Rozdział pierwszy
Sara położyła nogę na oparciu ławki. Przygotowując się do porannego joggingu, zawsze pamiętała o rozgrzewce, nie tylko tej fizycznej. Włożyła do uszu słuchawki, włączyła w telefonie ulubioną playlistę, po czym zamknęła oczy, żeby wczuć się w dźwięki dyktowane przez Thirty Seconds to Mars. Po kilku sekundach, kiedy słowa piosenki dotarły do jej głowy, z czystym sumieniem mogła zacząć bieg.
I won't suffer, be broken,
Get tired or wasted
Surrender to nothing
Or give up what
I Started
And stopped it
From end to beginning
A new day is coming
And I am finally free
Głos Jareda Leto przenikał głęboko pod skórę, wywołując ciarki. Sara zawsze dobierała muzykę do aktualnego nastroju, ale dziś słowa piosenki odzwierciedlały stan jej duszy jak nigdy.
Dwudziestosiedmiolatka patrzyła przed siebie, pokonując kolejne metry. W niedzielny poranek parkowe alejki świeciły pustkami. Gdzieś w oddali dostrzegła jedynie starszego pana, który wybrał się na spacer z psem, najpewniej tak jak ona, nie mogąc dłużej usiedzieć w domu. Cieszyła się z samotności, jaką oferował leniwy początek dnia. Bardzo jej potrzebowała, zwłaszcza po wydarzeniach sobotniej nocy.
Obudziła się godzinę wcześniej. Pościel po drugiej stronie łóżka zdążyła ostygnąć. Oskar dyskretnie wyszedł z mieszkania, za co była mu niezmiernie wdzięczna. Nie wiedziałaby, jak się zachować, gdyby przyszło im wstać razem. Nigdy wcześniej nie znalazła się w podobnej sytuacji, a pytać o radę nie chciała - prędzej zapadłaby się pod ziemię ze wstydu.
Wzięła szybki prysznic, chcąc zmyć z siebie wspomnienia. Niestety, pomimo uporu, z jakim szorowała swoje ciało, nie pozwalały o sobie zapomnieć. Związała mokre włosy w koński ogon, nie przejmując się ich suszeniem. Notabene, mama zmyłaby jej za to głowę, przestrzegając przed konsekwencjami wychodzenia na świeże powietrze z nie do końca suchymi kosmykami. Jednak Sara uznała, że letnie słońce poradzi sobie z nimi szybciej niż suszarka.
Wypiła zieloną herbatę, zjadła owsiankę z owocami, które kupiła u przemiłej handlarki na pobliskim ryneczku, i wstawiła brudne naczynia do zmywarki. Włożyła ulubioną koszulkę z napisem: "Kobiety są faktem, a z faktami się nie dyskutuje", czarne legginsy oraz sportowe buty.
Perspektywa długiego biegu przyprawiała Sarę o szybsze bicie serca. To właśnie w tych chwilach, kiedy jej nogi rytmicznie uderzały o podłoże, mięśnie ciężko pracowały nad każdym krokiem, a z komórek uwalniały się endorfiny, dochodziła do ładu ze swoim życiem.
Sześćdziesiąt minut może dzisiaj nie wystarczyć, westchnęła po pierwszym kilometrze. Ciężar, jaki w sobie nosiła, wydawał się zbyt wielkiego kalibru, by móc się z nim rozprawić w ciągu tak krótkiego czasu.
Starała się, ale wyrzuty sumienia dawały odpór. Przecież nie byłam taką dziewczyną, usprawiedliwiała się. Nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby zachować się w ten sposób, pomyślała. A jednak tak się zachowała i nie dało się już tego zmienić.
Po trudach całego tygodnia wyskoczyła z przyjaciółmi do klubu. W sobotni wieczór Stary Rynek tętnił życiem. Setki mieszkańców Poznania tak jak oni postanowiło odreagować stres i zabawić się bez myślenia o jutrze. Sara miała dodatkowy ku temu powód.
Pół roku wcześniej za namową koleżanki z pracy została wolontariuszką w domu samotnej matki. Długo się wahała, czy podjąć tak wymagające zobowiązanie. Dom samotnej matki już z nazwy nie kojarzył się jej ze szczęśliwym miejscem. Zamieszkiwały go kobiety, które wskutek różnych życiowych perturbacji znalazły się na marginesie społeczeństwa. Często zjawiały się tam z małymi dziećmi, które w swoim krótkim życiu zdążyły przeżyć więcej niż niejeden dorosły.
Sara obawiała się, że nie będzie potrafiła poradzić sobie z widokiem tylu osób pokrzywdzonych przez los i otoczenie, przez co każdą wizytę przypłaci rozstrojem nerwowym. Pociechę znalazła w ukochanej młodszej siostrze. Jagna, zauważając rozterki Sary, spytała ją, czy poczuje się lepiej, kiedy choć trochę ulży troskom matek zamieszkujących ośrodek. Tak, odparła Sara. I naraz zdała sobie sprawę, jak bardzo egoistyczne jest to podejście.
- Owszem, twoja samoocena nieco się podbuduje. Lecz czy jest w tym coś złego? - wzruszyła ramionami Jagna, uśmiechając się przy tym dobrotliwie. - Uwierz mi, nie ma nic bardziej szlachetnego od poświęcania swojego czasu i energii innym.
Jagna się nie myliła. Odkąd Sara zaczęła odwiedzać skromny budynek, położony zaledwie trzy ulice od jej mieszkania, trzy razy w tygodniu, otworzyła się na świat oraz ludzi, dostrzegając w nich o wiele więcej, niż chcieli pokazać. Wprawdzie nierzadko wracała do domu w podłym humorze, zwłaszcza po wysłuchaniu historii młodych dziewczyn, wyrzuconych przez rodziców za drzwi tylko dlatego, że zaszły w nieplanowaną ciążę, ale nie żałowała żadnej minuty, spędzonej wśród doświadczonych przez los kobiet.
W weekendy rzadko pojawiała się na dyżurze. Tamtego dnia zgodziła się przyjść w drodze wyjątku, na prośbę jednej z pracownic, która musiała jechać do lekarza z gorączkującym synem. Marlena wyrzucała sobie, że dzwoni w ostatniej chwili i pewnie psuje Janowskiej plany, ale nie wiedziała, do kogo zwrócić się o pomoc. Sara kazała jej zająć się dzieckiem i niczym się nie martwić.
- Poradzę sobie - obiecała, słysząc niepewność w głosie Marleny. - Nie będę sama.
- Wiem. Tyle że w soboty zawsze dużo się dzieje. Mamy wtedy najwięcej pracy, bo pojawiają się nowe podopieczne.
- Wszystkim się zajmę.
- Gdyby coś się działo...
- Zadzwonię - zapewniła Sara, mając nadzieję, że nie dojdzie do sytuacji, która wymagałaby interwencji bardziej doświadczonej koleżanki.
Dzień rzeczywiście okazał się trudny. Do ośrodka trafiła dwudziestokilkulatka z dwiema córkami w wieku przedszkolnym. Zapłakane blondynki kuliły się za plecami matki, na której twarzy, pod zakrwawioną wargą i rozciętym łukiem brwiowym, odbijał się strach. Julita, jedna z etatowych opiekunek, wskazała pokrzywdzonej drogę do gabinetu pielęgniarskiego i kazała Sarze zająć się dziewczynkami. Kiedy ta próbowała złapać je za drobne rączki, zaczęły przeraźliwie krzyczeć.
Godzinę później od zmęczonej Julity dowiedziała się, że ich nowa lokatorka nazywa się Kasia Drwęcka. Do tej pory żyła z partnerem w szczęśliwym, pozbawionym trosk związku.
- Zdenerwował się, bo po przyjściu z pracy obiad nie był ugotowany, a w domu panował bałagan. Kasia cały dzień opiekowała się marudnymi dziećmi i nie starczyło jej czasu na codzienne obowiązki. Facet nie chciał słuchać wyjaśnień. Wymierzył jej sprawiedliwość po swojemu.
- Biedaczka. - Sara zakryła sobie usta dłonią.
Do tej pory nigdy nie była świadkiem podobnej sceny. O przypadkach przemocy wobec podopiecznych słyszała jedynie z opowieści. Ślady pobicia na ciele Kasi okazały się bolesne również dla niej.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? - spytała Julita, na co Sara pokręciła głową. - Gdy pielęgniarka zakładała Kasi opatrunki, ona zdawała się bagatelizować całą sytuację. Usprawiedliwiała drania. Mówiła, że był pod wpływem alkoholu, dlatego nad sobą nie panował. A poza tym miał rację, bo to on zarabia na ich utrzymanie, a jej jedyną powinnością jest dbanie o porządek. Kasia została zmuszona do szukania u nas ratunku. Jako pokrzywdzona uciekła z domu, zabierając ze sobą dzieci, gdy tymczasem jej ukochany - Julita prychnęła znacząco - siedzi sobie spokojnie w domu i odsypia popijawę, wiedząc, że jest bezkarny. On wie, że jego partnerka nie ma w sobie odwagi, by zgłosić napaść. Zresztą gdyby to zrobiła, nie mogłaby wrócić do domu, będącego jego własnością.
- Same zadzwońmy więc na policję i zgłośmy pobicie. - Sara próbowała znaleźć rozwiązanie tego problemu. - Obie widziałyśmy, w jakim stanie przyszła do nas Kasia. Mamy dowód, że ten zwyrodnialec się nad nią znęca.
Julita ciężko westchnęła.
- A wtedy kochająca partnerka wszystkiemu zaprzeczy. Powie funkcjonariuszom, że była nieostrożna, przewróciła się albo uderzyła głową w szafę... Policjanci, nawet gdyby chcieli się tym zająć, nie mieliby podstaw do zatrzymania delikwenta. Uwierz, przerobiliśmy tu już wiele podobnych historii. Jesteśmy bezradni.
Sara nie znajdowała w sobie sił na mierzenie się z taką niesprawiedliwością. Szybko przyjęła zaproszenie od znajomych, licząc, że zdoła wyprzeć z pamięci widok kobiety, która poniekąd na własne życzenie skazywała siebie i dzieci na cierpienie.
Powoli sączyła pierwszego drinka, kiedy dosiadł się do niej Oskar, wysoki, muskularny brunet z blizną pod prawym okiem.
- Boże, jak ja mogłam być taka głupia! - mruknęła do siebie, biegnąc wokół fontanny w centralnej części parku. - Dałam się ponieść emocjom niczym zadurzona nastolatka!
To stało się raz i nigdy więcej się nie zdarzy, postanowiła sobie z mocą. Na szczęście nie wymienili się numerami, dzięki czemu uniknęła nieprzyjemnych telefonów oraz wiadomości z propozycją ponownego spotkania. Cichy głos w jej głowie podpowiedział, że będzie tego żałowała, bo z żadnym mężczyzną nie czuła się tak dobrze jak z nim, ale natychmiast go zagłuszyła.
Powinna zapomnieć o Oskarze, o jego dotyku rozpalającym zmysły, czułych słowach, szeptanych do ucha, delikatnych pocałunkach i poczuciu spełnienia, jakiego nie doświadczyła od dawna. Powinna zapomnieć o nim dla własnego dobra.
Ale nie potrafiła.
?
- Nie wróciłeś na noc do domu.
Alicja popatrzyła na Oskara z wyrzutem.
- Nie jestem małym chłopcem, nie muszę ci się spowiadać z każdego wyjścia - mruknął, próbując przełknąć kęs kanapki z szynką i serem.
- Dopóki mieszkasz pod moim dachem, musisz. Nie pozwolę traktować domu jak hotelu - oznajmiła drobna brunetka. Miała na sobie piżamę z Myszką Minnie, czym przywołała uśmiech na twarzy mężczyzny. - Nie żartuję, Oskar. Wiem, jaką masz pracę, i zdaję sobie sprawę, że czasem musisz się odstresować, ale kiedy nie dajesz znaku życia, naprawdę zaczynam się martwić.
Starszy aspirant Oskar Lipiński podszedł do Alicji i cmoknął ją w policzek.
- Dziękuję za troskę. Postaram się więcej nie nawalać.
- Ty sobie żartujesz, a ja odchodzę od zmysłów. Jesteś moim młodszym bratem i czuję się za ciebie odpowiedzialna.
- Przepraszam - powiedział skruszony. - To była wyjątkowa sytuacja. Chciałem wrócić wcześniej, lecz Jacek miał sądny dzień i wolałem nie zostawiać go samego, kiedy zapijał smutki.
Alicja zmarszczyła podejrzliwie czoło.
- Siedzieliście w barze całą noc?
Oskar nie pierwszy raz odniósł wrażenie, że siostra byłaby niezłą śledczą. Rozpoznawała kłamstwo na kilometr, potrafiła czytać między słowami, a jej niezawodna intuicja czasem wpędzała go w niemałe kłopoty. Zwłaszcza w kwestiach wynoszenia śmieci.
- Chyba nie okazałem się najlepszym kompanem, bo wyszedłem tuż po północy - przyznał, odwracając wzrok.
- Mniemam, że nie sam. - Ala bardziej stwierdziła, niż spytała.
O tym wolał nie rozmawiać. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się spędzić nocy z przypadkowo poznaną dziewczyną. Jednak Sara... była inna niż te, które zwykł spotykać w klubach. W prostej sukience, bez wyzywającego makijażu wyglądała na kogoś, kto pomylił miejsca. Usiadł obok, nie potrafiąc oderwać wzroku od jej przepełnionych smutkiem oczu.
Wystarczyła krótka rozmowa, żeby zaiskrzyło. Oskar czuł się tak, jakby dostał obuchem w łeb. Dotarło do niego, że nie może pozwolić Sarze odejść. Potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Wylądowali w jej mieszkaniu. Kochali się tak namiętnie, jakby jutra miało nie być. Do teraz czuł smak jej ust na swoich wargach.
Obudził się nad ranem. Sara leżała w jego ramionach, ufna i bezbronna. W jednej chwili zdał sobie sprawę, jakim okazał się łajdakiem: wykorzystał kobietę, która nie zasługiwała, by potraktować ją jako przygodę na jedną noc. Wstał, ubrał się, po czym wyszedł, przystając na chwilę pod jej blokiem.
Pewnie już się nie spotkamy, stwierdził nie bez żalu. Sam nie wiedział, skąd wzięło się u niego uczucie sentymentu. Miewał dziewczyny, z którymi umawiał się na niezobowiązujący seks, ale po wspólnie spędzonych chwilach nie odczuwał niczego więcej prócz poczucia zaspokojonej przyjemności.
Na starość robię się zbyt wrażliwy, zacisnął zęby. Wolał nie doszukiwać się drugiego dna w całej tej sytuacji.
- Mam nadzieję, że byłeś dżentelmenem.
- Za kogo ty mnie masz? - Oskar złapał się teatralnie za serce, za fasadą żartu próbując ukryć zmieszanie. - Zostałem dobrze wychowany.
Alicja pogroziła mu palcem.
- Dobrze, skończmy ten temat, zanim zrobi się niezręcznie.
- Na to już jest za późno.
- Na co jest za późno?
Do kuchni wkroczyła zaspana dziesięciolatka. Usiadła przy stole, po czym podparła dłonią brodę. Ziewnęła przeciągle, ukazując rząd białych zębów.
Alicja przewróciła oczami na widok zachowania córki. Dziesiątki razy powtarzała jej, że po pierwsze, nie trzyma się łokci na blacie, a po drugie, kultura nakazuje zakryć usta podczas ziewania. Oskar parsknął śmiechem. Siostrę czekało jeszcze mnóstwo pracy przy wychowaniu Mariki.
On trzymał się z daleka od kwestii rodzicielskich. Był wujkiem, jego jedyny obowiązek polegał na rozpieszczaniu ukochanej siostrzenicy.
- Jeśli ogarniesz się w pół godziny, nie będzie za późno na wizytę w parku linowym - obwieścił obojętnym tonem.
Brązowe oczy dziewczynki szeroko się otworzyły. Minęło dużo czasu, odkąd wujek obiecał jej wspólną wyprawę, i nie było dnia, żeby Marika nie wierciła mu dziury w brzuchu, przypominając o wyjściu.
- Mama sobie odpocznie, a my solidnie się spocimy - zapewnił, czochrając ją po włosach.
Marice zapaliły się iskry w oczach. Zerwała się z miejsca, wpadła do łazienki i z trzaskiem zamknęła za sobą drzwi. Chwilę później rodzeństwo usłyszało szum wody.
- Jesteś pewien, że chcesz ją ze sobą zabrać? - powątpiewała Alicja. - To nie będzie łatwa wyprawa. Przypominam ci, moja córka, a twoja siostrzenica, jest wulkanem energii. Poradziłaby sobie z pułkiem wojska, a co dopiero z jednym zmęczonym policjantem.
- W stu procentach czuję się przygotowany na to starcie - prychnął Oskar, po czym zmienił ton na poważniejszy. - Przyznaję, ostatnio nie poświęcałem jej zbyt dużo czasu. Pracowałem całe dnie, a po powrocie nie znajdowałem nawet chwili na wspólną zabawę. Czuję wyrzuty sumienia. Jestem Marice winien kilka podobnych wyjść.
- Na pewno chodzi tylko o nadrabianie zaległości? - I znów to przenikliwe spojrzenie.
Oskar powoli tracił cierpliwość. Nie przepadał za przesłuchaniami - ani w roli przesłuchującego, ani przesłuchiwanego. W pracy przeprowadzał je z konieczności i zdążył się przyzwyczaić do zawodowej rutyny, lecz w domu, dla własnego zdrowia psychicznego, starał się zapominać o służbie. I wolałby, żeby domownicy mu o niej nie przypominali.
- Jestem odporny na twoje psychoterapeutyczne sztuczki - oznajmił, odkładając do zmywarki kubek po wypitej kawie. - Zabieram Marikę do parku linowego, nie doszukuj się w tym jakichś ukrytych motywów. Odpręż się, odpocznij, poczytaj książkę albo zrób to, co kobiety zazwyczaj robią, kiedy są same w domu.
- Czyli co? - zdziwiła się Alicja.
- Mnie się pytasz? Nie jestem kobietą. - Oskar wyszedł do przedpokoju. Ubrał buty, założył bluzę i pogonił Marikę, która zjawiła się u jego boku dokładnie po minucie. - Nie czekaj na nas z obiadem. Zjemy coś na mieście.
Drzwi trzasnęły z hukiem. Po chwili na klatce schodowej dał się słyszeć dziecięcy śmiech. Alicja zamknęła oczy. Oskar sprezentował jej kilka wolnych godzin, ale nie powiedział, jak je wypełnić.