupeł­nio­nym trze­ma wy­krzyk­ni­ka­mi, zdała sobie spra­wę, że jest praw­dzi­wą szczę­ściarą. Każdy inny part­ner pró­bo­wał­by się przynaj­mniej zbun­to­wać prze­ciw po­wta­rzają­cym się ak­cjom na­głe­go o­pusz­cza­nia domu. Ona zro­bi­ła­by to na pewno! Mąż tymcza­sem zno­sił to wszyst­ko z to­le­ran­cją i wy­ro­zu­mia­ło­ścią godną świę­te­go. Sz­ko­da, że nie ma braci, od razu wy­swa­tałaby ich ze swo­imi sio­strami. I nie­waż­ne, że nie mie­liby łatwo. Zw­łasz­cza ten, który przy­padł­by w u­dzia­le Marii, Iza spra­wiała naj­bliż­sze­mu o­tocze­niu zde­cy­do­wa­nie mniej kło­potów.

 

Isau­ra miała kło­poty. Duże kło­poty, o któ­rych nie miała komu o­powie­dzieć. Za­stanawiała się, czy nie obar­czyć nimi naj­bliż­szych, ale szyb­ko zre­zy­gno­wa­ła z tego po­mysłu. Z tego, co wiedzia­ła, Maria znowu roz­sta­ła się z męż­czy­zną jej życia, a Hanka i tak le­d­wie sobie ra­dzi­ła, u­si­łując po­godzić obowiąz­ki do­mowe i za­wo­dowe ze słu­że­niem radą w ko­lej­nych ser­co­wych "za­wałach" star­szej sio­stry.

Zda­jąc sobie spra­wę z łą­czącej je bli­sko­ści, ża­ło­wała, że jej ro­dzi­ce zakoń­czyli po­więk­sza­nie ro­dzi­ny wła­śnie na niej. Czyż­by skoń­czyły się e­mi­sje se­ria­li, a wraz z nimi po­mysły na mniej lub bar­dziej o­ry­gi­nal­ne i­mio­na? Wąt­pli­we. To ra­czej zwy­kła nie­spra­wiedliwość losu.

Ta sama nie­spra­wiedliwość prze­śla­do­wała ją w szko­le, przy­bie­ra­jąc po­stać wiecz­nie cze­pia­ją­cych się na­uczy­cie­li, a teraz do­pa­dła ją w pracy. Tak na­praw­dę jej głów­nym pro­ble­mem o­ka­zały się wiel­kie brą­zo­we oczy, wy­dat­ne usta, gęste ciemnobrą­zo­we włosy, ob­fi­ty biust, wąska talia i nogi aż do nieba. Do­dat­kowo miała sła­bość do eks­po­nowa­nia tego wszyst­kiego pro­fe­sjonal­nym ma­ki­jażem i mod­nym, pod­kre­śla­ją­cym syl­wet­kę stro­jem.

Bu­dzi­ła nie cał­kiem nie­win­ny za­chwyt panów, nie tylko sa­mot­nych, oraz za­zdrość pań. Ta nie­bez­piecz­na mie­szan­ka do­prowa­dziła do tego, że od kilku ty­go­dni ktoś prze­śla­do­wał ją głu­chy­mi te­lefonami. Po ko­lej­nym po­łą­cze­niu, kiedy w słu­chaw­ce nie usły­sza­ła nic o­prócz ci­chych po­sa­py­wań, prze­sta­ła sobie wma­wiać, że cho­dzi je­dy­nie o ci­che­go wiel­biciela, i za­czę­ła się bać.

Może po­win­na pójść na po­li­cję, ale nie po­sia­dała żad­nych do­wodów. Poza tym spora licz­ba kry­mi­na­łów, które mu­siała o­bej­rzeć w dzie­ciństwie, u­trzy­mywa­ła ją w prze­ko­na­niu o bez­sen­sow­no­ści ta­kie­go kroku. Za­an­gażo­wanie władz, przy za­ło­że­niu, że po­li­cjan­ci by­li­by skłon­ni zająć się tą spra­wą, mogło tylko po­gor­szyć jej, i tak nie naj­lep­szą, sy­tu­ację w pracy. Do­prowa­dzi­łoby prawdopo­dob­nie do prze­słu­chań pra­cow­ników banku oraz su­ge­stii z ich stro­ny, że sama spro­wokowa­ła kogoś u­bio­rem i za­cho­waniem. A co zrobi, jeśli bę­dzie mu­siała o­dejść z pracy? Je­dy­ne, co przycho­dziło jej do głowy, to cier­pliwe prze­czeka­nie. W końcu ten ktoś się znu­dzi.

W pracy sku­pi­ła się na obowiąz­kach, u­ni­ka­jąc prak­tycz­nie po­za­zawodowych kon­taktów. Po go­dzinach u­kry­wa­ła się w czte­rech ścia­nach, rzad­ko o­pusz­cza­jąc miesz­kanie, by zro­bić za­ku­py lub u­dzie­lać się wo­lon­ta­riac­ko w po­bli­skim o­środ­ku dla ner­wo­wo cho­rych. Je­żeli jej sy­tu­acja nie u­le­gnie zmia­nie, to o­stat­nie miej­sce może jej się przy­dać. W domu, za­tapiając się w lek­tu­rze ła­twej, miłej i przy­jem­nej, co jakiś czas spo­glą­da­ła ner­wo­wo w kie­run­ku szaf­ki, na któ­rej stał a­parat te­lefoniczny. Może po­win­na go wy­łą­czyć? Kto w za­sadzie mógł­by do niej dzwo­nić wie­czo­rową porą?

W chwi­li, gdy pod­ję­ła tę de­cy­zję, usły­sza­ła zna­jo­my sy­gnał. Po­czu­ła, jak strach pa­rali­żu­je ją na fo­te­lu, a książ­ka, za­my­kając się, z hu­kiem lą­du­je na pod­łodze. Znowu! Wie­dzia­ła, że tak bę­dzie, chyba nawet mało prze­sad­ne by­ło­by stwier­dzenie, że na to cze­kała.

Gdyby nie pa­nicz­ny lęk, pew­nie się­gnęła­by po słu­chaw­kę. Za­mar­ła jed­nak do mo­mentu, w któ­rym usły­sza­ła zna­jo­my głos na­gry­wają­cy się na se­kretar­kę.

– Iza, gdzie się szla­jasz po nocy? Mo­gła­byś cza­sami do nas zadzwo­nić...

Przer­wa. Jakiś chi­chot. Chyba od­głos ki­cha­nia lub czkaw­ki. Po­woli się u­spo­ka­jała.

– Sio­stru­niu, pi­je­my winko i o­glą­da­my... Chi­chot sta­wał się coraz gło­śniej­szy.

– Co my wła­ści­wie o­glą­da­my?

W od­da­li u­dzie­lo­no pod­powie­dzi.

– A wła­śnie, "Spa­cer w chmu­rach". Gdy­byśmy nie miały za­pasów wina, chęt­nie wzo­rem głów­nej bo­ha­terki za­brały­byśmy się teraz do wy­twa­rzania. Ona tak pięk­nie u­gnia­ta no­ga­mi wi­no­grona.

Ktoś prze­jął słu­chaw­kę i i­nicja­ty­wę.

– Chęt­nie poo­glą­da­my coś razem z tobą. Bę­dzie­my w naj­bliż­szy week­end. Paaaa.

Uspo­kojona, choć nieco za­sko­czona, w końcu do­tar­ła do te­lefonu z za­miarem od­dzwonie­nia. Do­my­śliła się, że sio­stry pew­nie piją u Marii.

Unio­sła słu­chaw­kę tuż po dzwon­ku. Czyjś przy­śpie­szo­ny od­dech. Sa­panie.

 

– Uwa­żasz, że to dobry po­mysł? By­łyśmy lekko wsta­wio­ne, ob­my­śla­jąc ten cały sza­lo­ny plan, a ona nawet nie oddzwo­ni­ła.

– Po pierw­sze, to ty na to wpa­dłaś i w ten spo­sób za­plano­wałaś coś po raz pierw­szy w życiu. A po dru­gie, mam już o­pie­kun­kę do dzie­ci i bło­gosła­wień­stwo Tomka, więc...

– Nie oddzwo­ni­ła!

– Może wy­je­cha­ła na de­lega­cję i nie od­słu­cha­ła jesz­cze wia­do­mości?

– De­lega­cja? Z banku?

– Ojej, to może ja­kieś szko­lenie. Jest mło­dym pra­cow­nikiem, musi się szko­lić.

– Ro­zu­miem, że chcesz jutro je­chać, nawet jeśli nie bę­dzie żad­ne­go sy­gnału do wie­czo­ra?

– Zro­bi­my jej nie­spo­dzian­kę.

– A jak jej nie bę­dzie?

– To po­zwoli­my sobie na o­drobi­nę luk­susu i wy­ko­na­my wiel­kie za­ku­py w wiel­kim mie­ście. Przy­da ci się, zo­ba­czysz.

– Za­ku­py jako an­ti­do­tum na nie­po­wodzenia sa­mot­nej ko­biety?

– Mia­ły­śmy do tego nie wra­cać.

– Trud­no wra­cać do cze­goś, w czym się tkwi.

– Na­brałam wła­śnie pew­no­ści, że po­mysł od­wie­dzenia Izki po­win­nyśmy zre­ali­zo­wać.

– Tylko dla­cze­go mam prze­czu­cie, że coś tu nie gra?

– Bo na­oglą­dałaś się zbyt wielu fil­mów.

 

 

Maria była fil­mo­man­ką. Uza­leż­nienie to o­dzie­dziczy­ła po matce, przed­kła­dają­cej mi­łość do ki­ne­ma­to­grafii nad wszyst­ko inne. Magia szkla­ne­go e­kra­nu wpły­nę­ła nie tylko na za­in­te­reso­wania, a w e­fek­cie życie za­wo­dowe Marii, ale w pierw­szym rzę­dzie na wybór za­rów­no jej i­mie­nia, jak i młod­szych sióstr.

Maria u­ro­dzi­ła się, gdy w te­lewi­zji nadawano po­wtór­kę nie­śmier­tel­nego se­ria­lu "Cz­te­rej pan­cer­ni i pies". Ro­dzi­ciel­ka po­sta­nowiła na­zwać ją Ma­ru­sią, za­pew­niając jej w ten spo­sób urok i wdzięk fil­mo­wej bo­ha­terki. Lecz mimo pa­nu­ją­ce­go ówcze­śnie u­mi­ło­wa­nia do Związ­ku Ra­dziec­kiego, ma­ło­miastecz­kowa u­rzęd­nicz­ka od­mó­wi­ła re­jestra­cji we­dług ży­cze­nia świe­żo u­pie­czo­nych ro­dzi­ców i, ku ra­do­ści miej­sco­wego pro­bosz­cza, nie tyle za­su­ge­ro­wała czy prze­ko­na­ła, ile wręcz na­rzu­ci­ła swoje zda­nie, po­wołu­jąc się na brzmie­nio­we po­kre­wień­stwo Ma­ru­si z Ma­ry­sią.

Jakiś czas potem e­mi­to­wa­no po­wtór­kowe od­cin­ki "Ch­ło­pów", a wraz z nimi do domu za­wi­tała Hanka, i to tylko dla­te­go, że jej fil­mo­wy od­powied­nik był pra­co­wi­ty i nie skoń­czył na tacz­ce gnoju. Ma­leń­stwo od sa­me­go po­cząt­ku nie miało lekko na świe­cie, bo losy Rey­mon­towej Hanki, a przede wszyst­kim Jagny, cią­gnę­ły się nie­miło­sier­nie i od­ry­wa­ły ma­mu­się od wó­zecz­ka, w któ­rym zo­stało po­rzu­cone. Bar­dziej sa­mo­dziel­na star­sza sio­stra, przy­zwycza­jo­na już do pa­nu­ją­cych w domu wa­run­ków, ba­wi­ła się kloc­ka­mi na ró­żo­wym ko­cy­ku, gul­go­cząc ra­do­śnie w od­powie­dzi na słowa pa­dające z dziw­ne­go, mó­wiącego pudła. Do swo­ich imion, odkąd na­uczy­ły się je roz­róż­niać i ko­ja­rzyć ze sobą, ra­czej się przy­wią­za­ły. Roz­cza­rowanie po­ja­wi­ło się do­pie­ro z chwi­lą u­jaw­nie­nia źró­dła ich po­chodze­nia. Nigdy nie były za­zdro­sne o sie­bie, o te­lewi­zor za­wsze.

Sio­stry do­ce­ni­ły czu­wa­ją­cą nad nimi o­patrz­ność do­pie­ro w chwi­li na­ro­dzin ko­lej­nego ma­leń­stwa, które miało zde­cy­do­wa­nie mniej szczę­ścia, będąc ró­wie­śnikiem trau­matycz­ne­go bra­zy­lij­skie­go ta­siem­ca o lo­sach nie­wol­nicy Isau­ry. O ile wcze­śniejsze wy­bo­ry nie po­wodowa­ły tak jed­no­znacz­nych sko­ja­rzeń, ten od­czy­tywa­no zgod­nie z in­ten­cją matki skrzyw­dzo­ne­go w ten spo­sób dziec­ka.

Nie była to zresz­tą je­dy­na rzecz, która spo­wodowa­ła, że dziew­czyn­ki mu­siały same za­dbać, by nie od­róż­niać się spe­cjal­nie od ró­wie­śników. Z punk­tu wi­dze­nia mło­dych osób zbyt wiel­ki in­dy­widu­alizm nie jest do­brze wi­dzia­ny. Młody czło­wiek pra­gnie być czę­ścią grupy, po­dob­nie wy­glą­dać, za­cho­wy­wać się, a także mówić. Dość trud­ne za­danie dla kogoś, kto wzor­ce czer­pie z nie­wąt­pliwie ma­ją­ce­go naj­wię­cej do po­wie­dzenia w domu te­lewi­zora. Za­miast u­lubio­nych po­wie­dzonek z wie­czo­ry­nek, dziew­czyn­ki u­ży­wa­ły do po­dwór­kowej ko­mu­ni­ka­cji cy­ta­tów z bez­li­to­śnie po­wie­la­nych fil­mów wo­jen­nych.

Ów­cze­sny re­per­tu­ar ba­zo­wał głów­nie na ki­ne­ma­to­grafii pol­skiej i ra­dziec­kiej, ze szcząt­ko­wy­mi śla­dami twór­czo­ści świa­to­wej. Z tej puli naj­więk­szą po­pu­lar­no­ścią cie­szy­ła się so­bot­nia e­mi­sja "Bo­nan­zy". Gdyby dziew­czyn­ki były chłop­ca­mi, zwra­cano by się do nich: Adam, Eric, czyli Hoss, i Jo­seph – mały Joe, co w wer­sji pol­skiej o­zna­czałoby, że Hania no­si­ła­by imię Eryk, a Isau­ra – Józef. Ła­twiej wtedy by­ło­by im się prze­bić ze swoim fron­towym ję­zy­kiem, ak­cep­to­wanym po­wszech­nie u ba­wią­cych się w wojnę chłop­ców, ale nie­zro­zu­mia­łym przy za­bawie lal­kami. Tych o­stat­nich było zresz­tą w domu nie­wiele, gdyż zakup wy­ma­gałby o­pusz­cze­nia przez matkę czte­rech ścian.

Tato pra­co­wał od świtu do nocy, mama "zaj­mo­wała się" domem. W rze­czywistości oj­ciec u­ni­kał domu jak ognia, a matka odda­wała się swo­je­mu u­lubio­ne­mu za­ję­ciu. Dziew­czyn­ki zaś, w miarę jak do­ra­stały, przej­mo­wa­ły obowiąz­ki pani domu. Róż­ni­ca wieku pomię­dzy dwie­ma star­szy­mi cór­ka­mi a naj­młod­szą spo­wodowa­ła, że to one za­czę­ły spra­wo­wać nad nią wła­dzę ro­dzi­ciel­ską, co z kolei do­prowa­dziło do za­chwiania na­tu­ralnych sio­strza­nych re­la­cji. Wszyst­kie trzy były z tego po­wodu nie­za­do­wolone, a najmłod­sza do­dat­kowo pró­bo­wa­ła się bun­to­wać.

Jedna z form buntu po­le­ga­ła na od­woły­wa­niu się do mat­czy­nego au­to­ry­te­tu w kwe­stiach spor­nych. Kiedy Iza nie chcia­ła zbyt wcze­śnie za­sy­piać, wy­myka­ła się na te­lewi­zyj­ną ka­napę. Ro­dzi­ciel­ka przy­gar­niała ją zwy­kle, a za­sy­piają­ce w jej ra­mio­nach dziec­ko choć w ten spo­sób mogło po­czuć mat­czy­ne cie­pło. Na­stęp­ne­go dnia o­czy­wi­ście za­czy­nały się pro­ble­my ze wsta­niem o ko­niecz­nej go­dzinie, ale także prze­chwał­ki wobec in­nych dzie­ci, w któ­rych pa­dała nie tylko go­dzina u­da­nia się do łóżka, ale także stresz­czenie o­bej­rza­nego filmu, który bar­dzo czę­sto był wstrzą­sa­jącym thril­le­rem albo hor­rorem. Wy­cho­waw­czyni pro­si­ła o kon­takt z ro­dzi­ca­mi, na co re­ago­wała któ­raś z sióstr. Wy­ja­śnie­nia, tłu­ma­cze­nia i de­kla­racje zmian po­wta­rzały się, do­pó­ki Isau­ra nie za­czę­ła przed­kła­dać snu nad te­lewi­zyj­ne se­an­se.

 

Toy­ota, którą udały się na wy­ciecz­kę, na­le­żała do Marii. Po­mi­mo nie­złych za­rob­ków od­kła­dała na nią przez parę ład­nych lat i była z niej nie­zmier­nie dumna. Pla­no­wała też zakup więk­szego lokum, ale w o­bec­nej sy­tu­acji sin­gla za­czę­ło jej się to nagle wy­da­wać zby­tecz­ne. Zaw­sze mogła jesz­cze bar­dziej roz­piesz­czać sio­strzeńców, a kto wie, mogło się także o­ka­zać, że i jedna z młod­szych sióstr bę­dzie po­trze­bowa­ła fi­nan­so­we­go wspar­cia. Jej samej do­brze się po­wodzi­ło, odkąd po­łą­czy­ła ży­cio­wą pasję z ży­ciem za­wo­dowym. Kry­tyk fil­mo­wy, który miał na swoim kon­cie kilka po­zy­cji książ­ko­wych, sę­dzio­wa­nie na fe­sti­wa­lach i stałą współ­pra­cę z bran­żo­wy­mi cza­so­pi­smami, nie mógł na­rze­kać. Tym bar­dziej że czas, jaki spę­dza­ła w kinie i przed do­mowym e­kra­nem, unie­moż­liwiał jej do­kony­wa­nie spon­ta­nicz­nych e­ska­pad do eks­klu­zyw­nych cen­trów mody. Takie wa­riac­twa zda­rzały się nie­zmier­nie rzad­ko, zwy­kle jako re­ha­bi­litacja po ko­lej­nym roz­sta­niu, czyli raz na osiem lat.

Hanka z kolei nie miała zbyt wiele wol­ne­go czasu. Mimo to wła­śnie ona, o­prócz pół­e­ta­to­wego do­radz­twa po­dat­kowe­go i o­pie­ki nad trój­ką wiecz­nie u­wie­szo­nej na niej ga­wie­dzi, znaj­do­wała czas na kon­takty to­wa­rzy­skie, prio­ry­te­towo trak­tu­jąc ro­dzin­ne. U młod­szej sio­stry by­wa­ła kil­ka­krot­nie i teraz re­la­cjo­nowała żywo te wi­zy­ty.

– Iza rze­czywiście ma w sobie coś z nie­wol­nicy, przynaj­mniej tak wy­glą­da jej sto­su­nek do pracy. Oczy­wi­ście jest to wy­ko­rzystywa­ne i ta sie­ro­ta sie­dzi co­dzien­nie po go­dzinach, za co nikt nigdy jej nie za­płaci.

– Bra­ku­je jej kasy? – Maria na­wią­zała do swo­ich wcze­śniejszych prze­my­śleń.

– Nawet nie. Żyje skrom­nie.

– Ona? Skrom­nie?

– Nie oszczę­dza na wła­snym wi­ze­run­ku, jeśli o to py­tasz. Ale nie ma sa­mo­chodu, su­per­sprzę­tu, a jej miesz­kanie jest jesz­cze mniej­sze od two­je­go.

– Teraz to już chyba prze­sa­dziłaś. A swoją drogą, cie­ka­we, jak wpa­dłaś na po­mysł no­cowa­nia w miej­scu, gdzie, jak wy­ni­ka z two­ich o­powie­ści, bę­dziemy miały trud­ności, żeby u­siąść.

– A kto ci po­wie­dział, że bę­dziemy spały?

– Wie­czo­rek przed te­lewi­zorem? To lubię.

– No może nie­ko­niecz­nie.

– Tylko mi nie mów, że nie ma te­lewi­zora? – Za­wie­siła głos w o­cze­ki­wa­niu na za­prze­czenie. – No bo, co niby bez niego mia­ły­byśmy tam robić?

Oby­dwie ro­ze­śmia­ły się gło­śno.

Ich o­stat­nia za­krapiana im­pre­za miała miej­sce kilka dni temu, a młod­sza sio­stra mil­cza­ła jak za­klę­ta. Przy­ję­ły opcję za­sko­cze­nia jej w domu, a do­dat­kowo po­sta­nowiły w szał za­ku­pów, ja­kie­mu miały za­miar się oddać, wkom­ponować wybór te­lefonu ko­mór­kowe­go prze­zna­czo­nego dla niej. Zo­sta­wiając za sobą ko­lej­ne ki­lo­me­try, ga­wę­dzi­ły o tym ra­do­śnie, po czym Hanka prze­szła na swój u­lubio­ny temat: nie­uda­nych związ­ków Marii, a­nali­zu­jąc po kolei wszyst­kie pięć przy­pad­ków.

 

Isau­ra do­skona­le pa­mię­tała wy­da­rze­nia fe­ral­nego wie­czo­ru. Ko­lej­ny strasz­ny te­lefon przy­pra­wił ją o mdło­ści. Nie zdą­żyła jed­nak sku­pić się nad po­trze­ba­mi or­ga­ni­zmu, gdy usły­sza­ła pu­ka­nie do drzwi. Ostroż­nie, na pal­cach po­kona­ła dzie­lą­cą ją od nich od­le­głość. W duchu prze­kli­na­ła sie­bie, że nie za­in­we­sto­wała w ja­kie­kol­wiek za­bez­pieczenia czy cho­ciaż­by wi­zjer, przez który mo­gła­by teraz zi­den­ty­fiko­wać nie­za­po­wiedzianego go­ścia. Jeśli wziąć pod uwagę o­gra­ni­czone kon­takty to­wa­rzy­skie, mógł to być je­dy­nie ktoś z są­sia­dów, komu za­brakło cukru albo soli.

Ko­lej­ne pu­ka­nie u­spo­koiło ją nieco. Za drzwia­mi znaj­do­wał się w końcu czło­wiek, przy któ­rym bę­dzie mogła za­po­mnieć choć na chwi­lę o te­lefonicznym prze­śla­dow­cy. Zbyt gło­śno zapew­nieniając, że już idzie, u­chy­li­ła drzwi.

– Co ty tu ro­bisz? – Za­sko­cze­nie wzię­ło górę nad wy­ma­ganą w ta­kich sy­tu­acjach grzecz­no­ścią.

– Też się cie­szę, że cię widzę. – Męż­czy­zna od­su­nął ją zde­cy­do­wa­nym ge­stem, to­ru­jąc sobie drogę do środ­ka.

Jed­no­cześnie wkła­dał do kie­szeni przed­miot, w któ­rym rozpo­znała te­lefon ko­mór­kowy.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać.

– Mu­si­my? – Wepch­nię­ta do wła­snego miesz­kania bez­wied­nie szu­kała miej­sca sie­dzą­cego. – Prze­cież pra­wie się nie znamy.

– Bę­dzie­my mieli czas, żeby się le­piej po­znać.

– Nie ro­zu­miem. – Ch­cia­ła wstać i wy­pro­sić go, ale jego wzrok przy­kuł ją do fo­te­la.

– Wi­dzisz, u­ło­ży­łem sce­na­riusz. Bar­dzo dobry, in­try­gu­ją­cy

– mówił coraz szyb­ciej, wyj­mu­jąc z kie­szeni za­wi­niąt­ko, które o­ka­zało się zwi­nię­tym sznu­rem. Ko­rzy­sta­jąc z jej o­szołomie­nia, o­wi­nął go wokół jej bez­wład­nego ciała.

– Bę­dziesz głów­ną bo­ha­terką – kon­ty­nu­ował, roz­glą­da­jąc się po miesz­kaniu i pa­ku­jąc do re­kla­mów­ki e­lemen­ty jej gar­de­ro­by.

Otwie­rał przy­pad­ko­wo szaf­ki i wy­cią­gał jej rze­czy, jakby były jego wła­sno­ścią. Ch­cia­ła krzy­czeć, ale coś ści­ska­ło ją za gar­dło. Nie po­tra­fiłaby po­wie­dzieć, co to ta­kie­go. Być może zwy­kły strach. Ten sam, jaki to­wa­rzy­szył jej o­stat­nio nie­ustan­nie, do któ­re­go nie u­mia­ła się przy­zwycza­ić, a który teraz wez­brał nie­wy­obra­żal­nie, u­nie­rucha­miając jej na­rząd mowy.

– Zo­ba­czysz, spodoba ci się. – Naj­wy­raź­niej był za­do­wolony i wy­da­wało się, że o­cze­ki­wał jej ak­cep­tacji i en­tu­zja­zmu.

– Długo się za­stanawiałem, kogo wy­brać: cie­bie czy Hankę... Wy­bra­łem cie­bie, po­win­naś być dumna.

Za­prze­czy­ła ru­chem głowy. Jej oczy były pełne łez.

– Tylko nie płacz. – Na­chy­lił się nad nią, za­kle­jając jej usta taśmą kle­ją­cą. – To nie me­lo­dra­mat!

Potem prze­rzu­cił ją sobie przez ramię i po­chwa­lił się do­brym przy­go­towa­niem do akcji.

– A teraz prze­nio­sę cię do sa­mo­chodu i nikt tego nie zo­ba­czy. Dla­cze­go? Bo w całym bloku ni­ko­go nie ma. Spraw­dzi­łem.

Scho­dząc po scho­dach, pod wpły­wem nie­sio­nego cię­ża­ru za­czął lekko po­sa­py­wać. Do­brze znała ten od­głos.

Wiele go­dzin póź­niej sa­mo­chód, w któ­rym mimo o­szołomie­nia i stra­chu za­snę­ła, zatrzy­mał się. Gęsty las wokół zu­peł­nie ją zdez­o­rien­tował. W świe­tle re­flek­to­rów zo­ba­czyła za­ry­sy domu. Wy­da­wał jej się wiel­ki i po­nu­ry.

– To tutaj. – Męż­czy­zna o­pu­ścił miej­sce za kie­row­nicą, aby roz­prostować kości. – Miej­sce i­de­al­ne!

Wy­cią­gnął ją z sa­mo­chodu i ku jej zdu­mie­niu u­wol­nił z krę­pu­ją­cych wię­zów.

– Tutaj mo­żesz krzy­czeć, ile chcesz – szarp­nię­ciem ze­rwał jej taśmę – i tak cię nikt nie u­sły­szy. – Mo­żesz też u­cie­kać – roz­łożył ręce i za­czął o­krę­cać się wokół wła­snej osi – ale stąd nie da się uciec. To nie­moż­liw e!!!!

Krzy­czał i śmiał się rów­no­cze­śnie.

– To tu ro­ze­gra się akcja thril­le­ra do­skona­łe­go!

 

 

Sio­stry do­jeż­dża­ły do celu. W przy­droż­nej re­stau­racji piły kawę, koń­cząc roz­poczę­tą w samocho­dzie roz­mowę.

– Do­brze, pod­su­muj­my. – Hanka roz­par­ła się wy­god­nie nad pa­ru­ją­cą fi­liżan­ką. – Alek­san­der był in­te­lek­tu­alistą, któ­re­mu wła­sne ego prze­sła­niało cały świat. Nie za­uważał cię i kto wie, czy do tej pory udało mu się do­strzec twoją nie­obec­ność.

– To moje życie, więc może to ja po­win­nam je pod­su­mowy­wać.

– Ma­te­usz był cho­dzą­cą mi­ło­ścią. – Hanka zi­gno­rowa­ła uwagę sio­stry.

Ta jed­nak nie da­wała za wy­gra­ną.

– Uży­łaś złego czasu, on nadal cho­dzi i ob­da­rowu­je ko­biety nad­miarem swych uczuć. Zaw­sze kilka w tym samym cza­sie. Pie­przo­ny Don Juan!

– On chyba też nie za­uważył, że o­de­szłaś – padła mało sub­tel­na uwaga.

– Przy tylu ko­bietach na świe­cie nie miał na to naj­mniej­szej szan­sy. – Maria nie czuła się u­ra­żo­na.

– A pa­mię­tasz, jak mó­wi­łaś, że naj­waż­niej­sze są u­czucia?

– Mó­wi­łam różne rze­czy. Ty zresz­tą też. Przy­po­mnieć ci nie­któ­re z nich?

– To, że ma ładny nosek? Bo miał.

– Ładny i wy­jąt­ko­wo wraż­li­wy na dam­skie per­fumy. Naj­więk­szy numer wy­krę­cił Jadzi...

– To ta, do któ­rej się prze­pro­wa­dził, jak wam nie wy­szło?

– Nie, to była Bo­że­na... albo Bar­bara. – Maria po­cie­ra­ła skro­nie, jakby to miało wpły­nąć na po­pra­wę pa­mię­ci.

– I co z tą Jadź­ką? – Hania nie o­cze­ki­wała u­po­rząd­kowa­nia życia e­ro­tycz­nego jej o mało co by­łe­go szwa­gra, po pro­stu chcia­ła u­sły­szeć plot­kę.

– Zdaje się, że o­bie­cał jej o­że­nek...

– Tobie też. – Wzru­szy­ła ra­mio­nami. – Wi­docz­nie ma taki styl.

– Tak, tylko że w tym przy­pad­ku rów­no­le­gle po­prosił o rękę jesz­cze jedną wy­bran­kę.

– To też mnie jakoś spe­cjal­nie nie dziwi.

– Zaraz zmie­nisz zda­nie. Wiesz, kim była ta druga?

– Kim? – W gło­sie Hanki sły­chać było żywe za­in­te­reso­wanie.

– Jej córką!

– Boże, jaki ro­dzin­ny! – Re­wela­cja zo­stała przy­ję­ta z na­leż­nym u­zna­niem. – Ale zaraz, prze­cież Ja­dzia jest w na­szym wieku...

– Kon­kret­nie w moim. I co z tego?

– Nie może mieć dzie­ci w wieku u­moż­li­wia­ją­cym za­mąż­pój­ście. – Słowa Hanki za­brzmiały jak za­rzut kłam­stwa.

– Ow­szem, mo­gła­by. W tym przy­pad­ku jed­nak Alu­sia była do­dat­kiem do męża, czyli dziec­kiem z jego pierw­szego mał­żeń­stwa.

– To zmie­nia po­stać rze­czy, nie cho­dziło mu o te same geny.

– Ale dzia­łał na tym samym te­ry­to­rium, bo Ala od lat miesz­ka z ojcem i ma­co­chą.

– Miesz­ka? Ma­te­usz nie roz­wa­lił im tego rodzin­ne­go gniazd­ka?

– Jakoś się tam po tym wszyst­kim do­ga­dali, choć trud­no by­ło­by mówić w tej chwi­li o i­de­al­nym u­kła­dzie.

– Utrzy­mu­jesz z nimi kon­takty?

– Tak, spo­ra­dycz­nie. – Maria u­śmiech­nę­ła się. – My, byłe ko­biety Don Juana, trzy­mamy się razem!

– Co dalej?

– Py­tasz o jego pod­boje? Po­ję­cia nie mam, nie śle­dzę tego.

– Słusz­nie. – Żach­nę­ła się Hania. – Nie mia­ły­śmy zresz­tą zaj­mo­wać się jego związ­ka­mi, tylko two­imi.

– Zaj­mie nam to zde­cy­do­wa­nie mniej czasu.

– Potem był Mi­chał. Kan­dy­dat i­de­al­ny! – Młod­sza sio­stra za­mknęła temat wiel­kiej mi­ło­ści nr 2.

– Na męża?

– Na part­nera kogoś, kto ma fioła na punk­cie filmu.

– Przy nim nawet ja czu­łam się jak na pla­nie u Da­vi­da Lyn­cha.

– Żar­tu­jesz, prze­cież za­chwy­całaś się jego ta­len­tem. Mó­wi­łaś, że to przy­szłość pol­skiej ki­ne­ma­to­grafii, że spod jego pióra wy­cho­dzą sce­na­riusze, któ­rych nikt i nic nie jest w sta­nie spie­przyć. Tak to brzmia­ło, praw­da?

– Cza­sami akcja filmu su­ge­ruje pewne za­koń­cze­nie, a ono o­ka­zu­je się zu­peł­nie inne, za­skaku­ją­ce.

– Czemu wam nie wy­szło?

– Mi­chał za­czął żyć jak w fil­mie i takim chciał u­czy­nić naszą co­dzien­ność. Ja po pro­stu nie nada­wałam się na bo­ha­terkę jego cho­rych ob­ra­zów.

– A były chore?

– Może z wy­jąt­kiem se­kwen­cji łóż­ko­wych. Ro­ze­śmia­ły się.

– Zdra­dzisz, jak się to ob­ja­wiało?

– Wy­da­je mi się, że trak­to­wał nas tro­chę jak po­li­gon do­świad­czal­ny. Wy­myśla­jąc sceny na po­trze­by filmu, od­gry­wał je w domu, przed jed­no­osobowym au­dy­to­rium i cze­kał na re­ak­cję. Cza­sami w ciągu jed­nego dnia po­tra­fił się prze­po­czwa­rzyć w kilka róż­nych o­sobowo­ści. Sz­ko­da, że nie można było z tego wy­brać najbar­dziej od­powia­dają­ce­go wi­ze­run­ku i za­cho­wać go na za­wsze.

– Ta­de­usz? – Hanka nie od­pusz­czała. Na szczę­ście zbli­ża­ła się do końca.

– Słod­ki, czuły, za­baw­ny, ale...

– Zaw­sze jest ja­kieś "ale". Niek­tó­rzy z tym żyją, wiesz?

– Bra­ko­wało mi po­czu­cia bez­pieczeń­stwa. Ta­kie­go zwy­kłe­go, ja­kie­go ko­biety o­cze­ku­ją od swo­ich fa­ce­tów. W za­mian można było o­trzy­mać w nie­ogra­niczonych i­lo­ściach bez­tro­skę i cu­dow­nie cza­ru­ją­cą fry­wol­ność. Takie stany zwy­kle pry­ska­ją w zde­rzeniu z ja­kimś de­ta­lem, bła­host­ką przy­po­mi­nającą o rze­czywistości w stylu: za­brakło kasy na o­pła­ce­nie ra­chun­ków za e­ner­gię, bo ich część w dro­dze na pocz­tę wy­pa­ro­wała w skle­pie mu­zycz­nym. Z cza­sem takie bła­host­ki za­czy­nają się pię­trzyć i film za­ty­tu­ło­wany "I żyli długo..." nie koń­czy się happy endem.

– Nie będę na­gaby­wać o szcze­gó­ły – Hanka od­sta­wi­ła pustą fi­liżan­kę – choć wiesz, że zżera mnie cie­ka­wość.

– Chodź, i­dzie­my. – Ma­ry­sia od­su­nę­ła krze­seł­ko.

– Zo­stał nam Marek.

– Nie­stety, nie zo­stał.

– Ża­łu­jesz?

– By­ła­bym bez serca, gdy­bym nie ża­ło­wała. – Poza tym

– do­da­ła po chwi­li – to bar­dzo świe­ża spra­wa.

– Do od­krę­ce­nia?

– Nie sądzę. Cza­sami pa­dają słowa, któ­rych nie da się za­po­mnieć. To nie film, z któ­re­go można u­sunąć kiep­ski kadr.

 

Po­ry­wacz za­mknął Izę w po­koju na pię­trze, w oknie tkwi­ły kraty. Su­ge­stia, że może pod­jąć próbę u­ciecz­ki w ta­kich wa­run­kach, wyda­wała się mocno prze­sa­dzo­na. Dom z ze­wnątrz pre­zen­to­wał się dużo le­piej, choć być może był to je­dy­nie efekt spo­wodowa­ny sła­bym o­świe­tleniem, w jakim go uj­rza­ła. Wew­nątrz kró­lo­wał styl wcze­snego PRL-u. Naj­praw­do­podob­niej zwie­zio­no tu cały nie­przy­dat­ny sprzęt o­dzie­dziczony po przod­kach o­bec­nego wła­ści­cie­la. Nie wiedzia­ła, czy na­le­ży on do po­ry­wa­cza, któ­re­go krzą­ta­nie na dole do­bie­ga­ło do niej od paru go­dzin. Na jego wspo­mnie­nie czuła strach i o­brzy­dze­nie, a jed­nak li­czy­ła, że przy­po­mni sobie o niej i przyj­dzie na górę. Pod­czas bez­sen­nej nocy obmy­ślała, jak go "przy­wi­ta". W po­miesz­czeniu o­prócz sta­re­go łóżka, przy­kryte­go kocem, znaj­do­wała się pusta szafa z nie­do­my­ka­ją­cymi się drzwia­mi i brzyd­ka, po­kry­ta pa­ję­czy­ną lampa. Oce­nia­jąc sy­tu­ację, do­szła do wnio­sku, że je­dy­nie ten o­stat­ni przed­miot nadawał­by się do o­brony. Mogła ją roz­bić i za­atako­wać wcho­dzą­ce­go męż­czy­znę odłam­kiem szkła. W nocy nie mogła jed­nak zde­mon­tować lampy, a teraz ma­rzy­ła je­dy­nie o moż­li­wo­ści sko­rzy­sta­nia z to­a­le­ty. Je­żeli w ciągu kil­ku­na­stu minut nic się nie zmie­ni, za­cznie krzy­czeć i walić w drzwi albo wy­ko­rzysta do za­łatwie­nia swo­jej po­trze­by szafę.

Zgrzyt klu­cza ją za­sko­czył. Nie usły­sza­ła po­prze­dza­ją­cych go od­głosów kro­ków.

– Może coś zjesz? – padło nie­śmia­łe py­ta­nie.

– Tak. Nie. – Pra­wie chcia­ła mu po­dzię­kować za po­ja­wie­nie się. – Muszę sko­rzy­stać z to­a­le­ty.

– Pro­szę. – Od­su­nął się. – Jest obok. Wy­bie­gła, za­uważając, że tro­chę się u­spo­koił.

Po chwi­li, w dużo lep­szym na­stro­ju, po­sta­nowiła to spraw­dzić.

– Może po śnia­daniu – za­cze­pi­ła go jesz­cze u szczy­tu scho­dów, gdzie na nią cze­kał – od­wie­ziesz mnie do domu?

Wy­glą­dał na zdu­mio­ne­go.

– Dla cie­bie to nic wiel­kiego – tłu­ma­czy­ła dalej, wy­peł­nia­jąc nieme po­le­cenia. – Ty masz pewne za­ję­cie, je­steś ce­nio­ny, świet­ny w tym, czym się zaj­mu­jesz, do­ce­nia­ny i nikt nie bę­dzie robił ci wy­mó­wek z po­wodu kil­ku­dnio­wej nie­obec­no­ści. Ze mną jest in­a­czej.

Obró­ci­ła się i u­si­ło­wa­ła na­wią­zać z nim kon­takt wzro­kowy. Bez­sku­tecz­nie.

Za­pro­wadził ją do stołu na­kry­te­go dla dwóch osób. Bra­ko­wało świe­żych bu­łe­czek. No tak, są prze­cież na od­lu­dziu, od­cię­ci od świa­ta. Jak kto­kol­wiek ją tu znaj­dzie, i kto w ogóle bę­dzie jej szu­kał?

– Cie­ka­we, kiedy nas znaj­dzie? – Padło nie­wy­raź­ne py­ta­nie z ust wy­peł­nio­nych czer­stwym pie­czy­wem.

 

Ma­ry­sia mar­twi­ła się bra­kiem kon­taktu z Izą. Te­ra­pia za­ku­po­wa za­pro­ponowana przez Hankę nie po­pra­wi­ła jej na­stro­ju.

Hanka z nie­słab­ną­cym en­tu­zja­zmem prze­ga­niała ją do ko­lej­nego skle­pu, gdy jej oczom u­ka­zał się bu­dzą­cy sko­ja­rze­nia szyld.

– Słu­chaj, czy to nie jest bank Izy? – Usi­ło­wa­ła wska­zać pod­bród­kiem wy­pa­trzo­ny o­biekt.

– Gdzie? – Za­py­tana ro­zej­rza­ła się bez­rad­nie.

– Prze­cież po­ka­zu­ję. Ślepa je­steś?

– Widzę tylko, że trze­piesz łbem jak koń.

– To patrz, gdzie trze­pię. Albo nie, chodź za mną.

Dziar­skim kro­kiem, przy o­strym dźwię­ku klak­so­nów, prze­kro­czy­ły ulicę i z im­pe­tem do­pa­dły pierw­szego pra­cow­nika banku.

– To nie napad – z u­śmie­chem tłu­ma­czy­ła Hanka, wi­dząc lekki po­płoch na twa­rzy na­pad­nię­te­go. – Wszyst­ko, co chcia­ły­śmy zdo­być, już mamy.

Po­trzą­snę­ła tor­ba­mi.

– Bra­ku­je nam je­dy­nie sio­stry – do­da­ła.

Ze zdu­mie­niem usły­sza­ły, że nie są je­dy­nymi po­szu­kują­cy­mi Izy o­soba­mi. Isau­ra nie po­ja­wi­ła się w banku przez o­stat­nie kilka dni, nie do­star­czy­ła zwol­nie­nia le­kar­skiego, nie wy­pi­sa­ła karty u­rlo­powej, nie dzwo­ni­ła i nie od­bie­ra­ła te­lefonów. Pani w śred­nim wieku, z wło­sa­mi grzecz­nie za­cze­sany­mi w kok i krwi­sto u­ma­lo­wany­mi war­gami, po­in­for­mowa­ła je z sa­tys­fak­cją, że taki stan nie może trwać dłu­żej.

– Jeśli nawet ro­dzi­na nie wie, co się dzie­je – te­atral­nie wzru­szyła ra­mio­nami – na­le­ży przy­pusz­czać, że młoda osoba u­kry­ła się gdzieś przed świa­tem. Nie je­stem za­sko­czona. Wi­dzia­łam już nie takie rze­czy.

Maria prze­rwa­ła jej zde­ner­wo­wa­na.

– Nie wąt­pię. W pani wieku mu­siała pani do­świad­czyć wielu nie­co­dzien­nych za­cho­wań.

Ochło­nę­ła do­pie­ro na ulicy, wy­słu­chując re­pry­men­dy sio­stry.

– Byłaś a­ro­ganc­ka!

– Wku­rzy­łam się. Aż czuć było ra­dość, że Izka nie po­ja­wi­ła się w pracy. Pod jej nie­na­gan­nie u­ło­żoną fry­zur­ką nawet nie za­kieł­ko­wała myśl, że może coś się stało. Mu­si­my ją zna­leźć! Teraz! Już!

Hanka po­słusz­nie do­prowa­dziła ją pod za­mknię­te drzwi, po­zba­wione­go ja­kichkolwiek od­głosów życia, miesz­kania sio­stry. Nie pro­te­stowa­ła rów­nież, gdy Maria gwał­tow­nie do­bi­ja­ła się do są­sia­dów. Wtrą­ci­ła się do­pie­ro, gdy ta za­czę­ła krzy­czeć na je­dy­ną o­bec­ną w bloku lo­ka­tor­kę, która wy­chyli­ła głowę na ko­ry­tarz. Ko­bie­ta była prze­stra­szo­na i chyba nie najle­piej sły­sza­ła. W tej sy­tu­acji pod­nie­siony głos Ma­ry­si był nawet na miej­scu, ale groź­na mina wy­raź­nie nie spodoba­ła się na­pad­nię­tej. Hanka wy­ję­ła swój dowód o­sobi­sty, żeby u­wia­ry­god­nić wy­krzyki­wa­ną przez sio­strę hi­sto­rię.

– Co się pchasz z tym pla­sti­kiem? Mój bę­dzie chyba bar­dziej na temat. To w końcu ja noszę to samo na­zwi­sko co Izka. – To mó­wiąc, Maria o­próż­ni­ła swoją torbę na wy­cie­racz­ce sta­rusz­ki, która z hu­kiem za­mknęła jej drzwi przed nosem.

Hanka z po­li­towa­niem po­ki­wa­ła głową.

– Chyba prze­sta­ję się dzi­wić tym wszyst­kim fa­ce­tom.

– Co? – do­bie­gło z pod­łogi. – Jakim fa­ce­tom? Moim zda­niem mia­ły­śmy tu do czy­nie­nia ze zwy­kłą bab­ską zło­śli­wo­ścią.

– Tak, na pewno. Zbie­raj szma­ty, mu­si­my gdzieś u­siąść i ob­my­ślić stra­te­gię. Trze­ba obdzwo­nić szpi­ta­le, pójść na po­li­cję...

Drzwi o­tworzy­ły się po­now­nie. Star­sza pani drżą­cą ręką po­da­ła im klu­cze.

– Pani Isau­ra trzy­ma u mnie za­paso­wy kom­plet. To taka grzecz­na i miła ko­bieta. – Spoj­rza­ła pod swoje nogi i do­da­ła:

– Aż dziw, że to pani sio­stra.

 

 

Do wnę­trza wpa­dły rów­no­cze­śnie. Hanka zda­wała na głos spra­woz­danie do­ty­czą­ce nie­wiel­kich zmian, jakie wpro­wa­dzono od jej o­stat­niej wi­zy­ty. Nie po­doba­ły jej się, o czym po­in­for­mowa­ła sio­strę, o­twar­te szaf­ki i po­zosta­wione w nich w nie­ła­dzie u­bra­nia. Maria na­to­miast wpa­try­wała się w ciem­ny ekran te­lewi­zora.

– Ty kłam­czu­cho, su­ge­ro­wa­łaś, że go tu nie bę­dzie, co od razu wy­da­wało mi się mocno na­cią­gane. Po­patrz, jest nawet od­twa­rzacz DVD. I tylko jedna, i to nie­opisa­na, płyta.

Bar­dziej z przy­zwycza­je­nia niż z cie­ka­wo­ści wsu­nę­ła ją na wła­ści­we miej­sce i włą­czy­ła od­bior­nik.

 

W banku za­wrzało. Pani Ge­no­wefa ob­nosi­ła się ze swoim nie­sma­kiem, jaki wzbu­dzi­ła w niej wi­zy­ta ro­dzi­ny znie­na­widzo­nej pod­wład­nej. Od­cią­ga­ła od o­kie­nek ko­lej­ne pra­cow­ni­ce, by po­dzie­lić się swo­imi u­wa­gami.

– Jak to pani nie widzia­ła?! – w na­pastli­wy spo­sób stro­fowa­ła jedną z nich. – Są takie same jak ona: wy­nio­słe, pewne sie­bie i bez­czel­ne. Wy­da­je im się, że takim jak one wszyst­ko wolno!

– To zna­czy, jakim? – padło ci­chut­kie py­ta­nie.

– Ślepa pani, czy co? – Prze­ło­żona pod­niosła głos, co spo­wodowa­ło po­ru­sze­nie w po­więk­sza­ją­cej się ko­lej­ce ob­ser­wu­ją­cych scenę pe­ten­tów. – Gwiaz­decz­ki! Jakby coś je do tego u­po­waż­niało!

– Dro­gie panie – roz­le­gło się za ich ple­ca­mi – czy nie u­wa­żacie, że po­win­niśmy się sku­pić na pracy? Klien­ci za­czy­nają się de­ner­wo­wać.

Pani Ge­no­wefa miała już przy­go­towa­ną ri­po­stę, gdy u­zmy­sło­wi­ła sobie, że to, co do niej do­tar­ło, to głos szefa.

– Za­stanawiamy się wła­śnie, jak po­dzie­lić mię­dzy sie­bie obowiąz­ki nie­obec­nej ko­le­żan­ki – ze­łgała na po­cze­ka­niu.

– Ro­zu­miem, że do­pó­ki nie za­pad­nie de­cy­zja o jej dys­cypli­nar­nym zwol­nie­niu, nie przyj­mie­my na to miej­sce ni­ko­go in­ne­go?

Prze­strzeń wy­peł­ni­ły dwa gło­śne wes­tchnię­cia: znie­cier­pliwio­ne ko­bie­ce i zmie­sza­ne mę­skie.

Dy­rek­tor wiele o­bie­cy­wał sobie po Isau­rze. Li­czył na jej mło­dość i kre­atyw­ność, które mogły jej pomóc wy­rwać się z par­te­ru na wyż­sze po­ziomy. W pro­wa­dzonej przez niego dzia­łalności wszyst­ko było takie czy­tel­ne. Najm­niej li­czą­cy się w ban­ko­wej hie­rar­chii zaj­mo­wali miej­sca na dole, co o­zna­czało stały i bez­po­śred­ni kon­takt z pe­ten­ta­mi. Ulo­kowa­ne wyżej miej­sca pracy da­wały więk­szy kom­fort i więk­sze pie­nią­dze. Oczy­wi­ście nie od razu, ale Iza miała szan­se na naj­wyż­sze, dru­gie pię­tro. Ro­kowa­ła tak do­brze, że nie zdzi­wił­by się, gdyby do­ce­lowo za­ję­ła miej­sce tuż przed jego ga­bi­ne­tem. Zw­łasz­cza że u ak­tu­al­nej go­spody­ni tego lo­ka­lu licz­ba lat rów­no­wa­ży­ła się po­ma­łu z licz­bą ki­lo­gra­mów, a to o­zna­czało, że nie­ba­wem wy­bie­rze się na e­mery­tu­rę. To sprzy­ja­ło pla­nom dy­rek­tora wobec Isau­ry.

Na samo ich wspo­mnie­nie dy­rek­torowi po­cie­kła struż­ka śliny z ką­ci­ka ust. I mimo na­tych­miastowej re­ak­cji nie zdo­łał ukryć jej przed wni­kliwym wzro­kiem wpa­tru­ją­cej się weń pani Ge­no­wefy. Be­zrad­nie prze­trzą­sał wnę­trze kie­szeni w po­szu­ki­wa­niu chu­s­tecz­ki, którą po­win­na mu tam wło­żyć żona. Nie zna­lazł. Z każ­dym dniem coraz mniej o niego dbała, coraz bar­dziej się od­da­lała. To wła­śnie Isau­ra miała się o tym do­wie­dzieć pierw­sza. Tym­cza­sem świa­dec­two na­rastają­ce­go za­nie­dbania męż­czy­zny u­ka­zało się oczom nie­wła­ściwej ko­biety. Z za­że­no­waniem wy­ję­ła e­leganc­ko wy­pra­so­wany frag­ment bia­łe­go ma­te­riału i po­da­ła prze­ło­żonemu. Przy­jął, od­wró­cił się i od­szedł. Wy­da­wało mu się, że u­sły­szał przy­tłu­mio­ny chi­chot za ple­ca­mi.

Całej sce­nie nie przy­glą­da­ła się tylko jedna osoba, pra­cow­nik, który pod­jął wy­si­łek zmie­rzenia się z pię­trzą­cą ko­lej­ką. Młody, wy­jąt­ko­wo kru­chej po­stu­ry czło­wie­czek na­chy­lał się nad pa­pie­rami, do­ty­ka­jąc ich pra­wie gru­by­mi, cy­lin­drycz­nymi o­ku­la­rami. Do sła­be­go wzro­ku zdą­żył się już przy­zwycza­ić. Na­drabiał innym, wy­ostrzonym zmy­słem, jaki po­zwa­lał mu o­ce­nić sy­tu­ację, a mia­no­wicie wę­chem. W po­wie­trzu u­no­si­ła się woń za­zdro­ści wy­mie­sza­na z za­pachem po­żą­da­nia. Do­my­ślił się, że przy­czyna wy­two­rze­nia tej mie­szan­ki tkwi­ła w innym, cu­dow­nym a­ro­macie nie­win­no­ści, u­no­szą­cym się zwy­kle nad nie­obec­ną w tej chwi­li ko­le­żan­ką. Tę­sk­nił do roz­ta­czanej przez nią aury i sło­dy­czy, jaka pły­nę­ła z jej ust, gdy po­ma­gała mu po go­dzinach u­po­rać się z za­le­gły­mi obowiąz­ka­mi. Nigdy nie o­śmie­lił się zbli­żyć do niej na tyle, by móc zo­ba­czyć, jak wy­glą­da, ale wy­obraź­nia i złe e­mo­cje, jakie roz­bu­dza­ła w in­nych ko­bietach, pod­powia­dały mu, że musi być zja­wi­sko­wo pięk­na. Za­ko­chał się i zro­bił­by wszyst­ko, żeby o­bronić ją przed złym świa­tem, strach przed nim był jed­nak więk­szy od wy­peł­nia­jącego go u­czucia. Dla­te­go teraz też całym ko­men­ta­rzem do roz­gry­wa­ją­cej się w tle akcji było gło­śne wes­tchnienie, nie­wła­ściwie od­czy­ta­ne przez ko­bietę do­ma­gają­cą się li­kwida­cji konta w banku, gdzie nie sza­nu­je się klien­tów.

 

Męż­czy­zna prze­cha­dzał się ner­wo­wo przed fo­te­lem, na któ­rym u­sa­do­wił swo­je­go je­dy­nego widza. Słowa, które wy­po­wia­dał szyb­ko i nieco cha­otycz­nie, miały przy­nieść mu wiarę w re­ali­zację za­plano­wane­go przed­się­wzięcia. Tym­cza­sem bez­wied­nie do­da­wał o­tu­chy prze­trzy­mywa­nej ko­bie­cie.

– Hanka swo­imi ner­wo­wy­mi te­lefonami, że się nie od­zy­wasz, do­prowa­dzi ją do szału. Zo­ba­czy­ła tyle fil­mów, że sama się na­pę­dzi. Po­sta­nowi cię od­na­leźć. Do­trze do two­je­go miesz­kania, a potem do po­zosta­wionej prze­ze mnie wia­do­mości. Je­żeli w prze­bra­niu, w któ­rym wy­stą­pi­łem, roz­pozna Lec­tera... Wiesz, o kim mówię?

– Dok­tor Han­ni­bal Lec­ter, bo­ha­ter "Mil­cze­nia owiec"?

– Widzę, że to u was ro­dzin­ne. – Na­chy­lił się nad nią nie­bez­piecz­nie, na­ru­szając jej stre­fę in­tym­no­ści. – Twoja uroda... Przy­po­mi­nasz mi ją z cza­sów, gdy jesz­cze nic nas nie łą­czy­ło. Wiesz, że już wtedy się w niej pod­kochi­wa­łem?... Przy­po­mi­nam ci Han­ni­bala?

– Tak! Nie! – Nie wiedzia­ła, ja­kiej spo­dzie­wa się po niej od­powie­dzi i co jej grozi za u­dzie­lenie nie­pra­widło­wej.

– Ona nigdy się tak nie waha! – Znowu za­czął ma­sze­ro­wać.

– Kiedy pod­ję­ła de­cy­zję o na­szym roz­sta­niu, w ogóle już nie chcia­ła mnie słu­chać. Nie przyj­mo­wa­ła ni­cze­go, żad­nych ar­gu­mentów. Nie da­wała nam żad­nej szan­sy.

Zawył. Odru­cho­wo, by od­da­lić się od źró­dła nie­po­koją­cego dźwię­ku, sku­li­ła się. Wy­czuł jej lęk i znowu pod­dał ją a­nali­zie po­rów­naw­czej.

– Kie­dyś wy­myśli­łem, że jest twar­da jak Brud­ny Harry. Wiesz, to takie prze­ko­ma­rzania się w na­wią­zaniu do jej pro­fe­sji. – Po­cze­kał na sy­gnał zro­zu­mie­nia. – Ro­bi­łem wszyst­ko, żeby być bli­żej niej. Wszyst­ko! Zu­peł­nie tego nie za­uważała.

Przy­kuc­nął i skrył twarz w dło­niach.

Iza spo­dzie­wała się wielu rze­czy, ale nie za­łamania u po­ry­wa­cza. Po­czu­ła ro­dzą­ce się w niej współ­czu­cie. Ch­cia­ła je wy­ra­zić w po­sta­ci zwy­kłe­go ludz­kie­go gestu. Ch­wi­lę po tym, jak się nad nim po­chy­li­ła, po­czuła pie­ką­cy ból nosa. Męż­czy­zna nie­spo­dziewa­nie u­niósł głowę, u­de­rza­jąc ją przy tym mocno. Od­sko­czył, jakby to ona go za­atako­wała. Do­strze­gł­szy jed­nak kro­pel­ki krwi na jej war­dze, przy­niósł jej wil­got­ną chu­s­tecz­kę.

– Ch­cia­łem być dla niej jak Andy Gar­cia dla Meg Ryan w "Kiedy męż­czy­zna kocha ko­bietę". – Prze­stał sobie zawra­cać głowę nie­for­tun­nym wy­pad­kiem. – Wiesz, że to jej u­lubio­na ak­tor­ka?

– Ma­ry­sia nie jest al­ko­holicz­ką – skwi­to­wa­ła jego znie­czu­licę, czu­jąc pul­so­wa­nie w ob­rę­bie całej twa­rzy i po­wsta­ją­cą w jej cen­trum o­pu­chli­znę.

– Nie jest! – pod­niósł głos. – Nie jest także pro­sty­tut­ką, żeby móc się wcie­lić w rolę Julii Ro­berts z "Pret­ty Woman", ani wy­na­tu­rzo­ną jed­nost­ką, że­by­śmy mogli prze­żyć razem chwi­le rodem z "Uro­dzonych mor­der­ców".

Gło­śno za­czerp­nął po­wie­trza.

– Dla­te­go u­ło­ży­łem dla niej inną fa­bu­łę. I myślę, że bę­dzie za­chwy­co­na.

 

– Nie wiem, kim jest ten za­masko­wany psy­chol – Maria prze­rwa­ła ciszę, jaka za­padła po od­tworze­niu na­grania – ale zgry­wa się na Han­ni­bala, tylko po co? Może chce pod­kre­ślić w ten spo­sób swoją me­ga­in­teligen­cję.

– A nie krwa­we za­miary? – u­pew­ni­ła się Hanka.

– Coś ty! To małe, podłe, za­kom­plek­sione stwo­rze­nie chce tylko u­do­wod­nić swoją in­te­lek­tu­al­ną prze­wa­gę.

– Uff!

– On nam pro­ponu­je grę.

– Grę?

– A jak po­trak­tu­jesz słowa, że ko­lej­ną pod­powiedź znaj­dziemy w "Rain Manie"?

– My? On to wy­raź­nie kie­ru­je do cie­bie. Po pierw­sze używa licz­by po­je­dyn­czej, po dru­gie ad­re­su­je to do kogoś, kto sie­dzi w tej bran­ży po uszy, tak jak ty.

– Wy­co­fu­jesz się?

– W życiu! Po pro­stu za­stanawiam się, komu aż tak bar­dzo za­lazłaś za skórę.

– Nie znamy osoby ani mo­ty­wu. Spró­buj­my przy­jąć jego wa­run­ki i za­stano­wić się nad roz­wią­za­niem re­bu­su, że­by­śmy wie­działy, gdzie szu­kać na­stęp­ne­go.

– Nie pomy­ślałaś o po­wia­domie­niu po­li­cji?

– Haniu, wiem, że to, co po­wiem, bę­dzie prze­ja­wem za­wo­dowego zbo­cze­nia, ale nasz pan X chce być bo­ha­terem filmu, a w więk­szo­ści ob­ra­zów, jakie widzia­łam, prze­ka­zy­wanie spra­wy w ich ręce ni­ko­mu nie wycho­dziło na dobre.

– Okej. To co mamy?

– Moim zda­niem cho­dzi o cho­robę. Hof­f­man prze­by­wa w o­środ­ku dla u­my­sło­wo u­po­śle­dzonych. Han­ni­bal stwier­dza...

.

.

.

(fragment)